lutego 18, 2017

7. Niedziela Zwykła (A) – Świętymi bądźcie

lutego 18, 2017

7. Niedziela Zwykła (A) – Świętymi bądźcie
Upłynął tydzień i znowu spotykamy się przy stole. Chrystus karmi nas swoim słowem i swoim Ciałem. Przychodząc tu, odpowiadamy na zaproszenie, jakie skierował do nas Pan Jezus. Poprzez szarzyznę życia, poprzez ciężar powszedniego dnia – dociera do nas wez­wanie! Mamy się spotkać przy stole jak jedna rodzina. Chrystus nas zaprasza, Chrystus nas gromadzi, Chrystus nas jednoczy! Takie zaproszenie można przyjąć tylko z radością. Trzeba teraz z ca­łą prostotą pomyśleć o sobie: To ja mogę zasiąść do stołu z Chrystusem, w łączności z apostołami, wraz z Ojcem św., z ca­łym ludem Bożym. Stół, przy którym siadamy jest zastawiony dla wszystkich. Oto rodzina Boża!
Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestni­kiem Boskiej natury”! – poucza nas papież Leon Wielki (Kaza­nie o Narodzeniu Pańskim). Jest to echo słów św. Pawła czytanych przed chwilą. „Czy nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was” (1 Kor 3, 16). Zanim więc przyjmiemy słowo Boże, powinniśmy uświadomić sobie, że to Oj­ciec przemawia do swoich dzieci, razem zasiadających do stołu: „Bądźcie wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). Zanim przyjmiesz słowo Boże, pomyśl o tym, że jesteś dzieckiem Boga, że jest to słowo miłującego Ojca! Przykazanie miłości bliźniego, obejmujące nawet nieprzyjaciół, można podjąć dopiero wtedy, gdy zna się swoją godność!
Trzeba się najpierw wyzwolić z lęku i poczucia niepewności, bo lęk i niepewność są źródłem agresji. Nienawiść rośnie na grun­cie słabości, karmi się poczuciem zagrożenia, rozrasta się, ogar­niając całego człowieka. Kompleks niższości jest jej najlepszą po­żywką. Mściwi są ludzie, lękający się o własne jutro i o swoje miejsce w świecie, który nadchodzi. Dlatego, zanim usłyszymy trudne przykazanie miłości, trzeba powtórzyć z wiarą słowa Apostoła: „Wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3, 23). Jeżeli należę do Chrystusa, jestem tu, przy stole. Znalazłem się tu nie przypadkiem, to On mnie zaprosił; to moim Ojcem jest Bóg. Mam tak bogatego Ojca. Nie jestem zagubiony w tym świecie! Nie jestem igraszką sił przyrody! Jestem współ­dziedzicem świata. Świat, czy życie, czy śmierć, czy to rzeczy te­raźniejsze, czy przyszłe; to wszystko jest wasze! (1 Kor 3, 22). Nie jest to oczywiście pewność siebie, która jest często bez pokry­cia. Jest to poczucie bezpieczeństwa, jakie ma dziecko, ufające miłującemu Ojcu.
Bywa tak, że popełniamy błąd sądząc, że Bóg jest do nas po­dobny; wyobrażamy Go sobie na nasz obraz i podobieństwo. Chce­my się wyzwolić z naszych lęków prowadząc z Nim różne rozli­czenia, próbując Go przekupić obietnicami i darami. Tymczasem rzecz ma się odwrotnie. To my jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. To nam powiedziano: „świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (Kpł 19, 2); „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz niebieski (Mt 5, 48), a „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8). My jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. Znaczy to tyle, że stajemy się naprawdę ludźmi przez miłość. Nie ma czło­wieka bez miłości. Jest to reguła obowiązująca zawsze. Nie można stać się człowiekiem, bez miłości. Stając dziś przed trudnym przykazaniem miłości widzimy jasno, że człowieczeństwo jest nam zadane. Spełniamy się jako ludzie każdego dnia na nowo. Na nic się zda wykrętne tłumaczenie, że żyjemy w świecie obojętności i walki. Jeżeli żyjemy w świecie nieludzkim, to przynajmniej tyle wiemy, że mamy być ludźmi, bo jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli każdego dnia uchybiamy przykazaniu miłości, to przynajmniej tyle wiemy, że jest to program na całe życie. Bo przez kolejne dni i lata nam dawane, mamy się stawać ludźmi. „Poznaj chrześcija­ninie swoją godność”, Szlachectwo zobowiązuje!
A jednak słowa: „Jeżeli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5, 39) budzą sprzeciw, są trudne do przyjęcia. „Miłujcie nieprzyjaciół waszych” (Mt 5, 44). Chętnie przemknęlibyśmy obok tych słów, a Ewangelię wolimy otwierać na innej stronie. Pomyślmy jednak: jeżeli potępiamy nienawiść w działaniu innych ludzi, czy możemy sami odpowiadać im nienawiścią? Jeżeli wyznajemy zasadę „oko za oko”, za zbrodnię chcemy zbrodnią płacić, to w czym jesteśmy lepsi od zbrodnia­rzy? Zło nie może wywoływać echa nienawiści w naszym wnę­trzu.
Podczas swej drugiej pielgrzymki do ojczyzny, Ojciec św. bea­tyfikował dwóch uczestników Powstania Styczniowego. Zryw narodu ku wolności został stłumiony z nie­pohamowaną nienawiścią, ale my dziś podziwiamy ludzi, którzy nie pozwolili się spętać nienawiści. Pozostali wolni, mocą miłości.
A cóż powiemy o młodym poecie, Janie Romockim, który poległ podczas Warszawskiego Powstania?
Od rezygnacji w dobie klęski,
Lecz i od pychy w dzień zwycięski,
Od krzywd – lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas Panie.
Uchroń od zła i nienawiści,
Niechaj się odwet nasz nie ziści.
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc Chryste!”
Jesteśmy dziećmi narodu, który karmił się Ewangelią, który obronił swą tożsamość mocą wolnego ducha, który nie pozwolił się spętać agresji tak często atakującej jego granice.
Wróćmy na zakończenie do radosnej prawdy; tu, przy stole, nie znaleźliśmy się przypadkiem. Jesteśmy dziećmi, a nie prze­chodniami. Wezwał nas Ojciec. Dlatego pozbywamy się lęków, które rodzą agresję. W obliczu Ojca, w którego rękach jest wszy­stko, odnajdujemy spokój. Jesteśmy dziećmi Tego, który jest najbogatszy w miłość. Prosimy Go pokornie, aby w nas zachował to podobieństwo do siebie, które sprawia, że jesteśmy ludźmi, Jego dziećmi, wolnymi od nienawiści. Amen.


lutego 18, 2017

Przemienienie Pańskie

lutego 18, 2017

Przemienienie Pańskie
Sobota VI tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”. (Mk 9,2-10)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Poznanie przez zasłonę
W Markowym opisie Przemienienia Pańskiego jest jedno zdanie, które pomaga nam zrozumieć pewną specyfikę poznawania Boga. Dopiero wtedy, gdy wizja, którą apostołowie oglądali na Górze Tabor, została przesłonięta obłokiem, dopiero wtedy Piotr, Jakub i Jan poznali najważniejszą prawdę zawartą w tym objawieniu: „To jest mój Syn umiłowany”. Ten szczególny sposób przesłania pozna­wanego obiektu jest jako metoda poznania stosowany nie tylko w sprawach wiary, lecz również spraw tego świata penetrowanych przez różne nauki.
Wiadomo, że wokół słońca tworzy się korona słoneczna. Jest ona jednak niedostrzegalna w normalnych warunkach. Dopiero, kiedy podczas całkowitego zaćmienia tarcza słońca zostanie prze­słonięta tarczą księżyca, pojawia się na czarnym niebie wokół słońca wspaniała korona, którą można obserwować przez kilka minut zaćmienia. Na słońcu można dostrzec pewne szczegóły np. plamy słoneczne. Kiedy wpatrujemy się w nieosłonięte słońce, nie dostrzegamy żadnych szczegółów, po chwili takiego wpatrywania się całkiem przestaniemy widzieć. Kiedy jednak słońce zostanie przesłonięte różnymi filtrami, wtedy ukazują się nie tylko plamy, ale i pertuberancje i ziarnista struktura słońca.
Temperaturę kaloryferów badamy zwyczajnie dotknięciem ręki. Kto jednak w taki sposób chciałby poznać temperaturę pieca hut­niczego, to straci rękę. Trzeba tutaj posłużyć się metodą mniej bezpośrednią. Temperaturę pieca hutniczego bada się specjalnie skonstruowanym termometrem, wyposażonym w odpowiednie osło­ny. Człowiek zaś, przed żarem pieca musi się chronić azbestowym kombinezonem i rękawicami.
Kto chciałby na własne uszy zbadać, jakie jest natężenie hałasu, przy starcie rakiety kosmicznej, to straci słuch. Uszy trzeba zatkać, a decybele badać przy pomocy specjalnych urządzeń.
Jeśli tak jest przy poznawaniu spraw tego świata, to tym bar­dziej metoda przesłaniania ma zastosowanie w świecie wiary. Bóg jest światłością, która swym blaskiem zaćmiewa wszystkie inne źródła światła. Bóg jest żarem, przed którym „góry jak wosk top­nieją” (Ps 97,5). Głos Pana jest potężny. Głos Pana „łamie cedry i ugina dęby” (por. Ps 27,5). Kto chciałby Boga zobaczyć, od blasku Bożego oblicza straci wzrok. Kto chciałby Boga dotknąć, od żaru Jego wnętrza straci rękę. Kto chciałby Boga usłyszeć, od grzmotu Jego głosu straci słuch. Kto chciałby Boga zrozumieć, od bogactwa Jego Istoty straci rozum. Dlatego Bóg przesłania się obłokiem tajemnicy i otwiera przed nami najbardziej dla nas odpowiednią drogę poznania i zbliżenia. Jest to droga wiary.
Czy teraz już rozumiesz co znaczy ów obłok, o którym pisze Ewangelista Marek: „I zjawił się obłok osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie»”. (Mk 9,7)

To jest mój Syn umiłowany”
Jest niezmiernie ważne dla naszego rozwoju duchowego to, co powiedział Bóg-Ojciec o swoim Synu: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. Po co Jezus wybrał trzech spośród swoich uczniów i wziął ich ze sobą na wysoką górę? Chciał przy tej okazji okazać swoją chwałę najbliższym przyjaciołom, chciał aby Go lepiej poznali (chociaż – jak to zaznaczyliśmy w pierwszej części naszego rozważania – było to poznanie przez zasłonę), chciał objawić się im jako ukochany Syn Ojca. Widząc coś zaskakującego, uczniowie zlękli się i zdali sobie sprawę, że doświadczenia i wydarzenia, jakich byli świadkami do tej pory, były niczym w porównaniu do tego, czego doświadczają teraz.
Piotr poprosił Pana, aby zawsze mogło wszystko pozostać tak, jak teraz.
Rozumiemy jego reakcję, my też pewnie postąpilibyśmy tak samo, kiedy przeżylibyśmy coś tak nadzwyczajnego. To, czego on doświadczył, wychodzi jednak poza nasze doświadczenia, nawet te najpiękniejsze. Zobaczył on bowiem Chrystusa takim, jaki jest naprawdę, to znaczy: mógł stanąć wobec Niego jako Syna Bożego. I jeśli nadal miał jakieś wątpliwości, usłyszał głos Ojca Niebieskiego, potwierdzający tajemnicę bóstwa Jezusa: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!
Jako uczniowie Chrystusa mamy Go słuchać, jako Jego przedstawiciele mamy Go kochać, jako chrześcijanie – przekonani o Jego boskiej naturze – mamy Go naśladować i podarowywać Go innym poprzez własne świadectwo życia.
Cokolwiek nie jest z Chrystusa i dla Jego chwały, musi zejść na drugi plan.
Nawet jeśli chcielibyśmy – jak Piotr – pozostać, kontemplując Chrystusową chwałę (dobrze, że tu jesteśmy), na razie jednak musimy zejść z góry i żyć tak, aby któregoś dnia móc kontemplować Go na wieki w niebie, twarzą w twarz. 

 

lutego 17, 2017

Dobry i zły wstyd

lutego 17, 2017

Dobry i zły wstyd
Piątek VI tygodnia zwykłego
Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę? Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi przed tym pokoleniem wiarołomnym i grzesznym, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca swojego razem z aniołami świętymi». Mówił im także: «Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże przychodzące w mocy». (Mk 8,34-9,1)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Wstyd jest uczuciem względnym. Może on być dobry i zły. Wstyd bowiem jest pewnym rodzajem lęku. Obawiamy się osądu tych, którzy są świadkami naszych czynów i słuchaczami naszych słów. Obawiamy się przede wszystkim ludzi, ale najbardziej trzeba liczyć się z tym, jak oceni nas Bóg, który jest świadkiem również naszych myśli, uczuć, zamiarów i intencji. Ten rodzaj wstydu ma na­wet swoją nazwę. Mówimy o nim „bojaźń Boga”. W końcu możemy odczuwać wstyd przed swoim sumieniem. Wstyd jest dobry i zły, w zależności od tego, kogo i przed kim się wstydzimy. Kto wstydzi się Boga, który jest najwyższym dobrem; kto wstydzi się aniołów i świę­tych; kto wstydzi się dobrych i szlachetnych ludzi - ten nie musi wstydzić się swojego wstydu. Jego wstyd jest dobry i piękny. Taki wstyd wzbudza ufność nawet do człowieka, który pobłądził. Kto je­dnak wstydzi się bluźnierców, bo nie potrafi bluźnić jak oni; kto wstydzi się złodziei, bo nie potrafi kraść z profesjonalizmem; kto wstydzi się „postępowych” rozpustników, bo czuje w sobie jeszcze jakieś „zacofane” opory - ten wstydzi się źle i taki wstyd go poniża. Wstyd może być dobry i zły, ale zawsze jest gorzki. Dobry wstyd jest jednak gorzkim lekarstwem, a zły gorzką trucizną.
W czasie przygotowania do kapłaństwa musiałem wraz z innymi kolegami odbyć zasadniczą służbę wojskową. Jako rekrut trafiłem do koszar w Kazuniu, gdzie służbę odbywali chłopcy z Żoliborza i Czerniakowa. Posługiwali się oni swoistą gwarą, ale nie bardzo podobną do gwary Wiecha. W swoich rozmowach przejawiali szcze­gólne upodobanie do pewnych słów. Jedno z nich (kiedy skróciło się je o jedną samogłoskę i jedną spółgłoskę) bardzo przypominało krakanie. Kiedy chciałem nawiązać z nowymi kolegami jakiś kon­takt, za każdym odezwaniem się, wzbudzałem wybuch wesołości. Nie wiem, co ich tak śmieszyło. Pewnie akcent, albo słowa „bez sensu”, których nie rozumieli. Nie miałem zamiaru uczyć się krakania, ale też nie chciałem narażać się na śmieszność, dlatego na jakiś czas zupełnie ucichłem. Po dwóch miesiącach służby znalazłem się wraz z innymi kolegami w jednostce „kleryckiej”. Wśród wojskowych przełożonych mieliśmy jednego wybitnego kaprala. Był potężnie zbudowany i odznaczał się szczególną wymową głoski "r". Było to coś między francuskim grasejowaniem, a głoską "1". Słownictwo też było szczególne. Więcej było w nim krakania, niż ludzkiej mowy. Kiedy wielki wódz przemówił do kilkudziesięciu kleryków - żołnierzy, wszyscy wybuchnęli śmiechem. Wódz się wściekał i miotał, ale im bardziej krakał, tym wesołość była większa. Następnego dnia dali nam innego przełożonego. Pan kapral prosił o przeniesienie.
Można, jak widać, wstydzić się słów zdrowych i dobrych, ale również brzydkich i złych. Nie jestem, niestety, pozytywnym boha­terem tego opowiadania. Pozytywnym bohaterem jest pan kapral. Jego wstyd był dobry, bo on wstydził się złych słów.
Ten, kto zawstydzi się wobec slangu i grypsery poprawnej pols­kiej mowy, czyni despekt temu, co powinno być każdemu drogie tu na ziemi. Kto jednak wobec rozmaitych niedowiarków, bluźnierców i prześmiewców, zawstydzi się Słowa, które Ciałem się stało, kto zawstydzi się Chrystusa i Jego słów, sięga po kielich wypełniony najgroźniejszą trucizną. To jest najgorszy ze wszystkich wstydów. Nawet sam Pan Jezus będzie musiał przed aniołami i świętymi wsty­dzić się naszego wstydu.


lutego 15, 2017

Uzdrowienie niewidomego – Dlaczego etapami?

lutego 15, 2017

Uzdrowienie niewidomego – Dlaczego etapami?
Uzdrowienie niewidomego – Dlaczego etapami?
Środa VI tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. Jezus odesłał go do domu ze słowami: «Tylko do wsi nie wstępuj!» (Mk 8,22-26)

KOMENTARZ DO EWANGELII

Powyższy fragment Ewangelii należy odczytywać w kontekście formacji, którą przechodzą uczniowie Jezusa. W początkowej jej fazie, Apostołowie wydają się być duchowo ślepi. Na przykład w dokonanym przez Chrystusa cudzie rozmnożenia chleba (Mk 8,1-9), nie umieją rozpoznać tożsamości Jezusa (tego, kim On tak naprawdę jest). To nadzwyczajne wydarzenie nie pomaga im też lepiej zrozumieć zbawczego sensu czynów dokonywanych przez ich Mistrza.
Stopniowo poprzez różne działania i powtórki w nauczaniu, Pan będzie otwierał duchowe oczy swoich naśladowców, tak aby w końcu w pełni „przejrzeli” i zrozumieli znaczenie Jego osoby i misji. Prawidłowe „widzenie” osoby Jezusa i właściwe rozumienie Jego czynów, jest warunkiem naśladowania Nauczyciela z Nazaretu i dawania o Nim poprawnego świadectwa. Widzimy to na przykładzie dzisiejszego fragmentu Ewangelii.
Przy uzdrawianiu ludzi Pan Jezus posługuje się różnymi meto­dami. Raz powie tylko jedno zdanie: „Chcę, bądź oczyszczony!” i chory odzyskuje zdrowie; a Jego słowo ma moc uzdrawiania nawet na odległość. Innym razem dotyka uszu i języka człowieka głucho­niemego, ujmuje za rękę niewidomego i śliną zwilża mu oczy. Raz uzdrowienie dokonuje się w jednym momencie, a kiedy indziej - jak w dzisiejszej Ewangelii - zdolność widzenia przywracana jest eta­pami.
Warto zwrócić na metodę dzisiaj nam zademonstrowaną. Bóg w swoim działaniu na rzecz człowieka nie podlega żadnym ograni­czeniom, ale człowiek całej łaski Boga, przeznaczonej dla niego, nie jest w stanie przyswoić sobie na raz. Dlatego Bóg postępuje jak mą­dry nauczyciel i rozsądny trener. Przekazuje człowiekowi mądrość, pouczając o ludzkim losie i przeznaczeniu stopniowo. Tym bardziej stopniowo objawia człowiekowi prawdę o sobie. Również, gdy cho­dzi o wymagania, Bóg nie liczy od razu na ustanawianie rekordów, lecz stopniowo wyzwala coraz to nowe możliwości i moce ludzkiego serca.
Taki sposób działania Boga jest widoczny w całej historii zba­wienia. Bóg Nowego Testamentu, objawiony nam przez Jezusa Chrystusa - Bóg w Trójcy Jedyny - choć stał się bardziej niepojęty niż Jahwe Starego Testamentu - Elohenu, Elohim i Adonai - to jednocześnie stał się tak bliski człowiekowi. Jeszcze bardziej transcendentny niż w Starym Testamencie, w Nowym staje się jesz­cze bardziej immanentny każdemu stworzeniu, a najbardziej człowiekowi, przez swojego Syna.
Wymagania, które Bóg stawia człowiekowi, także podniesione są na nowym etapie historii zbawienia na wyższy poziom. Wystarczy tutaj przypomnieć słowa kilkakrotnie powtarzane przez Chrystusa w czasie Kazania na Górze: „Słyszeliście, że było powiedziane sta­rym... a Ja wam powiadam...” Najbardziej jest to widoczne w kwes­tii małżeństwa, gdzie Chrystus wyraźnie ukazuje Boga jako Peda­goga, który z powodu „zatwardziałości serc” pozwala na list roz­wodowy, podczas gdy On sam wypowiada zdecydowaną zasadę: „Co Bóg złączył człowiek niech nie rozdziela”.
Kolejnymi etapami znaczona jest również droga, którą Bóg prowadzi poszczególnych ludzi do świętości. W tym procesie dos­konalenia ludzkiego ducha też obowiązuje pewna kolejność. Mis­trzowie życia duchowego mówią o drodze oczyszczającej, drodze oświecającej i drodze zjednoczenia. W normalnym procesie rozwoju duchowego ta kolejność musi być zachowana. Zdarza się, że ludzie (zwłaszcza młodzi), którzy znajdują się dzięki łasce Boga na po­czątku tej drogi, chwytają od razu za książki, które traktują o kontemplacji i teksty mistyków rozumiejąc nieraz zupełnie opacznie. Nasza modlitwa wznosi się na coraz wyższy poziom również etapami: od modlitwy ustnej, przez medytację do kon­templacji. Chociaż jest to droga do coraz większej prostoty i bezpośredniości, najczęściej nie da się pominąć żmudnej drogi stosowania różnych metod medytacji, by osiągnąć ten stan mod­litwy, kiedy to już nie człowiek mówi do Boga, lecz raczej Bóg do człowieka. Do heroicznej miłości Bóg najczęściej prowadzi przez kolejne zachwyty i olśnienia, ale również kolejne doświadczenia i ofiary.
Zaliczenie tych etapów jest pewnym prawem rozwoju ducho­wego. Człowiek, który chce podążać ku Bogu musi to prawo res­pektować. Trzeba jednak pamiętać, że Duch tchnie, kędy chce, że to prawo nie obowiązuje Boga. Dlatego Bóg w jednym momencie potrafi porwać człowieka do siódmego nieba. Bóg tę łaskę daje ser­com, które są wstanie ją przyjąć. Cieszmy się, że Bóg nasze słabe i chore serca traktuje jak najlepszy lekarz z taką umiejętnością i delikatnością, że do świętości prowadzi nas stopniowo – etapami.

Jezus jest w stanie każdego uzdrowić z duchowej ślepoty. Podobnie jak w przypadku niewidomego z Betsaidy, takie leczenie może okazać się procesem, który wymaga cierpliwości i czasu. Istotne jest, aby być z Jezusem i pozwolić Mu na działanie. On pragnie dotykać mojej i twojej duchowej ślepoty i otwierać moje duchowe oczy poprzez swoje słowa, sakramenty święte, świadectwo i postawę dobrych ludzi....

Warto zadać sobie pytanie: w jaki sposób Chrystus – w moim życiu do tej pory – leczył mój duchowy wzrok?
Co najbardziej pomagało mi rozpoznawać Go i pokochać?
Co najbardziej rozpalało lub rozpala moje serce pragnieniem na śladowania Mistrza?
Czy zauważam, w jaki sposób ostatnio Pan próbuje otwierać oczy mojej duszy? 

 

lutego 13, 2017

Domagali się od Niego znaku

lutego 13, 2017

Domagali się od Niego znaku
Domagali się od Niego znaku
Poniedziałek VI tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
Faryzeusze zaczęli rozprawiać z Jezusem, a chcąc wystawić Go na próbę, domagali się od Niego znaku. On zaś westchnął w głębi duszy i rzekł: «Czemu to plemię domaga się znaku? Zaprawdę, powiadam wam: żaden znak nie będzie dany temu plemieniu». A zostawiwszy ich, wsiadł z powrotem do łodzi i odpłynął na drugą stronę. (Mk 8,11-13)

Komentarz do Ewangelii

IRYTACJA
Zarówno w westchnieniu Pana Jezusa, jak i w Jego słowach, wy­czuwamy pewną irytację. Nie chodzi nawet o to, że domaganie się od Niego znaku nastąpiło zaraz po cudownym rozmnożeniu chleba. Nakarmienie tysięcy głodnych ludzi nie było dla faryzeuszy żadnym znakiem! Przyczyną podejrzanej przez nas irytacji mogło być sta­wianie prawdy Bożej przed trybunałem ludzkiego osądu, stawianie Prawdy w takiej sytuacji, że musi się bronić, że musi dochodzić swoich praw. Prawdy przecież nie powinno się bronić. Ona broni się sama swoją wewnętrzną mocą, oczywistością i wewnętrzną spo­istością. Odmowa Pana Jezusa, dana tym, którzy domagali się zna­ku, jest zarazem wezwaniem do podjęcia wysiłku zmierzającego do poznania prawdy od wewnątrz. Kiedy człowiek znajdzie się nie obok prawdy, ani nawet wobec prawdy, ale właśnie w prawdzie, wtedy zupełnie niepotrzebne są jakieś zewnętrzne znaki. Dzisiejszą odmowę Pana Jezusa trzeba koniecznie zestawić z Jego wezwa­niem, byśmy cześć Bogu oddawali „w duchu i prawdzie” (J 4,23). Ta forma nie jest tylko właściwością języka, ale zawiera w sobie głę­boki sens. „Wewnętrzny” sposób docierania do prawdy jest na pew­no trudniejszy niż szukanie błyskotliwych argumentów i spektakularnych znaków, ale za to prostą drogą prowadzi do poznania prawdy i życia w prawdzie.
Powody do irytacji ma również współczesny Kościół. W książce „Sól ziemi” kardynał J. Ratzinger mówi o klasycznym kanonie obo­wiązującym wśród tych, którzy występują z krytyką Kościoła. Od lat ciągle powraca się do tych samych problemów. Są nimi: ordynacja kobiet, ochrona życia poczętego, celibat, nowe związki małżeńskie ludzi rozwiedzionych i inne. Znowu nie chodzi tylko o to, że wszystkie te zagadnienia były wielokrotnie wyjaśniane, a ludzie wyskakują ciągle z tymi samymi pytaniami, z coraz ostrzejszą kry­tyką, a nawet potępieniem. Tak, jakby racji głęboko uzasadnionych nie tylko nie rozumieli, lecz także ich nie słyszeli. Powodem przy­puszczalnej irytacji Kościoła może być coś bardziej zasadniczego, a mianowicie, zupełne niezrozumienie przez krytyków, a nawet wiernych, istoty i misji Kościoła. Jest to wyraźnie widoczne, kiedy uznaje się zasługi Kościoła w walce o prawa człowieka i demokrac­ję, a jednocześnie zarzuca się mu, że sam posługuje się autory­tarnymi metodami. Przypisywanie Kościołowi struktury „totalitar­nej” jest nieporozumieniem. To, co krytycy uważają w Kościele za władzę, jest służbą Bogu i ludziom. Ta służba ma uobecniać wśród wszystkich pokoleń moc Ducha Świętego, która Kościół powołała do istnienia i w tym istnieniu ciągle go podtrzymuje. Kardynał Ratzinger mówi na ten temat: „Myślę, że to bardzo ważne, by kate­gorią, która oddaje sens kapłaństwa nie była kategoria panowania. Kapłaństwo ma być za pośredniczeniem i uobecnieniem początku, ma oddawać się mu do dyspozycji. Jeśli kapłan, biskup, papież pojmują swój urząd jako władzę, to rzeczywiście go wypaczają”. Trud­no tu mówić o biskupach i kapłanach, bo jest ich wielu, ale prze­cież papież, który jest jeden, w tak wymowny sposób ukazuje, że jest Sługą Sług Bożych. Dlaczego więc wraca ciągle oskarżenie, że „czarni rządzą”? Czyż to może nie budzić irytacji?

DEWOCJA
W dzisiejszej Ewangelii dostrzegamy jeszcze jeden wątek.
Faryzeusze chcieli „wylegitymować” Jezusa. Ich serca były zamknięte na Jego słowo. Żądali, aby Jezus uczynił jakiś cud. Jednakże po co komuś cud,skoro serce jego jest zamknięte. Oczy faryzeuszów karmią się wyłącznie ciekawością, nowinkami, plotkami. Podobnie nasze oczy często są na uwięzi, patrzymy na rzeczy światowe, na to, co przemija. Jezus zna nasze serca, tak jak i serca faryzeuszów, które chciały nakarmić swoje wątpliwości. Często pragniemy, aby nasze wątpliwości zostały rozwiane, jednak nie stać nas na to, aby uwierzyć, nawrócić się i przyjąć Jezusa do serca. Wolimy zostać na tym poziomie zewnętrznym, na tym, co możemy zbadać poprzez doświadczenie. Jakże nasze serce może być ślepe! Taka sama ślepota jest u heretyka, jak i u dewotki, klepiącej tylko modlitwy. Osoba, która modli się tylko ustami, bez udziału serca oraz bez przełożenia modlitwy na czyn wiary, jest także heretykiem. Modlitwa bez relacji serca jest pusta. Pójście na niedzielną Eucharystię, a następnie robienie awantury w pracy w poniedziałek jest nadużywaniem wiary. W czasie narodzin chrześcijaństwa broniono się przed heretykami. Dziś wystrzegamy się ludzi, którzy są letni duchowo, którzy mają serce podzielone, którzy inne oblicze mają wobec Boga, a inne wobec bliźniego. Ślepota serca, letniość wiary przyczyniają się do tego, że modlimy się aby Bóg dostosował się do naszych planów. Wtedy gdy dzieje się źle, to klepiemy modlitwy, a gdy zostaniemy „źle” wysłuchani przez Boga – obrażamy się na Niego i mówimy, że Go nie ma, albo oskarżamy Go o nieuczciwość, karanie za grzechy.... Tak rośnie w nas żal do Boga.

Jeśli nie odnajdziesz Boga w swoim sercu, to żaden zewnętrzny znak nie zostanie ci dany. Wołaj głośno sercem – a nie ustami: Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało (Ps 63).
Jak często tęsknisz za Jezusem? 

 

lutego 12, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) – Zmartywchwstanie Prawa.

lutego 12, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) – Zmartywchwstanie Prawa.


Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. Słyszeliście, że powiedziano: „Nie cudzołóż”. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: „Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi”. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi». (Mt 5, 20-22a. 27-28. 33-34a. 37)

Komentarz do Ewangelii

Zdecydowane i jasne zakazy na pewno są potrzebne. Nie wolno od nich odstąpić, nie wolno ich naruszyć. Te zakazy de­cydują o tym, że człowiek może żyć, jak człowiek. To są pod­stawowe punkty przepisu na trwanie ludzkości, inaczej świat staje się dżunglą przemocy. Człowiek pamięta jednak, żeby nie tylko żyć, trwać, ale nadto godnie żyć. „Będziesz miłował... cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych... Świętymi bądźcie... będziecie nazwani synami Bożymi... mieszkanie wa­sze jest w niebie...”
Nie pytanie o zło, ale troska o dobro, które jeżeli może być pełniejsze, to niech będzie. Nie o krzywdę, ale o przymnożenie radości. Nie o kradzież, ale o ubogacenie innych. Nie o łzy cu­dze, ale o dodanie rozradowania.
Powiedziano starożytnym, nie czyń zła! Mnie powiedziano, czyń dobro, na ile tylko cię będzie stać! Prawa, które dostali­śmy, aby żyć na świecie, są do przekazywania sobie, abyśmy nie zginęli: „Wyciągnął Pan rękę swą i dotknął się ust moich, i rzekł Pan do mnie: Oto dał słowa moje w usta twoje” (Jer 1, 9). Jest obowiązkiem podawać słowa Pana w rozmowie, w pisanym artykule, w audycji, w gronie rodzinnym, aby były wskazówka­mi w drodze życia.
Pan Bóg ostrzega przed pewnym zawstydzeniem się, przed poczuciem zacofania, że oto wykształconym dzieciom rodzice mówią słowa ewangeliczne. Zawsze widocznie tak bywało. „Nie wstydź się mówić prawdy ze względu na duszę twoją” (Ekl 4,24).
Ileż jest cierpkiej prawdy w stwierdzeniu, które warto pa­miętać: „Bez końca się uczą, a nigdy do poznania prawdy dojść nie mogą” (2 Tm 3, 7). Jakby ostrzegano przed potęgą, którą niosą wielkie źródła słów i informacji, a prawda o tym, co stanowi życie i zbawienie zostaje ciągle w ciszy modlitwy i obfito­ści łaski Bożej.
Narysował drogę, kamień po kamieniu, i innej nie ma i nie będzie w drodze do domu Ojca, do szczęścia Wiekuistego” (S. Goszczyński „Listy”)
Przestrzeganie Bożego Prawa z miłości do Boga i do drugiego człowieka czyni człowieka pięknym i sprawiedliwym, dobrym i szlachetnym, otwartym na działanie Ducha Świętego, tak jak to było w przypadku wielu świętych, chociażby św. Józefa.
Czy i ty – drogi bracie i siostro – chcesz nosić miano człowieka sprawiedliwego?
Jeśli tak, to wzoruj się na przykładzie św. Józefa i proś o pomoc, a wtedy drzwi królestwa Bożego nie zostaną zamknięte przed tobą.


lutego 11, 2017

Kocham cię zawsze

lutego 11, 2017

Kocham cię zawsze
Sobota V tygodnia zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Marka
W owym czasie, gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im: «Żal Mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. I jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze, bo niektórzy z nich przyszli z daleka». Odpowiedzieli uczniowie: «Jakże tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?» Zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem». I polecił tłumowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je podawali. I podali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo, i polecił je rozdać. Jedli do sytości, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił. Zaraz też wsiadł z uczniami do łodzi i przybył w okolice Dalmanuty. (Mk 8,1-10)


KOMENTARZ DO EWANGELII

Oto Pan Jezus znowu spotyka się ze zgłodniałym tłumem, zno­wu odczuwa litość i znowu - już drugi raz - dokonuje cudownego rozmnożenia chleba. Wkrótce jednak Pan Jezus, kierując się litoś­cią i miłością, słowo „znowu” zamieni na słowo „zawsze”. Ustana­wiając Eucharystię Pan Jezus znalazł sposób, aby nakarmić każde­go, który będzie łaknął, aby uczynić to na każdym miejscu i w każ­dym czasie: wszędzie i zawsze.
Odczytując opowieść o powtórnym rozmnożeniu chleba i ucze­stnicząc w Eucharystii mamy uświadomić sobie, że miłość nie jest pojedynczym wyczynem, że akty miłości trzeba ciągle powtarzać.
Nie wystarczy przebaczyć tylko jeden raz. Trzeba będzie prze­baczyć znowu, gdy nieszczęsny recydywista przyjdzie po przeba­czenie. Nie wystarczy przebaczyć nawet siedem razy, bo należy to czynić 77 razy, czyli zawsze. Nie wystarczy raz nakarmić głodnego. Za parę godzin będzie on znowu głodny. Czy mam więc karmić głodnego 7 razy ? „Powiadam ci, nie 7 razy, ale 77 razy...”. Nie wystarczy jeden raz oświecić kogoś światłem prawdy. Nasz uczeń ła­two czegoś zapomni, albo odkryje na drodze do prawdy nowe trudności i wątpliwości. Nie darmo mówią, że „powtarzanie jest matką nauki”. Pewne prawdy, napomnienia i upomnienia trzeba ciągle powtarzać.
Św. Wincenty a Paulo, podczas kierowania parafią w Chatillon les Dombes, odkrył pewnego razu rodzinę, w której wszyscy pocho­rowali się i z tego powodu przymierali głodem, gorliwy proboszcz zaapelował do parafian, by pospieszyli z pomocą potrzebującym. Miał ogromną siłę przekonywania, bo przed domem ubogiej rodzi­ny się tłum sąsiadów ze stosami wiktuałów. Trzeba było tym wszystkim dobrze pogospodarować, żeby nic się nie zepsuło. Wtedy ks. Wincenty zrozumiał, że miłość, a w szczególności miłosierdzie, nie może być tylko spontanicznym przypadkiem, lecz powinno być ono w najlepszym tego słowa znaczeniu „instytucją”. Św. Wincenty stworzył wiele takich instytucji i istnieją one i działają do tej pory.
My również często używamy słowa „znowu”. Stawiamy jednak przy nim znak zapytania. „Znowu mi to zrobiłeś, a ja mam ci prze­baczyć?”. „Niedawno dałem ci 100 złotych, a ty znowu przychodzisz po pożyczkę?”. „Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie chodził bez czapki, a ja znowu nam ci stawiać bańki?”. Jeśli miłość pozwoli nam od tego słowa odjąć znak zapytania, to może i nam uda się, jak Panu Jezusowi, zamienić to słowo na słowo „zawsze”!

Pomyśl dziś: Wielu ludzi chodziło za Jezusem, bo uważano Go za niezwykłego człowieka. Wielu oczekiwało cudu uzdrowienia, uwolnienia. Niektórzy chodzili za Nim ze zwykłej ciekawości.
On nikogo nie odrzuca, pozwala, by każdy znalazł swoje miejsce, by mógł słuchać Jego nauki. Jego słowa dają nadzieję, dają sens, pozwalają często pogmatwane życie rozpocząć na nowo. Ludzie, którzy słuchają Jezusa, zapominają o tym, co przyziemne. Jego nauka daje moc, zachwyca, porywa.
Jezus widzi pragnienie, z jakim człowiek przychodzi do Niego. Widzi biedę, ubóstwo człowieka pozbawionego miłości.
Jako Pan, Zbawiciel, Dobry Pasterz, nie pozwoli nikomu odejść z pustymi rękami, nie pozwoli odejść głodnym, spragnionym, daje jeść, pić. Miłość Chrystusa wypełnia serca słuchających, syci głód i pragnienie.
Eucharystia to pokarm w drodze do nieba.
Bóg przychodzi do mnie, do ciebie, pod postacią kawałka chleba, w kroplach wina, by zaspokoić to, czego świat nigdy nie będzie w stanie zaspokoić.!
PRAGNIENIE MIŁOŚCI.

W EUCHARYSTII JEZUS MÓWI: KOCHAM CIĘ ZAWSZE.!
CZY DZIĘKUJĘ BOGU ZA DAR EUCHARYSTII?
CZY DOCENIAM TO, ŻE MAM DOSTĘP DO CZĘSTEJ EUCHARYSTII?


lutego 09, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) – Miłość sercem Ewangelii

lutego 09, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) – Miłość sercem Ewangelii
Ukochani Bracia i Siostry!  W dzisiejszej Ewangelii Chrystus Pan zrobił aż trzy wzmianki na temat piekła. Otóż każde zdanie Ewangelii napełnione jest Bożą miłością do nas. Również kiedy Chrystus Pan mówi o piekle i potępieniu wiecznym, jest to słowo serdecznej miłości do człowieka – słowo, ostrzegające nas przed straszliwą pustoszącą mocą grzechu. Jeśli zauważę miłość Bożą. jaka przenika ewangeliczne przestrogi przed wiecznym potępieniem, szybko się opamiętam z moich grzechów. I jeszcze więcej: Miłość Boża zawarta w słowach Chrystusa ogarnia wówczas mnie samego i zaczyna być przedmiotem mojej głębokiej troski, ażeby nikt z moich bliskich i znajomych nie chodził drogami, które prowadzą do zguby wiecznej.
Kto nie zauważy tego, że słowa Ewangelii mówiące o potępieniu wiecznym przeniknięte są Bożą miłością, ten popadnie w nerwicowy lęk przed piekłem, albo odrzuci tę prawdę jako rzekomo przestarzałą, lub nie będzie jej umiał pogodzić z prawdą o nieskończonym Bożym miłosierdziu.
Ale przejdźmy  - moi drodzy - do głównego tematu dzisiejszej Ewangelii. Pan Jezus przychodzi do nas dzisiaj jako Boski Prawodawca, który ogłasza człowiekowi na nowo i ostatecznie prawo moralne. Czyni to autorytetem własnym, zupełnie inaczej niż prorocy. Prorocy nauczali autorytetem nie własnym, tylko Bożym, toteż w ich mowach często powtarzają się zwroty: „to mówi Pan”, „słowo Pana”, „wyrocznia Pana”. W miejsce tych zwrotów Pan Jezus używa formuły, której ani razu nie spotkamy u żadnego proroka. Mówi: „A Ja wam powiadam”. Bo mówi autorytetem własnym, jest bowiem Synem Bożym, równym Przedwiecznemu Ojcu i bez reszty z Nim zjednoczonym.
Ktoś słuchający dzisiejszej Ewangelii powierzchownie mógłby sądzić, że Pan Jezus wprowadza obostrzenia do przepisów Starego Testamentu. W Starym Testamencie powiedziano: Nie zabijaj; a Ja wam powiadam: w ogóle się nie gniewaj na swego brata. Powiedziano: nie cudzołóż; a Ja powiadam: Każdy, kto pożądliwie spojrzy na kobietę, już się dopuścił cudzołóstwa. Powiedziano: nie przysięgaj fałszywie; a Ja powiadam: Niech każda wasza mowa będzie: Tak, tak, nie, nie.
Otóż nigdy dość przypominania, że każde zdanie Ewangelii jest przepeł­nione miłością i do miłości wzywa. Choćby się człowiekowi wydawało, że dany fragment Ewangelii zrozumiał doskonale, nie rozumiem go zupełnie, dopóki nie rozpoznam zawartej w nim miłości i nie poczuję się do tej miłości pociągnięty. Otóż zauważmy, że pozornie rygorystyczne przykazania Pana Jezusa przepełnione są wezwaniem, żebym drugiego człowieka zaczął wreszcie naprawdę szanować i kochać.
Powiedziano waszym ojcom: Nie zabijaj! Jest to oczywiście zakaz ze wszech miar słuszny. Ale zakaz taki znajdziesz nawet w kodeksie prawa karnego. Ty jednak staraj się nawet słowem nie zranić swojego brata, wyrzuć z swego serca wszelkie złe uczucia przeciwko niemu. Krótko mówiąc: staraj się go naprawdę kochać, staraj się zrozumieć jego punkt widzenia. Staraj się rzetelnie chcieć jego dobra, nawet jeśli wasze interesy się ze sobą wzajemnie krzyżują. Nawet jeśli widzisz w nim zło, to jeszcze nie powód, abyś go potępiał albo mu złem na zło odpowiadał. Raczej zastanów się czy nie mógłbyś jakoś pomóc mu do opamiętania.
Powiedziano waszym ojcom: Nie cudzołóż! Ale tego zakazu przestrzegają nawet ci, którzy nie chcą ściągać na swoją głowę niepotrzebnych kłopotów, a nawet ci, którym zależy tylko na dobrej opinii u ludzi. Ty jednak – powiada do nas Pan Jezus – nawet swoje spojrzenia oczyść z pożądliwości. Zauważ, że człowiek drugiej pici jest równą ci osobą – podobnie jak ty kochaną przez samego Boga, zdolną do czynienia dobra, wezwaną do życia wiecznego. Nie ulegaj ciemnym fascynacjom sprawami płci, bo zepsujesz w sobie to, co jest w tobie najbardziej ludzkiego. Zepsujesz w sobie zdolność do miłości. Swoją płciowość powinieneś zachować we czci nie tylko dlatego, że w tym wymiarze poczęły się lub zostaną poczęte twoje dzieci. Zachowanie Bożego prawa w kierowaniu swoim instynktem płciowym będzie ci pomagało zobaczyć w drugim człowieku równą ci ludzką osobę, pomoże ci przezwyciężyć niedobre skłonności do instrumentalnego traktowania innych ludzi. Kiedy Pan Jezus powiada: Cudzołóstwem jest samo nawet pożądliwe patrzenie na kobietę – nie jest rygorystą. On pragnie, abyśmy zobaczyli, że nasza płciowość jest darem Bożym, dzięki któremu możemy się uczyć również duchowych prawd na temat godności swojej własnej oraz godności drugiego człowieka.
Spróbujmy zobaczyć, że również to, co Pan Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii na temat rozwodów, nie jest rygoryzmem, tylko pełnym Bożej mocy wezwaniem do miłości. Mówi Pan Jezus: Każdy, kto porzuca swoją żonę, naraża ją na cudzołóstwo, a kto by z porzuconą się ożenił, dopuszcza się cudzołóstwa. Wielu współczesnych ludzi odrzuca tę naukę spontanicznie i stanowczo. Czasem, zapominając o tym, że jest to przecież wyraźna nauka Pana Jezusa, ludzie ci obwiniają Kościół, że jest taki rygorystyczny i przestarzały. Ludzie ci pytają: A jeśli małżonkowie się nie dobiorą i jeśli jest im ze sobą źle, to czy aż do końca życia mają się tak wzajemnie męczyć i żyć ze sobą jak pies z kotem? Czy to możliwe, że Pan Jezus stawia im nawet wówczas takie żądanie? Przecież to nieludzkie! – powiadają.
Otóż powtórzmy: Nie rozumiemy nakazów Ewangelii, dopóki nie zoba­czymy tej miłości, jaka je przepełnia. Pan Jezus z pewnością żadnym małżonkom nie nakazuje tego, żeby się męczyli ze sobą jak pies z kotem. Pan Jezus powiada: Niech mąż nie opuszcza żony ani żona męża. Ale powiada tak dlatego, że jest Bogiem miłości, który stara się wierzyć w człowieka nawet wówczas, kiedy człowiek przestaje już wierzyć w samego siebie. Ludzie – mówi Jezus do skłóconych małżonków – nie przekreślajcie swoich całoosobowych zaangażowań! Przecież włożyliście już w to małżeństwo najlepszą część swojego życia! Nie pozbawiajcie waszych dzieci normalnej rodziny! Otwórzcie wasze oczy na to światło, dzięki któremu zobaczycie swoje małżeństwo nie tylko w perspektywie krzywd, jakie sobie wzajemnie zadaliście i jakich od siebie doznaliście. Uwierzcie, że naprawdę istnieje taka miłość, która przemienia człowieka! Choćby na razie tylko jedno z was się na tę miłość głębiej otworzyło, już stanie się coś dobrego z waszym małżeństwem! Uwierzcie ponadto, że różne sytuacje trudne do uniesienia i trudne do uleczenia można przemieniać w życiodajny krzyż. Te same uciążliwości, które dotychczas czyniły twoje życie małżeńskie czymś nieznośnym, zaczną się przyczyniać do odbudowania waszej wspólnoty, jeśli spróbujesz je przyjmować w tym Duchu, którego nam przynosi Jezus. Krótko mówiąc, nie zrozumiemy słów Chrystusa Pana, w których nam zakazuje rozwodów, dopóki w ich tle nie usłyszymy: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię i znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”.
Myślę sobie w tej chwili o tych nowożeńcach, którzy pobrali się dopiero wczoraj, i o tych, którzy wezmą ślub w przyszłości. Kochani, trzymajcie się mocno tej miłości, która płynie z Chrystusa – a te problemy, o których mówiliśmy przed chwilą, nigdy nie będą was dotyczyły. Życzę wam, cały Kościół Boży wam życzy, aby życie wasze było szczęśliwe. Tym szczęściem, jakie z samego Boga płynie.
A was, drodzy Chorzy z naszej parafii i nie tylko, których Światowy Dzień wczoraj obchodziliśmy, serdecznie proszę: Nie zapominajcie w waszych modlitwach i cierpieniach o tych małżonkach wśród waszych bliskich i znajomych, którzy szczególnie potrzebują waszej duchowej pomocy. Kto wie, może również dlatego jest tyle nieszczęścia i rozwodów w naszych małżeństwach, że się za mało za siebie wzajemnie modlimy. Zatem jedni drugich brzemiona nośmy, a tak wypełnimy prawo Chrystusa. Amen.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger