lutego 09, 2017

Boży doping i prowokacja

lutego 09, 2017

Boży doping i prowokacja
Czwartek V tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, nie mógł jednak pozostać w ukryciu. Zaraz bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, padła Mu do nóg, a była to poganka, Syrofenicjanka z pochodzenia, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki. I powiedział do niej Jezus: «Pozwól wpierw nasycić się dzieciom, bo niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom». Ona Mu odparła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jedzą okruszyny po dzieciach». On jej rzekł: «Przez wzgląd na te słowa idź; zły duch opuścił twoją córkę». Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku; a zły duch wyszedł. (Mk 7,24-30)

Komentarz do Ewangelii

Zaskakuje nas dzisiaj odmowa, którą od Pana Jezusa otrzymała nieszczęsna Syrofenicjanka. Sam fakt odmowy i jej forma. Pan Je­zus przecież tak chętnie dopomagał ludziom, a forma odmowy była upokarzająca, wprost obraźliwa. Syrofenicjanka doskonale zrozu­miała, że „dzieci” to Izraelici, a „psy” to cudzoziemcy, a więc ona i jej córka. W postępowaniu Pana Jezusa jest jednak pewna meto­da. Takiej metody używają często rodzice, kiedy uczą małe dziecko sztuki chodzenia. Nie podają mu ręki, chociaż ono wyciąga do nich swoje rączki; nie okazują wzruszenia, kiedy dziecko pada na ziemię. Z uporem żądają od dziecka wysiłku. Dążą do tego, aby odkryło ono w sobie umiejętność utrzymania równowagi i do przekonania, że ma dość siły, aby stawiać kolejne kroki. Jest to metoda dobra i skuteczna. W krótkim czasie doprowadza ona do tego, że dziecko samodzielnie buszuje po całym domu, a potem po całym świecie. Podobnej metody używają trenerzy wobec zawodników różnych dys­cyplin. Dobry trener nie zna litości. Wymaga on od zawodnika na­dzwyczajnych wysiłków. Często swoimi uwagami doprowadza pod­opiecznego do wybuchów gniewu, a nawet wściekłości. W stanie wielkiego wzburzenia człowiek jest w stanie zrobić o wiele więcej, aniżeli w chwilach relaksu i rozleniwienia. Taki doping pozwala wydobyć z człowieka nadzwyczajne siły i możliwości.
Córeczka Syrofenicjanki była opętana przez ducha nieczystego. Pan Jezus posługuje się tutaj również dopingiem, czy też nawet pe­wną prowokacją. Chce ukazać troskliwej matce, że w niej samej są siły, które mogą przeciwstawić się duchowi nieczystemu. Duch nie­czysty jest przede wszystkim duchem pychy. Nikt na świecie nie jest bardziej zarozumiały od szatana, choć tylu ludzi chciałoby mu w tym dorównać. W tej konkurencji nie dadzą rady i zawsze przegrywają. Na tego przeciwnika jest jednak sposób. Duchowi pychy można skutecznie przeciwstawić się pokorą. Taką pokorę wydobył właśnie Pan Jezus z serca Fenicjanki swoją szorstką odmową. Ileż pokory jest w słowach matki, która chce ratować swoje dziecko: „Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci”. Ostateczna odpowiedź Pana Jezusa potwierdza przypuszczenie, że zwycięstwo nad szatanem tak bardzo zależało od jej pokory: „Przez wzgląd na twe słowa, idź, zły duch opuścił Twoją córkę”.
Nam również często się wydaje, że Bóg odmawia, kiedy Go pro­simy. Czasem się wydaje, że igraszki losu są igraszkami Opatrz­ności, że Pan Bóg chce nas upokorzyć i poniżyć. Zawsze jednak jest tak, jak w dzisiejszej Ewangelii. Milczenie Boga i przeciwności losu to jest doping i prowokacja, abyśmy odkryli, że nie musimy pomocy szukać wokół siebie, że moc jest w nas, że Bóg pomocy udzielił za­nim zwróciliśmy się do Niego. Uczynił to obdarzając nas na wyrost mądrością i mocą.


lutego 08, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) - Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną

lutego 08, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) - Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną
Kochani moi! Zląkłem się tego wszystkiego, czego dzisiaj żąda ode mnie Chrystus: .„Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie więk­sza niż faryzeuszów nie wejdziecie do królestwa; nie zabijaj, ale kto się gniewa na brata jest zabójcą; jeśli przyniesiesz dar do ołtarza, a wspomnisz, że brat ma coś przeciwko tobie, zostaw swój dar i najpierw pojednaj się z bratem; jeśli pożądliwie pa­trzysz na kobietę, już w sercu swoim dopuściłeś się cudzołóstwa; jeśli oko twoje jest powodem grzechu – wyłup je; jeśli twoja ręka jest powodem grzechu – odetnij ją; mowa wasza niech będzie tak, tak, nie, nie. A co ponadto jest pochodzi od złego” (Mt 5, 20–37). Położył Bóg przede mną ogień i wodę, życie i śmierć; co ja mam wybrać? Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć! Wiem, Panie, że masz do mnie tak dużo zaufania; wiem, że zostawiasz mi pełną wolność wyboru; wiem, że każde Twoje przykazanie jest ojcowskim słowem Twojej do­broci, ale czy ja temu wszystkiemu podołam? Trudnym jesteś Bogiem, zazdrosnym jesteś Bogiem. Trudna jest Twoja nauka i nie popularna. Życie jest szare jak zima tego roku. Ludzie są zmę­czeni i smutni i zamykają przed Tobą drzwi. I wołasz Wszechmogący, a Ukrzyżowany: otwórzcie drzwi! I wołał papież: Otwórzcie drzwi Odkupicielowi!
Więc chodziłem po kolędzie od domu do domu, od drzwi do drzwi, od człowieka do człowieka, i mówiłem to samo: Otwórzcie drzwi Odkupicielowi, i otwierali. Wracałem czasem taki szczęśli­wy i mówiłem Ci wieczorem: Panie, zobacz jacy oni są cudow­ni – twoi chrześcijanie. Czekali na Ciebie, czasem późno w no­cy – czekali. Drogę wysypali Ci czystym piaskiem, tacy byli świąteczni. Słyszałeś Panie ich modlitwę? A to maleństwo co jeszcze słów nie wymawiało, najpiękniej się modliło. Widziałeś, Panie, że mieli łzy w oczach? Chcieli Ci wszystko powiedzieć: że zboże obrodziło, że syn z wojska wrócił, że wnusia była w święta ochrzczona. A ten spracowany nic nie chciał mówić, chciał tylko głowę położyć na Twoim sercu, chciał się tylko przytulić. A ja chciałem Ci wtedy pokornie mówić: dziękuję Ci, Panie, że ich mi dałeś. Twoimi są, ale nie zabieraj ich z tego świata, tylko zachowaj od złego. Mówiłem Ci wtedy, jak szczęśliwy uczeń: Panie, na chorych wkładałem ręce i czuli się lepiej; Panie na­wet złe duchy były mi posłuszne. Widziałeś Panie, tych co na ferie ze szkoły przyjechali? Niektórzy z nich tak Ci pięknie uro­śli – mądrzejsi są i lepsi. Tak Ci dziękuję za spotkanego Pana doktora, który obiecał, że zawsze będzie podtrzymywał moje ręce na modlitwie. Dziękuję Ci Panie za życzliwość tak wielu ludzi, za każdą ich ofiarę, którą Tobie składali.
Ale nie tylko taki jest ten świat, krwią Twoją odkupiony. Nie wszyscy są tacy, których nabyłeś za cenę swej męki i śmierci. Co też diabeł powyczyniał z tymi Twoimi chrześcijanami. Patrz, taki piękny wystawili dom i mogli w nim być szczęśliwi. A co się stało? Przestali się modlić. Potem przyszedł grzech. Zatrząsł się dom. Spadł krzyż. Tak się stało u nich ciemno i zimno. Runął cały dom. Nie ma rodziny. Został płacz dziecka i piekielny śmiech diabła. Teraz w tym domu drzwi dla Ciebie są zamknięte. A ci młodzi? Ja im ślub dawałem i pamiętam jak mówili: będę cię kochał, będę uczciwy i nie opuszczę cię aż do śmierci. I co się stało? Dlaczego oni są smutni? Oni zabili... dziecko. Ale za to są już urządzeni. Rzeczywiście. Ci już nie otwierają drzwi. Zapukaj do tych drzwi. Kto tam? Ksiądz po kolędzie. Oj dziękuję, my się już w to nie bawimy. A tutaj? – oj prze­praszam, jestem w łazience. A tutaj? – ksiądz wybaczy, ja nie mogę, rozumie ksiądz, może kiedy indziej, nikt nie będzie wi­dział.
Otwórzcie drzwi Odkupicielowi. A w tym domu pani jest sama? Tak. A co tak się pani modli na różańcu? Bo córka poszła na zabieg, żeby aby szczęśliwie... O Boże, widzisz i nie grzmisz? A ten, dlaczego ucieka przed Tobą? Bo on jest opętany. On się pieni na widok księdza i strasznie bluźni. A tutaj co się dzieje? Czy to też chrześcijanin? Może chory? Nie, pijany. To zamknijcie drzwi – nie trzeba. A ci, dlaczego ze sobą nie rozmawiają? Bo oni gniewają się po chrześcijańsku. Oskarżają się i modlą się, chodzą do kościoła i do sądu, spowiadają się i dalej nienawidzą się. Tędy nie chodź, Panie. Ty który, jesteś Bogiem, też byś się przestraszył. Ja pójdę sam. Poszedłem, ale tego wieczoru powie­działem Ci, Panie: ja już więcej nie pójdę; każ wytracić tych mężobójców i miasto ich spalić! Ja już więcej nie pójdę! I zawsty­dziłeś mnie. Powiedziałeś wtedy: więc ja pójdę sam, abym jeszcze raz za nich był ukrzyżowany.
Kochani moi! To są refleksje sobie mówione, ale one też są pokusą, aby człowiek się przeraził ogromu zła, abyś zwątpił! Przecież ty świata nie naprawisz, przecież oni cię wykończą. To trzeba przetrwać, będzie lepiej, samo się jakoś ułoży, czas pokaże, po co się ludziom narażać; czy nie lepiej zachować świę­ty spokój? O, nie daj Boże! Przecież Chrystus na ziemię nie przyniósł nam świętego spokoju, tylko ogień i on musi zapłonąć. Nie przyniósł nam spokoju, ale miecz, aby oddzielone było zło od dobra. Przecież samo nie stanie się nam lepiej. Nie można więc siedzieć w miękkich szatach, być jak trzcina chwiejąca się na wietrze, służyć dwom panom i cieszyć się że mam święty spokój i nie jestem drapieżny, jak ten celnik.
Chrześcijanie, wy macie całe bogactwo mądrości i mocy słowa Bożego. Słowo to ma moc życia. Zobaczcie, inni wam to kradną i żyją jego okruchami, a wy więdniecie i przeklnie was Bóg jak figę, żeście nie przynosili owocu we właściwym czasie. Pa­weł wołał: „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16). I biada nam, gdybyśmy nie głosili Ewangelii; ale czy to możliwe, aby powstrzymać jeszcze raz rwącą rzekę zła? Aby je­szcze uratować człowieka i ocalić tę ziemię? Tak, to wprost ko­nieczne, bo w tej reszcie chrześcijan jest ocalenie świata. Przecież nie miecz zabija, ale człowiek zabija mieczem. Przecież nam została przez Boga powierzona ziemia i my mamy ją ocalić, zanim będzie do cna oskalpowana. Ale ilu nas jest? Nie trzeba armii. Wystarczy dwunastu rybaków z Galilei. Wystarczy dzie­sięciu sprawiedliwych. Wystarczy Mojżesz ze wzniesionymi ku niebu rękami.
Usnęliście kochani chrześcijanie i nieprzyjazny człowiek w no­cy nasiał wam chwastu. Nie czuwaliście gospodarze i złodziej się wdarł do waszego domu. I zlękliście się krzykliwego zła. I patrzycie na ludzi, którzy nie stawiają w zdaniach kropek. Chrystus powiedział mów: tak, tak nie, nie. Reszta jest od diabła. Jak więc mówić do tych ludzi, abyśmy ocaleli? Jeśli oni nie znają już ludzkiego języka, czy jeszcze można ich nauczyć być człowiekiem? Tak, oni jaszcze widzą, oni jeszcze czują. Nic nie trzeba mówić, ale trzeba mieć moc Franciszka i iść aż przed oblicze sułtana i zwyciężyć bez oręża. Tylko nasze chrześcijań­stwo tak zwietrzało, a miało być solą ziemi. Nawet się nie przy­da na posypanie ulic. Tylko nasze chrześcijaństwo przestało być światłością dla świata, więc szukają ludzie innych dróg, a nas kopcących zrzucają ze świeczników. I nie chwalą ludzie Boga w niebie, bo nie widzą naszych dobrych czynów.
Chrześcijanie! Dlaczego bojaźliwi jesteście? Boicie się burzy na morzu i fal, które łódź zalewają? Boicie się, że Pan Bóg tam mocno zasnął? Dlaczego jesteście małej wiary. Przecież wsta­nie Bóg i powie: milcz zamilknij! I stanie się cisza. I powie Pan Bóg: nie bójcie się, jam jest! Patrz, jak się zmienia. Góry topnieją. Rozpraszają się ciemności i Pan królować przychodzi. Stań mocno. Przepasz swe biodro. Bóg jest Twoją opoką i twier­dzą. Chociażby ziemia zadrżała i piekło przeciw mnie powstało, „zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze miną (Ps 23, 4).

ks. bp Józef Zawitkowski 1984-02-12
Warszawa, Bazylika św. Krzyża

lutego 08, 2017

Prawdziwa nieczystość

lutego 08, 2017

Prawdziwa nieczystość
Środa V tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!» Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o tę przypowieść. Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka, i zostaje wydalone na zewnątrz». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym».(Mk 7,14-23)

Komentarz do Ewangelii

Uczniowie mieli trudności ze zrozumieniem nauki Pana Jezusa na temat czystości rytualnej i o tym, co naprawdę czyni człowieka nieczystym. Nawet po wyjaśnieniach Mistrza nie wszystko pojęli, bo ten fragment Ewangelii wygląda na streszczenie wykładu dokonane przez ucznia, który nie wszystko pojmuje. Być może, że i sam nau­czyciel posłużył się tylko niektórymi elementami obrazu, przy po­mocy którego chciał słuchaczom wyjaśnić to zagadnienie. Na własny użytek spróbujmy odtworzyć cały obraz.
Nauczając o tym, co prawdziwie kala człowieka, Pan Jezus mówi o sercu i żołądku; o tym, jak działa w człowieku serce i żołądek. Boski Nauczyciel wskazuje na różnice, ale możemy dopatrzeć się również pewnych podobieństw. Pan Jezus mówi, że „nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym”. Chodzi tutaj o rytualne przepisy Starego Testamentu, które zakazywały Izraelitom spożywać pewnych potraw, jako nie­czystych. Należały do nich wieprzowina, krew itd. Dzisiaj może należałoby mówić o żywności zdrowej i niezdrowej. Zdrowa żyw­ność jest przyswajana przez żołądek i cały układ trawienny. Ten układ, to niezwykły i precyzyjny mechanizm biologiczny, który potrafi z różnorodnego "paliwa" dostarczanego w zdrowej żywności, wytwarzać wielką energię, która podtrzymuje w człowieku wszystkie procesy życiowe i pozwala mu wykonywać wielką pracę. Wszystko, co w pokarmie jest bezwartościowe i nie służy temu celowi, jest przez układ trawienny wydalane. Człowiek może jednak spożywać niezdrowe pokarmy i napoje, czasem nawet szkodliwe i wręcz tru­jące. Jeśli organizm potrafi te szkodliwe substancje natychmiast wydalić, wtedy nie dzieje się nic szczególnego, jeśli jednak tkanki ludzkiego ciała przyswajają systematycznie dawki trucizny, kończy się to dla całego ciała tragicznie, a przy okazji zatruwa się całe środowisko życiowe człowieka. Podobnie działa serce człowieka, które w nauczaniu Pana Jezusa jest siedliskiem ducha. Ludzkie serce, podobnie jak żołądek, można również karmić zdrową i nie­zdrową strawą. Jeśli serce człowieka karmi się prawdą i miłością, to ono również potrafi to "paliwo" przetworzyć na wielką energię duchową. Jeśli jednak podrzuca się sercu kłamstwo, zazdrość, nie­nawiść, pychę - i jeśli ludzkie serce natychmiast nie wydali tej trucizny, tylko pozwoli, by te kwasy przeżarły całą duchową struk­turę człowieka, wtedy ginie już nie tylko ciało, ale cały człowiek. Dlatego z serca trzeba natychmiast wydalać złe myśli, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, pychę i głupotę.
Pomyślę dziś o tym, że:
  • To w moim sercu rodzą się decyzje i to głównie ode mnie zależy, jak będę postępował.
  • Czasem zbyt łatwo winę zrzucam na diabła, okoliczności i innych ludzi.
  • Przyznając się do własnych zaniedbań i słabości, mam szansę z pomocą łaski Bożej, zmienić siebie, oczyszczać się duchowo, a przez to i świat wokół siebie zmieniać na lepszy.


lutego 07, 2017

Uchyliliście przykazanie Boże

lutego 07, 2017

Uchyliliście przykazanie Boże
Wtorek IV tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?» Odpowiedział im: «Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi”. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie». I mówił do nich: «Sprawnie uchylacie Boże przykazanie, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, oraz: „Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie”. A wy mówicie: „Jeśli ktoś powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co miało być ode mnie wsparciem dla ciebie” – to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ani dla matki. I znosicie słowo Boże ze względu na waszą tradycję, którą sobie przekazaliście. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie». (Mk 7,1-13)

Komentarz do Ewangelii

Myślę, że słyszeliśmy w swoim życiu, a może sami opowiadaliśmy takie słowa: Jakże Ten Bóg może nas kochać? Jakże Ten Bóg może być Miłością, jeżeli w tym świecie jest tak wiele nieprawości? Jakże Bóg może być Miłością, kiedy oto giną niewinni ludzie, sprawiedliwi, kiedy umierają niewinne dzieci, kiedy rodzinę pozostawia matka? Jakże Bóg może być Miłością, kiedy ja tej miłości nie doświadczam? Może coś Ten Bóg popsuł, stwarzając ten świat? Może sfuszerował tę robotę stworzenia?.
Ale, kiedy bierzemy do ręki Księgę Rodzaju, kiedy pozwalamy Bogu samemu powiedzieć o dziele stworzenia, to Bóg mówi do nas: Ja niczego nie popsułem. To wszystko, co uczyniłem, „było dobre”.
W tej dyskusji nad stworzeniem Bóg, który jest Stwórcą, mówi ze uczynił wszystko „dobre”, piękne. Może więc należy szukać powodów tego naszego cierpienia, powodów tego braku doświadczenia miłości Boga nie w Nim samym. To nie On popsuł świat, ten świat, którym i my dzisiaj się zachwycamy. Może to jednak my popsuliśmy ten świat. Może to jednak człowiek w pewnym momencie chciał być „jak Bóg”, i po swojemu wszystko ustawić sobie. To może człowiek, któremu Bóg dał tę ziemię i powiedział: „czyń sobie ją poddaną”, zachłysnął się tym darem, i nie przyjął ziemi jako daru, ale przyjął ziemię jako ten, który sam uczynił siebie bogiem, jako przedmiot manipulacji, którą chciał zawładnąć w sposób taki bardzo zaborczy, despotyczny, głupi, i zniszczyć ją.
Pamiętam ze swego dzieciństwa, kiedy pisano wiersze – dzisiaj ci poeci nawet nagrody Nobla otrzymują – i myślę że wstydzą się akurat tych wierszy, nie chcieli by je wspominano – a jednak pisali kiedyś (nie wszyscy) wiersze o kominach fabrycznych, które miały być symbolem tego panowania człowieka nad światem, które miały być znakiem tej „wielkości” człowieka; te kominy fabryczne, które miały pokazać światu, że to człowiek rządzi światem, a nie Bóg, że to człowiekowi Bóg nie jest potrzebny; te kominy fabryczne, które dzisiaj stały się przekleństwem.
I dzisiaj człowiek próbuje naprawiać (poprawiać) naturę stworzenia, próbuje sam siebie czynić kreatorem tej natury: klonowanie ludzi, eksperymenty na człowieku – wszystko w imię nauki, dobra dla człowieka. Ale jeżeli zabraknie człowiekowi pokory, wyobraźni; jeżeli zabraknie człowiekowi wiary, kiedy człowiek sam będzie nadal chciał być bogiem dla drugiego człowieka, stanie się tym, które zniszczy wszystko. Nie chodzi tutaj, by siać pesymizm, by nie być za otwartością dla nauki, ale o zrozumienie: Kto ma prawo do decydowania o tym, co jest ludzkie, i ludzkim nie jest? Kto ma prawo do tego stworzenia, jak nie Bóg-Stwórca?
Ale On nie zostawia nas, w naszym despotyzmie, w naszej głupocie. On nie zostawia nas, ale nieustannie czyni wszystko nowym, i daje nam swojego Syna, Jezusa Chrystusa, by wszystko uczynił nowym. I ta dzisiejsza scena z Ewangelii, kiedy to widzimy Jezusa piętnującego obłudę faryzeuszy – dbanie o to, co zewnętrzne, widoczne, a zaniedbywania swego wnętrza.
Obmywanie rąk przed jedzeniem i rozluźnianie przy tym pięści, obmywanie kubków, dzbanków i naczyń miedzianych, wstrzymywa­nie się od jedzenia po powrocie z rynku aż do czasu obmycia rąk - to przecież nic takiego złego (to nawet bardzo pożyteczne i higie­niczne obyczaje), a jednak Pan Jezus nazywa obłudnikami ludzi, którzy wierni są tego rodzaju obyczajom, a jednocześnie uchylają Boże przykazania. Przeciw nim cytuje słowa Izajasza Proroka: „Ten lud czci Mnie tylko wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad, podanych przez lu­dzi”. Nie jest to oczywiście lekceważenie zasad higieny, ani tym bardziej różnych konwencji, które obowiązują w stosunkach między­ludzkich. Jest to zdecydowany i ostry protest przeciwko stawianiu wyżej ustawodastwa ludzkiego nad prawem Bożym.
Jeśli tak Pan Jezus ocenia „korban” w porównaniu z przyka­zaniem: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, to jak ocenić różne dys­kusje, które przetoczyły się przez nasz kraj w związku z uchwala­niem ustaw antyaborcyjnych, czy dotyczących separacji małżeńskiej. Przytaczano wtedy wiele uczonych dowodów, posługiwano się mą­drymi terminami zaczerpniętymi z nauki prawa, a nawet filozofii (a jakże!), żeby przekonać ludzi, że zasady moralności obowią­zujące w sumieniu a stanowienie prawa cywilnego przez ludzi to zupełnie oddzielne dziedziny życia, między którymi nie ma żadnego związku. Wypowiadano takie opinie z wielką powagą i przeko­naniem.
Tymczasem takie postępowania to jest wielka nie - boska, ale i nieludzka komedia. Jeśli zejdziemy o szczebel niżej, z poziomu życia publicznego na poziom bardziej prywatny, wtedy zobaczymy, jak śmieszne są takie poczynania. Są osoby bardzo wrażliwe na los zwierząt (i bardzo dobrze). Jedna z takich osób, podczas kolędy, bardzo surowo osądziła mieszkańców naszej plebanii za to, że nie ma u nas psów i kotów. Jednocześnie jednak te same osoby potra­fią z wielką powagą opowiadać się za aborcją i eutanazją ludzi. W niektórych towarzystwach toleruje się rozmaitych oszustów i malwersantów, ale tych, co nie potrafią dobrać do ubrania odpowied­niego krawata uważa się za ludzi spoza sfery towarzyskiej. Daruje się różnym politykom największe kłamstwa i bałamutne obietnice, jeśli wypowiadane są gładko, stylowo i gramatycznie. Niech jednak ktoś, mówiąc prawdę, posłuży się gwarą lub nieodpowiednim akcen­tem. Zostanie wykpiony i odrzucony.
Na taką ludzką komedię patrzymy codziennie. Jeżeli kogoś stać jest na odrobinę dystansu wobec tych zachowań widzi całą ich śmie­szność. Patrzy na ludzkie "korbany" Pan Jezus. Dzisiaj również mó­wi ze smutkiem: „Ten lud czci Mnie tylko wargami, a sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno ucząc zasad, poda­nych przez ludzi”.


lutego 06, 2017

Moc frędzli

lutego 06, 2017

Moc frędzli

Poniedziałek V tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie. (Mk 6,53-56)

Komentarz do Ewangelii

Proces uzdrawiania bywa nieraz bardzo długi i żmudny. Pod­czas leczenia bardzo męczą się lekarze, a jeszcze bardziej chorzy. Zabiegi lekarskie bywają bardzo przykre i bolesne. Rehabilitacja nieraz trwa długie miesiące i lata. Pan Jezus uzdrawia zupełnie ina­czej. Wystarczy dotknąć frędzli Jego płaszcza i już odzyskuje się zdrowie. Gdyby w aptekach rozprowadzano takie frędzle, ustawiłyby się po nie bardzo długie kolejki. Niestety, wśród spisu leków, nie ma takiego specyfiku.
Frędzle z płaszcza Pana Jezusa są jednak dostępne w innej pos­taci. Służą one nie leczeniu chorób ciała, lecz ratowaniu całego człowieka.
Jest wiele religii i systemów filozoficznych, które mają ambicje zbawić człowieka. Doradzają one ludziom różne rodzaje medytacji, różne rodzaje ćwiczeń umysłowych i cielesnych, aby osiągnąć "stan zbawienia". Muzułmańskie pokłony i ramadany, buddyjskie zabiegi o obojętność wobec zła i cierpienia, joga, rozmaite style walk wschodnich, mają na celu swoiste "udoskonalenie" człowieka. Ta droga do "świętości" - różnie zresztą pojmowanej - też jest bardzo żmudna i długa.
Zupełnie inaczej jest z nauką Pana Jezusa. Wprawdzie ascetyka i mistyka znają również różne drogi do świętości, a na nich zaz­nacza się bardzo szczegółowo etapy, ale tak naprawdę do przemia­ny człowieka, do jego nawrócenia i do zbawienia wystarczy czasem jedno zdanie, wręcz słowo, jedno spojrzenie, jedno dotknięcie. Wys­tarczy jeden frędzelek z Ewangelii.
W historii Kościoła jest wiele takich wydarzeń, które potwier­dzają moc frędzelków. Szaweł stał się Pawłem, gdy usłyszał tylko jedno zdanie: "Ja jestem Jezus". Lektura jednego zdania z Listu do Koryntian doprowadziła do nawrócenia św. Augustyna. Współczes­ny nam dziennikarz i pisarz Andre Frossard przeżył nawrócenie, gdy przypadkowo wszedł do kościoła i w czasie nieszporów usłyszał śpiew Magnificat. Moc zbawiania posiadają również słowa wypowia­dane przez nas, szczególnie w godzinę śmierci. Do takich słów na­leżą słowa "Jezus", "miłuję", "żałuję".
Nie znaczy to jednak, że nie musimy zabiegać z drżeniem o swoje zbawienie, skoro jedno dotknięcie rąbka płaszcza Jezusa może nas zbawić. Trzeba podjąć rzetelną pracę nad sobą. Ufając jednak dotknięciu Bożej Łaski nie musimy się trudzić, by przy pomocy krzemienia i kępki mchu rozpalać ogień. Nie musimy uprawiać żadnej duchowej i cielesnej gimnastyki, by zapalić ogień w swej duszy. Ogień ten zapala Duch Święty leciutkim podmuchem i dotknięciem. Celem naszej pracy jest tylko podtrzymywanie tego ognia, aby nie wygasł.


lutego 05, 2017

5. Niedziela Zwykła (A) – Przyjmijcie światło Chrystusa

lutego 05, 2017

5. Niedziela Zwykła (A) – Przyjmijcie światło Chrystusa
Kochani moi. Krótki jest fragment dzisiejszej – Mateuszowej – Ewange­lii. Po każdym przeczytaniu, choćby kilku zdań nauki Chrystusa, całuję ze czcią tę księgę. Więcej tego na raz już nie można przeczytać. Za każdym zdaniem człowiek chciałby powiedzieć: Panie, wystarczy! Więcej mój ro­zum nie pomieści. Całuję Twoje ręce. Pozwól mi trochę się zamyśleć.
Sól ziemi i światło świata. Znam kopalnie soli. Znam metodę wydobywania soli z ziemi i odbierania jej morzu. Znam jej smak. Wiem, że w du­żych ilościach jest szkodliwa, ale mama wie, ile jej potrzeba, aby pokarm był smaczny, ile jej potrzeba, aby zachować pokarm od zepsucia. Ja mam być solą ziemi. Wy jesteście solą ziemi – powiedział dzisiaj Pan, tzn. macie nadać wszystkiemu co czyni człowiek – dobry smak, tzn. macie uchronić ten świat od zepsucia. Jeśli nie spełnimy tego, tzn. jeśli sól zwietrzeje, ostrzega nas Pan: na nic się więcej nie przyda tylko na wyrzucenie. I podepczą ją na chodnikach i rozjeżdżą na jezdni, ku przekleństwu kierowców i utrapieniu przechodniów.
Ja mam być światłością świata. Wy jesteście światłością świata – powie­dział dzisiaj Pan, tzn. mam pomóc komuś, aby nie szedł po ciemku, ale oświetlić mu i wskazać dobrą drogę. Rozumiem, to takie proste, ale czy dzi­siaj ma to większe znaczenie? Jestem pod wrażeniem czwartkowego święta – Matki Boskiej Gromnicznej. Po wieczornej mszy św. rozeszli się parafianie z zapalonymi gromnicami we wszystkie strony miasta, chroniąc płomień świecy, choć miasto tego dnia było oświetlone ulicznymi latarnia­mi. Wy jesteście światłością świata. Ja widziałem w tym prorocki obraz: ro­zeszli się jako iskry po ściernisku. Dla innych był to jeszcze jeden przejaw folkloru. Jeszcze dla innych zjawisko niebezpieczne, bo można spalić mia­sto! Zanieśli do domów światełko poświęconej gromnicy, ale czy to dzisiaj jeszcze ma znaczenie, gdy światło jest w domu, gdy piorunochrony są na dachach, a i wilków już nie ma? Wtedy przychodzi człowiekowi na myśl refleksja nad światłem. I rzekł Bóg: niech się stanie światłość, i stała się świat­łość, i nastał dzień i poranek pierwszy, i zobaczył Bóg, że była dobra (Rdz 1,3). Światłość – początek dzieł Boga, a później powie św. Jan: Bóg jest światłością (J 9,5). Prorocy będą wracać do zapowiedzi światłości: Świat­łość na oświecenie pogan, nad mrokami narodów wzejdzie Słońce, naród kroczący w ciemnościach ujrzy Światłość wielką... Była Światłość prawdzi­wa, która oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego.
Światłość jest własnością bogów. Mityczny heros Prometeusz wykradł ogień z Olimpu i dał ludziom – sprzeniewierzył się Zeusowi i poniósł stra­szną karę. Ale człowiekowi nie wystarczyło krzesiwo, nie wystarczyło wy­nalezienie łapmy naftowej, nie wystarczyła lampa gazowa, żarówka w naj­nowszych jej odmianach. Poznał człowiek szybkość światła. Człowiek chce poznać naturę światła. Co to jest? Fala, energia, wiązka atomów, kwant? Pada stwierdzenie: światło jest życiem. W szkole mnie uczyli: komunizm jest to kolektywizacja plus elektryfikacja wsi. A ja dziś czytam słowa Chry­stusa: Ja jestem światłością świata, kto idzie za Mną nie chodzi w ciemności (J 8,12). Patrzę na moją świecę i czytam: wy jesteście światłością świata. W telewizji jest audycja o materialistycznym, tzn. naukowym poglądzie na świat. Potem historyczna wizyta u Ojca św. – tylko dlaczego to w progra­mie: „Na krawędzi słowa"? Dzieciaki proszą o książkę, bo mają pracę z re­ligioznawstwa – o judaizmie. Nie ma u nas analfabetów, wszyscy mogą się uczyć, a książki trafiły pod strzechy, a strzech już nie ma, programy w szko­le zreformowane, szkoły – jedne puste, drugie przepełnione. I ja chciałem nieść oświaty kaganek i dowiedziałem się, żem ciemniak. Co się dzieje się dzieje z tym światłem na tym świecie? Wyłącz żarówkę, bo jesteśmy w dwudziestym stopniu zasilania. A no właśnie, wstawiłem światło pod korzec – to nie tak! Nie umiemy posługiwać się światłem. Wy jesteście świat­łością świata. Jeśli kierowca jest chamowaty, to może oślepić człowieka aż do śmiertelnego wypadku. To było złe światło. Jeśli zły człowiek ma w ręku światło, może mnie nim oślepić. Jeśli skazany jestem na nieustanne przeby­wanie w świetle, mogę zwariować albo dostać udaru. Muszę nosić przycie­mnione okulary, bo mnie bolą oczy od światła. A mój Pan tłumaczy mi spo­kojnie: Nie zapala się światła i nie stawia się pod korzec tylko na świeczni­ku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu (Mt 5,15).
Bez Chrystusa nie można dobrze widzieć człowieka ani świata. Każde światło wiedzy pomaga do poznania Tego, który jest Prawdą, Drogą i Ży­ciem. I nie zrozumiesz nigdy człowieka wierzącego ani ludzi wierzących, tzn. Kościoła, jeśli nie spojrzysz nań przez Chrystusa. Spójrz i na mnie cza­sem nie przez sztuczne światło, ale przez dzienne, bo zobaczysz tylko, że mam długie ręce i całe życie chodzę tylko z tacą. I namęczysz się bardzo li­cząc, ile ja zarabiam? A gdybyś patrzył dobrze spostrzegłbyś, żem więcej rozdał aniżeli miałem, a nadto, żem i oddał swoje życie. Powtarzam dziś za Apostołem: Bracia stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem... nikomu z was nie chciałem być ciężarem, bom własnymi ręka­mi zarabiał na chleb powszedni... Postanowiłem bowiem będąc wśród was nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego... (1 Kor 2,1–5). I nie naigrawajcie się ze mnie, bo ja znamiona Jego męki noszę we własnym ciele (Ga 6,17).
Była światłość prawdziwa. Chrystus jest moją światłością. Największym wrogiem wiary jest ciemnota. Ci, którzy postępuj ą w ciemności – złe są ich uczynki. I Jakub po ciemku walczył z aniołem. Ale Jakubowi zostało jesz­cze ludzkie czucie. Za dnia poznał, że walczył z aniołem Pana. Nie puszczę cię, dokąd mi nie powiesz, jakie jest twoje imię? Jestem aniołem Pana, ale ty nie będziesz się odtąd nazywał Jakub tylko Izrael, tzn. „ten, który wal­czył z Bogiem" (Rdz 32,27–30). No i cóż, nieboraczku Jakubie, niemądry byłeś, boś walczył po ciemku, patrz za dnia, wszystko się zmieniło. Wy je­steście światłością świata, ale nam oleju zabrakło i lampy nam pogasły. Na głupotę i Pan Bóg nic nie poradzi, umrzecie w grzechach swoich. Ale z nas zostały tylko popioły. Feniks powstał z popiołów, wielki ptak jak nowe ży­cie. Ale my jesteśmy tylko tlące się kaganki. To nic. On knotka tlącego się nie dogasi. Naród kroczący w ciemnościach ujrzy światłość wielką... i po­płyną do niej narody.
Nie trzeba wielkich jupiterów. Przyjmijcie Chrystusa! On jest światłoś­cią prawdziwą, która oświeca każdego człowieka... Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli dobre czyny wasze i chwalili Ojca, który jest w niebie (Mt 5,16).


lutego 04, 2017

5. Niedziela Zwykła (A) - Wy jesteście światłem świata

lutego 04, 2017

5. Niedziela Zwykła (A) - Wy jesteście światłem świata
Kilka dni temu obchodziliśmy doroczne święto Ofiarowania Pańskiego. Znów Kościoły nasze rozjarzyły się światłem świec, które zapalone na Ewangelię - przypominały, że Słowo Chrystusa jest naszym Światłem. Ludzie próbują zanieść te zapalone świece do domu. Jeśli nie ma wiatru, to może nawet się to udać. Piękne są te wędrowania płomyków, które pełzną z Kościoła do ludzkich siedzib.
Najpiękniej wyglądała przed laty ta wędrówka ze światłem z kościoła pokamedulskiego na warszawskich Bielanach. Ludzie wędrowali wtedy obok eremów pustelniczych i wchodzili w ciemny las. Jedni zmierzali do osiedla drogą dojazdową (wtedy jeszcze nie oświetloną), drudzy wąską ścieżką przez zarośla. I tak płynęły w ciemności zupełnej te dwa strumienie płomyków - wchodziły w blokowisko osiedla Wrzecino i znikały w mieszkaniach.
Dobrze, że chociaż raz w roku te obrzędy przypominają światu, że Jezus jest naszym światłem. A zadaniem wszystkich wierzących w Niego jest roznosić to światło innym. Tak iluminuje liturgia tę chwilę, kiedy Symeon nazwał Chrystusa światłością na oświecenie pogan.
Sam Zbawiciel to potem potwierdzi; Ja jestem Światłością świata, kto idzie za Mną nie będzie chodził w ciemności (por. J 8,5-12b).
Tak też zapowiadał Go Jan Chrzciciel jako Światłość co świeci w ciemnościach. Wiedział o tym, że był tylko posłanym by zaświadczyć o światłości. On sam nie był światłością. A przecież o Nim Jezus powiedział coś, co było największą pochwałą, że się większy człowiek od Jezusa nie narodził z kobiety. I ten Jan taki święty, taki sprawiedliwy, taki bezkompromisowy miał tylko zaświadczyć o światłości, która oświeca każdego człowieka.
A do nas Pan Jezus mówi dzisiaj: „Wy jesteście światłem światła” (Mt 5,14). A do nas mówi także: „Beze mnie nic uczynić nie możecie...” (Por. 1Kor 2,1-5). Wiemy więc, że nie my sami jesteśmy źródłem światła, źródłem światła, światłością ze światłości jest tylko ON - nasz Zbawiciel. Nie jesteśmy źródłem światła, ale możemy być lampą, która to światło roznieca.
W 1993 roku było głośno o ciekawym doświadczeniu, przeprowadzonym przez rosyjską sondę kosmiczną. Rozwinęła ona duże zwierciadło z folii, które odbiło promienie słońca i skierowało je na ziemię, ten odbity promień, wędrujący także przez nasz kraj ma być kilka razy silniejszy niż światło księżyca, które też jest światłem odbitym. Rosjanie mają zamiar (jeśli to wszystko się powiedzie do końca) – doświetlić tereny leżące na północ od koła polarnego - okolice Workuty i jeszcze dalej. Ludzie tam mieszkający, przez pół roku żyją w ciemności. Jeśli się ten eksperyment uda - to będą mogli żyć inaczej. Ustąpią mroki. Otóż podobna jest nasza rola, nasze zadanie jako uczniów Chrystusa. Mamy być tym lustrem możliwie idealnym, gładkim i czystym. Ciekawie, że gdy zbliżała się godzina księcia ciemności, i Chrystus miał być wydany w ręce grzeszników, to mówił On na Ostatniej Wieczerzy o czystości właśnie. „Jesteście czyści, ale nie wszyscy...” (J 13,11).
Wiedział kto opuści to zgromadzenie i wejdzie w czarną noc zdrady. A obmycie nóg (także znak oczyszczenia), było związane z pouczeniem i w służbie i w naśladowaniu. Piotra - który się bronił przed tą posługą Pan Bóg przestrzegał: „Uważaj, jeśli nie zgodzisz się na to, bym przed tobą uklęknął i nogi ci umył, nie będziesz miał udziału ze Mną” (por. J 13,6 n). Wobec tego, nie tylko nogi, ale i ręce i głowę ... . Nie trzeba. Wystarczy.
Wystarczy żebyś pojął, że wszystko to się dzieje po to, byś to samo czynił, tak samo postępował, byś był tak czysty, tak przejrzysty - by ludzie patrząc na ciebie - mogli dostrzec coś co jest Chrystusowe!
Moja najwierniejsza korespondentka napisała mi niedawno. Pan Jezus powiedział wyraźnie: „wy jesteście światłością świata...”. Tak, jestem odbiciem Jego światła. Tym mocniej świecimy, im jesteśmy gładsi, czyści.
Jesteśmy odbiciem Jego światła. Każdy nasz czyn dobry jest przyjęciem światła promienia Bożego i odbiciem go w kierunku innego źródła światła. Pan powiedział: „Jesteście światłem”. Dał uczniom zadanie do wypełnienia – żądanie czystości. A czystość nie ogranicza się do szóstego czy dziewiątego z Przykazań - ale rozszerza się na całokształt pragnień, dążeń, myśli słów, czynów człowieka. To prawda, tylko w zakresie tych dwóch przykazań można sprawy tak poplątać, że te same zachowania, postawy, gesty mogą - mogą być przekazywaniem ludzkiej miłości i mogą oznaczać coś wprost przeciwnego.
Wszystko zależy od intencji, od czystości pragnień. Tak mądrze mówi o tych sprawach św. Paweł – pełen światła, które ogarnęło go pod Damaszkiem w dniu nawrócenia. W 1 Liście do Koryntian pisało małżeństwie i dziewictwie; o czystości małżonków i trwałości wspólnoty małżeńskiej. Zdając sobie sprawę ze swobody obyczajów, jakie panowały wtedy w Koryncie - nazwał rzeczy po imieniu.
Im też wyśpiewał hymn „O Miłości”, która nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu; nie szuka swego; nie unosi się gniewem; nie pamięta złego. Nie bał się tego, że nie zrozumieją, nie przyjmą. Zrozumieli. Przyjęli - a my się dziś biedzimy w tych trudnych problemach; bo albo nabiera się wody w usta; albo mówi się półgębkiem - albo sprawy trudne po prostu się przemilcza.
A jak już przychodzi do wielkich dyskusji, to niewiele z nich wynika. Wszystko staje się płynne, relatywne. Co to jest wierność, niewierność, prawda, kłamstwo, dobro, zło? Zacierają się granice.
A jak te problemy niepokojące przedstawić młodzieży, która z natury jest najbardziej ewangeliczna? Gotowa byłaby przyjąć te zasady. Niech mowa wasza będzie tak - to tak; a nie - to nie! Tymczasem ta młodzież patrzy i słucha jak pokolenie ich ojców i dziadków szarpie się i nie może bardzo ustalić - co to są te wartości ewangeliczne - wartości chrześcijańskie. A jak już je stosować i wprowadzić w życie publiczne, środki społecznego przekazu - to wszyscy się w tym gubią. Takie to jest trudne?
Tak, to jest trudne – jeżeli to wszystko dzieje się w mrokach własnych ludzkich pomysłów! A na to światło z góry nie bardzo możemy się zdecydować. Ile to przeróżnych racji wytyczono wielkiej debacie noworocznej na temat ochrony życia nienarodzonych.
Na pewno wielkim dobrem w tej dyskusji było zwycięstwo orientacji biologicznej, że w momencie poczęcia się dwóch komórek rozrodczych powstaje nowe, oddzielne (odrębne) życie i że jest to życie człowiecze. Dla wielu ludzi było to naprawdę odkrycie! To już jest wielka sprawa. A przyznajmy, że problem ten ma wiele innych aspektów. I jeśli nie posłuchamy tego, co ma do powiedzenia Pan i Jego Ewangelia; i jeśli odrzucimy wskazania Magisterium Kościoła świętego – nie będzie ważne co mówi na ten temat Papież, biskupi – to podejmować będziemy rozwiązania doraźne, które będą nieszczęśliwe i na dziś i na jutro.
Mamy być światłem, mamy być solą. Prośmy więc dziś o światło, obyśmy nie błądzili, prośmy o sól mądrości, byśmy nie stracili smaku Prawdy, która została nam dana.


lutego 03, 2017

Zmartwychwstanie sumienia

lutego 03, 2017

Zmartwychwstanie sumienia
Piątek IV tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Król Herod posłyszał o Jezusie, gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim». Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, mawiał: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał». Ten bowiem Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powodu Herodiady, żony brata swego, Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem napominał Heroda: «Nie wolno ci mieć żony twego brata». A Herodiada zawzięła się na niego i chciała go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, widząc, że jest mężem prawym i świętym, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a jednak chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobistościom w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczyny: «Proś mnie, o co chcesz, a dam ci». Nawet jej przysiągł: «Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa». Ona wyszła i zapytała swą matkę: «O co mam prosić?» Ta odpowiedziała: «O głowę Jana Chrzciciela». Natychmiast podeszła z pośpiechem do króla i poprosiła: «Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela». A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę Jana. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczynie, a dziewczyna dała swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie. (Mk 6,14-29)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Rozterki króla Heroda, ukazane w dzisiejszej Ewangelii, są udziałem prawie wszystkich ludzi. Wszyscy bowiem spotykają na swojej drodze proroków i mędrców, którzy uczą nas, jak żyć; co nam wolno, a czego powinniśmy unikać. Rady proroków i mędrców nie zawsze się nam podobają. Nauczyciele życia wymagają nieraz rzeczy trudnych, a często – jak Jan – żądają od nas wyrzeczeń. „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Głosy te budzą duży niepokój i duchową rozterkę. Równowagę można odzyskać w dwojaki sposób: albo posłuchać proroków i mędrców, albo ich uciszyć. Herod uciszył proroka bardzo radykalnie – odciął mu głowę. Wielu ludzi ucieka przed niepokojem i rozterkami w podobny sposób. Prorocy ukazują nam drogę życia powołując się na wiarę, z której wynikają jasne zasady postępowania. Tym gorzej dla wiary i tym gorzej dla proroków. Wiary można się wyrzec, a proroków obrzucić błotem, ośmieszyć, poniżyć i wykpić. Jeśli trzeba, to przecież proroka można utopić i tyle jest innych sposobów na „dręczycieli dusz ludzkich”. Kiedy już ktoś rozprawi się z wiarą i jej prorokami, to jeszcze zostaje ludzka mądrość i mędrcy. Jeśli jednak mówią coś, co nie dogadza ludzkim słabościom, tym gorzej dla mądrości i tym gorzej dla mędrców. Jeśli medycyna mówi, że palenie papierosów szkodzi, że nadużywanie alkoholu jest zabójcze, że aborcyjne zabiegi nie są obojętne dla organizmu i psychiki matki, tym gorzej dla medycyny i dla lekarzy, którzy mówią prawdę. Jeżeli pedagogia wskazuje na horendalne błędy popełniane przez rodziców w procesie wychowywania dzieci, tym gorzej dla pedagogii i dla peda­gogów. Jeżeli socjologia przestrzega przed szkodliwą polityką informacyjną, społeczną i gospodarczą, tym gorzej dla socjologii i dla socjologów. Wielu jest dzisiaj Herodów, a niejednego proroka i mędrca spotkał los Jana Chrzciciela.
Herodowi nie było dane cieszyć się zbyt długo osiągniętym w ten sposób spokojem, z przerażeniem stwierdził, że Jan, któremu odciął głowę, zmartwychwstał, Jezus przemawiał do ludzkich su­mień z jeszcze większą mocą niż Jan. Wprawdzie i Jezusa Herod wykpił i ubrał go w białą szatę na pośmiewisko i nie sprzeciwił się ukrzyżowaniu nowego Proroka, ale brnąc dalej w swoich zbrod­niach, nigdy nie uzyskał spokoju.
Można zignorować nakazy wypływające z wiary, można nie brać pod uwagę ludzkiej wiedzy i mądrości, można zlekceważyć proro­ków i mędrców. Przyjdzie jednak moment, kiedy się stwierdzi, że to co już dawno zostało pogrzebane w niepamięci, nagle odzywa się z wielką mocą. Okaże się, że doskonale znam treść kazań, których nigdy nie chciałem słuchać, że znam treść książek, których nigdy nie chciałem czytać. To, co zostało przekreślone, odezwie się w głębi ludzkiego serca, w jego sumieniu. Okaże się, że zabijając proroków i mędrców, człowiek zabijał siebie, bo oni mówili mu to tylko, co jest w nim samym. Jak to dobrze, że prorocy zmartwych­wstają, bo to znaczy, że może również zmartwychwstać sumienie.

Czy potrafię upominać tych, którzy grzeszą w moim otoczeniu, nawet wtedy, gdy wiem, że mogę zostać odrzucony przez najbliższych?
Czy potrafię z pokorą przyjąć słuszne upomnienia? Czy raczej gniewam się na tych, którzy mnie upominają?
Czy umiem przyznać się do błędu i wycofać z niepotrzebnie podjętych decyzji?

Panie Jezu, proszę, naucz mnie pokory, abym potrafił przyjąć upomnienia.
Daj mi mądrość, abym potrafił podejmować słuszne i sprawiedliwe decyzje.
Daj mi odwagę, abym potrafił upominać.
Proszę, wybacz mi moją lekkomyślność i błogosław tym, których skrzywdziłem.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger