sierpnia 29, 2017

Męczeństwo Świętego Jana Chrzciciela – Człowiek sumienia.

Męczeństwo Świętego Jana Chrzciciela – Człowiek sumienia.

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 21 tygodnia Okresu Zwykłego
  Mk 6,17-29

Słowa Ewangelii według świętego Marka
Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: «Nie wolno ci mieć żony twego brata». A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: «Proś mnie, o co chcesz, a dam ci». Nawet jej przysiągł: «Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa». Ona wyszła i zapytała swą matkę: «O co mam prosić?» Ta odpowiedziała: «O głowę Jana Chrzciciela». Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: «Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela». A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie. Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Każdy wiek posiada ludzi, którym wydaje się, iż ze względu na władzę, jaką posiadają lub fortuny, jakimi zarządzają, mają prawo stanowić o tym, kto i jak będzie żył; mają prawo czynić z ludzi niewolników: poniżać ich, wykorzystywać, bo przecież ci są bogaci, a tamci niewiele znaczą; ci mają władzę, a tamten, to zwykły i szary człowiek. Biada takim ludziom, bo dzieci Boże niszczą. Biada takim ludziom, bo wykorzystują dzieci samego Boga – dla swoich interesów, dla swoich korzyści. Nie licząc się niczym i z nikim, z żadnym prawem – ani ludzkim, ani Boskim – stają na czele narodów, społeczności po to, by niszczyć, by wyzyskiwać; by wprowadzać w życie niesprawiedliwość, która jest planem szatana. Biada takim ludziom.
Ale, dla przeciwwagi, Bóg w każdym wieku daje również ludzi, którzy mają odwagę przeciwstawić się złu; którzy mają odwagę pokazać je palcem i powiedzieć: Zobaczcie, to jest niesprawiedliwe, tak nie może być, tak nie godzi się postępować. Są tacy ludzie i żyją pośród nas – dziś, tu i teraz, gdzie my jesteśmy; ludzie, którzy zaufali całkowicie Bogu, dla których On stał się warownią i tarczą, co osłania ich od wszelkiego zła; ludzie pełni cierpienia, bo świat takich nie kocha, świat nie kocha szczerych, nie kocha sprawiedliwych. Oni nie poświęcają się dla idei. Oni to robią po to, by mogli spojrzeć w twarz drugiemu człowiekowi, a kiedyś Bogu. Jakby dwie grupy ludzi. Może zbyt łatwo ten podział przeprowadzony. Ale jeżeli rozejrzysz się dookoła siebie, to czy takiego podziału nie zauważysz? Ci, którzy są dziećmi diabła, i ci, którzy są samego Boga. Ci, którzy umiłowali nieprawość, i ci, co zaufali Bogu i Jego sprawiedliwości. Jakby dwa obozy, które toczą z sobą walkę. Ta gra toczy się o życie wieczne, o wieczną szczęśliwość człowieka.
Dziś, kiedy Jan Chrzciciel staje przed naszymi oczyma, to jakby chciał nam robić wyrzut, jakby chciał powiedzieć: Nie zgadzaj się na niesprawiedliwość. Nie bądź głuchy na wołanie biednych. Nie daj się omotać bogatym i tym, którzy pełnią władzę. Poukładaj swój system wartości i na samym jego szczycie niech będzie Bóg i Jego sprawiedliwość, Jego miłosierdzie i miłość. Ci, co zakochali się w pieniądzu i władzy, pójdą na zatracenie. Ci zaś, w Bogu ufność swoją złożyli, do życia wiecznego.
Co jeszcze Jan Chrzciciel może nam dzisiaj powiedzieć? Widzicie, że krzywdzą niewinnych i nie podnosicie swojego głosu, i nie stajecie w ich obronie. Widzicie, jak wykorzystuje się ludzką naiwność, i nie przerwiecie tego żadnym słowem, ani gestem.
Drodzy bracia i siostry, obchody męczeństwa św. Jana Chrzciciela przypominają również nam, współczesnym chrześcijanom, że nie jest możliwy kompromis z miłością do Chrystusa, do Jego słowa, do Prawdy. Prawda jest Prawdą, nie ma kompromisu. Życie chrześcijańskie wymaga, że tak powiem, «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Bowiem jest czas zamieszkania w jednym z obozów: w obozie Boga, albo w obozie tego, którego dzieckiem przecież żaden z nas nie chce być. Za Kim się opowiem? Po której stronie stanę? – nie na końcu mego życia, bo czas by było zmienić coś, bo może wieczność istnieje, ale teraz, tu, gdzie jestem. Pan wybrał nas już pod sercem naszej matki, byśmy szli i głosili Jego miłość, i Jego sprawiedliwość. Trzeba i z tego robić sobie rachunek sumienia: Jak to swoje posłannictwo wypełniam?
Św. Jan Chrzciciel nie bał się oddać życia za tę sprawiedliwość; wiedział, że warto. A może spróbować i dziś odpowiedzieć na pytanie, tak bardzo osobiście, w swoim sercu: Co ja jestem gotów poświęcić dla mojego Boga, dla mojego Ojca, dla Tego, który miłuje mnie ponad wszystko?


 

sierpnia 27, 2017

Jezus wciąż pyta: kim Ja jestem dla ciebie?

Jezus wciąż pyta: kim Ja jestem dla ciebie?
Bracia i Siostry! 
Z różnych powodów ludzie od najmłodszych lat zadają pytania. Pytania dziecka są podstawą jego rozwoju. Pytania młodzieńca czy dziewczyny o wybrańca swojego serca są gwarancją udanego związku i szczęśliwej wspólnej przyszłości. Nawet zabójca bardzo często stara się zdobyć jak najwięcej informacji o swoje ofierze. Przecież także pracodawca, zanim przyjmie nas do pracy, chce o nas wiedzieć jak najwięcej. Dlatego robimy badania lekarskie, piszemy życiorysy, wypełniamy testy, układamy CV. Ludzie pytają, bo mają świadomość, że zdobyta wiedza o drugim człowieku i świecie jest bardzo ważna. Że dobrze użyta może być pożyteczna w funkcjonowaniu społeczności i zdobyciu szczęścia.

W Ewangelii dzisiejszej niedzieli także słyszymy dwa pytania:
Za kogo uważają Mnie tłumy? A wy za kogo Mnie uważacie?
 
Moi Drodzy! Oto dwa pytania, które dziś kieruje do każdego z nas Pan Jezus. I chociaż wszystkie inne pytania, które stawiamy lub na które dajemy odpowiedzi są ważne, to o wiele ważniejsze jest to pytanie: kim jest w ogóle i kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Te pytania bowiem, nie są pytaniami teoretycznymi, jak na egzaminach czy w audiotele, lecz są to pytania, które decydują o całym naszym życiu: naszym światopoglądzie, moralności, hierarchii wartości i kierunku celów, które sobie stawiamy. Od odpowiedzi na nie zależy jakość naszego życia: duchowość, rodzina, praca, aktywność, relacje z ludźmi i wiele innych rzeczy, mający bezpośredni wpływ na to, kim jesteśmy i czy nasze życie będzie szczęśliwe, np. nasza modlitwa: Bóg – Pan i Sędzia a Bóg – Ojciec, Przyjaciel i Miłość/. A wiec… „Za kogo uważają Mnie tłumy?" – pyta Jezus.

To pytanie rzucone w dzieje świata, w każde pokolenie niepokoi ludzi i czeka na odpowiedź. Nie da się na nie machnąć ręką, zlekceważyć, odrzucić. To coś z powracającej fali uderzającej o brzeg naszego jestestwa, o nasze najtajniejsze i najbardziej podstawowe być. Można z odpowiedzią zwlekać, udawać głuchego, nawet nazywać się niewierzącym, zapalonym ateistą, ale ono i tak powróci i to z dwojoną siłą! My, księża, często widzimy w konfesjonale, jak powraca to pytanie w chwili cierpienia czy kryzysu lub ostatecznie na łożu śmierci.

A wiec, za kogo dzisiaj ludzie uważają Chrystusa? Można było to wyraźnie zobaczyć kilka lat temu po głośnej projekcji filmu „Pasja”: w artykułach, felietonach, dyskusjach. Wychodząc z kina, po tym filmie o Jezusowej Męce, dało się zauważy dwie ciekawe postawy: u wielu bolesną zadumę, współczucie w milczeniu. To jakby wzięcie części cierpienia na siebie, zrozumienie sensu męki i śmierci Chrystusa. Ci szybko odpowiedzieli sobie na pytanie: Kim On jest dla nas?. Pewna część widzów natomiast nie mogła się nadal pozbierać, a swoją przekorną postawę zanurzali a to w krytyce filmu, w skrajnej postawie reżysera, a to w makabryczności scen. Chowając niejako głowę w piasek zatrzymywali się tylko na tym co zewnętrzne. Ale czy można na tym poprzestać? A jeśli tak to jak długo. Czy nie zatraci się sensu, smaku, nie spłyci życia?

A więc, kim On jest? Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. I Chrystus potwierdził trafność tej od­powiedzi. Jezus jest zbawiającym Bogiem, któremu należy uwierzyć, zaufać bez żadnych zastrzeżeń i przyjąć prawdę, którą On objawił. Nie tylko przyjąć! Tą prawdą po prostu żyć na co dzień. Piotr to uczynił nie lękając się słów, które padły bezpośrednio po jego wyznaniu. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci życie z Mego powodu, ten je zachowa.” Piotr stracił swoje życie z powodu Chrystusa, by w zamian otrzymać wszystko. Owszem, zaparł się, lękał czasem nie rozumiał do końca ale ostatecznie zaufał i oddał się Mu. Tak po ludzku pytał kiedyś swego Mistrza: „My opuściliśmy wszystko: dom, żonę, dzieci, pole i poszliśmy za Tobą – co w zamian otrzymamy? A Chrystus odpowiada: „Stokroć tyle otrzymacie i życie wieczne odziedziczycie” i na innym miejscu: „Starajcie się najpierw o Królestwo Boże i jego sprawiedliwość a wszystko inne będzie wam dodane”. I nie zawiedli się. 

A wy za kogo Mnie uważacie? To pytanie staje także dziś przed każdym z nas. Bo nieważne, co mówią o Jezusie inni, co piszą w książkach. Ważna jest moja osobista odpowiedź. Kim Ja jestem dla ciebie – zdaje się pytać Jezus. Aby na to pytanie odpowiedzieć, nie wystarczy przytoczyć wypowiedzi teologów, biblistów, naukowców czy księży z am­bony. Chrystus natarczywie będzie pytał: kim Ja jestem dla ciebie osobiście?. Odpo­wiedź na to pytanie ma zasadniczy wpływ na nasze życie ziemskie, jak i na wieczność. Bo „kto się przyzna do mnie przed ludźmi do tego ja się przyznam przed Ojcem który jest w niebie, a kto mnie się zaprze tego ja się wyprę” – powie Jezus. A wiec jest to warunek naszego zbawienia. I dalej „nie ten który mi mówi Panie, Panie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, ale ten który pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie” Bo tę odpowiedź dajemy sobie i innym, a dajemy ją nie tyle słowem, ale swoim życiem, postępowaniem, postawą. Bo wiara wyraża się w czynie. „Strzeż się – napisze ks. M. Maliński – Strzeż się, żebyś nie wystrugał sobie Boga na obraz i podobieństwo swoje i nie ustawił Go w kącie swojej duszy, aby tam od czasu do czasu składać Mu hołd, odmawiać pacierz i cieszyć się, że go masz, że wierzysz… Uwierzyć w Boga to co innego. Jeżeli chcesz się przekonać czy wierzysz, to popatrz na swoje życie”.

Odpowiedź św. Piotra z dzisiejszej Ewangelii, którą dał zarówno słowem jak i swoim życiem, jest jedyną prawdziwą odpowiedzią: „Tyś jest Mesjasz Syn Boga żywego”. Taka odpowiedź nie jest łatwa, nie oszukujmy się, ona wiele kosztuje. Czasem nawet jest cichym męczeństwem. Po takim wyznaniu trzeba się liczyć z krzyżem, który może stać się naszym udziałem. Ten krzyż to nierozumienie, pójście pod prąd, czasem wyśmianie i zniewaga. To ciągła walka o uczciwości i miłość w naszym życiu. Choć otoczenie i świat będzie chciał inaczej, będzie się złościł, zachęcał to czegoś innego.. Pamiętajmy wtedy o tym, co zapowiadał Jezus: „Mnie prześladowano i was prześladować będą”, „kto jest przyjacielem świata ten jest nieprzyjacielem Boga” oraz „nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Pamiętajmy jednak, że ten codzienny krzyż po­stawiony przy krzyżu z Golgoty jest zapowiedzią zmartwychwstania, zwycięstwa, wolności. Podej­mowanie tego krzyża wygląda nieraz na rezygnację z życia ziemskiego i stra­tę, ale w rzeczywistości jest inaczej. Kto chce zachować – traci; kto traci – zachowa. Paradoks! A jednak. Ci, co zachłannie chcą się zrealizować tylko w rzeczywistości ziemskiej, tracą wiele. Życie pokazuje, że człowiek za bardzo przywiązany to tego życia, życia ziemskiego, materialnego, doczesnego jest albo śmieszny albo niebezpieczny, jest często przewrażliwiony na swoim punkcie a przez to żałosny albo fanatyczny. I to jest przykre…Oto fragment rozmowy na bardzo „hucznym” pogrzebie: „Dobrze, że istnieje ta sprawiedliwość. Dla niego (zmarłego) nie było żad­nych norm; ani Bożych ani także norm przyzwoitości ludzkiej. Sprzedałby każdego, aby za to coś uzyskać. Krętactwo było jego drogą zdobywania i pieniędzy, i pozycji. Dziś pozostało po nim złe wspomnienie”. Zachłannie chciał żyć, a w sumie stracił wiele. Pozostała po nim zła sława, niesmak i trochę majątku, który skłócona rodzina dzieli w sądzie. Stracił życie, choć tak bardzo chciał je zachować. Chrystus zaś mówi, że kto z Jego powodu straci życie, ten je zyska. Piotrowa odpowiedź jest odpowiedzią zysku. „Stokroć tyle otrzymacie i życie wieczne odziedziczycie”

Ten zysk zależy od naszej odpowiedzi na dzisiejsze pytanie Jezusa: „A wy za kogo Mnie uważacie?”

Wychowano mnie na pogankę, chociaż „odbyłam pierwszą Komunię” – taką samą formalność jak inne – daje świadectwo pięćdziesięcioletnia kobieta. Boga, Pana Jezusa wymiótł z mojego życia oczywiście wicher pierwszej młodości. Z miesiąca na miesiąc stawałam się niewierzącą… Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy Chry­stus nagle wtargnął w moje życie dzięki jakieś przypadkowej lekturze… Zdumiona, wstrząśnięta, nie mogąc zresztą uwierzyć, zaczynałam domyślać się, kim może być Chrystus. Pochłaniałam Ewangelie, które przeniknęły mnie, zatopiły, przekazując dziwne światło, wewnętrzną wolność, niewiarygodną radość… Klękałam i błagałam o łaskę wiary. I w kilka mie­sięcy później wierzyłam już w Jezusa Chrystusa, który dla mnie specjalnie stał się człowie­kiem, umarł i zmartwychwstał. Od tej chwili minęło trzydzieści lat i Chrystus trwa w centrum mojego życia, jak paląca się lampa. Przetworzył mnie całkowicie. Żąda ode mnie, żebym po prostu kochała i żebym Jego twarz rozpoznawała we wszystkich twarzach, które spotykam, żebym jego szu­kała we wszystkich, którzy cierpią.”

Odpowiedzi innych, przytoczone powyżej, są ważnym świadectwem wiary, ale nigdy nie za­stąpią naszej osobistej odpowiedzi na pytanie, które stawia Chrystus dziś każdemu z nas:„Za kogo uważają Mnie tłumy?… A wy za kogo Mnie uważacie?”
Za kogo więc, Bracie i Siostro, uważasz Chrystusa???


sierpnia 27, 2017

21. Niedziela Zwykła (A) – Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?

21. Niedziela Zwykła (A) – Kim jest dla mnie Jezus Chrystus?
Zazwyczaj dzieje się na odwrót, niż to przedstawiono dziś w Ewangelii. Zwykle człowiek zadaje Bogu pytania o sens życia, o tajemnice cierpienia i śmierci, o wieczność i prawdę. Czasem pytanie jest natarczywe i niecierpliwe, a człowiek, który je stawia chciałby niemal dotknąć Boga. „Czy Ty naprawdę istniejesz?” Czy jesteś Bogiem żywym i prawdziwym?”
Bywa, że człowiek zgubi się w gąszczu domysłów, teorii i filozofii, gdzie już nie świeci żaden, choćby nikły płomień. Bywa też, że człowiek szukający i stawiający Bogu pytania stwierdzi za poetą: „Bóg nie nad głową mieszka, lecz w środku człowieka, więc kto w głowę zachodzi, od Boga ucieka” (A. Mickiewicz). Tu już jest więcej światła i człowiek pewniej stawia kroki. Bywa również, że wszystko już jest jasnością i światłem. Nie ma pytań, bo po cóż wtedy pytać? Trzeba się tylko zadziwić głębokością bogactw, mądrością i wiedzą samego Boga.
Zamyśleć się nad niezbadanymi Jego wyrokami i niewyśledzonymi drogami. To wówczas przez Niego i dla Niego jest wszystko, choć nikt z nas nigdy nie pozna myśli Pana i nie będzie Jego doradcą. Ginie wtedy wszelka natarczywość i niecierpliwość, a nawet ciemność niewiedzy nie jest straszna. Dla tych, którzy sercem szukają i widzą sercem, nawet mrok jest jak światło, a noc jako dzień zajaśnieje (Ps 139, 12). Pozostaje wielkie milczenie przed Bogiem, które jest samą modlitwą.
Można by w tym miejscu szukać żywej ilustracji tej wielkiej prawdy, gdzie mroczność dociekań zastąpiona jest prostotą serca, a mnożona liczba pytań i niejasności, ustępuje miejsca określonej przez wiarę postawie życiowej. Wystarczy zajrzeć do niejednej sali szpitalnej czy cichego kąta mieszkania osób od wielu lat cierpiących przez ciężką, nieuleczalną chorobę czy samotność.
Dziś w Ewangelii, Bóg stawia człowiekowi pytania. „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?... A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16, 13, 15) — pyta Chrystus. Jakże inaczej stawia pytanie człowiek, a inaczej Bóg!
Zaproszeni dziś jesteśmy przez Chrystusa Pana właśnie tym pytaniem do odbycia najwspanialszej i najdalszej wędrówki — w głąb siebie. Prowokuje nas niemal Zbawiciel do zajęcia życiowej postawy, która jest wielką szansą nie tylko dla Piotra, ale i dla ludzi wszystkich czasów i ras. Tym dyskretnym pytaniem chce nam Bóg podpowiedzieć, że nigdy nie przestał być ojczyzną i przeznaczeniem człowieka.
Ta najwspanialsza podróż w głąb siebie przypomina wciąż człowiekowi, że Bóg nie przestał oczekiwać na niego i tęsknić za nim. A choć człowiek ma ciągle krótką pamięć i jest niestały, to jednak „niespokojne jest serce człowieka, póki nie spocznie w Bogu” (św. Augustyn). Wyczuł to doskonale Piotr Apostoł, dając rzeczową i najkrótszą odpowiedź: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16, 16). To zdane jest programem życia i drogowskazem wyznaczającym kierunek. Piotr nie tylko od siebie, ale w imieniu nas wszystkich wyznał, że Jezus — Syn Boga żywego, czyli żyjącego, jest najdoskonalszym wypełnieniem żywego, czyli żyjącego człowieka. Tak jakbyśmy w tym miejscu słyszeli echo odwiecznej prawdy pierwszego z Bożych przykazań: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” (Wj 20, 3). „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16, 16). Piotr mówiąc te słowa wyznał, że nic tylko nie znamy Boga inaczej niż przez Chrystusa, ale i samych siebie poznać możemy też jedynie przez Chrystusa. Poza Chrystusem, nie wiemy ani co to nasze życie, ani śmierć, ani Bóg, ani my sami.
Poznanie tej mesjańskiej godności Jezusa nie pochodzi od człowieka, lecz objawia je Piotrowi Ojciec, który jest w niebie. Piotr dlatego zostaje skałą, fundamentem Kościoła, poręką jego trwałości.
Oczywiście, pierwszym fundamentem Kościoła jest Chrystus. Lecz ta funkcja i życie Jezusa Chrystusa uobecnia się w Piotrze. Nauczanie Piotra w sprawach wiary i moralności, jest najpewniejszym drogowskazem naszego zawierzenia Bogu. Dlatego powtarzamy przez wieki — tam gdzie Piotr, tam Kościół.
A dziś, skoro mowa o tak istotnych dla człowieka sprawach, przeżyjmy jeszcze raz wielką radość z tego, że Piotr, w osobie Jana Pawła II. mówił do nas na placu Zwycięstwa w Warszawie: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa... i człowiek sam nie może siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa”. Bogu niech będą dzięki za te słowa, wypowiedziane przez Piotra — św. Jana Pawła II — tu, nad Wisłą, pod wielkim zwycięskim krzyżem Chrystusa. Może pozwolą one, w tych chwilach narodowego rachunku sumienia, spojrzeć przez Chrystusa na każdy, zwłaszcza ten najciemniejszy zaułek życia. Teraz, gdy wszystko jest odsłonięte niemal do fundamentów, może staną się one zachętą dla nas wszystkich, by do prawa, tak pożądanego, dołożyć sprawiedliwość, do sprawiedliwości naszą solidarność, do solidarności solidność, wytrwałość, uczciwość. Zaś do tego wszystkiego błogosławiony pokój i wzajemną miłość.
Uwierzmy Chrystusowi — Synowi Boga żywego, który może dziś do nas mówi wyraźniej niż kiedykolwiek: Szukajcie najpierw królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko będzie wam dodane (Mt 6, 33). Pozwólmy Chrystusowi tu, w naszym domu. być fundamentem i powiedzmy głośno i wyraźnie, że prawdy na głowie stawiać nie wolno! Bóg, który za dobro wynagradza, a za zło karze, z przedziwną konsekwencją odpłaci każde fałszerstwo i krzywdę. Niech zilustruje to zdanie z Ewangelii przed chwilą tu przytoczone, odczytane na opak: nie szukajcie królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko będzie wam odebrane.
Choć przykładów wokół jest sporo, niech wystarczy ten jeden, zaczerpnięty z czytanej dziś księgi proroka Izajasza, a mówiący 0 dymisji ministra i zarządcy dworu króla Ezechiasza. Każdy niech uderzy się we własne piersi, by nam, trwoniącym niejedno dobro, Bóg przebaczył.
Patrzmy z nadzieją na Kościół i na Piotra, który na zawsze pozostanie skałą i mówmy: „Panie Jezu Chryste, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą napełniaj go pokojem i umacniaj w jedności" (Modl. przed Kom.). A potem przekażmy sobie znak pokoju. Wszędzie. Tego chce Chrystus, tego uczy Kościół i żyjący w nim nieustannie Piotr.


sierpnia 26, 2017

UROCZYSTOŚĆ MB CZĘSTOCHOWSKIEJ

UROCZYSTOŚĆ MB CZĘSTOCHOWSKIEJ
Przychodzimy dziś do Jasnogórskiej Pani, stajemy przed jej Obliczem fizycznie czy też duchowo, bo wiemy jedno, że czego nie może uczynić człowiek, to może uczynić Boża Matka.
Już od zarania dziejów, kiedy człowiek utracił godność raju, upadającemu człowiekowi Bóg dał nadzieję: „...Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę”. I od zarania dziejów wszystkie niewiasty Izraela spodziewały się: może to właśnie ja będę Tą wybraną, która przyniesie światu Zbawiciela, Jezusa Chrystusa.
I, „gdy nadeszła pełnia czasów”, przed pokorną Niewiastą staje Wysłaniec i obwieszcza tę największą Dobą Nowinę: Bóg Ciebie wybiera, i Bóg chce, abyś przyniosła zbawienie poprzez Syna, Jezusa Chrystusa, Syna Boga. I Maryja od tego momentu rozpoznała misję, jaką Bóg Jej polecił – tak bardzo ukochała człowieka, że jest z nim przez cały czas.
Szczególnie mocno weszła Maryja w dzieje naszego Narodu. Pierwszy misjonarz, który przybył na ziemie Polski, przyniósł ze sobą krzyż, Ewangelię i Obraz Bożej Matki – Jej podobiznę, jak Jasnogórska Ikona, Matka, trzymająca na swym ręku Dziecko. I dziwi się cały świat, dlaczego my, Polacy, jesteśmy tak bardzo romantyczni? Jak mamy być nieromantyczni, skoro wpatrzyliśmy się w Matkę, trzymającą na swych ramionach Dziecko, a każda matka trzymająca na ręku dziecko jest bardzo romantyczna. I dlatego Polacy są bardzo romantyczni, bo wpatrzyli się w Obraz Jasnogórskiej Ikony. To właśnie z Jej podobizną idą przez swoje życie. Św. Jan Paweł II, kiedy przybył do naszej Ojczyzny po raz pierwszy, na wałach Jasnej Góry niemal wykrzyczał całemu światu, że jeżeli człowiek chce zrozumieć jakim rytmem bije serce Polaka, to musi przyłożyć ucho do Jasnej Góry, a usłyszy czuły szept modlitwy o miłość do Boga, o miłość do drugiego człowieka. To Ona buduje zręby polskości. To Ona nadaje kształt polskiemu ludzkiemu życiu. To Ona jednoczy wszystkich Polaków u swoich stóp na Jasnej Górze. Ona zawsze zwycięża, a dzięki Jej zwycięstwu, i zwycięstwu Jej Syna, zwycięża nasz Naród, każdy z nas.
Maryja nie jest jakąś uzurpatorką i nie chce żadnych hymnów bałwochwalczych, wielkich modlitw dla siebie – Jej radością jest, byśmy z Jej ręki wzięli Jezusa i postawili Go na pierwszym, poczesnym miejscu. To jest największa radość Jasnogórskiej Matki. I dlatego tak bardzo pragnie zgromadzić wszystkich Polaków u stóp Jasnej Góry. To z Nią zawsze zwyciężamy. To z Nią zwyciężaliśmy w naszej historii. Kiedy patrzymy w okres Polskiej historii, Ona zawsze pomagała, Ona zawsze pomaga. „Nigdym Ja ciebie Ludu nie rzuciła – pisze poetka – nigdym od ciebie nie odjęła lica. Jam po dawnemu twoja moc i siła, Bogurodzica”.
I dziś, kiedy przychodzimy na jej imieniny, przynosimy nasze serca, po to, by Ona dała nam Jezusa, by Ona w naszym życiu postawiła Go na poczesnym miejscu. Zawsze przegrywaliśmy, kiedy w naszym sercu nie było Chrystusa i Jego Matki. Pamiętamy czasy komunistyczne, bardzo trudne – czyniono wszystko, aby Polskie serce zapomniało o Matce Jasnogórskiej, kiedy wyszła ze swojego Grodu w kopii Obrazu Jasnogórskiego, aby popatrzyć w serca Polaków, aby popatrzyć w oczy swoich dzieci. I wtedy zajechano autami milicyjnymi, wyciągnięto ten Obraz, jak największą zbrodniarkę, zarzucono plandekami, obwiązano powrozami i zawieziono niemal do więzienia. A mówiono, że ten Obraz, to mit i legenda, wielka bujda. Czego oni się bali? Tych trzech desek ze sobą zbitych? Jaka to musi być moc i siła? Cesarscy żołnierze nazwali Ją „pierwszą rewolucjonistką”. Jakaż to musi być moc i jaka siła?
Przed chwilą powtarzaliśmy słowa Psalmu: „Tyś wielką chlubą naszego Narodu”. Dlaczego jest tak, że słowo Częstochowa, słowo Czarna Madonna, wywołuje w sercu każdego Polaka jakieś ciepłe uczucia, przynagla go do szybszego bicia? Dlaczego jest tak, że gdziekolwiek Polacy ze swojego kraju wyruszą, tam ten właśnie Obraz, Matki Bożej Częstochowskiej, że sobą biorą?
Jak długo istnieje nasz Naród, zawsze trzeba było walczyć; trzeba było walczyć o wolność; trzeba było walczyć o naszą tożsamość; trzeba było walczyć o godność Polaka. I to właśnie tam, na Jasnej Górze, nasz Naród szukał siły. To tam rozbłysła iskierka nadziei, kiedy cały kraj zalały fale potopu i wydawało się, że tej nadziei nie ma. To właśnie tam, w kolejnych wojnach i powstaniach patrioci szukali siły, pociechy. I dlatego nazwano tę górę Jasną Górą Zwycięstwa.
Ale przecież rozumiemy doskonale, że ta walka o zewnętrzną wolność, że ta walka o międzynarodowe uznanie naszej godności, to nie jest jeszcze wszystko, że jest jeszcze inna – ważniejsza walka – ta walka, która dokonuje się w sercu każdego z nas; ta walka, ta bitwa, której front przebiega przez środek duszy każdego z nas, każdego Polaka, każdego człowieka. Bo przecież musimy wypowiedzieć walkę temu wszystkiemu, co nas tej godności pozbawia, co tej godności w jakiś sposób ubliża: naszym nałogom, które czynią nas mniej ludźmi, naszym grzechom, naszym słabościom, które sprawiają, że czasami człowiek sam sobie prosto w oczy nie potrafi.
Kto był na Jasnej Górze, wie, że i takie zwycięstwa tam się dokonują. Kto wsłuchuje się we własne serce, kto słucha swoich przyjaciół, swoich bliskich, wie, że Maryja, Częstochowska Pani Zwycięstwa, i do tych zwycięstw nas prowadzi. Bo to przez Jej wstawiennictwo, mocą Jej Syna, dokonuje się ta wewnętrzna przemiana, przemiana podobna do tej, o której słyszeliśmy w Ewangelii. To Jej Syn swoją mocą może wodę naszych marnych uczynków, naszych słabych postanowień, naszej chwiejącej się woli, zamienić w wyborne wino wolności, wielkości i zwycięstwa.
W sposób szczególny, myślę, te słowa odnoszą się do ludzi młodych, bo to oni dopiero wyruszają w pielgrzymkę swojego życia, to oni stawiają sobie samym i nam wszystkim, wśród których żyją, to pytanie: Co robić, by wygrać, by życia nie stracić? Za czym się opowiedzieć? Co wybrać? Na jaką wartość przewodnią postawić w życiu, by żyć w prawdziwej wolności, by godność ocalić? Na te pytanie niech nam odpowie serce kochające naszą Matkę, Panią Jasnogórską. AMEN. 

 

sierpnia 23, 2017

Znaczenie przypowieści o robotnikach w winnicy

Znaczenie przypowieści o robotnikach w winnicy
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”. A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

Tajemnica powołania człowieka do królestwa Bożego rozbrzmiewa dzisiaj w słowach liturgii głośno, rozbrzmiewa pełnią entuzjazmu powołania każdego człowieka do tego królestwa.
Skąd to powołanie? Powołanie człowieka do królestwa Bożego wynika z wieczystej, nieogarnionej miłości i dobroci Boga do każdego człowieka. Od zarania dziejów, człowiek powołany jest by żyć szczęściem i radością życia wiecznego w Bogu. Ponieważ jest to tajemnica, to niesie czasem ze sobą trudności zrozumienia; niesie ze sobą czasem niebezpieczeństwo ludzkiego rozumowania, niekoniecznie zgodnego z wolą Bożą.
Oto Dobry Gospodarz chce zaprosić i zaprasza wszystkich do pracy w swojej Winnicy. Po ludzku sądząc, gdy słyszymy te słowa, wyrachowanie nasze, pragnienie sprawiedliwości chce buntować się, i pytamy: Dlaczego on tak czyni? Odpowiedź jest prosta: Ta miłość i ta dobroć króluje, króluje w królestwie Bożym. Owszem, w człowieku ten lęk pojawia się coraz mocniej, bo świat ofiaruje wiele, ale szuka tych najlepszych, szuka po swojemu, właśnie używając własnej logiki, szuka tych, którzy przychodzą najwcześniej, którzy są najmocniejsi, którzy potrafią przechytrzyć innych. Nie taką jest logika powołania Bożego. Wydaje się, że czasem jest ona głęboko inna – Bóg wychodzi do tego, który odczuł, że jest słaby, że jest ubogi, że jest na ostatnim miejscu, i do tego skierowane są słowa: Przyjdź i chodź, nie lękaj się, że cię nikt nie najął, bo Ja jestem gotowy ciebie zatrudnić, bo przed tobą jest to królestwo niebieskie otwarte dziś i zawsze.
Stąd to nasze spotkanie, by pośród różnorodności, jeszcze raz pokazać, że nie jest ważne: Skąd? Kim się jest? Jakie się ma pochodzenie? Ile pieniędzy się posiada? Ile bogactwa? – nie jest to ważne, by zostać powołanym do pracy w Winnicy Pańskiej, ale ważnym jest to, by otworzyć się na owo powołanie, a nawet dobrze, że się jest innym, bo to powołanie trafia do człowieka w różnych momentach, w różnym czasie, w różnych okolicznościach.
Zechciejmy i my dzisiaj ogarnąć wszystkich tych, których Pan powołuje na różny sposób, w różnych okolicznościach. Zechciejmy ogarnąć swoją modlitwą tych, którzy czują się niepotrzebni w dzisiejszym świecie, którzy lękają się tego, że nikt ich nie najął, nie mają pracy, nie mają domu, nie mają zdrowia, nie mają siły do życia. 
„Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”.
W życiu duchowym bywa, że zazdrościmy innym łask od Boga, albo że inni nawracają się przed śmiercią i dostępują miłosierdzia, mimo że tyle zła wyrządzili przez całe swoje życie. Jezus odpowiada: „Czyż złym okiem patrzysz na to, że Ja jestem dobry?”. Dobroć i miłość Boża jest zawsze taka sama wobec wszystkich osób, nie zależy ona od naszych starań, wysiłków. Przychodzimy do Boga często tylko po „zapłatę” za nasze dobre uczynki. Próbujemy kupić miłość Bożą przez całe nasze życie. Miłość nie jest przedmiotem handlu. Niektórzy potrzebują wiele doświadczyć, zanim zrozumieją, co to znaczy kochać. Inni szybciej pojmą sercem bezinteresowną Miłość Boga.
Niezależnie od naszych predyspozycji duchowych, otwarcia się na miłość, dobroć Boga, powinniśmy być w gotowości na wezwanie Pana do winnicy.
Wsłuchujmy się w natchnienia Ducha Świętego i pójdźmy za nimi, niezależnie o której godzinie i w jakim stanie będziemy, gdy zostaniemy wezwani.
Nie poddawajmy się znużeniu, lecz czuwajmy i bądźmy wrażliwi na każdy najdrobniejszy przejaw miłości. Kochaj sercem, a nie ludzką logiką czy racją. Miłość przewyższa wszystko.

 


sierpnia 15, 2017

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Tyle mamy powodów do dziękczynienia w dzisiejsze święto: za dar Ojczyzny – przecież nie wolno nam zapomnieć tamtego cudu z 1920 roku, bez którego historia Polski zapewne potoczyłaby się zupełnie inaczej – i wypada nam się przyłączyć do dziękczynienia naszych braci rolników za tegoroczne zbiory, przyłączyć się, zwłaszcza modlitewnie za ich trudną sytuację ekonomiczną – krótko mówiąc: powodów do dziękczynienia jest wiele. Ale my pochylmy się szczególnie nad tajemnicą dzisiejszego święta, największego święta Maryjnego.
Otóż tylko w perspektywie miłości da się sens dzisiejszego święta ogarnąć. Wszystko zaczyna się od tego, że nasza wiara, jeżeli ją traktujemy na serio, jest jednym wielkim dziękczynieniem za ten dar, jaki otrzymaliśmy w osobie Jezusa Chrystusa od Przedwiecznego Ojca: “Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto wierzy w Niego nie zginął, ale miał życie wieczne”. Wcielenie Syna Bożego było wydarzeniem absolutnie jedynym w ludzkiej historii. Przyszedł On do nas po to, ażeby szukać i zbawić ludzi wszystkich pokoleń, ras i narodów. Przyszedł szukać i zbawić nawet tych ludzi, którzy historycznie żyli przed Nim. To właśnie tych ludzi szukał, kiedy po swojej zbawczej śmierci wstępował do piekieł, jak to wyznajemy w Składzie Apostolskim. Krótko mówiąc, miłość Boga do nas, ludzi, posunęła się aż tego, że sam Syn Boży, przez którego świat został stworzony, przyjął nasze człowieczeństwo, ażeby stać się Zbawicielem – najdosłowniej – całej ludzkości. To wszystko musimy sobie przypomnieć, ażeby zrozumieć sens dzisiejszego święta.
Pomyślmy, skoro Syn Boży stał się jednym z nas, to Maryja jest absolutnie jedynym człowiekiem ze wszystkich pokoleń ludzkości, której powołaniem życiowym było macierzyństwo wobec Syna Bożego. Wiele ludzkich pokoleń przeszło już przez naszą ziemię. Nie wiemy, ile jeszcze pokoleń będzie na niej żyło – na pewno są to miliardy, miliardy ludzi. Otóż, wśród tych miliardów ludzi, nie było i nie będzie nikogo kto miałby powołanie równie wzniosłe, jak Maryja. Tylko Ona została powołana do tego, żeby być Matką Syna Bożego. I słusznie nazywamy Ją Matką Bożą, bo chociaż urodziła i wychowała Syna Bożego w Jego naturze ludzkiej, to przecież posługa macierzyńska skierowana jest ku Osobie dziecka. Człowiek, Jezus Chrystus, jest Tą samą osobą Syna Bożego, przez którego świat został stworzony. Syn Boży i Syn Maryi jest tą samą Osobą. Tysiące i miliony ludzi znalazło w Jezusie Chrystusie swoje “wszystko”, związało się z Nim najmocniejszą miłością, ale Matką była tylko Ona jedna. Dlatego tak serdecznie Ją kochamy i z takim przekonaniem Ją czcimy.
Przyjmując człowieczeństwo, Syn Boży dobrowolnie przyjął nasz ludzi los, w świecie zdeformowanym przez nasze grzechy. Jednak On sam był Człowiekiem doskonałym i bezgrzesznym. Przyszedł zaś do nas po to, ażeby wszystkich, którzy w Niego uwierzą, i będą się Go mocno trzymać, wyzwolić z grzechu i napełnić świętością. Otóż pierwszą osobą, którą Syn Boży najpełniej i ponadobficie ogarnął swoją świętością, była Maryja. Dlatego zaś ogarnął Ją swoją świętością; dlatego uczynił – najdosłowniej – bezgrzeszną, bo przecież miała Ona zostać Jego Matką. Nie mogła być tego godna sama z siebie, więc On uczynił Ją godną Bożego macierzyństwa. “Łaskiś pełna, Pan z Tobą” – mówił o tym Anioł Gabriel podczas Zwiastowania, gdyż Bóg przygotował Ją sobie na Matkę od momentu poczęcia. Tak, jak słonce udziela światła jutrzence już przed swoim wschodem, tak Bóg napełnił świętością Maryję, zanim jeszcze została Matką Syna Bożego.
Już w Ewangelii zapisany jest zachwyt z powodu tej niepowtarzalnej posługi, jaką Maryja spełniła dla nas wszystkich: “Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś” – spontanicznie woła do Jezusa jakaś kobieta z tłumu. “Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” – zapowiada Duch Święty ustami Maryi Jej przyszłą chwałę w Kościele.
Każde pokolenie chrześcijan kontemplowało Maryję jako Arkę Nowego Przymierza, nieporównywalnie wspanialszą od arki starotestamentalnej, w której przechowywano tablice Bożych przykazań. W Maryi przecież Ojciec Przedwieczny złożył największy skarb, jakim chciał nas obdarzyć, swojego własnego Syna. To z jej ciała zostało wzięte i w jej ciele ukształtowało się ciało Syna Bożego. Toteż nie można nam mieć za złe tego, że tak bardzo Ją kochamy.
Niepowtarzalna była nie tylko Jej posługa w dziele zbawienia nas wszystkich – również miłość, jaką kochała Jezusa, jest nieporównywalna z miłością największych nawet mistyków i świętych. Rzecz jasna, nie miała jej Ona sama z siebie – została nią obdarzona, zwłaszcza ze względu na swoje niepowtarzalne powołanie. Chodzi o to, że spośród ludzi była Ona najświętsza: “Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” – woła do Niej Elżbieta podczas Nawiedzenia. Natomiast w Kanie Galilejskiej, Maryja potrafiła przekonać również innych do podjęcia swojej postawy całkowitego zwierzenia Jezusowi, mówiąc: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Maryja była więc pierwszą osobą wierzącą w Jezusa, i pierwszą Apostołką, która innych uczyła zawierzenia Jezusowi. Co więcej, jeśli uważnie wsłuchamy się w hymn Magnificat, jaki został nam przypomniany w dzisiejszej Ewangelii, to musimy zauważyć, że nie jest on tylko osobistym dziękczynieniem Maryi. Ona, za dar zbawienia dziękuje w nim Bogu w imieniu nas wszystkich; w imieniu całej odkupionej ludzkości.
Dopiero – jeżeli się o tym wszystkim pamięta – można troszeczkę zrozumieć prawdę Jej Wniebowzięcia. Ona już na tej ziemi kochała Boga dosłownie całą sobą: całą swoją duszą i całym ciałem. Ta miłość, już na tej ziemi, zaniosła Ją w niewyobrażalnie bezpośrednią bliskość Boga.
Już podczas swojego historycznego życia, Maryja była idealnym obrazem Kościoła, poniekąd jego uosobieniem. Powtórzmy jeszcze raz – tego wszystkiego nie miała Ona sama z siebie, ale Bóg Ją obdarzył tak bardzo ze względu na Jej absolutnie niepowtarzalne powołanie do Bożego Macierzyństwa.
Po swojej śmierci, Maryja z duszą i ciałem znalazła się w niebie, bo nie godziło się, żeby to ciało, z którego zostało wzięte ciało samego Syna Bożego, pozostało w grobie i doznało rozkładu. Zarazem, była Ona w pełni dojrzała do tak wielkiego wyniesienia – przez swoje życie przeszła bowiem bez grzechu i przepełniona miłością. W ten sposób jest Ona żywą gwarancją, że również my wszyscy, którzy złożyliśmy nadzieję w krzyżu i zmartwychwstaniu Chrystusa, będziemy zbawieni również w naszych ciałach, jeśli tylko w naszej nadziei wytrwamy do końca.
Łatwo więc zrozumieć, dlaczego pouczenia moralne, jakie Kościół kieruje do swoich wiernych w Uroczystość Wniebowzięcia NMP, tradycyjnie idą w dwóch kierunkach: Najpierw Kościół usiłuje nas w ten sposób pobudzić do zachwytu nad wiarą i miłością Maryi, żebyśmy nabrali ochoty do naśladowania Jej, zwłaszcza żebyśmy starali się naśladować Jej całkowite zawierzenie Bogu oraz całą osobową bezwarunkową miłość. Drugi wielki temat moralny, jaki od wieków podnoszony jest w to największe święto Maryjne, to przypomnienie o szczególnej godności naszego ludzkiego ciała. Maryja, już teraz, ale kiedyś my wszyscy, jeżeli tylko znajdziemy się w gronie zbawionych, będziemy zbawieni cali, również w naszych ciałach. “Ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana” – poucza Apostoł, Paweł. “Czyż nie wiecie, że ciała wasze są świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?”. W świecie, który jest kształtowany tak, jakby Boga nie było, ludzkie ciało jest poniżane nie tylko przez: pornografię, pijaństwo, narkomanię, prostytucję, czy różnorodną rozpustę. Niestety, a wciąż podnoszą się głosy na rzecz eutanazji, widzimy coraz więcej pogardy dla ludzkiego ciała, kiedy jest ono schorowane, stare, czy niedołężne. Dlatego, niech dzisiejsza Uroczystość przyczyni się do tego, że odnowi się w nas szacunek dla ciała własnego, ale również dla ciał naszych bliźnich. Przecież nasze ciała, a nie tylko dusze, przeznaczone są do życia wiecznego.
Niech duchowym owocem przeżycia dzisiejszej Uroczystości Matki Bożej Wniebowziętej będzie wewnętrzne otwarcie się na te dwa przesłania tejże Uroczystości. Odnówmy nasze pragnienie, aby na wzór Matki Najświętszej kochać Boga absolutnie na pierwszym miejscu; kochać Boga tak bardzo, jak tylko za łaską Bożą będziemy do tego zdolni. I bardzo mocno sobie postanówmy, że nie chcemy należeć do cywilizacji śmierci, którą cechuje brak szacunku dla ludzkiego ciała, zarówno dla ciała własnego, jak dla ciała drugiego człowieka. Gorąco módlmy się o to, żeby nasze dzisiejsze świętowanie nie było duchowo puste. Niech się tak stanie.


sierpnia 14, 2017

"Muszę być świętym jak największym".

"Muszę być świętym jak największym".

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 19 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 17, 22-27
 
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy Jezus przebywał w Galilei z uczniami, rzekł do nich: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie». I bardzo się zasmucili. Gdy przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy didrachmy z zapytaniem: «Wasz Nauczyciel nie płaci didrachmy?» Odpowiedział: «Tak». Gdy wszedł do domu, Jezus uprzedził go, mówiąc: «Szymonie, jak ci się zdaje: Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub podatki? Od synów swoich czy od obcych?» Gdy Piotr powiedział: «Od obcych», Jezus mu rzekł: «A zatem synowie są wolni. Żebyśmy jednak nie dali im powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą złowioną rybę, a gdy otworzysz jej pyszczek, znajdziesz statera. Weź go i daj im za Mnie i za siebie».
 

Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus jest świadom swej misji, którą ma wykonać na ziemi. Dziś słyszymy w Ewangelii, jak kreśli przed uczniami wizję niedalekiej przyszłości, aby przygotować ich na te chwile, które mają nadejść. Te słowa wywołują smutek wśród uczniów. To takie – można rzec, oczywiste – bo każdy z nas zareagował by podobnie.
Ale ta prawda jest potrzebna uczniom i każdemu człowiekowi, nam też, by z jednej strony przygotować nas na spotkanie z tą rzeczywistością, a z drugiej też wprowadzić nas na tę drogę, uświadomić nam, że to i nasza droga – bo mamy podążać za Chrystusem zgodnie z Jego słowami: Jeśli kto chce pójść za Mną (...), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mk 8,34).
W dniu dzisiejszym wspominamy wielkiego człowieka, świętego Ojca Maksymiliana, franciszkanina. To jeden z największych świętych XX wieku, w którym nam przypadło żyć. Wspomnienie Ojca Kolbe wiedzie nas nieubłaganie ku golgocie naszych czasów, do miejsca, gdzie masowo zabijano ludzi, odzierając ich ze wszystkiego co ludzkie, pozbawiając nawet najmniejszych okruchów miłości. A mimo to, ta nieludzka ziemia, stała się 14 sierpnia 1941 roku, jednocześnie i Bożą, i ludzką. Wszystko to, dzięki człowiekowi, dla którego pragnienie świętości okazało się najsilniejsze. To obraz Maksymiliana, męczennika, który wobec świata okazuje się nam jak znak sprzeciwu.
Patron dnia dzisiejszego tak wspaniale upodobnił się do Chrystusa, realizując Jego słowa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Z drugiej zaś strony, gdy prześledzimy życie św. Maksymiliana – to bardzo intensywne życie – dostrzegamy w nim także wszystkie te możliwości, które stwarza dla przekazu wiary nowa kultura i technika. Ojciec Kolbe dostrzegał je bardzo dobrze, i umiejętnie z nich korzystał. Wraz z budową klasztoru w Niepokalanowie, wznosi wydawnictwo dla druku Rycerza Niepokalanej. 8-go grudnia 1938 roku przemawia w pierwszej audycji z nowo zbudowanej radiostacji nadawczej “Radia Niepokalanów”. Dostrzegamy w nim także wielkiego misjonarza. To on udaje się na Daleki Wschód i przewodzi franciszkańskiej misji w Japonii. Nade wszystko, dostrzegamy w Ojcu Kolbe człowieka wielkiego skupienia i żarliwej modlitwy, pełnej zawierzenia i oddania – szczególnie do Matki Najświętszej Niepokalanej. Pisał na ten temat następująco: „Dozwól mi, Panno Przenajświętsza, bym własnym kosztem Cię chwalił; bym dla Ciebie żył, pracował, wyniszczył się i umarł; bym do Ciebie cały świat przywiódł; bym Ci przyniósł taką chwałę, jakiej jeszcze nikt Ci nie przyniósł”.
Zdumiewa nas postać dzisiejszego Patrona. Korona męczeństwa i chwały, którą dane mu było zdobyć, była z pewnością owocem jego świętego, do końca oddanego życia. Dzisiejszy Święty, którego wspominamy, tak bardzo mocno żył chwilą obecną: pracą, kora jest w tej chwili do zrobienia; świętością, która jest teraz zadana. W swoich notatkach rekolekcyjnych pisał: „Czyń, co czynisz. Na wszystko inne – dobre czy złe – nie zwracaj uwagi. Czego teraz nie uformujesz w sobie, tego nigdy nie zrobisz. Dziś zacznij służyć Panu Bogu – może to dzień ostatni w twoim życiu. Jutro jest niepewne. Wczoraj – do ciebie nie należy. Dziś tylko jest twoim”. W swoim regulaminie życia, który czytał co miesiąc, na pierwszym miejscu zapisał: „Muszę być świętym jak największym. Każdego miesiąca, każdego dnia, każdej minuty, teraz”.
Takie jest świadectwo życia św. Maksymiliana: wierność na co dzień, która nie czeka wielkich może okazji, ale jest zawsze pokorna. Taka wierność potrafi przenieść poza granice śmierci. Dzięki tej wierności i wytrwałej pracy nad sobą, zdecydował się na heroiczne ofiarowanie swojego życia za bliźniego.
Uczestniczymy w Eucharystii, najdoskonalszej Ofierze Jezusa Chrystusa. Ilekroć sprawowana jest Najświętsza Eucharystia, to On, prawdziwie, choć w sposób cudowny, wydaje się za nas, i pragnie, abyśmy także swoje ofiary, trudności i problemy dnia codziennego, to wszystko co przeżywamy, starali się razem z Nim ofiarować Bogu. Może dzisiaj nie żąda Chrystus od nas tak bezpośredniego oddania życia za drugich, jak to uczynił św. Maksymilian. Chciejmy jednak na jego wzór uczyć się tej pokornej wytrwałości przy Bogu na każdy dzień. Obyśmy umieli wybierać w życiu miłość trudną, ofiarną. Uczmy się tego od Chrystusa, od Jego Matki. Uczmy się tego od Ojca Maksymiliana. AMEN.


 

sierpnia 01, 2017

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…
Z Ewangelii według świętego Mateusza
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie». Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się». Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie».


Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus wziął ze sobą trzech swoich Uczniów – tych, o których się mówi, że byli Mu najbliżsi – wziął osobno i wziął na górę. Zauważmy, Kochani, tę triadę: Jezus wziął ze sobą,
wziął osobno, wziął na górę… A kiedy się to dokonało – nastąpiło jedyne w swoim rodzaju spotkanie i jedyne w swoim rodzaju objawienie, któremu podobnego nie ma w całym Piśmie Świętym.
Oczywiście, różnych objawień Boga było więcej, ale to jedno było takie właśnie wyjątkowe, bo oto oczom zdumionych Piotra, Jakuba i Jana ukazał się Jezus, z którym w końcu przyszli i którego dobrze znali, jednak tym razem był On otoczony jakimś nadzwyczajnym blaskiem! A do tego jeszcze – Mojżesz i Eliasz… Coś niesamowitego!
Trudno się zatem dziwić reakcji Piotra, który poruszony takim wydarzeniem, zaczął coś bełkotać o jakichś namiotach. Niektórzy komentatorzy dopatrują się w tym nawet jakichś głębszych treści, wskazując na namiot jako miejsce zatrzymania, miejsce spotkania, a zatem widzą w wypowiedzi Piotra uzewnętrznione głębokie pragnienie zatrzymania tej chwili, utrwalenia jej i jakiegoś głębszego przeżycia. Osobiście nie jestem pewien, czy można aż tak dalekie wnioski wyciągać, czy jednak – jak wskazuje Ewangelista – nie jest to po prostu zwykły strach, który jest w takiej sytuacji czymś naprawdę normalnym i zrozumiałym, a który spowodował, że Piotr wygadywał „trzy po trzy” jakieś dziwne rzeczy…
Nie ma jednak wątpliwości, że dokonało się coś nadzwyczajnego, coś szczególnego… A kiedy się dokonało? Kiedy Apostołowie dali się Jezusowi poprowadzić ze sobą, kiedy dali się poprowadzić osobno, kiedy dali się poprowadzić na górę… Sam Piotr w dzisiejszym pierwszym czytaniu relacjonuje to wydarzenie, wskazując jednocześnie na to, iż ma ono przełożyć się na życie zarówno jego samego, jak i wszystkich wierzących w Chrystusa. Bo wydarzenie to samo w sobie nic by wręcz nie znaczyło, gdyby nie stanowiło potwierdzenia prorockiej mowy, którą Piotr określa jako mocniejszą!
Tak, bo wszystkie cuda i nadzwyczajne znaki Jezusa dawane były po to i tylko po to, aby potwierdzały Jego naukę, Jego misję. One nie były po to, aby zaszokować, zdziwić, wzbudzić sensację czy tanią popularność. One były i dzisiaj są po to, aby ludzie coś zrozumieli – aby coś więcej zrozumieli – a następnie żyli tym, co zrozumieli. Abyśmy to my zrozumieli – i my według tego żyli! A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy – żeby to jeszcze raz powtórzyć – damy się poprowadzić Jezusowi ze sobą, damy się poprowadzić osobno, damy się poprowadzić na górę… Co to znaczy?
To znaczy, że uwierzymy tylko Jezusowi i tylko Jego zasady będziemy wprowadzali w życie, nie czyjeś inne… Że uwierzymy Mu bezgranicznie i we wszystko, co nam powie. A nade wszystko – że w ogóle zechcemy w Niego uwierzyć, że naprawdę chętnie za Nim pójdziemy, a nie dla zasady, dla tradycji, czy jedynie „na wszelki wypadek”…
A pójście osobno oznacza oderwanie się od całego zgiełku świata i hałasu, w jakim na co dzień żyjemy. Oczywiście, nie chodzi tu – bynajmniej – o bujanie w obłokach i zaniedbywanie obowiązków, ale o to, by starać się w tym swoim zabieganym życiu tworzyć przestrzeń ciszy, spokoju, refleksji… Chociaż czasami, raz na jakiś czas – aby odpocząć, porozmawiać z Bogiem, powziąć jakieś dobre myśli, postanowienia…
Takim czasem powinna być każda modlitwa, ale mogą to być także rekolekcje, na które warto się gdzieś wybrać, a propozycji teraz jest coraz więcej… I nie tylko dla ludzi należących do różnych wspólnot, bo zaproszenie skierowane jest do wszystkich chętnych… Chętnych – i odważnych! A nawet, Kochani, zwykły urlop i wyjazd z rodziną gdzieś poza dom może być okazją do spokojnego spaceru, czy innych chwil wyciszenia, w czasie których naprawdę Bóg może dużo powiedzieć…
I wreszcie – wyjście na górę oznacza w Biblii zawsze wejście w bliższy kontakt z Bogiem. Góra jest symbolem wyjścia ponad poziom ziemi, a więc ponad swoją codzienność, zwyczajność, powszedniość, a skierowanie się do Boga, do którego z wysokości góry jest w jakimś sensie – oczywiście sensie metaforycznym – bliżej. Przeto wejście na górę oznacza w tym wymiarze jednostkowym to, o czym tu sobie mówimy, a więc nawiązanie kontaktu z Bogiem i oderwanie się w tym momencie od swojej codzienności, zaś w wymiarze całościowym oznacza – ustawienie w życiu właściwej hierarchii wartości i ważności, co będzie się wyrażało tym, że Bóg i spotkanie z Nim, kierowanie się Jego zasadami i uznawanie Jego wartości zawsze będzie priorytetem, a codzienność i związane z nią sprawy będą owym wartościom wyższym podporządkowane.
Zatem, Kochani, dajmy się poprowadzić Jezusowi, aby się przekonać, że On naprawdę jest z nami, że naprawdę działa, że ukazuje nam blask swojej chwały i moc swego ramienia, czyniąc w ten sposób nasze życie mądrzejszym, piękniejszym i łatwiejszym!
I właśnie te refleksje mając na uwadze, pomyślmy w głębi serca: 
Jak w praktyce swego życia daję się poprowadzić Jezusowi ze sobą? 
Czy mam odwagę pójść z Jezusem osobno?
Czy daję się Jezusowi poprowadzić na górę?

sierpnia 01, 2017

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego
Wj 33, 7-11; 34, 5-9. 28 ; Mt 13, 36-43
 
 
Czytanie z Księgi Wyjścia
Mojżesz wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem.
Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał u wejścia do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu. Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem. Potem wracał Mojżesz do obozu, sługa zaś jego, Jozue, syn Nuna, młodzieniec, nie oddalał się z wnętrza namiotu. A Pan zstąpił w obłoku, i Mojżesz zatrzymał się koło Niego, i wypowiedział imię Jahwe. Przeszedł Pan przed jego oczyma i wołał: «Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz niepozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia». Natychmiast Mojżesz skłonił się aż do ziemi i oddał pokłon, mówiąc: «Jeśli darzysz mnie życzliwością, Panie, to proszę, niech pójdzie Pan pośród nas. Jest to wprawdzie lud o twardym karku, ale przebaczysz nasze winy i nasze grzechy, a uczynisz nas swoim dziedzictwem». I był tam Mojżesz u Pana czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i nie jadł chleba, i nie pił wody. I napisał na tablicach słowa przymierza – Dziesięć Słów.  
Oto słowo Boże.
 
Refleksja nad Słowem Bożym
 
Zadziwiające, jak wiele możemy nauczyć się, odnośnie naszego życia wewnętrznego, w sytuacji w jakiej znalazł się Mojżesz, a o której przed chwilą słyszeliśmy w I. czyt. z Księgi Wyjścia, w dzisiejszej liturgii słowa. Mojżesz z Narodem Wybranym zmierza do obiecanej im przez Boga ziemi, ich ziemi; zmierza w sytuacji wyjątkowo trudnej, ekstremalnej, bo wędrują długo przez pustynię. Możemy zaryzykować takie powiedzenie: Znają cel swojej wędrówki, ale nie znają drogi, którą należy wybrać, którą należy podążać.
Ich drogą jest droga Mojżesza, a jest to droga bezgranicznego zaufania Bogu – tak jak czytaliśmy przed chwilą, Pismo św. mówi: “Wykonał Mojżesz wszystko tak, jak mu to Pan nakazał uczynić”. Co zatem Mojżesz wykonał? Buduje swoisty przybytek – świątynię, buduje namiot spotkania Boga z człowiekiem; namiot spotkania człowieka z Bogiem. I właśnie to swoiste sanktuarium, z bardzo prymitywnych materiałów wykonane, staje się drogowskazem dlatego, że zostało zbudowane na fundamencie zaufania i zawierzenia Bogu. Czytamy: „Obłok bowiem Pana za dnia zakrywał przybytek, a w nocy błyszczał, jak ogień w oczach całego domu izraelskiego w czasie całej ich wędrówki”.
Ów namiot spotkania, jako miejsce spotkania człowieka z Bogiem, staje się równocześnie bezpieczną drogą dla człowieka. Ale tenże przybytek ukazuje nam jeszcze jedną prawdę, prawdę współodczuwania Boga z człowiekiem; prawdę, którą możemy nazwać prawdą solidarności Boga z człowiekiem. Bóg pozostaje zawsze wierny i zawsze solidarny z człowiekiem. Zwłaszcza wtedy, gdy tenże wkracza w “ciemną dolinę” samotności, bólu, rozpaczy, w ciemną dolinę własnej bezradności.
Każdy człowiek pielgrzymuje w czasie i przestrzeni własnego życia, życia jakże często naznaczonego wielkim trudem, cierpieniem, i chyba tym, co jest najgorsze: poczuciem osamotnienia. Wiemy, tak jak Naród Wybrany, dokąd zmierzamy. Dla nas ludzi wierzących jest to dom naszego Ojca. Ale, czy znamy drogę? Czy wybieramy właściwą drogę? Zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi nam cierpieć, gdy ogarniają nas swoiste ciemności. Co w takiej sytuacji mamy czynić? Trzeba nam, jak Mojżesz, wsłuchać się w to, co mówi do nas Bóg. Wykonać to wszystko tak, jak nam Bóg nakazuje.
Bóg kieruje do każdego z nas specjalne zadanie, zleca bardzo osobistą budowlę: budowanie sanktuarium naszego ludzkiego serca, budowania bardzo osobistego namiotu spotkania, który będzie służył Jemu. Sobór Watykański II nazwie to sanktuarium człowieczego serca bardzo prostym słowem: sumienie. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia odnajdujemy właściwą drogę w naszym życiu. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia doświadczamy obecności Boga, który wyprowadza nas z samotności. Przez nasze sumienie Bóg w sposób szczególny solidaryzuje się z każdym człowiekiem, zwłaszcza tym, który cierpi, który czuje się opuszczony i samotny. Przecież to nie ręce dają dar naszym braciom i siostrom, ale sanktuarium naszego sumienia spieszy im z pomocą.
I wydaje się, że kryterium z dzisiejszej Ewangelii, które zostanie kiedyś zastosowane przez Aniołów Bożych wobec każdego z nas, gdy przyjdzie czas sądu ostatecznego, aby oddzielić złych od dobrych, będzie kryterium ludzkiego sumienia. Budujmy zatem uczciwie i rzetelnie, tak jak na to Bóg nakazuje, ten nasz osobisty namiot spotkania. I prośmy Maryję, Matkę, która zachowywała wiernie wszystko w swoim sercu, która staje się przez to szczególną Patronką ludzkiego sumienia, aby nam w tej budowie w szczególny sposób dopomagała. AMEN.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger