Sobota, 2. tydzień wielkiego postu
marca 02, 2024
Zamyślenia Wielkopostne - Wyjść z zagubienia i odnaleźć Ojca!
marca 02, 2024
lutego 03, 2024
5. Niedziela Zwykła (B) - Przyszedłem, aby życie mieli
lutego 03, 2024
Każdy człowiek tęskni za życiem, zdrowiem i prawdą. Słowo Boże dzisiejszej niedzieli wychodzi naprzeciw tych wszystkich, którzy w tym udręczeniu i tęsknocie szukają Jezusa. Szukali Go chorzy, proszący o uzdrowienie, Magdalena prosząca o rozgrzeszenie, opętani, by walczyć z demonem, głodni, by ich nakarmił, tłum, by Go ogłosić królem, Judasz, by Go zdradzić.
W jaki sposób my szukamy Jezusa? Szukamy Go, gdy nagle zachorujemy i liczymy na Jego pomoc, gdy zgrzeszymy, by uspokoić nasze sumienie. Szukamy ,,czegoś". W Jezusie trzeba szukać nie ,,czegoś", ale ,,kogoś". Jego, obecności.
W tym roku, w najbliższą niedzielę, będziemy obchodzić 32. rocznicę dokumentu Jana Pawła II Salvifici doloris, którym ustanowił Światowy Dzień Chorego.
W dokumencie Ojciec św. zwraca uwagę na wartość cierpienia. Trzeba umieć tak spojrzeć na człowieka dotkniętego chorobą czy bólem, aby on, nie mogąc uwolnić się od cierpienia nawet przy pomocy medycyny, umiał w sposób duchowy akceptować to, co jest bolesne, dla kształtowania własnego charakteru i własnej postawy. Wiemy z doświadczenia, że takie postawy występują tam, gdzie cierpienie staje się wartością wychowawczą, kształtującą osobowość, która potrafi osiągnąć jakiś wzniosły stan duchowości i życia wewnętrznego.
Biblijny Hiob dotknięty chorobą w pokorze powie:,,Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki" (Hi 7, 3). Swój własny byt na ziemi porównuje do bojowania. Trudnym do zniesienia czyni to bojowanie z jednej strony boleść targająca ciałem, z drugiej zaś męka duchowa. A jednak mimo swego pogrążenia w cierpieniu, otrzymuje siły, by je przezwyciężyć. W tym udręczeniu Hiob wyraża tęsknotę w oczekiwaniu na Tego, który ,,leczy złamanych na duchu" (Ps 147, 3). W Roku św. Pawła, wszyscy dotknięci bólem i cierpieniem zwróćcie uwagę na wartość cierpienia. W Liście do Galatów pisał: ,,Owocem ducha jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" (Ga 5, 22). Zauważamy, jakie to są ważne słowa, szczególnie dzisiaj, gdzie ciągły pośpiech sprawia, że stajemy się nieczuli na potrzeby drugiego człowieka.
W obliczu cierpienia powracamy do istotnych pytań o cel i przyczynę moich cierpień, a także jaki jest cel ludzkiego życia. Czujemy bliskość umęczonego Zbawiciela, który za nas umarł na krzyżu. Św. Paweł ujął to w takich słowach: ,,Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swojej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (Kol 1, 24).
Choroba i śmierć to doświadczenie tak bardzo ciężkie dla wielu ludzi. Już sama obecność w szpitalu, jest wielkim przeżyciem. Nawet obecność zdrowych ludzi w szpitalu bywa bardzo krępująca dla nich samych. Ludzie nie wiedzą jak się w tym kontekście zachować. Przychodzą odwiedzić nawet kogoś bliskiego i są, w jakimś głębokim tego słowa znaczeniu, bezsilni, bezradni, bezbronni. Odwiedzając chorych uświadamiamy sobie, jak bardzo ograniczone są możliwości człowieka chorego. Człowiek chory przeżywa swoją chorobę, oczekuje na diagnozę, która może być jak najgorsza. Otóż my musimy patrzeć na szpital i na przychodnię i na wszystkie miejsca, gdzie jest chory nie tylko naszymi własnymi oczyma, lecz musimy patrzeć oczyma tych, którzy tam przebywają. Światowy Dzień Chorego został ustanowiony po to, aby być wrażliwym na potrzeby chorego, bo dla chorych pobyt w szpitalu jest szokiem i jednym z elementów posługi pracownika służby zdrowia jest wrażliwość, aby nas nie posądzono.
Szpital jest swoistą kaplicą, jest - jak nazwał św. Jan Paweł II - sanktuarium cierpienia. Znajdujemy się w swoistym kwadracie, jesteśmy przeznaczeni w szpitalu dla człowieka chorego. A to wymaga swoistego heroizmu. Jeżeli ktoś nie ma w sobie wrażliwości na drugiego człowieka to oczywiście nie będzie mógł tych chorych traktować indywidualnie, traktować tak jak się traktuje właśnie osobę, jak się traktuje kogoś, kto ma swoją własną tożsamość, swoją godność, swój cel w życiu i to ma również swoje rozmaite uwarunkowania. Jeden uśmiech ze strony pracownika służby zdrowia, nie śmiech, bo szpital chyba nie jest dobrym miejscem do tego by wnosić tam zbyt wiele takiej powierzchownej radości, ale uśmiech, życzliwość, dotknięcie, ciepło, bliskość, to wszystko wpływa kojąco na człowieka chorego, który takiej obecności potrzebuje. Jaka to łaska, drodzy pracownicy służby zdrowia, że możecie uczestniczyć w samym sercu życia. Że idąc do chorego odwiedzając chorych... i dotykając cierpienia tych ludzkich pustyni, jesteście w samym centrum życia, w samym centrum świata, tu dokonuje się zbawienie, tu człowiek dotyka swojej małości, tu może otworzyć się na Boga. Rozumiał to papież, bardzo to rozumiał. Myśmy to trochę zapomnieli - co to znaczy być z chorym. Zostawiliśmy to gdzieś z boku.
Bo kiedyś św. Wawrzyniec, kiedy imperator kazał mu przynieść skarby Kościoła, to sprowadził mu kalekich, chorych. Naraził się oczywiście na to, aby być spalonym na kracie - męczennik, ale powiedział prawdę. Chorzy są skarbem Kościoła. Nie złoto, nie złote kielichy, nie piękne szaty, nie cudowne budynki, nie kościoły cudowne, lecz ci chorzy są skarbem Kościoła, to jest serce świata.
Drodzy Chorzy - tylko Bóg wie, jaką każdy z was toczy walkę z cierpieniami ciała dotkniętego chorobą. A do tych cierpień dochodzi jeszcze cierpienie woli. Tylko Bóg wie, jakiego bólu doświadczamy i z jakimi problemami borykamy się na co dzień. Popatrzeć na cierpienie, na umieranie i na śmierć jako na Dobrą Nowinę.
Bóg mnie wybrał, aby nieść Dobrą Nowinę nawet w cierpieniu. Dobra Nowina niesiona w szpitalu, w zakładzie leczniczym, w domach opieki w którym pracujemy, a więc w tych strukturach z jakich zbudowana jest służba zdrowia.
Otóż drugi krąg osób i to znacznie liczniejszy, który obserwuje, na nas patrzy i dowiaduje się o naszej posłudze, to są rodziny i przyjaciele ludzi chorych. To jest świat ludzi zdrowych, którzy zetknęli się z chorobą i cierpieniem. Oczywiście dzisiaj ludzie jak się wydaje, może jesteśmy w tym niesprawiedliwi, są jakby mniej przygotowani do znoszenia przeciwności, do znoszenia chorób, cierpienia niż dawniej. Nie dlatego, żeby to cierpienie samo w sobie było większe, tylko że ludzie przeżywają trudności, które zwykliśmy nazwać egzystencjalnymi. Pozostaje podstawowe pytanie - o sens życia, o znaczenie życia. I czy tego chcemy czy nie chcemy to wchodząc do szpitala, pracując w szpitalu, jesteśmy kątem oka obserwowani przez dziesiątki i setki innych oczu, tych ludzi, którzy nie tylko szukają, powiedzmy sobie diagnozy, którzy nie tylko czekają na lekarza, ale patrzą również jak w tym sanktuarium cierpienia zachowuje się człowiek. Czy dla niego jest to również sanktuarium cierpienia, czy dylematy, które oni w sobie noszą, wątpliwości, którymi oni żyją czy to są także wątpliwości tego sługi, czy może on udzielić im odpowiedzi, dlatego że sam stanął wobec podobnych rozterek i dylematów, czy też mają być może do czynienia z kimś, kto pełni funkcję swoistego urzędnika.
My bardzo często w szpitalu chcemy racjonalizować sytuację tzn. odpowiadać na pytania dlaczego, po co, jak to będzie przebiegało, chcemy zrozumieć, chcemy poznać. Tymczasem ważne jest życie modlitwy, które najbardziej ukierunkowuje nas ku celowi, ku znaczeniu tego wszystkiego, co człowiek przeżywa i wraz z ludźmi chorymi co my przeżywamy. W momencie, kiedy dowiadujemy się, że jakaś choroba, czy perspektywa śmierci nas dotyczy zaczynamy się w szczególniejszy sposób buntować, irytować... Gdy tymczasem trzeba się do tego faktu odnosić z wielką pokorą. Największym nieszczęściem jest, kiedy człowiek żyje bez Boga. Najtrudniej jest tam, gdzie człowiek nie stawia sobie pytania o Boga, gdzie człowiek pytanie o Boga odsuwa, unika Go. Bo jeżeli nie widzę Boga jako Absolut, to zostaje mi tylko absurd - i pojęcie, że na próżno się urodziliśmy, na próżno żyjemy i na próżno umieramy. Okropna filozofia.
Drodzy Pracownicy służby zdrowia. Dzisiaj w tym kościele modlą się razem z nami ludzie chorzy, wdzięczni lekarzom, którzy was leczyli, operowali a oni, lekarze i pracownicy służby zdrowia, mają to przeświadczenie, że ich posługa jest głęboko wpisana w Ewangelię.
Chrystus jawi się przed nami jako Lekarz. Powiedział o sobie: ,,Zdrowi nie potrzebują lekarza, ale źle się mający”. Źle na ciele, źle na duchu. Chrystus dostrzega chorego. Dla Niego chory człowiek jest ważny. Kontakt osobisty z chorym. Chrystus dotyka chorego Kładzie na niego ręce. Kontaktuje się z nim wzrokiem, pomazał mu oczy, podał rękę. Dostrzega nie tylko cierpiącego.
Dostrzega również bliskich: ojca, który przybył do Kafarnaum, prosząc o zdrowie syna, ojca, który przyprowadził syna-epileptyka do Apostołów i Chrystusa. Jair - ojciec umierającej córki. Chananejka, matka córki, wdowa przy marach swojego jedynego syna. To nie tylko sam cierpiący człowiek, ale jego świat, który często cierpi razem z nim. Ten kto stoi przy cierpiącym, leczy często rany jego bliskich. Dobra Nowina przekazana dla cierpiącego i Dobra Nowina przekazana dla bliskich.
Wiem, że nie jest wam łatwo pracować, bo nigdy tak jak dotąd pojawia się grzech strukturalny. Grzech strukturalny spoczywa na sumieniu tych, którzy tworzą struktury życia w społeczeństwie z pominięciem etyki.
To politycy sterowani przez finansowe organizacje mając, władzę, oraz pieczątki, decydować będą, jakiego człowieka mielibyśmy tworzyć. Osiągnięcia nauki i techniki napawają oczywiście optymizmem. Niepokój natomiast budzi moralny relatywizm związany z tymi osiągnięciami. Wobec możliwych korzyści klonowania, podobnie jak „człowiek z probówki” szybko straci charakter nowości, sensacji i zagrożenia. Dlatego nikt nie rozważa ceny, jaką trzeba będzie zapłacić za aktualne i planowane osiągnięcia. W nadciągającej erze „Genomu" kończącej ewolucyjny rozwój aktualne staje się pytanie T.S. Eliota: ,,Gdzie jest mądrość, którą utraciliśmy w wiedzy?". Z wielką czcią i szacunkiem całuje wasze spracowane dłonie, które pochylają się każdego dnia nad chorymi i cierpiącymi.
Zbliżający się Światowy Dzień Chorego jest stosowną okazją, aby podziękować wszystkim, którzy z wielkim zaangażowaniem, poświęceniem i kompetencją pochylają się nad chorymi: lekarzom, pielęgniarkom, farmaceutom, księżom kapelanom, siostrom zakonnym, wolontariuszom i innym osobom posługującym chorym.
Dziękuję też rodzinom, w których znajdują się chorzy, niepełno- sprawni i osoby w podeszłym wieku. Niech okazywana przez was miłość, cierpliwość i stała obecność przy chorych będzie nadal najlepszym lekarstwem w chwilach cierpienia, bólu i bezradności przeżywanych przez waszych bliskich.
Zakończmy nasze rozważania słowami modlitwy do Matki Najświętszej: Maryjo, Uzdrowienie Chorych, otaczaj miłością i opieką wszystkich zranionych na ciele i na duszy oraz wstawiaj się za tymi, którzy się nimi opiekują. Pomagaj jednoczyć nasze cierpienia z cierpieniami Twego Syna i naucz nas świadczyć wobec świata o Bożej dobroci. Amen.
lutego 03, 2024
5. Niedziela Zwykła (B) - Jezus uzdrawia i wypędza złe duchy
lutego 03, 2024
Kochani Bracia i Siostry!
Przychodzimy dzisiaj na Mszę Świętą, aby spotkać się z Panem Jezusem uzdrawiającym, wypędzającym złe duchy; z Panem Jezusem, który daje przykład działania i kontemplacji. Chcemy spotkać się z Panem Jezusem, aby powiedzieć Mu o naszych rozmaitych chorobach, słabościach, kłopotach i cierpieniach oraz o pokusach pójścia za namową złych duchów, drogą nie-Bożą; ale też przychodzimy, aby dzielić się radością z tego, że możemy z Nim być. Musimy jednak zaczerpnąć z Jego Boskiej mocy, mocy działania i Jego przykładu bezgranicznego zatopienia się w Ojcu na modlitwie. Chcemy, aby Bóg nas ujął za rękę i w tym Bożym dotknięciu, aby na nas spłynęła Jego moc oczyszczająca i uzdrawiająca, bo na tym polega to bliskie spotkanie z Bogiem, którego skutkiem zawsze musi być oczyszczenie, nawrócenie i powrót do Boga. Dlatego chcemy rozważać to, co spotykamy w naszym życiu idąc na spotkanie z Panem.
Myślę o tym, z czym się spotykam. Myślę o wierze, trochę chorej wierze, bo osłabionej „mentalnością liberalną", a słabość ta wszelkie przejawy troski o czystość i autentyczność wiary nazywa fanatyzmem religijnym, fundamentalizmem, czy też praktyką duchowego imperializmu. To dotknięcie Bożej mocy dzieje się poprzez zwrócenie się do źródła, do Pisma Świętego, to dzieje się poprzez modlitwę; to dotknięcie Bożej mocy to jest sięgnięcie do nauki Kościoła, a w tej kwestii Katechizm Kościoła Katolickiego mówi pewnie i jednoznacznie: „Wiara w Jezusa Chrystusa iw Tego, który go posłał dla naszego zbawienia, jest konieczna do zbawienia. Ponieważ bez wiary nie można podobać się Bogu" (Hbr 11,6) i dojść do udziału w Jego synostwie, nikt nie może być bez niej usprawiedliwiony ani nie otrzyma życia wiecznego, jeśli nie wytrwa w niej do końca" (Mt 10,22;24,13) (nr16).
Ta nieznośna dla współczesnej mentalności jednoznaczność stwierdza, że nie da się być chrześcijaninem, zamykając prawdę o Jezusie Chrystusie tylko w swoich przekonaniach i nosząc w sobie ewentualną, choćby tylko mało prawdopodobną, gotowość do zmiany swoich o Nim poglądów. Nie da się być chrześcijaninem ograniczając prawdę Jezusa Chrystusa do samych tylko chrześcijan, bo sprawa Jezusa Chrystusa dotyczy nie tylko chrześcijan, ale wszystkich ludzi bez wyjątku. Bo fakt, że jeden jest wierzący, a drugi niewierzący nie ma wpływu na obiektywną rzeczywistość zbawczej śmierci i zmartwychwstania, na obiektywną rzeczywistość całego dzieła Zbawienia każdego człowieka, którego dokonał Pan Jezus, nie ma wpływu na fakt, że Pan Jezus umarł na Krzyżu z miłości do każdego człowieka.
Spotykam się z osłabioną nadzieją, która niszczy przekonanie, że jest realnie dostępna moc rzeczywistej przemiany naszego życia społecznego, sąsiedzkiego, rodzinnego i osobistego. A przecież „nadzieja zawieść nie może", bo jest ona autentyczną siłą motoryczną do osiągania wspaniałych celów, szczytów ludzkich możliwości. Chrześcijanin nie może ulegać tendencjom wmawianych mu frustracji wywoływanych różnego rodzaju kryzysami powodowanymi czy to ubóstwem, albo nadmiernym bogactwem i komfortem użycia. Chrześcijanin jest człowiekiem nadziei. Frustracja, poczucie bezsensu muszą być mu obce.
„Nie lękajcie się" - te słowa, w październiku 1978 roku obiegły cały świat. Tymi słowami Pana Jezusa „Nie lękajcie się Jam zwyciężył świat" rozpoczął swój pontyfikat Jan Paweł II. I wołał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi, nie lękajcie się", a my możemy dzisiaj dodać: ,,a będziecie ludźmi nadziei". Spotykam się z miłością potrzebującą uzdrowienia. Szczególnie teraz, gdy miłością nazywa się to, co często nie ma nic wspólnego z miłością, a nawet bywa przejawem skrajnego egoizmu. „Miłujcie się jak Ja was umiłowałem" - ucząc się takiej właśnie miłości czystej i odpowiedzialnej, miłości, która za każdym razem przywraca człowiekowi godność, a nigdy go jej nie pozbawia. Można powiedzieć za św. Augustynem: „Kochaj i czyń co chcesz", bo jeżeli kochasz, każdy twój czyn i w zamyśle i w skutku będzie dobry. Bo jeżeli kochasz miłością, której nauczyłeś się od Boga - a On jest Miłością - to nie musisz obawiać się, że skrzywdzisz kogokolwiek. I tylko taka miłość jest zdolna otworzyć wszystkie serca i wszystkie wrota.
Spotykam się również z niezrozumieniem, a nawet z ośmieszaniem drogiego mi słowa i bardzo drogiej wartości i wielkiego dziedzictwa jakim jest Ojczyzna. Gdy mówi się, że Ojczyzna jest tam, gdzie jest mi dobrze czy lepiej, bądź tam, gdzie są pieniądze. „Polska", „historia", „tradycja", „Kościół dla części społeczeństwa, również dla młodego społeczeństwa, to pojęcia puste. Bo nie ma ciągłości historii, bo brak rozsądnego wykorzystania nauki, którą dają poprzednie lata. A przecież ilekroć starano się zniszczyć nasz naród, starano się go zniszczyć moralnie i oderwać od historii, od korzeni. Dlatego Zygmunt Krasiński pisał:
,,Nam kazano żyć zbrodniami
- nam kazano być szpiegami
- nam kazano wydać syna, wydać Ojca, wydać brata
- gdy syn, Ojciec, brat przeklina
- niechrześcijańskość tego świata."
Przykazanie czwarte dekalogu mówi przecież w szerszym kontekście o szacunku dla tradycji. Człowiek, który uwłacza historii i tradycjom narodowym, wyrządza krzywdę swojemu narodowi. Troska o szacunek dla Narodu i Ojczyzny, którą Jan Paweł II nazwał wspólnym dziedzictwem, a Norwid ,,wielkim zbiorowym obowiązkiem", to walka o osobistą godność i wielkość każdego człowieka. A jak myśleć o tych, którzy kradną, niszczą to co jest nasze wspólne, począwszy od tych wielkich afer handlowych, gospodarczych, a kończąc na połamanych ławkach, porozbijanych lampach... Jak jest w tych przypadkach z odpowiedzialnym myśleniem o Narodzie i Ojczyźnie?
I spotykam się z niepokojem o przyszłość. „Naród, który zabija własne dzieci jest narodem bez przyszłości" - mówi Jan Paweł II. I w dobie mówienia o przyszłości, o nowej Ustawie Zasadniczej, o Konstytucji tak myślę o tym, co powiedział przed kilku laty do władz Polski podczas spotkania w Zamku Królewskim Jan Paweł II, bo to jest przecież ciągle aktualne. „Strzeżcie się więc i Wy - jak ongiś twórcy 3-Majowej Konstytucji - abyście na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń mogli zasłużyć i to pomimo przeszkód, jakie i w Was (jak ongiś w pokoleniu 3-majowym) mogą sprawować namiętności w swej wielorakiej postaci. Pomimo wszystko wolność jest zawsze wyzwaniem. A władza jest wyzwaniem wolności. Nie można jej sprawować inaczej jak tylko służąc".
Zanim udasz się Panie na miejsce pustynne ujmij za rękę mnie, siostrę moją i mojego brata - niech moc Twej łaski przeniknie naszą codzienność. Dotknij swoją mocą te niepokoje, obawy i lęki, które potrzebują uzdrowienia, a później zabierz nas ze sobą, bo uczysz, że "trzeba zawsze modlić się, a nie ustawać" (Łk 18,1). Pozwól nam doświadczyć tego, aby każda godzina naszego dnia, każda praca, każda radość, każdy smutek stawały się modlitwą i były uświęcone przez dobrą intencję i przez odniesienia naszych spraw do Boga. Bo dzisiejszy ,,aktywny" człowiek zbyt łatwo rezygnuje z modlitwy na rzecz praktycznego działania tłumacząc się, że praca również jest modlitwą. W. konsekwencji często porzuca modlitwę właściwą. Nie uda się dojść do stanu modlitwy ciągłej temu, kto nie umie się regularnie modlić. Uczysz nas Panie równowagi w działaniu i kontemplacji. Św. Wincenty à Paulo mówił, że potrzebna jest kontemplacja w działaniu i aktywność na modlitwie. A my widzimy, że dzieje się wokół wiele zła, któremu można by zapobiec, wobec którego trzeba zająć stanowisko otwarte i zdecydowane.
Niestety, na ogół jesteśmy zapatrzeni tylko w wąski nurt naszych osobistych spraw, obojętni na to, co dzieje się poza nami aż nagle stwierdzamy z przerażeniem, że i nasze osobiste sprawy stały się zagrożone. Modlitwa daje podstawową motywację do podjęcia wysiłku wiary. ,,Dajcie mi człowieka modlitwy, a będzie on zdolny do podjęcia każdego czynu" - wołał św. Wincenty à Paulo.
Zbliża się Wielki Post- czas pokuty, nawrócenia, czas przywrócenia w sobie właściwego porządku rzeczy i systemu wartości, jaki Bóg dał człowiekowi od samego początku. Może najbliższe rekolekcje i postanowienie wielkopostne staną się okazją do nawrócenia i przebudzenia, udania się z Panem na pustynię, aby prosić o łaskę dobrej modlitwy, uzdrowienia wiary, nadziei i miłości i odpowiedzialnego patrzenia na dzisiaj i na jutro.
A tymczasem wróćmy z wiarą do dzisiejszej Ewangelii. Wzrokiem wiary zobaczymy Jezusa, który uzdrawia; Jezusa, który po prostu odwiedza i leczy ludzi. Uzdrawia dusze i ciała wyczerpanych osób. Tyle razy niniejszy fragment ewangeliczny o tym wspomina. W chwili, gdy minął już szabat, gdy zaszło słońce i pojawiły się pierwsze gwiazdy, wielkie mnóstwo ludzi udało się do domu, w którym On się znajdował. Ludzie są bardzo zmęczeni i szukają uzdrowienia, ulgi, szukają rozwiązania dla swoich problemów.
Jezus oczywiście czeka na nich i od razu zaczyna działać - leczy ich i uwalnia z kajdan zła i Złego, który ich zniewolił. Ewangelie często mówią o chorobach i demonach jako jednej rzeczywistości, ale czasami i je rozdzielają, podkreślając, że Jezus wyleczył i uwolnił, uzdrowił i wypędził złe duchy. Czy proszę Pana Boga o zdrowie, czy boję się o tym w ogóle mówić i pozostawiam wszystko woli Bożej i Jego planom? Czy proszę o łaskę zachowania mnie od pokus, czy być może nie ośmielam się o to w ogóle prosić? A Pan Bóg pragnie mojego zdrowia, szczęścia i pełni radości.
Dziś poproszę o łaskę szczęścia. Dziś, ośmielony tą Ewangelią, będę się modlił w tej intencji, pozostawiając jednak Panu Bogu wolność, by On decydował o moich i moich braci i sióstr losach. Niech się dzieje to, co będzie dla mnie i moich bliskich lepsze.
Nawet jeżeli będę musiał coś przecierpieć dla zbawienia własnego i innych osób. W ten sposób będę mógł ofiarować krople swojej krwi dla jakiejś duszy..., dla mojej cierpiącej Ojczyzny, by zawsze szukała w Nim uzdrowienia. AMEN.
stycznia 13, 2024
2. Niedziela Zwykła (B) - Trwać w bliskości z Jezusem.
stycznia 13, 2024
W dzisiejszej Ewangelii znowu spotykamy postać św. Jana Chrzciciela. Jeszcze nie tak dawno prowadził nas adwentowymi drogami, przed tygodniem widzieliśmy go, kiedy chrzcił w Jordanie Jezusa, a dziś staje przed nami, jako ten, który wskazuje swoim uczniom Zbawiciela. Jego słowa: „Oto Baranek Boży" są iskra, która rozpala w Andrzeju i Janie pragnienie pójścia za Chrystusem. Zawsze, kiedy spotykamy Jana Chrzciciela, ze szczerym podziwem zachwycamy się tym Bożym wybrańcem. Imponuje swoją duchową siłą, bezkompromisowością i wiernością swemu powołaniu. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami czytając dzisiejszą Ewangelię, także ukazują nam wielkość tego, który był głosem wołającego na pustyni". Dziś Jan dokonuje rzeczy, która jest może nawet największą próbą wiary w jego dotychczasowym życiu oddaje Jezusowi swoich uczniów. Pozwala im odejść. On rozumie, na czym polegała jego misja. Teraz, gdy Zbawiciel już nadszedł, zadanie Jana Chrzciciela dobiega końca. W tej chwili nie ma jeszcze pojęcia, co się z nim dalej będzie działo. Wie tylko, że nie on, a Jezus jest ważny, dlatego godzi się stracić tych, którzy mu do tej pory towarzyszyli. To na pewno nie jest łatwy moment dla Jana. To nie jest łatwy moment i dla księdza, i nauczyciela, i wychowawcy, a przede wszystkim dla ojców i matek. Przychodzi czas, kiedy muszą oddać swoich synów i córki. Oddać społeczeństwu, Kościołowi, nowej rodzinie. Oni nie są panami, władcami swoich dzieci. Karygodne są sytuacje, kiedy rodzice chcą autorytarnie decydować o dorosłym życiu syna czy córki. Wtedy stają już w miejscu samego Boga.
Niby to oczywiste, ale nigdy dość przypominania, jaki jest cel chrześcijańskiego wychowania. Nie hodowla dzieci, by były one zawsze zdrowe i nakarmione. Nie pewnego rodzaju menedżerstwo, które ma zapewnić młodemu człowiekowi jedynie solidne wykształcenie, rozwinięcie talentów i dawanie sobie rady w życiu zawodowym, towarzyskim, społecznym. To także o wiele za mało. Według zamysłu Bożego, rodzice, duszpasterze, nauczyciele są po to przy wzrastających dzieciach,
młodzieży, by oczywiście, nie zaniedbując spraw doczesnych, być dla nich przewodnikiem na drodze zbawienia.
Przypomina mi się tu pozornie banalna historia, jaką opowiedział mi mój przyjaciel. Kiedy był kilkunastoletnim chłopcem, pewnego dnia jechał motorowerem. Nagle, jakiś nieuważny kierowca ciężarówki, podjechał do niego tak blisko, że aby uniknąć zderzenia, mój kolega próbował zjechać na chodnik, jednak wysoki krawężnik zablokował koło i wszystko zakończyło się upadkiem. Na szczęście oprócz otarcia nogi nic mu się nie stało. Kiedy wrócił do domu i opowiedział wszystko mamie, ona ku jego zdziwieniu zadała mu pytanie, o czym odruchowo myślał, kiedy znalazł się w tak niebezpiecznej sytuacji. Był pewny, że matka chciała usłyszeć, że wtedy pomyślał o niej, o domu. Ale ona pytała dalej: Synku, czy pomyślałeś wtedy o Panu Bogu? O tym, że za chwilę możesz stanąć przed Jego obliczem? Takie to priorytety wychowawcze miała ta mądra kobieta. Spotkałem ją kiedyś osobiście. Zwierzyła mi się, że idzie do księdza, by zamówić mszę za swoich czterech synów, mszę odprawianą przed obrazem Matki Bożej Pocieszenia. Wie ksiądz - mówiła mi - to są dynamiczni, młodzi kawalerowie, a świat takich kusi szczególnie. Niejeden ich kolega stracił wiarę, odszedł od Kościoła, zagubił się moralnie. Proszę więc, by ich Maryja prowadziła.
Nie ma cenniejszej rzeczy, jaką rodzice mogą dać swoim dzieciom, niż fundament mocnej wiary. Zdarza się nieraz, że potem człowiek w dorosłym życiu odchodzi od Kościoła, ale tam w głębi serca cały czas ma taką nieugaszoną iskrę. Ile to osób, które uważały się za całkowicie niewierzące, leżąc w szpitalu, będąc w jakimś obozie, na zesłaniu, w więzieniu, doświadczając nieludzkiego cierpienia, samotności, nagle, zaskakując samych siebie, zaczynało szeptać: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie..., Zdrowaś Maryjo łaski pełna...". Modlitwa rwała się, niektóre wyrazy uleciały, ale przed oczy powracał obraz modlącej się matki, modlącego się ojca, powracała prośba: Pamiętaj, synku, zawsze żyj z Bogiem, zawsze do Niego wracaj. My wszyscy, odpowiedzialni za wychowanie naszych uczniów, podopiecznych, naszych dzieci, musimy pamiętać, że nie zawsze będą oni zdrowi, weseli i bezpieczni. Mogą się przecież znaleźć w różnych, nawet w bardzo dramatycznych sytuacjach. Oby w chwili zamętu i niepokoju odnaleźli to, co zostawiliśmy im w duchowym spadku: Ziarno wiary i nadziei, które pozwoli im przetrwać i wejść do nieba.
Ta troska o wiarę drugiego człowieka, o jego zbawienie nie dotyczy jedynie postawy rodziców wobec dzieci. Ona powinna być czymś podstawowym we wszystkich naszych relacjach. Także małżeńskich. Kiedy przychodzi do mnie mąż czy żona i opowiada o rozpadzie związku, to często pytam: Dlaczego pan czy pani chce, by ta druga strona wróciła? W odpowiedzi słyszę zazwyczaj: Bo ją kocham, bo bardzo potrzebuję, ze względu na dobro dzieci, które powinny mieć ojca, bo przecież ślubowaliśmy sobie miłość. Bardzo rzadko, może nawet nigdy nie słyszałem, by ktoś powiedział: Bo jestem przerażony na myśl, że mój mąż, moja żona, za tę zdradę, małżeńską dezercję mogłaby być potępiona. Chcę ją za wszelką cenę ratować. Przed wielu laty rozmawiałem z siostrą Teresą Szeptycką, Franciszkanką Misjonarką Maryi. W pewnym momencie zaszkliły się jej oczy i zapytała mnie: A czy słyszał ksiądz, że niedaleko stąd, pewien proboszcz odszedł z kapłaństwa? Nie, nie słyszałem - odpowiedziałem. A widząc jej łzy zapytałem: Czy to jakiś siostry krewny? Nie, nie - odpowiedziała. A może jakich znajomy? Były uczeń? Nie, nie - powtórzyła. I dodała: Ja go nigdy w życiu na oczy nie widziałam. Zdumiony patrzyłem na jej łzy i słuchałem, jak powtarza cicho: Boże, co z nim będzie, co z nim będzie?
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien fragment dzisiejszej Ewangelii, który może wnieść cenną treść do naszych rozważań. Kiedy uczniowie pytali Jezusa: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?" On odpowiedział: ,,Chodźcie a zobaczycie". Chodźcie a zobaczycie, bo - chciałoby się dodać tego się nie da opisać. Ten dialog ukazuje nam istotę ewangelizacji. Dobrą Nowinę przekazuje się przez głoszenie słowa, ale także przez pokazywanie konkretu chrześcijańskiego życia. Odpowiadając przyszłym apostołom, Jezus nie przedstawił jakiegoś barwnego opowiadania. Ono napełniłoby jedynie ich wyobraźnię pewnymi obrazami, pojęciami, a dla przemiany serca - o to przecież Jezusowi zawsze chodzi - to o wiele za mało. Ojciec Badeni, znany, nieżyjący już Dominikanin, powiedział kiedyś: „Niedawno odkryłem, że wielkim błędem jest tworzenie definicji. Gdy ktoś mnie pyta o definicję, to powoduje, że zaraz zaczynam tworzyć abstrakcję. Tajemnicy nie da się zdefiniować. Trzeba w nią wejść. Często więcej się wie o Panu Bogu przez to, że się nic nie wie". Ktoś inny dodał: ,,To, co zrozumiałeś już nie jest Bogiem". Pan Bóg w dziejach zbawienia stosuje zawsze tę samą zasadę: Najpierw pokazuje, potem wyjaśnia. I to tłumaczy słowa Jezusa: ,,Chodźcie, a zobaczycie". To, co dalej napisał św. Jan może być dla nas w pewnym sensie irytujące: „Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka i tego dnia pozostali u Niego". Kiedy zobaczyli, gdzie Jezus mieszka, zobaczyli Jego świat, to zrobiło na nich tak wielkie wrażenie, że już nie chcieli Go opuścić. Aż by się chciało zawołać: Ale co oni tam zobaczyli?! Dlaczego ewangelista nie pisze o tym ani słowa? Ani jednego. To była przecież jakby siła sprawcza całego biegu wydarzeń. Odpowiedź jest prosta. Bo Bóg chce, żebyśmy sami poszli i zobaczyli. Zobaczyli, gdzie mieszka Jezus, zobaczyli Jego świat. Można oczywiście próbować to ująć w jakieś pojęcia, ale one pozostaną jedynie pewną rzeczywistością analogiczną. A nam trzeba wejść w ten świat całym sobą. Dlatego Jezus nie powiedział uczniom: Będziemy się spotykać trzy razy w tygodniu po cztery godziny i Ja wam wyłożę, kim jestem, po co przyszedłem i o co Mi chodzi. Nie, On chciał, by oni pozostali u Niego, by wędrowali z Nim. Jedli, spali, pływali po jeziorze, byli z Nim w Niedzielę Palmową i w Ogrójcu.
Mamy w języku polskim powiedzenie: „Kto z kim przestaje, takim się staje". Nie ma pełniejszego oddziaływania na drugiego człowieka, jak wspólne z nim przebywanie. Jestem mocno przekonany, że mogłem odkryć swoje powołanie do kapłaństwa w dużym stopniu dzięki temu, iż jako licealista wiele godzin spędzałem na plebanii. Z księżmi zakładaliśmy zespoły muzyczne, budowaliśmy szopki i groby Pańskie, oglądaliśmy filmy. Kiedy jako neoprezbiter po raz pierwszy usiadłem do konfesjonału, to ani mi w głowie było, by stosować się do rad przekazywanych nam na wykładach seminaryjnych, ale od razu, machinalnie, zacząłem naśladować swojego spowiednika, do którego chodziłem przez lata. W tak modnej ostatnio dyskusji o stawaniu się prawdziwym mężczyzną, ktoś powiedział prosto i wyczerpująco: "Chłopiec staje się mężczyzną tylko w jeden sposób: przez przebywanie z prawdziwymi mężczyznami". A z tym jest bardzo duży problem. Wykłady na ten temat, książki, sesje, prelekcje, dni skupienia oczywiście mają swój sens, ale to tylko drogowskazy, a nie droga, po której można zbliżyć się do celu.
Ktoś może zapytać: A co zrobić, kiedy takich ludzi trudno spotkać, a co dopiero, by mozolnie uczyć się od nich życia? Chrystus Kościoła nie opuścił. On ciągle przechodzi pomiędzy nami. On nie przestał być człowiekiem. On dalej powołuje, zaprasza. Tylko proszę nie pytać: A jak to się stanie, a kiedy, a gdzie. Bowiem wiara nigdy nie wie, dokąd zmierza, ale zna i kocha Tego, który ją prowadzi. Kiedy ktoś wręcza nam jakiś przedmiot zapakowany w śliczny papier, przewinięty ozdobną taśmą, już wiemy, że to dar, że to prezent. Elegancki, ale zakryty. Jeszcze zanim go rozpakujemy już cieszymy się, bo doświadczamy życzliwości darczyńcy. Dzisiejsza niedziela jest darem od Boga, ,,rozpakujemy" ją niejako przez najbliższe kilkanaście godzin. I nadchodzący tydzień i całe życie, całe nasze powołanie to Boże prezenty. Andrzej, Jan, Piotr otrzymują od Chrystusa wielki dar, zaproszenie do życia w głębokiej bliskości. Jeszcze nie wiedzą, że to im da udział w życiu samego Boga. Jeszcze nic nie wiedzą o Golgocie, o wielkanocnym poranku. To prezent zapakowany w nieznaną przyszłość. Przyjmijmy i my Jego wszystkie takie dary. Nieznane, budzące niekiedy pewien lęk, ale wynikające z głębokiej troski Jezusa, by nas wszystkich doprowadzić do domu Ojca. Pozostańmy u Niego i zamieszkajmy z Nim już teraz i na zawsze. Tego i Wam i sobie życzę. Niech się tak stanie!
stycznia 13, 2024
2. Niedziela Zwykła (B) - Wychowanie ku dobru i miłości.
stycznia 13, 2024
Mów, Panie, bo sługa Twój słucha (1 Sm, 3, 10)
„Czego szukacie?" pytanie to zadał Jezus idącym za Nim uczniom. Każdy jednak musi zapytać sam siebie czego tak na- prawdę szukam, czego mi brakuje, co bym chciał znaleźć, co pozwoliłoby mi poczuć się szczęśliwym? Odpowiedzi na te pytania znaleźć można w szkole Jezusa Mistrza, do której dziś On sam nas zaprasza: ,,Chodźcie a zobaczycie!". Nie sposób nie przyjąć Jego zaproszenia, nie sposób nie zaspokoić ciekawości poznania samego Boga. On czeka - wystarczy przyjść i wsłuchać się w Jego głos. Z dziecięcą ufnością dajmy się prowadzić. Tylko wtedy będziemy mogli zdać egzamin z miłości, której uczy nas Jezus. Dopiero wte- dy dowiemy się, gdzie On mieszka, gdy znajdziemy Go w drugim człowieku, kiedy zauważymy, że jest On pośród chorych, samotnych, gdy spotkamy Go w sierocińcach, hospicjach, więzieniach. Nie przechodźmy obojętnie obok swego Zbawiciela.
Samuel czuwał w przybytku. Arka Przymierza, widzialny znak obecności Boga na ziemi, była blisko. W ciszy nocnej Samuel usłyszał skierowane do niego wezwanie. Ktoś wołał go po imieniu. Był przekonany, że to kapłan Heli. Pobiegł do niego. Jeszcze nie umiał odróżnić głosu człowieka od głosu Boga. Pomógł mu w tym stary kapłan. Wiedział on, że Bóg może przemówić do człowieka. Odtąd Samuel do końca swego życia pozostanie w bezpośrednim kontakcie z Bogiem. To wielki dzień, w którym człowiek wierzący usłyszy swoje imię wypowiedziane przez Boga. Jest to wezwanie do podjęcia dialogu. Odtąd ten jeden głos wyróżnia się jakościowo wśród wszystkich głosów, jakie można usłyszeć na ziemi. Mówi do nas każde stworzenie: szum jodły, szmer strumyka, plusk fali, śpiew ptaka, grzmot pioruna, łoskot sunącej w dół lawiny. Ojciec Święty mówił w Polsce (w Zamościu): „Kontempluję piękno tej ojczystej ziemi. Tutaj z wyjątkową mocą zdaje się przemawiać błękit nieba, zieleń lasów i pól, srebro jezior i rzek. Tutaj śpiew ptaków brzmi szczególnie znajomo - po polsku, a wszystko świadczy o miłości Stwórcy, o ożywczej mocy Jego ducha i o Odkupieniu, którego Syn dokonał dla człowieka i dla świata. Wszystkie te istnienia mówią o swojej świętości i godności, które odzyskały wtedy, gdy Pierworodny z całego stworzenia przyjął Ciało z Maryi Dziewicy i w Jej łonie: „Słowo Ciałem się stało". Nigdy Chrystus nie zamyka przed nami ramion swego miłosierdzia. Szczególnie wiele mówią do nas ludzie. Bywa, że jesteśmy zmęczeni ich mówieniem. Czekamy na chwilę ciszy. Wśród tych milionów słów - słowo Boga skierowane do nas posiada znaczenie wyjątkowe. Nikt bowiem nie ma nam do powiedzenia nic cenniejszego niż Bóg.
Niewielu ludzi wierzących ma takie szczęście jak Samuel, by już we wczesnej młodości usłyszeć Boga, większość dorasta do tego całymi latami. Przeżywają tę przygodę wytrwali. W dorastaniu do spotkania z Bogiem trzeba mieć na uwadze dwa przeszkadzające głosy. Pierwszym jest głos ciała. Najgłośniej na tej ziemi woła nasze ciało. Ono też stanowi z reguły stację zagłuszającą głos samego Boga. Ciało woła o chleb, napój, ubranie, mieszkanie, rozrywkę, wygodę, przyjemność. To jest bardzo głośne wołanie.
Św. Paweł ujawnia Koryntianom szczególną moc tego głosu, przestrzegając, że „ciało nie jest dla rozpusty, ale dla Pana, a Pan dla ciała. Ciało jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, chwalcie więc Boga w waszym ciele!" Wezwanie to przypomina, że człowiek nawet ciałem może wielbić Boga, o ile tylko dostosuje je do Jego prawa. Drugi głos pochodzi od świata. Ten ma nam do zaofiarowania tysiące swoich wartości. Usiłuje je reklamować możliwie głośno. Świat posiada wiele rozgłośni o wielkim zasięgu, z których przekazuje swoje wezwanie. W praktyce głos świata najczęściej potęguje głos ciała. Ten duet jest w stanie odwrócić uwagę człowieka od Boga. Jeśli się to uda, delikatny głos Stwórcy nie dociera do człowieka przez całe lata. Mądrość polega na rozróżnieniu głosu ciała i świata od głosu Boga. Ten, kto nastawi swe serce na jego odbiór, wchodzi w bardzo żywy i ubogacający kontakt z samym Stwórcą. Tak się stało z uczniami Jezusa, którzy odpowiedzieli na Jego wezwanie.
Dziś wielu ludzi lubi słuchać głosu ciała i głosu świata, nie zabiegając zupełnie o usłyszenie głosu Boga. Jest to smutny znak upadku moralnego i religijnego konkretnego człowieka. Wszelka bowiem kultura ducha oparta jest zawsze na kontakcie z Bogiem, na umiejętności słuchania Jego głosu.
Trwa w naszej Ojczyźnie dyskusja poświęcona edukacji, systemowi szkolnemu, wychowaniu. Padają rozmaite wizje wychowania i kształcenia polskich dzieci. Wiadomo, że celem wychowania jest wewnętrzne przetworzenie człowieka. Ma ono zaszczepić w wychowanku siłę woli, dzięki której będzie mógł realizować obiektywne cele swojego życia. Podmiotem wychowania jest człowiek, od wieku dziecięcego poczynając. Wychowanie polegać powinno na współpracy z rozwojem oraz na kierowaniu nim. Właściwym wychowawcą jest każdy, sam dla siebie przy pomocy innych czynników. Nie można nikogo wychować, nie mając ideału, do którego dążymy i w imieniu którego wychowujemy. Ideałem tym jest wizja osoby w pełni ukształtowanej, dojrzałej - wychowanej właśnie. Cel w każdym prawdziwym wychowaniu jest zawsze określony, chodzi o to, by nie był on dobierany przypadkowo, lecz świadomie. Ostatecznym celem stworzenia rozumnego jest poznanie Boga. Dlatego też każdy czyn ludzki nabiera dodatniej lub ujemnej wartości moralnej, w zależności od tego, czy zbliża, czy też oddala człowieka od jego ostatecznego dobra. Tak więc prawo naturalne wola Boża ostateczny cel człowieka - jest niewątpliwą podstawą do określania celów wychowania człowieka. Współgra z nim sumienie - mechanizm uzgadniający nasze czyny z normami moralnymi. Wychowanie wymaga samowychowania i odpowiedzialności.
Głównymi elementami ludzkiej natury, którą rozwijamy, są świadomość i wolność. Jednym z ważniejszych elementów koncepcji wychowawczej jest odpowiedzialność. Jest ona koniecznym warunkiem wychowania. Warunkami odpowiedzialności są: wolność, obiektywnie istniejące wartości oraz przyczynowa struktura świata. Jeżeli więc człowiek może być przyczyną swoich czynów, dokonywać je w sposób wolny, to może także za nie odpowiadać. Celem wychowania jest wykształcenie odpowiedzialności w wychowanku.
Celem wychowania człowieka jest cnota sprawności jako postawa nakierowana na realizację dobra. Jest to w pełni świadomy i wolny nawyk czynienia dobra, dlatego też kształtowanie cnót powinno być celem procesu wychowawczego. Dysputy o wychowaniu także w aspekcie religijnym są zasadne a oparte o mądrość i prawdę mogą udzielić wiele pożytecznych wskazówek. Wciąż szukamy światła, które by rozświetliło mroki naszego życia: osobistego, rodzinnego, ale także życia społecznego, gospodarczego i politycznego naszego Narodu.
Stąd godna uwagi jest mądrość płynąca ze Słowa Bożego. Chrześcijanin, podobnie jak biblijny młody Samuel, powinien być zawsze gotowy na wezwanie Boga. Nie zawsze jest łatwo rozpoznać głos Pana. Ewangelia podaje tego typu przykład w powołaniu Jana i Andrzeja. Bóg nie powołał ich wprost, lecz przez pośrednictwo Chrzciciela, ich mistrza. Uderza prawość i bezinteresowność Chrzciciela, który nie troszczy się o zjednanie zwolenników dla siebie. Głosi tylko Mesjasza i kieruje uczniów do Niego. Pozostaje całkowicie wierny swojemu posłannictwu "głosu przygotowującego drogi Pańskie", a następnie znika w milczeniu. Uderza również pośpiech, z jakim Jan i Andrzej idą za Jezusem. Dziś, gdy nowa ekonomia globalna nabiera kształtów, Kościół troszczy się, by „zwycięzcą w tym procesie była cała ludzkość, a nie tylko bogata elita kontrolująca naukę, technikę, środki łączności i zasoby planety"; innymi słowy, Kościół pragnie ,,nadać globalizacji taki kształt, aby służyła ona całemu człowiekowi i wszystkim ludziom". Dlatego dziś także internet może wnieść niezwykle cenny wkład w życie ludzkie. Może wspierać pomyślność i pokój, wzrost intelektualny i estetyczny, wzajemne zrozumienie między narodami na skalę globalną.
Nowe media są potężnymi narzędziami edukacji i kulturowego bogactwa, wzajemnego zrozumienia, a także mogą służyć sprawie religii. Wszyscy użytkownicy internetu powinni wykorzystywać go w świadomy, zdyscyplinowany sposób, dla celów moralnie dobrych; rodzice powinni kierować wykorzystaniem go przez dzieci i nadzorować je. Szkoły i inne instytucje wychowawcze oraz programy dla dzieci i dorosłych powinny zapewniać kształcenie w krytycznym wykorzystaniu internetu jako część ogólnego wykształcenia medialnego, nie jedynie kształcenie umiejętności technicznych, ale kształcenie zdolności do świadomej, krytycznej oceny treści. Osoby, których decyzje i działania przyczyniają się do kształtowania struktury i treści internetu są szczególnie zobowiązane do praktykowania solidarności w służbie dobra wspólnego. Niesie to olbrzymie konsekwencje dla jednostek, narodów i świata. Jak dzisiejszy świat, tak i media, a w tym internet, zostały wprowadzone przez Chrystusa, zalążkowe, ale prawdziwie, w granice królestwa Bożego i wprzęgnięte w służbę słowu zbawienia. „Oczekiwanie jednak nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz ma raczej pobudzać zapobiegliwość, aby uprawiać tę ziemię, na której wzrasta owe ciało nowej rodziny ludzkiej, mogące dać pewne wyobrażenie nowego świata" (Papieska Rada ds. Społecznego Przekazu: Etyka w internecie, Watykan, 22 II 2002, p. 18). ,,Za każdym krokiem w tajniki stworzenia coraz się bardziej dusza rozprzestrzenia i większym staje się Bóg. Nie trzeba dębów tysięcy. Ta jedna licha drzewina z szeptem się ku mnie przegina i mówi mi: jest Bóg, i czegóż ci więcej" - pisał Kasprowicz. Człowiek patrzy na cuda natury, wsłuchuje się w głos przyrody i wyraża zachwyt dla Stwórcy, dla tego piękna, które Bóg zawarł w przyrodzie. Każdy chrześcijanin jest wezwany - odpowiednio do swojego stanu do naśladowania Chrystusa, do świętości, do apostolstwa. Charles de Foucauld powiedział: ,,Jezu, pierwsze słowo, jakie skierowałeś do uczniów to: «Przyjdźcie i zobaczcie», to znaczy: «chodźcie i patrzcie». Ostatnie jakże delikatne, słodkie, zbawienne, pełne miłości to słowo! «Pójdź za Mną, czyli «naśladuj Mnie»!"
Cóż słodszego może usłyszeć ten, kto miłuje? Cóż może być bardziej zbawiennego, skoro naśladowanie tak ściśle łączy się z miłością? Dzisiejszy świat nie chce słuchać nauczycieli, ale słucha świadków. Do bycia świadkiem powołani są wszyscy chrześcijanie. Nie można mówić o prawdziwej wierze u tego, kto nie ma pragnienia dzielenia się nią z innymi. Jan Chrzciciel ujrzał Pana i dał świadectwo o Nim. Jeśli i my naprawdę widzimy Pana oczami wiary, to będziemy o Nim świadczyć w życiu codziennym. Jezu, błogosław Polską Szkołę i Ojczyznę miłą w dobrych radach, w dobrym bycie wspieraj jej siłę swą siłą. Amen.
stycznia 13, 2024
2. Niedziela Zwykła (B) – Powołanie
stycznia 13, 2024
grudnia 30, 2023
Homilia na Nowy Rok (B) - Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
grudnia 30, 2023
Zatem mamy już rok 2024. Nawet kalendarz przypomina nam o tym najważniejszym wydarzeniu w ludzkich dziejach: że tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał nam, abyśmy mogli być zbawieni. Mniej więcej 2024 lat temu anioł zwiastował pasterzom betlejemskim radość wielką, że „dzisiaj w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel". Wydarzenie to miało miejsce ponad dwa tysiące lat temu, ale przecież nasz Zbawiciel żyje i chce również dzisiaj przychodzić do naszych serc i do naszych rodzin, również dzisiaj chce napełniać swoją obecnością nasze miasta i wio- ski. To przecież stąd się bierze tak radosny charakter świąt Bożego Narodzenia, to dlatego narodziny Mesjasza są dla nas tak nieprzemijalnie nowe, tak świeże, tak fascynujące!
Wystarczy wczytać się w teksty śpiewanych przez nas kolęd, żeby uświadomić sobie, że my nie świętujemy wydarzenia, które było i minęło. My świętujemy rodzenie się Mesjasza dla nas; radujemy się z tego, że również my możemy się do Jezusa przybliżyć. Inaczej jaki sens miałoby śpiewanie kolędy: "Pójdźmy wszyscy do stajenki, do Jezusa i Panienki, Powitajmy Maleńkiego i Maryję, Matkę Jego". Radujemy się z tego, że Jezus dzisiaj obdarza nas swoją zbawczą obecnością i swoją łaską. To dlatego modlimy się: ,,Podnieś rękę, Boże Dziecię - podnieś ją dzisiaj - błogosław Ojczyznę miłą! W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą. Dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami".
Krótko mówiąc, dzisiaj noc betlejemska wciąż trwa. Zbawiciel historycznie przyszedł do nas dwadzieścia wieków temu, ale również w naszym pokoleniu przychodzi realnie do tych wszystkich, którzy zapraszają Go do swoich serc i do swojego życia. Tę prawdę że Boże Narodzenie jest czymś więcej, niż historycznym wydarzeniem, które minęło, trafnie wyraził Adam Mickiewicz w znanym dwuwierszu: „Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie, Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie".
Ewangelia dzisiejsza mówi o pasterzach, którzy pobiegli do Betlejem adorować nowonarodzonego Mesjasza. W ten sposób poniekąd zrównoważyli niegościnność mieszkańców tego miasta. ,,Nie było tam bowiem dla Niego miejsca w gospodzie". To jest wielka tajemnica naszych ludzkich dziejów, że jedni cieszą się z przyjścia Mesjasza i biegną Go adorować, inni Go odrzucają. W każdym po- koleniu powtarza się to, co napisał Jan w swojej Ewangelii: Przyszedł Zbawiciel ,,do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli". Ale czytajmy dalej: „Wszystkim tym jednak, którzy Go przyjęli, dał On moc, aby się stali dziećmi Bożymi".
Panie Jezu, daj nam tę łaskę, żebyśmy możliwie wszyscy należeli do tych, którzy Cię przyjmują. Panie Jezu, Ty przecież możesz tak nas ogarnąć swoją mocą, żebyśmy Twojego narodzenia dla nas nie zmarnowali. Panie Jezu, w każdym dniu tego Nowego Roku 2024 rozpraszaj ciemności, w których jesteśmy pogrążeni w ciemności egoizmu i niezgody, ciemności pychy i rozpusty; rozpraszaj, Panie Jezu, te wszystkie ciemności, które ogarniają nas, kiedy uciekamy od Boga i próbujemy tworzyć świat, tak jakby Boga nie było. Panie Jezu, nie dopuść, żeby ktokolwiek z nas bardziej miłował swoje ciemności, aniżeli Twoje światło.
Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Dzisiaj mamy ósmy dzień po Bożym Narodzeniu. Ewangelista Łukasz poinformował nas przed chwilą, że ósmego dnia po urodzeniu Boże Dziecię zostało obrzezane i nadano Mu imię Jezus. Już w dniu Zwiastowania anioł polecił Maryi, żeby właśnie to imię nadała swemu Dziecku. Później to samo polecenie zostało powtórzone Jego dziewiczemu ojcu, Józefowi. Imię Jeszua, Jezus, znaczy: Bóg zbawia, Bóg jest Zbawicielem. Warto wiedzieć, że imię to nosił następca Mojżesza, Jozue. Kiedy ojcowie Kościoła zwracali na to uwagę, lubili podkreślać, że dopiero Jezus jest prawdziwym Jozuem, który wprowadza lud Boży już nie do doczesnej ziemi obiecanej, ale do ziemi obiecanej życia wiecznego.
Zauważmy przy okazji, że dopiero wiara w Jezusa, Syna Bożego, pozwala zrozumieć gorszące nas zazwyczaj Boże rozkazy, ażeby zdobywając ziemię obiecaną, wytępić wszystkie ludy kananejskie. Bibliści wyjaśniają nam, że takie, bardzo okrutne, były ogólne obyczaje tamtej epoki. Ponadto, zwracają uwagę na to, że Księga Jozuego została ostatecznie zredagowana w kilkaset lat po czasach Jozuego, a wytępienie ludów kananejskich było faktem bardziej literackim, niż historycznym. Ale nakazy wytępienia ludów Kanaanu tak naprawdę można zrozumieć dopiero w świetle wiary w Jezusa, nowego Jozuego, naszego Pana i Zbawiciela.
Chodzi mianowicie o to, żebyśmy nie mieli litości dla naszych wad, dla tych wszystkich wrogich nam duchów, którym nieraz ulegamy - żebyśmy z całą stanowczością tępili w sobie ducha kłamstwa, ducha niezgody i nienawiści, ducha nieczystości i ducha chciwości, i ogólnie, ducha nieposłuszeństwa prawu Bożemu. Nie zdobędziemy ziemi obiecanej życia wiecznego, jeżeli tych nieprzyjaciół zbawienia z naszego życia nie będziemy ustawicznie przepędzali. Otóż z pomocą Jezusa i dzięki Jego łasce na pewno będzie to się nam udawało. Panie Jezu, nigdy nie pozwól mi, nie pozwól nam odłączyć się od Ciebie! Tylko Ty masz moc wprowadzić nas do życia wiecznego.
Jeszcze jeden wątek warto w dniu Nowego Roku podnieść. Mam na myśli wartość czasu i sens naszego przemijania. Już Psalmista modlił się: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca". ,,Czas jest darem Bożym... Każdy dzień jest dla nas darem Bożej miłości... Jedynie Bóg wie, jaka będzie przyszłość. My natomiast wiemy, że będzie to przyszłość łaski, że będzie to wypełnienie się Bożego planu miłości wobec całej ludzkości i wobec każdego człowieka. Dlatego też, patrząc w przyszłość, bądźmy pełni ufności i nie poddawajmy się lękowi" (Jan Paweł II, 19.11.1997). I nie bójmy się tego, że czas przemija; bójmy się marnowania czasu, bójmy się złego wykorzystywania czasu, bójmy się przeznaczania naszego czasu na czynienie zła. Włóżmy do naszych serc wołanie Psalmisty: „Boże, naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca". Niech każdy dzień tego Nowego Roku 2024 będzie w naszym życiu czasem wypełnionym miłością Boga i bliźniego.
Bracia i Siostry! Na koniec przynajmniej parę słów powiedzmy o głównym tytule dzisiejszej uroczystości, o Bożym macierzyństwie Maryi. Niemowlę, które ona urodziła, Jezus, jest jedynym człowiekiem, który nie zaczął istnieć w momencie swojego ludzkiego poczęcia. Bo jest On przedwiecznym Synem Bożym. W Kościele często zachwycamy się tą paradoksalną prawdą, tym absolutnym wyjątkiem w ludzkich dziejach, że Syn jest Stwórcą swojej własnej matki. Maryja urodziła Go w ludzkiej naturze, ale Ten, którego urodziła, jest boską osobą Syna Bożego. Dlatego słusznie nazywamy ją Matką Bożą, bo chociaż w ludzkiej naturze, to przecież Syna Bożego ona urodziła.
Jest ona matką dziewiczą. Nie godziło się przecież, ażeby miał ludzkiego ojca Ten, którego ojcem jest sam Ojciec Przedwieczny. Natomiast wypadało, ażeby Maryja, którą Ojciec Przedwieczny wybrał na matkę swojego Syna, od początku była święta i niepokalana. Tylko do niej jednej sam Syn Boży mówił: ,,mamusiu!". Spośród wszystkich aniołów i świętych ona jest ukochana przez Boga najszczególniej. Jest Maryja tą Niewiastą, o której na samym początku ludzkich dziejów mówił Bóg, kiedy zapowiadał szatanowi ostateczną klęskę. To jej Syn, a nasz Pan Jezus Chrystus, swoją śmiercią na krzyżu zadał decydujący cios szatanowi, zmiażdżył mu głowę.
Toteż każde pokolenie Kościoła dziękuje Bogu za Maryję, za jej Boże macierzyństwo. Nikt z nas nie pojmie, jak potężnego zawierzenia trzeba było, ażeby w dniu Zwiastowania odpowiedzieć na Boże wezwanie: ,,Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego". Możemy tylko domyślać się tego, jak często i jak głęboko ranił jej macierzyńskie serce miecz zapowiedziany przez starca Symeona, kiedy razem z Józefem przyniosła Boże Dzieciątko do Świątyni.
Dzisiaj, w uroczystość Bożego macierzyństwa Maryi, może przede wszystkim przypomnijmy sobie to, że w najtrudniejszej godzinie jej życia, kiedy stała pod krzyżem, na którym wisiał jej Syn, została dana za matkę umiłowanemu uczniowi Jezusa. To bardzo ważne, żebyśmy zauważyli, że był to umiłowany uczeń Jezusa. Bo Jezus Maryję daje za matkę tym, których miłuje. Zatem to nie dzieje się automatycznie, że Boża Matka jest zarazem Matką naszą. Jeżeli naprawdę pragniemy mieć ją za matkę, musi nam bardzo zależeć na tym, ażeby znaleźć się w gronie umiłowanych uczniów Jezusa. I niech to będzie nasze pierwsze życzenie noworoczne: obyśmy możliwie wszyscy znaleźli się wśród umiłowanych uczniów Jezusa! Oby Matka Jezusa była zarazem Matką możliwie nas wszystkich! Oby! Oby! Amen.
1 stycznia 2024 r.
grudnia 30, 2023
Homilia na Uroczystość Świętej Rodziny (B) - Święta Rodzina wzorem dla nas!
grudnia 30, 2023
W dzień święta Świętej Rodziny, Jezusa, Maryi i Józefa, kiedy podejmujemy naszą refleksję nad sensem i pięknem życia rodzinnego, Kościół przedkłada nam do rozważenia fragment Listu św. Pawła do Kolosan, w którym znaleźć możemy mocno chyba niepopularne dziś słowa. Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem. Nie będą zachwyceni tym wezwaniem niejedni małżonkowie, którzy toczą ze sobą kłótnie i spory. „Mam być cichy? Pokorny? Mam cierpliwie znosić moją drugą połowę? O nie. To przecież program życia dla naiwnych. Ja nie dam się wykorzystać, będę dochodził swego, a jak to nie poskutkuje, to najwyżej wszystko skończę. Nie cofnę się nawet przed rozwodem. Nie dam sobą pomiatać". Takie poglądy, niejeden młody mężczyzna czy młoda kobieta noszą w sercu już przed ślubem. Nierzadko jeszcze rodzina, bliscy, znajomi przypominają: tylko pamiętaj, nie daj się wykorzystać. A kiedy potem w takim małżeństwie dzieje się źle, to chyba w 99% przypadków obie strony obstają przy tym, że to jej wina, to on jest winny. Ja to tylko głupi byłem przed ślubem, że dałem się tak nabrać. Ja to tylko naiwnie patrzyłam na świat". Jako duszpasterz wiem, jak trudno jest takie sprawy rozwiązywać. A główną przeszkodą jest ta właśnie duma, zacięcie, upór. Obu stron. Po prostu ich pycha. Jest ona tak wielka i szalona, że małżonkowie decydują się na rozwód nierzadko bardzo szybko, niekiedy zupełnie bez walki. Nie próbują odnaleźć swej miłości na rekolekcjach, we wspólnocie religijnej, nie korzystają z możliwości separacji, tylko od razu pada słowo: "koniec". Wiedzą, że tym samym nieprawdopodobnie krzywdzą dzieci, że często zamykają sobie drogę do Komunii św., że nierzadko resztę życia spędzą w samotności i smutku. Nie zwracają na to uwagi. Powtarzają tylko z uporem: nie podaruje, nie przebaczę I będą to powtarzać swoim znajomym przez lata, do końca życia, w setkach rozmów: ależ on był zły, ależ ona była głupia. Będą to powtarzać z taką intensywnością by zagłuszyć głos sumienia. Ten głos, który cichutko mówi, że w tym konflikcie nie wszystko było takie jednostronne i że gdyby udało się zdobyć na odrobinę pokory, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Święty Paweł wiedział, co mówi. Pisząc o życiu rodzinnym zaczyna właśnie od tego: Przyobleczcie się w pokorę, cierpliwość, znosząc siebie nawzajem. Apostoł Narodów wie, że to jest fundamentem rodzinnej miłości, że jeśli małżonkowie przyjmą za dewizę słowa, "oko za oko, ząb za ząb" to będzie początkiem ich końca. Kiedy chłopak, dziewczyna składają przysięgę małżeńską często nie pojmują tego, że w słowach: "biorę ciebie za żonę za męża" ukryta jest także prawda, żenię się z twoimi słabościami, wadami. Wychodzę za mąż za twój egoizm, za twoje zranienia. I wiem, że będę musiał, że będę musiała nieść do końca życia także twój krzyż. Niejedna dziewczyna naiwnie myśli, że oczywiście wychowa sobie męża. Gdy przed ślubem mówi mu: jesteś wspaniały, to w ciszy serca dodaje często, "jesteś wspaniałym materiałem na męża, który ja już potem po swojemu uformuję". Niejeden mężczyzna myśli, że swoją inteligencją tak oczaruje i przekona o wszystkim żonę, iż ona nie zauważy, że jej mąż po ślubie pragnie wieść dalej kawalerskie i beztroskie życie. Jak wielkie są potem ich rozczarowania. Mąż wcale nie chce realizować narzucanego mu programu, żona nie przyjmuje argumentów męża i nie daje się zwieść jego błyskotliwej, ale naciąganej nierzadko logice wywodu. I co wtedy się dzieje? Rośnie natężenie krzyku. Padają sformułowania: "żeby mi to było ostatni raz".
Aż wreszcie pojawia się słowo "rozwód". A sprawy są często naprawdę do rozwiązania. Tylko potrzeba do tego pokory. A o nią w wirze kłótni, oskarżeń, uporu bardzo trudno. Nie sprzyjają jej często także rady, z jakimi spotykają się skonfliktowani małżonkowie. Ich rodzice, znajomi nierzadko jeszcze podsycają atmosferę słowami: Nie daruj jej, pokaż mu drzwi, nie ustępuj. Wielka szkoda, bo pokora potrafi czynić cuda. Proszę posłuchać świadectwa pewnej kobiety.
Z jakąkolwiek koleżanką bym się nie spotkała, one wszystkie od razu zaczynają narzekać na swoich mężów. Jedna przez drugą opowiadają o tym, jaki to ten mój mąż jest okropny". To niemal norma. Moja serdeczna przyjaciółka, pracując z dziećmi, ma taką zasadę: „Jeśli musisz dziecko poprawić, dać mu jakąś swoją krytyczną uwagę, musisz je przedtem najpierw trzy razy pochwalić". To moje odkrycie zbiegło się w jednym czasie z naszym bardzo poważnym kryzysem małżeńskim. Z dnia na dzień obserwowałam, jak nasz związek powoli się rozpada. Tak sobie wtedy pomyślałam: o mężczyznach mawia się czasem, że to trochę takie duże dzieci. Może by spróbować tej metody na mężu? Zrobiłam eksperyment. Zaczęłam chwalić męża. Chwaliłam go za wszystko, za co tylko mogłam go pochwalić, bez zbytniego naciągania oczywiście. I mąż powolutku zaczął się zmieniać. Na lepsze. Zrobił się dla mnie milszy. Z zszarzałego faceta, przeobraził się w pełnego radości, energii mężczyznę. Ten fajny facet był w nim przez cały czas. Tylko ja go nie potrafiłam dostrzec Jego wady oczywiście dalej pozostały takie, jakie były. Ale starałam się nie zwracać na nie uwagi. Przymykałam oko. I dalej chwaliłam. Również w towarzystwie. Nic tak nie podnosi męskiej samooceny, jak chwalenie go przy innych. Na początku nie było łatwo. Przyzwyczajona do tego, by mieć pretensje o wszystko, musiałam się nieźle natrudzić, by się powstrzymywać przed wytykaniem mu błędów. Taki zszarzały mąż jakoś nie zachęca do tego, by go chwalić. Ale zawzięłam się. Pomyślałam sobie - przecież to jest w jakiś sposób ciągle ten sam człowiek, za którego wyszłam. Przecież za coś go kiedyś podziwiałam. To wszystko musi tam gdzieś w nim nadal być! Gdy cokolwiek zrobił dla mnie, zamiast wychodzić z założenia, że to jego obowiązek, chwaliłam go i bardzo mu dziękowałam. Zaczęło się od drobiazgów - zakupy, wyrzucone śmieci, naprawiona klamka w łazience. Stworzyłam w swojej wyobraźni obraz dobrego męża, a potem "tu i teraz" zachowywałam się wobec niego trochę tak, jakby on już tym dobrym mężem był. A mąż (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) powolutku przeobrażał się w ten mój "ideał mężczyzny". Ale (to bardzo istotne) - "zaczęłam od siebie!" To ja pierwsza zaczęłam "dawać". Nie czekałam, aż on zacznie. Nie trudno się domyślić, że po ja- kimś czasie mąż zaczął robić dla mnie dużo więcej, z ochotą bez ma- rudzenia. Minął rok i znów mam wspaniałego męża, który (po 15 latach wspólnego życia) znów jest we mnie do szaleństwa zakochany, fajnego synka, spokojny, ciepły dom. Czuję się bardzo szczęśliwa.
I może jeszcze świadectwo drugiej kobiety. Po kilku latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradza. Wiadomość ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Najpierw był szok, niedowierzanie, wrażenie, że to koszmarny sen potem bunt, gniew, płacz, a w końcu poczucie winy i utrata wiary w siebie. Poczułam się samotna i opuszczona, wydawało mi się, że cały mój świat runął w gruzy. Nie przestawałam się jednak modlić. I bardzo szybko dotarła do mnie prawda - nie jestem samotna, bo Bóg jest ze mną i kocha mnie. Myślę, że dzięki wstawiennictwu Maryi mogłam mimo wszystko powtarzać mężowi, że go kocham i, że niezależnie od tego, co postanowi zrobić, będę go kochała. Czułam, że to Szatan opętał mojego męża i na nic nie przydadzą się ludzkie sposoby. Walczyłam środkami duchowymi: postem, jałmużną i modlitwą. Podczas Mszy Świętej prosiłam o nawrócenia męża. Każdej nocy nakładałam ręce na śpiącego męża i modliłam się do Ducha Świętego. Kochałam. I choć może się to wydać dziwne, starałam się go traktować jak zawsze. Nie separowałam go ani od stołu, ani od łoża. Chcę być dobrze rozumiana - nie akceptowałam romansu męża, ale nie odtrącałam go. Mówiłam mu, że postępuje źle, ale że ja wierzę w jego miłość do mnie i dobro ukryte w jego sercu. Starałam się niekiedy wspominać najpiękniejsze chwile naszej wspólnej historii. Rozmowy ciągnęły się całymi godzinami. Nie wszystkie były spokojne, często się raniliśmy. Widziałam jednak wyraźnie, że moja wiara, modlitwa i okazywana miłość zmieniają męża. Jezus zmieniał także mnie. Nie pozwalał, by moje serce stwardniało, zamknęło się w urazie, by miłość uległa ambicji czy pragnieniu zemsty. Zrozumiałam, że ja też mam za co przepraszać, że nie jestem skrzywdzoną niewinnością. Zobaczyłam, jak wiele ran w przeszłości zadałam.
Nasze małżeństwo przetrwało! Przebaczyliśmy sobie nawzajem. W dodatku mój mąż się nawrócił i dla nas obojga jedynym trwałym fundamentem jest Chrystus.
Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich przypadkach taka metoda oparta na cierpliwości i pokorze poskutkuje. Były zapewne sytuacje, kiedy kobieta swoją dobrocią nic nie osiągnęła a może nawet przyczyniła się do jeszcze większej zuchwałości męża. Ale kto był mądrze pokorny i cierpliwy, nigdy nie powinien tego żałować. Jezus Chrystus karmił rzesze, uzdrawiał je, a potem Ci sami ludzie krzyczeli w Wielki Piątek, by skazać Go na śmierć. To nie zniechęciło Zbawiciela. Nadal był gotowy okazywać ludziom swe miłosierdzie. Czy Jezus był naiwny? On był, On jest wielki. Jego miłość jest potężna a to wyraża się w cierpliwości i dobroci jaką nam okazuje. A czyni to zawsze jako pierwszy. Nie postawił Zacheuszowi warunku: jak się poprawisz, to Cię odwiedzę. Poszedł pierwszy do grzesznika w gościnę. Taką postawą uratował wiele osób. W nie- jednej rodzinie bliscy sobie ludzie czekają latami, aż ktoś drugi wyciągnie rękę. Czekają, bo są dumni. Czekają, aż ktoś się przyzna, aż uzna ich rację, aż zmieni swoje postępowanie. I często do śmierci się nie doczekują. Wolą zachować swoją perfekcyjną pryncypialność, niż uratować rodzinę. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja wiem, że na przykład palenie papierosów jest złe, że jest grzechem, ale jeśli mąż nie może sobie z tym nałogiem poradzić to czy lepiej zniszczyć życie rodzinne wywołując w tym temacie wielkie awantury czy może lepiej będzie na razie przymknąć oko. I trzeba zapytać się koniecznie czy tak naprawdę chodzi tu o jego zdrowie czy o to, że nie dopasowuje się do wymagań żony. To jest często sedno sprawy i przyczyna wielkich tragedii, że ktoś nie postępuje, tak jak my sobie to wymarzyliśmy. Nawet w małżeństwie nie mamy człowieka na własność, do swojej dyspozycji. Mój mąż nie jest do końca mój. Także moja żona nie jest dosłownie moja. Dzieci nie są własnością rodziców. Tak naprawdę należymy do Boga. W Świętej Rodzinie Jezus był Synem Maryi, ale nie był Jej własnością. Maryja była żoną Józefa, ale nie była jego. Oni wszyscy należeli do Boga. I to była ich świętość. Także i my winniśmy żyć nie jak się komuś podoba, ale jak się Bogu podoba.
W życiu nie raz trzeba się będzie pogodzić: muszę znosić współmałżonkę, męża z taką czy inną jego słabością. Oczywiście są sprawy, na które nie można przymykać oczu. Jeśli mąż bije żonę to nie można reagować na to pokorną zgodą. Jeśli żona ewidentnie kokietuje obcych mężczyzn, to wtedy trzeba sprawę postawić bardzo zasadniczo, bo to grozi rozbiciem małżeństwa. Mi chodzi o ludzkie niedoskonałości, z którymi można żyć, choć wymagają od nas wiele pokory i cichości. Spójrzmy na dzisiejszą Ewangelię. Starzec Symeon żył latami w oczekiwaniu na Zbawiciela. Kiedy dane jest mu Go zobaczyć prosił Boga, by zabrał go z tego świata. Jego życie było czekaniem. Nie miał wszystkiego. Dopiero u schyłku życia jego nadzieje się spełniają. Dziś wiele osób pragnie natychmiastowego spełnienia marzeń. Także dotyczących rodziny. Współmałżonek musi być według oczekiwań drugiej strony, dzieci jak na zamówienie. I to szybko, najlepiej natychmiast. Ale to się nigdy nie spełnia. I trzeba się z tym pogodzić. Ktoś kiedyś powiedział: "Jeśli nie wierzysz, że historia człowieka, który stoi naprzeciwko ciebie jest święta to daj mu święty spokój". Nawet historia człowieka, która toczy się zupełnie inaczej niż to sobie wymarzyliśmy jest święta i trzeba ją szanować i jej służyć. To jest najkrótsza droga do tak upragnionego przez nas wszystkich rodzinnego szczęścia.