września 07, 2026

Słowo Boże na Dziś - Jezus chce uzdrowić to, co w nas uschło

września 07, 2026

Słowo Boże na Dziś - Jezus chce uzdrowić to, co w nas uschło

✠ Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza (Łk 6, 6-11)

W szabat Jezus wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę. Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go.
On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Podnieś się i stań na środku!» Podniósł się i stanął.
Wtedy Jezus rzekł do nich: «Pytam was: Czy wolno w szabat czynić coś dobrego, czy coś złego, życie ocalić czy zniszczyć?»
I spojrzawszy dokoła po wszystkich, rzekł do niego: «Wyciągnij rękę!» Uczynił to, i jego ręka stała się znów zdrowa.
Oni zaś wpadli w szał i naradzali się między sobą, jak mają postąpić wobec Jezusa.


Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

To Ewangelia o Jezusie, który przywraca człowiekowi to, co zostało w nim uschnięte — i jednocześnie pokazuje, że miłość do człowieka musi być ważniejsza od bezdusznego trzymania się przepisów.

„Wyciągnij rękę!” – Jezus chce uzdrowić to, co w nas uschło

Wyobraźmy sobie tego człowieka. Przychodzi do synagogi z uschłą prawą ręką. Być może przez lata nauczył się żyć ze swoją słabością. Być może przyzwyczaił się do tego, że pewnych rzeczy nie może zrobić, że potrzebuje pomocy innych, że jest trochę inny.

A jednak Jezus go zauważa.

Co więcej — Jezus mówi do niego: „Podnieś się i stań na środku!”

To niezwykłe. Jezus nie pozwala mu pozostać na uboczu. Wyprowadza go z cienia. Chce, aby człowiek stanął przed Nim taki, jaki jest. I wtedy pada polecenie: „Wyciągnij rękę!”

Przecież Jezus widzi, że ta ręka jest uschła. Wie, że człowiek sam nie potrafi jej uzdrowić. A jednak mówi: „Wyciągnij rękę!”

Może właśnie dlatego, że uzdrowienie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek wyciąga ku Jezusowi to, co jest chore, słabe i bezsilne.

Każdy z nas ma coś takiego.

Może uschła w nas modlitwa.
Może uschła miłość do współmałżonka.
Może uschła relacja z dzieckiem.
Może uschła nadzieja.
Może uschła zdolność przebaczania.
Może uschła wiara, która kiedyś była żywa, a dziś pozostało z niej tylko przyzwyczajenie.

I Jezus mówi dzisiaj do każdego z nas:

„Wyciągnij rękę!” - Nie ukrywaj przede Mną tego, co jest chore. Nie udawaj, że wszystko jest dobrze. Nie chowaj się za pozorami pobożności. Pokaż Mi swoją uschłą rękę. 

Ale w tej Ewangelii jest jeszcze druga grupa ludzi: uczeni w Piśmie i faryzeusze

Oni również patrzą na Jezusa. Ale patrzą inaczej.

Człowiek cierpi — a oni widzą przepis.
Człowiek potrzebuje pomocy — a oni szukają argumentu przeciw Jezusowi.

I Jezus stawia im bardzo ważne pytanie: „Czy wolno w szabat czynić coś dobrego, czy coś złego, życie ocalić czy zniszczyć?”

To pytanie jest także skierowane do nas.

Bo można być bardzo religijnym, a jednocześnie mieć serce zamknięte na człowieka.

Można znać wszystkie przepisy, modlitwy i zasady, a nie zauważyć człowieka, który stoi obok i cierpi.

Można pilnować, żeby wszystko było „zgodnie z przepisem”, a zapomnieć, że Bóg nigdy nie ustanowił prawa po to, aby człowieka zranić, lecz aby prowadzić go do dobra.

Jezus nie znosi prawa Bożego. Jezus pokazuje jego najgłębszy sens: prawo ma służyć życiu, miłości, miłosierdziu i dobru człowieka.

I jest jeszcze jeden szczegół: Jezus każe temu człowiekowi  stanąć na środku.

Może warto dzisiaj zapytać siebie:

Kogo ja stawiam na środku mojego życia?

Czy Jezusa?

Czy może własne przepisy, ambicje, przyzwyczajenia, racje i opinie?

Bo kiedy człowiek przestaje stawiać Jezusa w centrum, bardzo łatwo zaczyna stawiać w centrum samego siebie.

I wtedy nawet religia może stać się narzędziem osądzania innych.

Tymczasem Jezus mówi:

„Wyciągnij rękę!”

Czyli: zrób krok. Zaufaj. Pozwól Mi działać.

Jezus chce uzdrowić to, co w nas uschło, może dzisiaj Jezus mówi to do człowieka, który od dawna uważa, że dla niego już nic się nie zmieni: Wyciągnij rękę.

Do tego, który przestał się modlić: Wyciągnij rękę.

 Do tego, który nie potrafi przebaczyć: 

Do tego, który upadł i wstydzi się wrócić do Boga: Wyciągnij rękę.

Do tego, który stracił nadzieję: Wyciągnij rękę.

Bo Chrystus nie mówi: „Najpierw stań się zdrowy, a potem przyjdź do Mnie”.

On mówi: „Przyjdź taki, jaki jesteś. Wyciągnij do Mnie swoją słabość. Ja mogę ją przemienić.”

I dlatego najważniejsze pytanie dzisiejszej Ewangelii brzmi nie: „Co jest uschnięte w tamtym człowieku?”, ale: „Co uschło we mnie?”

A potem trzeba zrobić to, co zrobił człowiek z Ewangelii.

Wyciągnąć rękę ku Jezusowi!

Bo to, co dla nas jest niemożliwe, dla Niego nie jest niemożliwe.

On nadal uzdrawia.
On nadal podnosi.
On nadal przywraca życie. Amen.

 

 

🙏 Modlitwa

Panie Jezu,
Ty widzisz wszystko, co we mnie jest słabe, zranione i uschnięte.
Ty wiesz, czego nie potrafię już sam naprawić.

Dzisiaj staję przed Tobą taki, jaki jestem,
i słyszę Twoje słowa:

„Wyciągnij rękę!”

Jezu, wyciągam ku Tobie moją słabość,
moje lęki, moje grzechy, moje rozczarowania
i wszystko to, co we mnie utraciło życie.

Uzdrów moje serce.
Przywróć mi wiarę, nadzieję i miłość.
Naucz mnie także dostrzegać ludzi, którzy cierpią,
i nigdy nie stawiać przepisów ponad miłością.

Spraw, abym tam, gdzie inni widzą tylko problem,
potrafił zobaczyć człowieka, którego Ty chcesz podnieść.

Jezu, uzdrów we mnie to, co uschło,
i przywróć życie temu, co wydaje się już beznadziejne.
Amen.

✝️ Błogosławieństwo

Niech Jezus, który powiedział: „Wyciągnij rękę!”,
uzdrawia wszystko, co w Tobie jest zranione i uschnięte.
Niech napełni Twoje serce nadzieją,
umocni Twoją wiarę
i da Ci odwagę, abyś zawsze wybierał dobro, miłosierdzie i miłość.

Niech Was błogosławi Bóg wszechmogący,
Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.

Bóg zapłać za komentarze 👇


września 06, 2026

23. Niedziela Zwykła (A) - Upomnieć, ale nie potępić!

września 06, 2026

23. Niedziela Zwykła (A) - Upomnieć, ale nie potępić!


✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza (Mt 18, 15-20)

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.
Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich».


Oto słowo Pańskie.


Refleksja nad Słowem Bożym

Drodzy Bracia i Siostry!

Dzisiejsza Ewangelia jest bardzo konkretna. Jezus nie mówi o jakiejś idealnej wspólnocie, w której wszyscy zawsze się rozumieją, nie ranią i nie popełniają błędów. Jezus wie, że wszędzie tam, gdzie są ludzie, pojawiają się konflikty, zranienia, grzech i nieporozumienia.

Dlatego mówi:
Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy”.

Zwróćmy uwagę na pierwsze słowo: „idź”. Jezus nie mówi: idź i opowiedz o nim innym.

Nie mówi: napisz o nim w internecie.
Nie mówi: zbierz sobie ludzi, którzy przyznają ci rację.
Mówi: „idź do niego”.
To ogromna różnica.

Jak często robimy dokładnie odwrotnie! Ktoś nas zranił, więc opowiadamy o tym rodzinie, znajomym, sąsiadom. Czasami wszyscy wiedzą o konflikcie – tylko nie wiedzą o nim ci, którzy powinni ze sobą porozmawiać. Zaczyna się od jednego zdania: „Wiesz, co on mi zrobił?” Potem dochodzi następna osoba, następna opinia, następna interpretacja. I z małego zranienia powstaje wielka przepaść.

Jezus zatrzymuje tę lawinę. Mówi: „Idź i upomnij go w cztery oczy”.

1. 𝙐𝙥𝙤𝙢𝙣𝙞𝙚𝙣𝙞𝙚 𝙣𝙞𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙯𝙚𝙢𝙨𝙩𝙖̨

Upomnienie chrześcijańskie nie ma być sposobem na pokazanie drugiemu człowiekowi, że jesteśmy od niego lepsi.

Nie jestem sędzią mojego brata. Nie jestem jego prokuratorem. Jeżeli mam go upomnieć, muszę najpierw zapytać siebie: Czy naprawdę chcę jego dobra?

Bo można powiedzieć prawdę i jednocześnie zranić człowieka.
Można mieć rację, a jednocześnie nie mieć miłości.
Można wygrać dyskusję i jednocześnie stracić człowieka.

Dlatego chrześcijańskie upomnienie powinno być jak lekarstwo. Lekarz nie rani pacjenta dlatego, że go nie lubi. Dotyka chorego miejsca dlatego, że chce je wyleczyć.

Zapamiętajmy sobie tę piękną brzmi myśl: mamy być bardziej lekarzem niż prokuratorem. 

2. .𝙅𝙚𝙯𝙪𝙨 𝙢𝙤́𝙬𝙞: „𝙥𝙤𝙯𝙮𝙨𝙠𝙖𝙨𝙯 𝙨𝙬𝙚𝙜𝙤 𝙗𝙧𝙖𝙩𝙖”

To jest najważniejsze zdanie całej Ewangelii: „Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata”.

Nie: pokonasz swego brata.
Nie: udowodnisz mu, że jesteś lepszy.
Nie: postawisz na swoim.

Pozyskasz brata!

A więc celem chrześcijańskiego upomnienia nie jest zwycięstwo nad człowiekiem, ale odzyskanie człowieka. To jest zupełnie inna logika.

Jeżeli żona rozmawia z mężem, mąż z żoną, rodzic z dzieckiem, przyjaciel z przyjacielem – nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o pytanie: Czy po tej rozmowie będziemy sobie bliżsi, czy jeszcze bardziej oddaleni?

Czasami pierwszym krokiem do pojednania jest bardzo trudne zdanie:
„Zraniłeś mnie”.

Ale czasami jeszcze trudniejsze: „Przepraszam, to ja ciebie zraniłem”.

3.𝙒 𝙘𝙯𝙩𝙚𝙧𝙮 𝙤𝙘𝙯𝙮” – 𝙅𝙚𝙯𝙪𝙨 𝙯𝙖𝙩𝙧𝙯𝙮𝙢𝙪𝙟𝙚 𝙤𝙗𝙢𝙤𝙬𝙚̨

Jezus daje nam także niezwykle ważną lekcję dotyczącą naszych słów.

Jeżeli mam problem z człowiekiem, najpierw rozmawiam z nim, a nie o nim. To może być lekarstwo na wiele rodzinnych konfliktów, małżeńskich kryzysów, sąsiedzkich sporów, a także podziałów we wspólnocie Kościoła.

  • Nie budujmy jedności przez wspólne narzekanie na innych.
  • Nie budujmy przyjaźni na obmowie.
  • Nie szukajmy ludzi, którzy będą potwierdzać nasze pretensje.


Bo plotka prawie nigdy nie prowadzi do pojednania. Przeciwnie – potrafi uruchomić lawinę kolejnych słów i jeszcze bardziej zaognić konflikt. 

Jeżeli kochasz człowieka – rozmawiaj z nim, nie za jego plecami.

4. 𝘼𝙡𝙚 𝙟𝙚𝙨𝙩 𝙟𝙚𝙨𝙯𝙘𝙯𝙚 𝙙𝙧𝙪𝙜𝙖 𝙨𝙩𝙧𝙤𝙣𝙖 𝙀𝙬𝙖𝙣𝙜𝙚𝙡𝙞𝙞

Możemy bardzo łatwo pomyśleć: 
„To wszystko jest dla mojego męża”.
„To jest dla mojej żony”.
„To jest dla mojego sąsiada”.
„To jest dla mojego brata”.
„On powinien tego posłuchać”.

A Jezus dzisiaj pyta również mnie: Czy ty potrafisz przyjąć upomnienie?

Bo czasami jesteśmy bardzo odważni w poprawianiu innych, ale bardzo delikatni, kiedy ktoś próbuje powiedzieć prawdę o nas.

Chcemy mieć przyjaciół, którzy nas wspierają. Ale potrzebujemy również takich, którzy odważą się powiedzieć nam prawdę. Warto pamiętać tę prostą mądrość: strzeż się przyjaciół, którzy kochają twoje błędy. Czasami człowiek, który nas upomina, nie jest naszym wrogiem.

Może właśnie jest człowiekiem, który za bardzo nas kocha, żeby pozwolić nam spokojnie iść w złą stronę.

5. „𝙂𝙙𝙯𝙞𝙚 𝙙𝙬𝙖𝙟 𝙖𝙡𝙗𝙤 𝙩𝙧𝙯𝙚𝙟…” – 𝙠𝙞𝙚𝙙𝙮 𝙩𝙧𝙯𝙚𝙗𝙖 𝙯𝙖𝙘𝙯𝙖̨𝙘́ 𝙨𝙞𝙚̨ 𝙢𝙤𝙙𝙡𝙞𝙘́

Drodzy Bracia i Siostry!

Jezus kończy dzisiejszą Ewangelię słowami: „Gdzie dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.

Te słowa często słyszymy przy okazji spotkań modlitewnych, rekolekcji czy wspólnotowych nabożeństw. Ale spójrzmy na nie w kontekście całej dzisiejszej Ewangelii.

Jezus mówi o człowieku, który zgrzeszył. Mówi o upomnieniu. Mówi o próbie odzyskania brata. A potem mówi:
„Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca”.

Jakby Jezus chciał nam powiedzieć: Jeżeli naprawdę zależy ci na przemianie drugiego człowieka, nie tylko z nim rozmawiaj. Zacznij się za niego modlić.

Bo czasami przychodzi taki moment, kiedy nasze argumenty już nie wystarczają.

Rozmawiałaś z mężem.
Rozmawiałeś z żoną.
Upominałeś dziecko.
Próbowałeś przemówić do przyjaciela.
Tłumaczyłeś, prosiłeś, ostrzegałeś… I nic.

Wtedy pozostaje coś, co może być najpotężniejszym narzędziem miłości – modlitwa.

Może ona brzmieć tak:
„Panie Jezu, przemień jego serce.
Otwórz mu oczy.
Pokaż mu prawdę.
Uwolnij go od zła.
A mnie daj cierpliwość, miłość i mądrość, abym nie przestał o niego walczyć”.

Czasami człowiek, którego nie potrafimy zmienić żadnym słowem, może zostać dotknięty łaską Boga. Dlatego nie rezygnujmy z ludzi zbyt szybko.

Może ktoś dzisiaj potrzebuje nie kolejnego naszego argumentu, ale naszej modlitwy.
Może zamiast kolejny raz mówić komuś: „Ty się zmień”, powinniśmy uklęknąć i powiedzieć Jezusowi:
„Jezu, zmień go. A jeśli trzeba – najpierw zmień mnie”.

Bo modlitwa może zrobić więcej niż nasze najlepsze argumenty.

Ale modlitwa nie oznacza obojętności wobec zła. I tutaj trzeba powiedzieć bardzo jasno: Dzisiejsza Ewangelia nie jest Ewangelią pobłażliwości wobec grzechu.

Chrześcijanin nie może powiedzieć:

„Nie będę się wtrącał”.
„To jego życie”.
„Każdy ma swoją prawdę”.
„Nie osądzajmy, więc niczego nie nazywajmy złem”.

Jezus mówi coś zupełnie innego:

„Idź i upomnij go”.

To jest ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Miłość nie polega na tym, że pozwalam komuś spokojnie zmierzać ku przepaści, ponieważ boję się, że moje słowa go zranią.

Jeżeli widzę, że mój brat niszczy swoje życie, niszczy rodzinę, krzywdzi innych, uzależnia się, żyje w grzechu – nie mogę udawać, że niczego nie widzę. Nie wolno nam być tolerancyjnymi wobec zła tylko dlatego, że boimy się nazwać je po imieniu.

Grzech trzeba nazwać grzechem.
Zło trzeba nazwać złem.
Kłamstwo trzeba nazwać kłamstwem.
Krzywdę trzeba nazwać krzywdą.

Ale uwaga!

Nietolerancja wobec grzechu nie może stać się nienawiścią do grzesznika.

Mam sprzeciwiać się złu, ale nie przestać kochać człowieka.
Mam odrzucić grzech, ale nie odrzucić człowieka.
Mam powiedzieć prawdę, ale nie po to, żeby kogoś upokorzyć – tylko po to, żeby go pozyskać.

Bo Jezus nie mówi: „Zniszcz swego brata”. On mówi: „Pozyskasz swego brata”.

Braterskie upomnienie jest aktem miłości Dlatego może warto dzisiaj zapytać siebie:

Czy mam odwagę upomnieć człowieka, którego naprawdę kocham?

Nie z gniewem.
Nie z poczuciem wyższości.
Nie za jego plecami.
Nie przez plotkę.
Nie przez internet.

Ale „w cztery oczy” – z miłością, pokorą i prawdą.

A potem – jeśli nasze słowa nie wystarczą – modlić się.

Może właśnie dlatego Jezus mówi:

„Gdzie dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.
Czyli :
Zbierzmy się więc czasem razem i módlmy się za tych, których nie potrafimy już przekonać.

Za syna, który odszedł od Boga.
Za córkę, która pogubiła się w życiu.
Za męża, który niszczy rodzinę.
Za żonę, która nosi w sercu gniew.
Za przyjaciela, który wszedł na złą drogę.
Za człowieka uzależnionego.
Za tego, który przestał odróżniać dobro od zła.

Nie przekreślajmy go. Módlmy się za niego. Bo może nasze słowo już do niego nie dociera, ale łaska Boga może dotrzeć tam, gdzie my nie mamy dostępu.

Drodzy Bracia i Siostry!

Nie bójmy się więc braterskiego upomnienia.
Nie bójmy się mówić prawdy.
Nie bójmy się nazywać grzechu grzechem.
Nie zgadzajmy się na zło, niesprawiedliwość, krzywdę i kłamstwo.

Ale róbmy to nie jako sędziowie, lecz jako bracia i siostry, którym naprawdę zależy na zbawieniu drugiego człowieka.

A kiedy już powiemy prawdę – módlmy się.

Kiedy nie możemy przemienić człowieka – módlmy się.
Kiedy nasze słowa odbijają się od zamkniętego serca – módlmy się.
Kiedy po ludzku nie widzimy już żadnej nadziei – módlmy się.

Bo może właśnie wtedy zaczyna działać Bóg. I dlatego na zakończenie zapamiętajmy trzy słowa:

UPOMNIJ – NIE POTĘPIAJ.
KOCHAJ – NIE AKCEPTUJ ZŁA.
MÓDL SIĘ – I NIE TRAĆ NADZIEI.


A jeśli dzisiaj jest w twoim życiu ktoś, kogo nie potrafisz już zmienić, nie przekreślaj go. Weź go do swojej modlitwy. Weź go na adorację Najświętszego Sakramentu - może właśnie tam, gdzie ty już nie możesz nic zrobić, Bóg może zrobić wszystko.

Bo: 

„Gdzie dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.

A zatem: „Kogo dzisiaj powinienem upomnieć? 
Za kogo powinienem zacząć się modlić? 
I wobec jakiego zła przestałem już reagować?”

Pomyśl o tym w ciszy swego serca, a ja z serca ci błogosławię+ Amen.
.

września 05, 2026

ŚWIĘTA MATKA TERESA Z KALKUTY - „Jestem tylko ołówkiem w ręku Boga”.

września 05, 2026

ŚWIĘTA MATKA TERESA Z KALKUTY - „Jestem tylko ołówkiem w ręku Boga”.

 

✠ Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza (Łk 6, 1-5 )

W pewien szabat Jezus przechodził wśród zbóż, a uczniowie zrywali kłosy i jedli, wykruszając ziarna rękami.
Niektórzy zaś z faryzeuszów mówili: «Czemu czynicie to, czego nie wolno w szabat?»
Wtedy Jezus, odpowiadając im, rzekł: «Nawet tego nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy poczuł głód, on i jego ludzie? Jak wszedł do domu Bożego i wziąwszy chleby pokładne, sam jadł i dał swoim ludziom? Chociaż samym tylko kapłanom wolno je spożywać».
I dodał: «Syn Człowieczy jest Panem także szabatu».

Oto słowo Pańskie.

🔥 REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM 

„Syn Człowieczy jest Panem także szabatu”.

Drodzy Bracia i Siostry!

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam ludzi, którzy bardzo dobrze znali przepisy religijne, ale mieli problem z rozpoznaniem człowieka.

Uczniowie Jezusa są głodni. Zrywają kłosy i jedzą. Faryzeusze natychmiast zauważają przekroczenie przepisu szabatu.

Jezus natomiast widzi coś więcej.

Widząc głodnego człowieka, nie można najpierw zobaczyć przepisu. Najpierw trzeba zobaczyć człowieka.

I właśnie tutaj niezwykle mocno spotyka się dzisiejsza Ewangelia z życiem św. Matki Teresy z Kalkuty.

Ona również patrzyła inaczej.

Kiedy inni widzieli na ulicach Kalkuty żebraków, trędowatych, bezdomnych, umierających i porzucone dzieci, ona widziała człowieka.

A jeszcze głębiej – widziała w nim Chrystusa. Dlatego powtarzała za Jezusem:
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Dla niej Ewangelia nie była teorią.

Jeżeli człowiek był głodny – trzeba było go nakarmić.
Jeżeli był chory – trzeba było się nim zająć.
Jeżeli umierał samotnie – trzeba było przy nim zostać.
Jeżeli był odrzucony – trzeba było go przyjąć.
Jeżeli nikt go nie kochał – trzeba było mu pokazać, że jest kochany.

To dlatego Matka Teresa wychodziła tam, gdzie inni nie chcieli iść. W Kalkucie zaczęła służyć najbiedniejszym z biednych, a założone przez nią Misjonarki Miłości podejmowały posługę wśród chorych, umierających, bezdomnych i porzuconych.

Ale trzeba zauważyć coś bardzo ważnego. Matka Teresa nie pomagała człowiekowi zamiast kochać Jezusa. Ona pomagała człowiekowi dlatego, że kochała Jezusa.

Jej dzień rozpoczynał się od modlitwy i Eucharystii, a potem prowadził do służby potrzebującym. Wieczorem powracała do adoracji Najświętszego Sakramentu.

To jest bardzo ważne także dla nas.

Bo można mieć wiele religijnych zwyczajów, modlitw, praktyk, można znać przykazania i zasady – a jednocześnie przechodzić obojętnie obok człowieka, który potrzebuje naszego serca.

Można przyjść do kościoła i nie zauważyć człowieka stojącego obok.
Można odmówić wiele modlitw i nie przebaczyć komuś.
Można mówić o Bogu, a jednocześnie nie mieć czasu dla cierpiącego.
Można bronić prawdy, a zapomnieć o miłości.

I właśnie przed taką religijnością ostrzega nas dzisiejsza Ewangelia. Jezus nie znosi szabatu. Jezus przywraca mu właściwe miejsce. Pokazuje, że człowiek nie został stworzony dla przepisu.

To Boże przykazania są po to, aby człowiek mógł żyć prawdziwie, kochać Boga i kochać drugiego człowieka.

Matka Teresa rozumiała to niezwykle prosto.

Mówiła, że miłość trzeba zaczynać od człowieka, który jest blisko. Nie od wielkich deklaracji, ale od konkretnej osoby. Od rodziny. Od sąsiada. Od chorego. Od samotnego. Od człowieka, którego codziennie spotykamy.

Świętość zaczyna się bardzo blisko. Nie zawsze potrzeba wielkich czynów.

Czasami świętością jest telefon do samotnej osoby.
Czasami przebaczenie.
Czasami cierpliwe wysłuchanie.
Czasami nakarmienie głodnego.
Czasami odwiedzenie chorego.
Czasami zwykły uśmiech.

Matka Teresa powiedziała coś bardzo prostego i wymagającego:
„Nie dopuść, by po spotkaniu z tobą ludzie nie odchodzili choć trochę szczęśliwsi”.

Jakże mocno brzmi to dzisiaj!

Czy ludzie po spotkaniu ze mną odchodzą choć trochę szczęśliwsi?
Czy w moim domu jest więcej pokoju dlatego, że jestem?
Czy mój współmałżonek czuje się przeze mnie kochany?
Czy moje dzieci wiedzą, że są dla mnie ważne?
Czy starszy człowiek czuje, że nie jest ciężarem?
Czy człowiek cierpiący może przy mnie przestać się wstydzić swojej słabości?
Czy ktoś samotny może dzięki mnie poczuć, że nie jest sam?

To są bardzo konkretne pytania.

Bo świętość nie polega jedynie na tym, żeby dużo mówić o Bogu. Świętość polega na tym, żeby pozwolić Bogu kochać innych przez nas.

Matka Teresa mówiła o sobie: „jestem tylko ołówkiem w ręku Boga”.

Piękny obraz.
Ołówek sam niczego nie napisze.
Potrzebuje ręki.
A my mamy być takim ołówkiem w ręku Boga.

Bóg chce przez nasze ręce nakarmić głodnego.

Przez nasze serce pocieszyć smutnego.
Przez nasze słowa podnieść człowieka, który upadł.
Przez naszą obecność powiedzieć komuś: „Nie jesteś sam”.
Przez nasze przebaczenie dać komuś jeszcze jedną szansę.

Dlatego dzisiejsza Ewangelia stawia nam bardzo konkretne zadanie:

Nie przechodź obojętnie obok człowieka.

Nie pytaj najpierw: „Czy on na to zasługuje?”
Ale zapytaj: „Czego potrzebuje?”

Nie pytaj: „Dlaczego on taki jest?”
Ale zapytaj: „Co mogę dla niego zrobić?”

Nie pytaj: „Czy to mój problem?”

Ale zapytaj: „A może właśnie mnie Bóg posyła do tego człowieka?”

Matka Teresa przypomina nam również, że miłość zaczyna się w domu. W swoim liście do Polaków zachęcała, aby uczyć młodych miłości Boga i modlitwy oraz troszczyć się o jedność rodziny.

I może właśnie od tego powinniśmy zacząć. Nie od zmieniania całego świata. Zacznij od jednego człowieka.

Od jednej osoby, której dzisiaj okażesz dobro.
Od jednej osoby, której przebaczysz.
Od jednej osoby, którą wysłuchasz.
Od jednej osoby, której powiesz: „Dobrze, że jesteś”.

Bo być może dla niej właśnie ten jeden gest będzie dzisiaj znakiem obecności Boga.

Drodzy Bracia i Siostry!

Jezus mówi:
„Syn Człowieczy jest Panem także szabatu”.

A św. Matka Teresa swoim życiem jakby dopowiada:
Jeżeli naprawdę spotkałeś Chrystusa, nie możesz przejść obojętnie obok człowieka.

Niech każda Eucharystia prowadzi cię do miłości.
Niech każda modlitwa prowadzi cię do miłości.
Niech wiara prowadzi  cię do miłości.
A prawdziwa miłość zawsze staje się konkretna.

Prośmy więc dzisiaj:

Jezu, naucz mnie patrzeć Twoimi oczami.
Kiedy zobaczę głodnego – daj mi serce, które się zatrzyma.
Kiedy zobaczę cierpiącego – daj mi odwagę, aby podejść.
Kiedy spotkam samotnego – daj mi czas.
Kiedy ktoś mnie zrani – daj mi siłę do przebaczenia.
Kiedy zobaczę człowieka odrzuconego – przypomnij mi, że on także jest Twoim dzieckiem.

I spraw, abym nie był człowiekiem, który tylko zna Twoje przykazania.
Uczyń mnie człowiekiem, który potrafi kochać. Abym – jak św. Matka Teresa – mógł stać się małym „ołówkiem” w Twojej ręce.

I aby dzięki moim słowom, moim dłoniom, mojej obecności i mojej miłości ktoś choć odrobinę bardziej uwierzył, że Ty naprawdę jesteś blisko. Amen.

✝️ Niech Pan Jezus napełni Twoje serce miłością, która nie pozostaje tylko słowem, ale staje się obecnością, pomocą, przebaczeniem i dobrem. 

Niech za wstawiennictwem św. Matki Teresy uczyni Cię swoim narzędziem, aby przez Ciebie mógł dziś okazać komuś swoją miłość.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec † i Syn, i Duch Święty. Amen.



PS.

LIST MATKI TERESY Z KALKUTY DO POLAKÓW

W 1996 r. Matka Teresa, zatrwożona informacją, że w polskim parlamencie toczy się dyskusja nad zmianą ustawy chroniącej życie nienarodzonych, przysłała list z Kalkuty do Polaków, który poniżej drukujemy w całości.

Moi Drodzy
Bracia i Siostry w Polsce!

Jak wiecie, jestem w szpitalu, ale słysząc o zmianach prawa, jakie są rozważane w Polsce, czuję, że Bóg chce, abym zwróciła się do Was w imieniu nienarodzonych dzieci.

Życie jest najpiękniejszym darem Boga. On stworzył nas do wielkich rzeczy, aby kochać i być kochanym. Bóg daje nam czas na ziemi, abyśmy poznali Jego Miłość, abyśmy doświadczyli Jego Miłości do głębi naszego istnienia. Abyśmy Go kochali, byśmy kochali naszych braci i siostry. Życie jest darem Boga. Darem, którym tylko Bóg może obdarzać. I Bóg w swojej pokorze dał mężczyźnie i kobiecie zdolność współpracy z Nim w przekazywaniu życia. Jakikolwiek był Jego zamiar, nie wolno nam ingerować w ten piękny Boży dar ani go niszczyć. Dlaczego dzisiaj ludzie boją się małego dziecka? Ponieważ chcą mieć łatwiejsze, bardziej komfortowe, wygodniejsze życie? Więcej wolności? Bać się należy jedynie łamania Bożych praw, ponieważ Bóg w swojej nieskończonej i czułej miłości pragnie tylko naszego dobra, naszego szczęścia, naszej miłości.

Moi kochani Polacy! Uczcie swoich młodych kochać Boga. Uczcie ich modlić się. A jeśli będziecie trzymać się razem, będziecie kochać się wzajemnie taką miłością, jaką Bóg kocha każdego z nas. Z całych sił starajmy się utrzymać jedność polskich rodzin. Wnośmy prawdziwy pokój w naszą rodzinę, otoczenie, miasto, kraj, w świat. Zaczynajmy od pełnego miłości pokochania małego dziecka już w łonie matki. Jak już wielokrotnie mówiłam w wielu miejscach, tym, co najbardziej niszczy pokój we współczesnym świecie, jest aborcja, ponieważ jeżeli matka może zabić swoje własne dziecko, co może powstrzymać Ciebie i mnie od zabijania się nawzajem? Najbezpieczniejszym miejscem na świecie powinno być łono matki, gdzie dziecko jest najsłabsze i najbardziej bezradne, w pełni zaufania całkowicie zdane na matkę. I pamiętajcie, że Jezus powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Ofiarowuję wszystkie swoje cierpienia, wynikające z choroby i bezradności, abyście dokonali prawidłowego wyboru - abyście wybrali życie, zgodnie z wolą Bożą. Módlmy się! Niech Bóg Was błogosławi.

Kalkuta, 24 września 1996 r.
.
.

sierpnia 30, 2026

22. Niedziela Zwykła (A) - „Nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”

sierpnia 30, 2026

22. Niedziela Zwykła (A) - „Nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”

✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza (Mt 16, 21-27)

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».
Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania».


Oto słowo Pańskie.

🔥 REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM 

„Nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”

Drodzy Bracia i Siostry!

Piotr chciał dobrze. Naprawdę chciał dobrze. Kiedy usłyszał, że Jezus będzie cierpiał, zostanie zabity i zmartwychwstanie, nie potrafił tego zaakceptować. Wziął Jezusa na bok i powiedział: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”.

Można powiedzieć: Piotr chciał Jezusa ochronić. Chciał Mu oszczędzić cierpienia. Chciał, żeby wszystko potoczyło się inaczej.

I wtedy padają bardzo mocne słowa Jezusa: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.

Zatrzymajmy się przy tych słowach. Bo przecież Piotr chwilę wcześniej wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga żywego. A teraz ten sam Piotr staje się dla Jezusa przeszkodą.

Dlaczego?

Bo można wierzyć w Jezusa, a jednocześnie nie zgadzać się z Jego drogą.
Można mówić: „Jezu, jesteś moim Panem”, a równocześnie oczekiwać, że Pan będzie błogosławił przede wszystkim moje plany.
Można się modlić, a jednocześnie mówić Bogu:

„Panie, ale nie tak”.
„Panie, tego cierpienia nie chcę”.
„Panie, tego człowieka zabierz z mojego życia”.
„Panie, daj mi zdrowie, ale nie każ mi niczego zmieniać”.
„Panie, pobłogosław moim decyzjom, nawet jeśli nie pytam Cię, czy są zgodne z Twoją wolą”.

I właśnie tutaj Ewangelia stawia nam bardzo ważne pytanie:

Czy ja naprawdę myślę po Bożemu, czy tylko proszę Boga, żeby pobłogosławił mojemu myśleniu?

Piotr miał swoją wizję Mesjasza.

Mesjasz powinien być silny. Powinien zwyciężyć. Powinien pokonać przeciwników. Powinien objawić swoją potęgę. A  tymczasem Jezus mówi o krzyżu. To było dla Piotra nie do przyjęcia. A jednak Jezus nie usuwa krzyża ze swojej drogi.

Dlaczego? Bo krzyż nie jest porażką Boga. Krzyż jest drogą, przez którą Bóg prowadzi człowieka do zmartwychwstania.

Piotr widział tylko cierpienie, a Jezus widział cierpienie, ale widział także zmartwychwstanie.
Piotr widział Wielki Piątek, a Jezus widział również poranek wielkanocny.

I może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w chwilach próby: spojrzenia dalej niż tylko na dzisiejszy ból.

Kiedy przychodzi choroba, samotność, niezrozumienie, rozczarowanie, utrata, trudna relacja, niesprawiedliwość czy doświadczenie własnej słabości, bardzo łatwo powiedzieć: „Boże, nie może tak być!”

Ale wiara mówi: „Boże, nie rozumiem tej drogi, ale ufam Tobie”.

To jest ogromna różnica.

A potem Jezus mówi coś, czego współczesny człowiek szczególnie nie chce słuchać: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

Chrześcijaństwo nie jest obietnicą życia bez krzyża. 
Chrześcijaństwo jest obietnicą, że krzyż nie będzie końcem naszego życia.


Jezus nie mówi: „Jeśli pójdziesz za Mną, wszystko będzie łatwe”.

Nie mówi: „Nie będziesz cierpiał”.
Nie mówi: „Nikt cię nie zrani”.
Nie mówi: „Nie będziesz musiał niczego poświęcić”.

Mówi: „Weź swój krzyż i chodź za Mną”.

Zwróćmy uwagę na jedno słowo: „swój”.

Nie mam brać krzyża kogoś innego. Mam przyjąć to, co Bóg stawia na mojej drodze i czego nie mogę ominąć bez zdrady dobra, prawdy, miłości i wierności.

Dla jednego człowieka krzyżem może być choroba.
Dla drugiego samotność.
Dla kogoś innego trudne małżeństwo, odpowiedzialność za rodzinę, cierpliwość wobec chorego rodzica, wychowanie dziecka, przebaczenie komuś, kto bardzo zranił.
Dla kogoś krzyżem będzie uczciwość, kiedy bardziej opłacałoby się skłamać.
Wierność małżeńska, kiedy świat mówi: „Możesz zrobić, co chcesz”.
Wierność Bogu, kiedy inni się z tej wiary śmieją.
Przebaczenie, kiedy serce chce się mścić.
Rezygnacja z własnego egoizmu, kiedy człowiek chciałby, żeby wszystko było po jego myśli.

Krzyż bardzo często zaczyna się tam, gdzie kończy się moje „ja chcę”.

Jezus mówi dalej: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

To brzmi jak paradoks.

Świat mówi: 
„Zadbaj przede wszystkim o siebie”, 
„Rób to, co daje ci przyjemność”,
„Nie poświęcaj się”,
„Nie pozwól, żeby ktoś czegoś od ciebie wymagał”,
„Najważniejsze jest twoje szczęście”.

A Jezus mówi:
„Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

Dlaczego?

Bo człowiek nie odnajduje siebie przez skupienie na sobie, lecz odnajduje siebie przez miłość.

Matka, która poświęca swoje życie dzieciom, nie traci życia — ona je pomnaża.
Ojciec, który uczciwie pracuje dla swojej rodziny, nie traci życia — nadaje mu sens.
Człowiek, który przebacza, choć jest to trudne, nie przegrywa — uwalnia swoje serce.
Kapłan, zakonnik, małżonek, rodzic, człowiek samotny, chory czy starszy, który ofiaruje Bogu swoje życie — nie marnuje go.

Życie staje się naprawdę nasze wtedy, kiedy potrafimy je ofiarować.

I dlatego Jezus zadaje dzisiaj pytanie, którego nie można ominąć: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?”

To jest pytanie o hierarchię wartości.

Można mieć pieniądze, ale stracić pokój serca.
Można mieć sukces, ale stracić rodzinę.
Można zdobyć uznanie ludzi, ale utracić własne sumienie.
Można mieć wszystko, czego pragnie świat, a jednocześnie być człowiekiem wewnętrznie pustym.
Można wygrać życie według świata i przegrać je przed Bogiem.

Dlatego Jezus pyta:
Co da człowiek w zamian za swoją duszę?”

Nie ma takiej ceny.

Nie ma stanowiska, pieniędzy, kariery, przyjemności, sławy ani ludzkiego uznania, które byłyby warte utraty Boga.

Drodzy Bracia i Siostry!

Ta Ewangelia, którą rozważamy, jest zaproszeniem, abyśmy dzisiaj spojrzeli na własne życie i zapytali:
Czy Jezus jest naprawdę moim Panem?
Czy pozwalam Mu prowadzić się Jego drogą?
Czy potrafię powiedzieć: „Panie, nie rozumiem, ale ufam”?
Czy kiedy pojawia się krzyż, uciekam od Boga, czy właśnie wtedy przybliżam się do Niego?

I jeszcze jedno bardzo ważne pytanie:

Czy nie jestem czasem podobny do Piotra?
Czy nie mówię Jezusowi:
„Panie, niech Cię Bóg broni! Nie może być tak, jak Ty chcesz. Musi być tak, jak ja chcę”?

Być może właśnie dzisiaj Jezus mówi do każdego z nas:

„Nie bój się krzyża. Nie uciekaj od tego, co może prowadzić cię do świętości. Nie patrz tylko na Wielki Piątek. Ja znam drogę do zmartwychwstania”.

Dlatego kiedy przyjdzie trudna chwila, zamiast pytać:
„Dlaczego mnie to spotkało?”

spróbujmy powiedzieć:

„Jezu, nie wiem, dlaczego. Nie rozumiem. Ale chcę iść za Tobą. Pomóż mi nieść mój krzyż. Naucz mnie myśleć po Bożemu, a nie tylko po ludzku”.

Bo krzyż niesiony z Chrystusem nie prowadzi do śmierci. Taki Krzyż, niesiony z Chrystusem, prowadzi do życia.

A kiedyś, gdy Syn Człowieczy przyjdzie w chwale, najważniejsze nie będzie to, ile posiadaliśmy, ile osiągnęliśmy i ilu ludzi nas podziwiało.

Najważniejsze będzie jedno: czy nasze życie należało do Chrystusa.
Amen.

♥️ Kochani moi, przyjmijcie błogosławieństwo 

Niech Jezus Chrystus, który przeszedł drogę krzyża i zwyciężył śmierć, umocni Cię w chwilach próby, da odwagę do niesienia codziennego krzyża i napełni serce nadzieją zmartwychwstania.

Niech nauczy Cię ufać Bogu także wtedy, gdy nie rozumiesz Jego drogi, i prowadzi Cię każdego dnia ku świętości.

Nie bój się krzyża — Jezus idzie z Tobą i zna drogę do zmartwychwstania!

✝️ Niech Ci błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.

#nośćBogu #BógProwadzi
.

sierpnia 25, 2024

Homilia na. Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej

sierpnia 25, 2024

Homilia na. Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej


Drodzy Bracia i Siostry! 

Obchodzimy dziś w naszym kraju święto Matki Bożej Częstochowskiej. Czczona jest ona przez wielu Polaków. Jasna Góra to miejsce szczególne dla wszystkich wierzących. Poprzez stulecia pielgrzymowali tutaj nasi ojcowie i praojcowie przynosząc przed oblicze Jasnogórskiej Pani swoje osobiste i narodowe problemy. Przychodzili z dziękczynieniem za Jej matczyną opiekę, ale najczęściej z wołaniem o pomoc, o ratunek w największych zagrożeniach dziejowych naszego narodu. I wracali z tego miejsca mocniejsi nadzieją. Pewni, że Ona, Matka, będzie im towarzyszyć we wszystkich chwilach ich życia.

 Tak jak dawniej i dzisiaj zmierzają na Jasną Górę pielgrzymi z różnych stron Polski. Obraz Jasnogórskiej Pani obmodliły miliony pielgrzymów. Pewnie i wśród Was, drodzy Siostry i Bracia niejedna osoba prosi o zdrowie, o rozwiązanie problemów rodzinnych, społecznych, nawrodowych. Jest to wpisane w nasz kruchy los, że zwracamy się poprzez Maryję do naszego Boga o pomoc w sprawach, w których nie dajemy sobie sami rady, wobec których czujemy się bezsilni. Czynimy to z zaufaniem, że On nasz Stwórca i Zbawiciel swą boską mocą może zmienić bieg rzeczy.

Warto jest przypomnieć sobie, że Maryja na obrazach przedstawiana jest w taki sposób, że trzyma Jezusa, pokazując Go nam. Wskazuje na Jezusa jako Tego, którego należy czcić i naśladować, który jest ostatecznym wypełnieniem naszych próśb.

Dzisiejsze czytania świąteczne wyrażają te właśnie treści. Pierwsze czytanie zaczerpnięte z Księgi Przysłów przypomina Boga Stwórcę. Czytany dzisiaj fragment tekstu o mądrości odnoszony jest w naszej tradycji do Maryi. Opisywana jest Ona jako arcydzieło Boga. Nasza myśl biegnie dalej, bo jeśli Ona jest takim arcydziełem, to jak wspaniały musi Ten, który ją stworzył? A potem mieliśmy czytany List do Galatów św. Pawła. A w nim Maryja wymieniona już jako niewiasta dzięki, której dokonało się przyjście na świat Jezusa. Zdarzenie to stało się początkiem wyzwolenia ludzi z ducha poddaństwa i wprowadzenia w ducha synostwa. Jezus przywrócił naszą relację z Bogiem. Możemy do Niego zwracać się z ufnością jak dzieci do Ojca.

Warto głębiej wsłuchać się w opis dzisiejszej Ewangelii, aby zrozumieć Jezusa i Maryję, aby uczyć się od Maryi prawdziwej modlitwy. Maryja swoim czujnym okiem zauważa brak wina. Nie wysuwa żadnej prośby, Ona tylko mówi: „Nie mają wina". Z jednej strony widzimy Maryję pełną miłości i troski o ludzi. Widzimy Jej matczyną czujność z jaką przyjmuje niedole innych, widzimy Jej serdeczną dobroć i gotowość przyjścia z pomocą. Z drugiej strony Maryja pozostawia wszystko woli swego Syna. Zwraca się z prośbą do sług by uczynili wszystko cokolwiek powie im Syn.

To wszystko staje się punktem wyjścia do rzeczy najważniejszej. Oto Jezus wkracza ze swoją mocą. To On dokonuje cudu, to On przemienia wodę w wino. W tym niezwykłym wydarzeniu widzimy także jak Bóg zaprasza do współdziałania człowieka. Na koniec widzimy, że to nie Jezus zanosi wino na weselne stoły, ale posyła z tym winem swoich uczniów.

Czasami mamy wątpliwości, czy jest sens kierować nasze prośby do Boga, jak to mówimy - za pośrednictwem Maryi. Jest oczywiste, że Bóg zna nasze wszystkie potrzeby zaním o cokolwiek poprosimy. Nasze prośby nie mają mieć charakteru załatwienia sobie czegoś, choćby nawet najlepszego u Pana Boga. Żadna nasza prośba nie może mieć w naszym zamiarze naginania Pana Boga do naszych spraw. Bóg jest całkowicie wolny w swoich działaniach i spełnienie się Jego woli i Jego planu wobec nas jest najlepszym scenariuszem, jaki może się nam przydarzyć. Taka postawa powinna towarzyszyć wszystkim naszym prośbom.

Powstać może pytanie, czy w takim razie warto o cokolwiek prosić. Sam Jezus przekonuje nas wielokrotnie, że tak, że warto. „Proście, a otrzymacie", „Proście a wam się spełni" - to są Jego słowa. Dlaczego warto? Bo nasze prośby wyrażają naszą miłość do innych, układając prośby porządkujemy życie w stosunku do innych, nasze prośby wyrażają wiarę w moc Boga.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy w naszych prośbach potrzebujemy pośredników. Wiele osób ma wątpliwości. Opis wesela w Kanie ukazuje nam obraz, który pozwala lepiej wniknąć w rozumienie sensu tego, co nazywamy pośrednictwem. Oto bez wątpienia główną osobą tego, co się tam stało był sam Jezus, On był sprawcą cudu nikt inny. Zobaczmy jednak, że działania ludzi wokół Niego są nie- zwykle ważne i potrzebne. Ważna jest prośba Maryi, potrzebni są słudzy, którzy tylko nalali wodę do stągwi a potem zanieśli wino do gospodarza. To wszystko tworzy otoczkę tego zdarzenia. Co więcej, do cudu potrzebne był także brak wina. Cud Jezusa opiera się również na tym braku, bo Bóg potrafi ludzkie niedociągnięcia obrócić na korzyść człowieka.

Dostrzeżmy, że żadne z towarzyszących cudowi zdarzeń nie stanowi warunku dla mocy Boga. Bóg zechciał, aby tak właśnie objawiła się Jego moc, żeby człowiek miał w tym swój współudział. Cud w Kanie odbył się dzięki współczuciu Maryi, która zauważyła brak wina i się tym zmartwiła, dzięki współpracy sług. Tak samo w naszych prośbach niech będzie obecne współczucie dla innych i gotowość współdziałania z Bogiem.

Maryja nie powiedziała Jezusowi, co ma zrobić. Ona objawiła Mu tylko swoje współczucie. Chociaż może to być trudne dla nas, to w naszych modlitwach powinniśmy brać z Niej wzór i mniej dyktować Panu Bogu gotowe rozwiązania, recepty na nasze sytuacje. Tak jak Maryja powinniśmy okazać Bogu nasze współczucie i zainteresowanie drugim człowiekiem, o którego prosimy. Bóg lepiej od nas wie, co dalej ma z tym zrobić.

Trzeba nam prosić Maryję, aby uczyła nas ciągle na nowo wypełniania jej polecenia: „Czyńcie cokolwiek powie wam mój Syn". A co nam każe Syn Boży, Syn Maryi? Jakże ciągle aktualne są słowa Prymasa Tysiąclecia: „Każe przede wszystkim to, co wynika z naszego człowieczeństwa, z wysokiej godności osoby ludzkiej, z dostojeństwa dzieci Bożych. Jest to godność tak wielka, że chociaż byśmy odczuwali naszą słabość, aż do dna upadku, to jeszcze jesteśmy dziećmi Bożymi, dziećmi największej Miłości, która nie umiera. Jest to godność tak nieskończona, że człowiek nigdy nie ustaje, nigdy się nie kończy, trwa dalej".

Scena z dzisiejszej Ewangelii otwiera nowy rozdział w historii naszego zbawienia. Przemienienie wody w wino podczas wesela w Kanie jest pierwszym spośród cudów Jezusa, które zostały opisane w Ewangelii św. Jana. Cud w Kanie to wstęp do późniejszych cudów, rozmnożenia chleba. Ukazanie ludziom drogi do „życiodajnej uczty", do głodu „boskiego chleba". Tylko Bóg jest w stanie zaspokoić ten głód. Jest to więc pierwsze zaproszenie ludzi przez Jezusa do przystąpienia do niekończącej się uczty. Ostatecznie to On jest gospodarzem i w Kanie i w naszym życiu.

Scena ta również odsłania przed nami delikatność i dyskrecję Boga, który wchodzi w nasze życie często niepostrzeżenie. Nie natrętnie. Uczniowie tylko byli świadkami cudu. Goście weselni nie wiedzieli skąd wino się wzięło, chociaż się nim raczyli.

Tak więc nie miejmy wątpliwości czy prosić Boga. Prośmy Go. Kilka słów Maryi wypowiedzianych zatroskanym tonem دو Wina nie mają" - stoi u początku objawienia się mocy Boga. Miłość odpowiada miłością na nią. Prośmy więc Boga poruszeni miłością do naszych bliskich i dalekich. Prośmy a Bóg dokona z nami cudów. Tak jak czynił je w dziejach naszej Ojczyzny w ciągu wieków. Dlatego łącząc się duchowo z Jasną Górą módlmy się słowami ks. Piotra Skargi w intencjach naszej Ojczyzny:

Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by - Tobie zawsze wierna - chwałę przynosiła imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej, ludem sobie powierzonym, mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego
. Amen".


sierpnia 24, 2024

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej

sierpnia 24, 2024

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej


 „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

 

Drodzy Bracia i Siostry!

 

        Od XIV wieku naród polski może oddawać cześć Najświętszej Maryi Pannie na Jasnej Górze, w narodowym sanktuarium Czarnej Madonny. Tę prawdę na nowo uświadamiamy sobie przeżywając dzisiaj uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. To szczególne święto angażuje myśli i uczucia chyba wszystkich Polaków. Bo oto oczyma serca spoglądamy dziś na sanktuarium, w którym – jak mawiał Św. Jan Paweł II – zawsze czuliśmy się wolni, bez względu na historyczne uwarunkowania i systemy polityczne. Wędrując dzisiaj na modlitwie do tej duchowej stolicy naszej ojczyzny, pragniemy zasłuchać się w słowa Chrystusa, który przemawia do nas przez Maryję.

Św. Jan Apostoł przekazuje nam w dzisiejszej Ewangelii opis wesela w Kanie Galilejskiej. Nie jest to jedynie kronikarski zapis, aby przybliżyć nam, jak przeżywali uroczystości rodzinne ludzie współcześni Jezusowi. Dzisiejsza Ewangelia chce zwrócić naszą uwagę zupełnie na inny fakt. Jest nim bowiem pierwszy cud Jezusa, który miał potwierdzić, że nie jest On jedynie człowiekiem, ale że jest On również Bogiem.

Bronił się przed tym cudem Jezus, kiedy powiedział Maryi: „Jeszcze nie nadeszła godzina moja”. Jednak wielkość i determinacja Matki Bożej przyczyniły do tego, że właśnie w tym momencie Jezus objawił swoją chwałę.

Konsekwencją cudu Jezusa nie było tylko wino, które zaspokoiło potrzeby biesiadników, ale coś znacznie ważniejszego. Konsekwencją znaku, jakiego dokonał Chrystus tam w Kanie Galilejskiej, na uroczystościach weselnych, była przede wszystkim wiara Jego uczniów w Chrystusa jako Boga. Uczniowie, którzy zobaczyli czyn Jezusa nie mieli już wątpliwości, że towarzyszą komuś szczególnemu, że towarzyszą samemu Bogu. Pewnie, że później wielokrotnie zdradzą Jezusa, odejdą od Niego, uciekną w chwili świadectwa, ale to nie będzie wynikać z niewiary, ale z ludzkiego strachu.  Uczniowie raz uwierzyli Chrystusowi i będą potrzebowali tylko tego, aby On ich wiarę nieustannie wzmacniał. Prosili Go o to w słowach: „Panie, przymnóż nam wiary”.

 

Postawa uczniów, którzy uwierzyli ma być dzisiaj dla nas przykładem. Bo i przed nami, na naszych oczach każdego dnia Chrystus dokonuje cudów. I za każdym razem, gdy ujrzymy taki cud, staje przed nami Maryja, Matka Jezusa ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Syn mój wam powie”.

 

Drodzy Bracia i Siostry!

 

Do każdego i każdej z nas, którzy patrzymy dzisiaj chociażby na Cud Eucharystyczny, który tu za chwilę na ołtarzu Chrystusa dokona się, do każdego i każdej z nas mówi Maryja czczona w wizerunku Jasnogórskiej Królowej Polski:  „Zróbcie wszystko, cokolwiek Syn mój wam powie”.

A co nam mówi Syn? Co do nas mówi Chrystus?

Mówi nam zawsze to samo: wzywa do miłości Boga i bliźniego. I mówi nam zawsze tak samo: to znaczy mówi do nas z miłością.

A jak my reagujemy na słowa Chrystusa?

Niejednokrotnie pięknie odpowiadamy, z wiarą i z zaufaniem. Ale tylko niejednokrotnie, bo ciągle w nas tyle niewiary, prywaty, obojętności.

Maryja, nasza przewodniczka w drodze do Boga potrafiła zauważyć braki i potrzeby innych ludzi. Jak chociażby w Kanie Galilejskiej. A my? Nie zawsze je widzimy. Natomiast nieufni i ostrożni spoglądamy często na czubek własnego nosa.

 

Umiłowani Bracia i Siostry!

 

„Zróbcie wszystko, cokolwiek Syn mój wam powie”. A my? Zapominamy o głosie Chrystusa. Zapominamy o głosie tych, którzy występują w imieniu Chrystusa. Straszy się ludzi Kościoła sądem, tylko dlatego, że mają odwagę mówić prawdę. W naszej Ojczyźnie, na całym świecie.

Chrystus używał mocnych i trudnych słów. Nie bał się nazywać ludzi obłudnikami. Nie bał się powiedzieć faryzeuszom, że są jak groby pobielany. Nie bał się nazywać dobro dobrem, a zło złem. Nie bał się w końcu powiedzieć, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

I jeżeli komuś dzisiaj nie podobają się te słowa. To niestety nie podoba mu się sam Chrystus. Bo głos Kościoła, to głos Chrystusa. Bo Chrystus to nie kompilacja, połączenie tego, co wygodne i niewymagające, ale Chrystus to Pewna Droga, Jedyna Prawda i Wieczne Życie. I jeżeli chcemy należeć do takiego Chrystusa. Jeżeli chcemy kroczyć pewną drogą, znać tę jedyną prawdę i osiągnąć wieczne życie musimy zrobić wszystko, cokolwiek nam powie.

 

Maryjo, Gwiazdo nowej Ewangelizacji,

Niepokalana Dziewico, Matko Kościoła,

Pani Jasnogórska!

Głupcem byłby ten, który by myślał, że chcesz przysłonić Syna.

Głupcem byłby ten, który by bał się mówić do Boga wraz z Tobą.

Ty nie zasłaniasz nam Chrystusa,

Ty nam Go w najdoskonalszy sposób ukazujesz.

Wyproś nam u dobrego Boga,

abyśmy nie bali się uwierzyć i zaufać Chrystusowi.

Wlej w serca ufność, że nasza ukochana Ojczyzna

może być prawdziwym królestwem Twojego Syna,

w którym będą panować: miłość, sprawiedliwość i pokój.

Zachowaj nas od relatywizmu, od obłudy,

od wolności w sferze moralnej, od lęku przed przestrzeganiem zasad.

Zachęć nas do takiej wiary, jaką Ty miałaś

i pokaż nam Jezusa – błogosławiony owoc żywota Twojego. Amen.

 

 

sierpnia 24, 2024

21. Niedziela Zwykła (B) - „Czy i wy chcecie odejść?”

sierpnia 24, 2024

21. Niedziela Zwykła (B) - „Czy i wy chcecie odejść?”

Pochyleni nad Słowem Pańskim słyszymy dziś prawdę o dochowaniu wierności Bogu. Najpierw Jozue, który wprowadził naród wybrany do Ziemi Obiecanej, zgromadził w Sychem wszystkie pokolenia Izraela, w celu przypomnienia powołania narodu i postawił im zasadnicze pytanie: «Rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie…Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu». Wtedy przedstawiciele narodu odpowiedzieli Jozuemu: «Dalecy jesteśmy od tego, abyśmy mieli opuścić Pana, a służyć cudzym bogom. My również chcemy służyć Panu, bo On jest naszym Bogiem».
Słuchając  dzisiejszej Ewangelii rozważamy ten fragment, kiedy Pan Jezus, przemawiając w synagodze w Kafarnaum powiedział: «Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem», wtedy oburzyło się wielu, spośród Jego uczniów i zaczęli mówić: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Wielu odwróciło się od Niego i po prostu odeszli. Pan Jezus jest w pełni świadomy tego, że uczniowie Jego na to szemrali, dlatego mówi do nich: «To was gorszy?» Jezus uświadamia nam, że w czasie próby dla ludzi wierzących nie może być miejsca na tzw. obojętność. Przyszło nam żyć w ciekawych, aczkolwiek trudnych czasach dla obrony wiary, religii, Kościoła. Dużo osób w tym wszystkim dusi się, nie wie co ma o  tym myśleć i po prostu się gubi. Jak odzyskać utraconą pewność i wiarę, jak pomóc tym  osobom wątpiącym i niezdecydowanym na nowo powrócić do wierności?! Ważna jest modlitwa i postawa wiernej wytrwałości.
To pytanie, które Jezus zadaje uczniom w chwilach próby, zadaje dziś także i nam: „Czy i wy chcecie odejść?” Dlaczego Jezus stawiam nam to pytanie?! Dlatego, że Jezus wie, że nauka jest trudna i wymagająca, ale nie jest niemożliwa do zachowania i przestrzegania dla tych, którzy Mu w pełni ufają i wierzą. Czy my ufamy Jezusowi? Czy wierzymy? Wielu współczesnych ludzi woli się nie angażować w to, co jest trudne, i żyć wygodnie, pozostaje obojętnymi  religijnie. Wielu żyje jakby w dwóch światach i przez to ich postawa i zachowanie może wydawać nam się chwiejna, dwulicowa. Tymczasem Jezus domaga się konkretnej, opartej na wierze decyzji. Gdyby Jezus nas nie kochał, nie ufał nam, gdyby nie dał nam wolnej woli, to nie postawiłby nam tego pytania. Do nas należy decyzja, czy zostajemy z Nim, czy odejdziemy. Pamiętajmy jednak, że tylko On ma słowa życia wiecznego. Budująca jest postawa najwierniejszego z uczniów – Piotra, który jednak nie był wolny w swoim życiu od błędów, wypaczeń, bo przecież sam zaparł się trzykrotnie Mistrza. Piotr jednak wie za kim poszedł, kiedy w jego powołaniu swoje 5 minut miał  jego brat Andrzej, mówiąc do niego: „Znaleźliśmy Mesjasza”. To jemu potrójnie wyznał miłość, wierności przywiązanie, mówić: „Panie Ty wszystko wiesz! Ty wiersz, że Cię kocham!” Dlatego z ufnością mówi: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A my uwierzyliśmy i poznaliśmy, że Ty jesteś Świętym Bożym».
Kościół w Polsce doczekał się beatyfikacji Sługi Bożego – Stefana Kardynała Wyszyńskiego, która miała miejsce 12 września 2021r. w Świątyni Opatrzności Bożej. Jest to wielka postać dla naszego narodu, wiele o nim wiemy, ale warto przypomnieć, że  był także wielkim patriotą, a w okresie Powstania Warszawskiego pełnił funkcje kapelana grupy Kampinos AK, działającej w Laskach, oraz kapelana szpitala powstańczego – pod pseudonimem Radwan III; Kiedy w nocy z 25/26 września 1953 roku ówczesne władze postanowiły internować Prymasa i przez trzy lata więzić go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku Śląskim i Komańczy, to on potrafił dzięki swojej postawie niezłomnej wiary, nieustającej modlitwy, pokory i cierpliwości przetrwać ten trudny czas uwięzienia i upokorzenia. Ani przez moment nie załamał się, nie stracił wiary i przywiązania do Boga, Matki Najświętszej i do Kościoła. Dowodem tego są pamiętne słowa kardynała z dnia 25 listopada 1953 r.: „Gdy będę w więzieniu, a powiedzą Wam, że Prymas zdradził sprawy Boże – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie. Gdy będą mówili, że Prymas działa przeciwko Narodowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”.
Na kilka miesięcy przed śmiercią, 6 stycznia 1981 r., Prymas mówił w Warszawie „Tak często słyszymy zdanie: Piękną i zaszczytną rzeczą jest umrzeć za Ojczyznę. Jednakże trudniej jest niekiedy żyć dla Ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać i wytrzymać całe lata”. Uczmy się od Prymasa Tysiąclecia tej postawy wierności i wytrwałości na drodze wiary, przez wierne zachowywanie Bożego prawa, przez uczciwe wypełnianie swoich obowiązków chrześcijańskich we wspólnocie Kościoła, przez umacnianie miłości małżeńskiej i rodzinnej, która jak pisze Św. Paweł w II czytaniu jest pełnym  naśladowaniem miłości Chrystusa i Kościoła, a tylko wtedy przetrwamy, przetrzymamy najtrudniejsze momenty w naszym życiu. 

Zakończmy to nasze niedzielne rozważanie fragmentem słynnego przemówienia św. Jana Pawła II wygłoszonego na krakowskich Błoniach 10 czerwca 1979 roku:

Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka?

Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale – pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego „wolno”? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć „nie” temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło.

Kiedyś Chrystus zapytał apostołów (było to po zapowiedzi ustanowienia Eucharystii, gdy różni odsuwali się od Niego): „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6, 67). Pozwólcie, że następca Piotra powtórzy dzisiaj wobec was wszystkich tu zgromadzonych – i wobec całych naszych dziejów i całej współczesności..., że powtórzy dziś słowa Piotra – słowa, które wówczas były jego odpowiedzią na pytanie Chrystusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 68).

 

 

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

Pan Bóg dał nam dar największy, jakim jest On sam, w Chlebie Życia, w Eucharystii. Aż siedem razy mówi o Chlebie, który jest chlebem na życie wieczne.

Nie wyobrażamy sobie życia bez chleba. Jest on czymś powsze­dnim. Lecz zaraz przy tej okazji Chrystus wskazuje na chleb eucha­rystyczny, który jest pokarmem dla duszy i daje życie wewnętrzne.

Na czym to życie polega? Na mądrym przeżywaniu czasu i tego co nam zostało dane od Stwórcy. Chrystus poucza: „Jeżeli nie bę­dziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie".

Życie w sobie to znaczy życie mądre - inaczej nie żyje człowiek - tylko wegetuje.

Życie w sobie jest to przeżywanie własnego , ja", własnego stanu psychicznego. I z tym stanem wiąże się wszystko, kultura, moje życie rodzinne, życie harmonijne, nie rozdarte przez przeciwieństwa i kon­flikty. Wiąże się także umiejętność pokonywania wewnętrznych roz­darć i rozwiązywania sytuacji konfliktowych.

Życie w sobie oznacza rozwój. Świadomość, że może się pojawić zastój, odbiera człowiekowi nadzieję i optymizm. Zauważamy dzisiaj w naszym społeczeństwie bardzo niepokojące zjawisko stagnacji. Stagnacja w każdej dziedzinie jest wielką raną, która potrzebuje uzdrowiciela. Również stagnacja w życiu wewnętrznym chrześcija­nina jest bardzo niebezpieczna, jest wielką raną i również potrzebuje uzdrowiciela. Stagnacja. Nic się nie dzieje, nic się nie rozwija.

Znamy tę pieśń kibiców piłki nożnej, śpiewaną z ochotą po każdej kolejnej porażce polskich piłkarzy, czy po nieudanych igrzy­skach: „Polacy nic się nie stało". Tę pieśń, przejęli rządzący polity­cy. Cokolwiek by się nie działo, intonują ją w prorządowych środ­kach przymusu medialnego. Nie ma autostrad? - „Nic się nie sta­ło"! Brakuje miejsc pracy? - „Nic się nie stało"! Szkolnictwo upa­da? Nic się nie stało, korupcja, oszustwo ... nic się nie stało! I tak dalej, i tak dalej...

Proszę mi wybaczyć dygresję, ale w pewnym stopniu, my wszy­scy ulegamy dzisiaj takiemu stanowi ducha, także w dziedzinie życia duchowego. Były uroczyste komunie święte z rodzicami i chrzest­nymi. I pozostało tylko mgliste wspomnienie. „Nic się nie stało". Nie idę na Mszę św. - przecież w sondażach jest, że nie wszyscy chodzą do kościoła. - Żyję bez sakramentu małżeństwa: „Nic się nie stało".

Czy naprawdę nic się nie stało?... Przyzwyczailiśmy się do sta­gnacji, jakoś tam leci.

Tymczasem życie mądre będzie zgodą na samego siebie, nawet wówczas, gdy wydawać się będzie, że wszyscy, nawet najbliżsi żyją inaczej, niż żąda tego Pan Bóg.

Jezus Chrystus daje nam siebie w Eucharystii na pokarm ducho­wy po to, aby to nasze życie wewnętrzne mogło istnieć, było zdrowe, piękne, mądre, by mogło się prawidłowo rozwijać. Wszystkie porad­niki życia wewnętrznego, duchowego, podręczniki „kreatywnego myślenia" o tym nam przypominają i Pan Bóg, który jest naszym Stwórcą zadbał o to, abyśmy mieli możliwość przeżywania życia w Prawdzie.

Usłyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czytaniu: „Mądrość zbudowa­ła sobie dom i wyciosała siedem kolumn... i stół zastawiła... Chodź­cie, nasyćcie się moim chlebem... Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodź­cie drogą rozwagi" (Prz 9, 1 -6).

Życie - to największa wartość człowieka. Niczego tak nie broni­my jak życia i niczego tak się nie boimy jak śmierci. A równocześnie w nic nie przychodzi nam trudniej uwierzyć naprawdę, że jesteśmy nieśmiertelni. Nawet chrześcijanin, który choć uznaje, że śmierć nie gasi życia, że jest przejściem tylko do innego życia, choć słucha o tym, czyta i sam o tym innym mówi, z trwogą przyjmuje myśl, że trzeba umierać... Ileż starań podejmują dzisiaj ludzie, by życie na ziemi przedłużyć tutaj. Im mniej ufają Chrystusowi i Jego zapew­nieniom o nieśmiertelności - „Kto wierzy, choćby i umarł, żyć będzie na wieki", tym usilniej ludzkimi sposobami starają się przedłu­żyć swoją obecność na świecie. Takimi słowami można popsuć za­bawę tym wszystkim, którzy pragną się jedynie bawić i nie myśleć o rzeczach wiecznych.

I oto wobec ludzkości staje Bóg-Człowiek i z pozycji najwyższe­go autorytetu mówi, że człowiek jest nieśmiertelny i raz powołany do życia już więcej żyć nie przestanie. Wysłużył nam życie wieczne na Krzyżu i dlatego ma prawo mówić nam: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeżeli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wie­ki. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne...".

Tyle razy słyszymy te słowa i mamy świadomość, że dotyczą one nas. Przyjdzie kiedyś taki moment, kiedy trzeba będzie odejść z tego świata. Dlatego teraz, tak jak rolnicy z pól zbierają ziarno na chleb, by mogli żywić siebie i innych, tak my karmimy się Bożym Chlebem na życie wieczne.

On - Chrystus jest nam potrzebny zawsze i wszędzie jak chleb, ponieważ wszędzie, gdzie jest życie potrzebny jest chleb. Ale tak jak chleb trzeba wypracować i trzeba po niego wyciągnąć rękę, tak i Chrystusa trzeba uznać, przyjąć, jak prosi nas dzisiaj św. Paweł: „Baczcie... pilnie, jak postępujecie - nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną...".

Właśnie przed takimi fundamentalnymi katastrofami wynikają­cymi z fundamentalnych błędów przestrzega nas Chrystus. Przestrze­gają przed tym filozofowie mówiąc: „Przecież nikt nie chciałby prze­bywać stale w towarzystwie człowieka głupiego i niegodziwego, nikt nie chciałby mieć takiego przyjaciela, przecież w swoim własnym towarzystwie będziesz przebywał całą wieczność, swoim własnym przyjacielem będziesz zawsze. Dbaj o siebie, jesteś tego wart". Jesteś cenny jak diament. O diamenty się walczy, a człowiek jest jak brylant - bezcenny, ale zagrożony. Diament może być najcenniejszą ozdobą każdej korony, każdej kolii, może rozcinać najbardziej hartowaną stal, ale diamentami można też palić w piecu. W końcu koks i dia­ment to ten sam węgiel, tylko w innych atomowych strukturach. Ab­surd? A czy życie nasze nie jest często tak właśnie absurdalne? Z tysięcy przecudownych możliwości bycia, które daje nam Bóg, nieraz wybieramy tę najniższą, tę najbardziej prymitywną. Tymcza­sem On uczynił nas tak wielkimi, byśmy stawali się jeszcze więk­szymi, a nie - żebyśmy wszystko stracili - jak syn marnotrawny.

Na szczęście można dzisiaj zauważyć, jak wiele ludzi Eucharystii- adoruje Chrystusa w kościołach i kaplicach. Uderzająca jest cichość i pokora „Boga z nami". Ileż jest takich miejsc, w których adoruje Go jeden samotny człowiek, jak Charles de Foucauld, który w wigilię swego nawrócenia modlił się przed tabernakulum: „Mój Boże, jeśli istniejesz, daj mi się poznać". Jak klęcząca w kaplicy siostra z Pi­smem Świętym na kolanach, jak studenci zamyśleni... Zawsze tak samo obecny, niezależnie od tego czy kościoły są pełne czy puste. Każde tabernakulum, każda Hostia na ołtarzu, każde wystawienie Najświętszego Sakramentu jest wystarczającym świadectwem, że umiłował nas „aż do końca" (J 13, 1).

Świat, od dnia Wielkiego Czwartku, stał się „monstrancją" Boga ukrytego w białym Chlebie. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy, że w Eucharystii Jezus „pozostaje w tajemniczy sposób pośród nas jako Ten, który nas umiłował i wydał za nas siebie samego" (n. 1380). Jest dla nas tajemnicą nie tylko to, że ukrył się w kruchej Hostii, ale również to, że zgodził się pozostać milczący i ukryty dla świata. Jest nieustannie obecny w świecie, choć często nie zauważa­ny i nie odwiedzany. Karl Rahner SJ, znany współczesny teolog, z którego licznych dzieł o Eucharystii pisałem swoją pracę, mówił że: „Trwać na klęczkach i adorować Pana obecnego w Eucharystii, jest czymś, co wielu osobom nawet przez myśl nie przechodzi - zwyczaj dziękczynienia po Komunii i po zakończeniu Mszy wydaje się mniej lub bardziej zapomniany".

Często zbyt szybko rezygnujemy z adoracji, ponieważ nasz co­dzienny styl życia oduczył nas cierpliwego i spokojnego trwania „przy jednym". Żyjemy bardzo roztargnieni. Na co dzień nie jeste­śmy przyzwyczajeni do zatrzymania się, do ciszy i skupienia. W wie­lu kościołach w Polsce jest całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Tysiące ludzi przychodzi codziennie: uklękną i adorują.

Kiedy idziemy na adorację dostrzegamy, że niełatwo jest pozo­stać w „ukryciu", skupić uwagę serca na Jedynym najważniejszym. Trudno jest trwać przed milczącym Bogiem „bez działania", gdy tyle jest „do zrobienia". Trudno jest wyciszyć się wewnętrznie, gdy mnó­stwo w nas niepokoju z powodu nie załatwionych spraw, wielu nega­tywnych uczuć czy hałasu. Tymczasem właśnie adorowanie cichego i pokornego Boga w białej Hostii może przywrócić nam powoli upragniony spokój serca. Świadomość żywej obecności Boga i Jego bliskości może stać się „lekarstwem" na nasze lęki i niepokoje. Wy­starczy niewiele... Wystarczy ofiarować Mu swoje trwanie, swój trud skupienia, swoje roztargnione myśli. Próbować oddać Mu siebie ca­łego takim, jakim jestem w danej chwili. Bóg nie tylko jest obecny przy adorującym, ale przenika Go całego, jego życie, spotkania z ludźmi, pracę. Przenika i uświęca. Z pewnością kiedyś w wieczno­ści dowiemy się, ile znaczyła dla świata i każdego pojedynczego człowieka adoracja klęczącej siostry w nieznanej kaplicy; dowiemy się, ile dla naszych rodzin znaczyły wieczne adoracje w klauzuro­wych klasztorach, w naszych kościołach parafialnych. Ile wreszcie znaczą dla świata i dla nas samych nasze osobiste adoracje. Przecho­dząc obok kościoła, możemy wejść na chwilę adoracji. Wystarczy być i milczeć, wystarczy kilka aktów strzelistych oddania, wdzięcz­ności i pamięci. Gdy mijamy księdza idącego z komunią świętą do chorego, godzi się przystanąć, oddać pokłon, uczynić znak krzyża świętego i jeśli to jest możliwe przyklęknąć.

Każdy z tych momentów, choćby krótki, może stać się gestem miłości, adoracją milczącej obecności Boga. Dzieje się wtedy coś bardzo ważnego: Ilekroć adorujemy Boga w Sakramencie Miłosierdzia, tylekroć przypominamy sobie i światu, że ON JEST, że chce wypełniać swoją obecnością każdy brak miłości, chce być obecny w każdej „tkance” świata, zdrowej i chorej. Chce, byśmy przyzywali Go modlitwą jak św. Faustyna: „Hostio żywa, Siło jedyna moja, Zdroju miłości i miłosierdzia, ogarnij świat cały...”.

I jak mówił św. Papież Jan Paweł II: „Kościół i świat bardzo potrzebują kultu eucharystycznego. Jezus czeka na nas w tym Sakramencie Miłości. Nie odmawiajmy Mu naszego czasu, aby pójść i spotkać Go w adoracji, w kontemplacji pełnej wiary, otwartej na wynagrodzenie za ciężkie winy i występki świata. Niech nigdy nie ustanie nasza adoracja”. (List Dominicae cenae, n3) Amen.

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger