sierpnia 15, 2017

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Tyle mamy powodów do dziękczynienia w dzisiejsze święto: za dar Ojczyzny – przecież nie wolno nam zapomnieć tamtego cudu z 1920 roku, bez którego historia Polski zapewne potoczyłaby się zupełnie inaczej – i wypada nam się przyłączyć do dziękczynienia naszych braci rolników za tegoroczne zbiory, przyłączyć się, zwłaszcza modlitewnie za ich trudną sytuację ekonomiczną – krótko mówiąc: powodów do dziękczynienia jest wiele. Ale my pochylmy się szczególnie nad tajemnicą dzisiejszego święta, największego święta Maryjnego.
Otóż tylko w perspektywie miłości da się sens dzisiejszego święta ogarnąć. Wszystko zaczyna się od tego, że nasza wiara, jeżeli ją traktujemy na serio, jest jednym wielkim dziękczynieniem za ten dar, jaki otrzymaliśmy w osobie Jezusa Chrystusa od Przedwiecznego Ojca: “Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto wierzy w Niego nie zginął, ale miał życie wieczne”. Wcielenie Syna Bożego było wydarzeniem absolutnie jedynym w ludzkiej historii. Przyszedł On do nas po to, ażeby szukać i zbawić ludzi wszystkich pokoleń, ras i narodów. Przyszedł szukać i zbawić nawet tych ludzi, którzy historycznie żyli przed Nim. To właśnie tych ludzi szukał, kiedy po swojej zbawczej śmierci wstępował do piekieł, jak to wyznajemy w Składzie Apostolskim. Krótko mówiąc, miłość Boga do nas, ludzi, posunęła się aż tego, że sam Syn Boży, przez którego świat został stworzony, przyjął nasze człowieczeństwo, ażeby stać się Zbawicielem – najdosłowniej – całej ludzkości. To wszystko musimy sobie przypomnieć, ażeby zrozumieć sens dzisiejszego święta.
Pomyślmy, skoro Syn Boży stał się jednym z nas, to Maryja jest absolutnie jedynym człowiekiem ze wszystkich pokoleń ludzkości, której powołaniem życiowym było macierzyństwo wobec Syna Bożego. Wiele ludzkich pokoleń przeszło już przez naszą ziemię. Nie wiemy, ile jeszcze pokoleń będzie na niej żyło – na pewno są to miliardy, miliardy ludzi. Otóż, wśród tych miliardów ludzi, nie było i nie będzie nikogo kto miałby powołanie równie wzniosłe, jak Maryja. Tylko Ona została powołana do tego, żeby być Matką Syna Bożego. I słusznie nazywamy Ją Matką Bożą, bo chociaż urodziła i wychowała Syna Bożego w Jego naturze ludzkiej, to przecież posługa macierzyńska skierowana jest ku Osobie dziecka. Człowiek, Jezus Chrystus, jest Tą samą osobą Syna Bożego, przez którego świat został stworzony. Syn Boży i Syn Maryi jest tą samą Osobą. Tysiące i miliony ludzi znalazło w Jezusie Chrystusie swoje “wszystko”, związało się z Nim najmocniejszą miłością, ale Matką była tylko Ona jedna. Dlatego tak serdecznie Ją kochamy i z takim przekonaniem Ją czcimy.
Przyjmując człowieczeństwo, Syn Boży dobrowolnie przyjął nasz ludzi los, w świecie zdeformowanym przez nasze grzechy. Jednak On sam był Człowiekiem doskonałym i bezgrzesznym. Przyszedł zaś do nas po to, ażeby wszystkich, którzy w Niego uwierzą, i będą się Go mocno trzymać, wyzwolić z grzechu i napełnić świętością. Otóż pierwszą osobą, którą Syn Boży najpełniej i ponadobficie ogarnął swoją świętością, była Maryja. Dlatego zaś ogarnął Ją swoją świętością; dlatego uczynił – najdosłowniej – bezgrzeszną, bo przecież miała Ona zostać Jego Matką. Nie mogła być tego godna sama z siebie, więc On uczynił Ją godną Bożego macierzyństwa. “Łaskiś pełna, Pan z Tobą” – mówił o tym Anioł Gabriel podczas Zwiastowania, gdyż Bóg przygotował Ją sobie na Matkę od momentu poczęcia. Tak, jak słonce udziela światła jutrzence już przed swoim wschodem, tak Bóg napełnił świętością Maryję, zanim jeszcze została Matką Syna Bożego.
Już w Ewangelii zapisany jest zachwyt z powodu tej niepowtarzalnej posługi, jaką Maryja spełniła dla nas wszystkich: “Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś” – spontanicznie woła do Jezusa jakaś kobieta z tłumu. “Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” – zapowiada Duch Święty ustami Maryi Jej przyszłą chwałę w Kościele.
Każde pokolenie chrześcijan kontemplowało Maryję jako Arkę Nowego Przymierza, nieporównywalnie wspanialszą od arki starotestamentalnej, w której przechowywano tablice Bożych przykazań. W Maryi przecież Ojciec Przedwieczny złożył największy skarb, jakim chciał nas obdarzyć, swojego własnego Syna. To z jej ciała zostało wzięte i w jej ciele ukształtowało się ciało Syna Bożego. Toteż nie można nam mieć za złe tego, że tak bardzo Ją kochamy.
Niepowtarzalna była nie tylko Jej posługa w dziele zbawienia nas wszystkich – również miłość, jaką kochała Jezusa, jest nieporównywalna z miłością największych nawet mistyków i świętych. Rzecz jasna, nie miała jej Ona sama z siebie – została nią obdarzona, zwłaszcza ze względu na swoje niepowtarzalne powołanie. Chodzi o to, że spośród ludzi była Ona najświętsza: “Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” – woła do Niej Elżbieta podczas Nawiedzenia. Natomiast w Kanie Galilejskiej, Maryja potrafiła przekonać również innych do podjęcia swojej postawy całkowitego zwierzenia Jezusowi, mówiąc: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Maryja była więc pierwszą osobą wierzącą w Jezusa, i pierwszą Apostołką, która innych uczyła zawierzenia Jezusowi. Co więcej, jeśli uważnie wsłuchamy się w hymn Magnificat, jaki został nam przypomniany w dzisiejszej Ewangelii, to musimy zauważyć, że nie jest on tylko osobistym dziękczynieniem Maryi. Ona, za dar zbawienia dziękuje w nim Bogu w imieniu nas wszystkich; w imieniu całej odkupionej ludzkości.
Dopiero – jeżeli się o tym wszystkim pamięta – można troszeczkę zrozumieć prawdę Jej Wniebowzięcia. Ona już na tej ziemi kochała Boga dosłownie całą sobą: całą swoją duszą i całym ciałem. Ta miłość, już na tej ziemi, zaniosła Ją w niewyobrażalnie bezpośrednią bliskość Boga.
Już podczas swojego historycznego życia, Maryja była idealnym obrazem Kościoła, poniekąd jego uosobieniem. Powtórzmy jeszcze raz – tego wszystkiego nie miała Ona sama z siebie, ale Bóg Ją obdarzył tak bardzo ze względu na Jej absolutnie niepowtarzalne powołanie do Bożego Macierzyństwa.
Po swojej śmierci, Maryja z duszą i ciałem znalazła się w niebie, bo nie godziło się, żeby to ciało, z którego zostało wzięte ciało samego Syna Bożego, pozostało w grobie i doznało rozkładu. Zarazem, była Ona w pełni dojrzała do tak wielkiego wyniesienia – przez swoje życie przeszła bowiem bez grzechu i przepełniona miłością. W ten sposób jest Ona żywą gwarancją, że również my wszyscy, którzy złożyliśmy nadzieję w krzyżu i zmartwychwstaniu Chrystusa, będziemy zbawieni również w naszych ciałach, jeśli tylko w naszej nadziei wytrwamy do końca.
Łatwo więc zrozumieć, dlaczego pouczenia moralne, jakie Kościół kieruje do swoich wiernych w Uroczystość Wniebowzięcia NMP, tradycyjnie idą w dwóch kierunkach: Najpierw Kościół usiłuje nas w ten sposób pobudzić do zachwytu nad wiarą i miłością Maryi, żebyśmy nabrali ochoty do naśladowania Jej, zwłaszcza żebyśmy starali się naśladować Jej całkowite zawierzenie Bogu oraz całą osobową bezwarunkową miłość. Drugi wielki temat moralny, jaki od wieków podnoszony jest w to największe święto Maryjne, to przypomnienie o szczególnej godności naszego ludzkiego ciała. Maryja, już teraz, ale kiedyś my wszyscy, jeżeli tylko znajdziemy się w gronie zbawionych, będziemy zbawieni cali, również w naszych ciałach. “Ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana” – poucza Apostoł, Paweł. “Czyż nie wiecie, że ciała wasze są świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?”. W świecie, który jest kształtowany tak, jakby Boga nie było, ludzkie ciało jest poniżane nie tylko przez: pornografię, pijaństwo, narkomanię, prostytucję, czy różnorodną rozpustę. Niestety, a wciąż podnoszą się głosy na rzecz eutanazji, widzimy coraz więcej pogardy dla ludzkiego ciała, kiedy jest ono schorowane, stare, czy niedołężne. Dlatego, niech dzisiejsza Uroczystość przyczyni się do tego, że odnowi się w nas szacunek dla ciała własnego, ale również dla ciał naszych bliźnich. Przecież nasze ciała, a nie tylko dusze, przeznaczone są do życia wiecznego.
Niech duchowym owocem przeżycia dzisiejszej Uroczystości Matki Bożej Wniebowziętej będzie wewnętrzne otwarcie się na te dwa przesłania tejże Uroczystości. Odnówmy nasze pragnienie, aby na wzór Matki Najświętszej kochać Boga absolutnie na pierwszym miejscu; kochać Boga tak bardzo, jak tylko za łaską Bożą będziemy do tego zdolni. I bardzo mocno sobie postanówmy, że nie chcemy należeć do cywilizacji śmierci, którą cechuje brak szacunku dla ludzkiego ciała, zarówno dla ciała własnego, jak dla ciała drugiego człowieka. Gorąco módlmy się o to, żeby nasze dzisiejsze świętowanie nie było duchowo puste. Niech się tak stanie.


sierpnia 14, 2017

"Muszę być świętym jak największym".

"Muszę być świętym jak największym".

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 19 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 17, 22-27
 
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy Jezus przebywał w Galilei z uczniami, rzekł do nich: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie». I bardzo się zasmucili. Gdy przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy didrachmy z zapytaniem: «Wasz Nauczyciel nie płaci didrachmy?» Odpowiedział: «Tak». Gdy wszedł do domu, Jezus uprzedził go, mówiąc: «Szymonie, jak ci się zdaje: Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub podatki? Od synów swoich czy od obcych?» Gdy Piotr powiedział: «Od obcych», Jezus mu rzekł: «A zatem synowie są wolni. Żebyśmy jednak nie dali im powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą złowioną rybę, a gdy otworzysz jej pyszczek, znajdziesz statera. Weź go i daj im za Mnie i za siebie».
 

Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus jest świadom swej misji, którą ma wykonać na ziemi. Dziś słyszymy w Ewangelii, jak kreśli przed uczniami wizję niedalekiej przyszłości, aby przygotować ich na te chwile, które mają nadejść. Te słowa wywołują smutek wśród uczniów. To takie – można rzec, oczywiste – bo każdy z nas zareagował by podobnie.
Ale ta prawda jest potrzebna uczniom i każdemu człowiekowi, nam też, by z jednej strony przygotować nas na spotkanie z tą rzeczywistością, a z drugiej też wprowadzić nas na tę drogę, uświadomić nam, że to i nasza droga – bo mamy podążać za Chrystusem zgodnie z Jego słowami: Jeśli kto chce pójść za Mną (...), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mk 8,34).
W dniu dzisiejszym wspominamy wielkiego człowieka, świętego Ojca Maksymiliana, franciszkanina. To jeden z największych świętych XX wieku, w którym nam przypadło żyć. Wspomnienie Ojca Kolbe wiedzie nas nieubłaganie ku golgocie naszych czasów, do miejsca, gdzie masowo zabijano ludzi, odzierając ich ze wszystkiego co ludzkie, pozbawiając nawet najmniejszych okruchów miłości. A mimo to, ta nieludzka ziemia, stała się 14 sierpnia 1941 roku, jednocześnie i Bożą, i ludzką. Wszystko to, dzięki człowiekowi, dla którego pragnienie świętości okazało się najsilniejsze. To obraz Maksymiliana, męczennika, który wobec świata okazuje się nam jak znak sprzeciwu.
Patron dnia dzisiejszego tak wspaniale upodobnił się do Chrystusa, realizując Jego słowa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Z drugiej zaś strony, gdy prześledzimy życie św. Maksymiliana – to bardzo intensywne życie – dostrzegamy w nim także wszystkie te możliwości, które stwarza dla przekazu wiary nowa kultura i technika. Ojciec Kolbe dostrzegał je bardzo dobrze, i umiejętnie z nich korzystał. Wraz z budową klasztoru w Niepokalanowie, wznosi wydawnictwo dla druku Rycerza Niepokalanej. 8-go grudnia 1938 roku przemawia w pierwszej audycji z nowo zbudowanej radiostacji nadawczej “Radia Niepokalanów”. Dostrzegamy w nim także wielkiego misjonarza. To on udaje się na Daleki Wschód i przewodzi franciszkańskiej misji w Japonii. Nade wszystko, dostrzegamy w Ojcu Kolbe człowieka wielkiego skupienia i żarliwej modlitwy, pełnej zawierzenia i oddania – szczególnie do Matki Najświętszej Niepokalanej. Pisał na ten temat następująco: „Dozwól mi, Panno Przenajświętsza, bym własnym kosztem Cię chwalił; bym dla Ciebie żył, pracował, wyniszczył się i umarł; bym do Ciebie cały świat przywiódł; bym Ci przyniósł taką chwałę, jakiej jeszcze nikt Ci nie przyniósł”.
Zdumiewa nas postać dzisiejszego Patrona. Korona męczeństwa i chwały, którą dane mu było zdobyć, była z pewnością owocem jego świętego, do końca oddanego życia. Dzisiejszy Święty, którego wspominamy, tak bardzo mocno żył chwilą obecną: pracą, kora jest w tej chwili do zrobienia; świętością, która jest teraz zadana. W swoich notatkach rekolekcyjnych pisał: „Czyń, co czynisz. Na wszystko inne – dobre czy złe – nie zwracaj uwagi. Czego teraz nie uformujesz w sobie, tego nigdy nie zrobisz. Dziś zacznij służyć Panu Bogu – może to dzień ostatni w twoim życiu. Jutro jest niepewne. Wczoraj – do ciebie nie należy. Dziś tylko jest twoim”. W swoim regulaminie życia, który czytał co miesiąc, na pierwszym miejscu zapisał: „Muszę być świętym jak największym. Każdego miesiąca, każdego dnia, każdej minuty, teraz”.
Takie jest świadectwo życia św. Maksymiliana: wierność na co dzień, która nie czeka wielkich może okazji, ale jest zawsze pokorna. Taka wierność potrafi przenieść poza granice śmierci. Dzięki tej wierności i wytrwałej pracy nad sobą, zdecydował się na heroiczne ofiarowanie swojego życia za bliźniego.
Uczestniczymy w Eucharystii, najdoskonalszej Ofierze Jezusa Chrystusa. Ilekroć sprawowana jest Najświętsza Eucharystia, to On, prawdziwie, choć w sposób cudowny, wydaje się za nas, i pragnie, abyśmy także swoje ofiary, trudności i problemy dnia codziennego, to wszystko co przeżywamy, starali się razem z Nim ofiarować Bogu. Może dzisiaj nie żąda Chrystus od nas tak bezpośredniego oddania życia za drugich, jak to uczynił św. Maksymilian. Chciejmy jednak na jego wzór uczyć się tej pokornej wytrwałości przy Bogu na każdy dzień. Obyśmy umieli wybierać w życiu miłość trudną, ofiarną. Uczmy się tego od Chrystusa, od Jego Matki. Uczmy się tego od Ojca Maksymiliana. AMEN.


 

sierpnia 01, 2017

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…
Z Ewangelii według świętego Mateusza
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie». Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się». Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie».


Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus wziął ze sobą trzech swoich Uczniów – tych, o których się mówi, że byli Mu najbliżsi – wziął osobno i wziął na górę. Zauważmy, Kochani, tę triadę: Jezus wziął ze sobą,
wziął osobno, wziął na górę… A kiedy się to dokonało – nastąpiło jedyne w swoim rodzaju spotkanie i jedyne w swoim rodzaju objawienie, któremu podobnego nie ma w całym Piśmie Świętym.
Oczywiście, różnych objawień Boga było więcej, ale to jedno było takie właśnie wyjątkowe, bo oto oczom zdumionych Piotra, Jakuba i Jana ukazał się Jezus, z którym w końcu przyszli i którego dobrze znali, jednak tym razem był On otoczony jakimś nadzwyczajnym blaskiem! A do tego jeszcze – Mojżesz i Eliasz… Coś niesamowitego!
Trudno się zatem dziwić reakcji Piotra, który poruszony takim wydarzeniem, zaczął coś bełkotać o jakichś namiotach. Niektórzy komentatorzy dopatrują się w tym nawet jakichś głębszych treści, wskazując na namiot jako miejsce zatrzymania, miejsce spotkania, a zatem widzą w wypowiedzi Piotra uzewnętrznione głębokie pragnienie zatrzymania tej chwili, utrwalenia jej i jakiegoś głębszego przeżycia. Osobiście nie jestem pewien, czy można aż tak dalekie wnioski wyciągać, czy jednak – jak wskazuje Ewangelista – nie jest to po prostu zwykły strach, który jest w takiej sytuacji czymś naprawdę normalnym i zrozumiałym, a który spowodował, że Piotr wygadywał „trzy po trzy” jakieś dziwne rzeczy…
Nie ma jednak wątpliwości, że dokonało się coś nadzwyczajnego, coś szczególnego… A kiedy się dokonało? Kiedy Apostołowie dali się Jezusowi poprowadzić ze sobą, kiedy dali się poprowadzić osobno, kiedy dali się poprowadzić na górę… Sam Piotr w dzisiejszym pierwszym czytaniu relacjonuje to wydarzenie, wskazując jednocześnie na to, iż ma ono przełożyć się na życie zarówno jego samego, jak i wszystkich wierzących w Chrystusa. Bo wydarzenie to samo w sobie nic by wręcz nie znaczyło, gdyby nie stanowiło potwierdzenia prorockiej mowy, którą Piotr określa jako mocniejszą!
Tak, bo wszystkie cuda i nadzwyczajne znaki Jezusa dawane były po to i tylko po to, aby potwierdzały Jego naukę, Jego misję. One nie były po to, aby zaszokować, zdziwić, wzbudzić sensację czy tanią popularność. One były i dzisiaj są po to, aby ludzie coś zrozumieli – aby coś więcej zrozumieli – a następnie żyli tym, co zrozumieli. Abyśmy to my zrozumieli – i my według tego żyli! A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy – żeby to jeszcze raz powtórzyć – damy się poprowadzić Jezusowi ze sobą, damy się poprowadzić osobno, damy się poprowadzić na górę… Co to znaczy?
To znaczy, że uwierzymy tylko Jezusowi i tylko Jego zasady będziemy wprowadzali w życie, nie czyjeś inne… Że uwierzymy Mu bezgranicznie i we wszystko, co nam powie. A nade wszystko – że w ogóle zechcemy w Niego uwierzyć, że naprawdę chętnie za Nim pójdziemy, a nie dla zasady, dla tradycji, czy jedynie „na wszelki wypadek”…
A pójście osobno oznacza oderwanie się od całego zgiełku świata i hałasu, w jakim na co dzień żyjemy. Oczywiście, nie chodzi tu – bynajmniej – o bujanie w obłokach i zaniedbywanie obowiązków, ale o to, by starać się w tym swoim zabieganym życiu tworzyć przestrzeń ciszy, spokoju, refleksji… Chociaż czasami, raz na jakiś czas – aby odpocząć, porozmawiać z Bogiem, powziąć jakieś dobre myśli, postanowienia…
Takim czasem powinna być każda modlitwa, ale mogą to być także rekolekcje, na które warto się gdzieś wybrać, a propozycji teraz jest coraz więcej… I nie tylko dla ludzi należących do różnych wspólnot, bo zaproszenie skierowane jest do wszystkich chętnych… Chętnych – i odważnych! A nawet, Kochani, zwykły urlop i wyjazd z rodziną gdzieś poza dom może być okazją do spokojnego spaceru, czy innych chwil wyciszenia, w czasie których naprawdę Bóg może dużo powiedzieć…
I wreszcie – wyjście na górę oznacza w Biblii zawsze wejście w bliższy kontakt z Bogiem. Góra jest symbolem wyjścia ponad poziom ziemi, a więc ponad swoją codzienność, zwyczajność, powszedniość, a skierowanie się do Boga, do którego z wysokości góry jest w jakimś sensie – oczywiście sensie metaforycznym – bliżej. Przeto wejście na górę oznacza w tym wymiarze jednostkowym to, o czym tu sobie mówimy, a więc nawiązanie kontaktu z Bogiem i oderwanie się w tym momencie od swojej codzienności, zaś w wymiarze całościowym oznacza – ustawienie w życiu właściwej hierarchii wartości i ważności, co będzie się wyrażało tym, że Bóg i spotkanie z Nim, kierowanie się Jego zasadami i uznawanie Jego wartości zawsze będzie priorytetem, a codzienność i związane z nią sprawy będą owym wartościom wyższym podporządkowane.
Zatem, Kochani, dajmy się poprowadzić Jezusowi, aby się przekonać, że On naprawdę jest z nami, że naprawdę działa, że ukazuje nam blask swojej chwały i moc swego ramienia, czyniąc w ten sposób nasze życie mądrzejszym, piękniejszym i łatwiejszym!
I właśnie te refleksje mając na uwadze, pomyślmy w głębi serca: 
Jak w praktyce swego życia daję się poprowadzić Jezusowi ze sobą? 
Czy mam odwagę pójść z Jezusem osobno?
Czy daję się Jezusowi poprowadzić na górę?

sierpnia 01, 2017

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego
Wj 33, 7-11; 34, 5-9. 28 ; Mt 13, 36-43
 
 
Czytanie z Księgi Wyjścia
Mojżesz wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem.
Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał u wejścia do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu. Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem. Potem wracał Mojżesz do obozu, sługa zaś jego, Jozue, syn Nuna, młodzieniec, nie oddalał się z wnętrza namiotu. A Pan zstąpił w obłoku, i Mojżesz zatrzymał się koło Niego, i wypowiedział imię Jahwe. Przeszedł Pan przed jego oczyma i wołał: «Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz niepozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia». Natychmiast Mojżesz skłonił się aż do ziemi i oddał pokłon, mówiąc: «Jeśli darzysz mnie życzliwością, Panie, to proszę, niech pójdzie Pan pośród nas. Jest to wprawdzie lud o twardym karku, ale przebaczysz nasze winy i nasze grzechy, a uczynisz nas swoim dziedzictwem». I był tam Mojżesz u Pana czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i nie jadł chleba, i nie pił wody. I napisał na tablicach słowa przymierza – Dziesięć Słów.  
Oto słowo Boże.
 
Refleksja nad Słowem Bożym
 
Zadziwiające, jak wiele możemy nauczyć się, odnośnie naszego życia wewnętrznego, w sytuacji w jakiej znalazł się Mojżesz, a o której przed chwilą słyszeliśmy w I. czyt. z Księgi Wyjścia, w dzisiejszej liturgii słowa. Mojżesz z Narodem Wybranym zmierza do obiecanej im przez Boga ziemi, ich ziemi; zmierza w sytuacji wyjątkowo trudnej, ekstremalnej, bo wędrują długo przez pustynię. Możemy zaryzykować takie powiedzenie: Znają cel swojej wędrówki, ale nie znają drogi, którą należy wybrać, którą należy podążać.
Ich drogą jest droga Mojżesza, a jest to droga bezgranicznego zaufania Bogu – tak jak czytaliśmy przed chwilą, Pismo św. mówi: “Wykonał Mojżesz wszystko tak, jak mu to Pan nakazał uczynić”. Co zatem Mojżesz wykonał? Buduje swoisty przybytek – świątynię, buduje namiot spotkania Boga z człowiekiem; namiot spotkania człowieka z Bogiem. I właśnie to swoiste sanktuarium, z bardzo prymitywnych materiałów wykonane, staje się drogowskazem dlatego, że zostało zbudowane na fundamencie zaufania i zawierzenia Bogu. Czytamy: „Obłok bowiem Pana za dnia zakrywał przybytek, a w nocy błyszczał, jak ogień w oczach całego domu izraelskiego w czasie całej ich wędrówki”.
Ów namiot spotkania, jako miejsce spotkania człowieka z Bogiem, staje się równocześnie bezpieczną drogą dla człowieka. Ale tenże przybytek ukazuje nam jeszcze jedną prawdę, prawdę współodczuwania Boga z człowiekiem; prawdę, którą możemy nazwać prawdą solidarności Boga z człowiekiem. Bóg pozostaje zawsze wierny i zawsze solidarny z człowiekiem. Zwłaszcza wtedy, gdy tenże wkracza w “ciemną dolinę” samotności, bólu, rozpaczy, w ciemną dolinę własnej bezradności.
Każdy człowiek pielgrzymuje w czasie i przestrzeni własnego życia, życia jakże często naznaczonego wielkim trudem, cierpieniem, i chyba tym, co jest najgorsze: poczuciem osamotnienia. Wiemy, tak jak Naród Wybrany, dokąd zmierzamy. Dla nas ludzi wierzących jest to dom naszego Ojca. Ale, czy znamy drogę? Czy wybieramy właściwą drogę? Zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi nam cierpieć, gdy ogarniają nas swoiste ciemności. Co w takiej sytuacji mamy czynić? Trzeba nam, jak Mojżesz, wsłuchać się w to, co mówi do nas Bóg. Wykonać to wszystko tak, jak nam Bóg nakazuje.
Bóg kieruje do każdego z nas specjalne zadanie, zleca bardzo osobistą budowlę: budowanie sanktuarium naszego ludzkiego serca, budowania bardzo osobistego namiotu spotkania, który będzie służył Jemu. Sobór Watykański II nazwie to sanktuarium człowieczego serca bardzo prostym słowem: sumienie. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia odnajdujemy właściwą drogę w naszym życiu. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia doświadczamy obecności Boga, który wyprowadza nas z samotności. Przez nasze sumienie Bóg w sposób szczególny solidaryzuje się z każdym człowiekiem, zwłaszcza tym, który cierpi, który czuje się opuszczony i samotny. Przecież to nie ręce dają dar naszym braciom i siostrom, ale sanktuarium naszego sumienia spieszy im z pomocą.
I wydaje się, że kryterium z dzisiejszej Ewangelii, które zostanie kiedyś zastosowane przez Aniołów Bożych wobec każdego z nas, gdy przyjdzie czas sądu ostatecznego, aby oddzielić złych od dobrych, będzie kryterium ludzkiego sumienia. Budujmy zatem uczciwie i rzetelnie, tak jak na to Bóg nakazuje, ten nasz osobisty namiot spotkania. I prośmy Maryję, Matkę, która zachowywała wiernie wszystko w swoim sercu, która staje się przez to szczególną Patronką ludzkiego sumienia, aby nam w tej budowie w szczególny sposób dopomagała. AMEN.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger