Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOMILIE NIEDZIELNE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOMILIE NIEDZIELNE. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 24, 2024

21. Niedziela Zwykła (B) - „Czy i wy chcecie odejść?”

sierpnia 24, 2024

21. Niedziela Zwykła (B) - „Czy i wy chcecie odejść?”

Pochyleni nad Słowem Pańskim słyszymy dziś prawdę o dochowaniu wierności Bogu. Najpierw Jozue, który wprowadził naród wybrany do Ziemi Obiecanej, zgromadził w Sychem wszystkie pokolenia Izraela, w celu przypomnienia powołania narodu i postawił im zasadnicze pytanie: «Rozstrzygnijcie dziś, komu służyć chcecie…Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu». Wtedy przedstawiciele narodu odpowiedzieli Jozuemu: «Dalecy jesteśmy od tego, abyśmy mieli opuścić Pana, a służyć cudzym bogom. My również chcemy służyć Panu, bo On jest naszym Bogiem».
Słuchając  dzisiejszej Ewangelii rozważamy ten fragment, kiedy Pan Jezus, przemawiając w synagodze w Kafarnaum powiedział: «Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem», wtedy oburzyło się wielu, spośród Jego uczniów i zaczęli mówić: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Wielu odwróciło się od Niego i po prostu odeszli. Pan Jezus jest w pełni świadomy tego, że uczniowie Jego na to szemrali, dlatego mówi do nich: «To was gorszy?» Jezus uświadamia nam, że w czasie próby dla ludzi wierzących nie może być miejsca na tzw. obojętność. Przyszło nam żyć w ciekawych, aczkolwiek trudnych czasach dla obrony wiary, religii, Kościoła. Dużo osób w tym wszystkim dusi się, nie wie co ma o  tym myśleć i po prostu się gubi. Jak odzyskać utraconą pewność i wiarę, jak pomóc tym  osobom wątpiącym i niezdecydowanym na nowo powrócić do wierności?! Ważna jest modlitwa i postawa wiernej wytrwałości.
To pytanie, które Jezus zadaje uczniom w chwilach próby, zadaje dziś także i nam: „Czy i wy chcecie odejść?” Dlaczego Jezus stawiam nam to pytanie?! Dlatego, że Jezus wie, że nauka jest trudna i wymagająca, ale nie jest niemożliwa do zachowania i przestrzegania dla tych, którzy Mu w pełni ufają i wierzą. Czy my ufamy Jezusowi? Czy wierzymy? Wielu współczesnych ludzi woli się nie angażować w to, co jest trudne, i żyć wygodnie, pozostaje obojętnymi  religijnie. Wielu żyje jakby w dwóch światach i przez to ich postawa i zachowanie może wydawać nam się chwiejna, dwulicowa. Tymczasem Jezus domaga się konkretnej, opartej na wierze decyzji. Gdyby Jezus nas nie kochał, nie ufał nam, gdyby nie dał nam wolnej woli, to nie postawiłby nam tego pytania. Do nas należy decyzja, czy zostajemy z Nim, czy odejdziemy. Pamiętajmy jednak, że tylko On ma słowa życia wiecznego. Budująca jest postawa najwierniejszego z uczniów – Piotra, który jednak nie był wolny w swoim życiu od błędów, wypaczeń, bo przecież sam zaparł się trzykrotnie Mistrza. Piotr jednak wie za kim poszedł, kiedy w jego powołaniu swoje 5 minut miał  jego brat Andrzej, mówiąc do niego: „Znaleźliśmy Mesjasza”. To jemu potrójnie wyznał miłość, wierności przywiązanie, mówić: „Panie Ty wszystko wiesz! Ty wiersz, że Cię kocham!” Dlatego z ufnością mówi: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A my uwierzyliśmy i poznaliśmy, że Ty jesteś Świętym Bożym».
Kościół w Polsce doczekał się beatyfikacji Sługi Bożego – Stefana Kardynała Wyszyńskiego, która miała miejsce 12 września 2021r. w Świątyni Opatrzności Bożej. Jest to wielka postać dla naszego narodu, wiele o nim wiemy, ale warto przypomnieć, że  był także wielkim patriotą, a w okresie Powstania Warszawskiego pełnił funkcje kapelana grupy Kampinos AK, działającej w Laskach, oraz kapelana szpitala powstańczego – pod pseudonimem Radwan III; Kiedy w nocy z 25/26 września 1953 roku ówczesne władze postanowiły internować Prymasa i przez trzy lata więzić go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku Śląskim i Komańczy, to on potrafił dzięki swojej postawie niezłomnej wiary, nieustającej modlitwy, pokory i cierpliwości przetrwać ten trudny czas uwięzienia i upokorzenia. Ani przez moment nie załamał się, nie stracił wiary i przywiązania do Boga, Matki Najświętszej i do Kościoła. Dowodem tego są pamiętne słowa kardynała z dnia 25 listopada 1953 r.: „Gdy będę w więzieniu, a powiedzą Wam, że Prymas zdradził sprawy Boże – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie. Gdy będą mówili, że Prymas działa przeciwko Narodowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”.
Na kilka miesięcy przed śmiercią, 6 stycznia 1981 r., Prymas mówił w Warszawie „Tak często słyszymy zdanie: Piękną i zaszczytną rzeczą jest umrzeć za Ojczyznę. Jednakże trudniej jest niekiedy żyć dla Ojczyzny. Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać i wytrzymać całe lata”. Uczmy się od Prymasa Tysiąclecia tej postawy wierności i wytrwałości na drodze wiary, przez wierne zachowywanie Bożego prawa, przez uczciwe wypełnianie swoich obowiązków chrześcijańskich we wspólnocie Kościoła, przez umacnianie miłości małżeńskiej i rodzinnej, która jak pisze Św. Paweł w II czytaniu jest pełnym  naśladowaniem miłości Chrystusa i Kościoła, a tylko wtedy przetrwamy, przetrzymamy najtrudniejsze momenty w naszym życiu. 

Zakończmy to nasze niedzielne rozważanie fragmentem słynnego przemówienia św. Jana Pawła II wygłoszonego na krakowskich Błoniach 10 czerwca 1979 roku:

Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka?

Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale – pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego „wolno”? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć „nie” temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło.

Kiedyś Chrystus zapytał apostołów (było to po zapowiedzi ustanowienia Eucharystii, gdy różni odsuwali się od Niego): „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6, 67). Pozwólcie, że następca Piotra powtórzy dzisiaj wobec was wszystkich tu zgromadzonych – i wobec całych naszych dziejów i całej współczesności..., że powtórzy dziś słowa Piotra – słowa, które wówczas były jego odpowiedzią na pytanie Chrystusa: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 68).

 

 

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

Pan Bóg dał nam dar największy, jakim jest On sam, w Chlebie Życia, w Eucharystii. Aż siedem razy mówi o Chlebie, który jest chlebem na życie wieczne.

Nie wyobrażamy sobie życia bez chleba. Jest on czymś powsze­dnim. Lecz zaraz przy tej okazji Chrystus wskazuje na chleb eucha­rystyczny, który jest pokarmem dla duszy i daje życie wewnętrzne.

Na czym to życie polega? Na mądrym przeżywaniu czasu i tego co nam zostało dane od Stwórcy. Chrystus poucza: „Jeżeli nie bę­dziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie".

Życie w sobie to znaczy życie mądre - inaczej nie żyje człowiek - tylko wegetuje.

Życie w sobie jest to przeżywanie własnego , ja", własnego stanu psychicznego. I z tym stanem wiąże się wszystko, kultura, moje życie rodzinne, życie harmonijne, nie rozdarte przez przeciwieństwa i kon­flikty. Wiąże się także umiejętność pokonywania wewnętrznych roz­darć i rozwiązywania sytuacji konfliktowych.

Życie w sobie oznacza rozwój. Świadomość, że może się pojawić zastój, odbiera człowiekowi nadzieję i optymizm. Zauważamy dzisiaj w naszym społeczeństwie bardzo niepokojące zjawisko stagnacji. Stagnacja w każdej dziedzinie jest wielką raną, która potrzebuje uzdrowiciela. Również stagnacja w życiu wewnętrznym chrześcija­nina jest bardzo niebezpieczna, jest wielką raną i również potrzebuje uzdrowiciela. Stagnacja. Nic się nie dzieje, nic się nie rozwija.

Znamy tę pieśń kibiców piłki nożnej, śpiewaną z ochotą po każdej kolejnej porażce polskich piłkarzy, czy po nieudanych igrzy­skach: „Polacy nic się nie stało". Tę pieśń, przejęli rządzący polity­cy. Cokolwiek by się nie działo, intonują ją w prorządowych środ­kach przymusu medialnego. Nie ma autostrad? - „Nic się nie sta­ło"! Brakuje miejsc pracy? - „Nic się nie stało"! Szkolnictwo upa­da? Nic się nie stało, korupcja, oszustwo ... nic się nie stało! I tak dalej, i tak dalej...

Proszę mi wybaczyć dygresję, ale w pewnym stopniu, my wszy­scy ulegamy dzisiaj takiemu stanowi ducha, także w dziedzinie życia duchowego. Były uroczyste komunie święte z rodzicami i chrzest­nymi. I pozostało tylko mgliste wspomnienie. „Nic się nie stało". Nie idę na Mszę św. - przecież w sondażach jest, że nie wszyscy chodzą do kościoła. - Żyję bez sakramentu małżeństwa: „Nic się nie stało".

Czy naprawdę nic się nie stało?... Przyzwyczailiśmy się do sta­gnacji, jakoś tam leci.

Tymczasem życie mądre będzie zgodą na samego siebie, nawet wówczas, gdy wydawać się będzie, że wszyscy, nawet najbliżsi żyją inaczej, niż żąda tego Pan Bóg.

Jezus Chrystus daje nam siebie w Eucharystii na pokarm ducho­wy po to, aby to nasze życie wewnętrzne mogło istnieć, było zdrowe, piękne, mądre, by mogło się prawidłowo rozwijać. Wszystkie porad­niki życia wewnętrznego, duchowego, podręczniki „kreatywnego myślenia" o tym nam przypominają i Pan Bóg, który jest naszym Stwórcą zadbał o to, abyśmy mieli możliwość przeżywania życia w Prawdzie.

Usłyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czytaniu: „Mądrość zbudowa­ła sobie dom i wyciosała siedem kolumn... i stół zastawiła... Chodź­cie, nasyćcie się moim chlebem... Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodź­cie drogą rozwagi" (Prz 9, 1 -6).

Życie - to największa wartość człowieka. Niczego tak nie broni­my jak życia i niczego tak się nie boimy jak śmierci. A równocześnie w nic nie przychodzi nam trudniej uwierzyć naprawdę, że jesteśmy nieśmiertelni. Nawet chrześcijanin, który choć uznaje, że śmierć nie gasi życia, że jest przejściem tylko do innego życia, choć słucha o tym, czyta i sam o tym innym mówi, z trwogą przyjmuje myśl, że trzeba umierać... Ileż starań podejmują dzisiaj ludzie, by życie na ziemi przedłużyć tutaj. Im mniej ufają Chrystusowi i Jego zapew­nieniom o nieśmiertelności - „Kto wierzy, choćby i umarł, żyć będzie na wieki", tym usilniej ludzkimi sposobami starają się przedłu­żyć swoją obecność na świecie. Takimi słowami można popsuć za­bawę tym wszystkim, którzy pragną się jedynie bawić i nie myśleć o rzeczach wiecznych.

I oto wobec ludzkości staje Bóg-Człowiek i z pozycji najwyższe­go autorytetu mówi, że człowiek jest nieśmiertelny i raz powołany do życia już więcej żyć nie przestanie. Wysłużył nam życie wieczne na Krzyżu i dlatego ma prawo mówić nam: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeżeli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wie­ki. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne...".

Tyle razy słyszymy te słowa i mamy świadomość, że dotyczą one nas. Przyjdzie kiedyś taki moment, kiedy trzeba będzie odejść z tego świata. Dlatego teraz, tak jak rolnicy z pól zbierają ziarno na chleb, by mogli żywić siebie i innych, tak my karmimy się Bożym Chlebem na życie wieczne.

On - Chrystus jest nam potrzebny zawsze i wszędzie jak chleb, ponieważ wszędzie, gdzie jest życie potrzebny jest chleb. Ale tak jak chleb trzeba wypracować i trzeba po niego wyciągnąć rękę, tak i Chrystusa trzeba uznać, przyjąć, jak prosi nas dzisiaj św. Paweł: „Baczcie... pilnie, jak postępujecie - nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną...".

Właśnie przed takimi fundamentalnymi katastrofami wynikają­cymi z fundamentalnych błędów przestrzega nas Chrystus. Przestrze­gają przed tym filozofowie mówiąc: „Przecież nikt nie chciałby prze­bywać stale w towarzystwie człowieka głupiego i niegodziwego, nikt nie chciałby mieć takiego przyjaciela, przecież w swoim własnym towarzystwie będziesz przebywał całą wieczność, swoim własnym przyjacielem będziesz zawsze. Dbaj o siebie, jesteś tego wart". Jesteś cenny jak diament. O diamenty się walczy, a człowiek jest jak brylant - bezcenny, ale zagrożony. Diament może być najcenniejszą ozdobą każdej korony, każdej kolii, może rozcinać najbardziej hartowaną stal, ale diamentami można też palić w piecu. W końcu koks i dia­ment to ten sam węgiel, tylko w innych atomowych strukturach. Ab­surd? A czy życie nasze nie jest często tak właśnie absurdalne? Z tysięcy przecudownych możliwości bycia, które daje nam Bóg, nieraz wybieramy tę najniższą, tę najbardziej prymitywną. Tymcza­sem On uczynił nas tak wielkimi, byśmy stawali się jeszcze więk­szymi, a nie - żebyśmy wszystko stracili - jak syn marnotrawny.

Na szczęście można dzisiaj zauważyć, jak wiele ludzi Eucharystii- adoruje Chrystusa w kościołach i kaplicach. Uderzająca jest cichość i pokora „Boga z nami". Ileż jest takich miejsc, w których adoruje Go jeden samotny człowiek, jak Charles de Foucauld, który w wigilię swego nawrócenia modlił się przed tabernakulum: „Mój Boże, jeśli istniejesz, daj mi się poznać". Jak klęcząca w kaplicy siostra z Pi­smem Świętym na kolanach, jak studenci zamyśleni... Zawsze tak samo obecny, niezależnie od tego czy kościoły są pełne czy puste. Każde tabernakulum, każda Hostia na ołtarzu, każde wystawienie Najświętszego Sakramentu jest wystarczającym świadectwem, że umiłował nas „aż do końca" (J 13, 1).

Świat, od dnia Wielkiego Czwartku, stał się „monstrancją" Boga ukrytego w białym Chlebie. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy, że w Eucharystii Jezus „pozostaje w tajemniczy sposób pośród nas jako Ten, który nas umiłował i wydał za nas siebie samego" (n. 1380). Jest dla nas tajemnicą nie tylko to, że ukrył się w kruchej Hostii, ale również to, że zgodził się pozostać milczący i ukryty dla świata. Jest nieustannie obecny w świecie, choć często nie zauważa­ny i nie odwiedzany. Karl Rahner SJ, znany współczesny teolog, z którego licznych dzieł o Eucharystii pisałem swoją pracę, mówił że: „Trwać na klęczkach i adorować Pana obecnego w Eucharystii, jest czymś, co wielu osobom nawet przez myśl nie przechodzi - zwyczaj dziękczynienia po Komunii i po zakończeniu Mszy wydaje się mniej lub bardziej zapomniany".

Często zbyt szybko rezygnujemy z adoracji, ponieważ nasz co­dzienny styl życia oduczył nas cierpliwego i spokojnego trwania „przy jednym". Żyjemy bardzo roztargnieni. Na co dzień nie jeste­śmy przyzwyczajeni do zatrzymania się, do ciszy i skupienia. W wie­lu kościołach w Polsce jest całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Tysiące ludzi przychodzi codziennie: uklękną i adorują.

Kiedy idziemy na adorację dostrzegamy, że niełatwo jest pozo­stać w „ukryciu", skupić uwagę serca na Jedynym najważniejszym. Trudno jest trwać przed milczącym Bogiem „bez działania", gdy tyle jest „do zrobienia". Trudno jest wyciszyć się wewnętrznie, gdy mnó­stwo w nas niepokoju z powodu nie załatwionych spraw, wielu nega­tywnych uczuć czy hałasu. Tymczasem właśnie adorowanie cichego i pokornego Boga w białej Hostii może przywrócić nam powoli upragniony spokój serca. Świadomość żywej obecności Boga i Jego bliskości może stać się „lekarstwem" na nasze lęki i niepokoje. Wy­starczy niewiele... Wystarczy ofiarować Mu swoje trwanie, swój trud skupienia, swoje roztargnione myśli. Próbować oddać Mu siebie ca­łego takim, jakim jestem w danej chwili. Bóg nie tylko jest obecny przy adorującym, ale przenika Go całego, jego życie, spotkania z ludźmi, pracę. Przenika i uświęca. Z pewnością kiedyś w wieczno­ści dowiemy się, ile znaczyła dla świata i każdego pojedynczego człowieka adoracja klęczącej siostry w nieznanej kaplicy; dowiemy się, ile dla naszych rodzin znaczyły wieczne adoracje w klauzuro­wych klasztorach, w naszych kościołach parafialnych. Ile wreszcie znaczą dla świata i dla nas samych nasze osobiste adoracje. Przecho­dząc obok kościoła, możemy wejść na chwilę adoracji. Wystarczy być i milczeć, wystarczy kilka aktów strzelistych oddania, wdzięcz­ności i pamięci. Gdy mijamy księdza idącego z komunią świętą do chorego, godzi się przystanąć, oddać pokłon, uczynić znak krzyża świętego i jeśli to jest możliwe przyklęknąć.

Każdy z tych momentów, choćby krótki, może stać się gestem miłości, adoracją milczącej obecności Boga. Dzieje się wtedy coś bardzo ważnego: Ilekroć adorujemy Boga w Sakramencie Miłosierdzia, tylekroć przypominamy sobie i światu, że ON JEST, że chce wypełniać swoją obecnością każdy brak miłości, chce być obecny w każdej „tkance” świata, zdrowej i chorej. Chce, byśmy przyzywali Go modlitwą jak św. Faustyna: „Hostio żywa, Siło jedyna moja, Zdroju miłości i miłosierdzia, ogarnij świat cały...”.

I jak mówił św. Papież Jan Paweł II: „Kościół i świat bardzo potrzebują kultu eucharystycznego. Jezus czeka na nas w tym Sakramencie Miłości. Nie odmawiajmy Mu naszego czasu, aby pójść i spotkać Go w adoracji, w kontemplacji pełnej wiary, otwartej na wynagrodzenie za ciężkie winy i występki świata. Niech nigdy nie ustanie nasza adoracja”. (List Dominicae cenae, n3) Amen.

 

 

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - Pokarm na życie wieczne

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - Pokarm na życie wieczne

Na pytanie, czy człowiek może żyć bez przyjmowania pokar­mów i płynów, odpowiedź jest jedna: nie może. Bez przyjmowania płynów nie przeżyje tygodnia; bez przyjmowania pokarmów przeży­je maksymalnie dwa miesiące. W latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku katolicy walczący o odłączenie Irlandii Północnej od Wielkiej Brytanii podejmowali strajki głodowe. Ci, którzy nie przerywali strajku, przeżywali o samej wodzie około dwóch miesięcy. Jednak po miesiącu zachodziły nieodwracalne procesy. Od tamtego momen­tu była to już podróż w jedną stronę. W krańcowych sytuacjach or­ganizm człowieka jest w stanie przetrwać wiele. Znamy przypadki ludzi, którzy zabłądzili w jaskini, zagubili się na pustyni czy utknęli w zaspach śnieżnych. Organizm usiłuje wtedy podtrzymać wszystkie funkcje życiowe. Zaczyna od zużywania nagromadzonych zapasów, ale kiedy te się skończą, zacznie pożywiać się sobą. Szukając rezerw zaatakuje nawet mięsień sercowy. Kiedy masa mięśniowa zmniejszy się o około 1/3, następuje koniec. Chociaż ludzki organizm może znieść znaczny niedobór pokarmów i płynów, to jest określona i nieprzekraczalna granica wytrzymałości.

A czy człowiek może żyć bez pożywiania się Ciałem i Krwią Chrystusa? Tu odpowiedzi będą prawdopodobnie różne. Ktoś powie, że nie może; ktoś inny powie, że zna takich, którzy nigdy nie byli w kościele, a żyją. Pokarm i napój, jakie codziennie przyjmujemy podtrzymują nas przy życiu, podtrzymują przez 80 czy 90 lat, ale później nie mają już wpływu na dalsze funkcjonowanie organizmu. Człowiek niejako wypala się i umiera. Pan Jezus zachęca w dzisiej­szej Ewangelii, abyśmy przyjmowali Jego Ciało i Krew, a wtedy będziemy żyli nadal. Kiedy skończy się moc ziemskiego pokarmu, Jego Ciało i Krew, które obecnie przyjmujemy, pozwolą nam prze­kroczyć granicę 80-ciu czy 90-ciu lat i wkroczyć w wieczność. Swo­je Ciało i Krew Jezus nazywa, dlatego prawdziwym pokarmem i prawdziwym napojem. Prawdziwe jest to, co zapewnia wieczność. Inne pokarmy nie są w tym sensie prawdziwe, ponieważ podtrzyma­ją człowieka przy życiu tylko przez kilkadziesiąt lat. Czymże jest tych kilkadziesiąt lat wobec wieczności. To nawet nie tyle, co po­równać mikrosekundę ze stuletnim życiem. Stuletnie życie dobie­gnie bowiem końca, a wieczność nie zna końca. Przyjmowane obec­nie pokarmy i napoje ugaszą nasze łaknienie i pragnienie, lecz nie ugaszą największego pragnienia człowieka, pragnienia życia bez końca. Wychodząc naprzeciw naszemu największemu pragnieniu Jezus proponuje nam pokarm, który pozwala je spełnić.

Ktoś może zapytać: a w jaki sposób Ciało i Krew Chrystusa za­pewniają nam życie wieczne? Wiemy, w jaki sposób pokarmy i napoje wpływają na podtrzymywanie naszego ziemskiego życia. A nawet jeżeli ktoś tego nie rozumie, to i tak uznaje to za oczywiste. Doświadczenie mu to podpowiada. Związek zaś między Eucharystią a życiem wiecznym przyjmujemy raczej na wiarę. Pan Jezus nie pozostawia nas bez odpowiedzi. Ukazuje wyraźnie ten związek: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie a Ja w nim" (J 6, 56). Oto odpowiedź! Przyjmując Chrystusa zacieśnia­my z Nim więź, stajemy się z Nim jedno; On trwa w nas, a my w Nim. Kiedy dobiega końca ziemskie życie, kiedy urywają się wszelkie doczesne więzi, to więź z Chrystusem przeprowadza nas przez ten traumatyczny moment i wprowadza w życie wieczne. Sami jesteśmy śmiertelni, lecz stając się już teraz jedno z Chrystusem w Eucharystii, będziemy stanowili z Nim także jedno w wieczności.

Według wierzeń starożytnych Greków bogowie olimpijscy mu­sieli stale przyjmować specjalny pokarm i napój, które chroniły ich przed starzeniem się i zapewniały nieśmiertelność. Bogowie greccy nie byli z natury nieśmiertelni. Wszyscy oni mieli też początek, czyli swych rodziców, i dzieliliby wraz z ludźmi śmiertelność, gdyby nie owo pożywienie. Spożywali zatem szczególny niebieski pokarm, zwany ambrozją i pili równie wyjątkowe wino, zwane nektarem. Tylko dzięki nim unikali śmierci. Bogowie greccy strzegli zazdro­śnie tego pokarmu i napoju. Wiedzieli, że gdyby człowiek zaczął je przyjmować, stałby się jak oni nieśmiertelny. Chrystus zaprasza nas do przyjmowania pokarmu, który zapewnia nieśmiertelność. Nie strzeże go zazdrośnie, obawiając się, że będziemy jak On żyli wiecznie. On pragnie, abyśmy żyli z Nim na wieczność. Nie jeste­śmy dla Niego uciążliwymi gośćmi, których towarzystwem się znu­dzi. Jesteśmy Jego radością. Stąd radzi nam z serca, abyśmy przyj­mowali pokarm, który zapewni wieczne życie razem z Nim.

Od samego początku chrześcijanie zdawali sobie sprawę z wagi przyjmowania Eucharystii. W Afryce Północnej, w Kartaginie, w lutym 304 roku, za panowania cesarza Dioklecjana, przed trybuna­łem konsula rzymskiego, Anulinusa, stanęła gromadka chrześcijan z Abiteny - około 50-ciu osób. Z zachowanych świadectw znamy prze­bieg procesu. Konsul oskarżył ich o udział w nielegalnym zebraniu niedzielnym, podczas którego sprawowali Eucharystię. Konsul po­stawił jednemu z chrześcijan następujące pytanie: „Czy w twoim do­mu miały miejsce nielegalne zebrania?". Pytany odpowiedział: „Tak. Obchodziliśmy dzień Pański". Na co konsul: „Nie powinieneś był im na to pozwolić". Wówczas ten chrześcijanin, nasz brat w Chrystusie, żyjący siedemnaście wieków temu, odpowiedział: „Nie mogłem im nie pozwolić, gdyż my nie możemy żyć bez sprawowania Wieczerzy Pań­skiej". Oto piękny przykład z początków chrześcijaństwa: my nie mo­żemy żyć bez Eucharystii. Na nic groźby chłosty, więzienia czy śmierci. Oni dobrze rozumieli, że te skrócą ich ziemskie życie, ale odcięcie się od Eucharystii będzie odcięciem się od Chrystusa. To piękne świadec­two przywiązania naszych braci w wierze do Eucharystii.

Dzisiejsi chrześcijanie, żyjący siedemnaście wieków później, odczuwają podobnie potrzebę sprawowania Eucharystii. Tu nic się nie zmieniło. Ten sam Boży Duch zamieszkuje w nas i mówi, co ma prawdziwą wartość. Oto przykład z życia św. Ojca Pio. Wspomina jeden z jego współbraci, że o. Pio obudził go kiedyś w nocy i powie­dział, aby poszli odprawić Mszę św. Ten spojrzał na zegarek i po­wiedział, że jest środek nocy, w pół do trzeciej. Usiłował przekonać o. Pio, że jeżeli ktoś się spostrzeże, to weźmie ich za obłąkanych. Ale on nalegał. Kiedy współbrat powiedział mu, aby poczekał dwie, trzy godziny do rana, o. Pio odrzekł: „Ale ja już dłużej nie wytrzy­mam". O. Pio pałał takim pragnieniem przyjęcia Ciała i Krwi Chry­stusa, że nie był w stanie wytrzymać dwóch, trzech godzin. On od­czuwał to pragnienie, jak wygłodniały marzy o kromce chleba.

Człowiek pragnie pokarmu. Wie, że bez niego umrze. W sytuacji krańcowej, zagrożenia życia, odda wszystko inne za kromkę chleba. Zycie stanowi bowiem większą wartość od tego, co posiada. Jeżeli tak bardzo pragniemy pokarmu, który podtrzymuje życie doczesne, o ileż bardziej powinniśmy pragnąć pokarmu, który zapewnia życie wieczne - o ileż bardziej Ciała i Krwi Chrystusa! Marta Robin, fran­cuska mistyczka, która zmarła w 1981 roku, przez ponad 50 lat przyjmowała wyłącznie Eucharystię. Aby ten cud był bardziej oczywisty, nie przyjmowała w ogóle płynów. Zwilżano jej tylko usta. Z medycznego punktu widzenia jest to niemożliwe. Człowiek nie może żyć w ten sposób - w krótkim czasie umrze. Może jednak mocą Boga. A ta moc kryła się w Eucharystii. Moc pokarmów i napojów doczesnych rozciąga się tylko na teraźniejszość; moc Eucha­rystii rozciąga się na wieczność, ale rozciąga się już od teraz.

Ludzie narzekają, że od lat posilają się Ciałem i Krwią Chrystu­sa, a nie widzą u sobie żadnych zmian. Jacy byli, tacy są nadal. Nie jesteśmy materiałem, który łatwo się poddaje obróbce, ale niezależ­nie od tego Boże życie stale w nas dojrzewa. Trudno nieraz to do­strzec z zewnątrz, lecz wewnątrz dzieją się rzeczy niezwykłe. Powoli i z dala od ludzkich oczu Bóg rzeźbi swe arcydzieło. Na liściu klonu siedzi sobie gąsienica. Nie pociąga swym wyglądem, wręcz odpy­cha. Życie upływa jej na pożywianiu się soczystymi liśćmi. Porusza się powoli i w jednym celu - w poszukiwaniu nowego pożywienia. Tak mija dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Życie upływa jej na żerowaniu. Można dojść do wniosku, że z tego jedzenia nie ma żad­nego pożytku, że to zmarnowane życie; do tego niszczy listowie klonu. Aż tu nagle pewnego dnia z kokonu wyfruwa piękny motyl i wzlatuje ku niebu... Patrząc na gąsienicę i motyla ciśnie się na usta pytanie, co mają ze sobą wspólnego? Jedno wydaje się zaprzecze­niem drugiego. A jednak motyl wykluł się z tej gąsienicy. Z czegoś, co było ociężałe, wykluło się coś lekkiego; z tego, co powolne wy­kluło się coś zwinnego; z oślizłego i odpychającego wykluło się coś pięknego i miłego. Nasza zewnętrzna powłoka może wiele skrywać wewnątrz. Nieraz nie dałbyś złamanego szeląga za kogoś, a nie wiesz, jak piękne jest jego wnętrze. Ten ktoś może sam nie wie­dzieć, co w nim dojrzewa. I w większości przypadków tego nie wiemy. A w nas wszystkich kiełkują wielkie rzeczy, Boże życie. Zewnętrzna powłoka ukrywa pięknego motyla.

Z obrazu gąsienicy i motyla można wyciągnąć jeszcze jedną lekcję. Zanim z kokonu wyfrunie motyl, gąsienica przeobraża się najpierw w poczwarkę. Ta się w ogóle nie porusza i nie pobiera po­żywienia; zamiera w niej zewnętrzna aktywność, a zachodzą prze­miany wewnętrzne. To obumarcie gąsienicy staje się zwiastunem największego i najpiękniejszego przekształcenia - w motyla. Podob­ne zjawisko można zaobserwować u ludzi. Kiedy przygasa aktyw­ność życiowa, dokonują się największe zmiany wewnętrzne. Ktoś, kto obserwował ludzi chorych czy umierających, może spostrzegł, że w ciągu ostatnich miesięcy czy nawet tygodni dokonał się u nich większy rozwój duchowy niż w przeciągu całego życia. Ostatni krok jest najdłuższy. Przygasa zewnętrzna aktywność i człowiek łatwiej, szybciej otwiera się na Boga. Wtedy Bóg wykonuje najważniejsze pociągnięcia dłutem i Jego arcydzieło jest już prawie gotowe.

Zamiast martwić się, że nasze życie jest często takie przeciętne, przyjmujmy Ciało i Krew Chrystusa, aby ten pokarm nas odmienił. Jakość przyjmowanego pokarmu przekłada się na jakość życia. My potrzebujemy pokarmu na miarę życia, do jakiego zmierzamy; pokarmu, który pozwoli już teraz gromadzić moc na życie nieśmiertel­ne. Nie martw się tym, że daleko ci do motyla. Motyl też był kiedyś gąsienicą. Bierz lekcję z gąsienicy! Pożywiaj się i czekaj cierpliwie! Wewnątrz już się stajesz motylem. A nadejdzie dzień, że będziesz nim w całej okazałości. Moment wyklucia się będzie miłym zasko­czeniem. Czeka nas naprawdę wielka niespodzianka!

Pan Jezus mówi dziś do nas: „Kto przyjmuje moje Ciało i Krew moją pije, będzie żył na wieki". Jeżeli obciążają nas w tej chwili jakieś winy, pojednajmy się z Bogiem i przystąpmy do stołu Pań­skiego. Dzisiejszy udział w Eucharystii jest budowaniem naszej wieczności. Amen.



sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga

Od trzech niedziel rozważamy szósty rozdział Ewangelii Św. Jana, a tematy żniwno-chlebne są nam wyjątkowo bliskie w to gorące jak piec lato. „Ziarna zbierzemy, odrzucimy chwasty, bo łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem ... Panie, dobry jak chleb". Czego uczymy się zbierając żniwo z naszych pól, troszcząc się o nasz chleb po­wszedni? Nauczyliśmy się przez wiele tysiącleci w różnych kulturach i cywilizacjach, że posiłek nie tylko sycił, ale jednoczył. Pogłę­biał więź między ludźmi. W naszym przyspieszonym i coraz bar­dziej pędzącym rytmie życia, zatraca się ten rytuał codziennie od­nawianej jedności. Wspólnego stołu i rodzinnego posiłku nic nie zastąpi, a rezygnacja z niego jest często objawem rozsypania się domowej wspólnoty. To bardzo ważne, aby tę wielopokoleniową mądrość podtrzymywać.

Było to ważne również dla naszego Pana, Jezusa Chrystusa, sko­ro Ewangelie kilka razy ukazują Jego obecność z uczniami na posił­ku: u Zebedeusza, Mateusza, Łazarza, w Kanie Galilejskiej czy nad Jeziorem Tyberiadzkim. A w przededniu męki i śmierci sam zapra­sza uczniów do Wieczernika, by spożyć z nimi wieczerzę. Dzisiejszy fragment Ewangelii pokazuje nam zdarzenia, które się dokonały po wspólnym posiłku wielkiego tłumu ludzi na pustkowiu nad jeziorem Galilejskim, czyli po cudownym rozmnożeniu chleba. Pan Jezus ukazuje nam więcej i chce, byśmy nie zatrzymali się tylko na tym jednym, cudownym zdarzeniu z pomnożonym chlebem i rybami. Mówi nam: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki". Jak to możliwe? - pyta­ją zgorszeni Żydzi i szemrzący między sobą chwilowi słuchacze. „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?" Echo tych wątpliwo­ści ciągle pobrzmiewa. Szemranie, zdumienie i niedowierzanie Chrystusowi zbiera swoje żniwo do dziś. Niektórzy z wątpiących chcieliby widzieć w żywym chlebie tylko symbol, a nie rzeczywistą obecność Pana, który daje nam swoje Ciało na pożywienie. „Nie szemrajcie między sobą. Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał (...) każdy, kto od Ojca usły­szał i nauczył się, przyjdzie do Mnie". Takie zapewnienie słyszymy dziś od Chrystusa. A na pytanie postawione wszystkim zgorszonym i szemrzącym: „Czy i wy chcecie odejść?", za św. Piotrem odpowia­damy: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga" (J 6, 68n). Jak dobrze, że w Kościele jest Piotr, który zawsze nas w wierze po­prowadzi i nauczy iść aż do domu Ojca. Nauczyliśmy się w Koście­le, że każda Msza św. daje nam cudowną sposobność zjednoczenia z Chrystusem i między sobą. Śpiewamy nawet o tym w pieśni: „Kto się z Panem tu jednoczy, tworzy jedno z Nim, Bóg miłością go na­zywa przyjacielem swym". Jakie to cudowne, jakie niepojęte; Chry­stus karmi nas swoim Ciałem, poi nas swoją Krwią!

To już nie manna, którą dał Mojżesz zgłodniałemu tłumowi na pustyni, nie pokarm i napój podany przez anioła zdesperowanemu Eliaszowi. To żywy i prawdziwy Chrystus, który dla zapewnienia nam życia wiecznego stał się pokarmem dla nas. Ważnym więc po­zostaje wciąż dla nas szósty rozdział Ewangelii Janowej, który stara­ją się pominąć wszyscy szemrzący i podejrzliwi. Zwróćmy uwagę na dość istotny szczegół. Tenże rozdział kończy się słowami Jezusa o Judaszu, który zamyka ten rozdział jak zamknął drzwi Wieczerni­ka podczas ostatniej wieczerzy, wychodząc z niego w ciemną noc.

Uczmy się raczej od Eliasza, który od anioła usłyszał: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga".

Nie przypadkowo ten gorliwiec pojawił się dziś w liturgii sło­wa. Widzimy go utrudzonego i niemal zrezygnowanego, u kresu ludzkich sił. „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków!".

Dopiero, co rozprawił się z tłumem fałszywych proroków bez­bożnej królowej Izebel, bluźniącej Jedynemu Bogu. W obawie przed pogonią uciekł, więc na pustynię, gdyż wolał, żeby go do­tknęła raczej ręka Pańska, niż pełna zemsty ręka ludzka.

Czego nas uczy ta przytoczona dziś historia proroka Eliasza? Odpowiedź jest prosta - gorliwości w służbie Bogu i wielkiej troski o uświęcanie swojego życia, a także odpowiedzialności za innych.

Zawsze będą fałszywi prorocy, zawsze jakaś bezbożna Izebel będzie bluźniła Bogu, kpiąc z wszelkich wartości moralnych, a tym bardziej religijnych, mszcząc się na wierzących. Zawsze znajdzie się przysłowiowy Neron, który oskarży chrześcijan o podpalenie nie tylko Rzymu, ale całego świata. Toteż potrzebny jest prorok. Odważny, zdecydowanie stający w obronie Boga i Jego praw.

„W naszych czasach siłą ludzi złych jest lękliwość ludzi dobrych, a cała żywotność królestwa Szatana, ma swoje korzenie w opieszało­ści chrześcijan" - tak nauczał papież św. Pius X na początku XX w.

To stwierdzenie stało się dzisiaj jeszcze bardziej aktualne.

Zło przepuściło jeszcze większy atak, a my niejednokrotnie nabieramy wody w usta, nie mówimy jednym głosem, lub głosem przyciszonym, albo chcemy być w naszych wypowiedziach poli­tycznie poprawni.

Potrzeba zatem, byśmy od Eliasza uczyli się takiej zdecydowa­nej postawy, gdzie „tak", znaczy „tak", a „nie" - „nie", „bez świa­tłocienia".

Choćbyśmy opadli z sił, Bóg przyjdzie nam z pomocą i powie: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga!" (IKrI 19, 7).

Tak jakby mówił: Skosztuj, zobacz ... nie trzeba przede Mną uciekać na pustynię.

Nie potrzeba więc odchodzić od Boga i po swojemu organi­zować sobie życie; nie potrzeba odchodzić od przykazań i na swoją rękę szukać norm postępowania; nie potrzeba wreszcie od­chodzić i gardzić wspólnotą Kościoła, by szukać szczęścia na wła­sną rękę i za wszelką cenę. Nie potrzebujesz odchodzić! Bóg sam wystarczy!

Może warto w tym miejscu zacytować człowieka - proroka naszych czasów, który miał wyjątkową świadomość zagrożeń dla współczesnego świata. To słowa św. Jana Pawła II: „Musimy dostrze­gać społeczne zagrożenie grzechu wpływające na budowanie świa­ta godnego człowieka. Istnieją krzywdy społeczne, które tworzą «komunię grzechu», gdyż poniżają Kościół, a w pewien sposób cały świat ... Walczcie w dobrych zawodach o wiarę (lTm 6, 12) dla ludzkiej godności, dla godności miłości, dla godnego życia -życia dzieci Bożych" (Chile, 2 kwietnia 1987).

A oto inne jego słowa: „Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w nasze dzieje? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: «nie». Ale pytanie zasadnicze: «czy wolno»? I w imię czego «wolno»? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przed­łożyć sobie, Rodakom, narodowi, ażeby odrzucić i powiedzieć «nie» temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat. Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło" (Błonia krakow­skie, 10 czerwca 1979).

Te słowa dedykujemy politykowi, który w sejmie z dumą wy­znał, że w burzliwej dyskusji o in vitro, nie chodzi wcale o sprawy merytoryczne, ale głównie o to, by się zdecydowanie sprzeciwić Kościołowi i Jego nauczaniu w tej sprawie.

Autor książki Ogień w nocy jako przykład nocy, która dosięga współczesnych, przywołuje taką opowieść: „Pewien rabbi zapytał swoich uczniów, jak można ustalić godzinę, w której kończy się noc, a zaczyna dzień. - Czy to pora, kiedy z daleka można odróż­nić psa od owcy? - zapytał jakiś uczeń. - Nie - odpowiedział rabbi. Czy to ta pora, kiedy z daleka można odróżnić drzewo figowe od daktylowego? - Nie - odpowiedział rabbi. - To w takim razie kiedy nastaje ta godzina? - zapytali uczniowie. - To jest czas, gdy możesz patrzeć w twarz jakiegokolwiek człowieka i widzisz swoją siostrę, swojego brata. Aż do tego momentu jeszcze panuje w nas noc" (Michael Albus).

Przed nami długa droga, aby w konkurencie, w tych z lewicy, z prawicy czy centrum, odnaleźć twarz swojej siostry lub swego brata. Niech nie pochłonie nas noc, jak Judasza odchodzącego z Wieczernika.

Siostro, bracie - wstań, jedz, bo przed tobą długa droga. Jedz, posil się, bo ina­czej ustaniesz w drodze. Amen.



sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

W środku trudnego, upalnego lata, kiedy pola „bieleją ku żniwu", po raz kolejny „Pan Bóg łaskawie otwiera swą rękę i karmi nas do syta, oczy wszystkich zwracają się ku Niemu, a On nam daje pokarm we właściwym czasie". Słychać gdzieniegdzie na naszej ziemi modlitwę wdzięcznych ludzi: „Boże, z Twoich rąk żyjemy, choć naszymi pracujemy; z Ciebie plenność miewa rola, my zbiera­my z Twego pola. Co rządzisz ziemią i niebem, opatrujesz dzieci chlebem; myśmy dali trud i poty, Tyś nam dał urodzaj złoty".

Dobrze tak się modlić, dobrze zachować wdzięczność w sercu, dobrze pamiętać, że Anioł Pański otacza szańcem bogobojnych, aby ich ocalić. Dlatego „będę błogosławił Pana po wieczne czasy, Jego chwała będzie zawsze na moich ustach. Dusza moja chlubi się Pa­nem, więc skosztujcie i zobaczcie jak nasz Pan jest dobry" (ps. resp.).

To szczere wzywanie Boga pozwala sakralizować naszą szarą codzienność. Sakralizować - czyli uświęcać. Uświęcać - czyli wiązać sprawy Boże ze sprawami ludzkimi i umieć szukać tego, co Boże, z zapomnieniem o sobie. Bóg wtedy wynagradza człowiekowi, dając mu to co konieczne do dalszej pracy i życia, nawet w sposób cudowny, jak Eliaszowi, którego przypomniało pierwsze dzisiejsze czytanie. Nie przypadkowo ten gorliwiec pojawił się dziś w liturgii słowa. Widzimy go utrudzonego i niemal zrezygnowanego, u kresu ludzkich sił. „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków!". Dopiero co rozprawił się z tłumem fałszywych proroków bezbożnej królowej Izebel, bluźniącej Jedynemu Bogu. W obawie przed pogonią uciekł więc na pustynię, gdyż wolał, żeby go dotknęła raczej ręka Pańska, niż pełna zemsty ręka ludzka. Czego nas uczy ta przytoczona dziś historia proroka Eliasza? Odpowiedź jest prosta - gorliwości w służ­bie Bogu i wielkiej troski o uświęcanie swojego życia, a także od­powiedzialności za innych. Zawsze będą fałszywi prorocy, zawsze jakaś bezbożna Izebel będzie bluźniła Bogu, kpiąc z wszelkich wartości moralnych, a tym bardziej religijnych, mszcząc się na wierzą­cych. Toteż potrzebny jest prorok. Odważny, zdecydowanie stający w obronie Boga i Jego praw.

W naszych czasach siłą ludzi złych jest lękliwość ludzi dobrych, a cała żywotność królestwa Szatana, ma swoje korzenie w opieszało­ści chrześcijan" - uczył papież św. Pius X na początku XX wieku. To stwierdzenie stało się dzisiaj jeszcze bardziej aktualne. Zło przypuści­ło jeszcze większy atak, a my niejednokrotnie nabieramy wody w usta, nie mówimy jednym głosem, lub głosem przyciszonym, albo chcemy być w naszych wypowiedziach politycznie poprawni. Po­trzeba zatem, byśmy od Eliasza uczyli się takiej zdecydowanej postawy, gdzie „tak", znaczy „tak", a „nie" - „nie", bez światłocienia.

Choćbyśmy opadli z sił, Bóg przyjdzie nam z pomocą i powie: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga"! (1 Kri 19, 7). Tak jakby mówił: skosztuj, zobacz... nie trzeba przede Mną uciekać na pustynię.

Nie potrzeba więc odchodzić od Boga i po swojemu orga­nizować sobie życie; nie potrzeba odchodzić od przykazań i na swoją rękę szukać norm postępowania; nie potrzeba wreszcie od­chodzić i gardzić wspólnotą Kościoła, by szukać szczęścia na własną rękę i za wszelką cenę. Nie potrzebujesz odchodzić! Bóg sam wystarczy! I naprawdę tak niewiele potrzeba, by próbować uświęcić swoje życie, i przekonać się o prawdzie słów Apostoła Pawła: „teraz (...) po oddaniu się na służbę Bożą jako owoc zbiera­cie uświęcenie" (Rz 6, 22).

Czemu więc wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? Nakłońcie wasze ucho i przyjdź­cie do mnie, posłuchajcie mnie, a dusza wasza żyć będzie. Niech powracają do nas i pozostaną w nas te mocne słowa proroka Izaja­sza. Zadedykujmy je nie tyle innym, co przede wszystkim sobie. Pytajmy siebie o naszą postawę, naszą wiarę, nasze przylgnięcie całym sercem do Chrystusa. Wtedy nasza pomoc okazana innym w odszukaniu na nowo dróg wiary będzie skuteczna, wedle starej zasady: słowa pouczają czyny pociągają.

Pomyśl, ile natchnień do pełnienia dobrych czynów zawierają słowa wspaniałego „hymnu wdzięczności" z Listu do Rzymian św. Pawła: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?" Popatrz ilu świadków takiej miłości stanęło zdecydowa­nie po stronie Chrystusa i dało dowód, że nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

Ilu niekanonizowanych świętych pokazało, że na serio traktują zalecenia, choćby te dziś ponownie usłyszane w Liście do Efezjan: „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie nawzajem, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie".

Zawsze człowiek chce szukać przykładów takiej głęboko chrze­ścijańskiej postawy. Sięgamy więc w odległą historię prześladowań za wiarę. Nie brak i współczesnych świadków, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że w dwudziestym wieku zginęło więcej mę­czenników niż we wszystkich wiekach poprzednich, a wiek XXI zaczął się serią okrutnych prześladowań.

A dla nas wciąż bliski jest przykład warszawskich powstańców, którzy jak umieli, potrafili dać wyraz temu, „że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe ... ani jakiekolwiek inne stworzenie n i e z d o ł a nas odłączyć od miłości Boga" (Rz 8, 38). Doczekali się powstańcy wszelkich należ­nych honorów, to dobrze, że choć pod koniec życia; ale myśmy zaw­sze w Kościele wiedzieli, że są to bohaterowie, którzy potrafili ko­chać Boga i potrafili w Bogu kochać Ojczyznę i honoru nie splamić.

Wciąż bliski pozostaje dla nas równie wspaniały świadek - bł. Ste­fan kardynał Wyszyński. Niedawno przypadła rocznica jego urodzin i rocznica święceń kapłańskich. Zapamiętajmy z jego nauczania choć­by to jedno zdanie, zdanie - drogowskaz; zdanie - przysłowie: „Mó­wią - czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas - to miłość".

Życie toczy się dalej, tak jak dalej pola będą gotowe do żniwa. Bóg w swojej szczodrobliwości nadal będzie otwierał swą rękę, by karmić nas do syta. Nadal będzie dla człowieka otwarta droga do składania świadectwa Chrystusowi. Nadal będziemy patrzeć jak On bierze w swoje czcigodne ręce chleb, spogląda w niebo, błogosławi i łamie go dla nas. A my będziemy upewnieni, że z Jego ręki żyje­my. Dopóki mamy czas - niech wypełni go miłość.

Sięgam w tym miejscu do słów św. Jana Pawła II z jego pierwszej encykliki Redemptor hominis: „Okazywać światu Chrystusa, poma­gać każdemu człowiekowi, aby odnalazł siebie w Nim. Pomagać współczesnemu pokoleniu naszych braci i sióstr, ludom, narodom, ustrojom, ludzkości, krajom... wszystkim - poznawać niezgłę­bione bogactwo Chrystusa, bo ono jest dla każdego człowieka, ono jest dobrem każdego" (RH 11).

Pozostaje dla nas wciąż dręczące pytanie równe rachunkom su­mienia: czy nie za mało upominamy się o miejsce Chrystusa w par­lamentach, w poganiejącej na własne życzenie Europie, skoro jak uczy Sobór Watykański II: „Przez Chrystusa i w Chrystusie rozja­śnia się zagadka cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangelią" (KDK 22).

Za chwilę msza potoczy się dalej. Tobie, Ojcze, ofiarujemy chleb, ziarno zasiane, utkane ze światła, ciepła, deszczu, wiatru, a także siewcę, żniwiarza, młynarza, piekarza, sprzedawcę - streszczenie życia. Ojcze, przyjmij tę ofiarę ... i ofiarujących. Żywy Chlebie, Chryste, przed nami długa droga. Chcemy zobaczyć i skosztować ... daj jeszcze raz usłyszeć i mocno w to wierzyć: Chlebem, który Ja daję, jest moje Ciało za życie świata. Za życie świata... Amen.



sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - „Ja jestem chlebem życia"!

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - „Ja jestem chlebem życia"!

Przeżywamy okres żniw, kiedy zbieramy z naszych pól różnego rodzaju pokarm, który będzie dawał siły naszemu ciału. Właśnie w tym czasie Pan Bóg mówi, jakby równolegle, o innym pokarmie: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych".

Dzisiaj słyszymy też słowo bardzo mocne i bardzo prawdziwe, które dotyka rzeczywistości każdego z nas. Izraelici są na pustyni. Pan Bóg ich tam zaprowadził, bo chce badać ich serce. Słyszymy dzisiaj jak Bóg mówi: Czy będą chcieli pełnić moje rozkazy? Czy będą chcieli pełnić moją wolę?

Pan Bóg daje na pustyni drogę, którą prowadzi naród izraelski. Słyszymy dzisiaj, że daje im również mięso i mannę, żeby nie umarli z głodu. Pan Bóg chciał ich uczyć - przekonać, że kto ufa Bogu, to Bóg sam do życia wystarczy, bo On zabezpiecza każdą naszą potrzebę. Dzieje się tak zawsze, gdy człowiek szuka przede wszystkim Boga, Jego wolę chce pełnić - Jemu pozwala się prowadzić.

Bóg mówi o tym ludzie, który wybrał, i który miał być znakiem Jego miłości i mocy dla innych narodów: Przekonam się jakie jest ich serce - czy oni naprawdę wierzą we Mnie?

Słyszymy dzisiaj Izraelitów szemrających na pustyni: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu? Po co ta pustynia? Czy nie lepiej było nam w Egipcie, w niewoli, ale przed pełnymi garnkami mięsa i gdzie było chleba w obfitości? Lepiej było nam tam, w niewoli, a nie tu na pustyni.

Zobaczmy jak to jest bliskie każdemu człowiekowi, bo co zna­czy być w drodze przez pustynię? To jest prawda o naszym życiu. Ile razy chcielibyśmy wiedzieć, jakie spotka mnie wydarzenie ju­tro? Jakie przyjdą sytuacje? Jakie przyjdą próby? Nie wiemy i nie mamy odpowiedzi, ale Bóg to wie i tylko On zna odpowiedź.

Jesteśmy ciągle ludem w drodze, tak wygląda nasze życie -przemija czas, przychodzą następne godziny i lata, a przed nami tyle rzeczy zakrytych. Człowiek w głębi serca chciałby tak samo jak Izraelici na pustyni być zabezpieczonym, nie żyć w kruchości, w tej niepewności, w tej niewiedzy - co mnie spotka jutro? Czy przyjdzie jakaś choroba? Czy zabraknie mi chleba? Czy przyjdzie jeszcze jakieś inne cierpienie... Zabezpieczyć się, mieć, czuć się sytym i bezpiecznym - tego wszyscy w głębi serca pragniemy.

To jednak nie jest prawda o naszym życiu, bowiem nie da się życia naszego ani zatrzymać, ani zabezpieczyć. Bóg chce nas uczyć, abyśmy jak Izraelici przekonywali się, że On codziennie jest obecny - On nas prowadzi drogą, którą nam wyznaczył. On daje też próby, aby człowiek nawracał się do Niego.

Widzimy nieraz podobnie jak Izraelici na pustyni dokoła siebie tylko śmierć - nie ma wody, nie ma chleba, nie ma mięsa. Bóg jednak to wszystko dał, gdy tylko Mojżesz zwrócił się do Niego. Podobnie jest z nami - każda próba ma nas prowadzić do tego, żeby Bogu ufać, żeby w Niego wierzyć. Nasze życie jest też drogą.

Możemy tak samo jak Izraelici szemrać, buntować się i nie chcieć pójść tą drogą, albo każdego dnia przekonywać się, że Bóg jest. On dawał Izraelitom codziennie chleb z nieba, codziennie dawał im wodę, codziennie wskazywał drogę przez pustynię. Problem jednak polegał na tym, że człowiek nie był panem sytu­acji - miał zaufać Bogu i pozwolić się Jemu prowadzić. Tak samo jest z nami.

Zobaczmy jak bardzo boimy się dokładnie tego samego, że zabraknie nam chleba, że Bóg nie przewidzi. Człowiek lęka się, że straci pracę, że zabraknie mu pieniędzy. Często boimy się urodzić kolejne dziecko, bo nas nie stać. Lękamy się również tego, że do­koła nas jest tylko niesprawiedliwość, kradzieże, grabieże - różne­go rodzaju zachłanność. Jeśli człowiek będzie pokładał całe swoje zabezpieczenie w pieniądzu, w chlebie, to będzie zawsze budował jakieś fałszywe systemy - że niby pieniądz, chleb nasyci całkowi­cie jego serce.

Stąd się bierze wszystko - złudne systemy czy poglądy, że jak damy człowiekowi dużo pieniędzy to będzie szczęśliwy. Później przychodzą kryzysy, niesprawiedliwości, przychodzą wojny - i to wcale nie daje szczęścia czy zabezpieczenia. Czy cokolwiek nasyci moje serce i da mi tak zwane szczęście? Nie! - Ja jestem ciągle w drodze. Tylko Bóg może zabezpieczyć każdą moją sytuację!

Zobaczmy ten tłum z dzisiejszej Ewangelii, który szuka Jezusa. Widzieli, że ogromne rzesze nakarmił chlebem, że jeszcze wiele tego chleba zostało - widzieli w Nim kogoś, kto gwarantuje przy­najmniej pewne jedzenie. Nie trzeba się będzie o to starać, nie trzeba będzie pracować - On da nam chleb, tak jak uczynił dla tysięcy osób! Idą za Nim z tą intencją - wreszcie będziemy mieli zabezpieczone życie - nawet chcieli Go obwołać królem...

Chrystus, który przychodzi, by ukazać człowiekowi właściwą drogę mówi: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, (że we Mnie wierzycie), ale dlatego, że jedliście chleb do sytości" - Szukajcie pokarmu, który daje prawdziwe życie! Jaki to pokarm? Chrystus powie: Ten, którego Ojciec posłał do was.

Mówiąc jeszcze o Mojżeszu i chlebie na pustyni, proszą: „Pa­nie, dawaj nam zawsze tego chleba" - tego chleba, który daje życie wieczne! Jezus odpowiada: „Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie". Co to znaczy, że Chrystus jest chle­bem życia? Co Chrystus ukazuje? Dlaczego On jest chlebem ży­cia? Jakie jest Jego życie?

Jezus powie sam o sobie: „Moim pokarmem jest pełnić wolę Ojca". Pokazuje nam, że pełnić wolę Boga to znajdować ścieżkę życia i On sam taką drogą idzie. Przychodzi, by nam tę prawdę ukazać - życie człowieka nie zależy od tego co posiada, kim jest, czy go ludzie adorują czy go odrzucają, czy go sądzą czy w końcu zabijają. Życie nie zależy od tego, że ja tutaj jestem zabezpieczony i syty. Życie zależy całkowicie od Boga, który jest dawcą życia.

Chrystus przychodzi, aby ukazać nam życie, które nie zależy od tego świata, ale całkowicie od Boga. Mówi: „Ja jestem chlebem życia"! - chlebem żywym - kto do Mnie przychodzi, kto się ode Mnie uczy, kto we Mnie wierzy, kto Mnie spożywa - odkrywa tę samą prawdę.

Chrystus dlatego był gotowy oddać za nas swoje życie, ponie­waż Jego życie pochodziło od Boga, miało swoje źródło w Ojcu. Dlatego właśnie wchodzi w śmierć - „posłuszny aż do śmierci krzyżowej" - bo Ojciec daje mu życie i uwalnia Go od sądzenia, pretensji i przemocy. Oddaje życie za tych, którzy Go krzyżują: On jest chlebem życia.

Pokazuje nam jak żyć na tym świecie, który jest w jakimś sen­sie pustynią dla każdego z nas. Można przejść przez tę pustynię powierzając się Bogu, przyjmując Eucharystię, karmiąc się chle­bem życia, którym jest Chrystus. Mamy pragnąć takiej samej mentalności, takiej samej postawy, jaką On ma.

Człowiek zjednoczony z Bogiem wie, że przechodzi przez pu­stynię, że są próby, że nie zna drogi, że przyjdzie cierpienie, przyj­dzie śmierć. Ale wie także, że moje życie ma tę wielką perspektywę - tam gdzie Chrystus oczekuje na mnie: „Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie".

Słowo Boże pyta dzisiaj każdego z nas: Na jakiej jesteśmy dro­dze, czego się uczymy w naszym życiu - czy naprawdę wiary i za­ufania do Boga? Czy nie ulegamy tym złudzeniom, że cokolwiek na tym świecie zaspokoi moje serce?

W drugim czytaniu Św. Paweł mówi: „Zaklinam was w Panu, abyście już nie postępowali tak, jak postępują poganie z ich próż­nym myśleniem. (...) Nie tak nauczyliście się Chrystusa. (...) Co się tyczy poprzedniego sposobu życia, trzeba porzucić dawnego czło­wieka, który ulega zepsuciu na skutek kłamliwych żądz".

Porzucić starego człowieka" - stary człowiek to ten, kto próbu­je sam dla siebie być bogiem - ten, kto chciałby za wszelką cenę kierować swoim życiem - a kiedy mu nie wychodzi, to załamuje się albo wpada w rozpacz, często traci wtedy wiarę, obraża się na Boga.

Człowiek, który ulega kłamliwym żądzom, często właśnie w rzeczach tego świata pokłada nadzieję - że przyjemności, do­znania, zaszczyty, bogactwo - pogoń za tym wszystkim uczynią mnie szczęśliwym. Oszukany jest wielokrotnie i ciągle dalej tego szuka, bo kieruje się swoimi żądzami i nie zgadza się na żadne ograniczenia i żadne cierpienia - chciałby panować nad wszystkim.

Człowiek cielesny, pełen żądz - mówi św. Paweł - „ulega ze­psuciu na skutek kłamliwych żądz". To może być też nasza posta­wa. Nie możemy ulegać złudzeniom, że ten, kto jest w Kościele, tak nie myśli. Można być w Kościele i też tak myśleć - pragnąć wielu rzeczy z tego świata, albo oskarżając, jeżeli nie Boga wprost, to może całą rzeczywistość, że tego czy tamtego mi brakuje - bo gdybym to miał, to byłbym szczęśliwy...

Bóg mówi: Nie! Bóg sam do życia wystarczy - można żyć na pustyni, można zdać się na tę sytuację, że Bóg mnie prowadzi jak chce. Dopuszczając, że przyjdzie też nieraz godzina próby, bo czy Chrystus nie mówi: „Kto chce pójść za Mną, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje"?

Jaką próbą jest nieraz dla człowieka, gdy przyjdzie choroba, gdy przyjdzie starość - kiedy nagle jest wytrącony z normalnego życia. Przez wiele godzin jest sam i musi zmierzyć się z cierpie­niem, z przemijaniem. To jest też próba, w której mam się uczyć wiary, zaufania do Boga, przylgnięcia do Niego. Chrystus, który będzie dla mnie wtedy pokarmem życia, będzie w tej godzinie bli­sko mnie i będzie prowadził mnie w przekonaniu, że Bóg moje życie zna i On nim kieruje.

Mówi dalej św. Paweł: „Dlatego odnawiajcie się duchem w wa­szym myśleniu. Przyobleczcie człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga w sprawiedliwości i prawdziwej świętości".

Przyobleczcie człowieka nowego" - a nowy człowiek? Najkró­cej mówiąc: to Chrystus. Z Jego mentalnością, z Jego postawą - to jest „nowy człowiek", który całkowicie ufa Ojcu, Jego wolę wypeł­nia i nie boi się żadnych prób, bo sam powie: „Ojciec jest ze Mną".

Przyoblec się w nowego człowieka - chciejmy przeżywać na­sze życie, które Bóg dla każdego z nas zaplanował, właśnie z takim pragnieniem, by codziennie ufać Bogu. Nie bójmy się prób, które muszą być wpisane w nasze nawrócenie, w nasze życie duchowe.

Przez wiarę będziemy doświadczali, że Bóg da nam to wszyst­ko, czego do życia potrzebujemy. Podobnie jak przewidział dla Izraelitów na pustyni chleb, wodę, mięso. Bóg chce byśmy byli ludźmi wiary, ludźmi o tej nowej mentalności, „stworzonymi na Jego obraz w sprawiedliwości i prawdziwej świętości". Amen.

 

 

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

Słowo, które czytamy dziś jest bardzo mocne. Nie chodzi tylko o to Słowo zapisane w Biblii, przypominające pewną historię z życia Izraela. To Słowo, jak światło, interpretuje wydarzenia z życia każdego z nas, z życia też każdego pokolenia i każdego narodu. Zawiera pouczenie, prawdę cenną dla ludzkiego życia. Może nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak bardzo dotyka naszej egzystencji słowo mówiące „nie samym chlebem żyje człowiek".

Izraelici poszli do Egiptu, gdy w ich ojczyźnie nastał głód. Począt­kowo żyło się im w Egipcie bardzo dobrze, zajęli żyzną krainę, zapomnieli o głodzie, ale zapomnieli też o Bogu. Bardzo szybko ich sytuacja się zmieniła, stali się niewolnikami Egipcjan, którzy przerazili się ich rozwojem, liczebnością ich dzieci. I zaczęli ich uciskać, wykorzystywać, posyłać do najcięższej pracy, a nawet zabijać ich dzieci. I przypomnieli sobie Izraelici o Bogu i zaczęli wołać o wyzwolenie.

Czy to nam nic nie przypomina? Ponieważ człowiek naprawdę ma w sobie pragnienie chleba, tę pokusę zabezpieczenia życia, łatwo może ulec obietnicom, złudzeniu, że człowiek żyje tylko chlebem. Czy nie pamiętamy czasów, gdy wszyscy mieli mieć „po równo", a to znaczyło najczęściej ubóstwo czy nędzę. A dziś, gdy budując nowy świat, niektórzy z polityków mówią, że Bóg nie jest nam potrzebny, tzn. zbudujemy przyszłość bez Boga, pełną obiet­nic dobrobytu, pracy, dotacji, kapitałów. Najczęściej mówiąc o rozwoju, o przyszłości, mówi się tylko o materialnej stronie ży­cia. Ale przecież człowiek żyje nie samym chlebem! Jak bardzo niszczy życie ludzkie to sprowadzenie go tylko do poziomu chleba. Powie św. Jakub „skąd się biorą wojny, skąd kłótnie między wa­mi? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć" (Jk 4, 1). Skąd się biorą wojny między nami, skąd korupcja, niesprawiedliwe zyski, nieproporcjonalne pensje, zdzierstwo właścicieli, morder­stwa, pomnażanie nieuczciwe kapitału. Właśnie z naszych żądz! Ta wizja człowieka sprowadzonego tylko do zjadacza chleba u jed­nych rodzi zachłanność bez granic (czytaliśmy kilka dni temu w prasie w jak wielu supermarketach nie wypłaca się pracownikom pełnych wynagrodzeń), pieniądz zabija sumienie tak bardzo, że biorąc niebotyczną pensję, bo jestem dyrektorem, albo pracowni­kiem telewizji, przestaję widzieć biedę.

A dalej przy takiej wizji społeczeństwa, tylko konsumpcyjnego, nie ma miejsca dla ludzi chorych i starszych, nie ma na ich lecze­nie, nie ma dla nich miejsc pracy. Najlepiej, żeby ich w ogóle nie było. Stąd pomysły o eutanazji, stąd ciągła walka z poczętym ży­ciem o domaganie się prawa do aborcji. To wszystko z wizji świata bez Boga i życia bez Boga. Stąd również żądanie prawa do tego, aby człowiek realizował siebie samego jak chce, tzn. uciekał od cierpienia w każdy sposób, od trudnego małżeństwa, od kolejnego dziecka, od wymagań moralnych. Ta pokusa chleba dotyka nas wszystkich. Możemy nie posiadać i pragnąć, i zazdrościć, i też żyć złudzeniem, że gdybym miał więcej, byłbym szczęśliwszy. Jak często można usłyszeć, że właśnie rzeczy materialne kierują na­szym życiem, np. nie stać nas na drugie dziecko, nie mam pracy, nie mam mieszkania, jestem nieszczęśliwy z tego powodu. Bieda jest oczywiście nieszczęściem. Ale Bóg nam dzisiaj mówi, że nie samym chlebem żyje człowiek. Życie nasze nie zależy od naszego mienia. Pamiętamy z Ewangelii: „Zgromadziłeś wiele dóbr, mó­wisz, mogę teraz ich używać, ile zechcę - głupcze, tej nocy zażą­dają twej duszy od Ciebie".

Właśnie dlatego Bóg wyprowadza swój naród na pustynię, że­by ratować swój lud. Chce zbadać ich serce, czy naprawdę będą Mu posłuszni. Tam ich uczy każdego dnia, że na pustyni można żyć. Trzeba tylko ufać Bogu, chodzić Jego drogami. Bóg podczas tego przejścia przez pustynię uczył swój lud wiary. Uczył, że nie rzeczy materialne ratują i zabezpieczają ludzkie życie, ale Bóg. Co na to Izraelici? Szemrali przeciwko Bogu. „Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzie zasiadaliśmy przed garnkami mięsa i chleb jadali do sytości". Lepiej było umrzeć w Egipcie, gdzie było co jeść, niż żyć na tej pustyni z łaski Pana. Zobaczmy, czło­wiek szuka zabezpieczenia, świętego spokoju, małej stabilizacji. I cały czas, często przez rzeczy materialne, chce osiągnąć szczę­ście. Czym innym jest życie na pustyni, czym innym jest życie w drodze. I to jest bardziej bliskie prawdy o naszym życiu. Bo tak naprawdę nic nie możemy zabezpieczyć, nic nie możemy zatrzymać.

Jesteśmy ludem w drodze. Bóg i nas prowadzi wiele razy „na pustynię", prowadzi tam całe pokolenia i narody, żeby nas uczyć wiary i pełnej prawdy o naszym życiu. Człowiek nie żyje tylko samym chlebem, człowiek jest powołany do czegoś więcej, jak również przeznaczony jest do życia wiecznego. Tak mówi o tym św. Paweł „Nie chciałbym bracia, żebyście nie wiedzieli, że nasi ojcowie wszyscy, co prawda, zostawali pod obłokiem, wszyscy przeszli przez morze, wszyscy też spożywali ten sam pokarm du­chowy i pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im skały, a ta skała to Chrystus. Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg, polegli bowiem na pustyni. Stało się zaś to wszystko, by mogło posłużyć za przykład dla nas, abyśmy nie pożądali złego, tak jak oni pożądali. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektó­rzy z nich, według tego, co jest napisane: zasiadł lud, by jeść i pić, i powstali, aby oddawać się rozkoszom. Nie oddawajmy się też rozpuście, jak to czynili niektórzy z nich... I nie szemrajcie jak niektórzy z nich szemrali, i nie wystawiajcie Pana na próbę, jak wystawiali Go niektórzy z nich i poginęli na pustyni od jadowitych wężów. A wszystko to zapisane zostało ku naszemu pouczeniu" (1 Kor 10, 1-11).

Jak więc mamy żyć? Co ma być naszym pokarmem? Na pusty­ni żyje ten, kto słucha Boga, chodzi Jego drogami, z uległością dziecka pozwala się Bogu prowadzić. Żyje ten, kto przyjmuje wy­darzenia swojego życia, jak Boże prowadzenie i dostrzega te, które są, jak wyprowadzenie na pustynie, gdzie Bóg chce mnie uczyć wiary. Jak napisał ks. Jan Twardowski: „Wiara tam się zaczyna, gdzie rozum się kończy". To może być twoja choroba, czy starość, która każe inaczej spojrzeć na całe swoje życie. To może być ko­lejne dziecko, które Bóg każe ci przyjąć z zaufaniem Jego woli. To może być jakaś trudna sytuacja w rodzinie, w małżeństwie, której nie możesz udźwignąć, brak miłości, niedostatek, kłopoty z dzieć­mi. Wszystko, co przypomina ci tę pustynię. Nie uciekaj od tego, zaufaj Bogu, u Niego szukaj schronienia.

Pamiętacie, jak diabeł mówił do Chrystusa na pustyni: „Zamień kamienie w chleb, dlaczego masz cierpieć głód? Dlaczego masz przeżywać tę trudną historię, to trudne życie, jakie Ojciec dla cie­bie przewidział?" A Chrystus? Odejdź ode mnie szatanie, bo nie samym chlebem żyje człowiek i nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga Twego...

Powie też Chrystus: „Kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje". Powie też: „Pokarmem moim jest pełnić wolę Ojca. Pyta dziś Chrystus tłumy, które Go szukały: „Dlaczego mnie szukacie? Dlatego, że jedliście chleb do sytości?

Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki. Tym pokarmem jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu".

Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Ja jestem chlebem życia, Kto do mnie przychodzi, nie będzie łaknął, a kto we mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Ja jestem chlebem Życia. „Dlatego, trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek kłam­liwych żądz, a odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przy­oblec człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga" (Ef 4, 23).

I jeszcze inny fragment ze św. Pawła. Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem wspólnego ma sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Belialem, lub wierzącego z niewiernym? Co łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego według tego, co mówi Bóg: „Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. Przeto wyjdźcie spo­śród nich, i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a ja was przyjmę, i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący".

 

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Kto przychodzi do Chrystusa ten nie będzie łaknął

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Kto przychodzi do Chrystusa ten nie będzie łaknął

Centralną myślą przeczytanego fragmentu Ewangelii jest zesta­wienie ze sobą dwóch pokarmów: tego ziemskiego, który ginie i tego, który trwa na wieki. Jezus mocno podkreśla, aby w życiu troszczyć się przede wszystkim o chleb z nieba, który daje nam Bóg. W pierwszym odruchu kojarzymy te słowa z darem Eucharystii, która jest Ciałem Chrystusa. Jak mówił Syn Boży, kto je spożywa nie umrze na wieki. Ale dzisiejsze słowa Jezusa możemy odczytać chyba nieco szerzej. Chrystus bowiem mówi: Jam jest chleb życia.

Czyli chlebem jest nie tylko Jego Ciało, ale i Jego słowo, Jego miłość, mądrość, prawda. I aby żyć na wieki, tym wszystkim powin­niśmy się karmić i napełniać. W tej perspektywie wspomniane na początku zestawienie odczytać można jako okazję do postawienia pytań: czy w życiu opieramy się o naszą ludzką mądrość, czy też o tę, która przychodzi z wysoka? Czy polegamy na naszym postrze­ganiu świata, czy spoglądamy na rzeczywistość oczami Zbawiciela? Czy sami określamy, co jest dla nas dobrem i szczęściem, czy ufamy w tej materii słowu Bożemu? Można bowiem, pozostając człowie­kiem bardzo religijnym, podporządkować wiarę swoim ludzkim zamiarom. Tak było w przypadku osób, które Chrystus nakarmił chlebem. Rozpoznały one w Nim wielkiego proroka, ale szukały Go jedynie po to, by dalej jeść do sytości. Musimy więc wszyscy czu­wać i stawiać sobie pytania: czy to ja określam cele, jakie Bóg ma spełnić dla mojej potrzeby, czy wchodzę pokornie na drogę, którą On sam mi wyznacza? Czy chcę Go sprawdzać, kontrolować i rozli­czać, czy ufam Mu całym sercem? To bowiem było i jest odwieczną pokusą człowieka: zapanować na Bogiem. Niech nas karmi, uzdra­wia, strzeże, niech nam rozwiązuje problemy i przy tym niech wszystko wyjaśnia, niczym nie zaskakuje, niech będzie przejrzysty i przewidywalny. Echo tej pokusy przebrzmiewa w pytaniu, jakie usłyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, a które tłum postawił Jezuso­wi, gdy odnalazł Go na drugim brzegu jeziora: Rabbi, kiedy tu przy­byłeś? Żydzi są zdziwieni i zaskoczeni. Od chwili, kiedy Jezus na­karmił tysiące, stał się dla nich kimś niezwykle cennym. Zapewne nie spuszczali Go z oczu, a jednak Zbawiciel opuścił ich w sobie tylko wiadomy sposób. I dla nich teraz to jest najważniejsze: jak On to zrobił, że umknęło to ich kontroli? To są często pytania urażonej ludzkiej pychy stawiane Bogu: jak? dlaczego? po co?

Przez tę chęć dominowania nad Stwórcą wielu ludzi straciło wiarę i odeszło od Kościoła. Zazwyczaj bardzo o coś Boga prosili, o coś u Niego zabiegali, były modlitwy, intencje Mszy Św., ofiaro­wane posty czy pielgrzymki. I nic. Nic się nie stało. Nie zmieniło na lepsze. Smutek i przeciwności nie ustąpiły. Jak łatwo wtedy dojść do wniosku: nic Boga nie obchodzę. Jak łatwo uwierzyć podszeptom szatana, że On w ogóle nie istnieje, a Kościół tylko żeruje na ludz­kim nieszczęściu. Tak może się stać, kiedy będziemy chcieli wtło­czyć ogrom Bożej mądrości w nasze pojmowanie, co dla nas jest dobre, co jest prawdziwym szczęściem. Nie tak dawno usłyszałem na jednym z kazań bardzo ciekawy przykład. Opowiada on o żołnie­rzu, który brał udział w jakiejś współczesnej operacji wojskowej. Przez cały czas trwania służby miał on ze sobą oswojonego, jadowi­tego węża. Hodował go od małego, karmił, głaskał i starał się z nim nie rozstawać. Nawet teraz w wojsku trzymał go w plecaku. Pewne­go dnia żołnierz ten udał się na zwiad. W jakimś momencie, znużo­ny marszem położył się i zasnął. Kiedy obudził się, z przerażeniem stwierdził, że jego wąż wyszedł z plecaka i tuż obok jego twarzy przyjął pozycję gotowości do ataku. Żołnierz zrozumiał, że jeśli choćby drgnie, to zginie ukąszony. Zamarł więc w bezruchu i patrzył się w oczy węża. Cały był przestraszony i wściekły. Tyle czasu się nim opiekował, karmił go, a teraz to zwierzę chce go zabić? Mijała minuta za minutą. Żołnierz myślał: może moi koledzy zauważą że nie wracam i zaczną mnie szukać? Jednak pomoc nie nadchodziła. W pewnym momencie wąż opuścił głowę i wślizgnął się pomiędzy skały. Przerażony żołnierz mógł dopiero wtedy wstać i wrócić do swego obozu. Kiedy tam dotarł, zamarł w przerażeniu: wszyscy jego koledzy zostali wymordowani przez nieprzyjaciela. Nikt nie przeżył. Ocalał tylko on. Ocalał tylko dlatego, że wąż przytrzymał go poza obozem pozorowaniem ataku. Zrozumiał to dopiero wtedy, gdy pa­trzył na pomordowane ciała kolegów. A czy my, nie przeklinamy często rzeczy, które są dla nas w rzeczywistości ocaleniem życia? Może teraz przykuła cię do łóżka choroba, może z braku pieniędzy nie wyjechałeś na wakacje, może nie dostałeś się na wymarzone studia i jesteś teraz pełen wściekłości, buntu, goryczy. Czy jesteś pewien, że twoja ocena jest słuszna? Czy dopuszczasz myśl, że mo­że Bóg w swojej opatrzności ocala ci życie i chroni od tragedii?

Przypomina mi się w tym momencie jeszcze pewien króciutki film. Pewna kobieta jedzie sama samochodem na jakimś ponurym odludziu. Nagle samochód psuje się i staje w miejscu. Kobieta jest bardzo zaniepokojona i próbuje uruchomić pojazd. Niestety silnik odmawia posłuszeństwa. Nagle obok samochodu nie wiadomo skąd pojawia się odrażający mężczyzna. Wygląda na chorego psychicz­nie. Nic nie mówi tylko bełkocze. Macha rękami, chce dostać się do środka samochodu. Kobieta jest przerażona. Bezskutecznie przekrę­ca kluczyk w stacyjce i blokuje drzwi. Nieznajomy wybija szybę i chce kobietę wyciągnąć za nogi z samochodu. Ona krzyczy, trzyma się kurczowo kierownicy, jednak mężczyzna jest silniejszy i wyciąga kobietę, która upada na ziemię. I w tym momencie z ogromną siłą uderza w samochód pociąg. Kobiecie bowiem samochód zepsuł się i zatrzymał na akurat na przejeździe kolejowym. Miejscowy przy­błęda, niemowa chciał jej to pokazać, chciał ją ostrzec, ale nie mógł inaczej jej uratować, jak tylko wyciągając siłą z samochodu. Wielu z nas różnego rodzaju wydarzenia odciągnęły od wymarzonej drogi życia. Kurczowo trzymaliśmy się swoich pragnień, byliśmy przera­żeni, gdy wymarzone plany oddalały się bezpowrotnie. I nie wie­dzieliśmy i może nie wiemy do dziś, że pociąg śmierci i piekła je­chał już wtedy wprost na nas.

Bóg nieustannie przypomina ludziom: miejcie wiarę i szukajcie tego, co w górze, a nie tego, co na ziemi, a wtedy zrozumiecie swoje życie. Ludzie jednak często nie słuchają Boga, chcą być panami swego losu, chcą wszystko po ludzku zrozumieć i ocenić i z tego powodu bywają bardzo nieszczęśliwi. Mają przy tym pretensje do Boga, że świat źle jest urządzony. Spotkałem się między innymi z takim zarzutem: po co Bóg daje nam tak wielkie pragnienia, skoro praktycznie pozostają one ciągle niespełnione? Aby odpowiedzieć na to pytanie posłużę się porównaniem. Gdyby jakieś nienarodzone dziecko miało już w łonie mamy rozwiniętą inteligencje mogłoby logicznie zapytać: po co Bóg dał mi ręce i nogi? Przecież nie są mi do niczego przydatne. Małe dziecko tego by jeszcze nie wiedziało, że ręce i nogi bardzo przydadzą mu się w nowym życiu, kiedy wyj­dzie już z łona matki. Podobnie jest i z nami. Bóg teraz przygotowu­je nas na wejście w nowe, pełne życie. Chce rozbudzić w nas pra­gnienia wieczności i nieskończoności. Niejednemu człowiekowi, który myśli jedynie po ludzku, to dziś przeszkadza. On chce zredu­kować swoją egzystencję do jedzenia, poczucia bezpieczeństwa, seksu, życia towarzyskiego i tym podobnych. A Stwórca się na to nie godzi. On chce wyciągnąć nas nieskończenie wyżej. Jezus cały czas o tym ludziom przypominał. Także głodem, który zaszczepił w sercu człowieka. Wiesz, po co w tobie dziś takie pragnienie wiel­kości? Byś był zdolny kiedyś przyjąć godność obywatela niebios. Wiesz dlaczego tak szukasz ciągle akceptacji i miłości? Żebyś kie­dyś mógł kontemplować samego Boga. Teraz, na ziemi te dary by­wają uciążliwe i nawet, uważając je za zbyteczne, staramy się je zagłuszyć. Ale one są dane na przyszłość, na nowe życie. Jak niena­rodzonemu niemowlęciu ręce i nogi. Jezus ciągle przypominał, że chce dać ludziom coś przeogromnego. Przypominał także przez to, że kiedy rozmnażał chleb, to zawsze zostawały całe kosze ułomków To dziwne, bo przecież, jako Wszechwiedzący Bóg powinien prze­widzieć, co do okruszka, ile chleba należy rozmnożyć, a jednak zaw­sze zostawał spory naddatek. Dlaczego? Odkryła to Św. Faustyna Kowalska. Zacytuję fragment jej Dzienniczka: „Dziś rano wzięłam się do roboty szydełkiem. Świadomość obecności Bożej pobudziła mnie do tego, że rzekłam do Pana: proszę Cię, daj łaskę nawrócenia tylu duszom, ile dziś ściegów zrobię tym szydełkiem. Wtem usłysza­łam w duszy te słowa: Córko moja, za wielkie są żądania twoje. Jezu, przecież Tobie jest łatwiej dać wiele niż mało. Tak jest, łatwiej mi jest dać duszy wiele niż mało. Córko moja miła, czynię zadość prośbie twojej". To jest tajemnica Boga. Jemu jest łatwiej dawać dużo niż mało. To jest źródło wielu nieporozumień. Ludzie odrzuca­chrześcijaństwo, bo nie spełniło ich nadziei, a stało się tak, bo obiegali w swoim życiu religijnym tylko o ten chleb, tylko o to szczęście, które ginie. Ktoś może jednak zaprotestować i przypo­mnieć, że Jezus jednak dawał ludziom zwykły chleb, wino, uzdra­wiał ich z rozmaitych chorób. Tak, lecz czynił to tylko, by objawić im swoją moc, by obudzić w nich głód życia wiecznego. Kiedy pra­gnienia doczesne zaczynały dominować w sercach ludzkich, Zbawi­ciel odchodził od tłumów. Bardzo ciekawie ujął ten problem poeta Tadeusz Różewicz w wierszu Nieznany list. Jezus zwraca się w nim do Maryi w następujących słowach:

Matko są tak ciemni i prości, że muszę pokazywać cuda robię takie śmieszne i niepotrzebne rzeczy, ale ty rozumiesz i wybaczysz synowi zamieniam wodę w wino wskrzeszam umarłych chodzę po morzu oni są jak dzieci trzeba im ciągle pokazywać coś nowego.

Drodzy Bracia i Siostry. Za nami czas powodzi. Kiedy słuchałem relacji z zalanych terenów, to bardzo często słyszałem słowa powo­dzian: kiedy woda zaczęła nas zalewać, wtedy każdy, cała rodzina, zaczęliśmy wynosić wszystko na górę, meble, telewizor, dywany. To, co udało się wynieść, ocalało. To, co zostało na dole uległo zniszcze­niu. Drodzy bracia i siostry: i tak jest w naszym życiu. Ocaleje to, co wyniesiemy na górę. Jeśli ktoś troszczy się jedynie o ziemski chleb, o pracę, pieniądze, dom, wykształcenie, to łatwo może zalać go smu­tek tego świata. Dla ocalenia najważniejszych w naszym życiu spraw trzeba je nieustannie wynosić ku górze. Przez modlitwę, lekturę Pi­sma Świętego, ożywianie swej wiary. Wtedy naszego życia osobiste­go, rodzinnego szatański kataklizm nie da rady zalać. Jezus wzywa nas, mobilizuje, nie daje zgubnego świętego spokoju, by tym ewan­gelicznym ogniem poruszyć nas ku darom nieskończonym. Podążaj­my za Nim umie pielgrzymką naszego życia. Ku górze.

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger