marca 11, 2023

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) – „Daj mi tej wody...”

marca 11, 2023

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) – „Daj mi tej wody...”


Wielki Post jest okresem głębszego spojrzenia na nasze życie, które każ­dego roku zbliża się o jeden skok śruby do swego kresu – jest czasem stawiania sobie pytań najważniejszych: po co żyjemy? jaka jest prawda naszego życia? jaka jest prawda naszego chrześcijaństwa?
Wobec tych pytań musimy zająć stanowisko – i to taką postawę, jakiej się tutaj uczymy, rozważając rzeczy istotne. Ile już razy powtarzaliśmy tutaj, że człowiek, który wierzy w Chrystusa, powinien zajmować w swoim życiu takie postawy, jakie by zajął Chrystus na je­go miejscu. Uczymy się tego przez całe nasze życie. Reflektując nad tym, pytamy w sytuacjach trudnych: co Ty byś, Panie, zrobił w mojej sytuacji – dzisiaj, w tej chwili?
Dzisiejsze czytania są tak ułożone, od pierwszego aż po ostatnie, że jeszcze raz w jakimś syntetycznym skrócie podejmują całą prawdę chrześcijaństwa. Zresztą myślę, że również prawdę ludzkiego życia. Mia­nowicie te dwa wydarzenia – pustynia i pragnienie Jezusa, też niemal na pustyni – mówią, że życie ludzkie jest podobne do pustyni. Kto ma za sobą trochę życia, ten już chyba doświadczył tej spiekoty pustynnej. Doświadczył może i klęsk, a myślę – bo jeszcze tego nie wiem – że ludzie, którzy pod wieczór życia dochodzą, doświadczają tej spiekoty coraz więcej. I wtedy ten dialog, który Jezus sam sprowokował, chcąc naprowadzić Samarytankę na istotną nić, na zasadniczy nerw życia – jest nam bliski. Proszę przypatrzeć się jeszcze raz temu, co dokonało się przy studni Jakuba.
Pan Jezus spokojnie siedzi przy studni – szósta godzina, samo po­łudnie! – nie czerpie wody, czeka. Przychodzi kobieta — i wtedy Chry­stus zaczyna: „Daj mi pić” (J 4, 7). A koniec dialogu jest odwróceniem: już nie Chrystus, ale ona mówi do Niego: „Daj mi tej wody” (J 4, 15). Dokonało się to, co się miało dokonać. Kobieta zrozumiała w tym krót­kim dialogu, że nie woda jest najważniejsza.
My doceniamy wartość dobrej wody, gdy po naszej chlorowanej na­pijemy się z prawdziwego źródła – czujemy smak wody, jak czujemy smak powietrza poza miastem. Ale nie o ten smak tutaj chodzi. My wiemy, że można żyć w epoce, kiedy wszystkie wodociągi są zachlorowane i niszczą nas zadymione powietrza. Że to nie jest jeszcze naj­większa plaga – choć jest wielką plagą. Największa tragedia jest wte­dy, kiedy człowiek nie pragnie już tego, co go przekracza. Kiedy tak się zbliżył do elementów tego świata, do tych trocin i kurzu ziemi – że tylko tym się napycha. Wtedy jest tragedia.
Tak było z Samarytanką. Pamiętacie, był taki moment, kiedy Chry­stus powiedział do niej: „Idź, zawołaj swego męża” (J 4, 16). Ona wte­dy już chyba wiedziała, przeczuwała, z kim mówi i odrzekła: „Nie mam męża — ten, którego dzisiaj mam, jest piątym z kolei” (por. J 4, 18). Otóż to właśnie! To jest ta rzeczywistość tego świata, która była, która jest i która będzie. I właśnie tej kobiecie Jezus sugeruje: jest coś wię­cej niż to, co ty znasz... Pod koniec tej rozmowy ona zaczyna mówić: daj mi tej wody, za którą ja też tęsknię, mimo, że pięciu mężów mia­łam... To nie to. Ona już wie, że to nie jest to – ale nie potrafi na­zwać tego, co ma być.
Ilu ludzi uważa, że to właśnie, co robią, da im szczęście — chociaż już wiedzą, gdy to robią, że to im szczęścia nie da. Wręcz przeciwnie: skończy się goryczą, skończy się rozpaczą, skończy się – jak często – tragedią. I czują, że gdzieś jest na pustyni źródło wody żywej, które orzeźwia. Czasem czują to ludzie niewierzący. Czasem swoją niewiarę chcą pokryć jakąś wewnętrzną dumą, że oni to wszystko już odrzu­cili – podczas gdy powinni być bardzo pokorni i bardzo milczący, tak jak wieśniak w jakiejś wielkiej hali maszyn czy dziecko wobec rozle­głego oceanu. Nic nie wiedzą – tylko jakoś dziwnie czują, że nie to da im szczęście, co myślą, że im da. Nie chciałbym zresztą sprowadzać sen­su życia do szukania szczęścia, bo to też nie o to chodzi.
O cóż więc idzie? Gdzie jest ta żyła wody żywej, o której Chrystus mówi? W pierwszym czytaniu był opis cudu Mojżesza na pustyni. Wie­cie, kim był Mojżesz. Wielkim prorokiem, mężem Bożym, którego Bóg bardzo wcześnie – długo przed Chrystusem – wyznaczył, by obwiesz­czać przez niego swoją moc. I wiecie, że kiedy lud wyszedł z ziemi egip­skiej z domu niewoli i szedł przez pustynię do Ziemi Obiecanej, ziemi wolności – zaczął konać z pragnienia. Wtedy Mojżesz uderzył laską w skałę i wytrysnęła woda. Ale – nazwał to miejsce miejscem zwąt­pienia, miejscem pokusy, bo tam Izraelici kusili Pana, mówiąc: „Czy też Pan jest rzeczywiście w pośrodku nas, czy nie?” (Wj 17, 7). Kapi­talna rzecz! Zasadniczo wtedy, kiedy Chrystus był wśród Żydów w Pa­lestynie, też można było nazwać ich miasta Massa i Meriba – miasto kuszenia i miasto zwątpienia. Stanął wśród nich, a oni zadawali te same pytania: Czy Pan jest rzeczywiście pośród nas, czy nie? Czy On może nam dać żywej wody, czy nie?
Dzisiaj jest to samo. Dzisiaj też można nazywać nasze miasta „Mas­sa i Meriba” – miasto zwątpienia, miasto pokusy, miasto rozpaczy. Do­my zwątpienia, domy pokusy, domy rozpaczy. Znamy takie. Dony, w których pytają: czy rzeczywiście jest Pan, czy Pana nie ma? Czy jest Pan i może dać wody żywej, która gasi nam pragnienie – czy nie mo­że dać?
Wszyscy wiemy dobrze, co to jest woda żywa. Symbol wody żywej wskazuje na rzeczywiste źródło: Chrystusa Zmartwychwstałego, który umarł i zmartwychwstał i JEST. „Dzisiaj, gdy Jego głos usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Ps 95,8).
Dzisiaj. Znowu dzisiaj. Jutro też powiemy: dzisiaj. I pojutrze powiemy: dzisiaj. I tak będzie do naszej śmierci, bo to „dzisiaj”, które w chwili śmierci nadejdzie, przychodzi każdego dnia. Kto Boga zna, kto się Go tak dotknie, jak Samarytanka przy źródle, bo On tu jest – ten już Go spotkał. Spotkał źródło wody żywej i spotkał to, co będzie kiedyś po śmierci, tylko sceneria będzie trochę inna: podniosą kurtynę do góry i zobaczymy – będzie człowiek z Tym, którego szuka, którego pragnie, którego chce.
My – ciągle idziemy przez pustynię, ciągle jesteśmy spragnieni i ciągle śpiewalibyśmy hymny na cześć mającej spaść z niebiosów wody – a On nam tę wodę daje. Każdemu, kto chce. I mówi: trzeba, abyście za tę wodę dziękowali, abyście oddawali Bogu kult i cześć w duchu i w prawdzie. To znaczy, abyście dziękowali życiem waszym, waszą postawą tam, kiedy będziecie poza murami kościoła. Kiedy pokarm, któryście tu przyjęli, przekształci się w pełnienie woli Ojca.
To jest właśnie to, o co chodzi. Kiedy pokarm woli Bożej staje się zasadą naszego życia poza kościołem – człowiek dochodzi do pełni szczęścia.
Nie wiem, czy to wszystko zrozumieliście tak, jak chciałem wam przekazać w tym krótkim słowie, ale tak to jest. Człowiek jest szczęśliwy wtedy, kiedy pilnuje swoich pięciu owiec, kiedy ma swój wyznaczony posterunek, swoją misję, kiedy ma swój konkret. I kiedy jest wierny temu, co robi. Szczęście człowieka nie jest na bezdrożach gwiezdnych. Jest ono – jak mówi przysłowie francuskie – w małych dolinkach. W miłości, w przyjaźni, w czynieniu dobrze. A dzieje się tak wtedy, kiedy moc Chrystusa Zmartwychwstałego przynagla nas.
Oto są te perspektywy chrześcijańskie, które trzeba mieć stale przed oczyma. One ukazują nam sens w okresach niemal powszechnego relatywizmu, nieładu, przewartościowania wszelkich wartości – i dają nam cichą radość, taką, jaką mieli pierwsi chrześcijanie, kiedy Neron szalał, a oni mieli radość z posiadania prawdy i z ukochania Chrystusa. 


 

marca 11, 2023

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) - Spotkanie u studni Jakubowej

marca 11, 2023

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) - Spotkanie u studni Jakubowej
Była godzina szósta, według starożytnej ra­chuby czasu, a więc samo południe. Jezus zmęczony drogą i upałem dnia zatrzymuje się razem z Apostołami w Samarii w pobliżu mia­sta Sychar. Zwyczajem podróżnych zatrzymuje się w miejscu, gdzie znajdowała się woda do picia. W tym przypadku była to studnia, którą według tradycji miał wykopać jeszcze patriarcha Jakub. Istnieje ona po dziś dzień i znana jest ze swej głę­bokości (ponad 30 metrów). Pan Jezus siada, aby odpocząć, a Apostołowie idą do miasta, aby kupić coś do jedzenia.
Po chwili u studni zjawia się niewiasta z dzban­kiem po wodę. Pan Jezus prosi ją, aby i Jemu po­zwoliła się napić, gdyż sam nie miał czym zaczerp­nąć. Niewiasta jest zdziwiona, że czyni to Żyd, bowiem Żydzi i mieszkańcy Samarii byli we wrogich stosunkach. Jest zdziwiona zapewne i dlatego, że czyni to mężczyzna. Na Wschodzie i w tamtych czasach nie należało do dobrego tonu, aby męż­czyzna wdawał się w rozmowę z nieznajomą ko­bietą. A niektórzy z rabinów okazywali kobietom lekceważenie tak daleko posunięte, że publicznie nie rozmawiali nawet ze swymi żonami. Rów­nież Apostołowie po powrocie zdziwią się, że ich Mistrz rozmawia z nieznajomą. Nie będą jednak śmieli wyrazić głośno swego zdumienia.
Rozmowa o wodzie była dla Jezusa okazją do zrobienia uwagi o charakterze religijnym. Mówi mianowicie, że On posiada wodę żywą, to jest po­chodzącą z głębokich źródeł. A woda ta ma tak cudowne właściwości, że kto ją pije, nie będzie już czuł więcej pragnienia i będzie żył na wieki. Sa­marytanka prosi gorąco o tę wodę: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4,15). Bierze tu ona wodę dosłownie, material­nie i nie rozumie, że pod obrazem wody jej Roz­mówca ma na myśli swą łaskę, życie Boże w du­szy.
Jezus widząc, że tą drogą nie trafi do jej du­szy, przechodzi to tematu bardziej osobistego, dotyczącego jej życia intymnego: pyta ją o męża. Samarytanka odpowiada krótko i jakby niechęt­nie: Nie mam męża. Pan Jezus, chcąc podtrzymać rozmowę i pozyskać jej życzliwość, chwali ją za szczerość, a jednocześnie czyni uwagę: Miałaś pię­ciu mężów, a ten, którego masz teraz nie jest twoim mężem. Prawdopodobnie z poprzednimi mężami rozwiodła się, bo trudno przypuścić, aby wszyscy pomarli. Z ostatnim zaś albo nie mogła, albo nie chciała wiązać się formalnie. Ale teraz wstrząśnię­ta znajomością tajników swego życia, woła: Panie widzę, że jesteś prorokiem.
Dalej rozmowa schodzi na temat świątyni i Mesjasza. Samarytanie bowiem też czekali na Mesjasza, który, jak wyraziła się niewiasta, pouczy nas o wszystkim. Gdy Pan Jezus stwierdził, że On jest tym Mesjaszem, wzruszona, że nadeszły już oczekiwane przez wszystkich czasy, że ma przed sobą Tego, który był przedmiotem pragnień i mo­dlitw tylu pokoleń, nie zwraca uwagi na Apostołów powracających z zakupioną żywnością, ale szyb­ko biegnie do miasteczka, aby przekazać radosną wieść. Zapomina nawet zabrać ze sobą dzbana, jak zauważył św. Jan. W tej chwili woda nie ma dla niej większego znaczenia.
W mieście swą rozmowę z sąsiadami i znajo­mymi rozpoczyna od podstawowego argumen­tu: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. I woła: Czyż nie jest On Mesjaszem? W swym uniesieniu nie wstydzi się mówić nawet o swoim nieuporządkowanym życiu. Narobiła pewnie tyle hałasu, że szybko zebrał się tłum ciekawych. Po chwili wszyscy udają się do studni, aby osobiście zetknąć się z Chrystusem. Wśród nich jest prawdopodob­nie kochanek niewiasty. Już po wstępnej rozmo­wie proszą oni Jezusa, aby poszedł do ich miasta i pozostał wśród nich. Dziwna prośba, jak na ludzi, którzy wiedzieli, że Chrystus jest jednym z Żydów, którym w normalnych warunkach do­kuczali. Dwa dni pobytu wśród Samarytan przy­niosły obfite żniwo; wielu uwierzyło weń i to już nie tylko dla słów niewiasty. Oni to prawdopo­dobnie w pięć lat później (por. Dz 8,5-25) przyjmą uczniów Chrystusa i ułatwią im dalszą ewangeli­zację Samarii.

W całym tym wydarzeniu podziwiamy wielką dobroć Chrystusa. Samarytanie nie są dla Niego, jak dla każdego innego Żyda, przedmiotem pogardy i nienawiści. Są ludźmi na równi z Żydami. Nawet Apostoło­wie wychowani w szkole Jezusa też wyzbyli się, częściowo przynajmniej, religijno-narodowych uprzedzeń. Poszli, aby zrobić coś, czego nie uczy­niłby przeciętny Żyd: kupić chleb u Samarytan. Jeszcze bardziej od zwyczajów epoki odbija stosu­nek Chrystusa do Samarytanki. Oto jak opisuje go J. Galot:
Nowe prawo, które Jezus wydał dla swoich uczniów, wzmacnia nierozerwalność małżeń­stwa: ale to nie przeszkadza Mu okazać wiel­kiej dobroci niewieście, która żyje w nieprawych związkach... Aby dać się poznać mieszkańcom Sychar, wybiera kobietę dość lekkich obyczajów, a ponieważ jest ona ciekawska i gadatliwa, posłu­guje się tymi dwoma rysami niewieściego charak­teru... aby drugim opowiedziała to, co jej się zda­rzyło. Gdyby przybrał postawę sędziego i zaczął od karcenia niewiasty za jej lekkomyślność, nie uzyskałby żadnej ugody z jej ciekawością i chęcią mówienia”. I nie doprowadziłby do jej i innych nawrócenia.
Przykładów wartości apostolskiej dobroci życie dostarcza i obecnie na każdym kroku. Oto wyda­rzenie opowiedziane przez kardynała Leo Josepha Suenensa w jednej z jego konferencji radiowych:
W Brukseli pewien proboszcz, wychodząc z kościoła, zobaczył jednego ze swych niepraktykujących parafian, który właśnie robił zdjęcie żony z małym synem na rękach. Zbliżył się i po­wiedział: „Czy nie wydaje się panu, że fotografia byłaby milsza, gdyby i pan był na niej?" Męż­czyzna przyznał rację. Proboszcz zrobił zdjęcie, oddał aparat i oddalił się. Zanim jednak zrobił kilka kroków, matka z dzieckiem zbliżyła się do niego i powiedziała: „Proszę księdza, nasz chło­piec jest jeszcze nieochrzczony, czy nie dałoby się tego zrobić zaraz?” Lody zostały przełamane. Z rozmowy wynika, że rodzice dziecka nie za­warli jeszcze związku małżeńskiego w kościele. Powoli wszystko zostało uregulowane, najpierw chrzest, potem małżeństwo. Powstała nowa ro­dzina chrześcijańska. A wszystko zaczęło się od małego gestu dobroci, od zwykłego zdjęcia, zresz­tą nawet nieudanego.
Widzimy tu u Chrystusa i naśladującego Go kapłana dobroć dla żyjących bez ślubu religijnego. Jest ona przykładem zarówno dla kapłanów jak i dla każdego chrześcijanina.
Ewangelia nie podaje dalszych dziejów Sama­rytanki. Natomiast stara tradycja grecka nazywają Fotiną, oświeconą, to jest tą, która znalazła świa­tło wiary. Z jej szczerego i pełnego zaangażowania przyjęcia Chrystusa podczas pierwszego spotkania możemy przypuszczać, że potem uporządkowała swoje życie zgodnie z wymogami Ewangelii. Jej wielokrotne zmiany mężów czy kochanków były wyrazem nieznajomości sensu życia, braku okre­ślonego celu. Zresztą zdarzyło się to nie tylko jej. I w naszych czasach ciągłe rozwody, ciągłe zmiany partnerów miłości są wyrazem tego samego bra­ku. Pustkę życiową usiłuje się wypełnić coraz to mocniejszymi wrażeniami, a ponieważ one wciąż powszednieją, szuka się nowych partnerów.
Samarytanka poprzez Chrystusa odnalazła wo­dę żywą, której sensu przedtem nie zrozumiała, to jest łaskę Bożą i życie w niej. Musiała wprawdzie nadal chodzić po wodę do studni, ale to był drobiazg i z uśmiechem pewnie wspominała swą chęć napi­cia się raz na całe życie. Tego spokoju wewnętrz­nego i odnalezienia sensu życia pragnie Chrystus dla wielu nerwowo goniących za przyjemnościami samarytan i samarytanek naszych czasów.
Dziś wędruje On również, choć tylko w sposób duchowy, po drogach i ulicach naszych miast i wsi. Zatrzymuje się w różnych punktach, spragniony już nie wody materialnej, ale spotkania z ludźmi, porozmawiania z nimi o sprawach ich duszy. Pra­gnie dać im wodę żywą, to jest swą łaskę, życie Boże. Zależy Mu zwłaszcza na spotkaniu z tymi, którzy jak Samarytanka nie żyją zgodnie z Jego Ewangelią. Szuka ich po różnych drogach.


lutego 25, 2023

Kazanie pasyjne - II. Getsemani

lutego 25, 2023

Kazanie pasyjne - II. Getsemani
Tydzień temu, razem ze św. Markiem, przebywaliśmy w Wie­czerniku, odkrywając tajemnicę wielkiego dramatu, jakim jest atak zła na Dobro wypełniające Serce Chrystusa. Najwspanialszy z ludzi, na podstawie decyzji księcia tego świata, ma być znisz­czony. Pamiętamy odpowiedź Jezusa, który uprzedza wydanie w ręce złych ludzi, przez dobrowolne wydanie siebie samego w Eucharystii w ręce swoich przyjaciół.

1. Lęk o życie
Opuściliśmy Wieczernik, udając się do Ogrodu Oliwnego Św. Marek nadal nam towarzyszy. On był obecny w Ogrodzie Getsemani i prawdopodobnie posiadłość, w której Jezus się za­trzymał, była własnością jego rodziny. On sam przebywał tej no­cy w domku ogrodnika i dokładnie przedstawia scenę pojmania Jezusa Chrystusa. W Getsemani jest obecny św. Piotr, któremu Marek przez lata towarzyszył, będąc jego sekretarzem. Stąd rela­cja Marka jest bardzo wiarygodna.
Marek pisze: „A kiedy przyszli do ogrodu zwanego Getsemani, rzekł Jezus do swoich uczniów: ,Usiądźcie tutaj, Ja tymczasem będę się modlił’. Wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i począł drżeć, i odczuwać trwogę. I rzekł do nich: ,Smutna jest moja du­sza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie'. I odszedłszy nieco dalej, upadł na ziemię i modlił się, żeby - jeśli to możliwe - ominęła Go ta godzina. I mówił: ,Abba, Ojcze, dla Ciebie wszyst­ko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie. Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty niech się stanie' " (Mk 14, 32-36).
Pan Jezus wychodzi z Wieczernika otoczony ludźmi dobrymi. Wśród nich nie ma człowieka złego. Ośmiu Apostołom pozwala odpocząć. Prawdopodobnie odpoczywają oni razem ze św. Mar­kiem u wejścia do ogrodu. Natomiast trzech najbliższych bierze ze sobą i wzywa ich do czuwania. Mimo, że jest w kręgu ludzi dobrych, znając zbliżające się zagrożenie, zaczyna odczuwać trwo­gę. Jest człowiekiem, a każdy człowiek w obliczu zniszczenia, w obliczu zagrażającego zła odczuwa lęk. Jest to naturalny od­ruch. Nawet najodważniejszy człowiek może był wypełniony lękiem.
Lęk wobec nadchodzącego nieszczęścia stwarza pokusę ocalenia. Pojawia się ono wtedy, kiedy na drodze naszego życia wyrastają poważne trudności, kiedy trzeba płacić sobą. Im więcej trzeba za­płacić, im wyższa jest cena, tym większa pokusa, aby nie płacić.
Chrystus mocuje się z tą właśnie pokusą. Bóg zgodził się na to, aby doczesne życie Jego Syna zostało zniszczone. Mimo, iż ciało Jezusa Chrystusa jest święte, na ziemi jest dostępne dla zła, i właśnie w to ciało uderzy nieprzyjaciel.
Jezus Chrystus tuż przed spotkaniem ze złem chce jeszcze raz porozmawiać ze swoim Ojcem. Chce przezwyciężyć pokusę pełnie­nia swojej własnej woli, a więc pokusę ocalenia siebie przed znisz­czeniem, przed śmiercią. Ojciec może wszystko. Ojciec kocha Syna, stąd Jego słowa: „Tato, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ode Mnie ten kielich, ale nie moja, lecz Twoja wola niech się sta­nie". Syn doskonale wie, że Ojciec wybiera najlepsze rozwiązanie i dlatego chce przyjąć to rozwiązanie. Gotowy jest zrezygnować z wypełnienia swojej własnej woli, odrzucić pokusę ocalenia, byleby pełnić wolę Ojca.

2. Sens cierpienia
Dlaczego Bóg zgadza się na tę godzinę męki? Jest to pytanie niezwykle trudne, a zarazem bardzo istotne. Bez niego nie potra­fimy zrozumieć Ogrodu Oliwnego. Świat jest pod panowaniem zła. Bóg, skoro stworzył istoty wolne, a one odeszły od Niego, musi się z ich złym działaniem liczyć. Takie są konsekwencje wolności. Ponieważ Bóg pragnie odnieść zwycięstwo, postanowił wykorzy­stać zło dla swoich własnych celów. Zło nigdy nie jest twórcze, nigdy nie buduje, ono zawsze niszczy, zmierza do unicestwienia, do burzenia. Jak zatem wykorzystać tę niszczącą energię zła?
Otóż Bóg zsyła swojego Syna, który staje się człowiekiem. W Nim jest ukryta Boska rzeczywistość. Na zewnątrz Chrystus jest podobny do nas wszystkich. Jak długo żyje życiem doczesnym jest wielki, genialny, ale tylko jeden z wielkich proroków. Jego życie przypomina życie innych ludzi. Pan Bóg postanawia wyko­rzystać zło, które uderzy w Jego Syna, po to, aby wyzwolić ukrytą w Nim Bożą energię. To jest mniej więcej tak, jak z atomem, z którym ludzkość miała do czynienia przez długie wieki nic o jego tajemnicy nie wiedząc. On kryje w sobie potężną energię. Ta ener­gia ujawnia się dopiero wtedy, kiedy atom zostaje rozbity. Dopie­ro zniszczenie atomu powoduje wyzwolenie tkwiącej w nim potę­żnej energii. Podobnie jest z całą tajemnicą Wcielenia. Bóg ukrył potężną energię w Swoim Synu, który stał się człowiekiem, nie rozpoznanym w pełni dotąd, dopóki zło nie uderzyło w Niego, starając się Go zniszczyć. Zło jednak nie wiedziało, co wyzwoli. Gdy zło na Golgocie niszczy Syna Bożego, w tym momencie poja­wia się tak potężne źródło zbawczej, twórczej energii miłości, że ta energia potrafi zbawić cały świat. Oczywiście jest to połączone z cierpieniem, bo każde zniszczenie jest połączone z cierpieniem. Bóg w ten sposób wykorzystuje zło istniejące na ziemi, dla swoich własnych celów. Dlatego w Getsemani Ojciec nie odpowiada na prośbę Syna. On wie, że Syn rozumie to, że aby wyswobodzić tę wielką energię miłości i przekonać świat, jak bardzo Bóg kocha ludzi, potrzebne jest Jego cierpienie. Dopiero wtedy ludzie odkry­ją, ile w Bogu jest zbawczej mocy. Ostatecznie Chrystus odpo­wiada Ojcu pozytywnie, zgadzając się całkowicie na Jego wolę objawioną w zbawczym planie. To było treścią rozmowy Ojca z Synem i Syna z Ojcem.
Ale w Getsemani chodzi jeszcze o coś więcej. Nie tylko o prze­zwyciężenie pokusy pełnienia swojej woli, ale również o to, aby Syn miał tę wielką, najgłębszą pewność, że Ojciec jest z Nim, że On jest podłączony do Ojca, który jest źródłem wszelkiego dobra. Jeżeli tę pewność będzie posiadał, to nigdy zło nie potrafi Go zniszczyć. To jest celem Jego modlitwy w Ogrodzie Oliwnym.

3. Zaniedbanie modlitwy
Na tym tle można zrozumieć troskę Chrystusa o to, aby Aposto­łowie przez modlitwę podłączyli się do Boga, ponieważ atak będzie wymierzony nie tylko w Niego, ale i w Apostołów. Wezwał ich do modlitwy, a następnie wrócił, modlił się i po pewnym czasie jesz­cze raz podchodzi do swojej wybranej trójki:
„I zastał ich śpiących. Rzekł do Piotra: ,Szymonie, śpisz? Jednej godziny nie mogłeś czuwać? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe*. Odszedł znowu i modlił się, powtarzając te same słowa. Gdy wrócił, zastał ich śpiących, gdyż oczy ich były snem zmorzone, i nie wiedzieli, co Mu odpowiedzieć" (Mk 14, 37-40).
Panu Jezusowi wyraźnie chodzi o to, aby Apostołowie w godzi­nie ataku na ich wspólnotę mieli łączność z Bogiem. Kiedy więc przychodzi po raz drugi i trzeci i widzi, że oni śpią, wie, że zło ich zniszczy. O ile u Niego zniszczy ciało, a nie tknie ducha, który jest całkowicie podłączony do Boga, o tyle u nich nie tknie ciała, ale zniszczy ducha, ponieważ duch nie został przez modlitwę zespo­lony z Bogiem. Zabrakło modlitwy.
Gdyby Chrystus wziął do Ogrodu Getsemani swoją Matkę, to na pewno nie musiałby Jej upominać trzy razy, aby czuwała i modli­ła się. Zresztą Ona na pewno tej nocy nie spała. Jest rzeczą nie­możliwą, aby kochające serce Matki nie odebrało tych bardzo głę­bokich przeżyć, tego zmagania, które dokonywało się w sercu Jej Syna. Te dwa Serca były tak mocno połączone ze sobą, że reago­wały, mimo iż nie byli blisko siebie. Matka Najświętsza czuwała natomiast Apostołowie, mimo wcześniejszych zapewnień, nie czu­wali, nie pełnili też woli Ojca Niebieskiego, który chciał, aby w tym momencie byli z Jego Synem. Apostołowie odpoczywając pełnili swoją własną wolę. Chrystus musiał boleśnie odebrać to za­chowanie swoich trzech wybranych Apostołów. Nie udało Mu się dotychczas nauczyć ich modlitwy, nie umieli rozmawiać z Ojcem, nie potrafili słuchać Boga. Nie pozostali w kontakcie z rzeczywi­stością Boga, mimo że tyle miesięcy przebywali razem.

4. Zmęczenie
Co odegrało decydującą rolę? Słabe ciało. Dobrze wiemy, jak trudno się modlić, kiedy człowiek jest zmęczony, gdy słabość ciała bierze górę. W takich momentach usprawiedliwiamy się. Tymczasem Pan Jezus ich nie usprawiedliwia. Trzeba bardzo ko­chać, by umieć przezwyciężać słabość swojego ciała. Tylko praw­dziwa miłość jest w stanie w godzinie zmęczenia zmobilizować słabe siły. Obserwujemy to czasem u matki, która pada ze zmęczenia, ale w nocy na głos dziecka potrafi wstać i zająć się nim. U Apostołów zabrakło tej miłości.
Trzykrotnie przychwyceni na tym, że śpią, na swoim zanied­baniu, cóż mieli odpowiedzieć Chrystusowi? Jezus wiedział, że zwycięstwo zła nad Jego uczniami jest bliskie. Chcieli należeć do świata dobra. Chcieli być ludźmi dobrej woli, lecz nie stać ich było na przezwyciężenie zmęczenia, na podjęcie pewnego trudu. Zawiodą Chrystusa, i to zawiodą nie tyle ze złej woli, ile ze sła­bości.
Zło bardzo często odnosi nad nami zwycięstwo przez to, że wcześniej nas zmęczy. Zmęczonego człowieka można jednym pal­cem przewrócić. Trzeba o tym pamiętać. Kiedy człowiek jest wy­kończony i zmęczony życie religijne nie będzie się rozwijać. Wte­dy nie ma mowy o modlitwie. Samo zmęczenie człowieka jest częścią taktyki zła zmierzającego do zniszczenia. W naszym świe­cie chodzi o to, aby ludzie byli zmęczeni od rana do wieczora, kładąc się spać i wstając, bo wtedy można ich łatwo przewrócić i pokonać. To trzeba dostrzec w Getsemani. Cóż z tego, że duch ochoczy, ale ciało za słabe. Jeden atak zła i wszyscy pouciekali.
„Gdy przyszedł po raz trzeci, rzekł do nich: ,Spicie dalej i od­poczywacie? Dosyć. Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca" (Mk 14, 41-42).

5. Przyjąć cierpienie
Chrystus dobrowolnie wychodzi na spotkanie z Judaszem, ze złem. Już nie ma - „nie moja, ale Twoja wola". Chrystus w cza­sie modlitwy utożsamił swoją wolę z wolą Ojca. On już chce czy­nić to, czego pragnie Ojciec i dlatego wychodzi taki mocny. Dobrowolnie oddaje się w ręce zła. Zgadza się, aby tak jak atom był rozbity, by objawiła się w Nim energia Bożej Miłości.
Cierpienie jest twórcze tylko wówczas, kiedy człowiek dobro­wolnie się na nie zgodzi. Jeżeli jest ono wciągnięte w zbawczy plan przez samego Pana Boga, to musi być twórcze. Również na­sze cierpienie może być twórcze pod jednym warunkiem - jeśli dobrowolnie się na nie zgodzimy.
Chrystus się modlił, bo dobrowolne podjęcie cierpienia jest jednym z najtrudniejszych zadań, jakie istnieje na ziemi. Taka decyzja może być podjęta tylko na modlitwie. Chrystus w Getse­mani uczy nas dobrowolnej zgody na cierpienie.
Był tylko jeden Apostoł, który tej nocy nie spał, czuwał - jeden z Dwunastu - Judasz, bo zło czuwa zawsze. Przyjaciele spali, ale wróg - Judasz czuwał. Zło jest niezmordowane w nisz­czeniu. Zło potrafi mobilizować wszystkie swoje siły w najbar­dziej nieoczekiwanym momencie. Dzieje się tak dlatego, że każde
zniszczenie jest zawsze dla niego połączone z radością odniesienia sukcesu. Zło prowadzi wielkie polowanie, a myśliwy, jeżeli chce zwierzę upolować, musi czuwać. Judasz czuwał, on jeden jedyny. Czuwał Mistrz i czuwał Jego zdrajca.

6.Zdrada
„I zaraz, gdy On jeszcze mówił, zjawił się Judasz, jeden z Dwu­nastu, a z nim zgraja z mieczami i kijami wysłana przez arcy­kapłanów, uczonych w Piśmie i starszych. A zdrajca dał im taki znak: ,Ten, którego pocałuję, to On; chwyćcie Go i prowadźcie ostrożnie’. Skoro tylko przyszedł, przystąpił do Jezusa i rzekł: ,Rabbi', i pocałował Go. Tamci zaś rzucili się na Niego i pochwy­cili Go. A jeden z tych, którzy tam stali, dobył miecza, uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu ucho. A Jezus zwrócił się i rzekł do nich: ,Wyszliście z mieczami i kijami, jak na zbójcę, że­by Mnie pochwycić. Codziennie nauczałem u was w świątyni, a nie pojmaliście Mnie. Ale Pisma muszą się wypełnić’" (Mk 14, 43-49).
Dochodzi do spotkania dwóch światów: świat dobra zgroma­dzony wokół Jezusa, to Mistrz z Nazaretu i Jego uczniowie oraz świat zła, któremu w tym momencie przewodniczy Judasz. Sza­tan, książę świata zła jest niewidoczny. Judasz jest tylko tym, którym on się posługuje. Rzecz znamienna, pojmanie dokonuje się w nocy. Zło lubi ciemności. Judasz stanowi w tym momencie most między światem zła i światem dobra. Kiedyś Chrystus wez­wał go do swojego świata dobra i Judasz zewnętrznie opowiedział się po stronie Chrystusa, ale wewnętrznie jego serce zostało w świecie zła, temu złu ciągle służył. Nadszedł wreszcie moment, w którym zło wykorzystuje go do zdrady Mistrza. Pocałunek Ju­dasza głębiej i boleśniej zranił Serce Jezusa, aniżeli włócznia, bowiem ostrze włóczni kierowane było ręką człowieka, który wykonał rozkaz, natomiast pocałunek złożył przyjaciel. Można znisz­czyć człowieka jednym pocałunkiem zdrady. Można zniszczyć jed­nym słowem „Rabbi".
Obserwujemy, jak zło posługuje się człowiekiem. Judasz jest tylko narzędziem. Zło potrzebuje współpracowników, którzy ze­wnętrznie należą do świata dobra. Ci ludzie czynią najwięcej zła. Może to być zły ojciec, który zawsze winien być dobrym ojcem; zła matka, która zawsze winna być dobrą matką, bowiem krzyw­da wyrządzona dzieciom przez złych rodziców jest jedną z naj­większych krzywd, jakie można spotkać na ziemi. Może to być zły mąż, zła żona, zły kapłan, zła zakonnica. Jeśli zło posłuży się takim człowiekiem, wtedy jego sukcesy są wielkie.
Judasz działa z wielkim wyrachowaniem. Potrafi nawet powie­dzieć „prowadźcie Go ostrożnie", to znaczy uważnie, abyście Go doprowadzili do arcykapłana. W tym momencie ostrze zła naj­głębiej uderza w Chrystusa. Rozpada się osłona dobra. Ludzie, którzy byli zgromadzeni wokół Chrystusa, uciekają, a Mistrz do­staje się w ręce złych ludzi, którzy odtąd będą Go niszczyć. Ju­dasz jest tym, który pierwszy zniszczył to Boże Arcydzieło, jakim jest Wcielone Słowo Ojca. Pierwszy również zostaje porażony tą wielką energią, która została wyswobodzona na Golgocie. Ponieważ nie odpowiedział miłością, nie stać go było nawet na prośbę oprzebaczenie. Idzie i popełnia samobójstwo.. Niszczy Chrystusa i niszczy siebie. Takie jest działanie zła.
Chrystus dostaje się w ręce zła. Jeszcze Piotr próbuje Go bro­nić, ale ucina tylko ucho. Rani sługę najwyższego kapłana i musi schować miecz do pochwy. Chrystus oddaje siebie dobrowolnie w ręce złych ludzi. Jezus mógł sięgnąć do przemocy, mógł poko­nać wroga przy pomocy siły, tak jak chciał Piotr. Gdyby Piotr wezwał pozostałych Apostołów, doszłoby do walki, i w tych ciemnościach mogliby ratować Chrystusa. Ale dobroć nigdy nie wal­czy przy pomocy siły. Dobroć potrafi przyjąć uderzenie, ale nie zada ciosu. Piotr schował miecz, chociaż niewiele zrozumiał z po­stawy Mistrza. Dopiero następne godziny wyjaśnią mu to dziwne zachowanie Chrystusa, a w Wielką Niedzielę zrozumie dlaczego dobro nie może posłużyć się siłą.
Uciekli wszyscy, opuścili Mistrza. Opis pojmania w Getsema­ni Marek kończy takim zdaniem:
„A pewien młodzieniec szedł za Nim, odziany prześcieradłem na gołym ciele. Chcieli go chwycić, lecz on zostawił prześcieradło i nago uciekł od nich" (Mk 14, 51-52). To jest podpis św. Marka, który był obecny przy pojmaniu. Nie podaje tu swojego imienia. Szedł za Chrystusem, chciał towarzyszyć Mu nadal już przy poj­maniu, ale ponieważ go zaatakowano, wówczas zostawił prześcieradło, w którym spał i uciekł. To jest dyskretnie zaznaczona obe­cność Ewangelisty przy aresztowaniu Mistrza.
Kończąc nasze rozważanie chciałbym zwrócić uwagę na nastę­pujące elementy:
1. Tam, gdzie ma miejsce zmaganie między pełnieniem wła­snej woli, a pełnieniem woli Boga, potrzebna jest modlitwa. Tak długo bowiem nie ma właściwego rozwiązania, jak długo nie przyjmiemy woli Bożej za własną.
2. Cierpienie zostało przez Boga wykorzystane dla Jego zbaw­czych celów. Jest ono narzędziem, przez które Bóg wydobywa największą energię, jaka jest zamknięta w ludzkim sercu - ener­gię prawdziwej miłości.
3. Słabość ciała i zmęczenie stanowi bardzo poważną przeszkodę w rozwoju życia religijnego i trzeba uważać, by zawsze zacho­wać tyle sił, by człowiek mógł się modlić.
4. Zdrada najbardziej boli wówczas, gdy pochodzi od osoby bliskiej. Nasza zdrada tym bardziej boli Boga, im jesteśmy Mu bliżsi.



lutego 25, 2023

Kazanie pasyjne – I. Wieczernik

lutego 25, 2023

Kazanie pasyjne – I. Wieczernik
Rozpoczynamy rozważania męki Pana naszego Jezusa Chrystu­sa. Za przewodnika, po tych niezwykle bolesnych, a zarazem bogatych godzinach cierpienia Jezusa Chrystusa, wybierzemy bez­pośredniego świadka wydarzeń Wielkiego Tygodnia, św. Marka. W oparciu o tekst jego Ewangelii spróbujemy odkryć potęgę i me­tody zła działające w świecie oraz niepojętą miłość, którą Bóg objawił w Jezusie Chrystusie.
Św. Marek pisze Ewangelię po to, aby ukazać kim jest Jezus Chrystus, ukazać Jego niepojętą tajemnicę godności Syna Bożego i godności Mesjasza. Ewangelista bardzo wyraźnie podkreśla, że Chrystus ukrywał tę godność, aż do momentu swego zmartwych­wstania. W czasie Jego publicznej działalności, tylko niektórzy ludzie, na podstawie pewnych znaków, rozpoznali tę godność Sy­na Bożego i godność Mesjasza.
Chrystus jest czystą dobrocią, a pojawił się na świecie, który jest pod panowaniem zła. Od samego początku Pan Jezus, czysta Dobroć, musiał się ukrywać, ponieważ zło chciało Go zniszczyć. Kiedy tylko, w Betlejem, ukazał się pierwszy blask Jego Dobro­ci, natychmiast pojawiło się zło, które chciało zniszczyć Serce zbu­dowane z czystej Dobroci. Przez trzydzieści lat Chrystus żyje w ukryciu, nie promieniując dobrocią. W Nazarecie jest czystą Dobrocią, ale nią nie promieniuje i dlatego zło Go nie atakuje.
Z chwilą rozpoczęcia publicznej działalności, Chrystus zaczyna jakby promieniować swoją dobrocią, poszukując ludzkich serc do­brej woli, aby nawiązać z nimi kontakt, by ich wprowadzić do świata czystej dobroci. Ludzie zaczynają odpowiadać na Jego wezwanie i zbliżają się do Niego, jak do ognia, chcąc się od Nie­go zapalić. Natomiast ludzie złej woli uciekają od Niego, a jeśli podchodzą to po to, aby Go zniszczyć.

1.Chrystus działa w konspiracji
W ostatnich miesiącach Chrystus musiał się ukrywać, a poma­gają Mu w tym ludzie dobrzy. W tym kontekście trzeba odczytać słowa mówiące o przygotowaniu do Paschy. „W pierwszych dniach przaśników, kiedy ofiarowano Paschę, zapytali Jezusa Jego uczniowie: ,Gdzie chcesz, abyśmy poszli poczynić przygotowania, żebyśmy mogli spożyć Paschę?' I posłał dwóch swoich uczniów z tym poleceniem: ,Idźcie do miasta, a spotka się z wami czło­wiek, niosący dzban. Idźcie za nim i tam, gdzie wejdzie, powiedz­cie gospodarzowi: Nauczyciel pyta, gdzie jest dla Mnie izba, wktórej mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujecie dla nas Paschę. Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta, gdzie znaleźli, tak jak im powiedział, i przygotowali Paschę" (Mk 14, 12-16).
Pan Jezus działa w ostatnich miesiącach swojego życia, według praw konspiracji, w ukryciu i dlatego swoim dwom uczniom nie podaje nawet adresu. Chodzi o św. Jana i św. Piotra. Wskazuje uczniom człowieka z dzbanem w ręku, który spełnia rolę łącznika między Chrystusem a gospodarzem. Jezus już wcześniej załatwił z gospodarzem salę. Trzeba podkreślić, że zarówno ten dobry człowiek, pełniący rolę łącznika, jak i sam gospodarz - ryzykują. Chrystus był poszukiwany listem gończym, a więc każdy, kto Go ukrywał, narażał się władzy. Mimo to w samym Jeruzalem jest człowiek, który ma dobre serce, oddaje swoje mieszkanie i przy­gotowuje salę na tyle przestronną, aby trzynastu mężczyzn mogło przyjść i spożyć świętą ucztę. Dwaj uczniowie, którzy przychodzą wcześniej, przygotowują baranka paschalnego. Trzeba go było złożyć w świątyni w ofierze, a następnie przyrządzić do spożycia.
Zwróćmy uwagę na tych ludzi, których imion nie znamy. Św. Marek prawdopodobnie znał zarówno tego człowieka, który szedł z dzbanem wody, jak i samego gospodarza. Istnieje nawet tradycja, że Wieczernik był w domu Marka, stąd też jego wia­domości są pewne. Ludzie ci potrafili ryzykować dla Chrystusa. Ktokolwiek bowiem tu na ziemi opowie się po stronie Chrystusa naraża się na niebezpieczeństwo. Taka jest prawda Ewangelii.
Tu trzeba postawić pytanie: W jakiej mierze potrafimy narazić siebie, swoje życie, mienie dla Chrystusa? Czy potrafimy sprze­ciwić się opinii publicznej, która często nie chce aprobować wy­magań Ewangelii? W jakiej mierze potrafimy w imię Chrystusa narazić się ludziom, którzy mają władzę? Mistrz czeka na dobroć i odwagę naszego serca. To jest ważny moment, który trzeba do­strzec, jeśli chcemy dobrze odczytać Ewangelię. Zmaganie dobra ze złem trwa i każdy człowiek, który się opowie po stronie Chry­stusa, musi być przygotowany na różne przykre konsekwencje, jakie go spotkają. Dziś bowiem zło, nie mogąc dosięgnąć Chry­stusa, uderza w ludzi dobrej woli, którzy odpowiadają na Jego wezwanie.

2. Wtyczka
Chrystus przybywa do Wieczernika, gdzie wszystko jest przy­gotowane, aby spożyć dziękczynną Paschę. Św.Marek notuje:
„Z nastaniem wieczoru przyszedł tam razem z Dwunastoma. A gdy zajęli miejsca i jedli, Jezus rzekł: ,Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi, ten, który je ze Mną'. Zaczęli się smucić i pytać jeden po drugim: ,Czyżbym ja?' On im rzekł: ,Jeden z Dwunastu, ten który ze Mną rękę zanurza w misie. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy bę­dzie wydany. Byłoby lepiej dla tego .człowieka, gdyby się nie narodził " (Mk 14, 17-21).
Mimo tej osłony ludzi dobrej woli, zło dociera do Chrystusa, ponieważ w Jego najbliższym otoczeniu znajduje się wtyczka. Bezpieczeństwo Chrystusa jest ciągle zagrożone.
Poznajmy tu metodę działania zła. Syn Boży w świat zła wszedł w ukryciu, utaił swoją dobroć i świętość. Wokół Niego zaczęli gromadzić się ludzie tęskniący za tym światem. Podobną metodę wybrał szatan. On się utaił w Judaszu. Zbliża się do świata czy­stego Dobra po to, by Go zniszczyć. Taka jest odpowiedź zła. Chrystus wszedł w świat zła, a zło posługuje się zdrajcą i wcho­dzi w Jego najbliższe otoczenie. Oczywiście Pan Jezus doskonale wiedział kogo wybiera. Judasz dostał się w tak bliskie Jego są­siedztwo za zgodą Mistrza. Niemniej w Wieczerniku możemy obserwować, jak w niezwykle sprytny sposób zło potrafi uderzyć w to, co jest dobre. Nie wiemy, co Judasz myślał, kiedy usłyszał słowa: „Jeden z was Mnie zdradzi", a następnie te najstraszniejsze słowa, jakie padły z ust Jezusa Chrystusa: „Biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził".
Dotykamy wielkiej tajemnicy. Judasz, który stanął tak blisko Jezusa, autentycznie powołany, nigdy nie ukochał Jezusa. Nie połączył własnego serca z Jego Sercem, nie dostosował swojego myślenia do myślenia swojego Mistrza. Okazuje się, że samo bliskie przebywanie z Jezusem nie wystarczy do tego, aby człowiek był dobry. Judasz nie chciał nauczyć się dobroci. Chrystus przez długie miesiące czynił wszystko, aby go nauczyć kochać i nie po­trafił tego osiągnąć. Drugiego człowieka nie da się nauczyć kochać, jeśli on sam nie chce się tego nauczyć. Nie da się! Tu roz­pada się w gruzy cała teoria kształtowania człowieka przez śro­dowisko. Judasz miał środowisko świętych i wspaniałych ludzi. Czy można było mieć wspanialszego wychowawcę, jak samego Chrystusa? A jednak pod Jego okiem wyrasta ktoś, o kim sam Mistrz powie: „Lepiej byłoby dla tego człowieka, gdyby się nie narodził".
Ciągle musimy pamiętać o tym, że sama bliskość fizyczna - nasze czytanie Ewangelii, Komunia Św., chodzenie do kościoła, nasze spotkania z Chrystusem - owo „zanurzanie ręki w misie razem z Nim", wcale jeszcze nie są gwarancją naszej doskonało­ści. Tu chodzi o serce, a nie o ręce, bo ręka może zdradzić. Tu chodzi o serce, a nie o słowa, bo słowa mogą zdradzić. Judasz przez wieki jest ostrzeżeniem, że sama fizyczna bliskość z Jezusem nie gwarantuje jeszcze przynależności do Niego. „Lepiej by było, że­by się nie narodził".
Zło jest bardzo blisko Serca Jezusa Chrystusa. Judasz w każ­dym momencie mógł wydać Mistrza. Za to zabrał pieniądze. Jego było stać na to. Był bardzo blisko. Najbliżsi Apostołowie nie roz­poznawali w nim złego człowieka. Chrystus, który dobrowolnie wydał się w ręce zła, kiedy nadeszła Jego godzina, demaskuje zdrajcę, by zaznaczyć, że On jest Panem sytuacji. Świadczy o tym następna scena w Wieczerniku.

3. Nie wydawać innych, lecz dawać siebie
„A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im mówiąc: ,Bierzcie, to jest Ciało moje’. Potem wziął kie­lich i odmówiwszy dziękczynienie dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: ,To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę nowy w królestwie Bożym' " (Mk 14, 22-25).
Ostatnia Wieczerza, ostatnie spotkanie przy stole. Chrystus wie­dział, że nie udało Mu się nauczyć Judasza miłości. Chce jeszcze w ostatnim momencie pokazać na czym polega prawdziwa mi­łość. Prawdziwa miłość to troska o prawdziwe dobro osoby kocha­nej, to płacenie sobą,aby ją ubogacić. Dlatego Jezus powiada: „Bierzcie i jedzcie". Uprzedza wydarzenia. Zanim Judasz Go wy­da w ręce złych ludzi, Chrystus sam siebie wcześniej wydaje, rozdaje siebie i to na zupełnie innej zasadzie. Judasz Go wyda, aby ludzie Go zniszczyli, a Chrystus wydaje siebie w ręce ludzi, aby ich ubogacić. Judaszowi chodzi o śmierć, a Chrystusowi o to, abyśmy mieli życie. To jest gest Chrystusa, gest Jego nieskończo­nej miłości. Rzecz znamienna, im mocniej uderza zło, tym wię­kszym gestem miłości odpowiada dobro. Gdy zło z wyrokiem śmierci jest bardzo blisko, na progu, spotęgowana miłość obja­wia się w Eucharystii. Jezus umie kochać, to najwspanialszy przykład miłości. „Bierzcie i jedzcie". Kiedy mówi o Krwi, po­wiada, że jest to Krew Przymierza. Chrystus chciał zaznaczyć, że On nigdy nie zawiedzie. Nawet wtedy, kiedy poleje się Jego Krew, uczniowie nie powinni w Niego zwątpić, On daje Krew na świadectwo swojej miłości.

4. Zwątpienie
Ludzie zawiodą, nawet ci, którzy byli tak blisko, którzy gro­madzili się wokół tego promieniującego miłością Serca. Jeśli to Serce zostanie zniszczone, oni się zgubią, Mówi o tym Chrystus w następnych słowach:
„ ,Wszyscy zwątpicie we Mnie. Jest bowiem napisane: Uderzą pasterza, a rozproszą się owce. Lecz gdy powstanę, uprzedzę was do Galilei'. Na to rzekł Mu Piotr: ,Choćby wszyscy zwątpili, ale ja nie\ Odpowiedział mu Jezus: ,Zaprawdę, powiadam ci: dzisiaj, tej nocy, zanim kogut dwa razy zapieje, ty trzy razy się Mnie wyprzesz'. Lecz on tym bardziej zapewnił: ,Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie'. I wszyscy tak samo mó­wili" (Mk 14, 27-31).
„Wszyscy zwątpicie we Mnie". W tekście greckim jest słowo: „Wszyscy zgorszycie się ze Mnie". Zgorszyć się można nie tylko wtedy, kiedy przychodzi zło, ale i wówczas, gdy rozpada się to, co jest piękne, bogate i wspaniałe. Słabość Chrystusa będzie po­wodem zgorszenia i zwątpienia dla Jego uczniów. Dlaczego? Po­nieważ oni budowali swoją wiarę i zawierzenie na mocy Chry­stusa. Budowali na Jego mocy, a nie na Jego miłości. Jeżeli ktoś buduje na miłości, to wtedy, kiedy ten drugi przeżywa godziny słabości, miłość się nie kończy. Tylko miłość nie zwątpi nawet w najtrudniejszej sytuacji.
Pan Jezus posługuje się obrazem, „uderzą w pasterza, a roz­proszą się owce". On nie ma żalu do swoich Apostołów, bo jeżeli oni się zgromadzili wokół promieniującego miłością Serca, a Serce to zostanie zranione, przestanie bić, to oni stracą orientację. Dla­tego podstawę naszej wiary stanowi nie Chrystus ziemski, ale do­piero Zmartwychwstały, kiedy jest już niezniszczalny. My budu­jemy swoją wiarę nie na Chrystusie, który przegrywał w Wielki Piątek, ale na Zmartwychwstałym Zbawcy, którego zło już nie zniszczy. Jezus udowodni, że jeśli serce wypełnia czysta miłość, nie można go zniszczyć. Dlatego Pan Jezus w Wieczerniku dodaje: „Lecz gdy powstanę, uprzedzę was do Galilei". On wie, że to bę­dzie tylko okresowe zwątpienie.
Św. Marek wspomina jeszcze przepiękne wyznanie św. Pio­tra „Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie". Gotowość Piotra na poniesienie śmierci razem z Chrystusem. Piotr należał do świata dobra, połączył swoje serce z Mistrzem i wydawało mu się, że już nikt i nic nie potrafi go od Serca Chrystusowego oderwać. On prawdziwie Chrystusa kochał. Wydawało mu się, że może o własnych siłach dochować wierności Bogu. Wkrótce przekona się, że wytrwanie w świecie dobra jest możli­we tylko przy pomocy łaski Bożej.
Kończąc pierwsze rozważanie pasyjne w oparciu o tekst Ewan­gelii św. Marka, stawiam pytania.
1. Czy stać nas na ryzyko przynależności do świata dobra? Czy stać nas na cierpienie, na utratę, nawet na zniesławienie, na ubo­gie życie dla Chrystusa? Czy mamy serce tak otwarte, jak gospo­darz Wieczernika, który mimo zagrożenia oddał i przygotował sa­lę swojemu Mistrzowi? Czy stać nas na to?
2. Czy mimo tej wielkiej bliskości z Chrystusem - jesteście w kościele, przystępujecie tu do Komunii św. - czy wasze serce należy do Chrystusa? Czy potraficie kochać?
3. Kto dla was jest ważniejszy? Czy postępujecie, jak Judasz, dla którego wszystko było ważne, tylko nie Chrystus? Czy tak, jak Chrystus: („Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje"), aby ubo­gacić?



lutego 18, 2023

Środa popielcowa - Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie

lutego 18, 2023

Środa popielcowa - Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie
“Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem przez płacz, post i lament”.
“Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli”.
Środa popielcowa – początek Wielkiego Postu, czasu zwanego “mocnym czasem” w roku liturgicznym. Bóg jest łaskawszy w tym czasie nawrócenia i pokuty. Człowiek – jak słyszeliśmy – bardziej otwiera swoje serce, swój umysł na Boże działanie, a uczynki swe, te najlepsze, bo takie chcemy wykonywać w tym świętym czasie, mają być ze względu na Boga wykonywane, choć duszom służą.
Tego, co prawe, uczciwe, nie należy czynić jedynie dlatego, że ktoś na nas patrzy i doceni nasze starania. Ważna jest intencja, z jaką czynię to, co słuszne i sprawiedliwe. Pismo św. mówi: "żeby się Bogu pokazać (podobać), nie zaś ludziom". Nie należy czynić dobra w celu bycia oglądanym przez ludzi. Okazując pomoc drugiemu, nie powinienem równocześnie dawać znaki innym, czy trąbić przed sobą, w celu zwrócenia uwagi. Takie postępowanie jest obłudą. Intencją moją nie jest najpierw nieść pomoc potrzebującym, lecz promocja własnej osoby. Obłuda, to taka postawa, w której robię wrażenie, że pomagam drugiemu. Nie chodzi w tym o dobro potrzebującego, lecz o uznanie dla dającego. Obłuda jest znakiem wewnętrznego rozdarcia człowieka. To, co czyni zewnętrznie, nie jest spójne z tym, co przeżywa w swoim wnętrzu. Synagoga, kościół, wspólnota wierzących jest miejscem obecności również ludzi obłudnych, chcących zyskać podziw i uznanie.
Dający, nie powinien oczekiwać na uznanie. Jeśli ono będzie, Bóg niech będzie uwielbiony; jeśli go nie ma, "słudzy nieużyteczni jesteśmy, zrobiliśmy to, co powinniśmy wykonać", niech Bóg będzie uwielbiony. Człowiek lubi być chwalonym. Wielu, jak się wydaje, nie potrafi żyć bez tak okazywanej formy uznania, pocieszenia, poklasku. To, co w człowieku jest godne chwalenia, ma swojego adresata w Bogu. Nie należy bronić się, gdy człowiek jest chwalony; nie oburzać się, gdy inni tego nie czynią, w stosunku do mnie. Człowiek dostrzegający w innym dobro i szczerze sygnalizujący swoją radość i podziw, uczy się widzenia dobra i podziwu nad jego pięknem. Może tak być, choć nie musi, że istnieje możliwość przejścia od pochwały należnej człowiekowi, do chwalenia Boga.
Nasza dobroć, pomaganie innym, powinno być otulone tajemnicą. Prawdą jest, że i tak się to się ujawni. Bóg objawia, odsłania ludzi dobrych. Oni sami nie powinni troszczyć się o to. Ich dążeniem powinno być angażowanie się w czynienie dobrze wszystkim. Nasuwa się takie skojarzenie: dobroć, dawanie jest podobne do ziarna ukrytego w roli. W ukryciu dobro dojrzewa, pomnaża się, aż do czasu ujawnienia swojego piękna. To, co w ukryciu, jest dla Bożych oczu. On, który jest sprawcą dobra w człowieku, decyduje o tym, kiedy ono będzie dla ?nakarmienia wielu?
Za chwilę poświęcimy popiół, którym zostaniemy posypani. I tak się dzieje, jak długi i szeroki świat katolicki, chrześcijański. Zresztą obrzęd posypywania popiołem, to nie tylko zwyczaj katolicki; również w innych kulturach, religiach taki obrzęd się spotyka.
Dlaczego mamy być posypani popiołem? Dlatego, żeby usłyszeć lepiej: “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, albo inaczej: “Prochem jesteś i w proch się obrócisz”.
Środa popielcowa, popiół, przypominają nam kruchość naszej człowieczej natury, zwłaszcza gdy nie chcemy nawrócenia; zwłaszcza gdy nie czynimy pokuty, która nam przybliża nawrócenie. Kruchość człowieka, której doznajemy, tej fizycznej, psychicznej, duchowej, czasem także moralnej. Ale brzmi mocno przesłanie Kościoła: “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Zatem, środa popielcowa, wraz z obrzędem posypania popiołem, to również czas przypomnienia o wielkiej mocy człowieka nawróconego; człowieka, który żyje odkupieniem, który idzie ścieżką zbawienia; człowieka zjednoczonego w różnoraki sposób z Jezusem Chrystusem.
W tym czasie chcemy być dobrymi. Słyszeliśmy, jak Chrystus zachęca nas, by wszystko co czynimy było dyskretne, bo Ojciec, “który wszystko widzi”, również widzi i osądza nasze czyny. Zatem, jak rzekliśmy już, chcemy myśl swoją u początku tego Wielkiego Postu przede wszystkim ku Bogu skierować i liczyć się z Bogiem, który kocha nas i każdego człowieka, i bardzo nas namawia, abyśmy włączyli się intensywnie w tym świętym Poście w Jego miłość wobec wszystkich, czyli wobec każdego.
Rozpoczynamy tą Środą Popielcową Post. O czym on ma nam przypominać? O wielkiej solidarności z ubogimi. Mamy więc szukać okazji w tym Wielkim Poście, aby pomóc potrzebującemu, uboższemu od nas, owszem – materialnie także, ale również, a może przede wszystkim ubogim duchowo, by ich podprowadzić ku szczytowi nawrócenia.
Post. Powie Chrystus: “Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”. Po to jest Post też, by nam przypomnieć o konieczności dobrego kontaktu ze słowem Bożym; o konieczności dobrego kontaktu z Bogiem. Czas dobrej modlitwy, której nie powinno zabraknąć z dnia na dzień w naszym życiu, zwłaszcza w tym Wielkim Poście. “Nie samym chlebem człowiek żyje” – słowem Bożym, Eucharystią, modlitwą. Dlatego chcemy święte życie wieść, by mieć śmiały przystęp do ołtarzy Pańskich, i karmić się Ciałem Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
I wreszcie Post, który zaczynamy teraz, jest znakiem zewnętrznym naszej sytuacji wewnętrznej. Jeżeli będziemy pilnować słowa Bożego, modlitwy, kontaktu z Ołtarzem, to znaczy, że wewnętrznie jesteśmy “posprzątani”, jesteśmy ludźmi porządku takiego, jakiego domaga się Święty Duch Boży. Gdy zaś będzie brakować dobrych czynów wobec sióstr i braci, i owego pamiętania wciąż, że “nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem pochodzącym z ust Bożych”, to znak, że wewnątrz porządku nie ma. I czas stosowny, aby o taki porządek zadbać. Dlatego słyszymy: “Nawracajcie się do Mnie całym swym sercem przez post, płacz, lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty”. “Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, by was widzieli, ale przed Bogiem”. Z takim nastawieniem ducha chcemy teraz przystąpić do obrzędu przyjęcia posypania tym popiołem, na znak, żeśmy Boży. AMEN.


stycznia 14, 2023

2. Niedziela Zwykła (A) – Człowiek ochrzczony jest chwałą Boga

stycznia 14, 2023

2. Niedziela Zwykła (A) – Człowiek ochrzczony jest chwałą Boga


Przekraczając próg Bazyliki św. Piotra w Rzymie, każdy piel­grzym, jakby instynktownie, kieruje swój wzrok ku słynnej
Glorii Berniniego. Dzieło to stanowi swoistą nastawę ołtarzową skomponowaną z okna – witrażu przedstawiającego Ducha Świę­tego w tradycyjnej postaci gołębicy oraz pozłacanych ludzkich i anielskich figur – mieszkańców nieba. Jeszcze do niedawna to właśnie "okno" było miejscem, gdzie umieszczano podczas kano­nizacji wizerunek nowego świętego, czyli człowieka wyniesionego do chwały ołtarzy. "Chwała" w języku łacińskim znaczy "gloria".

W ubiegłą niedzielę przeżywaliśmy Święto Chrztu Pańskiego. Wydarzenie to było początkiem publicznej działalności Zbawiciela. Dziś, u początku nowego okresu liturgicznego, słowo Boże propo­nuje nam, byśmy jeszcze raz wrócili myślą do początków naszej osobistej historii zbawienia, rozważając w oparciu o teksty bib­lijne, podstawowe zadania wypływające z przyjętego przez nas sakramentu Chrztu.

Pierwszym zadaniem człowieka ochrzczonego jest walka z grzechem i ojcem grzechu, czyli Szatanem. Św. Jan Chrzciciel, wskazując w dzisiejszej Ewangelii na Chrystusa, jako zapowiedzianego Zbawiciela, nazywa Go najpierw „Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Jest to prawda, która w sposób szczególny realizuje się w sakramencie Chrztu. Chrys­tus bowiem poprzez łaskę Chrztu gładzi grzech pierworodny, a jeśli jest on przyjmowany przez człowieka dorosłego, również jego grzechy osobiste przed Chrztem popełnione. Jest to jednak tylko początek walki, dokonany mocą samego sakramentu, bez naszej zasługi. Podobnie jak Chrystus, mimo iż był bez grzechu, do końca swoich dni walczył z Szatanem, tak samo każdy ochrzczony musi toczyć bój z wrogami światłości przez całe swoje życie, nie wyłą­czając decydującego momentu śmierci.

Postawmy pytanie. Dzięki czemu uczeń Chrystusa, czyli chrześcijanin, może walczyć i odnieść ostateczne zwycięstwo nad grzechem? Odpowiedź znajdziemy w dzisiejszej Ewangelii. Jan Chrzciciel, dając świadectwo o zstąpieniu na osobę Mesjasza Ducha Świętego, mówi, iż Chrystus jest Tym, „który chrzci Du­chem Świętym” (J 1,33). Moc Ducha Świętego, którego otrzymu­jemy na Chrzcie świętym, jest Darem uzdalniającym nas do walki ze złem. Zadanie, jakie wypływa z tego Daru, to ciągła współpraca z Nim, czyli, innymi słowy, życie w świetle i mocy Ducha Świę­tego. Wielu współczesnych ludzi, zwłaszcza młodych, odkrywa i przeżywa na nowo prawdę o stałej obecności i działaniu Ducha Świętego w życiu chrześcijanina. Znajduje to wyraz w wielu no­wych ruchach religijnych. Nie trzeba jednak koniecznie należeć do jednego z nich, aby obecność Trzeciej Osoby Trójcy Świętej jaśnia­ła w naszym życiu, podobnie jak witraż Berniniego prześwietlony promieniami słońca w Bazylice św. Piotra. Będzie tak wówczas, gdy nie zatrzymamy się tylko na walce ze złem, ale zechcemy, w sposób aktywny, pomagać Duchowi Świętemu w Jego głównym zadaniu, jakim jest uświęcanie człowieka, Kościoła i świata.

Zadanie osobistego uświęcania się, więcej, osiągnięcia oso­bistej świętości, wypływa bezpośrednio z przyjętego przez nas sakramentu Chrztu. Gdyby ktoś nie mógł przyjąć żadnego innego sakramentu, już poprzez sakrament Chrztu otrzymałby wszystko, co jest konieczne i wystarczające do świętości. Nie dziwi nas więc, iż św. Dominik Savio, pisząc w swojej dziecięcej prostocie, rzec by można, naiwności: „Muszę, mogę i chcę, absolutnie stać się świę­tym”, nie popełnił najmniejszego błędu i nie okazał braku pokory i roztropności w formułowaniu myśli. Wyraził jedynie tę prawdę, którą św. Paweł zawarł w pozdrowieniu, z dzisiejszego drugiego czytania, skierowanym do chrześcijan korynckich, „którzy zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie i są powołani do świętości wespół ze wszystkimi, którzy na każdym miejscu wzywają imienia Pana” (1 Kor 1,2). "Muszę i mogę", ponieważ zostałem ochrzczony i otrzymałem dar Ducha Świętego Uświęciciela. Czy jednak naprawdę chcę? Czy chcę absolutnie, to znaczy bezwarunkowo?

Wielu chrześcijan, nie wyłączając kapłanów i osoby zakonne, miało za "złe" św. Janowi Pawłowi II, że dokonał tylu beatyfikacji i kanonizacji, iż nie wystarcza już Glorii Berniniego, aby pomieścić wizerunki osób wynoszonych do chwały ołtarzy podczas jednej, wspólnej uroczystości. Wielu stawiało sobie pytanie, czy nie było to przesadą i brakiem roztropności? Kiedyś, tak zwana "świętość oficjalna" zarezerwowana była dla wąskiej grupy ludzi, wywodzących się zazwyczaj z duchowieństwa, arystokracji czy wręcz monarchów Kościoła i świata. Dziś na ołtarzach obok królewicza Kazimierza czcimy ubogą Karolinę Kózkównę z podtarnowskiej wsi. Obok wielkiego teologa, Tomasza z Akwinu, młodego studenta polite­chniki w Turynie, Piotra Jerzego Frassatiego. Obok Papieża Piusa X, ubogiego mnicha z krakowskiej ogrzewalni, brata Alberta Chmielowskiego. Obok wielkiej Katarzyny ze Sieny, Dziewicy i Doktora Kościoła, zwyczajną matkę rodziny, Giannę, która wolała umrzeć, aniżeli stracić swoje kolejne, nienarodzone jeszcze dziec­ko. Dlaczego jest ich tylu, tak różnorodnych, jakże często nam współczesnych? Aby pokazać, że chcąc, można stać się świętym, nawet w tym świecie, który świętość, świętych, ich relikwie i kult najchętniej odstawiłby do lamusa historii Kościoła.

Świętość bowiem nigdy nie przestanie być podstawowym zadaniem człowieka ochrzczonego, choć z drugiej strony zawsze pozostanie niezgłębionym darem Boga. Boga, który objawia swoją chwałę, jak mówi św. Ireneusz, w każdym człowieku żyjącym, ale przede wszystkim w człowieku ochrzczonym, który powinien, może i chce stać się świętym. I dlatego...

To zbyt mało być człowiekiem ochrzczonym!

To zbyt mało być ojcem, matką, siostrą zakonną, kapłanem a nawet biskupem!

To zbyt mało!

Trzeba być świętym. Trzeba chcieć być świętym!

 

stycznia 07, 2023

Święto Chrztu Pańskiego (A) - Ten jest mój Syn umiłowany

stycznia 07, 2023

Święto Chrztu Pańskiego (A)  - Ten jest mój Syn umiłowany


Liturgia dzisiejszej niedzieli zaprasza nas do tego, abyśmy w postawie wiary rozważyli wydarzenie Chrztu Jezusa, które opi­suje Ewangelista Mateusz, podobnie jak to czynią inni dwaj syno­ptycy: Marek i Łukasz. Kościół dzisiaj uroczyście celebruje to święto, obficie zastawiając stół Słowa Bożego, abyśmy głębiej wni­knęli w znaczenie owego wydarzenia.

Chrzest Jezusa, w swoim głębokim znaczeniu, jest kontynu­acją Uroczystości Objawienia Pańskiego. Jest chwilą rozpoczęcia publicznej działalności Mesjasza. Jest on decydującym etapem objawienia się Jezusa Chrystusa światu jako Syna Bożego. Wyda­rzenia związane z Jego narodzeniem są już odległe, zachowywane tylko w sercach nielicznych bohaterów tamtych dni. Trzydzieści lat ciszy i ukrytego życia pozwoliły Jezusowi wzrastać w łasce u

Pana Boga i u ludzi. Okres życia przed chrztem, jak mówi staro­żytny autor, ukazuje nam Jego człowieczeństwo, we wszystkim podobne do naszego (Meliton z Sardes). Chrzest więc zamyka okres ukrytego życia Jezusa, Jego stawanie się podobnym do lu­dzi, i otwiera nowy, w którym ukaże się On światu jako Zbawiciel posłany przez Boga.

"Na początku publicznego życia Jezus przyjmuje chrzest od Jana w Jordanie. Jan głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów. Tłum grzeszników - celnicy i żołnierze, faryzeusze i saduceusze oraz nierządnice - przychodzi, aby być ochrzczonym przez niego. Wtedy przyszedł Jezus. Jan Chrzciciel waha się, Jezus nalega: przyjmuje chrzest. Wówczas Duch Święty w postaci gołębicy zstępuje na Jezusa, a głos z nieba ogłasza: Ten jest mój Syn umiłowany. Jest to objawienie się, «Epifania» Jezusa jako Mesjasza Izraela i Syna Bożego" (Katechizm Kościoła Katoli­ckiego, 535).

Wydarzenie Chrztu Jezusa inauguruje nowy etap Jego życia. Zostaje oficjalnie przedstawiony światu przez Ojca jako Mesjasz, który mówi i działa w Jego Imieniu, objawiając przy tym szcze­gólny autorytet. Jest to początek publicznej misji oraz głoszenia Dobrej Nowiny z mocą, która będzie zadziwiać uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Rozpoczyna się więc czas Jezusa jako czas szcze­gólnej laski Bożej, jako czas wypełnienia się obietnic oraz Bożego planu zbawienia. Razem z Janem Chrzcicielem odchodzi czas proroków. Rozpoczyna się czas Chrystusa i Jego Kościoła.

Skąd tak wielkie znaczenie tego wydarzenia? Ważność Chrztu Jezusa, poza objawieniem Ducha Świętego, złączona jest z uroczystą proklamacją Ojca: "Ten jest mój Syn umiłowany" (Mt 3,17). Ten, który stał się Sługą, jest ogłaszany Synem (por. Iz 40,2). "Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię" (Flp 2,9). Jezus z Nazaretu - Chrystus jest pełnią Objawienia: nie ma już blasku gwiazdy, ale sam głos Ojca, który ogłasza ludziom, kim On jest: umiłowanym Synem Ojca. Jezus wyrażał sens tej deklaracji, zwracając się nieustannie do Ojca słowami: Abba, Ojcze! Ewangelia ukazuje nam ten nieprzerwany dialog z Ojcem w łonie Trójcy Przenajświętszej. Cała nasza wiara jest zakotwiczona w tej świadomości Jezusa. On nas zbawia, ponieważ jest Synem Bożym. Czyni nas przybranymi dziećmi Boga, ponieważ stał się naszym bratem.

Konsekwencją tego wydarzenia są słowa Ojca: "Jego słu­chajcie!" (Mk 9,7). Z tymi sami słowami Bóg Ojciec zwróci się do uczniów Chrystusa na Górze Tabor. Mamy słuchać Jezusa, do którego każdy z nas przez chrzest zostaje sakramentalnie upodo­bniony. Powinniśmy wejść w tę tajemnicę pokornego uniżenia się i skruchy, zstąpić do wody z Jezusem, aby wyjść z niej razem z Nim, odrodzić się z wody i Ducha, aby w Synu stać się umiło­wanymi dziećmi Ojca i wkroczyć w nowe życie (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 537).

Mamy słuchać Jezusa, który także dzisiaj mówi do nas w swojej Ewangelii, ponieważ mówi do nas w imieniu Ojca. A słu­chać Go nie oznacza tylko uważać na Jego słowa, ale przede wszystkim uwierzyć w Niego i przyjąć Go jako Pana i Zbawiciela. Osoba Jezusa Chrystusa jest dla każdego człowieka ciągle pona­wianym zaproszeniem do nowego życia.

Ten Jezus, który przyszedł do Jana w pokorze i ukryciu, jest tym samym, który przedziwnie w znakach chleba i wina przy­chodzi do nas w tym zgromadzeniu. Przyjmijmy Go dzisiaj z tymi samymi słowami, z którymi przyjął Go wtedy Jan Chrzciciel nad Jordanem: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata" (J 1,29).

 

stycznia 05, 2023

Uroczystość Objawienia Pańskiego (A) - Pokłon mędrców ze Wschodu

stycznia 05, 2023

Uroczystość Objawienia Pańskiego (A) - Pokłon mędrców ze Wschodu



Uroczystość Objawienia Pańskiego przynosi ze sobą wiele treści. Mamy temat rozumienia zbawienia u Żydów, jednocześnie jest pokazana powszechność zbawienia - oto zbawienie nie jest zare­zerwowane tylko dla Narodu Wybranego, ale również obejmuje pogan. Święto to chce także nam pokazać inny sposób poznania Boga, że Boga możemy poznać także poprzez porządek natural­ny, nie tylko poprzez wiarę. Sam intelekt, zdrowy, niezwichrowany jest także w stanie dojść do pierwszej przyczyny całego kos­mosu. Mamy również dość ważny temat: obrazu samego Boga.

Pod te wszystkie elementy naczelnego tematu, jakim jest objawienie Boga poganom, czyli nam wszystkim, którzy nie jesteśmy Żydami, podprowadzają nas trzej Magowie. I chciał­bym razem z Wami wspólnie im poświęcić trochę uwagi, bo naprawdę zasługują na to. Kim byli ci tajemniczy trzej Mędrcy? Otóż trzeba powiedzieć, że nie dużo o nich wiemy, pobożność chrześcijańska nadała im imiona: Kacper, Melchior i Baltazar. Ale tak naprawdę wiemy o nich tylko tyle, że przybyli ze Wscho­du. Najprawdopodobniej z Persji. Bez wątpienia byli to mądrzy .udzie, oni z samych znaków naturalnych, z układów konstelacji gwiezdnych doszli do przekonania, że wydarzy się coś niezwy­kłego. Udali się w drogę swojego życia, bo to była podróż długa : niepewna. Przyszli do Żydów, jako do swoistych ekspertów od zbawienia. Zadali Herodowi, królowi żydowskiemu, nastę­pujące pytania: „Gdzie się narodził Bóg? Gdzie i kiedy?".

Herod zwołał wszystkich znawców Tory i otrzymał właści­wą odpowiedź. Żydzi bowiem wiedzieli, gdzie i kiedy narodził się Mesjasz. I podają Magom ze Wschodu termin i miejsce. W tym momencie odkrywamy niezwykłe napięcie, ponieważ Żydzi mają inne wyobrażenie Mesjasza, którego oczekują. Ten Mesjasz, który rodzi się w Betlejem nie odpowiada ich oczeki­waniom. Oni czekają na Mesjasza, który ich wyzwoli, albo z ów­czesnej okupacji rzymskiej, albo babilońskiej, albo egipskiej. Może mieli nadzieję, że staną się jakimś super mocarstwem, militarnym czy ekonomicznym? Takiego chcieli Boga, takiego chcieli wyzwoliciela.

Trzej Mędrcy, kiedy otrzymują odpowiedź na pytanie, gdzie się Bóg rodzi, udają się do Betlejem. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją" - czytamy w zapisie Mateu­sza. „Upadli na twarz i oddali Mu pokłon". W kulturze noma­dów oddać komuś pokłon, oznaczało uznać go za Boga. Trzej Mędrcy uznają Boga w tym Jezusie narodzonym w Betlejem, w pasterskiej grocie, w ubóstwie, wśród zwierząt. Rzecz niezwy­kła, naprawdę godna podziwu, bo oni dochodzą do tego przez poznanie naturalne. Bóg objawia się poganom, to znaczy nie trzeba już przynależeć do Narodu Wybranego. Nie są ważne elementy przynależności grupowej, czy etnicznej, ale zaczyna liczyć się inny wymiar.

Oni poprzez poznanie naturalne dochodzą do odkrycia, że Jezus jest Bogiem. W tym miejscu, dla tych trzech Mędrców z Persji, zaczyna się wewnętrzna pielgrzymka. Bo to, że poko­nali taką drogę, że wystawili się na taką niepewność, to jest mało w stosunku do tego, co zastają w Betlejem. Oto przed ich oczyma jest Bóg, ale nie taki, jakiego spodziewali się uj­rzeć. Owa inna droga pokazuje nam, że oni rzeczywiście uznali w Jezusie Boga i rzeczywiście Go spotkali, nie słuchają bowiem już nikczemnego Heroda, który też miał właściwą wiedzę, lecz nie potrafił z niej skorzystać. W drodze powrotnej omijają go i inną drogą udają się do swojej ojczyzny.

Uroczystość Objawienia Pańskiego w tradycji chrześcijań­skiej to święto starsze i kiedyś nawet bardziej celebrowane niż samo Boże Narodzenie. Ono upamiętnia wejście narodów po­gańskich do Kościoła, pokazuje, że Kościół, ta nowa Synagoga, nie jest już tylko sprawą Narodu Wybranego, ale wspólnota Kościoła jest uniwersalna i powszechna. Święty Paweł napi­sze: „odtąd już nie ma Żyda, ani Greka, nie ma niewolnika, ani człowieka wolnego, ani kobiety, ani mężczyzny". Nie liczy się rasa, płeć, ani edukacja.

Wolno zauważyć, że nigdzie nie jest powiedziane, że Mędrcy byli dobrze wyedukowani, że byli uczeni. Jednakże okazali się mądrzy! A kto według Biblii jest mądry? Mądry to taki czło­wiek, który ponad wszystko szuka Boga. I oni byli rzeczywiście szczęśliwi, bo być szczęśliwym, to znaczy mieć w sobie głód Boga. Dlatego, drodzy Bracia i drogie Siostry, życzę Wam prze­de wszystkim dzisiaj, abyście zawsze mieli w sobie głód Boga. Poszukiwanie Boga wskazuje (tak jak u Mędrców), że musimy nieustannie zmieniać obraz Boga, który nosimy w swojej jaźni czy w swoim sercu. To nie jest ten Bóg, którego sobie wyob­rażamy, to nie jest ten prawdziwy Bóg, który nam się dzisiaj objawia. Pomyślmy tylko o szoku, jakiego doznali trzej Mędrcy, kiedy przyszli do Betlejem i w jakiejś ubożuchnej grocie znaleźli niemowlę. Ale uznali w Nim Boga.

Na naszych drogach życia często zjawiają się różni królowie, różni Herodowie, którzy chcą nas omamić i zabić w nas głód Boga. Święty Paweł słusznie pisze, że to w Nim żyjemy, porusza­my się i jesteśmy. Jak ważne jest, abyśmy dzisiaj, w Uroczystość Objawienia Pańskiego radowali się, że Bóg nam się objawia, że nie musimy słuchać wróżek, jakichś fałszywych przepowiedni, różnych naprawiaczy tego świata, tylko mamy rzeczywiście prawdę, która nam się odsłania.

Święty Ambroży pisze tak: „Bóg nie zwraca uwagi na to, co mu dajemy, lecz raczej na to, co zachowujemy jeszcze dla siebie". Trzej Mędrcy dali Bogu to, co mieli: dali Mu złoto, ka­dzidło i mirrę. Złoto to symbol bogactwa widzialnego, pewna posiadłość, majętność. Kadzidło to symbol Boga, to modlitwa wznosząca się do nieba. Mirra to maść, to lekarstwo na rany naszego życia, na nasz ból. W ten sposób ludzkość składa Bogu w darze w zasadzie wszystko to, co stanowi jej egzystencję, co jest owocem naszej pracy, naszych pragnień, naszych cierpień.

Idźmy i my razem z Mędrcami do żłóbka betlejemskiego i odkryjmy tego Boga, który nam się objawia. Nie tego, które­go może chcielibyśmy, aby nam się objawił, ale miejmy w sobie tę moc i odwagę, żeby i uradować się Tym, który chce nas uszczęśliwić.

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger