lutego 28, 2017

Homilia na Środę Popielcową – Czas nawrócenia

Homilia na Środę Popielcową – Czas nawrócenia
Każdego roku wraca Wielki Post. Tak i dzisiaj – już czujemy wyjątkowy charakter i atmosferę tego okresu, pomimo, że nasze życie jest dość zlaicyzowane. Czujemy powiew, który idzie od krzyża i zmartwych­wstania. Ale chyba nie uszły naszej uwadze słowa, które dzisiaj Bóg do nas kieruje: „Tak mówi Pan: nawróćcie się do mnie całym swym sercem, przez post, płacz i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty. Nawróćcie się do Pana, Boga waszego” (Jl 2, 12–13). Chrystus podjął ten starotestamentalny apel i swoje nauczanie rozpoczął także wo­łaniem skierowanym do ludzi, wołaniem, które brzmi po dziś dzień: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierz­cie w Ewangelię” (Mk 1,15). Bóg Jezusa Chrystusa, Ojciec Jego i nasz, daje nam już konkret: nawrócić się do Boga takiego, jakiego ukazuje Ewangelia.
Paweł dzisiaj mówi: „W imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrys­tusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem” (2 Kor 5, 20). Każdy kapłan staje na tej linii Apostołów i Proroków i w imieniu samego Boga musi te słowa po dwóch tysiącach lat powtarzać. Słowa nie własne, ale Boże i Chrystusowe. Czy ludzie chcą słuchać, czy nie chcą, czy chcą się na­wracać, czy nie chcą, czy chcą przestać grzeszyć, czy nie. I może nie­których dziwić ten surowy ton miłości (paradoks: surowy ton miłości). On dziwi w epokach, kiedy propaguje się miłość łatwą, lekką, kompro­misową, nieodpowiedzialną. Ale my czujemy, że tylko miłość, w imię której apeluje Bóg, jest prawdziwa. Bo weryfikacją miłości jest Prawda, a któż jest Prawdą, jak nie Bóg?
Zajęcie stanowiska wobec tego apelu – to jest właśnie teza Wielkie­go Postu. Proch, którym wszyscy posypiemy sobie głowy, przypomina nam konieczność dania odpowiedzi w kontekście znikomości życia ludz­kiego, jego przemijania – i często jego bezsensu, jeśli nie jest ono od­powiedzią na apel miłości kierowany przez Boga do człowieka.
Kiedy dzisiaj jesteśmy tutaj w kościele, to słuchając tego co mówi Bóg zastanawiamy się nad tym, kim my jesteśmy. A konkret, który ma­my stąd wynieść, to nie tylko uświadomienie sobie tragicznej prawdy, że życie nasze zdąża nieuchronnie do śmierci, ale przede wszystkim, że zdąża do życia – bo Bóg jest kresem, do którego zdążamy, a nie śmierć. I praktycznym kontekstem tego naszego dzisiejszego spotkania wielko­postnego jest bardzo konkretna wskazówka (słuchaliśmy tych słów przed chwilą): strzeżcie się zewnętrzności – „strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli” (Mt 6, 1). Bóg w swoim apelu sięga do najskrytszych pokładów ludzkiego istnienia. Mówi, że t o jest najważniejsze i że tam ma nastąpić ta metanoia, ta przemiana, to wewnętrzne przeistoczenie pod tchnieniem mi­łości, która idzie do nas od Boga przez Chrystusa – z ołtarza Eucha­rystii.
Może daleka jest nasza droga do takiego rozumienia chrześcijaństwa. Wielki Post przyniesie rekolekcje, Wielki Post przyniesie rozważanie Mę­ki Chrystusowej, Wielki Post pokaże palcem wyraźnie na konfesjonał, gdzie Słowa nie słucha się we wspólnocie, ale słucha się Słowa mówio­nego w cztery oczy, wtedy, kiedy już nie można mówić, że się nie ro­zumie – trzeba bowiem pytać i żądać wyjaśnienia do końca. Tak, jak radykalnego nawrócenia będzie żądał kapłan. Jeszcze raz daje Chrystus szansę, jeszcze raz prosi, jeszcze raz ukazuje te horyzonty, do których człowiek został stworzony i powołany.


lutego 28, 2017

Nagroda za wyrzeczenie

Nagroda za wyrzeczenie
Wtorek VIII tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Piotr powiedział do Jezusa: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi». (Mk 10,28-31)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Kontekstem wypowiedzi Piotra jest zachęta, jaką od Jezusa usłyszał bogaty młodzieniec: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim (Mk 10,21).
Nie przestraszmy się, że Bóg wymaga od nas, abyśmy sprzedali to, co posiadamy i rozdali bliźnim. Gdyby wszyscy ludzie zastosowali się do tego fragmentu Ewangelii, to wymienilibyśmy się majątkami, które posiadamy, a jedyną zmianą byłoby, że bogaci staliby się biednymi, a biedni bogatymi.
Pierwszą wskazówką dla młodzieńca jest przestrzeganie Dekalogu. To fundament, od którego ma zacząć budować swój duchowy dom.
I tu znajduje się podpowiedź dla nas. Ci z nas, którzy mają choć odrobiną pojęcia, jak powstają budowle, wiedzą, że podstawą jest fundament i od niego zależy, jak wiele kondygnacji będzie można wznieść.
Naszym fundamentem ma być słuchanie, wzięcie do serca i wypełnienie słowa Bożego, a to zakłada, że Boża nauka stanie się centrum mojego życia.
Dzisiejsze słowa Ewan­gelii, to słowa pobudzające do ofiary i rezygnacji z tego, co cenne, na rzecz przyszłej nagrody w królestwie niebieskim.
To gotowość na cierpienie, które może być przyjęte tylko przez tych, którzy zaufali Bogu, a Jego słowo stało się dla nich filarem życia.
Co jest centrum Twojego życia?
Czy podstawa Twojego życia jest stabilna, trwała, bezpieczna, czy może kapryśna, chwiejna, niepewna?
Czy na fundamencie, który wybrałeś, da się wiele zbudować?

Idźmy dalej w naszej refleksji nad dzisiejszą Ewangelią.
Wiele dziedzin naszego życia kształtuje rywalizacja i konkuren­cja. Ludzie rywalizują ze sobą o pierwsze miejsca na różnych ran­kingach, o większe zdobycze materialne, o większą popularność. Tak jest w sporcie, gdzie rywalizacja jest główną zasadą gier spor­towych i innych rodzajów sportu, które właśnie nazywa się konku­rencjami. Bywa tak jednak i w ważnych dziedzinach życia, kiedy dwóch panów startuje do ręki jednej atrakcyjnej pani. Wtedy stają się konkurentami. W ustroju, w którym obowiązują zasady wolnego rynku, rywalizacja i konkurencja stały się wszechwładnymi panami. Ostatnio słyszałem o rywalizacji zakładów pogrzebowych w Bydgosz­czy. Nic! Tylko przeżywać emocje i kibicować zakładowi, który więcej ludzi pochowa. Konkurencja dotarła nawet na cmentarze.
Wobec tych wyścigów do pierwszego miejsca słyszymy dzisiaj słowa Chrystusa: "Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi". Wolny rynek nie dotarł na szczęście, do świata ducho­wego. Ewangelia widzi życie ludzkie w swojej własnej optyce i nie zakłada okularów konstruowanych przez różne mody i nastroje.
Wszystkim, którzy chcą zająć pierwsze miejsca, wszystkim któ­rzy chcą rządzić i panować nad innymi, Pan Jezus mówi: "Jeśli, kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich" (Mk 9,35). Wszystkim, którzy myślą, że osiągną pierw­szeństwo, wielkość i ważność przez gromadzenie dóbr, zabieganie o głosy poparcia, Pan Jezus zaleca nie zgarnianie pod siebie, lecz rozdawanie, a nawet rezygnację z różnych rzeczy i z różnych osób (mówi dzisiaj nam o braciach, siostrze i matce), rezygnację na rzecz innych. "Sprzedaj co masz i rozdaj ubogim". Zostaw braci, siostry, matkę, by dla innych być bratem, siostrą, matką.
Te wszystkie poświęcenia i ofiary muszą mieć czyste intencje. Może być i tak, że ktoś kto nie może olśnić swoimi zdobyczami, próbuje zadziwić świat swoją abnegacją. Rozmawiałem kiedyś z przedstawicielem arystokratycznego rodu, który żył w skrajnej nę­dzy i nie chciał przyjąć żadnej pomocy. Twierdził, że skoro w ustro­ju komunistycznym nie może być obszarnikiem i tym wyróżniać się od biedaków, to teraz od różnych groszorobów żyjących z łaski ko­munistów będzie wyróżniał się całkowitym lekceważeniem "dobro­dziejstw" ofiarowanych przez partię. Było w tym wiele dumy, ale i śmieszności. Inni arystokraci potrafili znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości i dobra potrzebne do życia na jakimś przyz­woitym poziomie zdobywali przez pracę. Rezygnacja z różnych dóbr i osób ma być dokonana z powodu Chrystusa i Jego Ewangelii. Wtedy ma moc twórczą. Wtedy ostatnich czyni pierwszymi. Takie poświęcenia i takie ofiary składajmy dzisiaj na Pańskim Ołtarzu.

lutego 27, 2017

Szkoła ofiarnej miłości

Szkoła ofiarnej miłości
Poniedziałek VIII tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu odpowiedział: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną». Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał dookoła i rzekł do swoich uczniów: «Jak trudno tym, którzy mają dostatki, wejść do królestwa Bożego». Uczniowie przerazili się Jego słowami, lecz Jezus powtórnie im rzekł: «Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego». A oni tym bardziej się dziwili i mówili między sobą: «Któż więc może być zbawiony?» Jezus popatrzył na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe». (Mk 10,17-27)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Słuchamy dzisiejszej Ewangelii i dziwimy się: "Czegóż Pan Je­zus chce od tego szlachetnego człowieka, który wszystkie przyka­zania zachowywał od swojej młodości? Jakie to wymagania jemu sta­wia? - "Idź, sprzedaj wszystko, co masz..." Słuchamy tego z pewną obawą i myślimy sobie, że Panu Jezusowi wystarczą objawy naszej pobożności, że wystarczy Mu codzienny paciorek, częsta Msza święta i Komunia, że od nas nie będzie żądał, abyśmy swoje mienie rozdawali ubogim. Nie łudźmy się. Takie wymagania Bóg stawia każdemu człowiekowi. Bóg chce, aby każdy z nas miłował Go po­nad wszystko. Mamy Go miłować bardziej niż pola, domy i wszelkie rzeczy. Mamy Go miłować bardziej niż wszystkich ludzi. Dlatego Pan Jezus wymaga, abyśmy dla niego opuścili domy, pola i wszelkie rzeczy, a nawet braci i siostry, ojca i matkę (por. Mk 10,28-31).
Czy Bóg ma prawo żądać od nas takich poświęceń? Z całą pew­nością. Przede wszystkim dlatego, że On jest bardziej wart miłości niż wszystkie rzeczy i wszyscy ludzie razem wzięci. Bóg ma jednak jeszcze szczególny tytuł do oczekiwania takiej miłości. Tym tytułem jest to, że On pierwszy umiłował nas w taki sposób. Z miłości dla nas nie oszczędził Kogoś, kto był dla Niego najbliższy i najwięcej wart - Swojego Syna, a w nim siebie samego. "Bóg tak umiłował świat, że Syna swego dał" (J 3,16). A Jezus Chrystus tak umiłował nas - swoich przyjaciół - że oddał za nas swoje życie (por. J 15,13). To właśnie daje Bogu szczególny tytuł oczekiwania od nas miłości ponad wszystko. Bóg daje nam codziennie okazję do poznania Jego przedziwnej i nieskończonej miłości. Cała Jego miłość do człowieka zawarta jest w Eucharystii. Kto uczestniczy świadomie we Mszy świętej, kto przyjmuje Komunię świętą, doświadcza tej miłości w sposób sakramentalny, ale przecież tak wyrazisty.
Miłości Boga ponad wszystko uczymy się przez całe życie. W końcu, każdy musi tę umiejętność posiąść, bo jest ona prze­pustką do życia wiecznego i tylko ona daje prawo do posiadania skarbów w niebie. Podczas egzaminu, który zdajemy na końcu ży­cia, w chwili śmierci, trzeba zostawić wszystkie rzeczy i wszyst­kich ludzi i wielkim aktem zawierzenia i miłości wybrać tylko Boga. Tego trzeba uczyć się przez całe życie. Szkołą takiej miłości jest dla nas Eucharystia, bo tutaj uczymy się ofiarować Bogu samych siebie, tutaj uczymy się ofiarnej miłości względem ludzi. Tutaj Pan Jezus wzywa nas, abyśmy rzeczy zostawili ludziom, żebyśmy ludzi polecali Bogu, a ty - mówi do każdego z nas - "Przyjdź i chodź za mną". W szkole Eucharystii uczymy się chodzić za Panem Jezusem drogami miłości.

lutego 25, 2017

Być jak dziecko

Być jak dziecko
Sobota VII tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego». I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10,13-16)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Pan Jezus miał szczególny stosunek do dzieci. Obejmował je i błogosławił, ale też często stawiał dziecko za przykład dla do­rosłych. W Ewangelii według św. Mateusza Jego słowa zapisane są w taki sposób: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie się jak dzie­ci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" (Mt 18,3). Kiedy słuchamy tych słów nachodzi nas pokusa, by zapytać Pana Jezusa, tak jak pytał Go Nikodem: "Jakżesz może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?" (J 3,4) Jak człowiek dorosły ma stać się dzieckiem? Czy ma zrezygnować z tego wszystkiego co zdobył przez naukę i doświadczenie życiowe? Czy ma być tak naiwny i niezdarny jak dziecko?
Ta sama myśl zapisana w Ewangelii św. Marka pozwala nam lepiej zrozumieć naukę Pana Jezusa. Tutaj jest powiedziane: "Kto nie przyjmie królestwa Bożego jako dziecko, ten nie wejdzie do niego". Bardzo ważne jest tutaj słowo "przyjmie". Właśnie ono ok­reśla sytuację dziecka. Przez cały okres swego dzieciństwa człowiek jest tym, który przyjmuje i to zupełnie za darmo. W miarę jak dziecko rozwija się, coraz więcej rzeczy zdobywa samodzielnie. W końcu, kiedy człowiek osiąga dojrzałość, coraz mniej otrzymuje od innych, wszystko musi zdobywać sam i coraz więcej musi dawać. W sprawach królestwa Bożego, człowiek cały czas musi być dziec­kiem. Własnymi siłami człowiek nie jest w stanie zdobyć zbawienia. Może je tylko otrzymać jako łaskę daną zupełnie za darmo. Dziec­ko wszystkie dary przyjmuje w sposób zupełnie naturalny. Nie czuje się upokorzone tym, że jest tak bardzo uzależnione od swoich ro­dziców. Przeciwnie, dziecko jest najzupełniej świadome tego, że jest ośrodkiem zainteresowania całej rodziny, że jest kochane i uwielbiane. Wszystkie dary, wszystkie gesty dziecko przyjmuje jako objawy miłości i nie czuje się tym zażenowane. Chociaż rodzice mają przewagę nad dzieckiem, są tacy wielcy, tacy ważni, tacy bogaci i mają taką władzę, to przecież dziecko nie boi się swoich rodziców, lecz ich kocha i ufa im. Z taką prostotą i natu­ralnością ma człowiek przeżywać to niezwykłe zainteresowanie Boga. Od chwili chrztu świętego, kiedy człowiek rodzi się na nowo jako dziecko Boże, cały czas Bóg otacza go ze wszystkich stron. Wokół każdego dziecka Bożego krążą jak "rój pszczeli" Ojciec i Syn i Duch Święty. W miarę, jak człowiek zdobywając mądrość, uświa­damia sobie wielkość Boga i dystans między Jego świętością a swo­ją nędzą, może ogarnąć ludzkie serca lęk i przerażenie, które odczuwali prorocy przeżywając nawiedzenie Boga. "Stawać się dzie­ckiem" wymaga jednak, aby ten lęk przezwyciężać i odnosić się do Boga z ufnością i zaufaniem. Najważniejsza prawda, jaką Pan Jezus objawił nam o Bogu jest ta: Bóg jest Ojcem. To On kazał nam mó­wić do Niego: "Ojcze nasz". Czyż więc należy się dziwić, że wymaga od nas, żebyśmy byli w stosunku do Boga jak dzieci i jak dzieci przyjmowali Jego miłość i Jego zbawienie?


lutego 24, 2017

Nierozerwalność małżeństwa

Nierozerwalność małżeństwa
Piątek VII tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus przyszedł w granice Judei i Zajordania. A tłumy znowu ściągały do Niego i znów je nauczał, jak miał w zwyczaju. I przystąpili do Niego faryzeusze, a chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając, zapytał ich: «Co wam przykazał Mojżesz?» Oni rzekli: «Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić». Wówczas Jezus rzekł do nich: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela». W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: «Kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia względem niej cudzołóstwo. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo». (Mk 10,1-12)

KOMENTARZ DO EWANGELII

W ślad za Chrystusem, również Kościół, a w nim przede wszy­stkim duszpasterze, głoszą naukę o małżeństwie. Papież, biskupi, księża niezłomnie przypominają najważniejszą zasadę: „Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”, głoszą również inne normy, dotyczące bardziej szczegółowych sytuacji w małżeństwie. I tutaj podnoszą się głosy: Na jakiej podstawie to czynią? Sami przecież żyją w celibacie, a chcą orzekać o sprawach małżeńskich! Można dać na to odpowiedź trochę prawdziwą, trochę pokrętną. Tak odpowiedział niedawno w audycji telewizyjnej pewien sale­zjanin, który udziela się w poradnictwie rodzinnym. Na pytanie: Jak może radzić małżonkom skoro sam jest nieżonaty, odpowie­dział pytaniem: Czy lekarz musi chorować na te choroby, które leczy? Jak jednak odpowiedzieć na zarzut Pana Jezusa: „Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ich ruszyć nie chcą” (Mt 23,4). A ten zarzut wielu ludzi aplikuje duchownym.
Zarzut ten można postawić samemu Jezusowi. On też nie był żonaty, a głosił tak bezkompromisowe zasady dotyczące małżeństwa i stawiał małżonkom tak wysokie wymagania etyczne. Zarzut jednak jest zupełnie bezpodstawny. Jezus wprawdzie prowadził życie dzie­wicze, ale był i jest związany z Jedną Osobą, miłością tak wielką, że Miłość ta jest równa Jemu Samemu i Osobie Umiłowanej i sama jest Osobą Ducha Świętego. Ta miłość jest wzorcem i źródłem dla każdej innej miłości, miłości małżeńskiej również. Ponadto Jezus jest Oblubieńcem Kościoła, a Kościół jest Jego Oblubienicą i ten związek Chrystusa z Kościołem jest również przedstawiany jako wzór dla miłości męża i żony. W końcu trzeba wziąć pod uwagę do­świadczenia Mistyków, począwszy od Umiłowanego Ucznia, aż do naszej Błogosławionej Siostry Faustyny. Te wszystkie doświadczenia ukazują nam Pana Jezusa jako Oblubieńca duszy ludzkiej. Pan Je­zus ma znakomite przygotowanie do tego, żeby nauczać miłości małżeńskiej. Ma do tego pełne prawo.
Również Kościół i Jego słudzy mają to prawo, jeśli nauczają kierując się miłością. Jeśli sami miłują ludzi i jeśli chcą pomóc ludziom, by miłowali się prawdziwie. Kościół już wiele razy do­wiódł, że takie prawo posiada, słudzy Kościoła muszą tego dowo­dzić nieustannie.
Z tego rozważania możemy wyciągnąć bardziej ogólne wnioski. W życiu spotykamy tylu ludzi, którzy udzielają nam rozmaitych rad i pouczeń. Zazwyczaj badamy te rady i nauki pod kątem ich mą­drości. Trzeba jednak również pytać, czy ci, którzy chcą wpływać na nasze życie kierują się miłością. Tylko ona daje im prawo wglądu w nasze życie. Sami również nieraz odczuwamy potrzebę, czy pokusę, by innym dobrze radzić. Mamy żal, gdy ludzie nie chcą nas słuchać. Wtedy siebie trzeba zapytać: Czy moje rady są rzeczywiście mądre? Czy podyktowane są miłością? Tylko miłość daje umiejęt­ność i prawo do nauczania innych.


lutego 21, 2017

8. Niedziela Zwykła (A) – Jezus odsłania hierarchię trosk

8. Niedziela Zwykła (A) – Jezus odsłania hierarchię trosk

Powiedziałeś dziś do nas Panie, Jezu Chryste, żebyśmy się zbytnio nie troszczyli o swoje życie, o to co mamy jeść i pić, ani o swoje ciało, czym mamy je przyodziewać. Powiedziałeś, że­byśmy nie troszczyli się zbytnio o jutro. Powiedziałeś też, że nie możemy służyć Bogu i mamonie. Kazałeś nam dziś patrzeć na ptaki niebieskie i lilie polne. Kazałeś z nich brać przykład. One nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec Niebieski je żywi. Kazałeś nam zaufać Bogu, bo Ojciec nasz niebieski wie czego nam potrzeba. Powiedziałeś też dziś przez usta proroka Iza­jasza, że nawet gdyby matka zapomniała o swoim dziecku, co jest prawie niemożliwe, to Ojciec nasz niebieski o nas nigdy nie zapomni.
To wszystko powiedziałeś dziś do nas, do chrześcijan, do Two­ich wybranych dzieci. A my słuchając Twoich słów, jakie rodzimy w sercach naszych myśli? Może często są to myśli buntu i sprze­ciwu, myśli nieufności. Twoje słowa, o Chryste, burzą całe nasze dotychczasowe myślenie; całe dotychczasowe nasze życie. One ude­rzają bezpośrednio w to, co stanowi ogromną część naszego wysiłku, cel wielu zabiegów. One uderzają w nasze zabiegi o chleb powszedni, w naszą pracę i żądanie godziwej zapłaty za nią, w naszą troskę i kłopoty o dom, o dzieci, o przeżycie – od pierw­szego do pierwszego. Przecież nasza codzienność w sposób bole­sny krzyczy o zaspokojenie naszych trosk. Wiedzą o tym ojcowie, wiedzą o tym przede wszystkim matki, w których ręce włożono siatki: te puste i te zapełnione zdobytym z wielkim trudem towa­rem. Dla wielu z nas, ludzi żyjących dziś na tej ziemi, słowa Twe Panie: nie troszczcie się o to co będziecie jeść i pić i czym będziecie się przyodziewać (Mt 6, 31), są niemal gorszącym po­gwałceniem zasad zdrowego rozsądku i praw ekonomicznych rzą­dzących życiem.
Wierzymy jednak, o Chryste, że Ty nie przekreślasz zasad zdrowego rozsądku. Wierzymy, że Ty chcesz naszego dobra. Dla­tego bierzemy jeszcze raz do ręki tę księgę i czytamy uważnie Twoje słowa. Znajdujemy wśród nich to jedno słowo, które po­maga zrozumieć nam Twoją naukę. Jest to jedno małe słowo: zbytnio. Mówisz do nas: nie troszczcie się zbytnio o to, co macie jeść, nie troszczcie się zbytnio o to czym się macie przyodziewać (Mt 6, 25, 31). Centralnym więc zdaniem w całym nauczaniu Jezusowym, usłyszanym w dzisiejszą niedzielę, są słowa: „starajcie się najpierw o królestwo Boże i jego sprawiedliwość” (Mt 6, 33). Jest tu Jezusowe wołanie o właściwe ustawienie przez człowieka wartości. Jezus uczy nas, że są dla człowieka sprawy o wiele waż­niejsze niż pokarm, niż odzienie, nawet niż życie. Jezus proponuje nam inne pierwszeństwo niż pierwszeństwo bogactwa, mamony, troski o sprawy bieżące.
Jeżeli najpierw szukać będziemy królestwa Bożego i jego spra­wiedliwości, wtedy wszystkie sprawy wrócą na właściwe miejsce w naszym życiu. Szukanie królestwa Bożego i jego sprawiedliwości nie wyklucza troski o życie, o chleb, o ubiór. Ale zbytnie pukanie, połączone nieraz z zachłannością, a może i krzywdą bliź­niego, przesłania nam największą wartość – Boga. Chrystus protestuje dziś przeciwko takim troskom i takim działaniom człowie­ka. Pragnienie posiadania za wszelką cenę, za cenę niszczenia szczęścia drugiego człowieka jest złe i prowadzi do klęski. Chrystus mówi dziś: nie troszczcie się w taki sposób, bo ta troska obróci się przeciwko wam, zatruje wam życie i zacznie je nisz­czyć, zamiast je rozwijać. Chrystus protestuje przeciwko tego rodzaju troskom, zarówno pojedynczego człowieka, jak i całych społeczności, narodów i państw. Pozostawia ten protest wszystkim pokoleniom ludzi pod rozwagę. Wszystkim bowiem ludziom, którzy będą żyć na tym świecie grozi pokusa tej złej troski o potrzeby życiowe.
Ci wszyscy, którzy przeżywają niepokój i zakłopotanie w su­mieniach swoich, słuchając ewangelicznych słów: »Nie troszczcie się...« niech się zdobędą na wysiłek wiary i przeniosą się myślą do domku Nazaretańskiego i niech się przypatrzą w duchu wiary ciężko pracującemu Opiekunowi Chrystusa i pracowitym rękom Matki Chrystusowej. Niech sobie uświadomią, że po śmierci św. Józefa sam Syn Boży stanął na miejscu swego Opiekuna i podjął jego pracę i jego troski, by dać praktyczną odpowiedź na pyta­nie: Co będziemy jedli i czym się przyodziejemy. Ciężko pracują­cy Zbawiciel daje już tam wyjaśniającą odpowiedź na pytanie: jaką troskę o chleb i odzienie odrzucał, a jaką błogosławił i uświęcił przez swój udział w ciężkiej pracy człowieka" (bp J. Pie­traszko, Po śladach Słowa Bożego, Kraków 1979 s. 139).
Pan nasz Jezus Chrystus każe nam dziś spojrzeć na ptaki po­wietrzne i na lilie polne i mówi nam, że jesteśmy daleko waż­niejsi w oczach Boga, niż one. Spoglądanie na lilie polne i pta­ctwo powietrzne – to źródło zachwytu i natchnienia, miłości i wiary i ufności. Jak bardzo w życiu tego nam również potrzeba.
Dziękujemy Ci, Jezu, za to, żeś kazał nam przypatrywać się liliom polnym i ptakom w powietrzu, że podniosłeś nasz wzrok wyżej, niż tylko troski codzienne, że wskazałeś nam na królestwo Boże i jego sprawiedliwość, jako na najwyższą wartość na ziemi. Amen.


lutego 21, 2017

Utajona Obecność Jezusa

Utajona Obecność Jezusa
Wtorek VII tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał». (Mk 9,30-37)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział” (Mk 9,30).
Również i dzisiaj Pan Jezus przebywa wśród ludzi incognito, utajony. Wydaje się, że jest to ulubiony sposób obecności Boga w sprawach tego świata. Już wielki Izajasz nauczał: „Zaprawdę, Izraelu, Twój Bóg jest Bogiem ukrytym” (Iz 45,15). Jest na pewno wiele po­wodów, dla których Bóg nie występuje przed ludźmi z odsłoniętym obliczem. Dzisiejsza Ewangelia podaje jako powód zagrożenie osoby i misji Syna Człowieczego. „Syn Człowieczy zostanie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją...” (Mk 9,31). Pan Jezus nie bał się zagrożeń. Kiedy nadeszła Jego godzina, stanął śmiało przed tłumem napastników i powiedział wprost: „Jam jest”. Na groźne pytanie Kajfasza odpowiedział jawnie: „Tyś powiedział”. Piłatowi wyznał: „Tak, Ja jestem królem”, choć wiedział, że niesprawiedliwemu sędziemu daje do ręki uzasadnienie wyroku śmierci na Niego. Teraz jednak ukrywa się, bo nie wszystko jeszcze zostało do­powiedziane, bo nie wszystkie znaki zostały dokonane. Dzisiaj również wypowiada swoje opinie przez usta obcych i dokonuje znaków przez ręce niewierzących. Wielu ludzi natychmiast odrzuciłoby prawdę i najwspanialsze dzieła, gdyby tylko wiedzieli, że to co dobre wśród ludzi związane jest z Jego imieniem.
Kiedy ktoś naucza o miłości i odpowiedzialności powołując się na Ewangelię, zaraz ta nauka jest kontestowana przez wielu. Kiedy to samo głosi ktoś powołując się na „laickie źródła”, może być (o dziwo) zaakceptowany.
Mistrzowie życia duchowego nauczają, że ta ukryta obecność Boga, a szczególnie pamięć na nią, pomaga ludziom zachować zaw­sze i wszędzie odpowiednią postawę moralną. Są rzeczywiście lu­dzie, którzy w Kościele zachowują się bogobojnie, a poza nim, gdy się im wydaje, że Bóg ich nie widzi, czasem skandalicznie. Mimo­wolnie przypisuje się tutaj ukrytej obecności Boga cechy agenturalne. Bóg przebywający wśród nas incognito jest jak tajny agent, który obserwuje nasze zachowanie i z tym trzeba się liczyć. Z tym trzeba, oczywiście, się liczyć, ale Pan Bóg nie potrzebuje nas śledzić. On zawsze wie, co kryje się w sercu człowieka.
Kiedy wielcy ludzie zachowują incognito, to najczęściej dlatego, że nie chcą na siebie zwracać uwagi i robić wokół siebie zamiesza­nia. Chcą, żeby życie wokół nich toczyło się normalnie. Gdyby Bóg objawiał się ludziom w całej swojej chwale, gdyby Pan Jezus ukazy­wał się swoim uczniom w takiej postaci jak na Górze Przemienie­nia, to blask Jego oblicza „zmusiłby” do porzucenia codziennych zajęć na rzecz prostracji i adoracji. A Bóg chce – to również wynika z Jego incognito – partnerskich stosunków z ludźmi. Nie chce ich ciągle olśniewać i przerażać.
Jest jeszcze jeden powód incognito Jezusa wśród nas. Jest to powód chyba najważniejszy. Jezus najczęściej ukrywa się w ludzkich postaciach, które wyciągają do nas rękę po pomoc. Przypomnijmy sobie przygodę św. Marcina. W ten sposób Jezus staje się rzeczy­wiście naszym partnerem w miłości. Nam, codziennym żebrakom, pozwala obdarzać się bezinteresownie, kiedy sam staje wśród nas w postaci żebraka.


lutego 19, 2017

7. Niedziela Zwykła (A) - Adwokaci własnych spraw

7. Niedziela Zwykła (A) - Adwokaci własnych spraw
7. Niedziela Zwykła (A) - Adwokaci własnych spraw
Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię ktoś, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski». (Mt 5,38-48)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Zwieszamy z zakłopotaniem głowy, choć słowa i tak znaczą to co znaczą. Ewangelia mówi rozbrajająco prosto. Jej słów nie da się w żaden sposób podretuszować. Demaskuje bezlitośnie. Komu przypisać trudne słowo? Z kim porównać bohaterów Jezusowych zwierzeń? Wszyscy nasi "oni" muszą nagle zostać gdzieś z boku. Marnotrawni sąsiedzi, przyjacielscy faryzeusze i celnicy z naprze­ciwka odchodzą w cień.
Bezbronna samotność. Mistrz przemawia jednak przeni­kliwie. „Czyż i celnicy tego nie czynią? [...] Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5,46-47). Na myśl nam nawet nie przyjdzie, by ob­ruszyć się na te gorzko brzmiące porównania. Tak niewiele w nas dumy świętego Izraela. Realizm Chrystusowego dokumentu. Coś nas trzyma w napięciu godnym uważnego widza. Czyżby strach, by nie powiedział za dużo?
Historia świata odmierzana trzaskiem pogardliwych uderzeń prosto w twarz. Sprawiedliwe i porywcze, nerwowe i perfidnie dopracowane w każdym calu... Nie mamy sił, by za każdym razem coś wkładać do wyciągniętej ręki. Tyle razy oszukani. Jak tu nie być podejrzliwym? Zresztą podejrzliwość to czy tylko zwyczajna roztropność? Ileż razy można przebaczyć? To nie jest wcale wycho­wawcze dawać do zrozumienia, że i tak wszystko skończy się jednakowo pomyślnie. Nadstawiany policzek stał się przysło­wiową chrześcijańską naiwnością. Przedzieramy się więc za­ułkiem Jezusowej „poezji”. Jak ją podejść, by nie stanąć po prze­ciwnej Mu stronie? Adwokaci własnych spraw nie lubią, gdy ktoś niszczy im cenną wizję świata. Tymczasem Pan nie ma srogiego wyrazu twarzy Nawet jeśli smutek nie pozwala Mu na pobłażliwy uśmiech. Z uporem pustynnego echa powtarza "słyszeliście, że powiedziano..., a Ja wam powiadam..." (zob. Mt 5,21.27.33.38.43). Burzy nasze przyzwyczajenia. Jakoś trudno odpowiedzieć, że: „wszyscy tak mówią, ale robią zupełnie coś innego. Jemu nie można nic wykrzyczeć prosto w twarz. Byłoby zwyczajnie głupio. Bo to przecież nie tylko słońce i deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych...” Litania grzechów znana na pamięć od lat, pewnie lepiej od tej loretańskiej. Naiwne formułki żalu za grze­chy. „Moja bardzo wielka wina” klepane z niedowierzaniem. Nieustanne „przepraszam”, bez którego nie da się żyć. Nawet jeśli już od dawna nie płaczemy prawdziwymi łzami, każdy po swojemu czeka na zbawienne: „idź i nie grzesz więcej” (por. J 5,14; 8,11). I kto, jeśli nie On, wierzy, że to naprawdę jest możliwe?
Zaproszeni do szalonej nadziei, że można zmienić świat w bardziej przyjacielski... Przeczuwamy, że słowa Pana są nie tylko wzniosłe. Codziennemu wyrachowaniu potrzeba nieco szczodro­bliwej naiwności dobrego Ojca, „ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45b). I choć Paweł apostoł nie śpiewa hymnu o miłości naiwnej, to jednak ta, która "wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję [...]” - jest przecież najzwyczajniej na świecie przez wielu uznawana za głu­pią. „Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość” (1 Kor 3,18b). Stać się głupim. Miłować bliźniego jak siebie samego. Dać mu ten sam kredyt zaufania, co sobie. Przerzucić całą przebiegłość usprawie­dliwiania na nieprzyjaciół. Jezusowym ostatnim tchnieniem tłu­maczyć Ojcu, że oni naprawdę „nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Znamy przecież tę pewność z własnego doświadczenia.
Być synem Ojca, który jest w niebie. Pan wskazuje nam źród­ło "błogosławionej głupoty". Dzieci są podobne do swoich rodziców. Noszą na sobie piętno domowej atmosfery. Szczególnie, gdy są małe, chętnie naśladują słowa i gesty domowników. Atmosfera zaufania. Doświadczenie miłości, która nie grymasi. On kocha nas jednakowo podczas deszczu i gdy świeci słońce. Ojciec kocha nie żywiąc w sercu nienawiści czy urazy. Obca jest Mu przebiegła sprawiedliwość mędrców tego świata. Postanowił być jednakowy dla wszystkich. Zawsze lepszy niż oczekujemy. Cierpliwszy niż według naszych najśmielszych obliczeń być powinien.
Teraz dopiero możemy powrócić do smutnej prawdy brater­skiego upomnienia z pierwszego czytania. „Będziesz upominał bliźniego, abyś nie zaciągnąć winy z jego powodu” (Kpł 19,17b). Milczeć, widząc cudze grzechy... Nie do takiej łagodności wzywa nas Mistrz. On, który tępił wszelką obłudę, jest sprawiedliwy aż po krzyż. Upomina, nadstawiając drugi policzek. Bity podczas ostatniej nocy, nie zawahał się powiedzieć prawdy: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dla­czego Mnie bijesz?” (J 18,23).
Spuszczone głowy słuchaczy Dobrej Nowiny. Dobra - nie zna­czy nigdy łatwa. Bóg nie zmienia cen jak sprzedawcy. I choć u Niego się kupuje bez pieniędzy, to owo "darmo" ma gorzką cenę pokory. A jednak nie zaprosił nas tu, by pognębić i tak zmę­czonych już świadomością własnej klęski. Może inaczej zabrzmią więc dzisiejsze zaproszenia do ofiarnej uczty. Podniesiemy choć na chwilę nasze oczy, by nabrać apetytu na samego Boga. Chleb jak słoneczna monstrancja i krwawy deszcz wina są nadzieją na naszą eucharystyczną przemianę. Zawsze tak samo, bo i On ten sam.


lutego 18, 2017

7. Niedziela Zwykła (A) – Trudna miłość

7. Niedziela Zwykła (A) –  Trudna miłość
Ukochane Siostry i Bracia!
W naszej życiowej wędrówce, która dla człowieka wierzącego jest drogą wiary, doszliśmy do siódmej niedzieli zwykłej.
Dzisiejsza niedziela – jak każda inna – jest wspaniałą okazją do refleksji nad Słowem Bożym i do spotkania z Panem. Ostatnie dni karnawału człowiek wiary przeżywać powinien ze świadomością tych prawd, które przekazuje nam Pan w swoim Słowie! To Jego Słowo nie chce nas blokować, ma natomiast nam pomóc w nadaniu naszej zabawie, przeróżnym formom życia kulturalnego, godnego człowieka kształtu. Człowiek wierzący powinien apostołować także stylem zabawy, kulturą zabawy. Skorzysta on sam, ubogaci innych. Kochani, zechciejcie o tym pamiętać.
Siostry i Bracia, przejdźmy po tym wstępie do refleksji nad liturgią słowa siódmej niedzieli zwykłej. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, iż dotyka ona absolutnie samej istoty chrześcijaństwa. Zarówno teologiczne­go, jak i moralnego aspektu wiary i religii naszej.
W Ewangelii świętej, już czwartą z rzędu niedzielę, wsłuchujemy się w Chrystusowe Kazanie na Górze, którego fragment dzisiaj usłyszeliśmy. Przypomnijmy syntetycznie treści: bło­gosławieństwa – autoportret Chrystusa; uczniowie Chrystusa solą ziemi i światłem świata; uwewnętrznienie prawa, napełnienie go duchem. A dzi­siaj?
Dzisiejsza Ewangelia siódmej niedzieli zwykłej stanowi kontynuację tych przedziwnych "antytez" Chrystusowych, wyrażonych w słowach: „Po­wiedziano wam..., a Ja wam powiadam”. Chrystusowi nie chodziło o zer­wanie z nauką Starego Testamentu. Chodziło raczej o uwewnętrznienie, pogłębienie jej. Poprzednia niedziela przyniosła nam cztery "antytezy" Kazania na Górze. Dzisiejsza – ostatnie dwie: „powiedziano: "oko za oko i ząb za ząb”. A Ja wam powiadam: nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi".” ... powiedziano: będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują".
Ostatnie zdanie jest niewątpliwie punktem kulminacyjnym zeszłoniedzielnej i dzisiejszej Ewangelii. Słowa proste i zrozumiałe, słowa jednoznaczne, wyraziste. Zarazem jednak słowa przerażające w stawianym wymaganiu. Dla niektórych ludzi zapewne słowa szokujące.
Jak to? Mam miłować wroga? Temu, który mnie rani, mam życzyć i czynić dobrze? Przecież on tak okazaną miłość odczyta za słabość i wyrządzi mi kolejną, jeszcze większą krzywdę. A może Jezus mówił tylko w przenośni? Zaiste, trudna jest ta nauka, któż jej zdoła słuchać? Tym bardziej, któż ją zdoła wprowadzić w życie? Któż?
Zapewne są ludzie, którzy tak właśnie podchodzą do dzisiejszej Ewangelii.
Bracia i Siostry. Chrystus nie mówił w przenośni. Chrystus w tych jasnych słowach wyraził prawdę o Bogu i o człowieku, wskazał zasadę życia wypływającego z wiary: miłuj, miłuj nieprzyjaciół, módl się za tych, którzy ci źle czynią.
Miłować to znaczy pragnąć dobra dla drugiego człowieka. Nie tylko pragnąć, ale i czynić to dobro. Kimkolwiek ten drugi człowiek byłby, cokolwiek ten drugi człowiek czyniłby.
Pierwszym, który stosował i stosuje tę zasadę jest sam Bóg. Chrystus umarł z miłości do nas, gdy byliśmy jeszcze nieprzyjaciółmi - przypomina św. Paweł w Liście do Rzymian (5,10).
Podobnie ma czynić człowiek wiary. Ma miłować drugiego nie ze względu na jego uczynki, lecz ze względu na to, że jest człowiekiem: bratem, siostrą, bliźnim. Z codziennego życia wiemy, że nie jest to łatwe. Wymaga cnoty panowania nad namiętnościami, złością, zapalczywością, wymaga cnoty przebaczenia - na wzór Boga, który codziennie nam wy­bacza. Niewątpliwie taka postawa łączy się z cierpieniem, krzyżem. Jest to jednak jedyna, prawdziwie godna ucznia Chrystusowego, droga życia. Jest to po prostu droga naśladowania Chrystusa.
Czy jesteśmy w stanie sprostać takim wymaganiom Chrystusowym? Dla człowieka to niemożliwe, lecz nie dla Boga! Dla Boga wszystko jest możliwe. Możliwe jest też to, aby tak przemienił mocą swoją serce człowieka, by był on w stanie wejść na drogę naśladowania Boga - miłować każdego, także nieprzyjaciół, stając się tym samym prawdziwie synem Boga Ojca. Ewangelia mówi: miłując waszych nieprzyjaciół, modląc się za tych, którzy was prześladują "będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie, ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych".
Miłować to znaczy pragnąć dobra dla każdego człowieka, ze względu na to, że jest człowiekiem. Bez względu na to, co on czyni.
Kiedy czytam dzisiejszą Ewangelię, dochodzę do niezbitego prze­świadczenia, że najważniejszym testem wierności Kościoła Chrystusowi jest jego postawa wobec środowisk mu wrogich, zadających mu rany, względem niego niesprawiedliwych.To samo odnosi się do poszczególnych katolików: stosunek do wrogów jest najważniejszym kryterium auten­tyczności wiary. Wynika to ze słów Chrystusa, który mówi: "Jeśli... miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?"
Miłość, szczególnie miłość nieprzyjaciół, staje się wyróżnikiem, najważniejszą cechą Chrystusowego ucznia.
Wyczuwam, choć także obserwuję, że przeciętny człowiek, katolik, z oporami słucha tych słów, z tym większymi oporami stosuje je w szarym, codziennym życiu. Jedną z przyczyn jest tzw. realizm, znajomość życia, rzekoma mądrość i doświadczenie życia. Ono właśnie nieraz utrudnia człowiekowi wiary przyjęcie tych słów pełnym sercem i zamianę ich na czyny.
Zaiste, jakże wielką wskazówką w rozwiązaniu tej kwestii są słowa zawarte w drugim czytaniu: "Niechaj się nikt nie łudzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga". Nieco wcześniej, w tym samym Pierwszym Liście do Koryntian, św. Paweł powiedział: "Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia". Bogu spodobało się zbawić człowieka przez "głupstwo" krzyża. Wiemy, że nie był to tylko materialny krzyż. Był to krzyż duchowy. Krzyż odrzucenia, niewdzięczności. Krzyż naigrawania się z miłości Boga. Takie choroby człowieka i ludzkości Bóg mógł uleczyć tylko jeszcze większą miłością, to jest faktem Syna Bożego, wcielonego i umęczonego.
Chrystus zbawił człowieka nie ze względu na jego dobrą wolę, tym mniej na sprawiedliwość jego. Chrystus zbawił człowieka, który okazywał Bogu wrogość. Zbawił, to jest ofiarował największe dobro. Okazał naj­większą miłość.
Zaiste, dzieło zbawcze Jezusa Chrystusa jest konkretną realizacją przykazania miłości nieprzyjaciół. Uczniowie Chrystusa mają czynić podobnie!
Powraca pytanie: czy są w stanie to czynić? Mamy przykłady postaw niektórych chrześcijan, którzy wiernie naśladowali swego Mistrza, wielu świętych, szczególnie męczenników, poczynając od pierwszego męczennika św. Szczepana.
Jednak można i trzeba powiedzieć, bez obawy pomyłki, że większość chrześcijan, katolików - większość z nas - ma olbrzymie trudności ze stosowaniem wskazania Chrystusowego o miłowaniu nieprzyjaciół. Wydaje się nam, że wykracza to poza nasze możliwości, nie przynosi owoców. W związku z tym, co mamy czynić? Odpowiedź znajdujemy na płaszczyź­nie wiary: trzeba bardziej zaufać temu, co boskie, niż temu, co ludzkie. Trzeba zacząć bardziej liczyć na Boże, nadprzyrodzone, niż na ludzkie, doczesne siły. Trzeba bardziej zjednoczyć się z Chrystusem przez życie sakramentalne, modlitwę, uczynki miłosierdzia. Wtedy człowiek uzyska mądrość i siłę do realizacji nauki o miłości nieprzyjaciół.
Drogie Siostry i Bracia,
Kiedy czytamy tę właśnie Ewangelię, wyraźnie dostrzegamy, że stanowi ona dla nas konkretne zadanie! Wszystkie modlitwy, rekolekcje, skupienia, wyrzeczenia mają nas przybliżyć do Chrystusowego ideału. Nie jest on utopią. Zaświadczył o tym sam Pan Jezus i wielu Jego uczniów. Do dawania tego świadectwa wezwani jesteśmy także my, ludzie ochrzczeni, bierzmowani, przyjmujący Najświętszy Sakrament, konsekrowani.
Módlmy się, by ta niedziela, by to nasze spotkanie ze słowem Bożym oraz z Jezusem w Eucharystii, utwierdziły w nas postawę miłości każdego człowieka ze względu na to, że jest osobą. Byśmy coraz liczniejsi – umieli pragnąć dobra dla wszystkich. Byśmy uwierzyli, że miłość ma największą moc uzdrawiania człowieka. Amen.


lutego 18, 2017

7. Niedziela Zwykła (A) – Świętymi bądźcie

7. Niedziela Zwykła (A) – Świętymi bądźcie
Upłynął tydzień i znowu spotykamy się przy stole. Chrystus karmi nas swoim słowem i swoim Ciałem. Przychodząc tu, odpowiadamy na zaproszenie, jakie skierował do nas Pan Jezus. Poprzez szarzyznę życia, poprzez ciężar powszedniego dnia – dociera do nas wez­wanie! Mamy się spotkać przy stole jak jedna rodzina. Chrystus nas zaprasza, Chrystus nas gromadzi, Chrystus nas jednoczy! Takie zaproszenie można przyjąć tylko z radością. Trzeba teraz z ca­łą prostotą pomyśleć o sobie: To ja mogę zasiąść do stołu z Chrystusem, w łączności z apostołami, wraz z Ojcem św., z ca­łym ludem Bożym. Stół, przy którym siadamy jest zastawiony dla wszystkich. Oto rodzina Boża!
Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestni­kiem Boskiej natury”! – poucza nas papież Leon Wielki (Kaza­nie o Narodzeniu Pańskim). Jest to echo słów św. Pawła czytanych przed chwilą. „Czy nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was” (1 Kor 3, 16). Zanim więc przyjmiemy słowo Boże, powinniśmy uświadomić sobie, że to Oj­ciec przemawia do swoich dzieci, razem zasiadających do stołu: „Bądźcie wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). Zanim przyjmiesz słowo Boże, pomyśl o tym, że jesteś dzieckiem Boga, że jest to słowo miłującego Ojca! Przykazanie miłości bliźniego, obejmujące nawet nieprzyjaciół, można podjąć dopiero wtedy, gdy zna się swoją godność!
Trzeba się najpierw wyzwolić z lęku i poczucia niepewności, bo lęk i niepewność są źródłem agresji. Nienawiść rośnie na grun­cie słabości, karmi się poczuciem zagrożenia, rozrasta się, ogar­niając całego człowieka. Kompleks niższości jest jej najlepszą po­żywką. Mściwi są ludzie, lękający się o własne jutro i o swoje miejsce w świecie, który nadchodzi. Dlatego, zanim usłyszymy trudne przykazanie miłości, trzeba powtórzyć z wiarą słowa Apostoła: „Wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3, 23). Jeżeli należę do Chrystusa, jestem tu, przy stole. Znalazłem się tu nie przypadkiem, to On mnie zaprosił; to moim Ojcem jest Bóg. Mam tak bogatego Ojca. Nie jestem zagubiony w tym świecie! Nie jestem igraszką sił przyrody! Jestem współ­dziedzicem świata. Świat, czy życie, czy śmierć, czy to rzeczy te­raźniejsze, czy przyszłe; to wszystko jest wasze! (1 Kor 3, 22). Nie jest to oczywiście pewność siebie, która jest często bez pokry­cia. Jest to poczucie bezpieczeństwa, jakie ma dziecko, ufające miłującemu Ojcu.
Bywa tak, że popełniamy błąd sądząc, że Bóg jest do nas po­dobny; wyobrażamy Go sobie na nasz obraz i podobieństwo. Chce­my się wyzwolić z naszych lęków prowadząc z Nim różne rozli­czenia, próbując Go przekupić obietnicami i darami. Tymczasem rzecz ma się odwrotnie. To my jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. To nam powiedziano: „świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (Kpł 19, 2); „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz niebieski (Mt 5, 48), a „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8). My jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. Znaczy to tyle, że stajemy się naprawdę ludźmi przez miłość. Nie ma czło­wieka bez miłości. Jest to reguła obowiązująca zawsze. Nie można stać się człowiekiem, bez miłości. Stając dziś przed trudnym przykazaniem miłości widzimy jasno, że człowieczeństwo jest nam zadane. Spełniamy się jako ludzie każdego dnia na nowo. Na nic się zda wykrętne tłumaczenie, że żyjemy w świecie obojętności i walki. Jeżeli żyjemy w świecie nieludzkim, to przynajmniej tyle wiemy, że mamy być ludźmi, bo jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli każdego dnia uchybiamy przykazaniu miłości, to przynajmniej tyle wiemy, że jest to program na całe życie. Bo przez kolejne dni i lata nam dawane, mamy się stawać ludźmi. „Poznaj chrześcija­ninie swoją godność”, Szlachectwo zobowiązuje!
A jednak słowa: „Jeżeli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5, 39) budzą sprzeciw, są trudne do przyjęcia. „Miłujcie nieprzyjaciół waszych” (Mt 5, 44). Chętnie przemknęlibyśmy obok tych słów, a Ewangelię wolimy otwierać na innej stronie. Pomyślmy jednak: jeżeli potępiamy nienawiść w działaniu innych ludzi, czy możemy sami odpowiadać im nienawiścią? Jeżeli wyznajemy zasadę „oko za oko”, za zbrodnię chcemy zbrodnią płacić, to w czym jesteśmy lepsi od zbrodnia­rzy? Zło nie może wywoływać echa nienawiści w naszym wnę­trzu.
Podczas swej drugiej pielgrzymki do ojczyzny, Ojciec św. bea­tyfikował dwóch uczestników Powstania Styczniowego. Zryw narodu ku wolności został stłumiony z nie­pohamowaną nienawiścią, ale my dziś podziwiamy ludzi, którzy nie pozwolili się spętać nienawiści. Pozostali wolni, mocą miłości.
A cóż powiemy o młodym poecie, Janie Romockim, który poległ podczas Warszawskiego Powstania?
Od rezygnacji w dobie klęski,
Lecz i od pychy w dzień zwycięski,
Od krzywd – lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas Panie.
Uchroń od zła i nienawiści,
Niechaj się odwet nasz nie ziści.
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc Chryste!”
Jesteśmy dziećmi narodu, który karmił się Ewangelią, który obronił swą tożsamość mocą wolnego ducha, który nie pozwolił się spętać agresji tak często atakującej jego granice.
Wróćmy na zakończenie do radosnej prawdy; tu, przy stole, nie znaleźliśmy się przypadkiem. Jesteśmy dziećmi, a nie prze­chodniami. Wezwał nas Ojciec. Dlatego pozbywamy się lęków, które rodzą agresję. W obliczu Ojca, w którego rękach jest wszy­stko, odnajdujemy spokój. Jesteśmy dziećmi Tego, który jest najbogatszy w miłość. Prosimy Go pokornie, aby w nas zachował to podobieństwo do siebie, które sprawia, że jesteśmy ludźmi, Jego dziećmi, wolnymi od nienawiści. Amen.


lutego 18, 2017

Przemienienie Pańskie

Przemienienie Pańskie
Sobota VI tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”. (Mk 9,2-10)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Poznanie przez zasłonę
W Markowym opisie Przemienienia Pańskiego jest jedno zdanie, które pomaga nam zrozumieć pewną specyfikę poznawania Boga. Dopiero wtedy, gdy wizja, którą apostołowie oglądali na Górze Tabor, została przesłonięta obłokiem, dopiero wtedy Piotr, Jakub i Jan poznali najważniejszą prawdę zawartą w tym objawieniu: „To jest mój Syn umiłowany”. Ten szczególny sposób przesłania pozna­wanego obiektu jest jako metoda poznania stosowany nie tylko w sprawach wiary, lecz również spraw tego świata penetrowanych przez różne nauki.
Wiadomo, że wokół słońca tworzy się korona słoneczna. Jest ona jednak niedostrzegalna w normalnych warunkach. Dopiero, kiedy podczas całkowitego zaćmienia tarcza słońca zostanie prze­słonięta tarczą księżyca, pojawia się na czarnym niebie wokół słońca wspaniała korona, którą można obserwować przez kilka minut zaćmienia. Na słońcu można dostrzec pewne szczegóły np. plamy słoneczne. Kiedy wpatrujemy się w nieosłonięte słońce, nie dostrzegamy żadnych szczegółów, po chwili takiego wpatrywania się całkiem przestaniemy widzieć. Kiedy jednak słońce zostanie przesłonięte różnymi filtrami, wtedy ukazują się nie tylko plamy, ale i pertuberancje i ziarnista struktura słońca.
Temperaturę kaloryferów badamy zwyczajnie dotknięciem ręki. Kto jednak w taki sposób chciałby poznać temperaturę pieca hut­niczego, to straci rękę. Trzeba tutaj posłużyć się metodą mniej bezpośrednią. Temperaturę pieca hutniczego bada się specjalnie skonstruowanym termometrem, wyposażonym w odpowiednie osło­ny. Człowiek zaś, przed żarem pieca musi się chronić azbestowym kombinezonem i rękawicami.
Kto chciałby na własne uszy zbadać, jakie jest natężenie hałasu, przy starcie rakiety kosmicznej, to straci słuch. Uszy trzeba zatkać, a decybele badać przy pomocy specjalnych urządzeń.
Jeśli tak jest przy poznawaniu spraw tego świata, to tym bar­dziej metoda przesłaniania ma zastosowanie w świecie wiary. Bóg jest światłością, która swym blaskiem zaćmiewa wszystkie inne źródła światła. Bóg jest żarem, przed którym „góry jak wosk top­nieją” (Ps 97,5). Głos Pana jest potężny. Głos Pana „łamie cedry i ugina dęby” (por. Ps 27,5). Kto chciałby Boga zobaczyć, od blasku Bożego oblicza straci wzrok. Kto chciałby Boga dotknąć, od żaru Jego wnętrza straci rękę. Kto chciałby Boga usłyszeć, od grzmotu Jego głosu straci słuch. Kto chciałby Boga zrozumieć, od bogactwa Jego Istoty straci rozum. Dlatego Bóg przesłania się obłokiem tajemnicy i otwiera przed nami najbardziej dla nas odpowiednią drogę poznania i zbliżenia. Jest to droga wiary.
Czy teraz już rozumiesz co znaczy ów obłok, o którym pisze Ewangelista Marek: „I zjawił się obłok osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie»”. (Mk 9,7)

To jest mój Syn umiłowany”
Jest niezmiernie ważne dla naszego rozwoju duchowego to, co powiedział Bóg-Ojciec o swoim Synu: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. Po co Jezus wybrał trzech spośród swoich uczniów i wziął ich ze sobą na wysoką górę? Chciał przy tej okazji okazać swoją chwałę najbliższym przyjaciołom, chciał aby Go lepiej poznali (chociaż – jak to zaznaczyliśmy w pierwszej części naszego rozważania – było to poznanie przez zasłonę), chciał objawić się im jako ukochany Syn Ojca. Widząc coś zaskakującego, uczniowie zlękli się i zdali sobie sprawę, że doświadczenia i wydarzenia, jakich byli świadkami do tej pory, były niczym w porównaniu do tego, czego doświadczają teraz.
Piotr poprosił Pana, aby zawsze mogło wszystko pozostać tak, jak teraz.
Rozumiemy jego reakcję, my też pewnie postąpilibyśmy tak samo, kiedy przeżylibyśmy coś tak nadzwyczajnego. To, czego on doświadczył, wychodzi jednak poza nasze doświadczenia, nawet te najpiękniejsze. Zobaczył on bowiem Chrystusa takim, jaki jest naprawdę, to znaczy: mógł stanąć wobec Niego jako Syna Bożego. I jeśli nadal miał jakieś wątpliwości, usłyszał głos Ojca Niebieskiego, potwierdzający tajemnicę bóstwa Jezusa: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!
Jako uczniowie Chrystusa mamy Go słuchać, jako Jego przedstawiciele mamy Go kochać, jako chrześcijanie – przekonani o Jego boskiej naturze – mamy Go naśladować i podarowywać Go innym poprzez własne świadectwo życia.
Cokolwiek nie jest z Chrystusa i dla Jego chwały, musi zejść na drugi plan.
Nawet jeśli chcielibyśmy – jak Piotr – pozostać, kontemplując Chrystusową chwałę (dobrze, że tu jesteśmy), na razie jednak musimy zejść z góry i żyć tak, aby któregoś dnia móc kontemplować Go na wieki w niebie, twarzą w twarz. 

 
Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger