kwietnia 17, 2019

Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości

kwietnia 17, 2019

Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości
Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości. Właśnie dzisiaj zgromadziliśmy się tutaj po to, aby za te trzy dobrodziejstwa, dary, skarb — podziękować.
Kochani moi! Proszę was, abyście przez moment pomyśleli, jak bardzo te trzy rzeczywistości są związane z naszym życiem. Czym byłoby życie — nawet nas, ludzi XXI wieku — bez posługi kapłańskiej? Chrzest, bierzmowanie, pokuta, sprawowanie Eucharystii, małżeństwo, ostatnia posługa przy przejściu do Boga przez śmierć...
Ale przede wszystkim Eucharystia. Chrystus przez kapłanów spra­wujących Eucharystię przybliża i daje nam siebie samego. I daje swoje życie, swoją świętość, swoją miłość.
Ukochani Bracia i Siostry! Uczestnicy Tej Mszy Św. Wieczerzy Paschalnej.!
Dzisiaj, kiedy czytamy te wspaniałe teksty o konieczności pochyle­nia się do ludzkich stóp i posługi drugiemu człowiekowi, wiemy, że to właśnie rodzi się z tej miłości i jest jedynie wtedy możliwe, kiedy ogarnie nas Jego miłość. Dzisiaj przyszliśmy za to podziękować. Kiedy na początku mszy świętej zwróciłem wam uwagę, że właśnie za to ma­my dziękować, powiedziałem, że podziękujemy przez Jezusa w Duchu Świętym. Wszyscy jesteśmy już dzisiaj oczyszczeni w sakramencie poku­ty. Otrzymaliśmy w sakramencie pokuty dar, który chcemy dzisiaj zło­żyć z powrotem. Chcemy razem z Chrystusem podziękować Ojcu za to, że dał nam kapłaństwo, Eucharystię i prawo nowej miłości. I samemu Chrystusowi chcemy podziękować, za to po prostu, że jest dla nas — dla naszego zbawienia. Że życie nasze przez Niego, w Nim i z Nim — ma sens.
Moglibyśmy bardzo łatwo policzyć, który to raz z rzędu przeżywamy w naszym życiu Wielki Czwartek, wspomnienie godziny Jezusa, jak nam dzisiaj przypomniała ewangelia. Godziny Jego, ale i godziny naszej. My często w potocznym języku posługujemy się terminem „go­dzina". Myślimy też od czasu do czasu o „ostatniej godzinie". A oto właśnie wspomnienie godziny Jezusa i godziny naszej, która w Jego śmierci i zmartwychwstaniu jest ostatnią godziną.
To brzmi dość skomplikowanie, ale to jest bardzo proste. Dwa ty­siące lat temu w Wielki Czwartek Jezus Chrystus — Bóg-Człowiek właśnie w tej swojej godzinie ustanowił kapłaństwo hierarchiczne dla po­sługi wszystkim odkupionym we krwi Chrystusa. Ustanowił Przenaj­świętszą Eucharystię — pokarm czasów eschatologicznych, czasów osta­tecznych, pokarm ostatniej godziny, godziny, w której Bóg jest z ludź­mi — i promulgował odpowiedni dla takiego królestwa obyczaj: prawo nowej miłości. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się tak miłowali wzajemnie, społecznie, jak ja was umiłowałem" (J 13, 34). A miarą tej miłości, jaką On nas umiłował, jest miłość ukrzyżowana — miłość z Wielkiego Piątku. Ta właśnie miłość z Wielkiego Piątku została ukry­ta w kapłaństwie, w Eucharystii i w prawie nowej miłości.
I kiedy po dwóch tysiącach lat przychodzimy do kościoła — czy to w Wielki Czwartek raz w roku, czy w każdą niedzielę, kiedy jesteśmy blisko naszego domu czy na wakacjach, czy gdziekolwiek i w każdy zwykły dzień — kiedy msza święta się odprawia, wtedy dopełnia się misterium śmierci i zmartwychwstania. Wszędzie, gdzie gromadzą się ludzie na mszę świętą, na sprawowanie Eucharystii — tam uczą się te­go nowego przykazania. I kiedy uroczyście obchodzimy raz w roku to, co się powtarza każdej niedzieli i każdego dnia, aby przypomnieć sobie sens tych prostych, zwyczajnych obrzędów i gestów — wtedy przypomi­namy sobie też najistotniejszą treść tego, co zostało nam w Wielki Czwartek przekazane. Tutaj nam Chrystus przypomina o konieczności realizowania w naszym życiu kapłaństwa, tego co oznacza Eucharystia, w której mamy łaskę uczestniczyć — i tego co znaczy nowe przykazanie miłości. Po tośmy dzisiaj tutaj przyszli.
Moi Drodzy! To, co w tej chwili powiedziałem, można by ująć w formie pytania: czy wy wiecie, że wasze życie ma być życiem kapłańskim? Nie tylko nas, kapłanów; wasze również. Naszym obowiązkiem jest posługiwać wam — abyście Chrystusowe, kapłańskie życie doprowadzili w waszym życiu do pełni. Tym się tylko różnimy my od was. W imię Chrystusa was gromadzimy i w imię Chrystusa sprawujemy Eucharystię, w któ­rej razem uczestniczymy. A Eucharystia to jest Boska miłość Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który nam daje dynamizm nowej miłości.
Czy wiecie więc, że jesteście kapłanami zobowiązanymi do życia ka­płańskiego? Czy wiecie, że takie życie ma swoje bardzo fundamentalne pokłady i ma swoje szczyty? Idealny kapłan to — jak Jezus Chrystus — kapłan i ofiara. Chrystus po to złączył Wielki Czwartek z Wielkim Piąt­kiem. Doświadczamy tego — czy chcemy, czy nie chcemy — w naszym życiu. Kto coraz bardziej świadomie bierze w ręce swoje życie z Chry­stusem i ofiarowuje je z Chrystusem Bogu Ojcu, ten doświadcza przemia­ny cierpienia i bólu w radość i pokój, w szczęście. To dokonuje się w Eucharystii, gdzie przynosimy trud naszego życia, owoc pracy naszych rąk — i niejako wkładamy w dzieło paschalne Jezusa Chrystusa. I w każ­dej mszy świętej następuje w nas przejście od grzechu do świętości. Bo dając Chrystusowi i Bogu owoc naszej pracy — to wszystko, co się dzieje poza kościołem, to zmaganie codzienne o prawość, o szlachetność, o prawdę i dobro, o piękno — zostajemy nagrodzeni darem z góry. I kie­dy dzisiaj przy Komunii świętej usłyszymy „Ciało Chrystusa Amen", pamiętajmy, że to jest odpowiedź na nasz dar. Ten dar wyniesiemy zno­wu z kościoła, by go świadomie czy nieświadomie rozdawać. Bo miłość jest z natury promieniująca, rozdająca się, służebna, jak nam to dzisiaj ewangelia przypomniała na przykładzie Pana naszego, umywającego no­gi swoim Apostołom.
I chyba w ten wieczór nie potrzeba więcej słów. Tylko jedno pyta­nie: czy jesteśmy świadomi, że kapłaństwo, Eucharystia i miłość tworzą symbiozę, której nie można rozdzielić i że nasza ludzka miłość otrzymu­je od Boskiej swoją pełnię? Za to dzisiaj przyszliśmy Bogu przez Jezu­sa Chrystusa podziękować. Niech więc ta Eucharystia będzie najpiękniejszym i najważniejszym w naszym życiu DZIĘKCZYNIENIEM Bogu za wszystko, za co winniśmy Mu dziękować. AMEN.



kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - „Przyjacielu, po coś przyszedł?”

kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - „Przyjacielu, po coś przyszedł?”
Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam?» A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: «Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali spożywanie Paschy?» On odrzekł: «Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: „Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie urządzam Paschę z moimi uczniami”». Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda». Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?» On zaś odpowiedział: «Ten, który ze Mną rękę zanurzył w misie, ten Mnie wyda. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził». Wtedy Judasz, który miał Go wydać, rzekł: «Czyżbym ja, Rabbi?» Odpowiedział mu: «Tak, ty». (Mt 26,14-25)

REFLEKSJA

Liturgia Słowa przez trzy kolejne dni stawiała przed nami Judasza, tę najbardziej tragiczną postać z otoczenia Jezusa Chrystusa. Wczoraj uświadomiliśmy sobie, że było w nim za dużo człowieka, a za mało Boga.
Spróbujmy jeszcze dziś zatrzymać się przy tej postaci; spróbujmy poszukać, co z tego człowieka, z tego, co ludzkie, przeważyło nad tym, co Boże, co doprowadziło go do takiego czynu, jakiego się dopuścił. Przecież był Apostołem, którego Jezus wybrał, tak samo, jak pozostałych; któremu z taką samą miłością umywał nogi, jak uczynił to wobec wszystkich innych. Trzy lata chodził z Jezusem. Widział wszystkie Jego cuda. Otrzymał wszystko to, co inni Apostołowie, a jednak tylko on zdradził Jezusa.
Cóż doprowadziło go do takiego stanu, że stał się zdolnym do sprzedania swojego Mistrza?
Z Ewangelii wiemy, że Judasz, już od samego początku nie był człowiekiem uczciwym. Wciąż chodził własnymi drogami, szukał własnego interesu, a św. Jan, co słyszeliśmy w poniedziałek, napisał wprost, że „Judasz był złodziejem, i mając trzos (czyli będąc skarbnikiem), wykradał to, co składano”. A więc nieuczciwość, chciwość, okradanie innych, to te szczególne rysy zdrajcy, Judasza. A ponadto, był on człowiekiem bardzo interesownym. Towarzysząc Jezusowi, spodziewał się, że coś na tym zyska. Myślał, że Jezus, będąc tak bardzo sławnym, pociągnie za sobą lud, wyzwoli Izraela, sam zasiądzie na tronie, a jemu, Judaszowi, powierzy jakieś odpowiednie stanowisko. Tymczasem, słyszy trzykrotną zapowiedź męki i śmierci. I wtedy, w sercu Judasza rodzą się pytania: Czy warto iść za Kimś, kto pójdzie na śmierć? A co gorsze, czy on, Judasz, też ma iść tą samą drogą? Bo przecież Jezus żąda, aby Jego uczniowie wzięli krzyż i naśladowali Go. I tego dla Judasza było już za wiele. To nie była ta droga, jaką on sobie wymarzył. Widzi, że na tej drodze, niestety, nic nie zyska, że na Jezusie nic nie zarobi. Dlatego postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, sięga po ostateczność – w tej swojej chciwości zapędził się aż tak daleko, że sprzedał Jezusa za cenę jednego niewolnika, za trzydzieści srebrników.
„Przyjacielu, po coś przyszedł?” – zwrócił się do Judasza Jezus w Ogrójcu. Jakby chciał dać sygnał ostrzegawczy; jakby chciał powiedzieć: Judaszu, opamiętaj się, jeszcze masz szansę, jeszcze możesz zmienić tę swoją decyzję. Jednak Judasz do końca udawał przyjaciela, będąc ukrytym zdrajcą.
Niestety, współczesny świat również nie jest wolny od zdrajców. I chodzi nie tylko o tych, którzy zdradzają przyjaciół, którzy łamią podstawowe zasady, normy międzyludzkiej lojalności. Dziś też, wśród ludzi wierzących, możemy dostrzec wiele podobieństw do postawy tamtego Judasza. Czy są w naszej Ojczyźnie tacy? Są! Ileż to, w niedalekiej przeszłości, było takich przypadków, że ktoś przychodził na Mszę św. z dyktafonem w kieszeni, aby nagrywać kazania, a potem, za parę groszy, znosić funkcjonariuszom SB. Albo, ktoś przychodząc na Mszę św, modlił się przed ołtarzem, a potem, wieczorem, w melinie sprzedawał alkohol, nie bacząc na płacz dzieci, żon rozpijanych ludzi. A dzisiaj, takim rasowym Judaszem, jest ksiądz odstępca Roman Kotliński, posługujący się pseudonimem Jonasz; człowiek, który podobnie jak Judasz przez trzy lata chodził za Jezusem, pracując jako kapłan, a potem został założycielem antykościelnej organizacji, autorem i pomysłodawcą wielu oszczerstw przeciwko Kościołowi, podawanych na łamach książek i czasopism. I wreszcie zawiera sojusz z prześladowcami Kościoła i zbrodniarzami, jak choćby ostatnio, z zabójcą ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorzem Piotrowskim. Z tej swojej oszczerczej działalności, że zdrady Jezusa Chrystusa, czerpie korzyści finansowe, zupełnie jak tamten Judasz sprzed dwóch tysięcy lat. Ale trzeba jeszcze tutaj dodać, że każdy grzech, zwłaszcza grzech ciężki, jest zdradą Jezusa Chrystusa, jest podważeniem Bożej miłości, która Jezusa doprowadziła aż na krzyż. A to zdarza się chyba każdemu z nas.
Ostrzeżeni postawą Judasza, zastanawiamy się, czego winniśmy się strzec, na co powinniśmy uważać, ażeby nie upaść tak nisko, jak on. I przede wszystkim czyńmy postanowienia: nie szukania własnych korzyści za wszelką cenę, nawet za cenę zdrady Jezusa; nie szukania siebie, ale zaufania Jezusowi, bo On wie, czego nam najbardziej potrzeba, i tego nam hojnie udzieli, jeżeli pozostaniemy Mu wierni do końca. A jeżeli jednak zdarzy się upadek, to nie wpadajmy w rozpacz, jak Judasz, tylko prośmy Jezusa, a On wszystko nam wybaczy. Pomóż nam więc, Panie, przezwyciężać nasze wady, zwłaszcza naszą chciwość, abyśmy przez ten Wielki Post, a szczególnie jego ostatnie wielkie dni, zjednoczyli się z Tobą, i w tej jedności wytrwali. AMEN.

kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - Zdrada Judasza

kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - Zdrada Judasza
“Co chcecie mi dać, a ja Go wam wydam? A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników”.
I znów dzisiaj kolejny raz spotykamy się z tą najtragiczniejszą postacią z otoczenia Jezusa, z człowiekiem, który został powołany aby być Apostołem, a stał się zdrajcą, stał się sprzedawczykiem. Powodów do zdrady Judasz mógł mieć wiele i nie wiemy, który z tych powodów w końcu przeważył. Ale ewangeliczne ubóstwo na pewno nie było jego mocną stroną. Przecież właśnie pierwsze słowa, z jakimi zwrócił się do arcykapłanów, było to pytanie: “Co chcecie mi dać?” – jakże pasujące słowa do człowieka, o którym wczoraj słyszeliśmy z Ewangelii, że był złodziejem, i mając trzos, wykradał to, co tam wrzucano. A bardzo znamienny jest również fakt, o którym słyszeliśmy w poniedziałek z Ewangelii, że w chwili namaszczenia Jezusa przez Marię w Betanii, Judasz już na pierwszy rzut oka bardzo fachowo ocenił wartość tego olejku użytego do namaszczenia, pytając: “Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów?”. A więc Judasz był typem jakiegoś zimnego realisty, który nawet najbardziej subtelne sprawy oceniał po kupiecku, w kategoriach opłacalności materialnej.
“A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników”. Dlaczego tak mało? Przecież w stosunku do tej przysługi, jaką Judasz wyświadczył starszyźnie żydowskiej, była to suma rzeczywiście bardzo niewielka; była to równowartość jakiegoś odszkodowania za niewolnika zabitego w wypadku przy pracy. I wcale nie wygląda na to, że zdrajca targował się o jakąś hojniejszą zapłatę. Fakt, że zadowolił się tak niską ceną, można pewnie wytłumaczyć poczuciem jego własnego zagrożenia. Przecież jako bliski uczeń podejrzanego, czy posądzanego o zbrodnię Jezusa, powinien się cieszyć, że uchodzi cało z całej tej jakiejś niebezpiecznej afery. W tej sytuacji “sukcesem” było coś jeszcze na tym wszystkim zarobić. Ale właśnie w ten sposób, jak mówi Renan, w Judaszu skarbnik zabił Apostoła.
Owe srebrniki można oczywiście pojmować w sensie jakimś przenośnym, jako wszelkie dobra, wszelkie wartości doczesne, dla których człowiek po prostu wyrzeka się Boga, sprzedaje tego Boga, rezygnuje z wszelkich wartości duchowych. Ale można też rozumieć owe srebrniki w sensie bardzo dosłownym. Suma trzydziestu srebrników, ta “zapłata niegodziwości”, jak ją później nazwie św. Piotr, stała się jakimś haniebnym symbolem dla wszystkich następnych pokoleń, wieków.
Symbol ten nabiera szczególnej ostrości, kiedy w naszych obecnych warunkach, powszechnym staje się pytanie: Za ile? Co za to dostanę? Co ja z tego będę miał? – w warunkach, kiedy tak wielu, podobnie jak Judasz, pyta: “Co chcecie mi dać?”, myśląc właśnie o pieniądzach, za które można kupić jakiś urzędniczy stołek, karierę, lepsze miejsce. I ludzie tutaj tłumaczą się, że przecież człowiek musi zabiegać ciągle o to z czego żyje, co potrzebne mu jest do życia. Jednak bardzo łatwo jest tutaj przekroczyć granicę konieczności. Człowiek ani się nie spostrzeże, kiedy zabiega już nie tyko o to z czego żyje, ale zabiega o więcej, o ciągle więcej; i nie chce się już przyznać nawet przed samym sobą, że to o co zabiega nie jest mu potrzebne do życia, ale dla nasycenia coraz to wzrastającej ambicji, czy po prostu najzwyklejszej chciwości. I w konsekwencji tutaj musi nastąpić ruina tego życia duchowego, tego życia wewnętrznego.
Człowiek w pogoni za dobrobytem, urzeczony tymi srebrnikami w takiej czy innej postaci, może zatracić swoje ludzkie oblicze w stosunku do bliźnich; może zatracić wszelkie jakieś uczucia humanitarne. Bardzo pięknie zobrazował to Streiejkowski takim oto porównaniem: Kiedy szyba jest czysta, to widać przez nią innych ludzi. Ale kiedy człowiek z jednej strony powlecze ją srebrem, to widzi już tylko siebie.
Jeżeli cywilizacja chrześcijańska zakłada wyższość tego, kim człowiek jest, nad tym co posiada; jeżeli “mieć coś”, wcale nie znaczy jeszcze “być kimś”, jeżeli można mieć dużo a jednak być nikim i niczym, to właśnie postać Judasza, ta tragiczna postać, jest na to jaskrawym dowodem. Mimo że wziął, mimo że zarobił, i miał, to jednak nie stał się przez to “kimś”, to jednak w oczach całych pokoleń utrwalił się jako to “żałosne nic”; jego postępek, jego czyn doznaje powszechnej zdrady u ludzi wszelkich poglądów.
Czy wobec tego srebrniki są czymś tylko złym? Czy mogą być tylko złym? Sobór Watykański II uczy nas, że “wszystko, co składa się na doczesność, wszystkie życiowe dobra posiadają swą własną wartość nadaną przez Boga”. A więc również i te srebrniki są dobre, mają swoją wartość, są potrzebne. Istotną rzeczą jest tutaj tylko to, ażeby to one służyły człowiekowi, a nie człowiek im. Bo pieniądz może być dobrym sługą, lecz jest złym jako “pan”.
Niech więc pieniądz stanie się dla nas też tą wartością, niech i nam służy jak najlepiej, ale nich nigdy się nie stanie dla nas “panem”, bo wtedy stanie się zapłatą zdrady, i wtedy my stalibyśmy się podobni do tej najtragiczniejszej postaci – zamiast uczniami Jezusa Chrystusa, stalibyśmy się Jego zdrajcami. AMEN.

kwietnia 16, 2019

Wielki Wtorek - Wieczernik - odkryciem tajemnicy Boskiego Serca Jezusa

kwietnia 16, 2019

Wielki Wtorek - Wieczernik - odkryciem tajemnicy Boskiego Serca Jezusa
Razem z Apostołami wchodzimy dzisiaj do Wieczernika, gdzie Jezus pragnie spożyć Paschę ze swymi uczniami. Dzisiejsza Ewangelia odkrywa przed nami wielką tajemnicę ludzkiego serca, serca Apostołów, a również odkrywa przed nami tajemnicę Serca Jezusa, Boskiego Serca, które jest sercem pełnym miłości. Dlatego Jezus jest wzruszony gdy oznajmia: “Jeden z was Mnie zdradzi”; jest poruszony, bo w dalszym ciągu kocha tego, który Go zdradzi. I w dalszym ciągu jest zdumiony postawą tego, któremu okazał tyle miłości, a on nie przyjął Jego osoby, Jego misji.
Tajemnica ludzkiego serca. Najpierw jest to serce św. Jana, Apostoła i Ewangelisty. Spoczywa w czasie tej Wieczerzy na piersi Jezusa, znajduje się w bliskości Jego Boskiego Serca, opiera się o Jezusa. Można powiedzieć, że jest tym Apostołem, który zaczyna mieć wątpliwości, że misja Jezusa nie dotyczy tylko tej ziemi, który może przeraził się, gdy Jezus powiedział, że będzie cierpiał, że będzie zabity. Ale ów uczeń nie ma tak zamkniętych oczu jak Piotr, który mówi: “Panie, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie”. Jan jest człowiekiem głębokiej modlitwy, jest człowiekiem, który rozważa słowo Pana tak, jak Maryja. I chociaż zaśnie w godzinie próby, chociaż będzie również człowiekiem słabym, to przecież stanie pod krzyżem razem z Maryją i niewiastami, to przecież wyzna swoją wiarę w moc Chrystusowego krzyża. Możemy powiedzieć, że w Janie jest już zalążek działania mocy Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego.
Reprezentantem skrajnie przeciwnej postawy jest Judasz Iskariota. Idzie za Jezusem, aby realizować swoje własne pomysły, zaspokajać swoje przyziemne potrzeby. Jezus miał mu służyć do krótkowzrocznych celów. Gdy się na Nim zawiódł, sprzedaje Go za trzydzieści srebrników. Te trzydzieści srebrników, to symbol całego jego szczęścia, wszystkich jego pragnień żeby się tu na ziemi zabezpieczyć. Niektórzy twierdzą, że zdrada Judasza była jego ostatnią rozpaczliwą próbą sprowokowania Jezusa, by zaczął walczyć, by z mocą ogłosił królestwo Boże. Zbawiciel jednak nie uległ tej prowokacji.
I wreszcie Piotr, człowiek o sercu otwartym dla Jezusa, ale to serce jest jeszcze bardzo zmienne, zdradliwe, kruche. Piotr wciąż nie zna siebie, dlatego wydaje mu się, że dla Jezusa jest gotowy uczynić wszystko. Piotr lubi porównywać się z innymi ludźmi, chełpi się swoją wiernością, ale w rzeczywistości opiera się tylko o samego siebie. Dlatego w godzinie próby zdradzi Jezusa wobec służącej, wobec ludzi, którzy nie mogli mu nic złego uczynić.
A jak zachowuje się Jezus wobec swoich uczniów? Jezus jest delikatny, ujawnia tajemnicę swojego Serca: Janowi odpowiada na jego pytania kto będzie zdrajcą, przestrzega Piotra przed pychą, przed wiarą we własne siły, jest dyskretny nawet wobec Judasza, który już powziął zamiar aby zdradzić swego Mistrza.
Te trzy postawy Apostołów, te trzy serca, chcą nam pokazać, gdzie my dzisiaj jesteśmy. Zapewne nie odnajdujemy siebie w Judaszu, ale może jeszcze nie odnajdujemy siebie w Janie – najbardziej jesteśmy podobni do Piotra. Jesteśmy ludźmi w drodze. Jesteśmy tymi, którzy są słabi, którzy się bardzo często opierają o samych siebie. Nie chcemy wchodzić w krzyż, w doświadczenia, których nie rozumiemy. Chcemy Jezusa zatrzymać dla siebie. Chcemy by zawszy był to Jezus uwielbiony, a nigdy to Jezus prześladowany, odrzucany; chcemy, żeby zawsze to był Jezus sukcesu, a nigdy Jezus porażek, przegranych, odrzucenia.
Przeżywamy Wielki Tydzień. W tym czasie musimy zobaczyć najpierw naszą rzeczywistość, abyśmy mogli przyjąć moc Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. I dlatego ten tydzień zaprasza nas do głębokiej medytacji, do głębokiej modlitwy i czuwania, byśmy nie ulegli pokusie, tak jak uległ pokusie rozpaczy Judasz; byśmy nie ulegli pokusie, gdy przyjdzie nasza godzina. Może to będzie w tym roku choroba, śmierć bliskiej osoby; może to będzie zdrada przyjaciela; może to będzie działanie pewnych ludzi, którzy chcą nas skompromitować – byśmy nie ulegli pokusie. Oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do Serca Jezusa, który kocha; oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do serca Jana, Apostoła, który rozważa słowo Boga i dlatego jest mocny, i dlatego nie ulegnie pokusie słabości, dlatego stanie pod krzyżem i będzie jednym z pierwszych uczniów, którzy doświadczą mocy zmartwychwstania, będzie wielkim Apostołem miłości. Obyśmy mogli przyjąć Bożą miłość, obyśmy ją zrozumieli, byśmy zrealizowali naszą chrześcijańską misję wobec świata. Mówi do nas dzisiaj Bóg przez proroka Izajasza: “Ustanowię cię światłością dla pogan, aby Moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. Obyśmy mogli być taką światłością, jak Apostołowie po zmartwychwstaniu, po Zesłaniu Ducha Świętego, ale najpierw musimy zobaczyć gdzie jest nasze serce i jaka jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Do tego zaprasza nas misterium paschalne – celebracja liturgii Wielkiego Tygodnia. Wejdźmy w nią z wiarą. AMEN.

kwietnia 14, 2019

Homilia na Niedziele Palmową – Za Mistrzem z Nazaretu

kwietnia 14, 2019

Homilia na Niedziele Palmową – Za Mistrzem z Nazaretu
Rozpoczęliśmy Wielki Tydzień wspomnieniem pełnego chwały wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Tym triumfalnym wjazdem do Świętego Miasta Jezus zwieńczył swą krótką, bo tylko trzyletnią, ale jakże intensywną działalność publiczną.
Jezus opuszcza Betanię, gościnny dom swoich przyjaciół - Marii, Marty i Łazarza. Wjeżdża na osiołku otoczony gromadą swoich uczniów i tłumem gapiów. Zgotowali Mu oni prawdziwie "królewskie" przyjęcie. Słychać było śpiew: "Hosanna! Błogosławio­ny, który przychodzi w Imię Pańskie!"
Jezus był dla nich w tym momencie królem, panem, idolem...
Czyż jednak syn Dawida, Mesjasz, król wjeżdżający do Jero­zolimy, pozdrawiany gałązkami oliwek i palm, przybył po to, aby burzyć stare i budować nowe królestwa?
Jezus przybywając do Jerozolimy dzielił drogę z wielkim tłumem, lecz wiemy, jak szybko drogi Jezusa i Jego wielu głoś­nych zwolenników się rozejdą.
Kościół zaraz po przypomnieniu nam pełnego radości momen­tu powitania prowadzi nas pod krzyż. Słuchaliśmy z uwagą Ewan­gelii Pańskiej: tu także jest tłum... tu także rozlegają się okrzy­ki..., ale jakże inne. Okrzyk zwycięstwa urywa się, aby zrobić szybko miejsce okrzykowi oskarżenia...
Dzisiaj mamy przed naszymi oczyma jakby dwa obrazy Chrystusa. Jeden to obraz Chrystusa triumfującego. Jezus silny potęgą swoich wyznawców, Chrystus Pan i król.
Jest też inny obraz Chrystusa: Jezus odepchnięty, osamotniony, bezsilny, cierpiący...
W tłumie - tym z Niedzieli Palmowej i w tym z Wielkiego Piątku - stoimy także i my. Raz - mocni wiarą, z niezachwianą wolą czynienia dobra, oczekujący chwały. Innym razem - niewier­ni, wykrzykujemy pod krzyżem nasze bluźnierstwa. Wraz z tłu­mem towarzyszymy Jezusowi aż do ostatniego momentu. Jak Piotr trzykrotnie zapieramy się jakichkolwiek związków z Osądzo­nym. Jak Weronika i Cyrenejczyk próbujemy gestem dobroci oka­zanej Mistrzowi z Nazaretu zaprotestować przeciwko przemocy. Niewielu z nas ma jednak odwagę stanąć z Maryją i Janem pod krzyżem. Krzyż jest rzeczywistością, o której chcielibyśmy zapom­nieć. Jest znakiem, który nas przeraża. Jest zaprzeczeniem miłoś­ci własnej. Jest znakiem całkowitej ofiary.
Jednak dzisiaj zrozumieliśmy, że im bardziej będziemy zjed­noczeni z Chrystusem ukrzyżowanym, tym bliżej będziemy Chrystusa zwyciężającego.
Wydaje się to paradoksem. Jest jednak prawdą. Bóg bowiem zwycięża poprzez słabość. Pozostaje wierny mimo naszych zdrad. Prowadzi swe dzieło zbawienia. Chrystus umierający na drzewie krzyża, wbrew naszym obawom, nie przestaje być jedynym dawcą prawdziwego życia. Spróbujmy przezwyciężyć lęk.
Życie ludzkie nie jest wolne od cierpień, chorób, przegranych... Nie brak w nim lęków, wątpliwości i załamań. Od czasów popełnienia przez pierwszych ludzi grzechu pierworodnego różne przejawy cierpienia spotykamy niemal codziennie. Nie jest jednak łatwo spotkać kogoś, kto godziłby się na cierpienie. Boimy się go, za wszelką cenę, staramy się go uniknąć. Świadomie bądź nie -wydajemy walkę wszystkiemu, co może zakłócić nasze doczesne szczęście. I tak być powinno. Jako chrześcijanie mamy obowiązek unikać cierpień, leczyć rany, zapobiegać nieszczęściom. Pozostaje jednak faktem, że nie wszystko zależy od nas. Nasze ludzkie siły są zbyt słabe. Istnieje cierpienie, któremu nie możemy zapobiec.
Zostaje zbyt wielu ludzi, którym nie możemy pomóc. Pojawia się krzyż, który wydaje się nam nie do uniesienia...
Życie Jezusa nie było wolne od cierpienia i lęku. Słyszeliśmy przed chwilą, że Jego ostatnie godziny to trwoga konania i pełna świadomość tego, co Go czeka. Modlitwa w Ogrójcu to głośne woła­nie do Ojca i płacz Syna, który "istniejąc w postaci Bożej" (Flp 2,6), to znaczy będąc prawdziwym Bogiem - przed śmiercią prze­żywał swoją Mękę. Jezus zstąpił na ziemię, aby nas uwolnić od grzechu i otworzyć drogę do Ojca i Jego łaski. Jezus przyjmuje cierpienie dobrowolnie. Motywem jego wyboru jest miłość. Jego osamotnienie, odrzucenie i cierpienia umierania są ofiarowane za nas. Jezus w ten sposób uczy nas, abyśmy nie patrzyli na cier­pienie oceniając je w kategoriach porażki, straty, przegranej. Jest ono tajemnicą. Może być ofiarowane i może stać się źródłem du­chowego dobra. Może być użyteczne. Zbawienne. Przyzwyczailiśmy się wiele rzeczy, sytuacji, a nawet i problemów oceniać w katego­riach zwycięstwa lub przegranej i jest nam bardzo trudno tę prawdę przyjąć. Odrzucając ją jednak, zbyt często gubimy zupeł­nie w naszych rozważaniach wymiar duchowy życia. Dlatego potem nie można się dziwić pustce i beznadziei, która przytłacza i przesłania to, co istotne, piękne i co nadaje sens życiu.
"Jezus Chrystus nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem" (Flp 2,6). Męką pokazał, jak bardzo zależy Mu na człowieku i jak niewymownie cierpi, gdy ktoś szuka szczęścia na drogach samozbawienia. Pójdźmy za Mistrzem z Nazaretu. AMEN.


kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 6. Oblicza grzechu (nauka dla młodzieży)

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 6. Oblicza grzechu (nauka dla młodzieży)
Drodzy moi młodzi przyjaciele!
Życie nasze często przyrównuje się do płynącej rzeki. Woda, początkowo u źródła, płynie spokojnie, stopniowo coraz szybciej i szybciej. Przeszkadzają jej obwałowania, boczne umocnienia, a i tak woda wylewa się na pola i tworzy wielkie rozlewiska, tworzy bagna. Podobnie jest i w naszym życiu. Być może pytasz: Dlaczego muszę chodzić do kościoła? Przecież mogę inaczej. Dlaczego muszę słuchać zdania rodziców? Przecież ja sam dobrze wiem jak mam postępować! Dlaczego tego mi nie wolno? Przecież jestem człowiekiem wolnym! I tak jak ta woda naszego życia, naszych spraw, wylewa się i my wchodzimy w to bagno, bagno grzechów i jakże trudno jest nam później wyjść z tego bagna.
Tak! Do ujęcia rzeki potrzebne są umocnienia, aby wzburzona woda się nie rozlała. Zapominasz o Bogu, o Jego przykazaniach, buntujesz się przeciwko ustalonym normom moralnym, i tak z tego powodu cierpisz.
Chce dziś razem z Wami rozważyć czym jest grzech? Z katechizmu wiemy, że grzech to przekroczenie prawa Bożego, przekroczenie świadome i dobrowolne. Ale popatrzmy dzisiaj na grzech nieco z innej strony.
Grzech jest porzuceniem, zlekceważeniem bezinteresownej miłości Bożej. Grzech, to stawianie siebie ponad Stwórcę. Grzech jest również brakiem dobra, które powinieneś czynić. Jakże często szukamy tego, co egoistyczne, wyrywamy się z rąk Miłosiernego Ojca. Ranimy serce. Ranimy dusze.
Trafnie ilustruje to obraz: Oto na pierwszym planie ojciec idący z małym dzieckiem, synkiem, na spacer. Trzyma go mocno za rękę, ale dziecko wyrywa się. Dostrzegło po drugiej stronie szosy piękny kwiat, pragnie go zerwać, mieć dla siebie... Ale ojciec nie chce wypuścić dziecka, bo widzi z naprzeciwka nadjeżdżający samochód. Jednakże dziecko wyrywa się niepostrzeżenie, biegnie, udało się... Zrywa piękny kwiat, kwiat więdnie i usycha. Pozostaje smutek i żal.
Tak często, drodzy młodzi, bywa z nami. Wyrywa się chłopak, dziewczyna z domu, zbuntowani, skuszeni, zwabieni urokami tego świata, i niszczą siebie, niszczą piękno ludzkiej miłości. I pragną wypełnić to swoje życie wielką sumą erotycznych doznań, myśląc, że to wystarczy im do szczęścia. Zapominają, że ten miraż wielkich przyjemności jest krótkotrwały i rodzi pustkę i rozgoryczenie. Bo jednak człowiek nie jest tylko ciałem i nie tworzą go tylko zmysły, a o jego szczęściu nie decyduje splot krótkotrwałych doznań cielesnych.
Tak! Młodość, to czas rodzenia się wielkich przyjaźni, wielkich miłości. Stajesz się podatny (podatna) na jedno z najwspanialszych z uczuć ludzkich. Kochać! Pamiętasz może tę bardzo głęboką rozmowę o przyjaźni lisa i księcia? Oswoić, znaczy stworzyć więzy. Jeśli mnie oswoisz, będziesz za mnie odpowiedzialny, będziemy się nawzajem potrzebować, będziesz dla mnie jedyny na świecie. „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem” – mówi Chrystus.
Miłość Boża – miłość prawdziwa! Miłość. Biedne to słowo. Tak często nadużywane. Tak bardzo wyświechtane i tak często wykoszlawione. podstawia się pod nie różne treści. Często miłością ludzką nazywa się czysty egoizm, a czasem miłość w języku ludzkim to zmysłowość, to coś, co jest brutalnym używaniem drugiej osoby.
Czymże jest miłość? A raczej trzeba by zapytać, czym ta miłość nie jest?
Na pewno miłość nie jest zachwytem drugą osobą, zauroczeniem nią. Miłość nie jest miłosierdziem, nie jest tkliwością. Miłość jest łaską, Bożą łaską. Miłuje ten, kto wybiera i jest wierny. Tak jak Bóg, który nas umiłował, oczekuje od nas wyboru i wierności. Masz więc wybierać i być wiernym temu wyborowi – wierny do końca swoich dni. On, Bóg, wybrał nas, gdy stworzył z miłości ciebie i mnie. I ty masz wybierać. Kiedy człowiek spotyka się z Bogiem, urzeczywistnia się prawdziwa miłość. Ale ta miłość jest wymagająca. Tak! Spójrz – nikt nie był tak kochany i umiłowany jak Pan Jezus, a mimo to Ojciec zażądał od Niego tak wielkiej ofiary, największej ceny, ofiary z własnego życia. To przerażające, ale nader prawdziwe. Miłość do drugiego człowieka też jest wymagająca. Tak!
Miłość to na pewno nie tylko wzajemna pomoc, ale to bezgraniczne oddanie siebie osobie ukochanej. Miłość seksualna jest tylko częścią tej prawdziwej miłości, częścią konieczną, ale nie jedyną; potrzebną, ale w odpowiednim czasie. Pomyśl, drogi Bracie i Siostro, drzewo, żeby wydało owoc musi wyrosnąć, zakwitnąć i wtedy dopiero zaowocuje. Tak też jest i z człowiekiem. Musi człowiek najpierw nauczyć się żyć, nauczyć się kochać, i w odpowiednim czasie ta miłość na pewno zaowocuje w sakramencie małżeństwa. W życiu rodzinnym często badaj prawdziwość i czystość tej miłości. Nie stawiaj pytania czy kocham – raczej mów sobie, czy wyrzekam się?, czy potrafię usłużyć?, czy umiem zapomnieć o sobie? Często słyszymy: zakochałam się! Tak – zakochałaś się w sobie!, zakochałeś się w sobie! To dla siebie pragniesz drugiego człowieka, dla siebie pragniesz ciała drugiej osoby, aby go wykorzystać dla siebie, a więc: zakochałeś się w sobie! Egoistyczna miłość! Zachowaj cię, Boże, od takiej miłości. Jeśli przestajesz dawać, przestajesz kochać. Tak! Pocałunkiem egoistycznym, pocałunkiem judaszowym zdradzasz samego Chrystusa w bliźnim. I ty jeszcze śmiesz mówić o miłości? Zapominasz o tym, że wiara polega na tym, aby zaufać miłości Boga. Z przykładu Judasza wiemy, że nie wystarczy być blisko Chrystusa, że nie wystarczy znać Chrystusa. Trzeba Chrystusa zrozumieć, pokochać i zawierzyć mu bez reszty, a nade wszystko zawierzyć Mu siebie.
Miłość to ofiara, to dźwiganie krzyża. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. Tak! Wziąć krzyż, to dostrzec na swojej drodze drugiego człowieka, dostrzec w drugim człowieku jego godność.
Mówisz: zakochałem się – nie mów tak! Mów: kocham ciebie. Tak mówią starsi, ale mówią prawdę. Bo to oznacza: Dla ciebie poświęcam siebie, swój czas, chcę być z tobą w chwilach radosnych i smutnych, chcę poświęcić się cały dla ciebie.
Pocałunek – znak miłości – a jeżeli ten znak nie jest znakiem miłości, to kosztuje wiele! Różne znamy rodzaje pocałunków. W szkole witasz się z kolegą, koleżanką, w domu z rodzicami – pocałunek, znak przyjaźni i miłości. Pytasz się, czy można się całować? Jeśli potrafisz się pocałować, to proszę bardzo. Ktoś powie, że przecież od pocałunku nikt się jeszcze nie urodził. Tak, to prawda, ale przez pocałunek – wiesz jaki – wielu straciło głowę, straciło życie. Tak, ale ksiądz nie wie, jakie to przyjemne..., jakie drgawki przechodzą wtedy przez człowieka... tak, ale i na to jest rada, stara metoda – jeśli chcesz drgawek, to gdy wrócisz do swojego domu, weź dwa gwoździe i włóż je do gniazdka z prądem, będziesz miał takie drgawki, że satysfakcja gwarantowana, mocne przeżycie gwarantowane.
Drodzy młodzi – czas zmarnowany na takie zabawy jest grzechem. Tak, to grzech. Dlatego staraj się, aby być naprawdę panem samego siebie, aby nie popaść w niewolę grzechu.
Wśród pokus młodzieńczych wybija się na pierwszy plan pokusa nieczystości. Oczywiście, to normalne, nie trzeba się przerażać, ale trzeba stanowczo i absolutnie powiedzieć NIE! Nie ulegać, a jeśli ulegniesz raz, drugi, bagatelizując, staniesz się niewolnikiem cała swojego, swoich zmysłów i bardzo trudno ci będzie powstać, zapanować nad swoim instynktem, zwłaszcza o własnych siłach. Ów instynkt jest potrzebny, ale w odpowiednim czasie. Jeśli nie potrafisz opanować swojego ciała, będziesz mieć problemy w życiu małżeńskim, rodzinnym. Jakże trudno będzie wtedy ofiarować coś z siebie drugiej osobie. Kochać!
Kocham ciebie – mówi dziewczyna do chłopaka! Ale oto chłopak żąda od tejże dziewczyny tzw. „dowodu miłości”. Czy on cię kocha? Z pewnością nie! Możesz być pewna, że on nie kocha i nie zasługuje na twoją miłość, a jeśli kocha, to poczeka.
Drodzy młodzi! Spójrzmy jeszcze na inne grzechy, które tak często nurtują wasze sumienia, zniewalają was. Spójrzmy na Boże przykazania. Pierwsze przykazanie – kochać Boga ponad wszystko, mieć wiarę, wiarę pogłębiać. I tu pojawia się grzech zaniedbywania lekcji religii. – Ja już wiem, już wszystko wiem, już to słyszałem, mnie już to nie potrzebne... Ziarno wrzucone w ziemię potrzebuje opieki, pielęgnowania, aby wydało owoc stokrotny. I tak jest również z ziarnem wiary, które padło na glebę twego serca. Musisz je pielęgnować, żeby wydało owoc, żeby ta wiara była żywa, musisz swoją wiarę pogłębiać, argumentować rozumowo, żeby nie powstydzić się przed innymi, że nie znasz zasad swojej wiary. Staraj się pogłębiać swoją wiarę.
Częstym grzechem w naszym życiu jest brak miłości względem rodziców, wobec rodzeństwa. Tak często zapominamy o ich poświęceniu – to „wapniaki”, jak wiem lepiej, toć XXI wiek. Ale pamiętaj, że wszystko w życiu może cię zawieźć, może rozsypać się w gruz, ale zawsze możesz wrócić do domu rodzinnego, zawsze dla ciebie tam jest schronienie. Szacunek dla rodziców! Oni dla ciebie i tobie tak wiele dali, poświęcili. Może i masz uzasadnione zastrzeżenia, może w wielu przypadkach masz rację, ale pomyśl, że oni żyją dla ciebie.
Innym grzechem tak często występującym to grzech zazdrości. Zazdrościmy koledze, koleżance rożnych spraw, czasami bardzo błahych. Pomyśl – stajesz się sędzią Chrystusa w bliźnim, stajesz się Piłatem, który sądzi i wydaje wyrok. Moi Drodzy! Grzech, to poważna rzecz, a jego tragedia pogłębia się przez częste zaprzeczanie, że jesteśmy grzesznikami. Tak często się słyszy – ja nie mam grzechu, ja nie mam się z czego spowiadać. Wystarczy jak przyjdę raz w roku do spowiedzi. Nie! Jeśli chcesz być uczniem Chrystusa, to musisz tak często do Niego przychodzić, jak tego domaga się twoje sumienie obciążone grzechem, jak tego domaga się twoja miłość do Niego.
Pomyśl, drogi Bracie i Siostro, jaki jest stan twojej duszy, twojego sumienia, kto jest twoim panem, komu służysz, czy kierujesz się swoim ciałem i uczuciami?, czy jesteś panem swojego ciała? Wiedz, że nie potrafisz długo wytrwać o własnych siłach. Potrzebny ci jest ktoś, kto ci pomoże, poda rękę, umocni twoje serce, ale do tego każdy człowiek będzie za słaby. Tu potrzebny jest Chrystus – tylko On może umocnić ciebie. Jeśli Mu się oddasz, zawierzysz, będziesz silny Jego mocą. Więc proś w pokorze, proś na kolanach, bo tylko wtedy człowiek jest wielki, gdy jest na kolanach przed Bogiem. AMEN

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 5. „Pokutę czyńcie"

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 5. „Pokutę czyńcie"
„On odpuszcza wszystkie nieprawości nasze, On uzdrawia wszystkie cho­roby nasze, On odkupuje żywot twój od zatracenia, On koronuje cię miłosier­dziem i litościami" - słowa Psalmu 102 sławiące nieskończone miłosierdzie nad grzesznikami.
Ukochani w Chrystusie Panu! Do pojednania człowieka z Bogiem Pan Jezus ustanowił spowiedź świętą. Jest ona jak transfuzja świeżej krwi do chorego organizmu. Chrystus wchodzi do twego skołatanego grzechem serca, by ci powiedzieć: „Pokój ci". Nie bój się, bądź spokojną duszo moja. Spowiedź to jasny promień wśród ciemności życia, to uśmiech Boga do ciebie, może zrozpaczonego z powodu wielkości swo­ich przewinień.
Nasz pisarz S. Żeromski w Popiołach opisuje, jak główny bohater Rafał Wolbromski zmizerowany, obdarty, całkowicie opuszczony, wy­szedł z więzienia. Wstąpił do przydrożnej karczmy i tam spotkał swego przyjaciela starego Krzysztofa Cedrę. Opowiedział mu o swoim położe­niu, w jakim się znalazł i dzięki niemu doszedł niejako do siebie. Zdjął z siebie stare, brudne i podarte łachmany, złożył je starannie i zachował. Przyjaciel powiedział mu: „Daj to, sługa mój wyrzuci". „Nie" - odpo­wiedział Olbromski - „to jest moje dotychczasowe życie".
Kto wsłucha się w naturę ludzką, wniknie w nią głęboko, to dostrzeże w niej potrzebę wypowiedzenia swych słabości, by w ten sposób znaleźć ulgę. Dziecko, gdy coś zbroi, czuje się niedobrze, kręci się i zaraz rodzice wiedzą, że coś źle zrobiło. Naoczni świadkowie ostatniej wojny opowiadają o tym, jak ciężko ranni żołnierze, nie mając kapłana, przed którym mogliby się wyspowiadać - spowiadali się jedni przed drugimi. Nawet złoczyńcy oddawali się w ręce sprawiedliwości i mówili, że nie mogli znieść piekła w swej duszy. Spowiedź święta odpowiada owej naturalnej potrzebie człowieka. Uwalnia od ciężaru grzechu i przynosi spokój. W Indiach, w kraju, w olbrzymiej jeszcze większości, pogań­skim, znajduje się święta góra, u której stóp przez cały rok można wi­dzieć wstrząsające zjawisko. Tysiące ludzi z różnych stron chodzi w procesji wokół góry. Widać tam ludzi w różnym wieku, a najwięcej ta­kich, co krwią splamili swoje serce. Podczas tej procesji często rzucają się na ziemię. Po co to wszystko? Czują, że przygniata ich ciężar winy, a sumienie nie daje im spokoju. Odkąd grzech rozpoczął pochód po ziemi, wołali ludzie ze łzami w oczach do Boga: „Odpuść nam nasze winy". Najcięższymi godzinami życia są nie chwile choroby czy innej dotkliwej straty, ale te, w których dusza utraciła Boga i popadła w grzech. Gdzie wtedy szukać ratunku? W spowiedzi świętej!!!
Trzy uczucia powinny towarzyszyć każdej spowiedzi świętej. Duch żalu, pokuty, potrzeby powstania z upadku. Bracia Józefa, którzy go sprze­dali, z żalem wyznali swój grzech i błagali go przebaczenie. Wtedy Józef wzruszony mówi im: „Jam jest brat wasz, nie bójcie się, dla zbawienia wa­szego posłał mnie Bóg do Egiptu"- za podłość ich otrzymują przebaczenie. Jezus miłosierny zmywa nasze grzechy, kiedy z boleścią je wyznajemy. W roku 1946 przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych operację serca na osiemnastoletnim chłopcu uderzonym silnie piłką. Koło serca utworzył się skrzep i utrudniał normalny rozwój. Ten młodzieniec ważył zaledwie 35 kg, lekarz w trakcie operacji złamał skalpel, ale przebił to stwardnienie za­krzepłej krwi i chłopiec wrócił do normalnego życia. Nasze serce też jest takie skarłowaciałe, przystąp do konfesjonału, poddaj się operacji. Spo­wiedź święta powinna łączyć się z żalem za grzechy.
Szczerość - bez fałszu, bez kręcenia. Kiedy Naaman - wódz wojska syryjskiego został uzdrowiony od trądu przez proroka Elizeusza, chciał obdarować go bogactwami. Prorok jednak niczego nie przyjął. Uzdro­wiony hetman odjechał, lecz sługa proroka pobiegł za nim i wyłudził podstępnie pieniądze dla siebie, nie przyznał się do tego prorokowi. Za to Bóg skarał go przez proroka Elizeusza, który powiedział: „za to, żeś okłamał Boga, przejdzie trąd na ciebie". Ludzi można okłamać, a przed Bogiem nic się nie ukryje.
Spowiedź powinna być rzetelna - cały bilans duchowy, nie pospiesznie, nie ogólnikowo, bez pomijania rzeczy ważniejszych. Spowia­da się mężczyzna: „Nikogo nie zabiłem, nikogo nie podpaliłem, nikomu krzywdy o pomstę do nieba wołającą nie wyrządziłem, a resztę niech ojciec duchowny dopomoże". I okazuje się, że wszystkie inne grzechy zdarzają się często. Inni lubią się spowiadać wymieniając, nie do obliczenia liczby, przeklinałem 2880 razy, zamiast powiedzieć 10 razy dziennie. Są tacy, co czekają na starszego księdza, który nie dosłyszy, albo spowiadają się, kiedy organy głośniej zagrają, wtedy ciszej powiedzą najcięższe grzechy, byleby uniknąć cięższej po­kuty. Oczywiście, spowiedź jest wtedy nieważna. Ciekawe, że ci, co rzadziej chodzą do spowiedzi, mają mniej do powiedzenia aniżeli ci, co przystępują co 2 tygodnie. Oni liczą tylko z grubsza. I ich trzeba pytać. Bardzo często nie uważają za grzech tego, co jest nim bez wątpienia.
Mężczyzna zapytany, jak żyje z żoną odpowiada, że czasem się pokłó­cimy, ale biję ją tyle, ile jej potrzeba. Tacy nie lubią, by ich pytać, nie lu­bią wyznawać liczby grzechów.
Chory zawsze mówi lekarzowi wszystko, inaczej nie pragnąłby po­wrotu do swego zdrowia. Spowiedź nasza musi być szczera, by mogła przynieść odnowę.
Wieloma drzwiami - mówi św. Antoni Padewski - wchodzi szatan do duszy ludzkiej, a tylko przez jedne można go wyrzucić - usta, kiedy grzech wyznamy.
Nie da się okłamać Boga, On nie pozwoli drwić z siebie. W I wieku chrześcijaństwa Ananiasz i Safira oszukali Apostołów, spotkała ich za to straszna kara. Nie księdza okłamujesz lecz Ducha Świętego - jest to przestroga dla wszelkich oszustów i spryciarzy, którzy z takiej święto­ści, jaką jest spowiedź, chcą się wyśmiewać.
Inaczej spowiadają się kobiety, często wymieniają mniej istotne rze­czy, nie należące do spowiedzi, spowiedź ich jest dłuższa, czasem sta­nowczo za długa. Lubią też mówić o wadach swych bliźnich, co jest wskazane, kiedy proszą o radę i pomoc.
Żyjemy w czasach, które cechuje brak miłości. W myślach, mowach i sądach ludzie zajmują się prawie wyłącznie słabościami i wadami bliź­nich. Nie dostrzegają belki we własnym oku.
Spowiedź jest lekarstwem na brak miłości współczesnego człowieka. Mówi ona do każdego, kto podchodzi do konfesjonału: „przyjacielu, teraz nie chodzi o cudze błędy, ale o twoje własne. Teraz nie oskarżaj drugich, ale samego siebie". Jeśli ktoś żyje w gniewie i nieprzyjaźni, co dzisiaj zdarza się często, to spowiedź woła głośno: „Jeśli Bóg ma ci przebaczyć, to i ty musisz przebaczyć. Krzywdę ci wyrządził? A czy ta krzywda nie jest obustronna? Rozważ to!”
Spowiada się młody człowiek. Wymienia krótko swoje grzechy, o nic nie pyta, a przecież ma tyle trudności, tak bardzo potrzebuje pomo­cy, zwłaszcza dzisiaj, kiedy wszędzie ociera się o zło. Niestety tak często załatwiamy nasz obowiązek spowiedzi, recytując jak wyuczoną lekcję, pewną mniej lub więcej wyuczoną liczbę grzechów - a następnie wygła­szamy „więcej już nie pamiętam, żałuję", na tym koniec. Oczywiście, że taka spowiedź jest ważna, uzyskujemy w niej to, co najważniejsze - od­puszczenie win - mimo tego nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwo­ści tego sakramentu.
W spowiedzi świętej mamy opowiedzieć o pewnym okresie swojego życia i usłyszeć opinię o nim. Nie możemy opierać się spowiedniko­wi, spierać się z nim, bronić swego zdania. Rozmawiajmy bez skrępowania, bo rozmawiamy ze sługą Boga na ziemi, który obdarzony jest wówczas specjalną łaską Bożą.
Dzisiejszy człowiek cierpi na chorobę lęku i strachu. Starsi przeżyli wojnę, młode pokolenie wzrastało w czasach powojennych, przy nerwowej i gorączkowej pracy. Wielu także czuje lęk przed spowiedzią, ogromna część dzieci, które aż do ukończenia szkoły podstawowej co miesiąc przystępowały do spowiedzi i Komunii Św., potem nagle zrywa z tym pięknym zwyczajem, można wytłumaczyć to między innymi lę­kiem przed spowiedzią, który jest w człowieku w większym stopniu niżeli przypuszczamy.
Czują to nie tylko dzieci, ale i starsi, że przed spowiedzią jest im jakoś ciężko na sercu, a po spowiedzi tak lekko i radośnie. Lęk ten określiło dobrze jedno z dzieci: „mój tatuś jest cały tydzień w złym humorze, gdy ma się udać do spowiedzi. Tak się cieszymy, gdy on jest po spowiedzi".
Jak uwolnić się od lęku przed spowiedzią? Przypomnijmy sobie przypowieść o synu marnotrawnym, a jest ona najpiękniejszym obrazem Ewangelii. Spowiedź jest udaniem się dziecka do Ojca, rozmową z Nim o chorobach duszy. Idziemy na spotkanie nie z człowiekiem, lecz z Ojcem w niebie. Musimy ufać jak dziecko, że spowiedź uda się dobrze. Dziecięce usposobienie po spowiedzi powinno przejawiać się w tym, że nie powracamy do przeszłego życia. W ten sposób można dojść do radosnej, wolnej odschematu, osobistej spowiedzi. Niektórzy nieraz zadają sobie przed spowiedzią pytanie: „co sobie ksiądz o mnie pomyśli?". Nic sobie nie pomyśli, nawet nie skrzyczy, choćbyś mu nawet bardzo ciężkie grzechy wy­znał. Zna słabości ludzkie. Sam od nich nie jest wolny. Wie, czego można się od ludzi spodziewać. Jeśli swoje grzechy przed nim wyznasz szczerze, z wielką skruchą, to będzie wzruszony i zbudowany. Dołoży wszelkich starań, aby ci dopomóc. Reprezentuje przecież Chrystusa, a Chrystus nie odwrócił się od żadnej nędzy ludzkiej, nawet od tej najstraszniejszej. Więc i z pewnością nie odwróci się od twojej nędzy. Jeżeli bez obawy i z dziecięcą ufnością przystąpisz do spowiedzi, wtedy ona przyniesie prawdziwą ulgę, mieni życie, rozwiąże trudności i da spokój sumienia.
W XIX wieku żył we Francji adwokat, który nazywał się Larcordaire. Wstąpił później do zakonu Dominikanów. Zasłynął jako wielki i wybitny kaznodzieja. Za swoje zasługi został zaliczony w poczet członków Akademii Francuskiej. Było to wyróżnienie bardzo wielkie, z tej okazji urządzono mu wspaniały bankiet. Lacordaire nie zabawił na nim zbyt długo. Po pewnym czasie wstał i powiedział zebranym gościom, że mu-i już iść. „To niemożliwe" zawołali wszyscy. „Nie, muszę już iść" - odpowiedział. „W kościele, przy konfesjonale czekają na mnie dzieci”.
Celem wszystkich ćwiczeń duchowych i naszych rekolekcji jest odpowiednie przygotowanie do spowiedzi. Rekolekcje bez spowiedzi nic nie znaczą. Nie daj Boże, żeby ktoś zaniedbał tej okazji i nie odprawił spowiedzi. Bo nikt nie wie, czym w życiu człowieka może być opuszczona jedna spowiedź i Komunia św. Starajmy się wszyscy, dobrze i szczerze wyspowiadać. Niech Pan Jezus i Matka Najświętsza dopomogą wam w odprawieniu tej spowiedzi, by ona przyniosła wam jak najwięcej błogosławieństwa Bożego. Amen.


kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 4. Jaka jest moja wiara? (nauka dla młodzieży)

kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 4. Jaka jest moja wiara? (nauka dla młodzieży)
„O Boże,
Nędzna jest moja wiara,
Jak kości gryzione przez szakala,
Tak nędzna, że nie umiem powiedzieć,
czy naprawdę w Ciebie wierzę” – R. Brandstaetter

Drodzy młodzi Przyjaciele!
Otwierając Ewangelię, spróbujmy dziś odpowiedzieć sobie na pytanie - czym jest wiara?, Jaka jest moja wiara? Przypomnijmy sobie scenę uzdrowienia ślepego od urodzenia. Kiedy niewidomy spotkał Jezusa Chrystusa, Ten go zapytał - czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiada - a któż to jest, Panie, abym w niego uwierzył? To ten, który teraz z tobą rozmawia, a który wzrok ci przywrócił. I wtedy uzdrowiony pada na kolana i mówi „wierze Panie”. Uwierzył w Syna Człowieczego, w Chrystusa i Ten Chrystus znalazł się w centrum jego życia.
To ewangeliczne zdarzenie, i inne, wskazuje na to, że wiara jest spotkaniem Boga, spotkaniem Boga w Jezusie Chrystusie. Bóg objawił sie w Jezusie Chrystusie. To trochę tak jak w miłości. Dwoje ludzi gdzieś się spotyka, pokocha, a potem nie wyobraża sobie życia bez siebie. Chcą iść razem, mają do siebie zaufanie, jedno na drugim może polegać. Podobnie i człowiek, który uwierzył Bogu.
Wiara, moja wiara jest łaską, to znaczy że Bóg pierwszy nas umiłował, On pierwszy puka do serca człowieka, pierwszy odkrywa tajemnicę swego Serca, a człowiek? - to ja mam Mu otworzyć drzwi swego serca, swego życia.
Pan Bóg ofiaruje tobie dar, a twoja rzeczą jest ten dar przyjąć. I tu tak często występuje dramat wiary. Człowiek nie otwiera swojego serca. "Oto stoję u drzwi i kołaczę..." - mówi Pan w Objawieniu św. Jana. Te słowa stały sie natchnieniem dla malarza, który przedstawił Chrystusa pukającego do zamkniętych drzwi. A synek artysty przygląda się obrazowi i mówi - tatusiu, źle namalowałeś ten obraz, bo Pan który puka do drzwi nie będzie mógł wejść, bo tam nie ma klamki u drzwi. Tak dziecko, ojciec odpowiada synkowi -masz racje- istotnie, tak jest jak zauważyłeś, ale tak niestety bywa na świecie. Pan, który puka to Bóg, drzwi bez klamki prowadzą do serca ludzkiego, a można je otworzyć tylko od wewnątrz, żeby Pan Bóg mógł wejść do naszego serca musimy je sami przed Nim otworzyć. Łaska Boża działa jak wiosenne słonce, ogrzewa, ale nie spala, delikatnie działa, chociaż stanowczo. Znamy wielu ludzi, którzy po wielu latach powrócili do wiary, którzy otrzy­mali od Boga ten dar wiary, łaskę w późniejszym wieku. Wiara. Bóg zmusza do szukania, zmusza do stawiania pytań, i tak podczas pielgrzymki Ojca św. Jana Pawła II do Francji, ojciec św., spotkał sie z młodzieżą i tam pewien młodzieniec zadaje papieżowi pytanie -mówi- jestem ateistą, odrzucam wszelkie wierzenie, ale wiary niczyjej nie zwalczam, jednakże wiary nie rozumiem. I Ojciec św. odpowiada - wiara nie jest związaniem, wiara nie jest zobo­wiązaniem umysłu przez system gotowych prawd. Wiara jest świadomą odpowiedzią człowieka, całego człowieka, odpowiedzią na słowo Boga.
Drodzy młodzi. Jedni dostrzegają Boga w mądrości i pięknie stworzeń, patrząc na wspaniały wszechświat. Jeśli człowiek ma trochę dobrej woli, musi uznać Stwórcę, musi uznać, że istnieje Ktoś wszechmocny, wspaniały Zegarmistrz, który ten wszechświat musiał puścić w ruch - stworzyć. Piękno stworzeń mówi nam o Bogu. I słusznie mówi Pismo św.: „Niebiosa opowiadają chałę Bożą, a dzieła rąk Jego obwieszcza nieboskłon”. Dostrzec Boga, uwierzyć i żyć wiarą. Pomyśl –Drogi Bracie i Siostro- jaka jest twoja wiara? Jak ty patrzysz na Boga? Czy może tak, jak lotnik na swój spadochron – owszem, On tam jest od wszelkiego wypadku, ale się ma nadzieję, że nie będzie potrzebny. Tak! Potrzebujesz Boga wtedy gdy masz trudny egzamin, gdy jakaś katastrofa życiowa, to idziesz do kościoła i wtedy tak mocno dostrzegasz Boga. Modlisz sie, ale to za mało, tak nie można! Mówisz, że nie masz grzechów, że chodzisz do kościoła, nikogo nie zabiłem, nikomu nic nie ukradłem, a wiec jestem w porządku. Czy to jest prawdziwa wiara? Czy to jest wiara żywa? Wiary nie można ograniczyć wyłącznie do unikania grzechów, do strony negatywnej. W liście św. Jakuba czytamy: ”wierzysz że Bóg jest, słusznie czynisz, lecz także i złe duchy wierzą i drżą”.
Wiara ma być miłością, miłością, która działa przez miłość. Wiara ma być żywa, to znaczy otwierająca twoje serce na drugiego człowieka. Natomiast, jeśli człowiek odrzuci Boga, sięga po bóstwa, namiastki szczęścia, namiastki miłości. Być innym potrzebnym, ofiarować się komuś, bez tego nie ma wiary, a bez wiary nie ma miłości, a bez miłości nie ma życia. Wszystko traci koloryt, traci sens. Do kogo wiec należę i komu mogę zawierzyć? Komu mogę powiedzieć: „Cały Twój”? Jakże często dziewczyna mówi do chłopaka cała twoja jestem, ale on nie pragnie jej całej, on pragnie jej ciała. Z jej smutkiem, problemami nie wiedziałby co począć. Kto więc przyjmie człowieka całego, z jego wnętrzem? Cały twój jestem mówi chłopak do dziewczyny, ale cóż on tej dziewczynie może ofiarować, skoro znaczną część swojego życia roztrwonił, zniszczył w przelotnych przygodach. Cały twój - mówi egoista, zamykając się w sobie, zamykając swoje serce szczelnie przed bliźnim, aby żyć tylko dla siebie. Tak! „Cały twój” mówimy do pieniądza, który często staje sie bożkiem, przed którym gotowi jesteśmy uklęk­nąć, żeby tylko go zdobyć, i wchodzimy wtedy na drogę materializmu zapominając, że człowiekowi nie wystarczają tylko te wartości zamykające sie w ramach doświadczenia, w ramach doczesności. Człowiek tęskni za czymś, co przerasta jego samego. „Cały twój” mówimy często swoim nało­gom, które tak często nas zniewalają, rzucają na ziemie. Cały twój - i tak w swoim życiu szukamy namiastek Boga, zapomina­jąc o tym, że zostaliśmy stworzeni przez Boga i dla Boga.
Człowiek wyszedł od Boga i do Boga ma zdążać. Drogę do Boga wska­zuje mu krzyż i Chrystus na krzyżu. Chrystus mówi: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” - drogą bezpieczną, Prawdą bożą, i to prawda o szczęściu człowieka, to prawda o ludzkiej duszy nieśmiertelnej, prawda o miłosierdziu i przebaczeniu w sakramencie pojednania. Naszą przyszłością, moi drodzy, jest Chrystus. On jest naszą teraźniejszością i przyszłością. Wołamy słowami dobrego łotra, tego który sie nawrócił, tego który w ostatniej chwili się nawrócił i modlił się tak: „wspomnij na mnie, Panie...”, zapamiętaj moje imię. Więc i ja wołam: Boże, nie zniechęcam sie twoim niepowodzeniem, szyderstwami, których ci nie szczędzono. Boże, ufam Tobie, chociaż zamiast złotej korony nosisz cierniową, zamiast berła w ręku trzymasz trzcinę, wierze Tobie, Boże. W tym właśnie, że jesteś odrzucony i sponie­wierany, dostrzegam Twoja wielkość, Twoje serce otwarte dla mnie. Boże mój, wierze w Ciebie i uwielbiam Cie. Wszyscy uwielbiamy Cię, Panie, słowami poety:
Im więcej razy na dzień jesteś znieważony,
Im śmieszniejsze na ciebie wkładają korony
I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę,
Albo liczą cię między pamiątki niebyłe,
Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia,
Bo słowo twoje z miejsca nie ruszy kamienia,
Tym bardziej pewnym mogę być tego jednego:
Że ty jesteś, zaiste, Alfą i Omegą.
(Cz. Miłosz)
Moi Drodzy! Łatwo jest zdefiniować czym jest wiara, ale trudniej żyć według wiary – zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W Liście do Hebrajczyków możemy wyczytać jej określenie: „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”. Autor tego Listu podaje przykłady ludzi wiary, wymieniając Abrahama i Sarę. Patrząc na życie Abrahama, to wiara u niego przejawiła się w tym, że „usłuchał wezwania Bożego”, a które to wiązało się z opuszczeniem swego rodzinnego kraju i pójścia w nieznane. Wymagało to pewnego rodzaju odwagi i ogromnego zaufania do Pana Boga kierującego do niego to żądanie wiążące się zresztą z konkretną obietnicą. Ziemia Obiecana była dla niego ziemią obcą, ale była to Ziemia Obietnic. Pan Bóg wymaga, ale i daje człowiekowi coś w zamian. Wymaga zaufania, aby można było przyjąć obiecany dar. Dla Abrahama żądanie Pana Boga nie było czymś oczywistym, czymś, co można byłoby sprawdzić. Abraham zaufał słowu Boga. Możemy już teraz pokusić się o określenie wiary jako bezgranicznego zaufania względem Pana Boga. Oprzeć możemy się tylko na Jego słowie, które jednak - jak się okazało w przypadku Abrahama - było niezawodne. Dlatego też i my możemy zaufać Panu Bogu, Jego słowu, kiedy mówi do nas, że „wiara (...) jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”. Nie widzimy bowiem tych rzeczywistości, o których mówi nam wiara. Wierzymy jednakże prawdomówności Boga. Abraham przy całej swej postawie nacechowanej wiarą i zaufaniem, okazał się także bardzo cierpliwy. Wędrówka z Ur poprzez Haran i wejście do Kanaanu, nie było proste, ani łatwe. Wiązało się z wieloma niedogodnościami, przede wszystkim z doświadczeniem tymczasowości, niepewności jutra, jakiejś obcości. To wszystko jednak, mówiąc prostym językiem, opłaciło się, bo towarzyszyła mu stale pewność obietnicy „miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg”. Tak więc wiara prowadzi do czegoś trwałego niezmiennego, niewzruszonego, co warto zdobywać mimo trudu i niepewności.
A Sara? Była kobietą w podeszłym wieku i w dodatku niepłodną, a teraz otrzymuje zapewnienie, że „otrzyma moc poczęcia”. Czyż łatwo był jej uwierzyć? Niezmiernie trudno! Według ludzkich kalkulacji, według ludzkiej wiedzy, było to wręcz niemożliwe. Miała bardzo poważne wątpliwości, o których mówi Księga Rodzaju. Uwierzyła jednak w Bożą wszechmoc i słowność, dzięki czemu otrzymała dar macierzyństwa. Stał się cud, bo Abraham miał wtedy 99 lat, kiedy ukazał mu się Bóg i powiedział do niego: „Jam jest Bóg Wszechmogący” (Rdz 17,1), a Sara miała wtedy 90 lat! (17,17), objawiając im, że w tym wieku będą mieli syna! Z rodu tego powstało niezliczone potomstwo.
Abraham i Sara byli pielgrzymami. Wędrowali do swojej nowej ojczyzny. Wiara jest pielgrzymowaniem do niebieskiej ojczyzny. O niej mówi cała Ewangelia. Aby dojść do niebieskiej ojczyzny, trzeba odznaczać się czujnością i gotowością na przyjście Pana, który nas wezwie do siebie. Pan Jezus mówi wprost: „Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”. W innym miejscu Pan Jezus powie, że śmierć przychodzi jak złodziej, o godzinie najmniej spodziewanej. Czujność, do której wzywa nas Pan Jezus, jest trwała postawą duchową, która przejawia się w naszym życiu duchowym. Św. Teresa z Avila, pisała: „We wszystkim potrzeba czuwania i baczności, bo nieprzyjaciel nie śpi; a im dusza wyżej postąpi w doskonałości, tym pilniej powinna czuwać, bo taką kusiciel, nie śmiejąc nastawać na nią jawnie, tym chytrzej i zdradliwiej podchodzi i jeśliby się nie miała na baczności, wielką jej szkodę wyrządzi. Dlatego, jak Pan nas ostrzega, potrzeba czuwać i modlić się zawsze, bo na odkrycie tych zasadzek złego ducha nie ma skuteczniejszego sposobu nad modlitwę”.
Abraham jest także bohaterem wiary, gdyż był wystawiony na ciężką próbę, aby złożył swojego jedynego syna, Izaaka, na ofiarę. Była to wielka próba wiary. Nie wahał się, choć serce krwawiło. Jest bohaterem wiary! Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Wiara wystawia nas na wiele doświadczeń, stawia wyzwania, którym trzeba podołać, nieraz budzi kontrowersje, jak w przypadku Krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Możemy zapytać: czy to jest wyznanie wiary w zbawczą moc Krzyża? Naturalnie, że tak, choć ci, którzy się tam zgromadzili zostali najczęściej wyzywani jako fanatycy, co jest wielce niesprawiedliwą opinią. Poprawność polityczna każe rządzącym pozbywać się jakichkolwiek symboli religijnych na miejscach publicznych. Najlepiej ukryć wszystko w kruchcie kościoła!. Tam nie wszyscy pójdą, a przez plac przed Pałacem przechodzą tłumy, więc niektórych Krzyż mógłby drażnić! A w dodatku po co wspominać - według opinii wielu - takiego Prezydenta! Z symbolu religijnego, z Krzyża, na którym Chrystus dokonał naszego zbawienia, zrobiła się sprawa polityczna. Padały pytania: czy to jest heroizm czy fanatyzm? Z ust polityków i dziennikarzy przeciwnych obecności Krzyża w tym miejscu, to był fanatyzm, a w ustach obrońców Krzyża w tym miejscu, to był heroizm! Nie dziwmy się temu, gdyż w historii Kościoła pod adresem Krzyża i jego obrońców padały nieraz ciężkie zarzuty, oskarżenia, a nawet prześladowania. Wydarzeń historii nikt nie zmieni, więc ci ludzie, tam stojący, może nawet jej nie znający, ale wyczuwający, że dzieje się coś niewłaściwego, tak się zachowywali. Ludzie tam zebrani chcieli także zamanifestować swoją wiarę, bo mają takie prawo, choć na pewno w sytuacji tak stresującej można było spotkać zachowania także naganne. Ale czyż ogromne tłumy policjantów, straży miejskiej, barierki, zamknięty plac, wypowiedzi polityków, starannie dobieranych rozmówców dziennikarzy, miały działać na nich kojąco?.
Wiara jest także bohaterstwem. Nikt przecież nie nazwie pójścia na śmierć głodową do oświęcimskiego bunkra, św. Ojca Maksymiliana, jako przejawu „fanatycznego postępku”. Ludzie widocznie chcą, aby Krzyż mógł stanąć nawet przed Pałacem Prezydenckim, aby każdemu urzędującemu tam prezydentowi przypominał o najwyższych, niezmiennych wartościach. Wiara wymaga także ofiary, poświęcenia się w obronie trwałych wartości. Pan Jezus mówił o świadectwie dawanym wobec ludzi: „kto się do Mnie przyzna przed ludźmi...”. W wierszu „Stać bliżej Krzyża”, jedna ze zwrotek brzmi:
Gdy w oddali cel się maże,
kto sens trudu tobie wskaże?
To Krzyż - NADZIEJA, co się nie chwieje,
Zmiażdży twój smutek i beznadzieję.
A jaka jest nasza wiara – moja i twoja? - raz jeszcze pytam siebie i każdego z was...
Wielki poeta, R. Brandstaetter, modlił się kiedyś:
O Boże,
Nędzna jest moja wiara
Jak kości ogryzione przez szakala,
Tak nędzna, że nawet nie umiem powiedzieć,
Czy naprawdę w Ciebie wierzę??.
W tym kontekście proszę Was, Kochani młodzi przyjaciele - zawierzcie Chrystusowi swoje życie wiary, swoją codzienność. Tylko On –Miłość – może być fundamentem, na którym możemy budować swoje życie wiary. Drodzy młodzi, na chrzcie św. otrzymaliście łaskę wiary, ale pamiętajcie, że wciąż na nowo musicie szukać Boga, umacniać swoją wiarę. Tak często tego Boga gubisz. Trzeba wciąż szukać Pana powtarzając za poetą: „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Jeśli ON jest Bogiem twoim - idź za Nim, żyj Nim zawsze, na co dzień, w każdej sytuacji twojego życia. I niech się tak staje w waszym życiu. Amen.

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger