kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 3. "Dajcie mi chrześcijańskie matki"

kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 3. "Dajcie mi chrześcijańskie matki"
„Dajcie mi chrześcijańskie matki, a uratuję ginący świat" - słowa, które mówią o wartości matek i ich poświęceniu dla rodziny.
Pismo Święte, ta skarbnica Bożych myśli, zawiera wiele ciekawych tekstów, które podkreślają rolę, godność i zadania kobiety-matki. Posłuchajcie słów Pisma Świętego, hymnu pt. „Pochwała mężnej niewiasty", jest to niewątpliwie jeden z najpiękniejszych hymnów na cześć kobiety. Z Księgi Przysłów: „Niewiastę mężną któż znajdzie? Jej wartość prze­wyższa perły. Ufa jej serce małżonka, któremu na zyskach nie zbywa. Nie czyni mu ona zła, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia"- kobieta dobra i dzielna nazwana jest tu perłą, największym zyskiem, dobrocią i zaufaniem. I dalej: „Wstaje, gdy jeszcze jest noc i żywność rozdziela domowi, a obowiązki swoim domownikom”. Ile to razy w domu jest tak, że kobieta-matka, ostatnia idzie spać po ciężkiej pracy i długiej modlitwie, wstaje pierwsza, przygotowuje mężowi jedzenie i wyprawia go do pracy, a następnie czyni podobnie z dziećmi, wysyłając je do szkoły. Mówi dalej Pismo Święte „Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce"- dom dobrej kobiety to dom czynnego miłosierdzia, jakie to jest pouczające dla domowników, gdy biedny nie jest odpędza­li y od progu domu, a zawsze ma się dla niego dobre słowo i chętną po­moc w postaci jedzenia. „Kłamliwy wdzięk i marne jest piękno, należy chwalić niewiastę, co boi się Pana". Istotą każdej kobiety nie jest piękno zewnętrzne, ale osobista pobożność, która połączona jest z bojaźnią Bo­żą, bojaźnią grzechu, ustawicznym niepokojem o swój dom, by nikt nie utracił wiary, nie wykoleił się życiowo, nie poszedł na manowce. Dlate­go „Bóg ją wspomoże o świcie, bo jest w jej wnętrzu i dlatego nigdy się nie zachwieje...”. A św. Piotr Apostoł w swoim liście pisze: „Ich (kobiet) ozdobą, niech nie będzie to, co zewnętrzne, uczesanie włosów, złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca, o nienaruszal­nym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga. Tak samo bowiem i dawniej święte niewiasty, które miały nadzieję w Bogu, same siebie ozdabiały"
Zapytajmy, czy obecne kobiety, matki i dziewczęta odbijają w sobie taki nakreślony przez Pismo Święte ideał kobiecości, czy mają taką „iskrę Bożą" w sobie, by stanowić źródło szczęścia i powodzenia w na­szych rodzinach? Niestety, kobieta ery emancypacji całkowicie zatraciła ten ideał. Zaczęła myśleć o swym wyzwoleniu, równouprawnieniu płci, a zapomniała, że to ona ma być matką, wychowawczynią i kapłanką ogniska domowego. Natura obdarzyła was szczególnym uwrażliwie­niem na prawość, dobroć i tymi przymiotami powinniście promienio­wać na swój dom i poza nim, wszędzie.
Kornel Makuszyński pisał: „wszystko w świecie, prócz ludzi, chce pocieszać nieszczęśliwych - słońce i księżyc, morze i las, gwiazdy i kwiaty". Ich rolę powinna wziąć na siebie niewiasta, by ogrzewać, co zimne, oświecać, co ciemne, łączyć, co się rozpada. A pisarka niemiecka Gertruda von Le Fort stworzyła pojęcie wiecznej kobiecości. Polega ono na gromadzeniu w naturze kobiety uczuć delikatności, współczucia i przebaczenia, w stopniu niespotykanym vi mężczyzn. Ta przeciwwaga psychiczna dla brutalności świata dzisiejszego ma bardzo wielkie zna­czenie. Wojny, grabieże, napady, rozwinęli do potwornych rozmiarów mężczyźni, a zatem żelazu i pięści trzeba przeciwstawić subtelne serca kobiet. Powiedział ktoś trafnie, że dobro nie miało dotychczas swojej historii, gdyż prawdziwą historią jest historia zła.
Reżyser francuski Greville mówi: „kobiety bardzo lubią matematykę, bo dzielą swój wiek przez dwa, mnożą cenę swej sukni dwa razy, odejmują mężom połowę ich zalet i dodają rywalkom przynajmniej 10 lat życia" - a więc gadulstwo i zazdrość. Całe szczęście, że te ich wady nie doprowadziły do wybuchu wojen światowych, bo byłoby ich znacznie więcej.
Jakie cnoty powinna mieć dobra kobieta? Już wiele słyszeliśmy. „Bez wiary nie można podobać się Bogu"- dodajmy, że i ludziom. Bez takiej wiary nie można sobie wyobrazić kobiety-matki. Bez głębokiego przeżycia zasad wiary niemożliwa jest jakakolwiek doskonałość. Na­stępną cechą jest skromność, wymaga jej natura, która źródło życia osła­nia zwyczajnie tajemnicą. Czystość obyczajów czyni niewiastę miłą Bogu i ludziom. Musi ona unikać nawet cienia podejrzeń, żeby samej nie narobić sobie kłopotów i narazić się na obmowy innych. I wreszcie posłuszeństwo. Coraz mniej się o tym mówi. Dlaczego tyle rozwodów w katolickiej Polsce i tyle porzuconych dzieci? Bo dwie urażone pychy się spotkały i nie mogą się pogodzić. Dochodzi do kłótni, awantur, a wszystko kończy się na sali są­dowej. „Niewiasty bądźcie poddane mężom swoim" - to poddaństwo nie jest jakimś upokorzeniem, ale wzajemnym poszanowaniem. On jest głową rodziny, ona jej duszą. W takim domu panuje spokój i zgoda, o czym mówi Fredro: „Zgoda, zgoda, a Bóg rękę poda".
Każda niewiasta musi mieć oczy i serce zwrócone na Maryję - pokorną Służebnicę Pańską i Ją naśladować. Bez tego nie może być dobrą matką i postępować według zasad Bożych. W walce ze złem nie jeste­śmy sami ze złem, Bóg nie skąpi nam swej łaski, jest z nami Chrystus w tabernakulum, w Eucharystii - źródło wszelkiej świętości.
Ludwik Bleriot, pilot francuski, który pierwszy przeleciał nad kanałem La Manche, kazał wybić z tej okazji wotum dziękczynne - medal i na jednej stronie umieścił kościół z Normandii - jego rodzinnego miasta, a na drugiej obraz Matki Bożej z napisem „Patrz na Nią i wzbijaj się do lotu".
Spotkałem w swoim życiu kapłańskim wiele wspaniałych kobiet, każda z nich pałała wielką miłością do Matki Bożej, wpatrywała się w nią, naśladowała jej cnoty. I ta miłość do Matki Niebieskiej uskrzydlała je do pięknego, wzorowego życia. I chociaż niewiasty nie zbudowały wielkich piramid egipskich, nie napisały Iliady czy Hamleta, to jednak przez ciche, pokorne życie, ruszyły z posad bryłę świata w kierunku dobra i miłości. Stały się pod tym względem prawdziwymi geniuszami dobroci i miłości. Hipolit Taine pisze: „Ludzie zapoznają się 3 tygodnie, kochają się 3 miesiące, kłócą się 3 lata, a 30 lat się znoszą - zaś dzieci ich zaczynają to samo od nowa". Czy aż tak źle przedstawia się małżeństwo?!
Źródłem stałości rodziny jest silna wiara. Odbywał się ślub w kościele. Ślub był niezwykle uroczysty, wszystkie światła świeciły się ja­snym blaskiem. Dekoracje z kwiatów na ołtarzu i w kościele. Przepiękna gra organów marsza weselnego Mendelsona. Kiedy orszak weselny opuścił kościół, zaraz przyszedł kościelny i pogasił światła jedne po drugich, umilkły organy, usuwano kwiaty z kościoła. Po chwili ciem­ność zaległa w kościele i na ołtarzu, co dopiero tak rzęsiście oświetlo­nym. Tylko światło wiecznej lampki pozostało. Podobnie gasną jedna po drugiej radości tego życia, a jeśli mąż i ojciec jest pijakiem, to gasną bar­dzo szybko. Oby w tej ciemności rodzinnej nie zagasła wieczna lampka serca matki i żony, wieczna lampka wiary, miłości, cierpliwości i mo­dlitwy. Uprzyjemniaj mężowi życie rodzinne, a nie zwabią go koledzy, nie zwabi go lokal gastronomiczny... Strzeż, broń męża przed utratą wiary. Gdzie bowiem światło wiary zgaśnie, łatwo załamie się wierność małżeńska, tam się załamie szczęście rodzinne, ratuj męża, ratuj dzieci przed takim nieszczęściem. Zachwiała się wiara w Boga, w ludzi, w Oj­czyznę, czeka nas wielka próba dziejowa własnej wiary, miłości i roz­tropności. Kiedy król Saul był pełen smutku i zwątpienia, wtedy młody Dawid zaczął grać przed nim na harfie, a słodkie tony strun rozproszyły czarne chmury jego myśli i ukoiły smutne serce króla. I ty również, gdy szatan trapi duszę twojego męża, porusz najsłodsze struny swego serca, struny wiary, nadziei, miłości, pociechy, a rozproszysz czarne myśli i pocieszysz jego serce. Stań się dla męża żywym katechizmem, niech odczuje w twojej uczciwości i sumienności siłę wiary, wartość religii i zdrowej pobożności. Niewiasty katolickie ratujcie wiarę swoich mężów. To, że on jest taki obojętny religijnie, chodzi rzadko do kościoła, raz na rok do spowiedzi, to może jest i twoja wina, bo się mało modlisz, za mało poświęcasz, za mało mówisz, a za dużo jest kłótni, podejrzeń, lek­komyślnego traktowania, a to się mści na całej rodzinie.
Matka to najpiękniejszy kwiat natury, stoi na usługach Boga, na usługach narodu, matka to godność najwyższa, to urząd najważniejszy... Ale cóż to za matka, co się synami i córkami brzydzi, co boi się dziecka. Cóż to za matka, ta współczesna matka, co karmi się wiadomościami z broszur i szmir kobiecych, to drzewo nie rodzące owoców, to wypacze­nie, zwyrodnienie matki, to degeneracja. I czy takie matki i żony będą szanowane przez męża i dzieci. Nigdy!
Kościół w oparciu o Pismo Święte uważa za moralną regulację urodzin środkami naturalnymi. Za naturalne środki uważa się stosowanie metody fizjologicznej, o której można dowiedzieć się w Parafialnej Poradni Rodzin­nej. To wszystko musi być pod kontrolą lekarza katolika, nie można się tłumaczyć, że u mnie to przebiega inaczej. Bo wszyscy chętniej wybierają to, co łatwiejsze, aniżeli to, co przychodzi trudniej. Najskuteczniejszym środkiem naturalnym jest opanowanie siebie i wzajemna wstrzemięźliwość małżonków, zwłaszcza mężczyzny. Motywem regulacji urodzeń mogą być warunki zdrowotne, względy gospodarcze, a nigdy wygodnictwo i ego­izm. Stąd ten system posiadania jednego lub dwojga dzieci doprowadza do takiego stanu, że matka jest niezdrowa, dzieci są niezdrowe, ojciec znerwi­cowany, a w małżeństwie jest dużo grzechów - zalegalizowana rozpusta. Kościół uważa za niemoralne stosowanie sztucznych czy chemicznych środków antykoncepcyjnych, a zwłaszcza zabijanie dzieci nienarodzonych.
Niezachowanie pod tym względem prawa Bożego mści się okrutnie na rodzinie, narodzie i całej ludzkości.
„Dajcie mi chrześcijańskie matki, a uratuję i naprawię walący się świat" - mówił papież Pius XII. Tak jest - dajcie mi dobre matki, a na­prawimy rodzinę, naród i cały świat. Można powiedzieć, że rodzina, dzieci, mąż, jak mają dobrą matkę i żonę, już są jedną nogą w niebie, a matka, jak mądrze, religijnie, po Bożemu poprowadzi rodzinę, stanie w niebie obiema nogami.
Wychowanie to sztuka nad sztukami, trzeba się uczyć jej przez całe życie. Pewna wdowa zamieszkiwała sutereny, gdzie nie docierały pro­mienie słońca, dlatego swoje kwiatki wystawiała co dzień na słońce, na światło. Wasze kwiatki, to wasze dzieci. Jeśli chcecie, żeby się właściwie rozwijały, kwitły i rosły na duszy i ciele, to je wystawiajcie na zbawien­ne działanie słońca łaski Serca Jezusa i Serca Maryi. Kiedy tak patrzy się na rodziców, kiedy się ma styczność z dziećmi i młodzieżą, to daje się łatwo zauważyć, że nie należy narzekać na dzieci i młodzież, ale cierp­kie słowa krytyki trzeba kierować pod adresem rodziców. Nieraz pyta­łem zarówno dzieci, jak i młodzież: dlaczego nie obchodzisz pierwszych piątków? Bo rodzice moi nie chodzą. Dlaczego nie modlisz się rano i wieczór? Bo moi rodzice tego nie czynią, jeśli czynią to bardzo rzadko. Dlaczego opuszczasz Mszę Św.? Bo moi rodzice często opuszczają Mszę św. niedzielną i świąteczną. I tak można by długo podawać przykłady i zachowania poszczególnych przykazań przez młode pokolenie, a ono tłumaczyć to będzie tym, że rodzice, starsi tego nie czynią.
Kochane Matki! Wy dziś decydujecie o losach ludzkości, decydujecie o być lub nie być naszego narodu, tego za was nikt nie zrobi ani Ko­ściół, ani państwo, ani szkoła, żadna instytucja wychowawcza. Wam w tej trudnej pracy mogą jedynie pomóc wymienione instytucje, ale nigdy nie wychowają dziecka bez was, prawdziwego człowieka, który w myśli Bożej jest stworzony i przeznaczony do świętości.
Wy macie wypuścić w świat dziecko dobrze wychowane. Dziś rodzice są przewrażliwieni na punkcie swej pociechy, każda prawdziwa matka kocha swoje dziecko, ale niekiedy ta „małpia" miłość może wy­rządzić dziecku krzywdę. Moje dziecko jest święte, idealne, złote, tylko inne dzieci to łobuzy, chuligani, bandyci itd. A nie dostrzegasz, że dziecko cię okłamuje, że przez nie płaczą inne dzieci, bo jednemu rozbił nos, drugiemu potargał ubranie lub popchnął do błota, a ty go chwalisz, że on da sobie radę w życiu. Dziś inni płaczą przez niego, a za kilka lat i ty zapłaczesz z jego powodu. Co powiedział Zdanowicz, zanim w Tar­nowie skazano go na śmierć? - „miałem trudne dzieciństwo". Komu wystawił świadectwo, jak nie swojej matce. Jego matka po ogłoszeniu wyroku na sali sądowej zemdlała, bo uświadomiła sobie, że źle wycho­wała swojego syna w dzieciństwie. A ten proces nauczycielki w Krako­wie? Nauczycielka została uderzona przez matkę w obecności całej kla­sy, za to, że ośmieliła się zwrócić uwagę jej dziecku. Dzisiejsze wychowywanie często nie przypomina wychowania. Dziecka nie wolno uderzyć rodzicom, księdzu, nauczycielom, nikomu. Dziecko wprost w oczy starszym mówi: „spróbuj mnie uderzyć, to ja wiem , gdzie się udać". I rośnie taki bożek, z wygórowaną ambicją i poczuciem wyższości, nikogo nie chce uznać za autorytet. I mamy to, co mamy. To prawda, nie można karać do przesady, ale musi wiedzieć, że gdy jest nieposłuszne, gdy krzywdzi innych, to poniesie karę.
Musimy na końcu postawić sobie pytanie: czy wychowuję dzieci, ucząc je szacunku do Boga, Kościoła, wychowawców i starszych? Czy modlę się razem z rodziną o dobre wychowanie? Czy interesuję się, co moje dziecko robi, jak spędza wolny czas, jak się zachowuje w miejscach, gdzie przebywa? Czy biorę udział w wywiadówkach szkolnych? Czy wychowuję je w szacunku do bliźnich? Czy dbam o religijne wychowanie dziecka?
Kochane Matki! Stańcie na wysokości swego powołania. Bo wasze powołanie jest piękne, wzniosłe, wspaniałe, zwłaszcza wtedy, kiedy wychowujecie dzieci dla Boga i ludzi, kiedy jako kapłanki życia rodzin­nego prowadzicie wszystkich do Boga. 


kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 2. Pomyśl, po co żyjesz

kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 2. Pomyśl, po co żyjesz
„Oto stoję u drzwi i kołaczę, jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy mi drzwi, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał".
„Pójdźmy na miejsca ustronne i odpocznijmy nieco" - słowa Chrystusa zachęcające do głębokiej refleksji rekolekcyjnej.

Ukochani Bracia i Siostry. Gdy, wychodząc z domu, włożymy rękę do kieszeni, spostrzeżemy, że kieszeń jest brudna, starannie ją wytrzepujemy, by chusteczka świeżo wyprana, włożona do niej, nie stała się brudna. Kiedy wkładasz na niedzielę białą koszulę, to niebawem zauważysz, że nie jest już tak czysta. Gdyby nie były czyszczone okna twego domu, zwłaszcza domu położonego przy drodze, wkrótce w twoim pokoju byłoby ciem­no. A cóż by to był za gospodarz, który by swojego podwórka nie za­miatał i nie grabił, nie wywoził śmieci i innych niepotrzebnych rzeczy, nie dbał o wygląd budynków gospodarczych czy inwentarza?
Podobnie i w naszej duszy. Po miesiącu, po roku narasta brud grzechu, przybywa złych nawyków i trzeba zrobić takie generalne przedświąteczne sprzątanie. Tym bardziej trzeba taki porządek uczynić przed największymi świętami - Wielkanocą. I po to są te rekolekcje. Nie dowiemy się tu niczego nowego. Tylko przez kilka dni mamy się tak dogłębnie zastanowić nad sobą. Uświadomić sobie po co żyję, zrzucić z siebie ciężar, który nas gniecie i powstać do nowego, lepszego życia. Pozwólmy poprowadzić się Chrystusowi, który zaprasza nas na swoją Ucztę, a On będzie przemieniał łaską swoją nasze życie. Pozwólmy Mu działać.
Wszędzie widzimy zmiany, np. gdy zajrzymy do sklepów, zoba­czymy wspaniałe towary ułatwiające ludziom życie, tylko człowiek po­został w tyle duchowo. Człowiek goni za szczęściem, a zapomina, że szczęście jedyne i całkowite jest w Bogu. Jesteśmy na ziemi jak turyści w górach, którzy tylko wtedy są bezpieczni i mogą zdobyć szczyt, kiedy trzymają się wyznaczonego szlaku. Podobni jesteśmy do dziecka, które poszło do miasta, ogląda wystawy, a zapomniało, po co do niego się wybrało. Człowiek zagoniony nieraz zapomina, jaki jest cel jego życia.
A to życie wcale nas nie rozpieszcza. Patrząc na dzisiejszy świat, rodzi się pytanie - do czego można by go porównać? Przychodzą na myśl rozmaite pomysły. Może do domu dla psychicznie chorych, gdzie obłąkanie ogarnia wielu, może do więzienia, gdzie skazańcy pokutują za swoje czyny, może do szpitala, gdzie ciężko chorzy narzekają na swój los, wylewając żale na całe swoje otoczenie. Powie ktoś - przesada, nadmierny pesymizm. To jest złośliwość, a złośliwością nikogo się nie nawróci. To prawda, że tak naszkicowany obraz świata jest przykry i ponury, ale wcale nie trzeba być pesymistą, by stwierdzić, że współcze­sny człowiek choruje i to ciężko. Choruje na brak wiary, jakiejś określo­nej idei, brak serca, brak zrozumienia, co więcej, cała ludzkość choruje, bo w pogoni za szczęściem obrała zły kierunek. Pomimo szalonego tem­pa techniki we wszelkich dziedzinach życia, czego wszyscy jesteśmy świadkami, człowiek jest jakiś zagubiony, biedny duchowo i nieszczę­śliwy, czuje się jak robak przygnieciony stopą przechodzącego prze­chodnia. Ludzkość jako całość nie znalazła dotąd ani dobrobytu, który jej wszyscy obiecywali, ani pokoju, stale w różnych częściach świata zagrożonego przez terroryzm, wojny i kataklizmy, a jej przyszłość zasnuta jest czarnymi chmurami jak nigdy w dziejach.
Do mnie nieraz mówicie: boję się, co nam przyniesie przyszłość? A przyszłość maluje się niepewna. To tak wygląda, jakby łóżko chorego otaczały setki lekarzy, ale żaden z nich nie może postawić trafnej dia­gnozy i przepisać skutecznego na obecne czasy lekarstwa. I oto kiedy w aptece ludzkiej nie znajdujemy lekarstwa, bo nie pomagają ani wielcy politycy, zjazdy i konferencje na mniejszym lub większym szczycie, taki czy inny ustrój społeczny, ani wyroki sądowe czy środki uspokajające, kiedy wyczerpaliśmy wszelkie sposoby leczenia, z rezygnacją patrzymy na powolne konanie człowieka i nas samych. Gdy patrzymy z przeraże­niem, jak trzeszczy w swych posadach małżeństwo, jak małżeństwem nazywa się coś, co nigdy małżeństwem nie było i nie jest, jak rodziny nie chcą mieć dzieci, jak wzrasta pijaństwo i rozpusta, jak wielu młodocia­nych przestępców zapełnia więzienia i domy poprawcze, to musi nas ogarnąć smutek, przygnębienie i rezygnacja. A dlaczego tak jest? Bo coraz mniej pamiętamy o Bogu i Bożych zasadach. Brak nam żywej wia­ry. To, co powiedział pewien Francuz zaniepokojony obrotem wojny z Prusakami: wiem dlaczego Prusacy nas biją, bo oni w coś wierzą, a my w nic. Tak, bo niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu. I do naszych znękanych umysłów i serc, zaniepokojonych obec­nym stanem, obecną rzeczywistością dociera ciche, delikatne pukanie łaski Bożej : „Oto stoję u drzwi twoich i kołaczę, jeśli usłyszysz mój głos i otworzysz drzwi, przyjdę do ciebie i będę z tobą wieczerzał". Tego Bożego głosu nie wolno nam zlekceważyć. Może jest to ostatnie wołanie do ciebie i do mnie.
„Stań i pomyśl" - mówią napisy na drogach angielskich. Stańmy i pomyślmy. Jaka jest nasza codzienna modlitwa? Powiedz mi jak się mo­dlisz, a powiem ci, jaką masz wiarę. Jakie jest moje uczestniczenie we Mszy Św.? Nieobecni na Mszy św. się nie liczą, są jak uschłe gałęzie na drzewie Kościoła. Czy praktykuję miłość do bliźnich? Czy szanuję ich ludzką godność? Czy dobrze biegnę? Może o moim biegu życia można powiedzieć: pięknie biegniesz, tylko że złą drogą i w niewłaściwym kie­runku. Trzeba wrócić na dobrą drogę, obrać właściwy kierunek. Czy przyświeca mi naprawdę cel, którym jest Bóg i spełnienie Jego woli? Czy wiemy, że tylko przez dźwiganie jarzma osiągniemy szczęście? A tymczasem człowiek chciał być wolny i wpadł w niewolę. Bo usłuchał podszeptów świata, podszeptów szatana, który często posługuje się ludźmi. Nie przejmuj się Bogiem, wtedy będziesz wolnym. Przykazania Boże - to dla starych, różaniec, modlitwa - to dwa dni przed śmiercią, żonę, męża - to miej jak chusteczkę do nosa, jak ci nie odpowiada to zmień. Dziecko to luksus, najwyżej jedno, a kto by sobie na więcej pozwalał. Kto ci przeszkadza w życiu, usuń go, jak nie pistoletem, kijem baseballowym to przynajmniej po dawnemu sztachetą. I tak wygląda ten raj człowieka "wolnego". Jako chłopiec czytałem w jednej z gazet, że zlikwidowano pałki milicjantom, bo wkrótce nawet milicjant nie będzie potrzebny. Ale tego nie zrobiono. A dzisiaj za mało jest stróżów porząd­ku, a nieraz na skrzyżowaniach dróg należałoby ustawić armaty, tak jak to było w stanie wojennym, a co drugi dom zamienić na więzienie. Jak kiedyś powiedziałem, że na naszym cmentarzu należałoby ustawić dwa kałasznikowy, dzieci pytały mnie, kiedy tak będzie. Ale to nie jest wcale śmieszne. Bo i u nas w Polsce niedoceniany jest Bóg, niedoceniana jest wiara. Polak modli się, a robi swoje. Idzie do kościoła, a po Mszy św. na zakupy do supermarketu. Idzie do Komunii, a nie głosuje w wyborach lub głosuje na ateistów, płacze, gdy Papież jest w naszej Ojczyźnie, a nie zachowuje podstawowych nakazów wiary i wyznaje własną moralność.
W jednej z książek opisany jest pociąg pospieszny, który pędzi z szybkością 100 km na godzinę. Maszynista pijany, konduktor pijany, pasażerowie pijani. Pociąg z hukiem mija przystanki i stacje, wiadukty i mosty. I pyta się autor: „Ludzie! dokąd wy jedziecie? Kto wam zatrzyma pociąg?". Do czego to ludzie dochodzą! Biada wędrowcowi w ciemnym lesie, gdy brak mu światła. Biada dzisiejszemu człowiekowi bez Boga, bo On jest światłem.
Przykłady: Obraz namalowany przez malarza włoskiego Caravaggia przedstawia powołanie Mateusza na Apostoła. Stół, obok niego mężczyźni liczą pieniądze, a z boku stoi człowiek, na którego twarzy widać ogromną walkę. Coś z nim się dzieje. Ma jakieś trudności. Coś mu dolega. To Levi, późniejszy Apostoł Mateusz, słyszy głos: „Pójdź za mną". „Panie - mówi - to nieporozumienie, czy ja jestem lepszy od in­nych, to może nie do mnie mówisz../'. „To ty Lewi, nie kto inny../'. „Ale to nieprawda, to pomyłka...". „Nie to ty pójdź za mną". Tak i ciebie i mnie wzywa Pan Bóg, by spojrzeć na swą duszę, na swoje słabości, aby w końcu bezwzględnie opowiedzieć się i pójść za Chrystusem.
Słyszeliście może już nieraz ten przykład o płonącym domu. Wyszła matka z domu i pozostawiła zamknięte dziecko na drugim piętrze. Nie upłynęło wiele czasu, jak syreny oznajmiają pożar. Wszyscy spieszą, pali się parter domu i na piętro nie ma dojścia. Zbiegli się ludzie, nie wie­dząc, że na drugim piętrze, do którego zaczęły dochodzić płomienie, znajduje się maleńkie dziecko. A ono jakby zwabione okrzykami ludzi, patrzy przez otwarte okno, wychodzi na parapet ognia i bawi się tymi płomieniami, które do niego docierają, niczego nie przewidując. Lu­dziom aż dech z przerażenia zaparło. Matka usłyszała dźwięk syren i przybiegła, podbiegła pod dom i zaczęła wołać: dziecino, skocz tu, w moje ramiona, to ja jestem twoja mamusia, skocz, nie bój się. I dziecko skoczyło. Zostało uratowane dzięki matce i przy pomocy innych ludzi. Tak woła do nas Pan Jezus: skocz w moje ramiona, a uratujesz się w tym potopie zła. A my odpowiemy na to wołanie Chrystusa, naszego Mistrza i Nauczyciela: Ty Panie jesteś moim szczęściem i ratunkiem, chcę w so­bie odbić Twój wizerunek. Będziemy przepraszać Boga za nasze prze­winienia, za to, że w pogoni za ułudami tego świata, zapominaliśmy o Nim, a On będzie leczył nasze dusze promieniami łaski.
„Wybacz Ireno, że bardziej niż ciebie i dziecko umiłowałem ojczyznę i naród" - czytamy na pomniku cmentarza na Powązkach. On oficer poszedł na wojnę i wrócił, ona i dziecko zginęli w płonącej Warszawie. My też mówmy: Wybacz Boże, że tak bardzo przylgnęliśmy do tych ziemskich rzeczy, wartości ziemskich przemijających, a zapomnieliśmy *o Tobie, o tych wartościach nieprzemijających, niezniszczalnych i zawsze aktualnych, zapomnieliśmy o swej godności dziecka Bożego i o swoim przeznaczeniu do szczęścia wiecznego.
Panie do kogóż pójdziemy. Skoro Ty Jezu masz słowa życia wiecznego, pójdziemy za Tobą... Oto, ukochani, Bóg sam wychodzi naprzeciw nas, bo „On nas umiłował i wydał samego siebie za nas. Nikt nie ma większej miłości (...)". Odpowiedzmy Mu: idę Panie, nie oglądam się, Ciebie wybieram, bo bez Ciebie nie wiem, kim jestem. Widzę swoje sła­bości, dlatego Ty Synu Dawida ulituj się nade mną.
Kończę już, ukochani bracia i siostry. Mam takie wrażenie, że macie wiarę. Kiedy patrzę na wasze zasłuchane twarze, odbieram to jako do­wód, że Boga kochacie i wiary swojej gotowi jesteście bronić w waszych rodzinach i w naszej ojczyźnie. Potrzeba jeszcze życia wiarą na co dzień. Módlmy się gorąco: niech Jezus i Jego Niepokalana Matka opiekują się naszymi rekolekcjami. I jak Maryja zaniosła kiedyś Jezusa do krewnej swojej Elżbiety, niech i nam Go przyniesie, byśmy przez to spotkanie z Nim poznali na nowo swą godność dzieci Bożych i wytrwali w wierze do końca. Amen.


kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 1. Nauka wstępna

kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 1. Nauka wstępna
Ukochani Bracia i Siostry - nie jesteśmy sami; należymy do wielkiej wspólnoty ludzi Kościoła. W Koś­ciele wyznaczono nam poważne zadania, które wykonamy wtedy, gdy na­sze życie złączymy z życiem samego Chrystusa. Wołanie o nawrócenie, o pojednanie z Bogiem i z ludźmi skierowane jest do wszystkich – do mnie, do ciebie. W moich rekolekcjach mam je usłyszeć jako skierowane do mnie. Usłyszeć i uczynić konkretny krok w moim życiu: „wstanę i pójdę do Ojca i powiem: zgrzeszyłem”. Zechciejmy oceniać nasze życie ludzkie w sposób pogłębiony – dostrzeżmy wśród rzeczy ważnych te, które są najważniejsze.
Umiłowani Siostry i Bracia!
Są różne formy rekolekcji, różne są ich programy i sposoby odprawiania. Udział w rekolekcjach odprawianych w tej formie, jaka nam została dana, jest bardzo szczególny - są to najbardziej wolne rekolekcje - w decyzji członka; niepowtarzalne w formie, którą każdy sam sobie określa. W naszych rekolekcjach, podobnie jak we wszystkich innych, chodzi o nasze nawrócenie, o pojednanie z Bogiem i z ludźmi.
Aby pogłębić swoje życie religijne trzeba prześledzić jego podstawowe elementy. Każdy z nas nie szuka "jakiejś wiary". Szuka tej wiary, której oczekiwał Chrystus od tych, których uzdrawiał. - Wiara, której szukam, obejmuje wszystkie moje pytania, wszystkie problemy, wszystkie chwile mojego życia. Wiarą Boga się obejmuje. Nie może to być wiara, która Boga tylko dotyka.
Bóg ma być w centrum naszego życia a nie na jego marginesie. Nie ma spraw, które są moje, są tylko sprawy Boże, w których ja uczestniczę. Wiara zbawcza to całe Credo, to cały Katechizm Kościoła Katolickiego. Wiara zbawcza to nie tylko uznanie faktu, że Bóg jest. To także przyjęcie prawdy, że On jest Ojcem miłującym - tak jak słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii; Wierzę w Ciebie Boże Żywy, w Trójcy jedyny prawdziwy, wierzę coś objawił Boże, Twe Słowo mylić się nie może - tak uwierzyłem jako dziecko i tak staram się wierzyć jako człowiek dorosły a może już sędziwy. Mimo że studiowałem pismo Św., teologię, prawo czy matema­tykę lub inne jeszcze dziedziny wiedzy, podobny jestem do uczniów, którzy po trzech latach uczęszczania do chrystusowej szkoły i patrzenia na Jego czyny, gdy zostają posłani aby świadczyć o Chrystusie, po pierwszym doświadczeniu, proszą: Panie przymnóż nam wiary, Panie naucz nas modlić się. I tak rozpoczynają się nasze rekolekcje, kiedy powtarzamy te same słowa: Panie, przymnóż nam wiary, Panie, naucz nas modlić się.
Człowiek, który uwierzył w Boga, który Bogu zaufał wie, że wiara bez uczynków jest martwa. Wszystkie czyny naszego życia mają wielbić Boga. Wszystko cokolwiek czynicie na większą Bożą chwałę czynicie - uczy nas Apostoł. Zachowywać trzeba, wszystkie Boże przykazania. Stwór­ca człowieka, najlepiej zna ludzką naturę, wie co człowiekowi jest potrzebne. Nie po to dał nam Boże przykazania, aby nas nimi gnębić lecz po to, aby nas zachować na drodze do wieczności, abyśmy się nie rozbili, abyśmy dotarli do celu. Gdy na kursach samochodowych poznaliśmy znaki drogowe uczono nas, że trzeba je znać, rozumieć i zachowywać, wtedy nasza droga będzie bezpieczna.
Boże znaki - przykazania - trzeba znać, rozumieć i zachowywać. Czy, znasz 10 Bożych przykazań, czy je rozumiesz i czy starasz się zachowywać? Po to są rekolekcje, aby pozytywnie odpowiedzieć na te pytania.
Ten kto szuka żywej, zbawczej wiary i wie, że wiara bez uczynków jest martwa, nie może zapomnieć o słowach Chrystusa "beze mnie nic uczynić nie możecie". Powiem inaczej - Siostro i Bracie - jeżeli chcesz nie stracić wiary, jeżeli nie chcesz zgubić Bożej drogi - drogi przykazań - musisz skorzystać z tych wszystkich sposobów pomocy, jakie Chrystus nam zostawił. Nie traktuj nigdy Mszy Św., że trzeba na niej być pod grzechem; nie dlatego uczęszczaj do sakramentu pokuty, bo taki jest nakaz - raz w roku około Wielkanocy; nie dlatego módl się często, żeby nie zgrzeszyć, ale dlatego staraj się być rzetelnym, sumiennie praktykującym katolikiem, ponieważ bez Bożej pomocy niczego nie możesz uczynić co ma sens w życiu człowieka, co zbierze się na życie wieczne. Ten, kto pragnie dobrze odprawić rekolekcje zadaje sobie pytanie, jak wyglądają jego praktyki religijne. Ten, kto chce pogłębić swoje życie religijne podnosi poprzeczkę wymagań. Jego udział we Mszy św. uwzględnia wszystkie części liturgii -słowo, którym kształtuje swoją życiową postawę; ofiarowanie - gdy przy­nosi swoje życie - wszystkie jego czyny - aby je konsekrować i w Komunii św. jednoczyć z Chrystusem. Na zakończenie Mszy św. wie, że nie sąsiada, ale jego posyła Chrystus, aby być świadkiem.
Są różne rodzaje modlitwy i formy pobożności. Coraz więcej ludzi świeckich odmawia brewiarz, coraz więcej osób praktykuje adorację Najśw. Sakramentu i coraz więcej czyta regularnie pismo św. Pamiętajmy także, że jest Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale, Nabożeństwa majowe, Na­bożeństwa czerwcowe i różańcowe, że są pielgrzymki, że są modlitwy nowennowe i inne formy pobożności. Bardzo pomagają nam audycje kato­lickie w radio i telewizji, szczególnie radio Maryja i radio diecezjalne. Jest dobra książka i prasa katolicka. Co czytam - czy czytam w ogóle - na to pytanie także należy odpowiedzieć w czasie swoich rekolekcji. Nie we wszystkich nabożeństwach trzeba uczestniczyć, aby być blisko Boga, ale trzeba mieć własną, głęboką i żarliwą postawę chrześcijańską. Trzeba być gorącym, nie można być nijakim. Ten kto w życiu wewnętrznym nie pogłębia swojej postawy, ten się cofa. Patrząc na swoją wiarę, analizując swoje postępowanie i rozliczając się przed Bogiem z darów, które od Najlepszego Ojca Otrzymaliśmy, wi­dzimy, że potrzebne jest czasem także spotkanie z Bogiem, które nazywa­my sakramentem pokuty. Trzeba decyzji syna marnotrawnego: "wstanę i pójdę do Ojca i po­wiem, zgrzeszyłem". On zrozumiał, że trzeba pójść i przeprosić Ojca, mimo wstydu. Trzeba. Nie zrozumieją tego nawet bracia ale Ojciec rozumie, przebaczy - On czeka. Jeżeli lękasz się tego aktu jakim jest sakrament pojednania to znaczy, że traktujesz to spotkanie poważnie. Ty nie lubisz się spowiadać, bo jesteś zdrowy psychicznie - nikt nie lubi siebie nicować. Ty wiesz, że to jest konieczne, mimo że trudne mimo, że to lekarstwo jest gorzkie, ale leczy - tak zechciał Bóg w swoim miłosierdziu.
Razem z Wami będę się modlił w tym tygodniu o dobrą spowiedź, w której nie zabraknie żadnego z 5 warunków. Powiem, jak potrafię. Z żalem i miłością powierzę Ojcu Miłosiernemu to dziwne tworzywo jakim jest grzech i wiem przez wiarę, że to uczyni mnie lepszym, że będę bliżej Boga i ludzi.
Nie wszystko spamiętam, ale za wszystko co grzechem jest, żałuję; pragnę podjąć zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu; - wierzę, że spotkam brata, że spotkam kapłana, którzy pomogą mi to uczynić a ra­dość z powrotu będzie wielka jak ta z dzisiejszej ewangelii. Otrzymam szatę piękną - łaskę bożą, otrzymam pierścień herbowy stwierdzający, że jestem dzieckiem Bożym.
A więc wstanę i pójdę do Ojca. Amen.

kwietnia 03, 2019

Syn Boży ożywia tych, których chce

kwietnia 03, 2019

Syn Boży ożywia tych, których chce

Słowo Boże na dziś

Środa, 4 tydzień Wielkiego Postu
Jan 5,17-30
Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ uzdrowił w szabat. Lecz Jezus im odpowiedział: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam”. Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachował szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu. W odpowiedzi na to Jezus im mówił: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że nadchodzi godzina, nawet już jest, kiedy to umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą. Podobnie jak Ojciec ma życie w sobie, tak również dał Synowi: mieć życie w sobie samym. Przekazał Mu władzę wykonywania sądu, ponieważ jest Synem Człowieczym. Nie dziwcie się temu! Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny, na zmartwychwstanie potępienia. Ja sam z siebie nic czynić nie mogę. Tak, jak słyszę, sądzę, a sąd mój jest sprawiedliwy; nie szukam bowiem własnej woli, lecz woli Tego, który Mnie posłał”.

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Czas wielkopostnego wzrastania, wzrastanie poprzez współpracę z łaską, jakiej udziela nam Bóg Ojciec, poprzez otwarcie się na dar Jego Obecności pośród nas. Co ma na celu? Jaki wytycza nam cel, kiedy wspólnie zamyśliliśmy się nad tą najpiękniejszą i fundamentalną prawdą naszej wiary: o Bogu, który jest miłością; kiedy czyniliśmy refleksję nad tym, iż niejednokrotnie przychodzi nam tracić tę miłość; doświadczenie tej miłości poprzez swoją grzeszność, ale i w pokorze serca, przyznając się do tej grzeszności i stając przed Bogiem, doświadczamy właśnie tu, pośród różnych zranień, Jego pełnej miłości, Jego obecności, która uzdrawia i leczy.
 
Przechodzimy tę drogę zamyślenia, aby stawać się żywą świątynią Boga, aby miłość Boga, która rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, mogła coraz pełniej upodabniać nas do Chrystusa, do Umiłowanego Syna Boga.
 
W człowieku jest jakieś wewnętrzne pragnienie tworzenia, budowania. To budowanie naszego wnętrza, naszej duchowej świątyni; to budowanie, które przybiera tego duchowego charakteru, kiedy poprzez ufną wiarę, poprzez spotkanie z Bogiem, w Jego Słowie, Eucharystii, poprzez spotkanie z Tym, który jest obecny w każdym Sakramencie, budujemy i odnawiamy w sobie tę żywą świątynię, stając się żywymi kamieniami świątyni, którą wznosi Bóg.
 
Jest tak, iż ludzkie budowanie zmierza ku czemuś trwałemu: ku intymności, ku zadomowieniu, ku wolności; jest zapowiedzią walki ze śmiercią, z przemijaniem, z brakiem bezpieczeństwa, z lękiem, z samotnością. Dlatego ludzka wola budowania spełnia się w budowaniu świątyni, w budowli, do której człowiek zaprasza Boga.
 
Świątynia jest wyrazem tęsknoty człowieka do tego, by mieć za współmieszkańca Boga, by móc mieszkać u Boga, i w ten sposób doświadczać doskonałego rodzaju zamieszkania, doskonałej wspólnoty, która na zawsze usuwa samotność i lęk, która przynosi pokój i stabilność.
 
Prawdziwa świątynia jest niezniszczalna. Buduje ja sam Bóg w sercach tych, którzy Go miłują, którzy w Niego wierzą. My jesteśmy niezniszczalną świątynią Boga.
 
Stąd też jesteśmy wezwani do tego, by doświadczyć żywej wspólnoty z Bogiem. To jest nasz Wieczernik. Wieczernik, jako miejsce modlitwy. Wieczernik, jako miejsce, w którym Chrystus pochyla się ku nam, aby obmyć nas z brudu grzechu; pochyla się pokornie, aż do naszych stóp, tak, jak to uczynił w Wieczerniku wobec swoich uczniów, Apostołów.
 Jesteśmy w Wieczerniku, gdzie Chrystus dzieli z nami tę Obecność, jaką podzielił ze swoimi uczniami, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, Moje Ciało…Moja Krew”. Jesteśmy w Wieczerniku, gdzie Chrystus przyodziewa nas w moc Ducha Świętego. I dobrze, że tu jesteśmy. Bo, aby móc stać się orędownikiem Dobrej Nowiny, potrzeba, abyśmy byli w Wieczerniku; potrzeba, abyśmy wyszli właśnie stąd, jak wyszli niegdyś uczniowie, i których dziedzictwo wiary nosimy w swoich sercach, i których dziedzictwem wiary cieszymy się u schyłku XX wieku. Chrystus zaprasza nas i wzywa, abyśmy stali się na podobieństwo nich, orędownikami Dobrej Nowiny. Chrystus, który wyposaża nas we wszystko, co jest potrzebne, aby to świadectwo urzeczywistnić sobą, będąc żywą świątynią Chrystusa.
Nikomu więc nie godzi się pozostawać bezczynnie. Chrystus potrzebuje twoich i moich rąk. Chrystus pragnie się posłużyć twoim słowem. Chrystus pragnie wyrazić się darem twojej miłości i życzliwości. Zjednoczeni więzami wiary, zapałem umiłowania Chrystusa, służmy sobie nawzajem, uwielbiajmy w modlitwie Chrystusa, i gościnnie przyjmujmy wszystkich, którzy staną na naszej drodze życia. Niech wszyscy odczują, że pośród nas i w nas zamieszał Ten, który daje miłość i dobro.
 
Dobrze, gdy uczniowie Chrystusa mówią: Nie chcemy być anonimową masą, ale ludem Bożym świadomym nowych wyzwań, otwartym na działanie Ducha Świętego. Kościół żyjący w rodzinach, wspólnotach domowych, i w coraz bardziej braterskich i wspólnotowych parafiach, gdzie dzięki małym grupom zakwita na nowo, jest tą wiosną chrześcijaństwa, o której Ojciec św. niejednokrotnie mówi. Bo parafia, to wspólnota uczniów, gdzie jedni drugim służą, gdzie miłość Chrystusa mierzona jest miłością do tych, pośród których, i z którymi żyjemy na co dzień; służba wobec tych, którzy mieszkają najbliżej, którzy dzielą ze mną swoją codzienność. Oto wyzwanie dla nas: Pozyskiwać dla Chrystusa, poprzez kształtowanie w duchu Chrystusowym relacji z najbliższymi, niejednokrotnie porzucając lęk i zniechęcenie.
 
Życzę ci, abyś może dziś, wychodząc z tego Wieczernika, każdą następną chwilą, i każdym swoim zaangażowaniem, odkrywał, że dla ciebie jest jeszcze miejsce w służeniu Chrystusowi. 
W dzisiejszej Ewangelii usłyszeliśmy słowa Jezusa: “Jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również Syn ożywia tych, których chce”.
Zapytajmy więc: Jakie musimy spełnić wymagania, aby zostać zaliczonym do grona ludzi, którym Jezus udzieli wskrzeszenia do życia wiecznego? Jezus odpowiada: “Kto słucha słowa Mego, i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i ze śmierci przechodzi do życia”. Zatem, abyśmy mogli otrzymać życie wieczne, potrzebne są dwie rzeczy: wiara i słuchanie słowa Bożego.
Mamy wierzyć w Boga. Mamy wierzyć w Chrystusa, który jest Synem Bożym i przyszedł na świat, aby nam przywrócić utracone życie wieczne.
Jaka więc powinna być nasza wiara?
Wiara nie może być wiarą faryzeuszy z dzisiejszej Ewangelii, którzy odrzucili Chrystusa, bo był im niewygodny, za dużo od nich wymagał, wypominał im błędy. Mamy zaś wierzyć jak niemowlę swojej matce. Jest ono pewne, że w ramionach matki znajdzie ciepło, znajdzie ochronę i pomoc. Jeżeli więc bezbronne dziecko oddaje się całkowicie matce, bo odczuwa miłość, pomimo iż jest to tylko ludzka miłość, to o ileż bardziej możemy być pewni pomocy Boga, który kocha nas nie ziemską miłością, ale nadprzyrodzoną. I zapewnia nas o tym prorok Izajasz w dzisiejszym I. czytaniu.
Ale oprócz wiary, trzeba nam jeszcze zasłuchać się w słowo Boże. Jest ono wymagające. Mamy bowiem wyrzec się tego świata. Prawdę tę przedstawiają słowa Jezusa: “Kto miłuje ojca, lub matkę, bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien; kto iłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Jezus ofiaruje się za nas, ale jakże wiele od nas żąda – możemy powiedzieć. Mamy być zawsze gotowi, aby dla Niego poświęcić swoje sprawy: swoje znajomości, karierę, a nawet więzi rodzinne. Oczywiście wielu z nas doskonale zna te słowa Jezusa, ale nie wystarczy tylko słuchać i znać, na nawet głosić słowa Jezusa, bo nasza wiara będzie wówczas martwa – bez naszych uczynków – będziemy wtedy podobni do faryzeuszy. Oni doskonale znali słowo Boże, a jednak Jezus potępił ich za to, że “chodzą w powłóczystych szatach”, że “lubią być znani i szanowani”, że nie przeszkadzają im również oklaski. Iluż to dzisiaj jest takich karierowiczów o zniekształconym obrazie siebie samym? Tkwią oni we własnym błędzie, bo są zamknięci na prawdę, jaką przekazuje nam słowo Boże.
Prawdziwe rozumienie słów Jezusa i wprowadzenie ich w życie będzie wymagać od nas niejednokrotnie ofiary, cierpienia i wyrzeczenia się. Mimo, że Bóg nie stworzył nas dla cierpienia, dla trudów, to takiej sytuacji doświadczamy na co dzień. Jest to cena, jaką musimy zapłacić, aby osiągnąć szczęście nieprzemijające; szczęście, które może dać nam jedynie Jezus Chrystus. Jeżeli chcemy dostąpić wskrzeszenia do życia wiecznego, musimy więc od Chrystusa uczyć się cierpliwości w cierpieniach, w trudnościach, w odrzuceniu i zniewagach, jakich możemy doświadczać na co dzień.
O, Panie, chcę być Twoim naśladowcą. Wspieraj mnie swoim przykładem i swoją łaską, szczególnie gdy cierpienie mi bardzo dokucza i nie mogę sobie z nim dać rady, kiedy mnie ono przytłacza i przerasta moje siły - podtrzymaj; naucz mnie zapierania się samego siebie, abym umiał zapominać o sobie, bym umiał odrywać się od siebie i swoich korzyści. Kiedy zaś ześlesz mi, Panie, mądrość, zdolności, dobre zdrowie, powodzenie, lub popularność – to daj łaskę prawdziwej pokory, pokory, która nie będzie miała nic wspólnego z faryzejską obłudą i zakłamaniem. AMEN.
 

kwietnia 02, 2019

Uzdrowienie paralityka w sadzawce Betesda

kwietnia 02, 2019

Uzdrowienie paralityka w sadzawce Betesda

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 4 tydzień Wielkiego Postu
Jan 5,1-3a.5-16

Było święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się Sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: „Czy chcesz stać się zdrowym?” Odpowiedział Mu chory: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną”. Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje łoże i chodź”. Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził. Jednakże dnia tego był szabat. Rzekli więc Żydzi do uzdrowionego: „Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża”. On im odpowiedział: „Ten, który mnie uzdrowił, rzekł do mnie: Weź swoje łoże i chodź”. Pytali go więc: „Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź i chodź?” Lecz uzdrowiony nie wiedział, kim On jest; albowiem Jezus odsunął się od tłumu, który był w tym miejscu. Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. Człowiek ów odszedł i doniósł Żydom, że to Jezus go uzdrowił. I dlatego Żydzi prześladowali Jezusa, że to uczynił w szabat.

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Panie, nie mam człowieka, aby mnie wsadził do sadzawki (J 5,7).
1. W dzisiejszych czasach dość często, zwłaszcza w wielkich miastach, ludzie nie znają się. Przyczynia się do tego współczesna urbanizacja, gromadząca w wielkich blokach ludzi różnych okolic i środowisk. Niejednokrotnie zdarza się, że nawet o umierającym człowieku nie wiedzą współmieszkańcy z bloku, Prze­cież nie wiadomo – tłumaczą – kto tu mieszka, kiedy wychodzi do pracy, czy jest obecny. Mamy swoje sprawy, nie zajmujemy się drugimi. Dopiero biolo­giczny rozkład ciała daje znać współmieszkańcom, że stało się coś nadzwyczaj­nego, że trzeba szukać przyczyny, zacząć działać. Dochodzą w końcu do stwier­dzenia, iż umarł człowiek. Kiedy – nie wiadomo?
2. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie daje nam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: Panie, nie mam człowieka, aby mnie wsadził do sadzawki. Pan Jezus spotykał różnych ludzi, ale najczęściej potrzebującego człowieka: jego życzliwego serca, dobrotliwych rąk, serdecznego słowa, promiennego uśmie­chu na twarzy. Wiedział, że życie ludzkie nie jest łatwe, dlatego człowiek nie chce sam zostawać w trudzie codziennych kłopotów. Ewangeliczny człowiek nie jeden raz miał z pewnością pierwszeństwo, odczekaną kolejkę w szeregu ludzi pragną­cych skorzystać z cudownej sadzawki w Betsaidzie. Ewangelia wspomina, iż od 38 lat cierpiał na chorobę. Ale niestety, nikt nie podał mu dłoni. Wręcz odwrot­nie: Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną – z przykrością oświadcza dobremu Zbawcy. Zabrakło ludzkiego, serca pomocnych ludzkich dłoni. Z cu­downej mocy źródła korzystał ktoś następny z szeregu, on zaś zostawał odsunię­ty. Trzeba, żeby dopiero przyszedł Chrystus, zainteresował się nim, jego ka­lectwem, opuszczeniem i nędzą. To dopiero Zbawca dostrzegł obok siebie czło­wieka czekającego na pomoc, potrzebną łaskę.
3. W powyższej Ewangelii zgromadzenia eucharystycznego Jezus uczy nas, jakimi mamy być w życiu, jak mamy realizować jedno z najważniejszych przy­kazań – nakaz miłości bliźniego. Pragnie nas uwrażliwić, żebyśmy nie szli za­patrzeni tylko w siebie, w swoje sprawy i potrzeby, wszelkimi siłami dążyli do ich realizowania, ale żebyśmy obok siebie dostrzegali drugiego człowieka, okazali mu wiele życzliwości serca i przychodzili mu z pomocą. Aby w dzisiejszych cza­sach nie spotykano ludzi podobnych do człowieka z Ewangelii, obok którego przesuwały się tłumy, ale bez serca, zapatrzone w siebie i w swoje sprawy. Pan Jezus chce przypomnieć, że w życiu potrzeba nam drugiego człowieka. Któż z nas przewidzi, jaką drogę życia wytyczy nam los w dniu jutrzejszym, w jakiej sytuacji znajdziemy się za rok, dwa, kilka lat. Może i my będziemy podobni do ewangelicznego człowieka czekającego przy sadzawce w Betsaidzie. Inni będą przechodzić koło nas i uprzedzać w korzystaniu z radości i szczęścia.
4. Człowiek przy Sadzawce Betesda chciał skorzystać z łaski Boga, do­brodziejstwa przywracającego mu zdrowie i siły, pozwalającego wrócić mu do normalnego życia wśród ludzi. Dla nas nie tylko raz w roku porusza się źródło bożej łaski. Nie musimy tygodniami czekać na ten moment. Dobry Bóg daje nam zawsze łaskę, my tylko musimy chcieć z niej korzystać.
Pomyślmy podczas Mszy św. kim jesteśmy: tymi, którzy czekają na łaskę, a inni nas uprzedzają; tymi, którzy potrzebują pomocy człowieka? A może mamy być przychodzącym Chrystusem dla kogoś?
Okres Wielkiego Postu, pojednania z Bogiem – to czas oczekiwania przed sadzawką Bożego Miłosierdzia. Rozglądnę się, czy ktoś wokół mnie nie potrze­buje człowieka – mnie, aby przy mojej pomocy skorzystać z bożej łaski i po­jednać się z Bogiem.
 

kwietnia 01, 2019

Uzdrowienie syna urzędnika królewskiego

kwietnia 01, 2019

 Uzdrowienie syna urzędnika królewskiego

Słowo Boże na dziś


Poniedziałek 4 tydzień Wielkiego Postu
J 4, 43-54

Jezus odszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie, kiedy jednak przyszedł do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A był w Kafarnaum pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, był on już bowiem umierający. Jezus rzekł do niego: «Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie». Powiedział do Niego urzędnik królewski: «Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko». Rzekł do niego Jezus: «Idź, syn twój żyje». Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i poszedł. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, kiedy poczuł się lepiej. Rzekli mu: «Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka». Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, kiedy Jezus rzekł do niego: «Syn twój żyje». I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Urzędnik królewski przybył z Kafarnaum do Kany, by prosić Jezusa o uzdrowienie swego umierającego syna. Myślał, że zaprosi Jezusa do siebie. A tam, w jego domu, Jezus uzdrowia dziecko. Widzimy, że Jezus najwyraźniej nie chciał iść. Człowiek ten przynaglał Jezusa: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko.” Wtedy Jezus wypowiedział słowa, które urzędnik ten zapamiętał na całe życie: „Idź, syn twój żyje. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.” To jednak nie była jeszcze ta głęboka wiara płynąca z przekonania, że Jezus jest Bogiem, Panem. Szedł pchany nadzieją, że syn będzie zdrowy, a jednocześnie szedł, bo cóż miał robić. Jezus nie zgodził się pójść z nim do jego domu, by tam osobiście uzdrowić syna. Człowiek ten chwytał się nadziei, powtarzał sobie te słowa Jezusa: „Idź, syn twój żyje.” Następnego dnia, gdy był jeszcze w drodze, spotkał swoje sługi. Ich słowa zadziwiły go. Syn żyje, jest zdrowy. A polepszyło się jego zdrowie dokładnie w czasie, gdy Jezus wypowiadał do niego słowa: „Idź, syn twój żyje.”
Kochani moi, dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam swoisty dialog człowieka z Jezusem, czyli najpiękniejszy czyn, jakim jest modlitwa. Człowiek ze swoim problemem przychodzi do Jezusa, z całą głębią swego człowieczeństwa staje przed Panem i mówi do Niego, i prosi, a Pan daje odpowwiedź - to jest modlitwa życia. Na podstawie tego ewangelicznego spotkania urzędnika królewskiego z Jezusem, powiedzmy sobie dziś czym jest modlitwa i jakie ma znaczenie w naszym życiu.
Modlitwa, to przebywanie z Bogiem, a przebywanie z Bogiem jako najlepszym Ojcem i Przyjacielem, Bratem, ukochanym Bogiem, ma wypełniać cały nasz dzień, nieustannie. I tego się trzeba nauczyć, szczególnie dzisiaj, kiedy to cywilizacja tak przygniata człowieka, a wygodnictwo życia tworzy bardzo często lenistwo duchowe.
I trzeba się dzisiaj zastanowić nad sposobami tego naszego przebywania z Bogiem, i nawet dokonać pewnej rewolucji duchowej w swojej duszy, ażeby to, co współczesny człowiek nazywa modlitwą, nie było dla niego uciążliwością. Bo jak może być uciążliwością rozmowa z Tym, kogo się kocha?
Kiedy Mojżesz rozmawiał z Bogiem, to rozmawiał w taki sposób: “Bóg mówił do Mojżesza twarzą w twarz, tak, jak mówi przyjaciel do swego przyjaciela”, a więc rozmawiali ta po prostu, bez żadnej kartki, bez żadnego modlitewnika, podręcznika; mówili to, co im serce dyktowało. Panu Bogu nie zależy na wyklęczanych kolanach, złożonych rękach, wypowiedzianych paciorkach – Jemu chodzi o kontakt, Jemu chodzi o przebywanie z Nim, i niezależnie od tego, co robisz, co myślisz, co działasz, gdzie jesteś – żeby z Nim być, do Niego mówić, na zasadzie tej zwykłej ludzkiej tęsknoty. Jeśli córka wyjedzie ci za granicę, to nosisz przy sobie jej zdjęcie i co chwila spoglądasz na to zdjęcie, i jesteś tam, po drugiej strony granicy. A Bóg, który jest najważniejszy w życiu katolika? Dlatego trzeba rozpocząć nieustanny dialog, nieustanne przebywanie z Nim.
Sobór Watykański II wypracował w teologii modlitwy pojęcie wyobraźni teologicznej, która bardzo pomaga człowiekowi kontaktować się z Bogiem. Polega to na tym, że wyznaczamy przed sobą, przy sobie, obok siebie miejsce obecności osoby z którą chcemy rozmawiać, np. z Panem Jezusem, Matką Najświętszą, jakimś Świętym. Dlatego Bóg pozostawił nam po sobie wizerunek, widzialny znak, dzięki któremu możemy sobie jeszcze bardziej przybliżyć Jego obecność, obecność Boga, Maryi, obecność Świętych. I dlatego, jeżeli wyznaczasz miejsce obecności Temu, do kogo chcesz mówić, i wyobrazisz sobie, że On, Ona jest w tym miejscu, gdzie ty się modlisz, to wtedy będziesz jeszcze bardziej odczuwać Ich obecność, bo Oni tam będą przy tobie. Bóg w danym momencie, w danej chwili będzie przed nami, z nami, bo my Go wołamy, prosimy, tak jak Samuel, i mówimy przed Nim: “Oto jestem...”. I wtedy do Niego mów, jak przyjaciel z Przyjacielem, “twarzą w twarz”. I wtedy nie będziesz się modlić do obrazu, ani do kolan, bo cię bolą, ani do paciorków, które ci się pomylą, bo już potrafisz się wypowiadać; wtedy będziesz mówić do Osoby, przed którą stanąłeś, którą sobie wyobrażasz, ażeby łatwiej do Niej mówić.
Stąd my, katolicy, nie modlimy się do obrazu, do figury, do krzyża – byłoby to bałwochwalstwem – my rozmawiamy z Bogiem, z Niebem, przez obraz, przez figurę, przez krzyż. “Wszystko, co czynicie: czy jecie, czy śpicie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie, wzywając imienia Pana”, a więc każda konkretna nasza ludzka sytuacja, zaopatrzona w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa, jest przekazywana Jemu, i w to Imię święte ma być początkiem rozmowy, czyli tego kontaktu z Bogiem. Tak po prostu i zwyczajnie, przed każdą myślą i działaniem wymów najpierw Jego Imię i już w to Imię będziesz działać, myśleć i prosto z serca popłynie do Niego twoja modlitwa. Jak będziesz wypowiadać Imię święte, to od razu powiedz całe zdanie, odnieś tę konkretną sytuację, w której się w danym momencie, w danej chwili znalazłeś, do Boga, powiedz Mu, co teraz robisz, lub masz zamiar robić. Tak samo, kiedy ci ciężko, od razu Mu o tym powiedz. Jeżeli chcesz coś ukraść, powiedz: Panie, Jezu, ja chcę ukraść. Nie ukradniesz. Jeżeli chcesz komuś złorzeczyć, to powiedz: Jezu, ja chcę złorzeczyć. Będzie nie złorzeczenie, ale błogosławieństwo. I tak w każdej sytuacji życiowej, kiedy połączysz się z Nim, i wypowiesz najpierw Jego imię, to sama ta sytuacja, w której się znajdujesz, staje się już modlitwą.
Następna sprawa: Powiadasz, że ulegasz rozproszeniom, bo twoje modlitwy wypowiadane przerywane są różnymi myślami, a nawet pokusami. I dzieje się tak dlatego, bo twoja dojrzała dusza nie znosi już tego, co było dobre dla duszy dziecka ze szkoły podstawowej. A dusza chce, abyś rozmawiał z Bogiem jak przyjaciel z przyjacielem, swoimi zdaniami, i dlatego, jeśli człowiek posługuje się swoimi modlitwami ustalonymi, które zna na pamięć, to z jednej strony wkrada się bezmyślność wypowiadania i automatyczność mówienia, a z drugiej strony nakładają się na tę modlitwę ustaloną życiowe sprawy. I trzeba zrozumieć, że rozproszenie, to zdenerwowanie: to denerwowanie się na siebie, na sytuację zewnętrzną czy działanie szatana. Zupełnie inaczej wygląda modlitwa, kiedy się weźmie całą rzeczywistość modlącego się człowieka, bo on się modli w taki sposób: “Ojcze nasz, któryś jest w niebie...” i za chwilę łapie się na myśli: a co ja jutro ugotuję na obiad, bo jest piątek, nie, ja mam się modlić: “bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi...” – a mój syn, czy przyjedzie na święta z wojska? – nie, jak mam się modlić: “I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – a ta moja wredna sąsiadka tak mi dokuczyła. I wtedy człowiek się denerwuje, uważa, że to nie jest modlitwa. A później na to wszystko nałożone jest to zdenerwowanie, że to co robisz, to jest pomieszane w jakieś wojsko, w jakiś obiad, jakaś sąsiadka – tak się dzieje, kiedy człowiek nie jest uświadomiony tego, co się z nim dzieje. Bo to jest modlitwa, mówienie do Pana Boga podwójne. Bo na tej modlitwie ustalonej, jakby na taśmociągu człowiek oddaje Bogu swoje życiowe sprawy. Bo jeśli wypowiadamy zdania, które nie należą do nas samych, to wtedy te zdania, nawet słowo kojarzy nas z konkretnymi sytuacjami życiowymi. I to właśnie dlatego one z taką natarczywością przychodzą do nas, które są jakby naszą prawdziwą modlitwą, które są uniesieniem do Boga i dlatego trzeba zrozumieć, jak taka modlitwa, mówienie do Pana Boga wygląda: “Ojcze nasz, któryś jest w niebie – Co ja jutro ugotuję na obiad?”. I nie wie wtedy człowiek, że słowo “Ojciec” skojarzyło go z konkretną sytuacją rodzinną, bo ojciec, to mąż, który wróci z pracy i trzeba dać mu jeść. “Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi” – A ten mój syn, czy wróci z wojska, czy przyjedzie na święta? I tutaj słowo “wola” skojarzyło człowieka z chęcią, wolą, aby syn przyjechał z wojska na urlop. I dlatego mówimy “Bądź wola Twoja” odnośnie swojego syna, ażeby przyjechał z wojska. Słowo “wina”, winowajczyni skojarzyła modlącego z tą sąsiadką, która dokuczyła. I wtedy człowiek się pyta, co ma robić. Wtedy ta modlitwa z sytuacjami życiowymi jest prawdziwa, jest odniesiona konkretnym życiem do Boga.
Jeśli chcesz, by modlitwa “ustalona”, tzn. wszystkie przepiękne Litanie, wszystkie słowa we Mszy św., wszystkie inne zdania z modlitewnika stały się twoje, żywe, to należy posługiwać się właśnie tą wypracowaną przez Sobór wyobraźnią teologiczną, a więc wyobrazić sobie każde słowo tej modlitwy. I wtedy, przez wyobraźnię, twoje życie znajdzie się w tych słowach, zostanie ta modlitwa ubrana, ogarnięta twoim życiem. I dlatego, jeżeli na twojej modlitwie, rozmowie z Bogiem, przyjdzie ci na myśl obiad, sklep, wyjazd, to nie mów dalej “Pod Twoją obronę...”; wystarczy, że powiedziałeś jedno zdanie i dalej mów swoimi zdaniami; opowiedz Panu Bogu o wszystkim i wtedy będziesz się cieszył, twoja dusza będzie oddychała dialogiem z Bogiem.
Módlmy się więc, Bracia i Siostry, do dobrego Ojca, który jest w niebie, w każdej sytuacji twojego życia, każdą godziną i minutą dnia. Módlmy się do Ducha Świętego o wiarę, o ufność, by w nas Jezus mógł odnajdywać pocieszenie, by w nas Jezus mogł dokonać cudu uzdrowienia. Byśmy potrafili wierzyć i ufać także za tych, którzy wiary i ufności nie posiadają. Módlmy się, a Bóg będzie nam błogosławił. AMEN.          


marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec nieskończenie dobry

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec nieskończenie dobry
Ukochani Bracia i Siostry! Znawcy ścieżek, którymi chodzi człowiecze myślenie mówią, że ludzie dziś żyjący czują się coraz bardziej dorośli. Chcą być w swoim postępowaniu coraz bardziej samodzielni. Nie lubią wskazówek, poleceń, przykazań. Jeżeli mamy nawiązać do przypowieści, której wysłuchaliśmy przed chwilą, oznacza to chęć wyzwolenia się z zależności od Ojca. Bo człowiek chce sam wybierać sobie styl życia, sam wytyczać drogi, którymi będzie kroczył - co jednak najważniejsze - sam chce decydować co dobre dla niego, a co złe, a może raczej - co wygodne, lub niewygodne.
Wybieranie drogi wygodnej i szerokiej prowadzi „na zatracenie" - jak nas tego uczył Pan Jezus, prowadzi do katastrofy. Przypowieść przed chwilą czytana pokazuje drogę samowolnego syna, drogę, która prowadzi do sytuacji poniżającej jego godność, prowadzi do upodlenia człowieka.
Bohater ewangelicznej przypowieści znajdując się w takiej sytuacji przypomina sobie Ojca, przypomina sobie dom, „wstanę i wrócę do mojego Ojca"! Takie jest jego postanowienie. Dziś wielu ludzi nie stać na takie słowa!
Zapytani dlaczego kradną strąki, które są przeznaczone dla świń odpowiadają z prostotą, że nie mają dokąd wrócić. Powrót jest niemożliwy. Wyrośli z domu Ojca! A może w ogóle w nim nigdy nie byli. Oni widocznie tylko źle wybrali, pomylili się, dokonując wyboru drogi. Słowo grzech, którym określamy odejście od Ojca, jest dla nich pustym pojęciem. Jedynie sensowne wydaje się im szczere przyznanie do życiowej pomyłki.
Jak dotrzeć z przypowieścią "o Ojcu nieskończenie dobrym" do człowieka, który będąc w poniżeniu nie zna drogi odwrotu? Jeden z amerykańskich kaznodziejów, było to parę lat temu, przekazywał nam tu. w Warszawie, opinię jakiegoś dyrektora zakładu psychiatrycznego w Stanach Zjednoczonych. Otóż ów psychiatra twierdził, że trzy czwarte jego pacjentów nie trafiłoby nigdy do szpitala, gdyby w odpowiednim momencie ktoś im powiedział, że zdejmuje z nich brzemię grzechów, że mogą znowu podjąć trud tworzenia swego życia po ludzku. Nikt nie dotarł do tych ludzi z przypowieścią o Nieskończenie Dobrym Ojcu. Dlaczego tak się dzieje? Przecież Ewangelia o odpuszczeniu grzechów jest głoszona już dwa tysiące lat! Tak. to prawda, ale żeby życiową pomyłkę nazwać grzechem, trzeba zobaczyć związek własnego życia z Bogiem. Żeby zapragnąć ojcowskiego przebaczenia, które pozwala na rozpoczęcie nowego życia, trzeba wiedzieć, że Bóg jest w naszym życiu stale obecny i że zawsze czeka na nasz powrót. Trzeba zapragnąć jedności z Bogiem.
Proszę teraz pomyśleć, jak to bywa w naszym życiu, jakie słowo jest najbliższe szczeremu wyznaniu: "Kocham cię", z którym zwracamy się do osoby bliskiej. Tak - najbliższe jest "przepraszam cię". Dlaczego tak się dzieje? Z osobą kochaną odczuwamy jedność, na osobie kochanej nam po prostu zależy. Dlatego dostrzegamy natychmiast każdy fałszywy krok. Jesteśmy nadal ludźmi wolnymi, ale miłość dyktuje nam sposób postępowania. Tu już nikt nie powie, że mu się nie udało. Teraz ważne jest to, że komuś bliskiemu zrobiliśmy przykrość, teraz jest ważne, że zamiast jedności i zrozumienia rośnie mur nieporozumień i obojętności. Trzeba ten mur rozbijać, dlatego "kocham cię" zespoliło się z "przepraszam cię".
Może w tym porównaniu jest zawarta odpowiedź na pytanie, dlaczego do tak wielu ludzi nie dociera dziś przypowieść o synu marnotrawnym. Nie są świadomi jedności z Bogiem w swoim życiu codziennym. Jeżeli w Niego wierzą, to jest On dla nich osobą daleką, nieobecną w ich powszednim dniu. Może jest najwyżej kimś. kto daje jakieś niezrozumiale polecenia, przykazania, z których właśnie wyzwalamy się w miarę dojrzewania. Jak więc odnaleźć ową jedność z Bogiem? Jaką drogą iść do prostego wyznania: miłuję Cię! Aby konsekwentnie usłyszeć Jego słowa, kto mnie miłuje będzie zachowywał moje przykazania. Mamy zachować naszą wolność, ale pragnienie jedności z Bogiem ma nam dyktować sposób postępowania. A jeżeli od Niego odchodzimy, jeżeli czynami - grzechami naszymi budujemy mur obcości, trzeba ten mur rozbijać. Trzeba nam ciągle powracać do Boga.
Człowiek kochający pragnie jedności z osobą, którą miłuje. Człowiek kochający jeśli wie, że jest kochany nie chce swym postępowaniem zranić osoby najdroższej. Gdy jednak to nastąpi jest pełen ufności, że otrzyma przebaczenie, bo sam miłując wie, że miłość najpełniej przejawia się w przebaczaniu.
W Wielkim Poście zbliżamy się znowu do tajemnicy Męki i Śmierci Jezusa. Z uwagą przyglądamy się Zbawicielowi podczas Jego bolesnej Drogi Krzyżowej. Odkrywamy jeszcze raz prawdę wiary, że miłość Boga do człowieka objawiła się najpełniej w Jezusie Chrystusie. Bóg stał się człowiekiem i podjął to wszystko, co wyrażamy w symbolu krzyża, abyśmy mogli zobaczyć po ludzku, czym jest zraniona przez nas Miłość. Nie ma w tym żadnej przesady, jeżeli dostrzegamy, że ból krzyża jest bolesnym echem naszych grzechów. Bo Jezus niesie ciężar krzyża nie za wszystkich ludzi, ale za każdego człowieka osobno. Jeżeli więc jest On tą zranioną przez nas Miłością, to przywilejem takiej Miłości jest przebaczenie. Za cenę Jego cierpień mamy odpuszczenie grzechów.
Czas już kończyć naszą drugą naukę rekolekcyjną. Słowo Boże dziś skierowane do ciebie nakazuje ci. abyś z prostotą i szczerością stwierdził, gdzie zabrnąłeś. dokąd cię zaprowadziła twoja samowola, uzasadniona źle zrozumianą dojrzałością. Ten trud nazywa się rachunkiem sumienia. Potem pomyśl o tym, że to nie był tylko błąd, ale również ból odtrąconej miłości Ojca. Ten ból najlepiej zobaczysz w tajemnicy Krzyża. To się nazywa: żal za grzechy. Im bardziej będziesz sobie cenił jedność z tym, który jest Miłością, tym mocniejsze będzie twoje postanowienie poprawy. Musisz do tego dodać jeszcze jeden wymiar zła popełnionych przez ciebie czynów. One zawsze uderzają w twoich braci. Nawet te, uczynione najbardziej skrycie, mają swój społeczny wymiar. Dlatego wyznaj grzechy kapłanowi, który jest przedstawicielem tejże grzesznej społeczności, do której sam należysz, ale której poziom życia zależy również od ciebie. Przez posługę kapłana otrzymasz potwierdzenie, że Bóg jest Miłością, to znaczy przebaczeniem. Pozostanie ci jeszcze trudna próba podjęcia naprawy wyrządzonych krzywd.
Przez Chrystusa odnajdziesz swą jedność z Bogiem i ludźmi i będziesz mógł z radością powtórzyć za Apostołem: "Jeżeli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, oto wszystko stało się nowe".

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec i synowie

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec i synowie
Kochani moi, komu Pan Jezus opowiedział przypowieść o pewnym człowieku, który miał dwóch synów? Słyszeliśmy: faryzeuszom i uczonym w Piśmie. Cel był jasny — uciszyć ich szemranie i wykazać, że właśnie celnicy i grzesznicy mają do Niego prawo. Komu dziś przeczytano tę niezwykłą opowieść o pewnym człowieku, który jest ojcem zarówno dla syna — nicponia, jak i dla syna, który nigdy się nie zawieruszył? Spełniamy wiernie rozkaz ostatni naszego Pana: Ewangelia jest dziś głoszona wszelkiemu stworzeniu, ale jak ona jest słuchana, jak zostanie przyjęta — któż na to odpowiedzieć może? Wiadomo, jak niejednakowy jest los ziarna, które pada na różne miejsca i różny plon przynosi. Ale na pewno w tej wielkiej gromadzie słuchaczy, jest wielu takich, co pomyśleli sobie: to o mnie Chrystus opowiadał, to ja roztrwoniłem majątek ogromny: wolność, którą mnie obdarował, zamieniłem w niewolę. Uzależniłem się całkowicie, dziś już nie mogę nie pić... Zaufanie, wielki dar Ojca, zdeptałem. Poszedłem swoją drogą, nie bardzo mnie to wzrusza, co On sobie o mnie pomyśli. Nie zostało już nic z darów, które od Ojca otrzymałem — został głód, niedostatek — żołądek mój pusty.
Czyż aż takiej nędzy trzeba, aby się ocknąć? Ale ocknięcie jest możliwe tylko wtedy, gdy odrobina wiary zostanie, gdy o ojcu nie zapomnę do końca. Wtedy możliwa jest ta myśl: Ja tu z głodu ginę, a w domu jest chleba pod dostatkiem (Łk 15, 17). Zauważmy: motywacja jest prosta — głód sprawił, że zrodził się pomysł powrotu. A więc nie tęsknota, miłość do ojca, rozumienie, że trzeba krzywdy naprawić... Nic z tego. Po prostu skrajna nędza, śmierć głodowa, która zajrzała w oczy, uświadomienie, że innego wyjścia nie ma. Trzeba więc wybrać się w drogę powrotną. Trzeba też ułożyć sobie tekst wyznania, że zgrzeszyłem, że mogę zostać najemnikiem, bo synem już trudno się nazwać (Łk 15, 19). Tymczasem słowa okazały się zbędne. Ojciec nie powiedział słowa, gdy usłyszał żądanie: „Daj mi część majątku" (Łk 15, 11). Dał nic nie mówiąc, syn był dorosły, miał prawo. Teraz, gdy syn wrócił, straciwszy wszystko, nic nie odpowiada na jego deklaracje słowne, lecz rozkazuje sługom: szybko, najlepszą suknię... pierścień... utuczone cielę... będziemy ucztować (Łk 15, 23). Nie słowa się liczą, gdy dochodzi do takiego spotkania – liczą się fakty: umarł a ożył... zaginął a odnalazł się (Łk 15, 24). Takie proste, nie trzeba było ojca szukać, czekać w niepokoju, czy przyjmie... Nawet do końca formuły pojednawczej nie można było wyrecytować. Syn znalazł się w ramionach ojca, słowa były już niepotrzebne. To dlatego tak łatwy był finał spotkania. Tak łatwy, że stał się zgorszeniem dla porządnych, że trzeba było długo tłumaczyć, co się stało, że jest powód do radości, że trzeba wejść i przywitać się z bratem. Większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia (Łk 15, 7).
Bracia i siostry! Kto z nas nie potrzebuje nawrócenia? Taki zadowolony z siebie był starszy brat. Rzeczywiście: nigdy ojca nie opuścił; nie przekroczył jego rozkazu; tyle lat mu wiernie służył; nie roztrwonił z nierządnicami jego majątku. To wszystko prawda. I nagle niespodziewanie dla samego siebie znalazł się poza domem ojca. Niby niedaleko, tuż za ścianą, ale nie razem z ojcem. Nie chciał wejść... Co go zatrzymało na zewnątrz - żal, rozgoryczenie, że taki niedowartościowany, zazdrość, gniew? Co jeszcze? Taki porządny, niezawodny, a jednak poza radością, która panowała wewnątrz. I nie wiadomo — przypowieść już o tym nie mówi — czy przyjąć perswazję ojca, czy zdobyć się na to, by podejść do brata i uściskać go: „Dobrze, żeś wrócił". Ile czasu będzie potrzebować, by zrozumieć, że to nie on, ale ojciec ma rację. Nazwano tę przypowieść: „ewangelią w Ewangelii". W tak niewielu zdaniach powiedział Chrystus tak dużo o Bogu i człowieku. O tym, że są różne odejścia, ale zawsze można wrócić. Zawsze! Nigdy nie jest ani za daleko, ani za późno. Kochani, przez nasze kościoły przechodzą teraz fale rekolekcyjnych powrotów. Takich radosnych, wielkich bo trudnych. Powrotów prawdziwych, bo zmieniających o 180 stopni dotychczasowe życie.
Przed laty przyszła do mnie para narzeczonych z zamiarem zawarcia katolickiego małżeństwa. W rozmowie wstępnej ustaliłem, że oboje mają za sobą kawał pokręconego życia. On niedawno wrócił z więzienia, ona siadła na dnie. Oboje po cywilnych związkach już rozwiedzionych. Oboje w trakcie leczenia odwykowego. Zjeżyłem się wewnętrznie. Jak mogą sobie w sposób sakramentalny przysięgać miłość i wierność? Przecież na przyjęciu weselnym już popłyną. A co potem? Nie taiłem swoich wątpliwości. I wtedy usłyszałem: „My już ani kropli. Bo kiedy wiedziałam, że ze mną koniec, nie dam sobie rady, poszłam do kościoła, uklękłam przed ołtarzem i powiedziałam: „Panie Jezu, musisz mi pomóc, musisz! A ja ci przysięgam, że ani kropli do końca życia. I prosto z kościoła poszłam do przychodni". Minęło sporo czasu od ich ślubu. Czasem ich odwiedzam. Nie do wiary: naprawdę wyszli na prostą. Sąsiedzi mówią o nich z podziwem: „Coś takiego, oni są zupełnie inni. Pracują solidnie, żyją porządnie, cicho, czysto. A pamiętamy, jak to było dawniej, co się stało?" Wrócili, byli daleko i po prostu wrócili. I żyją po ludzku. Możecie mnie zapytać, ile znam takich przykładów. Z własnej praktyki duszpasterskiej niewiele, policzyć można łatwo, na palcach jednej ręki. Ale nie to jest istotne. Chrystus powiedział: Z jednego grzesznika... Ważne jest, że w ogóle jest to możliwe, dziś, w naszych czasach, takich trudnych podobno, jakby dawniej były czasy łatwe.
Jest możliwy powrót z przeklętych kręgów grzechu pijaństwa, oszołomienia narkotycznego, innych nałogów. Trzeba jednak przyjść i z całą pokorą i z całą stanowczością powiedzieć Jezusowi wprost: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić" (Mk 1, 40). Bo „uznaję nieprawość moją, a grzech mój jest zawsze przede mną. Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Stwórz, Boże, we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha" (Ps 51, 3—4. 12). Amen.
Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger