sierpnia 13, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

sierpnia 13, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Jednym z najbardziej wstrząsających fragmentów Dzienniczka św. siostry Faustyny Kowalskiej jest niewątpliwie opis piekła. Od dziesięcioleci ta przejmująca wizja wielkiej mistyczki z mocą przemawia do każdego czytelnika jej duchowych zapisków. Nie raz zda­rzyło mi się, że ktoś w rozmowie przywoływał ten obraz męki dusz potępionych, wyznając zazwyczaj, iż słowa te poruszyły go do głębi. Ciekawym wydaje się jednak fakt, że kiedy wspominałem, iż św. Faustyna miała też - opisaną w Dzienniczku - wizję nieba i wiecznej szczęśliwości, wielu moich rozmówców przyznawało się, że jakoś nie zwróciło na ten fragment szczególnej uwagi.

Niewątpliwie próbom bardziej sugestywnego przedstawienia niebiańskiego świata przeciwstawiają się słowa zawarte w Pierwszym Liście św. Pawła do Koryntian: „Ani oko nie wiedziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują". Może z tego też powodu - co zauważył już św. Jan Chryzostom - nawet Jezus częściej wspomi­nał o piekle niż o niebie. Podejmuję powyższe zagadnienie, dlatego że dzisiejsza uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny stanie się dla nas autentycznie radosnym, osobistym świętem, o ile słowo „niebo" będzie w naszym życiu duchowym czymś więcej niż tylko ważnym pojęciem teologicznym. Gdy będzie określało jak naj­bardziej konkretny, upragniony cel naszej wewnętrznej pracy.

Naprawdę przeżyjemy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny wtedy, kiedy dotrze do nas prawda, że to niepojęte wywyższenie prostej kobiety z Nazare­tu, może stać się w jakimś stopniu udziałem każdego z nas. Dlatego dziś powinniśmy zadać sobie pytanie: Czy naprawdę fascynuje mnie niebo? Czy rzeczywiście oczekuję go z wielkim pragnieniem serca? W jednej z piosenek znanego, polskiego zespołu, autor słów, pisząc właśnie o niebie, wyznał:
 „Więc mi wybaczcie proszę myśl grzeszną
którą powiedzieć tutaj aż trudno
że mi tam wcale jeszcze nie spieszno
tam gdzie jest równie pięknie co nudno".

Czy taka opinia, nie jest przypadkiem skrytym poglądem cał­kiem sporej części chrześcijan? Jakie jest to niebo? Co będziemy tam robić przez całą wieczność? Od uzyskania prawidłowych odpowiedzi na te pytania zależeć może jakość całego naszego duchowego życia. Natomiast każde zafałszowanie, skrzywienie obrazu naszej wieczności we wspólnocie zbawionych, może bardzo osłabić nasze zmagania o świętość. Pewien młody chłopiec, bardzo silnie motywowany przez mamę i babcię, należał do parafialnej scholki, którą twardą ręką prowadziła emerytowana nauczycielka muzyki, pani Helena. Kiedy usłyszał na kazaniu, że w niebie będziemy wiecznie wielbić Boga pieśnią chwały, powiedział mocno przerażony: Miliar­dy lat śpiewu z panią Heleną? To ja nie chcę iść do nieba.

Przyjmując z pokorą cytowane już słowa z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian, mówiące o nieprzekraczalnej barierze po­znania nieba zmysłami i ludzkim rozumem, zapytajmy jednak nieco zuchwale: Jaka jest ta niebiańska kraina? A przynajmniej poszukaj­my wokół nas obrazów, które choćby w najmniejszym stopniu mo­gły ją nam przybliżyć. Zdarza się, że ktoś podczas górskiej wędrów­ki wchodzi na szczyt i podziwiając cudowny widok, wypowiada słowa: To jest naprawdę pejzaż jak z nieba. Ktoś inny słuchając dzieła wybitnego kompozytora, także może zapewniać, że ta muzyka przeniosła go w pozaziemski świat. Myślę jednak, że są sytuacje, mają miejsce takie wydarzenia, które jeszcze mocniej pozwalają doświadczyć choćby namiastki nieba. Zapewne niejedna z matek, niejeden z ojców płakał ze szczęścia, gdy lekarz w szpitalu zapewnił, że zagrażająca życiu dziecka choroba ustąpiła, że operacja się udała. Pamiętacie, jak na szpitalnym łóżku tuliliście swego synka czy có­reczkę? Istotą nieba będzie nie jakaś nieprawdopodobna przestrzeń i jej wystrój, ale głębokie, czyste, relacje osobowe. Najpierw z Bo­giem w Trójcy jedynym, a potem z całą rzeszą zbawionych. Relacje wolne od udawania, nieszczerości, egoizmu. Takie momenty blisko­ści i jedności zdarzają się w życiu wielu ludzi bardzo rzadko, przy wyjątkowych okazjach. Znam wiele małżeństw, gdzie mąż, żona, dzieci to naprawdę dobrzy ludzie, a jednak tak bardzo cierpią z po­wodu braku wzajemnego porozumienia. Starają się to zmienić, ale ciągle każdy z nich pozostaje niejako w swoim świecie. Niekiedy taka separacja jest wynikiem wyolbrzymionych, nierealnych oczeki­wań, jakie ktoś pokładał w małżeństwie. Jakże często niejedna kobie­ta, stawała na ślubnym kobiercu z nadzieją jakiegoś wręcz osobowe­go stopienia się ze swoim wybranym w małżeńskim życiu. A takie pełne zjednoczenie myśli, uczuć, woli nie jest na ziemi możliwe, zwłaszcza przez wiele lat wspólnego życia. Podobnie dla ogromnej rzeszy naprawdę religijnych ludzi Bóg ciągle pozostaje Bogiem z daleka. Stwórcę i Jego królestwo oglądają oni jakby w zwierciadle wiary, sakramentów, Biblii. W niebie wszystkie te znaki, słowa będą już niepotrzebne. Spojrzymy Bogu w oczy, będziemy już bez zasłony poznawać Go bez końca. Patrząc na innych ludzi oczami Chrystusa dostrzeżemy w nich oszałamiające piękno i dobroć. Tak więc niebo jest niesamowitą perspektywą, dla tych, którzy mozolnie budują w sobie i wokół siebie, w swoich rodzinach, środowiskach relacje miłości, dialogu, porozumienia.

Jedną z podstawowych zasad umożliwiających odnalezienie drogi do nieba jest odróżnianie rzeczy ważnych od mniej istotnych, a z tym ludzie mają po grzechu pierworodnym spore kłopoty. Męż­czyzna, który zdradził żonę przekonuje ją, że owszem, to było nie fair, ale nie ma tu co tragizować. Ten sam pan traci humor na kilka dni, kiedy nieznany sprawca zarysuje mu na parkingu samochód. Nieobecność na Eucharystycznej Uczcie, na którą swoje dzieci za­prasza sam Bóg, niektórzy usprawiedliwiają lekkim stwierdzeniem „po prostu nie miałem czasu". Natomiast, gdy zapomną wyprowa­dzić psa na spacer potrafią tulić się do zwierzaka powtarzając: „Nie­dobry pan, niedobry, zapomniał o pieseczku". Szatan chce nas po­wstrzymać w naszej wędrówce do domu Ojca przykuwając nasz wzrok, nasze emocje, nasze pragnienia do spraw doczesnych. Pa­miętam, jak na rekolekcjach do studentów w Warszawie o. Jacek Salij powiedział rzecz zdumiewającą, mianowicie, że Szatan na pu­styni nie kusił Jezusa do złego, ale do dobrego. Mniej więcej przed­stawił on Chrystusowi taką propozycję: „Panie Jezu, popatrz ile tu na ziemi ludzi biednych, chorych, bezdomnych i nieszczęśliwych. Nakarm ich, ulecz, daj im pokój serca i radość. A oni Cię będą za to bardzo kochać. A po co Ci ta męka, po co krzyż i tyle bólu?" Czy Jezus mógł napełnić serca ludzi ziemskim szczęściem, dać wszyst­kim jedzenie, zdrowie, zapewnić pokój na świecie? Ależ oczywiście, że mógł. Ale Szatanowi powiedział „idź precz". Bo On przyszedł nie po to, by naprawiać skażoną grzechem ziemię. By nasz ziemski świat cerować, łatać, sztukować. Jezus wszystko czyni nowe. Przy­szedł by wprowadzić nas do domu Ojca. Do nieba.

Jak Bóg pragnie nas zabezpieczyć przed pokusą Szatana? Jak chce nas zmotywować do nieustannego podejmowania wędrówki do domu Ojca? Chce to uczynić, dając nam wielkie, nieskończone pra­gnienia. Z jednej strony można je postrzegać jako przekleństwo. Nie możemy się od nich uwolnić, a one ciągle są nie do zrealizowania. Gerard May napisał kiedyś, że w każdym z nas tkwi pragnienie, w miejscu, które nazywamy sercem. Urodziliśmy się z nim, ono nigdy nie jest zaspokojone ani nigdy nie umiera. Nasza tożsamość, przyczyna naszego istnienia, tkwi właśnie w tym pragnieniu. Może jeszcze raz posłużę się przykładem. Gdyby ktoś patrzył na niemowlę w łonie matki, a - załóżmy - nie wiedział, że za kilka miesięcy na­stąpi poród, mógłby być zadziwiony. Bo po co dziecku usta, po co nos, płuca skoro dostaje tlen przez pępowinę? Po co mu nogi? Na jakie wędrówki, skoro leży sobie malutki w brzuchu mamy? W rzeczywistości nikt nie ma kłopotów z udzieleniem odpowiedzi na postawione pytania. W dziecku kształtują się narządy, które będą mu potrzebne w nowym życiu, w nowym świecie, poza łonem mat­ki. To samo Bóg zrobił z wszystkimi ludźmi. Dał nam coś, czego na tej ziemi nigdy nie zaspokoimy, co jest przeznaczone na nowe życie w niebie. Dał pragnienie pełnej miłości i pełnej jedności. I te nieskończone pragnienia mają w Bożym zamyśle rozbijać nasze iluzje, że tu na ziemi zbudujemy sobie raj. Bogu dzięki, że ciągle nam cze­goś brakuje, że świat nas rozczarowuje, bo to ten niepokój popycha nas, by iść dalej.

W uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny kierujemy naszą myśl ku niebu, ale nie wolno nam zapomnieć, że jeszcze bardziej ważnym dla nas tematem jest nasza droga do życia w chwale. Pierwszym pielgrzymem - obok Jezusa oczywiście - który dotarł aż przed tron Boga jest Maryja. Jej wiara, czystość, pokora i posłuszeństwo Du­chowi Świętemu, to wszystko otworzyło Jej bramy nieba. Nie była spłoszoną dziewczynką, pragnącą uciec przed wszystkimi i schować się przed światem ze swoją tajemnicą. Zaraz po poczęciu z Ducha św. poszła z pośpiechem w góry. Tam dzieliła się z Elżbietą, Zacha­riaszem swoją radością, swoim wybraniem. Droga do nieba to co­dzienność, to zmaganie się o każdą godzinę, o każdy poranek, wie­czór, by spełniły się w nich dzieła Boże.

Niebo jest otwarte dla tych, którzy mocno stąpają po ziemi. Dziś, w tej Eucharystii, z pewnością uczestniczą przedstawiciele polskiej wsi. Rolnicy. To właśnie wy przyszliście tutaj, aby podziękować za tegoroczny plon i pro­sić o błogosławieństwo na dalszą pracę. Dziękując Bogu za Jego dary, składamy swe podziękowania wszystkim rolnikom za ich trud, za zmaganie się z niesprzyjającą pogodą i - jak to sami rolnicy podkre­ślają - z postawą tych, którzy o sprawach wsi decydują, a nie zawsze je rozumieją. Wszystkie problemy ludzi pracujących na roli zawie­rzamy Dobremu Bogu, prosząc, by nigdy nie zabrakło chleba na na­szych stołach. A Maryja Wniebowzięta niech ma w opiece naród cały, który żyje dla Jej chwały, niech rozwija się wspaniały. Amen.



sierpnia 13, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

sierpnia 13, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Ta dzisiejsza uroczystość, szczególnie w kontekście naszej polskiej historii, zawiera ogromnie dużo tematów i wątków. Z ko­nieczności możemy zaledwie dotknąć niektórych z nich. Ale jest to wezwanie by dzisiaj w kontekście Bożego słowa i tego wszystkie­go co przeżywamy w historii naszego narodu, każdy z nas zamyślił się nad tym dzisiejszym dniem.

Najpierw to co mówi liturgia o rzeczywistości w jakiej zawsze żyje Kościół, żyje każdy chrześcijanin. Nasza ojczyzna jest w niebie. Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy, pokonał śmierć, otworzył niebo i nas wszystkich tam prowadzi. Maryja jako pierwsza z ludzi wzięta do nieba, z ciałem i duszą. Królowa Wniebowzięta, która dzisiaj swoją modlitwą przykładem, prowadzi swoje dzieci do tej właśnie ojczyzny. A z drugiej strony obraz odwiecznego nieprzyjaciela Boga, ognistego smoka, który walczy z potomstwem Niewiasty i z Niewiastą obleczoną w słońce. I ta walka to prawdziwy wysiłek, by zadać potomstwu Niewiasty śmierć, by człowieka oderwać od Boga, zniszczyć duchowo, spłycić, wykoleić. I ta walka będzie trwała również do końca czasów. Jesteśmy uczestnikami tej walki. Ona się rozgrywa w każdym z nas. Św. Paweł mówi: „Pamiętajcie, zwy­cięstwo dokonuje się tylko przez Chrystusa".

I słyszymy dzisiaj jak Maryja śpiewa hymn uwielbienia Boga. Mimo, że jest ubogą wśród ludzi, pokorną służebnicą można powiedzieć, w oczach świata, osobą bez znaczenia, a jednak, ona śpie­wa Bogu na chwałę: „Uwielbia dusza moja Pana, bo wejrzał na po­korę swojej służebnicy". I wyśpiewuje tę prawdę o Bogu, który jest Panem dziejów, Panem czasów, że on „rozprasza pyszniących się, wywyższa pokornych, strąca władców z tronu, głodnych nasyca, bogatych z niczym odprawia". Tak, że pierwsza rzecz to zachęta, byśmy chcieli tę duchową walkę toczyć.

Ja nie chcę dzisiaj rozwijać jak wiele jest prób oderwania nas od Boga, jak wiele jest zgorszeń, demoralizacji, drwiny z religii, z Boga. To wszystko stanowi wezwanie dla nas: do wierności i do świętości. Tylko taka może być nasza odpowiedź. Trwać przy Bogu i uwielbiać Jego imię.

Z bólem  i szczerym uznaniem patrzymy dzisiaj  na rolników. Wiemy jak wyludniają się polskie wsie, jak coraz mniej na każdej wsi gospodarzy uprawiających ziemie, jak często staje się nieopłacalne i trud rolnika i owoce jego trudu. Takie mamy dzisiaj czasy, taką sytuację w naszym Narodzie. Na pewno takie zawsze nie będą. Ale znowu chrześcijanin powinien pamiętać to, co Bóg powiedział do człowieka: „Czyńcie sobie ziemię poddaną uprawiajcie ją będziesz żył z owoców ziemi".

I dzisiaj, gdy Boga błogosławimy za plony naszych pól, za pracę rolnika, mamy świadomość, że od Boga pochodzi całe nasze pożywienie i utrzymanie i o tym człowiek nigdy nie może zapomnieć. Mimo, że będą różne próby odebrania nam ziemi, sprzedaży, pom­nażanie nieużytków, zamienianie wielu rejonów naszego kraju w różne przyrodnicze skanseny. To przeminie, bo zawsze będzie pierwotne, podstawowe, życiodajne dla człowieka to co jest wolą Boga: „Czyńcie sobie ziemię poddaną". I rolnik dobrze wie, jak bardzo owoc jego pracy zależy od Boga. Bo Bóg daje słońce i deszcz, Bóg daje owoce naszym polom. I dzisiaj Bogu za to z całego serca dziękujemy, prosząc, aby ci, którzy jeszcze kochają polską ziemię, uprawiają ją, byli wierni temu swojemu powołaniu.

I trzecia rzecz: „Cud nad Wisłą". Niektóre tylko wątki przypo­mnę korzystając z zapisów ks. Stanisława Tworkowskiego, świadka, uczestnika tamtych wydarzeń. Parę tylko faktów: „Rewolucyjni wodzowie: Dzierżyński, Marchlewski, Próchniak, Tuchaczewski (pamiętamy, niedawno pomnik Dzierżyńskiego w Warszawie jeszcze stał) pisali do czerwonoarmistów: „Towarzysze! Runął Bóg, ten największy ciemiężca proletariatu. Legli nasi wrogowie. Wy teraz wolni, ale oto tam, na Zachodzie ciemiężona i krępowana brać Wasza ręce ku nam wyciąga... Po trupie Polski wiedzie droga do światowej rewolucji. Idźcie i we krwi zmiażdżonej armii polskiej utopcie zbrodnicze rządy Polaków. Na Wilno, Mińsk i Warszawę - marsz Towarzysze (...) Towarzysze, już pochwyćcie władzę w swoje ręce i wyjdźcie na spotkanie Czerwonej Armii Wyzwoleńczej! Warszawa miała być zaledwie wstępem do Rewolucji światowej, a po niej miał być Berlin, Paryż i cały świat".

I ksiądz Skorupka Ignacy, który w swoje imieniny 31 lipca mówi tak: „Nie martwcie się! Bóg ześle nam człowieka takiego jak Kor­decki, jak Joanna d'Arc. Człowiek ten stanie na czele armii, doda odwagi i nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień. Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity". Jak wiemy wkrótce spełniło się to na jego osobie.

I dalej: „Kiedy zbliżała się nawała bolszewicka, w tym czasie, w procesji na Plac Zamkowy wyniesione zostały relikwie św. An­drzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. Huk armat spod Ra­dzymina mieszał się z modlitwą „Święty Boże, Święty mocny, Świę­ty a nieśmiertelny... Od powietrza, głodu, ognia i wojny! Zachowaj nas, Panie!" Na Placu Zamkowym przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie klęczał Nuncjusz Apostolski Achilles Ratti i kardynał Aleksander Rakowski. A na prośbę generała Józefa Halle­ra, w kościele Zbawiciela w Warszawie, przy ołtarzu Matki Bożej Jasnogórskiej, koronowanej przez Jana Pawła II, rozpoczęto modli­tewną nowennę dla żołnierzy w intencji Ojczyzny".

To tylko niektóry fakty. Ale też pamiętajmy, że Bolszewicy mówili, że widzieli niewiastę obleczoną w słońce, tam gdzie toczyła się ta ogromna bitwa, która była wielkim zwycięstwem Polaków, „Cudem nad Wisłą", i nie możemy nigdy o tym zapomnieć. I dzisiaj w tej duchowej walce, uciekajmy się pod opiekę Dziewicy Maryi. I pozwólcie, zakończę piękną modlitwą Bernarda z Clairvaux, który mówi tak o Dziewicy Maryi, naszej Królowej, Pannie wiernej, która również dzisiaj nam patronuje i zaprasza, byśmy nigdy nie opuścili Boga i tych powołań jakimi nas obdarzył. „Oj ktokolwiek jesteś, jeżeli widzisz, że w biegu doczesnego życia, wśród burz, raczej i nawałnic się miotasz, aniżeli chodzisz spokojnie po ziemi, nie odwracaj oczu od blasku tej gwiazdy, jeśli nie chcesz, by cię burze pochłonęły (...). W niebezpieczeństwach, w utrapieniach, w wątpliwo­ści, o Maryi myśl, Maryję wzywaj. Niech Ci ona nie schodzi z ust, niech nie odstępuje od serca; i żebyś mógł uprosić pomocnego jej wstawiennictwa, nie spuszczaj z oka wzoru Jej postępowania. Idąc za Nią, nie zajdziesz na manowce; wzywając Ją nie popadniesz w roz­pacz; mając Jana myśli, nie pobłądzisz". Amen.





sierpnia 10, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia NMP - Maryjne fiat, moje "tak"

sierpnia 10, 2024

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia NMP - Maryjne fiat, moje "tak"

Świat lubi podziwiać Niewiastę. Na całym świecie. Nie wiem jak to się dzieje, ale szukają oblicza Twego Maryjo, choćby w od­blasku tego spojrzenia, które skierowałaś do Archanioła Gabriela, a potem na Dzieciątko Jezus.

Szukają Cię w kościołach, muzeach w kapliczkach przydroż­nych. Masz tyle twarzy, tyle wyobrażeń jest w tobie, Matko, ale które jest prawdziwe? Nie masz portretu, ani fotografii, a jednak ile ich jest w wizerunkach. Surowa twarz Królowej Częstochowskiej, z której bije blask klejnotów.

Próbują Cię odnaleźć w słodkiej Madonnie Nieustającej Pomo­cy i w zapatrzonej w Swojego Syna Madonnie Leonarda da Vinci. Może i ta, która przeżyła mękę Jezusa Chrystusa z obrazu Botticellego. I Maryja Wniebowzięta dzieło Wita Stwosza w Kościele Ma­riackim w Krakowie. Nam łatwo dzisiaj malować Ciebie z symbo­lami, łatwo układać wiersze, ale w pokorze ze świętymi. Artyści próbują bez powodzenia uchwycić Twoje rysy.

Wymykasz im się nieuchwytna, niepojęta. Ty zwykła kobieta, współodkupicielka ludzkości. Na obrazach widzimy tylko część prawdy - jak w każdym człowieku. Wszędzie czekasz na nas go­towa na pomoc - módl się za nami grzesznymi.

Bogurodzica włączona w historię zbawienia ludzi wpisana jest w życiorys każdego z nas. Obecna. Świadoma naszych losów, spraw i potrzeb. Uczy jak kochać Boga, jak Go szukać, jak odnajdywać Go w sobie, jak przy Nim trwać. Matka, która wszystko rozumie, ser­cem ogarnia każdego z nas. Czy i na ile prowadzi mnie do Syna?

I dlatego Bóg podarował nam ten ideał nie w jakiejś abstrak­cyjnej formie i nie w jakichś zwiewnych obrazach, ale w uciele­śnionej osobie, która miała tak samo krew jak inni ludzie i dlatego jest taka bliska, swojska i dostępna. Artyści i poeci patrząc na Ma­ryję tworzyli istne arcydzieła pędzla i dłuta, - które pociągają na­sze oczy i zmuszają do naśladowania.

Ale Maryja swoją wielkością wewnętrzną swoim pięknem przypomina nam, co straciliśmy przez grzech pierworodny. A przez Swojego Syna umożliwia nam drogę powrotną.

Dlatego dzisiaj w to święto święci się zioła i kwiaty, aby sobie przypomnieć, że Maryja jest naszym najpiękniejszym kwiatem i owocem tej ziemi. Stąd nie tylko w Bazylice Świętokrzyskiej, ale we wszystkich świątyniach Polski jest tak kolorowo - z wieńcami kwiatów, koszami owoców i pachnie świeżym chlebem. Bóg za­płać Wam Rolnicy, że dzielicie się chlebem. Jesteście wielcy, gdy tak jak Maryja mówicie Bogu „tak". Gdy kreślicie znak krzyża na bochenku chleba.

Niech się stanie wola Twoja. Najpiękniejszą modlitwą jest umieć Bogu powiedzieć „tak". Wszyscy to wiemy. Tak Ojcze! Tak jak Maryja. Tak może powiedzieć tylko człowiek wielkiej wiary. Iw nagrodę za to swoje „tak" została Maryja z ciałem i duszą wzięta do nieba. Za to „tak" została pochwalona przez swoją krew­ną Elżbietę. Za „tak" chwalą dzisiaj Maryję wszystkie pokolenia. „Wielbi dusza moja Pana". To jest Jej najpiękniejsza modlitwa. I wiemy, że ona jest bardziej złączona z wolą niż z rozumem. Po­wiedzieć Panu Bogu „tak" - jak to zrobiła Maryja, tzn. przyjąć drogę wiary i do końca wypełnić wolę Bożą. Wyłoniła się na po­wierzchnię dziejów ludzkich wtedy, kiedy uwierzyła Bogu i została Matką Boga. „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła".

Maryja zrozumiała, że przyjęcie tej Bożej woli wypowiedziane w słowie „tak" to przyjęcie wielkiej próby męki i śmierci jej Syna.

Czyż może być większy ból matki jak bezsilnie obserwuje śmierć swojego Syna na krzyżu. W cierpieniu „tak", w smutku i boleści „tak". W radościach i wielkich uniesieniach, w pielgrzymkach i szturmie młodych serc - na Jasnej Górze - młodzież mówi „tak". Dyplomy i odznaczenia, sympozja , konferencje i stowarzyszenia -szeptane przed jej obrazem „tak" - niech się stanie Twoja wola -wobec Matki naszego Narodu.

Powiedzieć „tak", zgadzam się. Nie rozumiem, co się w moim życiu dzieje, nie wiem, dlaczego jest tak jak jest, ale zgadzam się -„tak". To jest wspaniała modlitwa.

Ludzie często mają pretensję do Boga, że wierzą, modlą się, chodzą do kościoła, zachowują przykazania, a życie ich jest cięż­kie. Nie powodzi im się dobrze, ciągle ich najbliższych nawiedzają krzyże, cierpienia, nieszczęścia. Dlaczego Pan Bóg nie pamięta o nich, skoro oni o Nim pamiętają. My te skargi słyszymy, na co dzień. Dlaczego Pan Bóg jeśli ich kocha nie broni od nieszczęść. Dlaczego ludziom uczciwym tu na ziemi nie zapewni opieki. To są skargi, które do naszych uszu dochodzą bardzo często.

I oto stoi przed nami Matka Najświętsza. Staje jak zwykle z troską o nasze dobro. Chce nam powiedzieć. Byłam Najświętsza ze wszystkich ludzi, nigdy nawet cień grzechu jej nie dotknął, nigdy iw niczym nie sprzeciwiłam się Stwórcy, zawsze pełniłam jego wolę. A czy oszczędził mi cierpienia. Czy sądzicie, że dla matki miejsce pod krzyżem umiłowanego Syna nie było miejscem kaźni. Maryjne fiat i moje „tak".

Przyjąć cierpienie z poddaniem się woli Bożej jest trudne. To nie jest tylko problem ludzi chorych w szpitalach i w domach. Jak­że często doznajemy szoku i zwątpienia, gdy nas doświadcza ból. Powiedzieć, tak jak Maryja: „niech się stanie" zwłaszcza, gdy boli. Ale w tej właśnie wewnętrznej akceptacji wyraża się świadectwo i sens cierpienia.

Po tragicznej śmierci amerykańskiej aktorki, Maryli Monroe, jeden z naszych dzienników pisał: „Nie wystarczyło frymarczyć jej ciałem, trzeba było dostrzec ducha".

Nostalgia? Moralizatorstwo? Dobrze. Tylko, dlaczego trzeba śmierci pięknego człowieka, by dostrzec duszę? Bardzo wymowne zdanie i jakby ponadczasowe. Rzeczywiście. Zbyt często tak jeste­śmy zajęci sprawami ciała, że nie dostrzegamy ducha. I nie trzeba nam szukać nadzwyczajnej sytuacji krańcowej, jaką jest śmierć, by dopiero wtedy dostrzec ducha.

Kiedyś poeta Jan Kochanowski pisał o „szlachetnym zdrowiu", którego wartość docenia się wtedy, kiedy się je straci. Niechby to i była prawda, zawarta nie tylko w ludowym porzekadle. W zasto­sowaniu jednak do wartości moralnych, trzeba wziąć poprawkę. Nie muszę, bowiem zaznać brudu, aby docenić wartość czystości i szlachetnego, moralnego życia. Nie muszę być na dnie, bym do­brze doceniał wartość wysokich lotów.

Dzisiaj świat ucieka się w swoich problemach do „opieki" bo­gów fałszywych, iluzorycznych. Poddaje swe życie wróżbitom, astrologom, wpływom mistrza sztuk wschodnich, zaklinaczom tłumów, psychoanalitykom. Doświadczenie uczy, że mimo dekla­racji wiary w Boga, tak naprawdę człowiek w życiu posiada wielu bożków, które przesłaniają oblicze Boga prawdziwego. Dlatego Maryja wzywa do pokuty.

Bo i dzisiaj czasy są trudne. Ludzie są gniewni. Tracą wiarę. Grzechem ratują się przed biedą. Niby chcemy dobrze dla Polski, tylko nam się języki pomieszały.

Pomyliła nam się wolność z bezprawiem, tolerancja z bezkar­nością miłość z seksem, świętość z barbarzyństwem, piękno z brzydotą ubóstwo z dziadostwem, szlachetność zmieszaliśmy z chamstwem. Dalej żyjemy w błocie afer i korupcji, przesłuchań, śledztw i zastraszeń, dlatego nie potrafimy patrzeć ku niebu, tam gdzie Matka Wniebowzięta.

Ja jestem przez Boga przeznaczony do nieba. Niestety słabość ludzka zbyt mocno wiąże mnie z ziemią. Nie chcę jednak czuć się jakby wdeptywany w błoto. Jak robaczek. Mam moc Bożą do po­wstania, mam siły do patrzenia w niebo. Maryja tu na ziemi przy­świeca ludowi pielgrzymującemu, jako znak pewnej nadziei i pociechy. Ona jest w Bożym planie rehabilitacji człowieka - zaj­muje miejsce wyjątkowe. To „lilija między cierniami" - jak śpie­wamy w Godzinkach.

Piękna należy szukać koło siebie - w tym, co niesie świat moż­na podziwiać piękno - Bóg, który jest piękny w samym sobie - dał je człowiekowi, aby się nim cieszył, podziwiał. Ale ważne jest, by człowiek szukał piękna wewnątrz duszy. Dlatego do nas ludzi zma­terializowanych, chce przemówić pięknem Niewiasty w słowach: „Cała piękna jesteś i nie ma w Tobie żadnej zmazy".

Właśnie dzięki Maryi, my ludzie tego świata nie jesteśmy ja­kimś zagubionym rodzajem stworzenia. Bo skoro spośród nas wy­szła Maryja, to i my jesteśmy przeznaczeni do radosnego życia w Bogu. Jak łatwo jest zauważyć u ludzi smutek, niepokój, - cho­ciaż często korzystają z atrakcji życia. Są smutni - bo brak im Bo­ga, brak piękna duszy.

Współczesny Michel Quoist medytuje tajemnice Wniebowzię­cia w taki oto sposób: „Palce, które dotykały Boga, nie mogły być nieruchome. Oczy, które kontemplowały Boga, nie mogły trwać zamknięte. Usta, które całowały Boga, nie mogły zwiędnąć. To ciało nie mogło zgnić i być zmieszane z ziemią".

Później już tylko tradycja przekazuje nam, że u kresu swych dni, Maryja zasnęła w Panu i z duszą i ciałem została wzięta do nieba. Niebo - zaszczytne miejsce. To również przedmiot naszej nadziei - cel pielgrzymki. To również dobro duchowe. Maryja już niebo posiada. My natomiast jesteśmy w drodze. Nasza radość, to radość nadziei, że kiedyś tam dotrzemy. Każdym dniem i rokiem, piszemy swoją własną księgę. Każdy nasz dzień, to nowa strona.

Kochany bracie, droga siostro - On wie, kiedy postawimy ostatnią kropkę. Droga do nieba to nie droga wielkich czynów, ale zwykłych, codziennych dobrze wykonanych obowiązków. Starajmy się zapisać tę jedną codzienną kartkę naszej życiowej księgi dzisiejszego dnia. I tak zapisaną zamknie Pan Bóg. Amen.



sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga

Od trzech niedziel rozważamy szósty rozdział Ewangelii Św. Jana, a tematy żniwno-chlebne są nam wyjątkowo bliskie w to gorące jak piec lato. „Ziarna zbierzemy, odrzucimy chwasty, bo łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem ... Panie, dobry jak chleb". Czego uczymy się zbierając żniwo z naszych pól, troszcząc się o nasz chleb po­wszedni? Nauczyliśmy się przez wiele tysiącleci w różnych kulturach i cywilizacjach, że posiłek nie tylko sycił, ale jednoczył. Pogłę­biał więź między ludźmi. W naszym przyspieszonym i coraz bar­dziej pędzącym rytmie życia, zatraca się ten rytuał codziennie od­nawianej jedności. Wspólnego stołu i rodzinnego posiłku nic nie zastąpi, a rezygnacja z niego jest często objawem rozsypania się domowej wspólnoty. To bardzo ważne, aby tę wielopokoleniową mądrość podtrzymywać.

Było to ważne również dla naszego Pana, Jezusa Chrystusa, sko­ro Ewangelie kilka razy ukazują Jego obecność z uczniami na posił­ku: u Zebedeusza, Mateusza, Łazarza, w Kanie Galilejskiej czy nad Jeziorem Tyberiadzkim. A w przededniu męki i śmierci sam zapra­sza uczniów do Wieczernika, by spożyć z nimi wieczerzę. Dzisiejszy fragment Ewangelii pokazuje nam zdarzenia, które się dokonały po wspólnym posiłku wielkiego tłumu ludzi na pustkowiu nad jeziorem Galilejskim, czyli po cudownym rozmnożeniu chleba. Pan Jezus ukazuje nam więcej i chce, byśmy nie zatrzymali się tylko na tym jednym, cudownym zdarzeniu z pomnożonym chlebem i rybami. Mówi nam: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki". Jak to możliwe? - pyta­ją zgorszeni Żydzi i szemrzący między sobą chwilowi słuchacze. „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?" Echo tych wątpliwo­ści ciągle pobrzmiewa. Szemranie, zdumienie i niedowierzanie Chrystusowi zbiera swoje żniwo do dziś. Niektórzy z wątpiących chcieliby widzieć w żywym chlebie tylko symbol, a nie rzeczywistą obecność Pana, który daje nam swoje Ciało na pożywienie. „Nie szemrajcie między sobą. Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał (...) każdy, kto od Ojca usły­szał i nauczył się, przyjdzie do Mnie". Takie zapewnienie słyszymy dziś od Chrystusa. A na pytanie postawione wszystkim zgorszonym i szemrzącym: „Czy i wy chcecie odejść?", za św. Piotrem odpowia­damy: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga" (J 6, 68n). Jak dobrze, że w Kościele jest Piotr, który zawsze nas w wierze po­prowadzi i nauczy iść aż do domu Ojca. Nauczyliśmy się w Koście­le, że każda Msza św. daje nam cudowną sposobność zjednoczenia z Chrystusem i między sobą. Śpiewamy nawet o tym w pieśni: „Kto się z Panem tu jednoczy, tworzy jedno z Nim, Bóg miłością go na­zywa przyjacielem swym". Jakie to cudowne, jakie niepojęte; Chry­stus karmi nas swoim Ciałem, poi nas swoją Krwią!

To już nie manna, którą dał Mojżesz zgłodniałemu tłumowi na pustyni, nie pokarm i napój podany przez anioła zdesperowanemu Eliaszowi. To żywy i prawdziwy Chrystus, który dla zapewnienia nam życia wiecznego stał się pokarmem dla nas. Ważnym więc po­zostaje wciąż dla nas szósty rozdział Ewangelii Janowej, który stara­ją się pominąć wszyscy szemrzący i podejrzliwi. Zwróćmy uwagę na dość istotny szczegół. Tenże rozdział kończy się słowami Jezusa o Judaszu, który zamyka ten rozdział jak zamknął drzwi Wieczerni­ka podczas ostatniej wieczerzy, wychodząc z niego w ciemną noc.

Uczmy się raczej od Eliasza, który od anioła usłyszał: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga".

Nie przypadkowo ten gorliwiec pojawił się dziś w liturgii sło­wa. Widzimy go utrudzonego i niemal zrezygnowanego, u kresu ludzkich sił. „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków!".

Dopiero, co rozprawił się z tłumem fałszywych proroków bez­bożnej królowej Izebel, bluźniącej Jedynemu Bogu. W obawie przed pogonią uciekł, więc na pustynię, gdyż wolał, żeby go do­tknęła raczej ręka Pańska, niż pełna zemsty ręka ludzka.

Czego nas uczy ta przytoczona dziś historia proroka Eliasza? Odpowiedź jest prosta - gorliwości w służbie Bogu i wielkiej troski o uświęcanie swojego życia, a także odpowiedzialności za innych.

Zawsze będą fałszywi prorocy, zawsze jakaś bezbożna Izebel będzie bluźniła Bogu, kpiąc z wszelkich wartości moralnych, a tym bardziej religijnych, mszcząc się na wierzących. Zawsze znajdzie się przysłowiowy Neron, który oskarży chrześcijan o podpalenie nie tylko Rzymu, ale całego świata. Toteż potrzebny jest prorok. Odważny, zdecydowanie stający w obronie Boga i Jego praw.

„W naszych czasach siłą ludzi złych jest lękliwość ludzi dobrych, a cała żywotność królestwa Szatana, ma swoje korzenie w opieszało­ści chrześcijan" - tak nauczał papież św. Pius X na początku XX w.

To stwierdzenie stało się dzisiaj jeszcze bardziej aktualne.

Zło przepuściło jeszcze większy atak, a my niejednokrotnie nabieramy wody w usta, nie mówimy jednym głosem, lub głosem przyciszonym, albo chcemy być w naszych wypowiedziach poli­tycznie poprawni.

Potrzeba zatem, byśmy od Eliasza uczyli się takiej zdecydowa­nej postawy, gdzie „tak", znaczy „tak", a „nie" - „nie", „bez świa­tłocienia".

Choćbyśmy opadli z sił, Bóg przyjdzie nam z pomocą i powie: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga!" (IKrI 19, 7).

Tak jakby mówił: Skosztuj, zobacz ... nie trzeba przede Mną uciekać na pustynię.

Nie potrzeba więc odchodzić od Boga i po swojemu organi­zować sobie życie; nie potrzeba odchodzić od przykazań i na swoją rękę szukać norm postępowania; nie potrzeba wreszcie od­chodzić i gardzić wspólnotą Kościoła, by szukać szczęścia na wła­sną rękę i za wszelką cenę. Nie potrzebujesz odchodzić! Bóg sam wystarczy!

Może warto w tym miejscu zacytować człowieka - proroka naszych czasów, który miał wyjątkową świadomość zagrożeń dla współczesnego świata. To słowa św. Jana Pawła II: „Musimy dostrze­gać społeczne zagrożenie grzechu wpływające na budowanie świa­ta godnego człowieka. Istnieją krzywdy społeczne, które tworzą «komunię grzechu», gdyż poniżają Kościół, a w pewien sposób cały świat ... Walczcie w dobrych zawodach o wiarę (lTm 6, 12) dla ludzkiej godności, dla godności miłości, dla godnego życia -życia dzieci Bożych" (Chile, 2 kwietnia 1987).

A oto inne jego słowa: „Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w nasze dzieje? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: «nie». Ale pytanie zasadnicze: «czy wolno»? I w imię czego «wolno»? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przed­łożyć sobie, Rodakom, narodowi, ażeby odrzucić i powiedzieć «nie» temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat. Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło" (Błonia krakow­skie, 10 czerwca 1979).

Te słowa dedykujemy politykowi, który w sejmie z dumą wy­znał, że w burzliwej dyskusji o in vitro, nie chodzi wcale o sprawy merytoryczne, ale głównie o to, by się zdecydowanie sprzeciwić Kościołowi i Jego nauczaniu w tej sprawie.

Autor książki Ogień w nocy jako przykład nocy, która dosięga współczesnych, przywołuje taką opowieść: „Pewien rabbi zapytał swoich uczniów, jak można ustalić godzinę, w której kończy się noc, a zaczyna dzień. - Czy to pora, kiedy z daleka można odróż­nić psa od owcy? - zapytał jakiś uczeń. - Nie - odpowiedział rabbi. Czy to ta pora, kiedy z daleka można odróżnić drzewo figowe od daktylowego? - Nie - odpowiedział rabbi. - To w takim razie kiedy nastaje ta godzina? - zapytali uczniowie. - To jest czas, gdy możesz patrzeć w twarz jakiegokolwiek człowieka i widzisz swoją siostrę, swojego brata. Aż do tego momentu jeszcze panuje w nas noc" (Michael Albus).

Przed nami długa droga, aby w konkurencie, w tych z lewicy, z prawicy czy centrum, odnaleźć twarz swojej siostry lub swego brata. Niech nie pochłonie nas noc, jak Judasza odchodzącego z Wieczernika.

Siostro, bracie - wstań, jedz, bo przed tobą długa droga. Jedz, posil się, bo ina­czej ustaniesz w drodze. Amen.



sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

W środku trudnego, upalnego lata, kiedy pola „bieleją ku żniwu", po raz kolejny „Pan Bóg łaskawie otwiera swą rękę i karmi nas do syta, oczy wszystkich zwracają się ku Niemu, a On nam daje pokarm we właściwym czasie". Słychać gdzieniegdzie na naszej ziemi modlitwę wdzięcznych ludzi: „Boże, z Twoich rąk żyjemy, choć naszymi pracujemy; z Ciebie plenność miewa rola, my zbiera­my z Twego pola. Co rządzisz ziemią i niebem, opatrujesz dzieci chlebem; myśmy dali trud i poty, Tyś nam dał urodzaj złoty".

Dobrze tak się modlić, dobrze zachować wdzięczność w sercu, dobrze pamiętać, że Anioł Pański otacza szańcem bogobojnych, aby ich ocalić. Dlatego „będę błogosławił Pana po wieczne czasy, Jego chwała będzie zawsze na moich ustach. Dusza moja chlubi się Pa­nem, więc skosztujcie i zobaczcie jak nasz Pan jest dobry" (ps. resp.).

To szczere wzywanie Boga pozwala sakralizować naszą szarą codzienność. Sakralizować - czyli uświęcać. Uświęcać - czyli wiązać sprawy Boże ze sprawami ludzkimi i umieć szukać tego, co Boże, z zapomnieniem o sobie. Bóg wtedy wynagradza człowiekowi, dając mu to co konieczne do dalszej pracy i życia, nawet w sposób cudowny, jak Eliaszowi, którego przypomniało pierwsze dzisiejsze czytanie. Nie przypadkowo ten gorliwiec pojawił się dziś w liturgii słowa. Widzimy go utrudzonego i niemal zrezygnowanego, u kresu ludzkich sił. „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków!". Dopiero co rozprawił się z tłumem fałszywych proroków bezbożnej królowej Izebel, bluźniącej Jedynemu Bogu. W obawie przed pogonią uciekł więc na pustynię, gdyż wolał, żeby go dotknęła raczej ręka Pańska, niż pełna zemsty ręka ludzka. Czego nas uczy ta przytoczona dziś historia proroka Eliasza? Odpowiedź jest prosta - gorliwości w służ­bie Bogu i wielkiej troski o uświęcanie swojego życia, a także od­powiedzialności za innych. Zawsze będą fałszywi prorocy, zawsze jakaś bezbożna Izebel będzie bluźniła Bogu, kpiąc z wszelkich wartości moralnych, a tym bardziej religijnych, mszcząc się na wierzą­cych. Toteż potrzebny jest prorok. Odważny, zdecydowanie stający w obronie Boga i Jego praw.

W naszych czasach siłą ludzi złych jest lękliwość ludzi dobrych, a cała żywotność królestwa Szatana, ma swoje korzenie w opieszało­ści chrześcijan" - uczył papież św. Pius X na początku XX wieku. To stwierdzenie stało się dzisiaj jeszcze bardziej aktualne. Zło przypuści­ło jeszcze większy atak, a my niejednokrotnie nabieramy wody w usta, nie mówimy jednym głosem, lub głosem przyciszonym, albo chcemy być w naszych wypowiedziach politycznie poprawni. Po­trzeba zatem, byśmy od Eliasza uczyli się takiej zdecydowanej postawy, gdzie „tak", znaczy „tak", a „nie" - „nie", bez światłocienia.

Choćbyśmy opadli z sił, Bóg przyjdzie nam z pomocą i powie: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga"! (1 Kri 19, 7). Tak jakby mówił: skosztuj, zobacz... nie trzeba przede Mną uciekać na pustynię.

Nie potrzeba więc odchodzić od Boga i po swojemu orga­nizować sobie życie; nie potrzeba odchodzić od przykazań i na swoją rękę szukać norm postępowania; nie potrzeba wreszcie od­chodzić i gardzić wspólnotą Kościoła, by szukać szczęścia na własną rękę i za wszelką cenę. Nie potrzebujesz odchodzić! Bóg sam wystarczy! I naprawdę tak niewiele potrzeba, by próbować uświęcić swoje życie, i przekonać się o prawdzie słów Apostoła Pawła: „teraz (...) po oddaniu się na służbę Bożą jako owoc zbiera­cie uświęcenie" (Rz 6, 22).

Czemu więc wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? Nakłońcie wasze ucho i przyjdź­cie do mnie, posłuchajcie mnie, a dusza wasza żyć będzie. Niech powracają do nas i pozostaną w nas te mocne słowa proroka Izaja­sza. Zadedykujmy je nie tyle innym, co przede wszystkim sobie. Pytajmy siebie o naszą postawę, naszą wiarę, nasze przylgnięcie całym sercem do Chrystusa. Wtedy nasza pomoc okazana innym w odszukaniu na nowo dróg wiary będzie skuteczna, wedle starej zasady: słowa pouczają czyny pociągają.

Pomyśl, ile natchnień do pełnienia dobrych czynów zawierają słowa wspaniałego „hymnu wdzięczności" z Listu do Rzymian św. Pawła: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?" Popatrz ilu świadków takiej miłości stanęło zdecydowa­nie po stronie Chrystusa i dało dowód, że nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

Ilu niekanonizowanych świętych pokazało, że na serio traktują zalecenia, choćby te dziś ponownie usłyszane w Liście do Efezjan: „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie nawzajem, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie".

Zawsze człowiek chce szukać przykładów takiej głęboko chrze­ścijańskiej postawy. Sięgamy więc w odległą historię prześladowań za wiarę. Nie brak i współczesnych świadków, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że w dwudziestym wieku zginęło więcej mę­czenników niż we wszystkich wiekach poprzednich, a wiek XXI zaczął się serią okrutnych prześladowań.

A dla nas wciąż bliski jest przykład warszawskich powstańców, którzy jak umieli, potrafili dać wyraz temu, „że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe ... ani jakiekolwiek inne stworzenie n i e z d o ł a nas odłączyć od miłości Boga" (Rz 8, 38). Doczekali się powstańcy wszelkich należ­nych honorów, to dobrze, że choć pod koniec życia; ale myśmy zaw­sze w Kościele wiedzieli, że są to bohaterowie, którzy potrafili ko­chać Boga i potrafili w Bogu kochać Ojczyznę i honoru nie splamić.

Wciąż bliski pozostaje dla nas równie wspaniały świadek - bł. Ste­fan kardynał Wyszyński. Niedawno przypadła rocznica jego urodzin i rocznica święceń kapłańskich. Zapamiętajmy z jego nauczania choć­by to jedno zdanie, zdanie - drogowskaz; zdanie - przysłowie: „Mó­wią - czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas - to miłość".

Życie toczy się dalej, tak jak dalej pola będą gotowe do żniwa. Bóg w swojej szczodrobliwości nadal będzie otwierał swą rękę, by karmić nas do syta. Nadal będzie dla człowieka otwarta droga do składania świadectwa Chrystusowi. Nadal będziemy patrzeć jak On bierze w swoje czcigodne ręce chleb, spogląda w niebo, błogosławi i łamie go dla nas. A my będziemy upewnieni, że z Jego ręki żyje­my. Dopóki mamy czas - niech wypełni go miłość.

Sięgam w tym miejscu do słów św. Jana Pawła II z jego pierwszej encykliki Redemptor hominis: „Okazywać światu Chrystusa, poma­gać każdemu człowiekowi, aby odnalazł siebie w Nim. Pomagać współczesnemu pokoleniu naszych braci i sióstr, ludom, narodom, ustrojom, ludzkości, krajom... wszystkim - poznawać niezgłę­bione bogactwo Chrystusa, bo ono jest dla każdego człowieka, ono jest dobrem każdego" (RH 11).

Pozostaje dla nas wciąż dręczące pytanie równe rachunkom su­mienia: czy nie za mało upominamy się o miejsce Chrystusa w par­lamentach, w poganiejącej na własne życzenie Europie, skoro jak uczy Sobór Watykański II: „Przez Chrystusa i w Chrystusie rozja­śnia się zagadka cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangelią" (KDK 22).

Za chwilę msza potoczy się dalej. Tobie, Ojcze, ofiarujemy chleb, ziarno zasiane, utkane ze światła, ciepła, deszczu, wiatru, a także siewcę, żniwiarza, młynarza, piekarza, sprzedawcę - streszczenie życia. Ojcze, przyjmij tę ofiarę ... i ofiarujących. Żywy Chlebie, Chryste, przed nami długa droga. Chcemy zobaczyć i skosztować ... daj jeszcze raz usłyszeć i mocno w to wierzyć: Chlebem, który Ja daję, jest moje Ciało za życie świata. Za życie świata... Amen.



sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - „Ja jestem chlebem życia"!

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - „Ja jestem chlebem życia"!

Przeżywamy okres żniw, kiedy zbieramy z naszych pól różnego rodzaju pokarm, który będzie dawał siły naszemu ciału. Właśnie w tym czasie Pan Bóg mówi, jakby równolegle, o innym pokarmie: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych".

Dzisiaj słyszymy też słowo bardzo mocne i bardzo prawdziwe, które dotyka rzeczywistości każdego z nas. Izraelici są na pustyni. Pan Bóg ich tam zaprowadził, bo chce badać ich serce. Słyszymy dzisiaj jak Bóg mówi: Czy będą chcieli pełnić moje rozkazy? Czy będą chcieli pełnić moją wolę?

Pan Bóg daje na pustyni drogę, którą prowadzi naród izraelski. Słyszymy dzisiaj, że daje im również mięso i mannę, żeby nie umarli z głodu. Pan Bóg chciał ich uczyć - przekonać, że kto ufa Bogu, to Bóg sam do życia wystarczy, bo On zabezpiecza każdą naszą potrzebę. Dzieje się tak zawsze, gdy człowiek szuka przede wszystkim Boga, Jego wolę chce pełnić - Jemu pozwala się prowadzić.

Bóg mówi o tym ludzie, który wybrał, i który miał być znakiem Jego miłości i mocy dla innych narodów: Przekonam się jakie jest ich serce - czy oni naprawdę wierzą we Mnie?

Słyszymy dzisiaj Izraelitów szemrających na pustyni: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu? Po co ta pustynia? Czy nie lepiej było nam w Egipcie, w niewoli, ale przed pełnymi garnkami mięsa i gdzie było chleba w obfitości? Lepiej było nam tam, w niewoli, a nie tu na pustyni.

Zobaczmy jak to jest bliskie każdemu człowiekowi, bo co zna­czy być w drodze przez pustynię? To jest prawda o naszym życiu. Ile razy chcielibyśmy wiedzieć, jakie spotka mnie wydarzenie ju­tro? Jakie przyjdą sytuacje? Jakie przyjdą próby? Nie wiemy i nie mamy odpowiedzi, ale Bóg to wie i tylko On zna odpowiedź.

Jesteśmy ciągle ludem w drodze, tak wygląda nasze życie -przemija czas, przychodzą następne godziny i lata, a przed nami tyle rzeczy zakrytych. Człowiek w głębi serca chciałby tak samo jak Izraelici na pustyni być zabezpieczonym, nie żyć w kruchości, w tej niepewności, w tej niewiedzy - co mnie spotka jutro? Czy przyjdzie jakaś choroba? Czy zabraknie mi chleba? Czy przyjdzie jeszcze jakieś inne cierpienie... Zabezpieczyć się, mieć, czuć się sytym i bezpiecznym - tego wszyscy w głębi serca pragniemy.

To jednak nie jest prawda o naszym życiu, bowiem nie da się życia naszego ani zatrzymać, ani zabezpieczyć. Bóg chce nas uczyć, abyśmy jak Izraelici przekonywali się, że On codziennie jest obecny - On nas prowadzi drogą, którą nam wyznaczył. On daje też próby, aby człowiek nawracał się do Niego.

Widzimy nieraz podobnie jak Izraelici na pustyni dokoła siebie tylko śmierć - nie ma wody, nie ma chleba, nie ma mięsa. Bóg jednak to wszystko dał, gdy tylko Mojżesz zwrócił się do Niego. Podobnie jest z nami - każda próba ma nas prowadzić do tego, żeby Bogu ufać, żeby w Niego wierzyć. Nasze życie jest też drogą.

Możemy tak samo jak Izraelici szemrać, buntować się i nie chcieć pójść tą drogą, albo każdego dnia przekonywać się, że Bóg jest. On dawał Izraelitom codziennie chleb z nieba, codziennie dawał im wodę, codziennie wskazywał drogę przez pustynię. Problem jednak polegał na tym, że człowiek nie był panem sytu­acji - miał zaufać Bogu i pozwolić się Jemu prowadzić. Tak samo jest z nami.

Zobaczmy jak bardzo boimy się dokładnie tego samego, że zabraknie nam chleba, że Bóg nie przewidzi. Człowiek lęka się, że straci pracę, że zabraknie mu pieniędzy. Często boimy się urodzić kolejne dziecko, bo nas nie stać. Lękamy się również tego, że do­koła nas jest tylko niesprawiedliwość, kradzieże, grabieże - różne­go rodzaju zachłanność. Jeśli człowiek będzie pokładał całe swoje zabezpieczenie w pieniądzu, w chlebie, to będzie zawsze budował jakieś fałszywe systemy - że niby pieniądz, chleb nasyci całkowi­cie jego serce.

Stąd się bierze wszystko - złudne systemy czy poglądy, że jak damy człowiekowi dużo pieniędzy to będzie szczęśliwy. Później przychodzą kryzysy, niesprawiedliwości, przychodzą wojny - i to wcale nie daje szczęścia czy zabezpieczenia. Czy cokolwiek nasyci moje serce i da mi tak zwane szczęście? Nie! - Ja jestem ciągle w drodze. Tylko Bóg może zabezpieczyć każdą moją sytuację!

Zobaczmy ten tłum z dzisiejszej Ewangelii, który szuka Jezusa. Widzieli, że ogromne rzesze nakarmił chlebem, że jeszcze wiele tego chleba zostało - widzieli w Nim kogoś, kto gwarantuje przy­najmniej pewne jedzenie. Nie trzeba się będzie o to starać, nie trzeba będzie pracować - On da nam chleb, tak jak uczynił dla tysięcy osób! Idą za Nim z tą intencją - wreszcie będziemy mieli zabezpieczone życie - nawet chcieli Go obwołać królem...

Chrystus, który przychodzi, by ukazać człowiekowi właściwą drogę mówi: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, (że we Mnie wierzycie), ale dlatego, że jedliście chleb do sytości" - Szukajcie pokarmu, który daje prawdziwe życie! Jaki to pokarm? Chrystus powie: Ten, którego Ojciec posłał do was.

Mówiąc jeszcze o Mojżeszu i chlebie na pustyni, proszą: „Pa­nie, dawaj nam zawsze tego chleba" - tego chleba, który daje życie wieczne! Jezus odpowiada: „Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie". Co to znaczy, że Chrystus jest chle­bem życia? Co Chrystus ukazuje? Dlaczego On jest chlebem ży­cia? Jakie jest Jego życie?

Jezus powie sam o sobie: „Moim pokarmem jest pełnić wolę Ojca". Pokazuje nam, że pełnić wolę Boga to znajdować ścieżkę życia i On sam taką drogą idzie. Przychodzi, by nam tę prawdę ukazać - życie człowieka nie zależy od tego co posiada, kim jest, czy go ludzie adorują czy go odrzucają, czy go sądzą czy w końcu zabijają. Życie nie zależy od tego, że ja tutaj jestem zabezpieczony i syty. Życie zależy całkowicie od Boga, który jest dawcą życia.

Chrystus przychodzi, aby ukazać nam życie, które nie zależy od tego świata, ale całkowicie od Boga. Mówi: „Ja jestem chlebem życia"! - chlebem żywym - kto do Mnie przychodzi, kto się ode Mnie uczy, kto we Mnie wierzy, kto Mnie spożywa - odkrywa tę samą prawdę.

Chrystus dlatego był gotowy oddać za nas swoje życie, ponie­waż Jego życie pochodziło od Boga, miało swoje źródło w Ojcu. Dlatego właśnie wchodzi w śmierć - „posłuszny aż do śmierci krzyżowej" - bo Ojciec daje mu życie i uwalnia Go od sądzenia, pretensji i przemocy. Oddaje życie za tych, którzy Go krzyżują: On jest chlebem życia.

Pokazuje nam jak żyć na tym świecie, który jest w jakimś sen­sie pustynią dla każdego z nas. Można przejść przez tę pustynię powierzając się Bogu, przyjmując Eucharystię, karmiąc się chle­bem życia, którym jest Chrystus. Mamy pragnąć takiej samej mentalności, takiej samej postawy, jaką On ma.

Człowiek zjednoczony z Bogiem wie, że przechodzi przez pu­stynię, że są próby, że nie zna drogi, że przyjdzie cierpienie, przyj­dzie śmierć. Ale wie także, że moje życie ma tę wielką perspektywę - tam gdzie Chrystus oczekuje na mnie: „Kto do Mnie przychodzi nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie".

Słowo Boże pyta dzisiaj każdego z nas: Na jakiej jesteśmy dro­dze, czego się uczymy w naszym życiu - czy naprawdę wiary i za­ufania do Boga? Czy nie ulegamy tym złudzeniom, że cokolwiek na tym świecie zaspokoi moje serce?

W drugim czytaniu Św. Paweł mówi: „Zaklinam was w Panu, abyście już nie postępowali tak, jak postępują poganie z ich próż­nym myśleniem. (...) Nie tak nauczyliście się Chrystusa. (...) Co się tyczy poprzedniego sposobu życia, trzeba porzucić dawnego czło­wieka, który ulega zepsuciu na skutek kłamliwych żądz".

Porzucić starego człowieka" - stary człowiek to ten, kto próbu­je sam dla siebie być bogiem - ten, kto chciałby za wszelką cenę kierować swoim życiem - a kiedy mu nie wychodzi, to załamuje się albo wpada w rozpacz, często traci wtedy wiarę, obraża się na Boga.

Człowiek, który ulega kłamliwym żądzom, często właśnie w rzeczach tego świata pokłada nadzieję - że przyjemności, do­znania, zaszczyty, bogactwo - pogoń za tym wszystkim uczynią mnie szczęśliwym. Oszukany jest wielokrotnie i ciągle dalej tego szuka, bo kieruje się swoimi żądzami i nie zgadza się na żadne ograniczenia i żadne cierpienia - chciałby panować nad wszystkim.

Człowiek cielesny, pełen żądz - mówi św. Paweł - „ulega ze­psuciu na skutek kłamliwych żądz". To może być też nasza posta­wa. Nie możemy ulegać złudzeniom, że ten, kto jest w Kościele, tak nie myśli. Można być w Kościele i też tak myśleć - pragnąć wielu rzeczy z tego świata, albo oskarżając, jeżeli nie Boga wprost, to może całą rzeczywistość, że tego czy tamtego mi brakuje - bo gdybym to miał, to byłbym szczęśliwy...

Bóg mówi: Nie! Bóg sam do życia wystarczy - można żyć na pustyni, można zdać się na tę sytuację, że Bóg mnie prowadzi jak chce. Dopuszczając, że przyjdzie też nieraz godzina próby, bo czy Chrystus nie mówi: „Kto chce pójść za Mną, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje"?

Jaką próbą jest nieraz dla człowieka, gdy przyjdzie choroba, gdy przyjdzie starość - kiedy nagle jest wytrącony z normalnego życia. Przez wiele godzin jest sam i musi zmierzyć się z cierpie­niem, z przemijaniem. To jest też próba, w której mam się uczyć wiary, zaufania do Boga, przylgnięcia do Niego. Chrystus, który będzie dla mnie wtedy pokarmem życia, będzie w tej godzinie bli­sko mnie i będzie prowadził mnie w przekonaniu, że Bóg moje życie zna i On nim kieruje.

Mówi dalej św. Paweł: „Dlatego odnawiajcie się duchem w wa­szym myśleniu. Przyobleczcie człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga w sprawiedliwości i prawdziwej świętości".

Przyobleczcie człowieka nowego" - a nowy człowiek? Najkró­cej mówiąc: to Chrystus. Z Jego mentalnością, z Jego postawą - to jest „nowy człowiek", który całkowicie ufa Ojcu, Jego wolę wypeł­nia i nie boi się żadnych prób, bo sam powie: „Ojciec jest ze Mną".

Przyoblec się w nowego człowieka - chciejmy przeżywać na­sze życie, które Bóg dla każdego z nas zaplanował, właśnie z takim pragnieniem, by codziennie ufać Bogu. Nie bójmy się prób, które muszą być wpisane w nasze nawrócenie, w nasze życie duchowe.

Przez wiarę będziemy doświadczali, że Bóg da nam to wszyst­ko, czego do życia potrzebujemy. Podobnie jak przewidział dla Izraelitów na pustyni chleb, wodę, mięso. Bóg chce byśmy byli ludźmi wiary, ludźmi o tej nowej mentalności, „stworzonymi na Jego obraz w sprawiedliwości i prawdziwej świętości". Amen.

 

 

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

Słowo, które czytamy dziś jest bardzo mocne. Nie chodzi tylko o to Słowo zapisane w Biblii, przypominające pewną historię z życia Izraela. To Słowo, jak światło, interpretuje wydarzenia z życia każdego z nas, z życia też każdego pokolenia i każdego narodu. Zawiera pouczenie, prawdę cenną dla ludzkiego życia. Może nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak bardzo dotyka naszej egzystencji słowo mówiące „nie samym chlebem żyje człowiek".

Izraelici poszli do Egiptu, gdy w ich ojczyźnie nastał głód. Począt­kowo żyło się im w Egipcie bardzo dobrze, zajęli żyzną krainę, zapomnieli o głodzie, ale zapomnieli też o Bogu. Bardzo szybko ich sytuacja się zmieniła, stali się niewolnikami Egipcjan, którzy przerazili się ich rozwojem, liczebnością ich dzieci. I zaczęli ich uciskać, wykorzystywać, posyłać do najcięższej pracy, a nawet zabijać ich dzieci. I przypomnieli sobie Izraelici o Bogu i zaczęli wołać o wyzwolenie.

Czy to nam nic nie przypomina? Ponieważ człowiek naprawdę ma w sobie pragnienie chleba, tę pokusę zabezpieczenia życia, łatwo może ulec obietnicom, złudzeniu, że człowiek żyje tylko chlebem. Czy nie pamiętamy czasów, gdy wszyscy mieli mieć „po równo", a to znaczyło najczęściej ubóstwo czy nędzę. A dziś, gdy budując nowy świat, niektórzy z polityków mówią, że Bóg nie jest nam potrzebny, tzn. zbudujemy przyszłość bez Boga, pełną obiet­nic dobrobytu, pracy, dotacji, kapitałów. Najczęściej mówiąc o rozwoju, o przyszłości, mówi się tylko o materialnej stronie ży­cia. Ale przecież człowiek żyje nie samym chlebem! Jak bardzo niszczy życie ludzkie to sprowadzenie go tylko do poziomu chleba. Powie św. Jakub „skąd się biorą wojny, skąd kłótnie między wa­mi? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć" (Jk 4, 1). Skąd się biorą wojny między nami, skąd korupcja, niesprawiedliwe zyski, nieproporcjonalne pensje, zdzierstwo właścicieli, morder­stwa, pomnażanie nieuczciwe kapitału. Właśnie z naszych żądz! Ta wizja człowieka sprowadzonego tylko do zjadacza chleba u jed­nych rodzi zachłanność bez granic (czytaliśmy kilka dni temu w prasie w jak wielu supermarketach nie wypłaca się pracownikom pełnych wynagrodzeń), pieniądz zabija sumienie tak bardzo, że biorąc niebotyczną pensję, bo jestem dyrektorem, albo pracowni­kiem telewizji, przestaję widzieć biedę.

A dalej przy takiej wizji społeczeństwa, tylko konsumpcyjnego, nie ma miejsca dla ludzi chorych i starszych, nie ma na ich lecze­nie, nie ma dla nich miejsc pracy. Najlepiej, żeby ich w ogóle nie było. Stąd pomysły o eutanazji, stąd ciągła walka z poczętym ży­ciem o domaganie się prawa do aborcji. To wszystko z wizji świata bez Boga i życia bez Boga. Stąd również żądanie prawa do tego, aby człowiek realizował siebie samego jak chce, tzn. uciekał od cierpienia w każdy sposób, od trudnego małżeństwa, od kolejnego dziecka, od wymagań moralnych. Ta pokusa chleba dotyka nas wszystkich. Możemy nie posiadać i pragnąć, i zazdrościć, i też żyć złudzeniem, że gdybym miał więcej, byłbym szczęśliwszy. Jak często można usłyszeć, że właśnie rzeczy materialne kierują na­szym życiem, np. nie stać nas na drugie dziecko, nie mam pracy, nie mam mieszkania, jestem nieszczęśliwy z tego powodu. Bieda jest oczywiście nieszczęściem. Ale Bóg nam dzisiaj mówi, że nie samym chlebem żyje człowiek. Życie nasze nie zależy od naszego mienia. Pamiętamy z Ewangelii: „Zgromadziłeś wiele dóbr, mó­wisz, mogę teraz ich używać, ile zechcę - głupcze, tej nocy zażą­dają twej duszy od Ciebie".

Właśnie dlatego Bóg wyprowadza swój naród na pustynię, że­by ratować swój lud. Chce zbadać ich serce, czy naprawdę będą Mu posłuszni. Tam ich uczy każdego dnia, że na pustyni można żyć. Trzeba tylko ufać Bogu, chodzić Jego drogami. Bóg podczas tego przejścia przez pustynię uczył swój lud wiary. Uczył, że nie rzeczy materialne ratują i zabezpieczają ludzkie życie, ale Bóg. Co na to Izraelici? Szemrali przeciwko Bogu. „Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzie zasiadaliśmy przed garnkami mięsa i chleb jadali do sytości". Lepiej było umrzeć w Egipcie, gdzie było co jeść, niż żyć na tej pustyni z łaski Pana. Zobaczmy, czło­wiek szuka zabezpieczenia, świętego spokoju, małej stabilizacji. I cały czas, często przez rzeczy materialne, chce osiągnąć szczę­ście. Czym innym jest życie na pustyni, czym innym jest życie w drodze. I to jest bardziej bliskie prawdy o naszym życiu. Bo tak naprawdę nic nie możemy zabezpieczyć, nic nie możemy zatrzymać.

Jesteśmy ludem w drodze. Bóg i nas prowadzi wiele razy „na pustynię", prowadzi tam całe pokolenia i narody, żeby nas uczyć wiary i pełnej prawdy o naszym życiu. Człowiek nie żyje tylko samym chlebem, człowiek jest powołany do czegoś więcej, jak również przeznaczony jest do życia wiecznego. Tak mówi o tym św. Paweł „Nie chciałbym bracia, żebyście nie wiedzieli, że nasi ojcowie wszyscy, co prawda, zostawali pod obłokiem, wszyscy przeszli przez morze, wszyscy też spożywali ten sam pokarm du­chowy i pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im skały, a ta skała to Chrystus. Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg, polegli bowiem na pustyni. Stało się zaś to wszystko, by mogło posłużyć za przykład dla nas, abyśmy nie pożądali złego, tak jak oni pożądali. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektó­rzy z nich, według tego, co jest napisane: zasiadł lud, by jeść i pić, i powstali, aby oddawać się rozkoszom. Nie oddawajmy się też rozpuście, jak to czynili niektórzy z nich... I nie szemrajcie jak niektórzy z nich szemrali, i nie wystawiajcie Pana na próbę, jak wystawiali Go niektórzy z nich i poginęli na pustyni od jadowitych wężów. A wszystko to zapisane zostało ku naszemu pouczeniu" (1 Kor 10, 1-11).

Jak więc mamy żyć? Co ma być naszym pokarmem? Na pusty­ni żyje ten, kto słucha Boga, chodzi Jego drogami, z uległością dziecka pozwala się Bogu prowadzić. Żyje ten, kto przyjmuje wy­darzenia swojego życia, jak Boże prowadzenie i dostrzega te, które są, jak wyprowadzenie na pustynie, gdzie Bóg chce mnie uczyć wiary. Jak napisał ks. Jan Twardowski: „Wiara tam się zaczyna, gdzie rozum się kończy". To może być twoja choroba, czy starość, która każe inaczej spojrzeć na całe swoje życie. To może być ko­lejne dziecko, które Bóg każe ci przyjąć z zaufaniem Jego woli. To może być jakaś trudna sytuacja w rodzinie, w małżeństwie, której nie możesz udźwignąć, brak miłości, niedostatek, kłopoty z dzieć­mi. Wszystko, co przypomina ci tę pustynię. Nie uciekaj od tego, zaufaj Bogu, u Niego szukaj schronienia.

Pamiętacie, jak diabeł mówił do Chrystusa na pustyni: „Zamień kamienie w chleb, dlaczego masz cierpieć głód? Dlaczego masz przeżywać tę trudną historię, to trudne życie, jakie Ojciec dla cie­bie przewidział?" A Chrystus? Odejdź ode mnie szatanie, bo nie samym chlebem żyje człowiek i nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga Twego...

Powie też Chrystus: „Kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje". Powie też: „Pokarmem moim jest pełnić wolę Ojca. Pyta dziś Chrystus tłumy, które Go szukały: „Dlaczego mnie szukacie? Dlatego, że jedliście chleb do sytości?

Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki. Tym pokarmem jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu".

Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Ja jestem chlebem życia, Kto do mnie przychodzi, nie będzie łaknął, a kto we mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Ja jestem chlebem Życia. „Dlatego, trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek kłam­liwych żądz, a odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przy­oblec człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga" (Ef 4, 23).

I jeszcze inny fragment ze św. Pawła. Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem wspólnego ma sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Belialem, lub wierzącego z niewiernym? Co łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego według tego, co mówi Bóg: „Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. Przeto wyjdźcie spo­śród nich, i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a ja was przyjmę, i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący".

 

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Kto przychodzi do Chrystusa ten nie będzie łaknął

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Kto przychodzi do Chrystusa ten nie będzie łaknął

Centralną myślą przeczytanego fragmentu Ewangelii jest zesta­wienie ze sobą dwóch pokarmów: tego ziemskiego, który ginie i tego, który trwa na wieki. Jezus mocno podkreśla, aby w życiu troszczyć się przede wszystkim o chleb z nieba, który daje nam Bóg. W pierwszym odruchu kojarzymy te słowa z darem Eucharystii, która jest Ciałem Chrystusa. Jak mówił Syn Boży, kto je spożywa nie umrze na wieki. Ale dzisiejsze słowa Jezusa możemy odczytać chyba nieco szerzej. Chrystus bowiem mówi: Jam jest chleb życia.

Czyli chlebem jest nie tylko Jego Ciało, ale i Jego słowo, Jego miłość, mądrość, prawda. I aby żyć na wieki, tym wszystkim powin­niśmy się karmić i napełniać. W tej perspektywie wspomniane na początku zestawienie odczytać można jako okazję do postawienia pytań: czy w życiu opieramy się o naszą ludzką mądrość, czy też o tę, która przychodzi z wysoka? Czy polegamy na naszym postrze­ganiu świata, czy spoglądamy na rzeczywistość oczami Zbawiciela? Czy sami określamy, co jest dla nas dobrem i szczęściem, czy ufamy w tej materii słowu Bożemu? Można bowiem, pozostając człowie­kiem bardzo religijnym, podporządkować wiarę swoim ludzkim zamiarom. Tak było w przypadku osób, które Chrystus nakarmił chlebem. Rozpoznały one w Nim wielkiego proroka, ale szukały Go jedynie po to, by dalej jeść do sytości. Musimy więc wszyscy czu­wać i stawiać sobie pytania: czy to ja określam cele, jakie Bóg ma spełnić dla mojej potrzeby, czy wchodzę pokornie na drogę, którą On sam mi wyznacza? Czy chcę Go sprawdzać, kontrolować i rozli­czać, czy ufam Mu całym sercem? To bowiem było i jest odwieczną pokusą człowieka: zapanować na Bogiem. Niech nas karmi, uzdra­wia, strzeże, niech nam rozwiązuje problemy i przy tym niech wszystko wyjaśnia, niczym nie zaskakuje, niech będzie przejrzysty i przewidywalny. Echo tej pokusy przebrzmiewa w pytaniu, jakie usłyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, a które tłum postawił Jezuso­wi, gdy odnalazł Go na drugim brzegu jeziora: Rabbi, kiedy tu przy­byłeś? Żydzi są zdziwieni i zaskoczeni. Od chwili, kiedy Jezus na­karmił tysiące, stał się dla nich kimś niezwykle cennym. Zapewne nie spuszczali Go z oczu, a jednak Zbawiciel opuścił ich w sobie tylko wiadomy sposób. I dla nich teraz to jest najważniejsze: jak On to zrobił, że umknęło to ich kontroli? To są często pytania urażonej ludzkiej pychy stawiane Bogu: jak? dlaczego? po co?

Przez tę chęć dominowania nad Stwórcą wielu ludzi straciło wiarę i odeszło od Kościoła. Zazwyczaj bardzo o coś Boga prosili, o coś u Niego zabiegali, były modlitwy, intencje Mszy Św., ofiaro­wane posty czy pielgrzymki. I nic. Nic się nie stało. Nie zmieniło na lepsze. Smutek i przeciwności nie ustąpiły. Jak łatwo wtedy dojść do wniosku: nic Boga nie obchodzę. Jak łatwo uwierzyć podszeptom szatana, że On w ogóle nie istnieje, a Kościół tylko żeruje na ludz­kim nieszczęściu. Tak może się stać, kiedy będziemy chcieli wtło­czyć ogrom Bożej mądrości w nasze pojmowanie, co dla nas jest dobre, co jest prawdziwym szczęściem. Nie tak dawno usłyszałem na jednym z kazań bardzo ciekawy przykład. Opowiada on o żołnie­rzu, który brał udział w jakiejś współczesnej operacji wojskowej. Przez cały czas trwania służby miał on ze sobą oswojonego, jadowi­tego węża. Hodował go od małego, karmił, głaskał i starał się z nim nie rozstawać. Nawet teraz w wojsku trzymał go w plecaku. Pewne­go dnia żołnierz ten udał się na zwiad. W jakimś momencie, znużo­ny marszem położył się i zasnął. Kiedy obudził się, z przerażeniem stwierdził, że jego wąż wyszedł z plecaka i tuż obok jego twarzy przyjął pozycję gotowości do ataku. Żołnierz zrozumiał, że jeśli choćby drgnie, to zginie ukąszony. Zamarł więc w bezruchu i patrzył się w oczy węża. Cały był przestraszony i wściekły. Tyle czasu się nim opiekował, karmił go, a teraz to zwierzę chce go zabić? Mijała minuta za minutą. Żołnierz myślał: może moi koledzy zauważą że nie wracam i zaczną mnie szukać? Jednak pomoc nie nadchodziła. W pewnym momencie wąż opuścił głowę i wślizgnął się pomiędzy skały. Przerażony żołnierz mógł dopiero wtedy wstać i wrócić do swego obozu. Kiedy tam dotarł, zamarł w przerażeniu: wszyscy jego koledzy zostali wymordowani przez nieprzyjaciela. Nikt nie przeżył. Ocalał tylko on. Ocalał tylko dlatego, że wąż przytrzymał go poza obozem pozorowaniem ataku. Zrozumiał to dopiero wtedy, gdy pa­trzył na pomordowane ciała kolegów. A czy my, nie przeklinamy często rzeczy, które są dla nas w rzeczywistości ocaleniem życia? Może teraz przykuła cię do łóżka choroba, może z braku pieniędzy nie wyjechałeś na wakacje, może nie dostałeś się na wymarzone studia i jesteś teraz pełen wściekłości, buntu, goryczy. Czy jesteś pewien, że twoja ocena jest słuszna? Czy dopuszczasz myśl, że mo­że Bóg w swojej opatrzności ocala ci życie i chroni od tragedii?

Przypomina mi się w tym momencie jeszcze pewien króciutki film. Pewna kobieta jedzie sama samochodem na jakimś ponurym odludziu. Nagle samochód psuje się i staje w miejscu. Kobieta jest bardzo zaniepokojona i próbuje uruchomić pojazd. Niestety silnik odmawia posłuszeństwa. Nagle obok samochodu nie wiadomo skąd pojawia się odrażający mężczyzna. Wygląda na chorego psychicz­nie. Nic nie mówi tylko bełkocze. Macha rękami, chce dostać się do środka samochodu. Kobieta jest przerażona. Bezskutecznie przekrę­ca kluczyk w stacyjce i blokuje drzwi. Nieznajomy wybija szybę i chce kobietę wyciągnąć za nogi z samochodu. Ona krzyczy, trzyma się kurczowo kierownicy, jednak mężczyzna jest silniejszy i wyciąga kobietę, która upada na ziemię. I w tym momencie z ogromną siłą uderza w samochód pociąg. Kobiecie bowiem samochód zepsuł się i zatrzymał na akurat na przejeździe kolejowym. Miejscowy przy­błęda, niemowa chciał jej to pokazać, chciał ją ostrzec, ale nie mógł inaczej jej uratować, jak tylko wyciągając siłą z samochodu. Wielu z nas różnego rodzaju wydarzenia odciągnęły od wymarzonej drogi życia. Kurczowo trzymaliśmy się swoich pragnień, byliśmy przera­żeni, gdy wymarzone plany oddalały się bezpowrotnie. I nie wie­dzieliśmy i może nie wiemy do dziś, że pociąg śmierci i piekła je­chał już wtedy wprost na nas.

Bóg nieustannie przypomina ludziom: miejcie wiarę i szukajcie tego, co w górze, a nie tego, co na ziemi, a wtedy zrozumiecie swoje życie. Ludzie jednak często nie słuchają Boga, chcą być panami swego losu, chcą wszystko po ludzku zrozumieć i ocenić i z tego powodu bywają bardzo nieszczęśliwi. Mają przy tym pretensje do Boga, że świat źle jest urządzony. Spotkałem się między innymi z takim zarzutem: po co Bóg daje nam tak wielkie pragnienia, skoro praktycznie pozostają one ciągle niespełnione? Aby odpowiedzieć na to pytanie posłużę się porównaniem. Gdyby jakieś nienarodzone dziecko miało już w łonie mamy rozwiniętą inteligencje mogłoby logicznie zapytać: po co Bóg dał mi ręce i nogi? Przecież nie są mi do niczego przydatne. Małe dziecko tego by jeszcze nie wiedziało, że ręce i nogi bardzo przydadzą mu się w nowym życiu, kiedy wyj­dzie już z łona matki. Podobnie jest i z nami. Bóg teraz przygotowu­je nas na wejście w nowe, pełne życie. Chce rozbudzić w nas pra­gnienia wieczności i nieskończoności. Niejednemu człowiekowi, który myśli jedynie po ludzku, to dziś przeszkadza. On chce zredu­kować swoją egzystencję do jedzenia, poczucia bezpieczeństwa, seksu, życia towarzyskiego i tym podobnych. A Stwórca się na to nie godzi. On chce wyciągnąć nas nieskończenie wyżej. Jezus cały czas o tym ludziom przypominał. Także głodem, który zaszczepił w sercu człowieka. Wiesz, po co w tobie dziś takie pragnienie wiel­kości? Byś był zdolny kiedyś przyjąć godność obywatela niebios. Wiesz dlaczego tak szukasz ciągle akceptacji i miłości? Żebyś kie­dyś mógł kontemplować samego Boga. Teraz, na ziemi te dary by­wają uciążliwe i nawet, uważając je za zbyteczne, staramy się je zagłuszyć. Ale one są dane na przyszłość, na nowe życie. Jak niena­rodzonemu niemowlęciu ręce i nogi. Jezus ciągle przypominał, że chce dać ludziom coś przeogromnego. Przypominał także przez to, że kiedy rozmnażał chleb, to zawsze zostawały całe kosze ułomków To dziwne, bo przecież, jako Wszechwiedzący Bóg powinien prze­widzieć, co do okruszka, ile chleba należy rozmnożyć, a jednak zaw­sze zostawał spory naddatek. Dlaczego? Odkryła to Św. Faustyna Kowalska. Zacytuję fragment jej Dzienniczka: „Dziś rano wzięłam się do roboty szydełkiem. Świadomość obecności Bożej pobudziła mnie do tego, że rzekłam do Pana: proszę Cię, daj łaskę nawrócenia tylu duszom, ile dziś ściegów zrobię tym szydełkiem. Wtem usłysza­łam w duszy te słowa: Córko moja, za wielkie są żądania twoje. Jezu, przecież Tobie jest łatwiej dać wiele niż mało. Tak jest, łatwiej mi jest dać duszy wiele niż mało. Córko moja miła, czynię zadość prośbie twojej". To jest tajemnica Boga. Jemu jest łatwiej dawać dużo niż mało. To jest źródło wielu nieporozumień. Ludzie odrzuca­chrześcijaństwo, bo nie spełniło ich nadziei, a stało się tak, bo obiegali w swoim życiu religijnym tylko o ten chleb, tylko o to szczęście, które ginie. Ktoś może jednak zaprotestować i przypo­mnieć, że Jezus jednak dawał ludziom zwykły chleb, wino, uzdra­wiał ich z rozmaitych chorób. Tak, lecz czynił to tylko, by objawić im swoją moc, by obudzić w nich głód życia wiecznego. Kiedy pra­gnienia doczesne zaczynały dominować w sercach ludzkich, Zbawi­ciel odchodził od tłumów. Bardzo ciekawie ujął ten problem poeta Tadeusz Różewicz w wierszu Nieznany list. Jezus zwraca się w nim do Maryi w następujących słowach:

Matko są tak ciemni i prości, że muszę pokazywać cuda robię takie śmieszne i niepotrzebne rzeczy, ale ty rozumiesz i wybaczysz synowi zamieniam wodę w wino wskrzeszam umarłych chodzę po morzu oni są jak dzieci trzeba im ciągle pokazywać coś nowego.

Drodzy Bracia i Siostry. Za nami czas powodzi. Kiedy słuchałem relacji z zalanych terenów, to bardzo często słyszałem słowa powo­dzian: kiedy woda zaczęła nas zalewać, wtedy każdy, cała rodzina, zaczęliśmy wynosić wszystko na górę, meble, telewizor, dywany. To, co udało się wynieść, ocalało. To, co zostało na dole uległo zniszcze­niu. Drodzy bracia i siostry: i tak jest w naszym życiu. Ocaleje to, co wyniesiemy na górę. Jeśli ktoś troszczy się jedynie o ziemski chleb, o pracę, pieniądze, dom, wykształcenie, to łatwo może zalać go smu­tek tego świata. Dla ocalenia najważniejszych w naszym życiu spraw trzeba je nieustannie wynosić ku górze. Przez modlitwę, lekturę Pi­sma Świętego, ożywianie swej wiary. Wtedy naszego życia osobiste­go, rodzinnego szatański kataklizm nie da rady zalać. Jezus wzywa nas, mobilizuje, nie daje zgubnego świętego spokoju, by tym ewan­gelicznym ogniem poruszyć nas ku darom nieskończonym. Podążaj­my za Nim umie pielgrzymką naszego życia. Ku górze.

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger