kwietnia 03, 2019

Syn Boży ożywia tych, których chce

kwietnia 03, 2019

Syn Boży ożywia tych, których chce

Słowo Boże na dziś

Środa, 4 tydzień Wielkiego Postu
Jan 5,17-30
Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ uzdrowił w szabat. Lecz Jezus im odpowiedział: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam”. Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachował szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu. W odpowiedzi na to Jezus im mówił: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że nadchodzi godzina, nawet już jest, kiedy to umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą. Podobnie jak Ojciec ma życie w sobie, tak również dał Synowi: mieć życie w sobie samym. Przekazał Mu władzę wykonywania sądu, ponieważ jest Synem Człowieczym. Nie dziwcie się temu! Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny, na zmartwychwstanie potępienia. Ja sam z siebie nic czynić nie mogę. Tak, jak słyszę, sądzę, a sąd mój jest sprawiedliwy; nie szukam bowiem własnej woli, lecz woli Tego, który Mnie posłał”.

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Czas wielkopostnego wzrastania, wzrastanie poprzez współpracę z łaską, jakiej udziela nam Bóg Ojciec, poprzez otwarcie się na dar Jego Obecności pośród nas. Co ma na celu? Jaki wytycza nam cel, kiedy wspólnie zamyśliliśmy się nad tą najpiękniejszą i fundamentalną prawdą naszej wiary: o Bogu, który jest miłością; kiedy czyniliśmy refleksję nad tym, iż niejednokrotnie przychodzi nam tracić tę miłość; doświadczenie tej miłości poprzez swoją grzeszność, ale i w pokorze serca, przyznając się do tej grzeszności i stając przed Bogiem, doświadczamy właśnie tu, pośród różnych zranień, Jego pełnej miłości, Jego obecności, która uzdrawia i leczy.
 
Przechodzimy tę drogę zamyślenia, aby stawać się żywą świątynią Boga, aby miłość Boga, która rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, mogła coraz pełniej upodabniać nas do Chrystusa, do Umiłowanego Syna Boga.
 
W człowieku jest jakieś wewnętrzne pragnienie tworzenia, budowania. To budowanie naszego wnętrza, naszej duchowej świątyni; to budowanie, które przybiera tego duchowego charakteru, kiedy poprzez ufną wiarę, poprzez spotkanie z Bogiem, w Jego Słowie, Eucharystii, poprzez spotkanie z Tym, który jest obecny w każdym Sakramencie, budujemy i odnawiamy w sobie tę żywą świątynię, stając się żywymi kamieniami świątyni, którą wznosi Bóg.
 
Jest tak, iż ludzkie budowanie zmierza ku czemuś trwałemu: ku intymności, ku zadomowieniu, ku wolności; jest zapowiedzią walki ze śmiercią, z przemijaniem, z brakiem bezpieczeństwa, z lękiem, z samotnością. Dlatego ludzka wola budowania spełnia się w budowaniu świątyni, w budowli, do której człowiek zaprasza Boga.
 
Świątynia jest wyrazem tęsknoty człowieka do tego, by mieć za współmieszkańca Boga, by móc mieszkać u Boga, i w ten sposób doświadczać doskonałego rodzaju zamieszkania, doskonałej wspólnoty, która na zawsze usuwa samotność i lęk, która przynosi pokój i stabilność.
 
Prawdziwa świątynia jest niezniszczalna. Buduje ja sam Bóg w sercach tych, którzy Go miłują, którzy w Niego wierzą. My jesteśmy niezniszczalną świątynią Boga.
 
Stąd też jesteśmy wezwani do tego, by doświadczyć żywej wspólnoty z Bogiem. To jest nasz Wieczernik. Wieczernik, jako miejsce modlitwy. Wieczernik, jako miejsce, w którym Chrystus pochyla się ku nam, aby obmyć nas z brudu grzechu; pochyla się pokornie, aż do naszych stóp, tak, jak to uczynił w Wieczerniku wobec swoich uczniów, Apostołów.
 Jesteśmy w Wieczerniku, gdzie Chrystus dzieli z nami tę Obecność, jaką podzielił ze swoimi uczniami, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, Moje Ciało…Moja Krew”. Jesteśmy w Wieczerniku, gdzie Chrystus przyodziewa nas w moc Ducha Świętego. I dobrze, że tu jesteśmy. Bo, aby móc stać się orędownikiem Dobrej Nowiny, potrzeba, abyśmy byli w Wieczerniku; potrzeba, abyśmy wyszli właśnie stąd, jak wyszli niegdyś uczniowie, i których dziedzictwo wiary nosimy w swoich sercach, i których dziedzictwem wiary cieszymy się u schyłku XX wieku. Chrystus zaprasza nas i wzywa, abyśmy stali się na podobieństwo nich, orędownikami Dobrej Nowiny. Chrystus, który wyposaża nas we wszystko, co jest potrzebne, aby to świadectwo urzeczywistnić sobą, będąc żywą świątynią Chrystusa.
Nikomu więc nie godzi się pozostawać bezczynnie. Chrystus potrzebuje twoich i moich rąk. Chrystus pragnie się posłużyć twoim słowem. Chrystus pragnie wyrazić się darem twojej miłości i życzliwości. Zjednoczeni więzami wiary, zapałem umiłowania Chrystusa, służmy sobie nawzajem, uwielbiajmy w modlitwie Chrystusa, i gościnnie przyjmujmy wszystkich, którzy staną na naszej drodze życia. Niech wszyscy odczują, że pośród nas i w nas zamieszał Ten, który daje miłość i dobro.
 
Dobrze, gdy uczniowie Chrystusa mówią: Nie chcemy być anonimową masą, ale ludem Bożym świadomym nowych wyzwań, otwartym na działanie Ducha Świętego. Kościół żyjący w rodzinach, wspólnotach domowych, i w coraz bardziej braterskich i wspólnotowych parafiach, gdzie dzięki małym grupom zakwita na nowo, jest tą wiosną chrześcijaństwa, o której Ojciec św. niejednokrotnie mówi. Bo parafia, to wspólnota uczniów, gdzie jedni drugim służą, gdzie miłość Chrystusa mierzona jest miłością do tych, pośród których, i z którymi żyjemy na co dzień; służba wobec tych, którzy mieszkają najbliżej, którzy dzielą ze mną swoją codzienność. Oto wyzwanie dla nas: Pozyskiwać dla Chrystusa, poprzez kształtowanie w duchu Chrystusowym relacji z najbliższymi, niejednokrotnie porzucając lęk i zniechęcenie.
 
Życzę ci, abyś może dziś, wychodząc z tego Wieczernika, każdą następną chwilą, i każdym swoim zaangażowaniem, odkrywał, że dla ciebie jest jeszcze miejsce w służeniu Chrystusowi. 
W dzisiejszej Ewangelii usłyszeliśmy słowa Jezusa: “Jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również Syn ożywia tych, których chce”.
Zapytajmy więc: Jakie musimy spełnić wymagania, aby zostać zaliczonym do grona ludzi, którym Jezus udzieli wskrzeszenia do życia wiecznego? Jezus odpowiada: “Kto słucha słowa Mego, i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i ze śmierci przechodzi do życia”. Zatem, abyśmy mogli otrzymać życie wieczne, potrzebne są dwie rzeczy: wiara i słuchanie słowa Bożego.
Mamy wierzyć w Boga. Mamy wierzyć w Chrystusa, który jest Synem Bożym i przyszedł na świat, aby nam przywrócić utracone życie wieczne.
Jaka więc powinna być nasza wiara?
Wiara nie może być wiarą faryzeuszy z dzisiejszej Ewangelii, którzy odrzucili Chrystusa, bo był im niewygodny, za dużo od nich wymagał, wypominał im błędy. Mamy zaś wierzyć jak niemowlę swojej matce. Jest ono pewne, że w ramionach matki znajdzie ciepło, znajdzie ochronę i pomoc. Jeżeli więc bezbronne dziecko oddaje się całkowicie matce, bo odczuwa miłość, pomimo iż jest to tylko ludzka miłość, to o ileż bardziej możemy być pewni pomocy Boga, który kocha nas nie ziemską miłością, ale nadprzyrodzoną. I zapewnia nas o tym prorok Izajasz w dzisiejszym I. czytaniu.
Ale oprócz wiary, trzeba nam jeszcze zasłuchać się w słowo Boże. Jest ono wymagające. Mamy bowiem wyrzec się tego świata. Prawdę tę przedstawiają słowa Jezusa: “Kto miłuje ojca, lub matkę, bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien; kto iłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Jezus ofiaruje się za nas, ale jakże wiele od nas żąda – możemy powiedzieć. Mamy być zawsze gotowi, aby dla Niego poświęcić swoje sprawy: swoje znajomości, karierę, a nawet więzi rodzinne. Oczywiście wielu z nas doskonale zna te słowa Jezusa, ale nie wystarczy tylko słuchać i znać, na nawet głosić słowa Jezusa, bo nasza wiara będzie wówczas martwa – bez naszych uczynków – będziemy wtedy podobni do faryzeuszy. Oni doskonale znali słowo Boże, a jednak Jezus potępił ich za to, że “chodzą w powłóczystych szatach”, że “lubią być znani i szanowani”, że nie przeszkadzają im również oklaski. Iluż to dzisiaj jest takich karierowiczów o zniekształconym obrazie siebie samym? Tkwią oni we własnym błędzie, bo są zamknięci na prawdę, jaką przekazuje nam słowo Boże.
Prawdziwe rozumienie słów Jezusa i wprowadzenie ich w życie będzie wymagać od nas niejednokrotnie ofiary, cierpienia i wyrzeczenia się. Mimo, że Bóg nie stworzył nas dla cierpienia, dla trudów, to takiej sytuacji doświadczamy na co dzień. Jest to cena, jaką musimy zapłacić, aby osiągnąć szczęście nieprzemijające; szczęście, które może dać nam jedynie Jezus Chrystus. Jeżeli chcemy dostąpić wskrzeszenia do życia wiecznego, musimy więc od Chrystusa uczyć się cierpliwości w cierpieniach, w trudnościach, w odrzuceniu i zniewagach, jakich możemy doświadczać na co dzień.
O, Panie, chcę być Twoim naśladowcą. Wspieraj mnie swoim przykładem i swoją łaską, szczególnie gdy cierpienie mi bardzo dokucza i nie mogę sobie z nim dać rady, kiedy mnie ono przytłacza i przerasta moje siły - podtrzymaj; naucz mnie zapierania się samego siebie, abym umiał zapominać o sobie, bym umiał odrywać się od siebie i swoich korzyści. Kiedy zaś ześlesz mi, Panie, mądrość, zdolności, dobre zdrowie, powodzenie, lub popularność – to daj łaskę prawdziwej pokory, pokory, która nie będzie miała nic wspólnego z faryzejską obłudą i zakłamaniem. AMEN.
 

kwietnia 02, 2019

Uzdrowienie paralityka w sadzawce Betesda

kwietnia 02, 2019

Uzdrowienie paralityka w sadzawce Betesda

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 4 tydzień Wielkiego Postu
Jan 5,1-3a.5-16

Było święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się Sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: „Czy chcesz stać się zdrowym?” Odpowiedział Mu chory: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną”. Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje łoże i chodź”. Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził. Jednakże dnia tego był szabat. Rzekli więc Żydzi do uzdrowionego: „Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża”. On im odpowiedział: „Ten, który mnie uzdrowił, rzekł do mnie: Weź swoje łoże i chodź”. Pytali go więc: „Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź i chodź?” Lecz uzdrowiony nie wiedział, kim On jest; albowiem Jezus odsunął się od tłumu, który był w tym miejscu. Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. Człowiek ów odszedł i doniósł Żydom, że to Jezus go uzdrowił. I dlatego Żydzi prześladowali Jezusa, że to uczynił w szabat.

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Panie, nie mam człowieka, aby mnie wsadził do sadzawki (J 5,7).
1. W dzisiejszych czasach dość często, zwłaszcza w wielkich miastach, ludzie nie znają się. Przyczynia się do tego współczesna urbanizacja, gromadząca w wielkich blokach ludzi różnych okolic i środowisk. Niejednokrotnie zdarza się, że nawet o umierającym człowieku nie wiedzą współmieszkańcy z bloku, Prze­cież nie wiadomo – tłumaczą – kto tu mieszka, kiedy wychodzi do pracy, czy jest obecny. Mamy swoje sprawy, nie zajmujemy się drugimi. Dopiero biolo­giczny rozkład ciała daje znać współmieszkańcom, że stało się coś nadzwyczaj­nego, że trzeba szukać przyczyny, zacząć działać. Dochodzą w końcu do stwier­dzenia, iż umarł człowiek. Kiedy – nie wiadomo?
2. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie daje nam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: Panie, nie mam człowieka, aby mnie wsadził do sadzawki. Pan Jezus spotykał różnych ludzi, ale najczęściej potrzebującego człowieka: jego życzliwego serca, dobrotliwych rąk, serdecznego słowa, promiennego uśmie­chu na twarzy. Wiedział, że życie ludzkie nie jest łatwe, dlatego człowiek nie chce sam zostawać w trudzie codziennych kłopotów. Ewangeliczny człowiek nie jeden raz miał z pewnością pierwszeństwo, odczekaną kolejkę w szeregu ludzi pragną­cych skorzystać z cudownej sadzawki w Betsaidzie. Ewangelia wspomina, iż od 38 lat cierpiał na chorobę. Ale niestety, nikt nie podał mu dłoni. Wręcz odwrot­nie: Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną – z przykrością oświadcza dobremu Zbawcy. Zabrakło ludzkiego, serca pomocnych ludzkich dłoni. Z cu­downej mocy źródła korzystał ktoś następny z szeregu, on zaś zostawał odsunię­ty. Trzeba, żeby dopiero przyszedł Chrystus, zainteresował się nim, jego ka­lectwem, opuszczeniem i nędzą. To dopiero Zbawca dostrzegł obok siebie czło­wieka czekającego na pomoc, potrzebną łaskę.
3. W powyższej Ewangelii zgromadzenia eucharystycznego Jezus uczy nas, jakimi mamy być w życiu, jak mamy realizować jedno z najważniejszych przy­kazań – nakaz miłości bliźniego. Pragnie nas uwrażliwić, żebyśmy nie szli za­patrzeni tylko w siebie, w swoje sprawy i potrzeby, wszelkimi siłami dążyli do ich realizowania, ale żebyśmy obok siebie dostrzegali drugiego człowieka, okazali mu wiele życzliwości serca i przychodzili mu z pomocą. Aby w dzisiejszych cza­sach nie spotykano ludzi podobnych do człowieka z Ewangelii, obok którego przesuwały się tłumy, ale bez serca, zapatrzone w siebie i w swoje sprawy. Pan Jezus chce przypomnieć, że w życiu potrzeba nam drugiego człowieka. Któż z nas przewidzi, jaką drogę życia wytyczy nam los w dniu jutrzejszym, w jakiej sytuacji znajdziemy się za rok, dwa, kilka lat. Może i my będziemy podobni do ewangelicznego człowieka czekającego przy sadzawce w Betsaidzie. Inni będą przechodzić koło nas i uprzedzać w korzystaniu z radości i szczęścia.
4. Człowiek przy Sadzawce Betesda chciał skorzystać z łaski Boga, do­brodziejstwa przywracającego mu zdrowie i siły, pozwalającego wrócić mu do normalnego życia wśród ludzi. Dla nas nie tylko raz w roku porusza się źródło bożej łaski. Nie musimy tygodniami czekać na ten moment. Dobry Bóg daje nam zawsze łaskę, my tylko musimy chcieć z niej korzystać.
Pomyślmy podczas Mszy św. kim jesteśmy: tymi, którzy czekają na łaskę, a inni nas uprzedzają; tymi, którzy potrzebują pomocy człowieka? A może mamy być przychodzącym Chrystusem dla kogoś?
Okres Wielkiego Postu, pojednania z Bogiem – to czas oczekiwania przed sadzawką Bożego Miłosierdzia. Rozglądnę się, czy ktoś wokół mnie nie potrze­buje człowieka – mnie, aby przy mojej pomocy skorzystać z bożej łaski i po­jednać się z Bogiem.
 

kwietnia 01, 2019

Uzdrowienie syna urzędnika królewskiego

kwietnia 01, 2019

 Uzdrowienie syna urzędnika królewskiego

Słowo Boże na dziś


Poniedziałek 4 tydzień Wielkiego Postu
J 4, 43-54

Jezus odszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie, kiedy jednak przyszedł do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A był w Kafarnaum pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, był on już bowiem umierający. Jezus rzekł do niego: «Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie». Powiedział do Niego urzędnik królewski: «Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko». Rzekł do niego Jezus: «Idź, syn twój żyje». Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i poszedł. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, kiedy poczuł się lepiej. Rzekli mu: «Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka». Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, kiedy Jezus rzekł do niego: «Syn twój żyje». I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Urzędnik królewski przybył z Kafarnaum do Kany, by prosić Jezusa o uzdrowienie swego umierającego syna. Myślał, że zaprosi Jezusa do siebie. A tam, w jego domu, Jezus uzdrowia dziecko. Widzimy, że Jezus najwyraźniej nie chciał iść. Człowiek ten przynaglał Jezusa: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko.” Wtedy Jezus wypowiedział słowa, które urzędnik ten zapamiętał na całe życie: „Idź, syn twój żyje. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.” To jednak nie była jeszcze ta głęboka wiara płynąca z przekonania, że Jezus jest Bogiem, Panem. Szedł pchany nadzieją, że syn będzie zdrowy, a jednocześnie szedł, bo cóż miał robić. Jezus nie zgodził się pójść z nim do jego domu, by tam osobiście uzdrowić syna. Człowiek ten chwytał się nadziei, powtarzał sobie te słowa Jezusa: „Idź, syn twój żyje.” Następnego dnia, gdy był jeszcze w drodze, spotkał swoje sługi. Ich słowa zadziwiły go. Syn żyje, jest zdrowy. A polepszyło się jego zdrowie dokładnie w czasie, gdy Jezus wypowiadał do niego słowa: „Idź, syn twój żyje.”
Kochani moi, dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam swoisty dialog człowieka z Jezusem, czyli najpiękniejszy czyn, jakim jest modlitwa. Człowiek ze swoim problemem przychodzi do Jezusa, z całą głębią swego człowieczeństwa staje przed Panem i mówi do Niego, i prosi, a Pan daje odpowwiedź - to jest modlitwa życia. Na podstawie tego ewangelicznego spotkania urzędnika królewskiego z Jezusem, powiedzmy sobie dziś czym jest modlitwa i jakie ma znaczenie w naszym życiu.
Modlitwa, to przebywanie z Bogiem, a przebywanie z Bogiem jako najlepszym Ojcem i Przyjacielem, Bratem, ukochanym Bogiem, ma wypełniać cały nasz dzień, nieustannie. I tego się trzeba nauczyć, szczególnie dzisiaj, kiedy to cywilizacja tak przygniata człowieka, a wygodnictwo życia tworzy bardzo często lenistwo duchowe.
I trzeba się dzisiaj zastanowić nad sposobami tego naszego przebywania z Bogiem, i nawet dokonać pewnej rewolucji duchowej w swojej duszy, ażeby to, co współczesny człowiek nazywa modlitwą, nie było dla niego uciążliwością. Bo jak może być uciążliwością rozmowa z Tym, kogo się kocha?
Kiedy Mojżesz rozmawiał z Bogiem, to rozmawiał w taki sposób: “Bóg mówił do Mojżesza twarzą w twarz, tak, jak mówi przyjaciel do swego przyjaciela”, a więc rozmawiali ta po prostu, bez żadnej kartki, bez żadnego modlitewnika, podręcznika; mówili to, co im serce dyktowało. Panu Bogu nie zależy na wyklęczanych kolanach, złożonych rękach, wypowiedzianych paciorkach – Jemu chodzi o kontakt, Jemu chodzi o przebywanie z Nim, i niezależnie od tego, co robisz, co myślisz, co działasz, gdzie jesteś – żeby z Nim być, do Niego mówić, na zasadzie tej zwykłej ludzkiej tęsknoty. Jeśli córka wyjedzie ci za granicę, to nosisz przy sobie jej zdjęcie i co chwila spoglądasz na to zdjęcie, i jesteś tam, po drugiej strony granicy. A Bóg, który jest najważniejszy w życiu katolika? Dlatego trzeba rozpocząć nieustanny dialog, nieustanne przebywanie z Nim.
Sobór Watykański II wypracował w teologii modlitwy pojęcie wyobraźni teologicznej, która bardzo pomaga człowiekowi kontaktować się z Bogiem. Polega to na tym, że wyznaczamy przed sobą, przy sobie, obok siebie miejsce obecności osoby z którą chcemy rozmawiać, np. z Panem Jezusem, Matką Najświętszą, jakimś Świętym. Dlatego Bóg pozostawił nam po sobie wizerunek, widzialny znak, dzięki któremu możemy sobie jeszcze bardziej przybliżyć Jego obecność, obecność Boga, Maryi, obecność Świętych. I dlatego, jeżeli wyznaczasz miejsce obecności Temu, do kogo chcesz mówić, i wyobrazisz sobie, że On, Ona jest w tym miejscu, gdzie ty się modlisz, to wtedy będziesz jeszcze bardziej odczuwać Ich obecność, bo Oni tam będą przy tobie. Bóg w danym momencie, w danej chwili będzie przed nami, z nami, bo my Go wołamy, prosimy, tak jak Samuel, i mówimy przed Nim: “Oto jestem...”. I wtedy do Niego mów, jak przyjaciel z Przyjacielem, “twarzą w twarz”. I wtedy nie będziesz się modlić do obrazu, ani do kolan, bo cię bolą, ani do paciorków, które ci się pomylą, bo już potrafisz się wypowiadać; wtedy będziesz mówić do Osoby, przed którą stanąłeś, którą sobie wyobrażasz, ażeby łatwiej do Niej mówić.
Stąd my, katolicy, nie modlimy się do obrazu, do figury, do krzyża – byłoby to bałwochwalstwem – my rozmawiamy z Bogiem, z Niebem, przez obraz, przez figurę, przez krzyż. “Wszystko, co czynicie: czy jecie, czy śpicie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie, wzywając imienia Pana”, a więc każda konkretna nasza ludzka sytuacja, zaopatrzona w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa, jest przekazywana Jemu, i w to Imię święte ma być początkiem rozmowy, czyli tego kontaktu z Bogiem. Tak po prostu i zwyczajnie, przed każdą myślą i działaniem wymów najpierw Jego Imię i już w to Imię będziesz działać, myśleć i prosto z serca popłynie do Niego twoja modlitwa. Jak będziesz wypowiadać Imię święte, to od razu powiedz całe zdanie, odnieś tę konkretną sytuację, w której się w danym momencie, w danej chwili znalazłeś, do Boga, powiedz Mu, co teraz robisz, lub masz zamiar robić. Tak samo, kiedy ci ciężko, od razu Mu o tym powiedz. Jeżeli chcesz coś ukraść, powiedz: Panie, Jezu, ja chcę ukraść. Nie ukradniesz. Jeżeli chcesz komuś złorzeczyć, to powiedz: Jezu, ja chcę złorzeczyć. Będzie nie złorzeczenie, ale błogosławieństwo. I tak w każdej sytuacji życiowej, kiedy połączysz się z Nim, i wypowiesz najpierw Jego imię, to sama ta sytuacja, w której się znajdujesz, staje się już modlitwą.
Następna sprawa: Powiadasz, że ulegasz rozproszeniom, bo twoje modlitwy wypowiadane przerywane są różnymi myślami, a nawet pokusami. I dzieje się tak dlatego, bo twoja dojrzała dusza nie znosi już tego, co było dobre dla duszy dziecka ze szkoły podstawowej. A dusza chce, abyś rozmawiał z Bogiem jak przyjaciel z przyjacielem, swoimi zdaniami, i dlatego, jeśli człowiek posługuje się swoimi modlitwami ustalonymi, które zna na pamięć, to z jednej strony wkrada się bezmyślność wypowiadania i automatyczność mówienia, a z drugiej strony nakładają się na tę modlitwę ustaloną życiowe sprawy. I trzeba zrozumieć, że rozproszenie, to zdenerwowanie: to denerwowanie się na siebie, na sytuację zewnętrzną czy działanie szatana. Zupełnie inaczej wygląda modlitwa, kiedy się weźmie całą rzeczywistość modlącego się człowieka, bo on się modli w taki sposób: “Ojcze nasz, któryś jest w niebie...” i za chwilę łapie się na myśli: a co ja jutro ugotuję na obiad, bo jest piątek, nie, ja mam się modlić: “bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi...” – a mój syn, czy przyjedzie na święta z wojska? – nie, jak mam się modlić: “I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – a ta moja wredna sąsiadka tak mi dokuczyła. I wtedy człowiek się denerwuje, uważa, że to nie jest modlitwa. A później na to wszystko nałożone jest to zdenerwowanie, że to co robisz, to jest pomieszane w jakieś wojsko, w jakiś obiad, jakaś sąsiadka – tak się dzieje, kiedy człowiek nie jest uświadomiony tego, co się z nim dzieje. Bo to jest modlitwa, mówienie do Pana Boga podwójne. Bo na tej modlitwie ustalonej, jakby na taśmociągu człowiek oddaje Bogu swoje życiowe sprawy. Bo jeśli wypowiadamy zdania, które nie należą do nas samych, to wtedy te zdania, nawet słowo kojarzy nas z konkretnymi sytuacjami życiowymi. I to właśnie dlatego one z taką natarczywością przychodzą do nas, które są jakby naszą prawdziwą modlitwą, które są uniesieniem do Boga i dlatego trzeba zrozumieć, jak taka modlitwa, mówienie do Pana Boga wygląda: “Ojcze nasz, któryś jest w niebie – Co ja jutro ugotuję na obiad?”. I nie wie wtedy człowiek, że słowo “Ojciec” skojarzyło go z konkretną sytuacją rodzinną, bo ojciec, to mąż, który wróci z pracy i trzeba dać mu jeść. “Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi” – A ten mój syn, czy wróci z wojska, czy przyjedzie na święta? I tutaj słowo “wola” skojarzyło człowieka z chęcią, wolą, aby syn przyjechał z wojska na urlop. I dlatego mówimy “Bądź wola Twoja” odnośnie swojego syna, ażeby przyjechał z wojska. Słowo “wina”, winowajczyni skojarzyła modlącego z tą sąsiadką, która dokuczyła. I wtedy człowiek się pyta, co ma robić. Wtedy ta modlitwa z sytuacjami życiowymi jest prawdziwa, jest odniesiona konkretnym życiem do Boga.
Jeśli chcesz, by modlitwa “ustalona”, tzn. wszystkie przepiękne Litanie, wszystkie słowa we Mszy św., wszystkie inne zdania z modlitewnika stały się twoje, żywe, to należy posługiwać się właśnie tą wypracowaną przez Sobór wyobraźnią teologiczną, a więc wyobrazić sobie każde słowo tej modlitwy. I wtedy, przez wyobraźnię, twoje życie znajdzie się w tych słowach, zostanie ta modlitwa ubrana, ogarnięta twoim życiem. I dlatego, jeżeli na twojej modlitwie, rozmowie z Bogiem, przyjdzie ci na myśl obiad, sklep, wyjazd, to nie mów dalej “Pod Twoją obronę...”; wystarczy, że powiedziałeś jedno zdanie i dalej mów swoimi zdaniami; opowiedz Panu Bogu o wszystkim i wtedy będziesz się cieszył, twoja dusza będzie oddychała dialogiem z Bogiem.
Módlmy się więc, Bracia i Siostry, do dobrego Ojca, który jest w niebie, w każdej sytuacji twojego życia, każdą godziną i minutą dnia. Módlmy się do Ducha Świętego o wiarę, o ufność, by w nas Jezus mógł odnajdywać pocieszenie, by w nas Jezus mogł dokonać cudu uzdrowienia. Byśmy potrafili wierzyć i ufać także za tych, którzy wiary i ufności nie posiadają. Módlmy się, a Bóg będzie nam błogosławił. AMEN.          


marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec nieskończenie dobry

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec nieskończenie dobry
Ukochani Bracia i Siostry! Znawcy ścieżek, którymi chodzi człowiecze myślenie mówią, że ludzie dziś żyjący czują się coraz bardziej dorośli. Chcą być w swoim postępowaniu coraz bardziej samodzielni. Nie lubią wskazówek, poleceń, przykazań. Jeżeli mamy nawiązać do przypowieści, której wysłuchaliśmy przed chwilą, oznacza to chęć wyzwolenia się z zależności od Ojca. Bo człowiek chce sam wybierać sobie styl życia, sam wytyczać drogi, którymi będzie kroczył - co jednak najważniejsze - sam chce decydować co dobre dla niego, a co złe, a może raczej - co wygodne, lub niewygodne.
Wybieranie drogi wygodnej i szerokiej prowadzi „na zatracenie" - jak nas tego uczył Pan Jezus, prowadzi do katastrofy. Przypowieść przed chwilą czytana pokazuje drogę samowolnego syna, drogę, która prowadzi do sytuacji poniżającej jego godność, prowadzi do upodlenia człowieka.
Bohater ewangelicznej przypowieści znajdując się w takiej sytuacji przypomina sobie Ojca, przypomina sobie dom, „wstanę i wrócę do mojego Ojca"! Takie jest jego postanowienie. Dziś wielu ludzi nie stać na takie słowa!
Zapytani dlaczego kradną strąki, które są przeznaczone dla świń odpowiadają z prostotą, że nie mają dokąd wrócić. Powrót jest niemożliwy. Wyrośli z domu Ojca! A może w ogóle w nim nigdy nie byli. Oni widocznie tylko źle wybrali, pomylili się, dokonując wyboru drogi. Słowo grzech, którym określamy odejście od Ojca, jest dla nich pustym pojęciem. Jedynie sensowne wydaje się im szczere przyznanie do życiowej pomyłki.
Jak dotrzeć z przypowieścią "o Ojcu nieskończenie dobrym" do człowieka, który będąc w poniżeniu nie zna drogi odwrotu? Jeden z amerykańskich kaznodziejów, było to parę lat temu, przekazywał nam tu. w Warszawie, opinię jakiegoś dyrektora zakładu psychiatrycznego w Stanach Zjednoczonych. Otóż ów psychiatra twierdził, że trzy czwarte jego pacjentów nie trafiłoby nigdy do szpitala, gdyby w odpowiednim momencie ktoś im powiedział, że zdejmuje z nich brzemię grzechów, że mogą znowu podjąć trud tworzenia swego życia po ludzku. Nikt nie dotarł do tych ludzi z przypowieścią o Nieskończenie Dobrym Ojcu. Dlaczego tak się dzieje? Przecież Ewangelia o odpuszczeniu grzechów jest głoszona już dwa tysiące lat! Tak. to prawda, ale żeby życiową pomyłkę nazwać grzechem, trzeba zobaczyć związek własnego życia z Bogiem. Żeby zapragnąć ojcowskiego przebaczenia, które pozwala na rozpoczęcie nowego życia, trzeba wiedzieć, że Bóg jest w naszym życiu stale obecny i że zawsze czeka na nasz powrót. Trzeba zapragnąć jedności z Bogiem.
Proszę teraz pomyśleć, jak to bywa w naszym życiu, jakie słowo jest najbliższe szczeremu wyznaniu: "Kocham cię", z którym zwracamy się do osoby bliskiej. Tak - najbliższe jest "przepraszam cię". Dlaczego tak się dzieje? Z osobą kochaną odczuwamy jedność, na osobie kochanej nam po prostu zależy. Dlatego dostrzegamy natychmiast każdy fałszywy krok. Jesteśmy nadal ludźmi wolnymi, ale miłość dyktuje nam sposób postępowania. Tu już nikt nie powie, że mu się nie udało. Teraz ważne jest to, że komuś bliskiemu zrobiliśmy przykrość, teraz jest ważne, że zamiast jedności i zrozumienia rośnie mur nieporozumień i obojętności. Trzeba ten mur rozbijać, dlatego "kocham cię" zespoliło się z "przepraszam cię".
Może w tym porównaniu jest zawarta odpowiedź na pytanie, dlaczego do tak wielu ludzi nie dociera dziś przypowieść o synu marnotrawnym. Nie są świadomi jedności z Bogiem w swoim życiu codziennym. Jeżeli w Niego wierzą, to jest On dla nich osobą daleką, nieobecną w ich powszednim dniu. Może jest najwyżej kimś. kto daje jakieś niezrozumiale polecenia, przykazania, z których właśnie wyzwalamy się w miarę dojrzewania. Jak więc odnaleźć ową jedność z Bogiem? Jaką drogą iść do prostego wyznania: miłuję Cię! Aby konsekwentnie usłyszeć Jego słowa, kto mnie miłuje będzie zachowywał moje przykazania. Mamy zachować naszą wolność, ale pragnienie jedności z Bogiem ma nam dyktować sposób postępowania. A jeżeli od Niego odchodzimy, jeżeli czynami - grzechami naszymi budujemy mur obcości, trzeba ten mur rozbijać. Trzeba nam ciągle powracać do Boga.
Człowiek kochający pragnie jedności z osobą, którą miłuje. Człowiek kochający jeśli wie, że jest kochany nie chce swym postępowaniem zranić osoby najdroższej. Gdy jednak to nastąpi jest pełen ufności, że otrzyma przebaczenie, bo sam miłując wie, że miłość najpełniej przejawia się w przebaczaniu.
W Wielkim Poście zbliżamy się znowu do tajemnicy Męki i Śmierci Jezusa. Z uwagą przyglądamy się Zbawicielowi podczas Jego bolesnej Drogi Krzyżowej. Odkrywamy jeszcze raz prawdę wiary, że miłość Boga do człowieka objawiła się najpełniej w Jezusie Chrystusie. Bóg stał się człowiekiem i podjął to wszystko, co wyrażamy w symbolu krzyża, abyśmy mogli zobaczyć po ludzku, czym jest zraniona przez nas Miłość. Nie ma w tym żadnej przesady, jeżeli dostrzegamy, że ból krzyża jest bolesnym echem naszych grzechów. Bo Jezus niesie ciężar krzyża nie za wszystkich ludzi, ale za każdego człowieka osobno. Jeżeli więc jest On tą zranioną przez nas Miłością, to przywilejem takiej Miłości jest przebaczenie. Za cenę Jego cierpień mamy odpuszczenie grzechów.
Czas już kończyć naszą drugą naukę rekolekcyjną. Słowo Boże dziś skierowane do ciebie nakazuje ci. abyś z prostotą i szczerością stwierdził, gdzie zabrnąłeś. dokąd cię zaprowadziła twoja samowola, uzasadniona źle zrozumianą dojrzałością. Ten trud nazywa się rachunkiem sumienia. Potem pomyśl o tym, że to nie był tylko błąd, ale również ból odtrąconej miłości Ojca. Ten ból najlepiej zobaczysz w tajemnicy Krzyża. To się nazywa: żal za grzechy. Im bardziej będziesz sobie cenił jedność z tym, który jest Miłością, tym mocniejsze będzie twoje postanowienie poprawy. Musisz do tego dodać jeszcze jeden wymiar zła popełnionych przez ciebie czynów. One zawsze uderzają w twoich braci. Nawet te, uczynione najbardziej skrycie, mają swój społeczny wymiar. Dlatego wyznaj grzechy kapłanowi, który jest przedstawicielem tejże grzesznej społeczności, do której sam należysz, ale której poziom życia zależy również od ciebie. Przez posługę kapłana otrzymasz potwierdzenie, że Bóg jest Miłością, to znaczy przebaczeniem. Pozostanie ci jeszcze trudna próba podjęcia naprawy wyrządzonych krzywd.
Przez Chrystusa odnajdziesz swą jedność z Bogiem i ludźmi i będziesz mógł z radością powtórzyć za Apostołem: "Jeżeli ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, oto wszystko stało się nowe".

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec i synowie

marca 31, 2019

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok C) - Ojciec i synowie
Kochani moi, komu Pan Jezus opowiedział przypowieść o pewnym człowieku, który miał dwóch synów? Słyszeliśmy: faryzeuszom i uczonym w Piśmie. Cel był jasny — uciszyć ich szemranie i wykazać, że właśnie celnicy i grzesznicy mają do Niego prawo. Komu dziś przeczytano tę niezwykłą opowieść o pewnym człowieku, który jest ojcem zarówno dla syna — nicponia, jak i dla syna, który nigdy się nie zawieruszył? Spełniamy wiernie rozkaz ostatni naszego Pana: Ewangelia jest dziś głoszona wszelkiemu stworzeniu, ale jak ona jest słuchana, jak zostanie przyjęta — któż na to odpowiedzieć może? Wiadomo, jak niejednakowy jest los ziarna, które pada na różne miejsca i różny plon przynosi. Ale na pewno w tej wielkiej gromadzie słuchaczy, jest wielu takich, co pomyśleli sobie: to o mnie Chrystus opowiadał, to ja roztrwoniłem majątek ogromny: wolność, którą mnie obdarował, zamieniłem w niewolę. Uzależniłem się całkowicie, dziś już nie mogę nie pić... Zaufanie, wielki dar Ojca, zdeptałem. Poszedłem swoją drogą, nie bardzo mnie to wzrusza, co On sobie o mnie pomyśli. Nie zostało już nic z darów, które od Ojca otrzymałem — został głód, niedostatek — żołądek mój pusty.
Czyż aż takiej nędzy trzeba, aby się ocknąć? Ale ocknięcie jest możliwe tylko wtedy, gdy odrobina wiary zostanie, gdy o ojcu nie zapomnę do końca. Wtedy możliwa jest ta myśl: Ja tu z głodu ginę, a w domu jest chleba pod dostatkiem (Łk 15, 17). Zauważmy: motywacja jest prosta — głód sprawił, że zrodził się pomysł powrotu. A więc nie tęsknota, miłość do ojca, rozumienie, że trzeba krzywdy naprawić... Nic z tego. Po prostu skrajna nędza, śmierć głodowa, która zajrzała w oczy, uświadomienie, że innego wyjścia nie ma. Trzeba więc wybrać się w drogę powrotną. Trzeba też ułożyć sobie tekst wyznania, że zgrzeszyłem, że mogę zostać najemnikiem, bo synem już trudno się nazwać (Łk 15, 19). Tymczasem słowa okazały się zbędne. Ojciec nie powiedział słowa, gdy usłyszał żądanie: „Daj mi część majątku" (Łk 15, 11). Dał nic nie mówiąc, syn był dorosły, miał prawo. Teraz, gdy syn wrócił, straciwszy wszystko, nic nie odpowiada na jego deklaracje słowne, lecz rozkazuje sługom: szybko, najlepszą suknię... pierścień... utuczone cielę... będziemy ucztować (Łk 15, 23). Nie słowa się liczą, gdy dochodzi do takiego spotkania – liczą się fakty: umarł a ożył... zaginął a odnalazł się (Łk 15, 24). Takie proste, nie trzeba było ojca szukać, czekać w niepokoju, czy przyjmie... Nawet do końca formuły pojednawczej nie można było wyrecytować. Syn znalazł się w ramionach ojca, słowa były już niepotrzebne. To dlatego tak łatwy był finał spotkania. Tak łatwy, że stał się zgorszeniem dla porządnych, że trzeba było długo tłumaczyć, co się stało, że jest powód do radości, że trzeba wejść i przywitać się z bratem. Większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia (Łk 15, 7).
Bracia i siostry! Kto z nas nie potrzebuje nawrócenia? Taki zadowolony z siebie był starszy brat. Rzeczywiście: nigdy ojca nie opuścił; nie przekroczył jego rozkazu; tyle lat mu wiernie służył; nie roztrwonił z nierządnicami jego majątku. To wszystko prawda. I nagle niespodziewanie dla samego siebie znalazł się poza domem ojca. Niby niedaleko, tuż za ścianą, ale nie razem z ojcem. Nie chciał wejść... Co go zatrzymało na zewnątrz - żal, rozgoryczenie, że taki niedowartościowany, zazdrość, gniew? Co jeszcze? Taki porządny, niezawodny, a jednak poza radością, która panowała wewnątrz. I nie wiadomo — przypowieść już o tym nie mówi — czy przyjąć perswazję ojca, czy zdobyć się na to, by podejść do brata i uściskać go: „Dobrze, żeś wrócił". Ile czasu będzie potrzebować, by zrozumieć, że to nie on, ale ojciec ma rację. Nazwano tę przypowieść: „ewangelią w Ewangelii". W tak niewielu zdaniach powiedział Chrystus tak dużo o Bogu i człowieku. O tym, że są różne odejścia, ale zawsze można wrócić. Zawsze! Nigdy nie jest ani za daleko, ani za późno. Kochani, przez nasze kościoły przechodzą teraz fale rekolekcyjnych powrotów. Takich radosnych, wielkich bo trudnych. Powrotów prawdziwych, bo zmieniających o 180 stopni dotychczasowe życie.
Przed laty przyszła do mnie para narzeczonych z zamiarem zawarcia katolickiego małżeństwa. W rozmowie wstępnej ustaliłem, że oboje mają za sobą kawał pokręconego życia. On niedawno wrócił z więzienia, ona siadła na dnie. Oboje po cywilnych związkach już rozwiedzionych. Oboje w trakcie leczenia odwykowego. Zjeżyłem się wewnętrznie. Jak mogą sobie w sposób sakramentalny przysięgać miłość i wierność? Przecież na przyjęciu weselnym już popłyną. A co potem? Nie taiłem swoich wątpliwości. I wtedy usłyszałem: „My już ani kropli. Bo kiedy wiedziałam, że ze mną koniec, nie dam sobie rady, poszłam do kościoła, uklękłam przed ołtarzem i powiedziałam: „Panie Jezu, musisz mi pomóc, musisz! A ja ci przysięgam, że ani kropli do końca życia. I prosto z kościoła poszłam do przychodni". Minęło sporo czasu od ich ślubu. Czasem ich odwiedzam. Nie do wiary: naprawdę wyszli na prostą. Sąsiedzi mówią o nich z podziwem: „Coś takiego, oni są zupełnie inni. Pracują solidnie, żyją porządnie, cicho, czysto. A pamiętamy, jak to było dawniej, co się stało?" Wrócili, byli daleko i po prostu wrócili. I żyją po ludzku. Możecie mnie zapytać, ile znam takich przykładów. Z własnej praktyki duszpasterskiej niewiele, policzyć można łatwo, na palcach jednej ręki. Ale nie to jest istotne. Chrystus powiedział: Z jednego grzesznika... Ważne jest, że w ogóle jest to możliwe, dziś, w naszych czasach, takich trudnych podobno, jakby dawniej były czasy łatwe.
Jest możliwy powrót z przeklętych kręgów grzechu pijaństwa, oszołomienia narkotycznego, innych nałogów. Trzeba jednak przyjść i z całą pokorą i z całą stanowczością powiedzieć Jezusowi wprost: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić" (Mk 1, 40). Bo „uznaję nieprawość moją, a grzech mój jest zawsze przede mną. Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Stwórz, Boże, we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha" (Ps 51, 3—4. 12). Amen.

grudnia 31, 2018

Homilia na Nowy Rok, (C) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki - Jaki będzie ten rok?

grudnia 31, 2018

Homilia na Nowy Rok, (C) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki - Jaki będzie ten rok?
Kochani moi. Już mamy Nowy Rok, Rok Pański 2019. Tamten już minął. Pożegnaliśmy go Sylwestrem. Nie wiem, jaka była dla ciebie ta noc? Jedni chcieli się ucieszyć balem sylwestrowym, drudzy zostali przy służebnych zajęciach, dla chorych była to jeszcze jedna noc cierpienia, dla więźniów jeszcze jedna noc samotności; jeszcze dla innych noc modlitwy w kościołach i w domach, noc dziękczynienia Bogu, noc przepraszania Boga, noc błagania Boga, aby Nowy Bok był lepszy. Ekonomiści zakończyli rok gospodarczy. Planiści zaprogramowali następny, księgowi uczynili bilans. Ukaże się rocznik statystyczny za rok miniony, a każdemu z nas zostaje pragnienie: żeby było trochę lepiej, żeby ludzie stali się trochę lepsi, żeby ten świat stary stał się nowym światem. Czy stanie się tak i kiedy? Tak, ten świat stanie się nowy, kiedy człowiek stanie się lepszy.
Człowiek z nocy sylwestrowej jest podobny do Nikodema, który przychodzi nocą i pyta Chrystusa: co mam uczynić, aby być zbawionym? Musisz się na nowo narodzić. Jak to mam zrobić ja stary człowiek? Musisz się na nowo narodzić z wody i z Ducha Świętego (J 3, 5).
Na nowo narodzić się, to znaczy na nowo uwierzyć Bogu. Bóg ma się stać dla mnie nowym zdziwieniem, żebym zaczął myśleć po nowemu, chcieć po nowemu i po nowemu żyć jak człowiek. Świat boi się człowieka rozumu — bez wiary, bo taki może wymyśleć genialne głupstwo, które stanie się zniszczeniem człowieka i świata. Świat dziś boi się człowieka woli — bez wiary, bo taki może stać się tyranem i podeptać wszelkie szlachetne pragnienia. Świat boi się dziś człowieka, co zwapniały jest w schematach swego postępowania, bo taki zniszczy w początku każdą witalną siłę ku odrodzeniu. Nam wierzącym nie wolno w żadnym nowym roku życia ucieszyć się tym, że nie jestem kłamcą, cudzołożnikiem, zabójcą, złodziejem — jako tamten. W takiej radości można się szybko zestarzeć i nie zauważyć, że Bóg się na nowo narodził, a ja pozostałem człowiekiem adwentowym. W Nowym Roku muszę na nowo odkryć tajemnicę Boga, muszę na nowo odkryć moc Jego słowa, które wiecznie trwa, a jest żywe, młode i skuteczne, muszę na nowo odkryć potęgę modlitwy, która czyni cuda. Poznał wół i osioł swego Pana, a człowiek Go nie poznał.
Na nowo się narodzić, to znaczy na nowo zacząć miłować. Siłą każdego odrodzenia jest miłowanie. Jeżeli nie kochasz Boga i człowieka, stałeś się rachitycznym szkieletem obleczonym w człowieczą skórę, w którym wyschło serce. Takie okazy należy zbierać do muzeum antropologicznego. Gorzej gdy w sercu zamiast miłowania zamieszka nienawiść. Ci są najbardziej niebezpieczni. Takich społeczeństwo winno bezpiecznie oddzielić jako okazy, które się nie rozwinęły w swoim człowieczeństwie, a reprezentują tylko ewolucyjny atawizm gatunku człekokształtnych. Popatrz, kochany — tydzień od wigilii. Jaki nowy byłby świat, gdyby ludzie wyciągnęli do siebie ręce z opłatkiem i mówili słowami miłowania. Tę mowę rozumieją i zwierzęta, a nawet najbardziej drapieżne stają się łagodne, bo mowę serca — ewangelię — rozumie wszelkie stworzenie. Człowieku, rok idzie nowy, a ty wciąż po staremu chcesz nienawidzić, zabijać, kłamać, cudzołożyć, kraść i niszczyć?! Chcesz reformować, nawracać, przekonywać, świat odradzać — a kochasz? To do nas mowa — szlachetni chrześcijanie. Gdybyśmy w Nowym Roku potrafili być ludźmi z .wigilii Bożego Narodzenia, to stary, odchodzący rok powiedziałby raz jeszcze: patrzcie jak oni się miłują.
Na nowo się narodzić, to znaczy mieć nową, radosną nadzieję. Pytasz mnie, czy w Nowym Roku stanie się nowy, lepszy świat? Tak. To mówi Pan: „wtedy swe miecze przekują na lemiesze a włócznie na sierpy” (Iz 2, 4). Popatrz, ile tego żelastwa. Ile z tego byłoby pługów? Uprawiłby człowiek tę oskalpowaną ziemię i sierp jeden by nie wystarczył, aby zebrać plony, bo: „ziemia wyda swój owoc i rozweseli się pustynia i spieczona ziemia i rozradują się stepy i zakwitną … i ziemia zrodzi kwiaty i lilie polne … wtedy wilk zamieszka z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą … niemowlę igrać będzie na gnieździe kobry … a dziecko włoży rękę do kryjówki żmii … będzie tam droga czysta i głupi nie będą się po niej wałęsać … spotkają się ze sobą dobroć i wierność, ucałują się sprawiedliwość i pokój, wierność z ziemi wyrośnie, a sprawiedliwość spojrzy z nieba” (Iz 35; 11; Ps 85, 11—12). To mówi sam Pan. I do ojczyzny mojej do mego umiłowanego Jeruzalem powie Pan: „rozszerz przestrzeń twego namiotu, nie krępuj się, wbij mocno słupy, bo się rozprzestrzenisz na prawo i lewo i twoje potomstwo zaludni opuszczone miasta … na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę … będziesz prześliczną koroną w rękach Pana i królewskim diademem w dłoni twego Boga i nie będą mówić o tobie porzucona, a o krainie twojej już nie powiedzą spustoszona … bo góry mogą ustąpić a pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54; 62).
O Boże, Boże mój, nie mów więcej, bo serce moje nie zniesie. Dzieciątko Małe — Boże mój wielki, przymnóż mi wiary, że się to stanie, daj mi serce nowe, abym w Nowym Roku był nowym człowiekiem. I zostaw mi tę nadzieję, że sny szlachetnych ucieleśnisz, że stanie się wszystko nowe i dawne rzeczy przeminą.
Bogurodzico, Matko nowego życia, Matko naszych nowych nadziei, powiedz nam jeszcze raz na Nowy Rok ku pokrzepieniu serc: „Nigdy jam ciebie ludu nie rzuciła, nigdym od ciebie nie odjęła lica, jam po dawnemu moc twoja i siła — Bogurodzica” (M. Konopnicka).
Bracia kochani, więc nie bądźcie już smutni, przecież Bóg się narodził i moc struchlała, nowy rok przyszedł, dnia przybędzie, świat będzie lepszy; tylko czy ty nie zostaniesz starym człowiekiem z tamtego roku? Więc dziś, w pierwszy dzień Nowego Roku wyciągam nad tobą ręce i błogosławię ci, jak kazał Pan: „Niech Pan cię błogosławi i niech cię strzeże, niech rozpromieni oblicze swe nad tobą i niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje oblicze i niech cię obdarzy pokojem”. Amen. (Lb 6, 24—26)


grudnia 22, 2018

Homilia na Uroczystość Bożego Narodzenia (C) - Pasterka – Cicha i święta noc

grudnia 22, 2018

Homilia na Uroczystość Bożego Narodzenia (C) - Pasterka – Cicha i święta noc
"Oto zwiastują wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu; dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawi­ciel, którym jest Mesjasz Pan!" (Łk 2,10)
Ukochani Bracia i Siostry!
W tę jedyną i niepowtarzalną, cichą i świętą noc roku ze szczególnym przejęciem chcemy wniknąć w tajemnicę Betlejem. Przeto z wielkim wzruszeniem wpatrujemy się w łagodne oblicze Maryi, która w grocie betlejemskiej porodziła tak wytęsknionego, kilka tysięcy lat wyglądanego Mesjasza. Patrzymy na św. Józefa, pragnącego zaradzić wszystkim niedogodnościom Maryi, osłonić ją od tego, co mogłoby jej sprawić przykrość. Ciesząc się narodze­niem Jezusa, Józef na pewno sam głęboko przeżywał tajemnicę Betlejem, choć i jemu tak wielką boleść musiał sprawić fakt, że kiedy szukał schronienia z mającą wkrótce porodzić Maryją, ni­gdzie nie chciano ich przyjąć. A przecież przyszedł do swoich krewnych - stryjów i kuzynów, gdyż pochodził właśnie z Betlejem. Nie było jednak dla nich miejsca, gdyż każda rodzina obawiała się rytualnej nieczystości z powodu obecności w domu rodzącej kobie­ty.
Ale z całą pewnością powyższe rozważania nie przysłoniły Józefowi istoty tego, co dokonało się w Betlejem. Oto Chrystus przyszedł na świat! "Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami!" (J 1,14). Bóg w ciszy betlejemskiej nocy złożył ludzkości wyznanie swej miłości, zsyłając swego Syna na świat.
Nie pojęli tego mieszkańcy Betlejem. Siedzieli nad pełnymi misami i zadowoleni z siebie spędzili tę noc jak jedną z wielu, nawet nie przypuszczając, że tuż obok narodził się od wieków obiecany Mesjasz.
Nie oni zostali wybrani na świadków tej wielkiej tajemnicy Miłosierdzia Bożego - przybycia Chrystusa na ziemię. Oto Anioł Pański pospieszył na pola pasterzy, tuż za Betlejem, obudził ich i przekazał im orędzie o narodzeniu Zbawiciela. I jak podaje tradyc­ja - choć zmęczeni, lecz bez wahania, spontanicznie postanowili złożyć hołd nowo narodzonemu i obdarować Go "owocami ziemi i pracy rąk ludzkich". Nie bali się pozostawić całego dobytku w ciemnościach, nie bali się trudu nocnej wyprawy, lecz wielkodusz­nie zostawiając wszystko, pospieszyli na spotkanie z Jezusem. W tym samym czasie i trzej Mędrcy z odległych krajów bez wahania, za przewodem gwiazdy betlejemskiej, wyruszyli w nieznane, by uczcić Zbawiciela świata.
Nie pojęli tego, co zaszło w Betlejem jego mieszkańcy; nie zrozumiał i Herod, który w pobliskiej Jerozolimie dojrzewał do ohydnej zbrodni. Tajemnicę Betlejem odkryli natomiast pasterze. Pojęli ją trzej Królowie.
Kilka lat temu tuż przed Bożym Narodzeniem telewizja fran­cuska nadała program, w czasie którego kamery telewizyjne usta­wiono w ukryciu przed wyjściem z dużego pawilonu handlowego w Paryżu. Wiele osób wychodziło ze świątecznymi zakupami. Młody człowiek pytał niektórych: Czy moglibyście pomóc młodemu mał­żeństwu, które przybyło do Paryża z Palestyny? Są w trudnej sytuacji. Nic nie mają, a ona spodziewa się dziecka. Nikt z pyta­nych nie odpowiedział pozytywnie, wszyscy mieli jakieś trudności. Dopiero właściciel małej kawiarenki, Algierczyk, ofiarował swoją pomoc, pieniądze, samochód do szpitala, pokój...
Jaki z tego wniosek? Ludzie, wciąż mówią o wierze w Boga, wolą jednak, by był On bardziej nieobecny, mniej bezpośredni, raczej historyczny niż dzisiejszy.
Bóg się narodził! Miejmy odwagę zapytać siebie o to, czy Chrystus narodził się dzisiaj w naszym domu, w naszej rodzinie?
W betlejemską noc "naród kroczący w ciemności ujrzał świat­łość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło" (Iz 9,1). Wysłannicy nieba budzili pasterzy. Dziecko, które się narodziło, było Synem Najwyższego Boga. Bezradnie otworzyło ręce. Boga można było wziąć w ramiona. I wyciągnęły się do Niego różne ręce. Te najbardziej kochające - ręce Matki. Były też ręce męskie, pełne troski i zakłopotania - ręce Józefa. A także ręce pasterzy: spracowane, twarde, ale szczere, niosące to, co miały, dzielące się swoim ubóstwem. Do Dziecka wyciągnęły się też ręce gościnne, które otworzyły drzwi jakiegoś domu i przenios­ły je ze stajni do mieszkania. Bóg na te ręce czekał i oddał się im bez zastrzeżeń.
Do tego Dziecka z Betlejem wyciągnęły się też inne ręce. Ręce pełne zazdrości, niechęci i nienawiści. Chwytające za miecz i wy­pełniające Betlejem płaczem matek i krwią zabijanych dzieci. Ręce Heroda i jego sług. Bóg przed tymi rękami uciekał, dopóki nie zastygły martwe. Dopiero wówczas wrócił z Egiptu.
Betlejemska noc była nocą wyciągniętych rąk ludzkich w stronę Boga. Popatrzmy uważnie na nasze ręce. Zapytajmy się, czy są to ręce Maryi, Józefa czy pasterzy? A może są to ręce Hero­da i jego straży? Czy czekają one z radością na nowo narodzonego Boga, czy też musi On przed nimi uciekać?
Pod koniec ubiegłego wieku położono podmorski kabel telefo­niczny łączący Amerykę z Europą. Pierwszymi słowami, jakie przeniósł on z jednego brzegu na drugi, były słowa: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli". Były to te same słowa, którymi w betlejemską noc aniołowie pozdrowili pas­terzy, kiedy po raz pierwszy nawiązana została łączność między niebem a ziemią, kiedy przyszedł Jezus jako pośrednik między Bogiem a nami, abyśmy mogli porozumieć się z naszym Ojcem w niebie.
Pomyślmy o pokoju na ziemi. Kto by pragnął wojny i ją wy­woływał, uważany byłby za "podżegacza wojennego". Kto by prag­nął go, ale nie starał się o to, co warunkuje zachowanie pokoju, takiego człowieka uznać by trzeba za szaleńca. Kto chce pokoju i czyni wszystko, co jest konieczne do jego zachowania w państwie, w miejscowości, w której mieszka, w rodzinie, jest jednym z tych, o których śpiewali aniołowie. Jest człowiekiem dobrej woli.
A my do jakiej grupy ludzi należymy? Czy wielu z nas nie powinno się uważać za szaleńców? Wielu z nas chciałoby, aby wypełniła się druga część betlejemskiej pieśni aniołów - pokój lu­dziom dobrej woli - ale bez pierwszej. Chcielibyśmy mieć w świe­cie pokój, ale bez oddawania chwały Bogu. A to jest niemożliwe! Chcieć pokoju na świecie, w kraju, w rodzinie, a przy tym wy­rzucić Boga z wszelkich przejawów życia społecznego i prywatnego jest czymś bezsensownym. Nie ma pokoju bez Boga! To, co ogłosił anielski śpiew nad betlejemską szopą jest zasadą, której w żaden sposób nie da się zmienić. Jak jednak oddawać chwałę Bogu, aby zyskać Jego pokój? Klaskaniem czy wołaniem «niech żyje!»? Nie, Bóg pragnie czegoś więcej.
Zbrodnią jest nie chcieć pokoju. Pragnąć pokoju bez Boga jest utopią. Chcieć pokoju z Bogiem - to jest prawdziwa mądrość. Po­winniśmy więc życzyć sobie tego, byśmy dostrzegali żywą prawdę, iż Bóg wszedł w ludzkie życie; a wskrzeszając tę prawdę w ser­cach, wyszli z tych świąt bogatsi duchowo, z radością, która nigdy nie gaśnie. Czasem mogą ją zasłonić małe, bezwartościowe rzeczy. Ale po chwilowej nieobecności wraca ona - i tych, którzy są temu światłu wierni - prowadzi do celu człowieczego trudu.
Ukochani Bracia i Siostry!
Tajemnica Betlejem staje tej nocy i przed nami. Patrząc na postawę pasterzy i mędrców, łatwo dostrzegamy, iż kluczem do odkrycia tej tajemnicy była prostota ich wiary. Bezgranicznie zaufali Bogu, nie targowali się z Nim, nie stawiali wymagań jak Herod, nie byli zajęci tylko sobą jak mieszkańcy Betlejem i dla­tego spotkali Zbawiciela, który przyszedł na ziemię. I my w takim stopniu wnikniemy w tę tajemnicę i przeżyjemy te święta Bożego Narodzenia, w jakim z prostotą zaufamy Bogu. Jeśli rzeczywiście przyjmiemy tę prawdę jako naukę dla nas, gdy nie będziemy się zamartwiać naszymi ziemskimi królestwami; gdy na ten krótki czas zapomnimy o naszym dobytku; gdy spędzimy te święte dni nie jak mieszkańcy Betlejem, siedząc nad zastawionymi stołami i myśląc tylko o sobie...
Abyśmy, dzięki bezgranicznemu zawierzeniu Bogu, mogli usłyszeć i przyjąć słowa Anioła: "Oto zwiastują wam radość wiel­ką!" (Łk 2,10). Tego i sobie i Wam wszystkim życzę. I niech się tak stanie. AMEN


grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Bóg posłał anioła

grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Bóg posłał anioła
„Bóg posłał anioła”. Czyni to z potrzeby serca. Posyła, aby zaproponować rozwiązanie. Nie może patrzeć na cierpienie nas, których powołał do życia, nie zaś do śmierci, powołał do radości, nie zaś do życia w smutku. Nie znajduje w człowieku grzesznym zachęty do takiego postępowania, do wychodzenia naprzeciw. Bóg jest otwarty, wychodzący naprzeciw bez względu na postawę moralną i duchową człowieka. On nie zniechęca się moją grzesznością. Boli Go ona, lecz nie powstrzymuje od wychodzenia naprzeciw. Bóg nie zamyka się na mnie. Posyła anioła, ponieważ tęsknię za wypełnieniem Jego obietnicy, Jego pragnień serca.
Zmieszanie się Maryi. Odczuwa lęk, lecz jest on błogosławiony. Lęk, który jest z Boga, skłania ją do stawiania pytań, wyrażania odczuć, odsłonięcia się. Ten lęk nie zamyka ją w sobie, nie zmusza do wycofania się z dialogu. Anioł mówi „Nie bój się”. Dostrzegł obawę Maryi. Ona nie ukrywa tego, co czuje. Jest szczera, wyraźna w pokazywaniu wnętrza. Bóg pomaga jej przez anioła, mówiąc do niej. Nawet w lęku Bóg mówi do mnie. Jego przyjście może niepokoić. Niepokoi to, co we mnie jest nieprzygotowane na Jego przyjście. Nigdy nie mogę się na nie przygotować. Uświadamiam sobie, że to nie ja się przygotowuję, lecz On mnie przysposabia do tego spotkania przez codzienną kontemplację. Maryja codziennie rozważała w swoim sercu obietnice Boga.
„Poczniesz i porodzisz Syna”. Jak mogła przyjąć taką wieść, z jakimi odczuciami serca? Wydaje się, że z nieskrywaną radością. Co jest najpiękniejsze dla kobiety? To, że jest bardzo kochana przez swojego mężczyznę oraz, że będzie miała dziecko. Jej radość łączy się z bólem. Wiele jest spraw niejasnych, niedopowiedzianych. Chcąc uwolnić radość od obecnego bólu, pozbawiam się radości. Okazuje się, że są te doznania dane człowiekowi razem. To musiało być trudne dla Maryi. Nie było obok niej Józefa. Nie mogła dzielić radości od razu, natychmiast. Nie mogła postawić Jemu pytań, które niewątpliwie były w Niej. Więc postawiła je Bogu. To jest niezwykłe, że te pytania, które człowiek pragnie postawić człowiekowi, stawia je Bogu. On jest najbliżej. Miała łaskę odczuwania, że Bóg jest bliżej niej od Józefa.
Kochała Boga i kochała Józefa. Prowadząc dialog z Bogiem, prowadziła go również z Józefem. Ten dialog dokonywał się w miłości. W miłości wszyscy są obecni, których kochamy. Oni wszyscy uczestniczą w takiej rozmowie. Rozmawiając z Bogiem, rozmawiam też z człowiekiem, którego kocham. Gdy rozmawiam z OSOBĄ, którą KOCHAM, rozmawiam z NASZYM PANEM. „W Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy”, kochamy, rozmawiamy, śmiejemy się, odpoczywamy, płaczemy, przeżywamy obawy. Może łatwiej byłoby Jej rozmawiać z Józefem, niż z Aniołem? Bóg chciał, żeby Józefa przy niej nie było, w sensie fizycznej obecności, na dotknięcie dłonią, na czułe spojrzenie. Nieobecność Józefa, zbliża ją do tego, którego kocha. Spotkanie z Bogiem nie oddala, lecz zbliża do człowieka. Kontemplacja Jego słów pozwala kochać głębiej, rozumieć więcej, odczuwać to, czego bez kontemplacji odczuć nie możemy.
Maryja stawia pytania, szukając w nich szczęścia dla obiecanego Syna, dla Józefa i siebie. Jest „pełna łaski”, pełna szczęścia, pełna troski o tych, których kocha. Jej „pełnią” są ci, których kocha, z którymi jest wszędzie nigdy się nie rozstając. Przez postawione pytania i usłyszane odpowiedzi – dojrzewa do misji, czyli do miłości. Pytania, jakie stawia, wynikają z jej wrażliwości, czułości serca. One pogłębiają Jej czułość w słuchaniu.
Z czułości Jej serca emanuje pragnienie służby. Gdy człowiek jest wzruszony Bogiem, niczego Mu nie odmówi. Służba jest owocem kontemplacji słowa, zanurzenia się w Bogu przez Słowo. Bóg wzrusza, otula ciepłem swojego serca. Pragnienie służby łączy się nierozdzielnie z odnalezieniem przez Maryję nowego DOMU, w którym zamieszka z Jezusem i Józefem. Gdzie brakuje czułości, brakuje też domu, chęci do dawania. Maryja znalazła DOM w zwiastowaniu. Ten DOM przenika otwartość, szczerość, prawdziwość, kontemplacja, czułość – życie pełnią serca.
Dzieła Boże dokonują się często w głębokiej samotności. Gdy Bóg objawia człowiekowi swoją wolę, misję do spełnienia, otula niejako to wydarzenie ciemnością, intymnością, którą człowiek doświadcza jako dojmujące poczucie samotności. Takie „sam na sam” z Bogiem może być doświadczeniem bolesnym. Człowiek może czuć się osamotniony, bo NIKOGO z ludzi wówczas nie ma, nawet najbliżsi nie mogą wejść w tę tajemnicę. Tak naprawdę człowiek jest SAM wobec Boga. To jest trudne. Może nawet wywoływać lęk, przerażenie. Jest tajemnicą Boga, że w taki właśnie sposób przychodzi do człowieka, nawiedza go, w taki właśnie sposób odkrywa przed nim swe zamiary, swe plany. Spotkanie z Bogiem może być naznaczone doświadczeniem głębokiej samotności.
Bóg przez Anioła zapewnia Maryję, że jest „łaski pełna”. Co to znaczy: „łaski pełna”? Człowiek jest „łaski pełen”, to znaczy – otrzymuje pełnię łask do wypełnienia zadania, które Bóg mu powierza. Może odczuwać głębokie osamotnienie czy wręcz samotność, ale jest „pełen łaski”, czyli otrzymuje to wszystko, co jest potrzebne, co jest konieczne, aby udźwignąć wolę Boga i tajemnicę własnego życia.
Maryja „zmieszała się i rozważała, co by to miało znaczyć…”. Człowiek może odczuwać w sobie coś w rodzaju niepokoju, niepewności, nawet zagubienia. Tak jak Maryja. To nasza ludzka kondycja – boimy się tak często nieznanego, boimy się, że cały nasz dotychczasowy ustabilizowany świat nagle runie. Boimy się przychodzącego Boga, ponieważ tajemnica wywołuje lęk, poczucie niepewności, własnej kruchości.
„…rozważała, co by to miało znaczyć…”. Ważne, abyśmy nie uciekali od nawiedzeń Boga, nie uciekali od samotności, w którą Bóg wprowadza, gdy przychodzi. Trzeba wówczas „rozważać”, to znaczy: medytować, kontemplować, rozeznawać na modlitwie. Rozważać swoje życie. Rozważać to wszystko, co się wydarza w moim życiu. Rozważać to, co być może niepokoi, burzy poczucie stabilizacji. Maryja pyta: „Jakże się to stanie?”. Trzeba usilnie pytać Boga, co znaczy to wszystko, co mnie dotyka, co przeżywam, czego doświadczam – jaki jest tego sens?, po co to jest mi potrzebne?, ku czemu służy?
Gdy próbujemy wejść w rozeznawanie, gdy medytujemy czy kontemplujemy Słowo, przychodzi Bóg ze swoim pocieszeniem: „Nie bój się…, znalazłaś łaskę…”. Przychodzi Boże pocieszenie. Pośród naszej samotności, może nawet rozdarcia serca, ciemności i niezrozumienia, PRZYJDZIE Boże pocieszenie. Byle tylko nie uciec. Byle tylko wytrwać w tym „sam na sam” z Bogiem, wytrwać z ciężarem tajemnicy, do której inni nie mają dostępu, choćbyśmy nawet bardzo tego chcieli…
Po doświadczeniu pocieszenia przyjdzie poznanie. Przyjdzie światło. Bóg objawi sens swoich działań, Bóg objawi drogę i poprowadzi – tak jak Maryja otrzymała światło, poznanie co do Bożych zamiarów: „poczniesz…, porodzisz…, nadasz Mu imię…”. Po doświadczeniu głębokiej samotności, niezrozumienia, ciemności, zagubienia, rozdarcia, niepewności, nawet lęku – przychodzi pocieszenie, poznanie i wejście w jeszcze głębszy dialog z Bogiem. Dialog tak głęboki, tak osobisty, że człowiek przestaje się już lękać, przestaje się bać tajemnicy… Jest w stanie wyrazić zgodę na stan, w który Bóg go wprowadził. „Niech mi się stanie”…

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger