Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eucharystia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eucharystia. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

sierpnia 17, 2024

20. Niedziela Zwykła (B) - "Ja jestem chlebem żywym..."

Pan Bóg dał nam dar największy, jakim jest On sam, w Chlebie Życia, w Eucharystii. Aż siedem razy mówi o Chlebie, który jest chlebem na życie wieczne.

Nie wyobrażamy sobie życia bez chleba. Jest on czymś powsze­dnim. Lecz zaraz przy tej okazji Chrystus wskazuje na chleb eucha­rystyczny, który jest pokarmem dla duszy i daje życie wewnętrzne.

Na czym to życie polega? Na mądrym przeżywaniu czasu i tego co nam zostało dane od Stwórcy. Chrystus poucza: „Jeżeli nie bę­dziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie".

Życie w sobie to znaczy życie mądre - inaczej nie żyje człowiek - tylko wegetuje.

Życie w sobie jest to przeżywanie własnego , ja", własnego stanu psychicznego. I z tym stanem wiąże się wszystko, kultura, moje życie rodzinne, życie harmonijne, nie rozdarte przez przeciwieństwa i kon­flikty. Wiąże się także umiejętność pokonywania wewnętrznych roz­darć i rozwiązywania sytuacji konfliktowych.

Życie w sobie oznacza rozwój. Świadomość, że może się pojawić zastój, odbiera człowiekowi nadzieję i optymizm. Zauważamy dzisiaj w naszym społeczeństwie bardzo niepokojące zjawisko stagnacji. Stagnacja w każdej dziedzinie jest wielką raną, która potrzebuje uzdrowiciela. Również stagnacja w życiu wewnętrznym chrześcija­nina jest bardzo niebezpieczna, jest wielką raną i również potrzebuje uzdrowiciela. Stagnacja. Nic się nie dzieje, nic się nie rozwija.

Znamy tę pieśń kibiców piłki nożnej, śpiewaną z ochotą po każdej kolejnej porażce polskich piłkarzy, czy po nieudanych igrzy­skach: „Polacy nic się nie stało". Tę pieśń, przejęli rządzący polity­cy. Cokolwiek by się nie działo, intonują ją w prorządowych środ­kach przymusu medialnego. Nie ma autostrad? - „Nic się nie sta­ło"! Brakuje miejsc pracy? - „Nic się nie stało"! Szkolnictwo upa­da? Nic się nie stało, korupcja, oszustwo ... nic się nie stało! I tak dalej, i tak dalej...

Proszę mi wybaczyć dygresję, ale w pewnym stopniu, my wszy­scy ulegamy dzisiaj takiemu stanowi ducha, także w dziedzinie życia duchowego. Były uroczyste komunie święte z rodzicami i chrzest­nymi. I pozostało tylko mgliste wspomnienie. „Nic się nie stało". Nie idę na Mszę św. - przecież w sondażach jest, że nie wszyscy chodzą do kościoła. - Żyję bez sakramentu małżeństwa: „Nic się nie stało".

Czy naprawdę nic się nie stało?... Przyzwyczailiśmy się do sta­gnacji, jakoś tam leci.

Tymczasem życie mądre będzie zgodą na samego siebie, nawet wówczas, gdy wydawać się będzie, że wszyscy, nawet najbliżsi żyją inaczej, niż żąda tego Pan Bóg.

Jezus Chrystus daje nam siebie w Eucharystii na pokarm ducho­wy po to, aby to nasze życie wewnętrzne mogło istnieć, było zdrowe, piękne, mądre, by mogło się prawidłowo rozwijać. Wszystkie porad­niki życia wewnętrznego, duchowego, podręczniki „kreatywnego myślenia" o tym nam przypominają i Pan Bóg, który jest naszym Stwórcą zadbał o to, abyśmy mieli możliwość przeżywania życia w Prawdzie.

Usłyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czytaniu: „Mądrość zbudowa­ła sobie dom i wyciosała siedem kolumn... i stół zastawiła... Chodź­cie, nasyćcie się moim chlebem... Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodź­cie drogą rozwagi" (Prz 9, 1 -6).

Życie - to największa wartość człowieka. Niczego tak nie broni­my jak życia i niczego tak się nie boimy jak śmierci. A równocześnie w nic nie przychodzi nam trudniej uwierzyć naprawdę, że jesteśmy nieśmiertelni. Nawet chrześcijanin, który choć uznaje, że śmierć nie gasi życia, że jest przejściem tylko do innego życia, choć słucha o tym, czyta i sam o tym innym mówi, z trwogą przyjmuje myśl, że trzeba umierać... Ileż starań podejmują dzisiaj ludzie, by życie na ziemi przedłużyć tutaj. Im mniej ufają Chrystusowi i Jego zapew­nieniom o nieśmiertelności - „Kto wierzy, choćby i umarł, żyć będzie na wieki", tym usilniej ludzkimi sposobami starają się przedłu­żyć swoją obecność na świecie. Takimi słowami można popsuć za­bawę tym wszystkim, którzy pragną się jedynie bawić i nie myśleć o rzeczach wiecznych.

I oto wobec ludzkości staje Bóg-Człowiek i z pozycji najwyższe­go autorytetu mówi, że człowiek jest nieśmiertelny i raz powołany do życia już więcej żyć nie przestanie. Wysłużył nam życie wieczne na Krzyżu i dlatego ma prawo mówić nam: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeżeli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wie­ki. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne...".

Tyle razy słyszymy te słowa i mamy świadomość, że dotyczą one nas. Przyjdzie kiedyś taki moment, kiedy trzeba będzie odejść z tego świata. Dlatego teraz, tak jak rolnicy z pól zbierają ziarno na chleb, by mogli żywić siebie i innych, tak my karmimy się Bożym Chlebem na życie wieczne.

On - Chrystus jest nam potrzebny zawsze i wszędzie jak chleb, ponieważ wszędzie, gdzie jest życie potrzebny jest chleb. Ale tak jak chleb trzeba wypracować i trzeba po niego wyciągnąć rękę, tak i Chrystusa trzeba uznać, przyjąć, jak prosi nas dzisiaj św. Paweł: „Baczcie... pilnie, jak postępujecie - nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną...".

Właśnie przed takimi fundamentalnymi katastrofami wynikają­cymi z fundamentalnych błędów przestrzega nas Chrystus. Przestrze­gają przed tym filozofowie mówiąc: „Przecież nikt nie chciałby prze­bywać stale w towarzystwie człowieka głupiego i niegodziwego, nikt nie chciałby mieć takiego przyjaciela, przecież w swoim własnym towarzystwie będziesz przebywał całą wieczność, swoim własnym przyjacielem będziesz zawsze. Dbaj o siebie, jesteś tego wart". Jesteś cenny jak diament. O diamenty się walczy, a człowiek jest jak brylant - bezcenny, ale zagrożony. Diament może być najcenniejszą ozdobą każdej korony, każdej kolii, może rozcinać najbardziej hartowaną stal, ale diamentami można też palić w piecu. W końcu koks i dia­ment to ten sam węgiel, tylko w innych atomowych strukturach. Ab­surd? A czy życie nasze nie jest często tak właśnie absurdalne? Z tysięcy przecudownych możliwości bycia, które daje nam Bóg, nieraz wybieramy tę najniższą, tę najbardziej prymitywną. Tymcza­sem On uczynił nas tak wielkimi, byśmy stawali się jeszcze więk­szymi, a nie - żebyśmy wszystko stracili - jak syn marnotrawny.

Na szczęście można dzisiaj zauważyć, jak wiele ludzi Eucharystii- adoruje Chrystusa w kościołach i kaplicach. Uderzająca jest cichość i pokora „Boga z nami". Ileż jest takich miejsc, w których adoruje Go jeden samotny człowiek, jak Charles de Foucauld, który w wigilię swego nawrócenia modlił się przed tabernakulum: „Mój Boże, jeśli istniejesz, daj mi się poznać". Jak klęcząca w kaplicy siostra z Pi­smem Świętym na kolanach, jak studenci zamyśleni... Zawsze tak samo obecny, niezależnie od tego czy kościoły są pełne czy puste. Każde tabernakulum, każda Hostia na ołtarzu, każde wystawienie Najświętszego Sakramentu jest wystarczającym świadectwem, że umiłował nas „aż do końca" (J 13, 1).

Świat, od dnia Wielkiego Czwartku, stał się „monstrancją" Boga ukrytego w białym Chlebie. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy, że w Eucharystii Jezus „pozostaje w tajemniczy sposób pośród nas jako Ten, który nas umiłował i wydał za nas siebie samego" (n. 1380). Jest dla nas tajemnicą nie tylko to, że ukrył się w kruchej Hostii, ale również to, że zgodził się pozostać milczący i ukryty dla świata. Jest nieustannie obecny w świecie, choć często nie zauważa­ny i nie odwiedzany. Karl Rahner SJ, znany współczesny teolog, z którego licznych dzieł o Eucharystii pisałem swoją pracę, mówił że: „Trwać na klęczkach i adorować Pana obecnego w Eucharystii, jest czymś, co wielu osobom nawet przez myśl nie przechodzi - zwyczaj dziękczynienia po Komunii i po zakończeniu Mszy wydaje się mniej lub bardziej zapomniany".

Często zbyt szybko rezygnujemy z adoracji, ponieważ nasz co­dzienny styl życia oduczył nas cierpliwego i spokojnego trwania „przy jednym". Żyjemy bardzo roztargnieni. Na co dzień nie jeste­śmy przyzwyczajeni do zatrzymania się, do ciszy i skupienia. W wie­lu kościołach w Polsce jest całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Tysiące ludzi przychodzi codziennie: uklękną i adorują.

Kiedy idziemy na adorację dostrzegamy, że niełatwo jest pozo­stać w „ukryciu", skupić uwagę serca na Jedynym najważniejszym. Trudno jest trwać przed milczącym Bogiem „bez działania", gdy tyle jest „do zrobienia". Trudno jest wyciszyć się wewnętrznie, gdy mnó­stwo w nas niepokoju z powodu nie załatwionych spraw, wielu nega­tywnych uczuć czy hałasu. Tymczasem właśnie adorowanie cichego i pokornego Boga w białej Hostii może przywrócić nam powoli upragniony spokój serca. Świadomość żywej obecności Boga i Jego bliskości może stać się „lekarstwem" na nasze lęki i niepokoje. Wy­starczy niewiele... Wystarczy ofiarować Mu swoje trwanie, swój trud skupienia, swoje roztargnione myśli. Próbować oddać Mu siebie ca­łego takim, jakim jestem w danej chwili. Bóg nie tylko jest obecny przy adorującym, ale przenika Go całego, jego życie, spotkania z ludźmi, pracę. Przenika i uświęca. Z pewnością kiedyś w wieczno­ści dowiemy się, ile znaczyła dla świata i każdego pojedynczego człowieka adoracja klęczącej siostry w nieznanej kaplicy; dowiemy się, ile dla naszych rodzin znaczyły wieczne adoracje w klauzuro­wych klasztorach, w naszych kościołach parafialnych. Ile wreszcie znaczą dla świata i dla nas samych nasze osobiste adoracje. Przecho­dząc obok kościoła, możemy wejść na chwilę adoracji. Wystarczy być i milczeć, wystarczy kilka aktów strzelistych oddania, wdzięcz­ności i pamięci. Gdy mijamy księdza idącego z komunią świętą do chorego, godzi się przystanąć, oddać pokłon, uczynić znak krzyża świętego i jeśli to jest możliwe przyklęknąć.

Każdy z tych momentów, choćby krótki, może stać się gestem miłości, adoracją milczącej obecności Boga. Dzieje się wtedy coś bardzo ważnego: Ilekroć adorujemy Boga w Sakramencie Miłosierdzia, tylekroć przypominamy sobie i światu, że ON JEST, że chce wypełniać swoją obecnością każdy brak miłości, chce być obecny w każdej „tkance” świata, zdrowej i chorej. Chce, byśmy przyzywali Go modlitwą jak św. Faustyna: „Hostio żywa, Siło jedyna moja, Zdroju miłości i miłosierdzia, ogarnij świat cały...”.

I jak mówił św. Papież Jan Paweł II: „Kościół i świat bardzo potrzebują kultu eucharystycznego. Jezus czeka na nas w tym Sakramencie Miłości. Nie odmawiajmy Mu naszego czasu, aby pójść i spotkać Go w adoracji, w kontemplacji pełnej wiary, otwartej na wynagrodzenie za ciężkie winy i występki świata. Niech nigdy nie ustanie nasza adoracja”. (List Dominicae cenae, n3) Amen.

 

 

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

sierpnia 10, 2024

19. Niedziela Zwykła (B) - Skosztujcie, zobaczcie...

W środku trudnego, upalnego lata, kiedy pola „bieleją ku żniwu", po raz kolejny „Pan Bóg łaskawie otwiera swą rękę i karmi nas do syta, oczy wszystkich zwracają się ku Niemu, a On nam daje pokarm we właściwym czasie". Słychać gdzieniegdzie na naszej ziemi modlitwę wdzięcznych ludzi: „Boże, z Twoich rąk żyjemy, choć naszymi pracujemy; z Ciebie plenność miewa rola, my zbiera­my z Twego pola. Co rządzisz ziemią i niebem, opatrujesz dzieci chlebem; myśmy dali trud i poty, Tyś nam dał urodzaj złoty".

Dobrze tak się modlić, dobrze zachować wdzięczność w sercu, dobrze pamiętać, że Anioł Pański otacza szańcem bogobojnych, aby ich ocalić. Dlatego „będę błogosławił Pana po wieczne czasy, Jego chwała będzie zawsze na moich ustach. Dusza moja chlubi się Pa­nem, więc skosztujcie i zobaczcie jak nasz Pan jest dobry" (ps. resp.).

To szczere wzywanie Boga pozwala sakralizować naszą szarą codzienność. Sakralizować - czyli uświęcać. Uświęcać - czyli wiązać sprawy Boże ze sprawami ludzkimi i umieć szukać tego, co Boże, z zapomnieniem o sobie. Bóg wtedy wynagradza człowiekowi, dając mu to co konieczne do dalszej pracy i życia, nawet w sposób cudowny, jak Eliaszowi, którego przypomniało pierwsze dzisiejsze czytanie. Nie przypadkowo ten gorliwiec pojawił się dziś w liturgii słowa. Widzimy go utrudzonego i niemal zrezygnowanego, u kresu ludzkich sił. „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków!". Dopiero co rozprawił się z tłumem fałszywych proroków bezbożnej królowej Izebel, bluźniącej Jedynemu Bogu. W obawie przed pogonią uciekł więc na pustynię, gdyż wolał, żeby go dotknęła raczej ręka Pańska, niż pełna zemsty ręka ludzka. Czego nas uczy ta przytoczona dziś historia proroka Eliasza? Odpowiedź jest prosta - gorliwości w służ­bie Bogu i wielkiej troski o uświęcanie swojego życia, a także od­powiedzialności za innych. Zawsze będą fałszywi prorocy, zawsze jakaś bezbożna Izebel będzie bluźniła Bogu, kpiąc z wszelkich wartości moralnych, a tym bardziej religijnych, mszcząc się na wierzą­cych. Toteż potrzebny jest prorok. Odważny, zdecydowanie stający w obronie Boga i Jego praw.

„W naszych czasach siłą ludzi złych jest lękliwość ludzi dobrych, a cała żywotność królestwa Szatana, ma swoje korzenie w opieszało­ści chrześcijan" - uczył papież św. Pius X na początku XX wieku. To stwierdzenie stało się dzisiaj jeszcze bardziej aktualne. Zło przypuści­ło jeszcze większy atak, a my niejednokrotnie nabieramy wody w usta, nie mówimy jednym głosem, lub głosem przyciszonym, albo chcemy być w naszych wypowiedziach politycznie poprawni. Po­trzeba zatem, byśmy od Eliasza uczyli się takiej zdecydowanej postawy, gdzie „tak", znaczy „tak", a „nie" - „nie", bez światłocienia.

Choćbyśmy opadli z sił, Bóg przyjdzie nam z pomocą i powie: „Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga"! (1 Kri 19, 7). Tak jakby mówił: skosztuj, zobacz... nie trzeba przede Mną uciekać na pustynię.

Nie potrzeba więc odchodzić od Boga i po swojemu orga­nizować sobie życie; nie potrzeba odchodzić od przykazań i na swoją rękę szukać norm postępowania; nie potrzeba wreszcie od­chodzić i gardzić wspólnotą Kościoła, by szukać szczęścia na własną rękę i za wszelką cenę. Nie potrzebujesz odchodzić! Bóg sam wystarczy! I naprawdę tak niewiele potrzeba, by próbować uświęcić swoje życie, i przekonać się o prawdzie słów Apostoła Pawła: „teraz (...) po oddaniu się na służbę Bożą jako owoc zbiera­cie uświęcenie" (Rz 6, 22).

Czemu więc wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? Nakłońcie wasze ucho i przyjdź­cie do mnie, posłuchajcie mnie, a dusza wasza żyć będzie. Niech powracają do nas i pozostaną w nas te mocne słowa proroka Izaja­sza. Zadedykujmy je nie tyle innym, co przede wszystkim sobie. Pytajmy siebie o naszą postawę, naszą wiarę, nasze przylgnięcie całym sercem do Chrystusa. Wtedy nasza pomoc okazana innym w odszukaniu na nowo dróg wiary będzie skuteczna, wedle starej zasady: słowa pouczają czyny pociągają.

Pomyśl, ile natchnień do pełnienia dobrych czynów zawierają słowa wspaniałego „hymnu wdzięczności" z Listu do Rzymian św. Pawła: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?" Popatrz ilu świadków takiej miłości stanęło zdecydowa­nie po stronie Chrystusa i dało dowód, że nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

Ilu niekanonizowanych świętych pokazało, że na serio traktują zalecenia, choćby te dziś ponownie usłyszane w Liście do Efezjan: „Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie nawzajem, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie".

Zawsze człowiek chce szukać przykładów takiej głęboko chrze­ścijańskiej postawy. Sięgamy więc w odległą historię prześladowań za wiarę. Nie brak i współczesnych świadków, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę, że w dwudziestym wieku zginęło więcej mę­czenników niż we wszystkich wiekach poprzednich, a wiek XXI zaczął się serią okrutnych prześladowań.

A dla nas wciąż bliski jest przykład warszawskich powstańców, którzy jak umieli, potrafili dać wyraz temu, „że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe ... ani jakiekolwiek inne stworzenie n i e z d o ł a nas odłączyć od miłości Boga" (Rz 8, 38). Doczekali się powstańcy wszelkich należ­nych honorów, to dobrze, że choć pod koniec życia; ale myśmy zaw­sze w Kościele wiedzieli, że są to bohaterowie, którzy potrafili ko­chać Boga i potrafili w Bogu kochać Ojczyznę i honoru nie splamić.

Wciąż bliski pozostaje dla nas równie wspaniały świadek - bł. Ste­fan kardynał Wyszyński. Niedawno przypadła rocznica jego urodzin i rocznica święceń kapłańskich. Zapamiętajmy z jego nauczania choć­by to jedno zdanie, zdanie - drogowskaz; zdanie - przysłowie: „Mó­wią - czas to pieniądz, a ja wam mówię: czas - to miłość".

Życie toczy się dalej, tak jak dalej pola będą gotowe do żniwa. Bóg w swojej szczodrobliwości nadal będzie otwierał swą rękę, by karmić nas do syta. Nadal będzie dla człowieka otwarta droga do składania świadectwa Chrystusowi. Nadal będziemy patrzeć jak On bierze w swoje czcigodne ręce chleb, spogląda w niebo, błogosławi i łamie go dla nas. A my będziemy upewnieni, że z Jego ręki żyje­my. Dopóki mamy czas - niech wypełni go miłość.

Sięgam w tym miejscu do słów św. Jana Pawła II z jego pierwszej encykliki Redemptor hominis: „Okazywać światu Chrystusa, poma­gać każdemu człowiekowi, aby odnalazł siebie w Nim. Pomagać współczesnemu pokoleniu naszych braci i sióstr, ludom, narodom, ustrojom, ludzkości, krajom... wszystkim - poznawać niezgłę­bione bogactwo Chrystusa, bo ono jest dla każdego człowieka, ono jest dobrem każdego" (RH 11).

Pozostaje dla nas wciąż dręczące pytanie równe rachunkom su­mienia: czy nie za mało upominamy się o miejsce Chrystusa w par­lamentach, w poganiejącej na własne życzenie Europie, skoro jak uczy Sobór Watykański II: „Przez Chrystusa i w Chrystusie rozja­śnia się zagadka cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangelią" (KDK 22).

Za chwilę msza potoczy się dalej. Tobie, Ojcze, ofiarujemy chleb, ziarno zasiane, utkane ze światła, ciepła, deszczu, wiatru, a także siewcę, żniwiarza, młynarza, piekarza, sprzedawcę - streszczenie życia. Ojcze, przyjmij tę ofiarę ... i ofiarujących. Żywy Chlebie, Chryste, przed nami długa droga. Chcemy zobaczyć i skosztować ... daj jeszcze raz usłyszeć i mocno w to wierzyć: Chlebem, który Ja daję, jest moje Ciało za życie świata. Za życie świata... Amen.



sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Nie samym chlebem żyje człowiek

Słowo, które czytamy dziś jest bardzo mocne. Nie chodzi tylko o to Słowo zapisane w Biblii, przypominające pewną historię z życia Izraela. To Słowo, jak światło, interpretuje wydarzenia z życia każdego z nas, z życia też każdego pokolenia i każdego narodu. Zawiera pouczenie, prawdę cenną dla ludzkiego życia. Może nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak bardzo dotyka naszej egzystencji słowo mówiące „nie samym chlebem żyje człowiek".

Izraelici poszli do Egiptu, gdy w ich ojczyźnie nastał głód. Począt­kowo żyło się im w Egipcie bardzo dobrze, zajęli żyzną krainę, zapomnieli o głodzie, ale zapomnieli też o Bogu. Bardzo szybko ich sytuacja się zmieniła, stali się niewolnikami Egipcjan, którzy przerazili się ich rozwojem, liczebnością ich dzieci. I zaczęli ich uciskać, wykorzystywać, posyłać do najcięższej pracy, a nawet zabijać ich dzieci. I przypomnieli sobie Izraelici o Bogu i zaczęli wołać o wyzwolenie.

Czy to nam nic nie przypomina? Ponieważ człowiek naprawdę ma w sobie pragnienie chleba, tę pokusę zabezpieczenia życia, łatwo może ulec obietnicom, złudzeniu, że człowiek żyje tylko chlebem. Czy nie pamiętamy czasów, gdy wszyscy mieli mieć „po równo", a to znaczyło najczęściej ubóstwo czy nędzę. A dziś, gdy budując nowy świat, niektórzy z polityków mówią, że Bóg nie jest nam potrzebny, tzn. zbudujemy przyszłość bez Boga, pełną obiet­nic dobrobytu, pracy, dotacji, kapitałów. Najczęściej mówiąc o rozwoju, o przyszłości, mówi się tylko o materialnej stronie ży­cia. Ale przecież człowiek żyje nie samym chlebem! Jak bardzo niszczy życie ludzkie to sprowadzenie go tylko do poziomu chleba. Powie św. Jakub „skąd się biorą wojny, skąd kłótnie między wa­mi? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć" (Jk 4, 1). Skąd się biorą wojny między nami, skąd korupcja, niesprawiedliwe zyski, nieproporcjonalne pensje, zdzierstwo właścicieli, morder­stwa, pomnażanie nieuczciwe kapitału. Właśnie z naszych żądz! Ta wizja człowieka sprowadzonego tylko do zjadacza chleba u jed­nych rodzi zachłanność bez granic (czytaliśmy kilka dni temu w prasie w jak wielu supermarketach nie wypłaca się pracownikom pełnych wynagrodzeń), pieniądz zabija sumienie tak bardzo, że biorąc niebotyczną pensję, bo jestem dyrektorem, albo pracowni­kiem telewizji, przestaję widzieć biedę.

A dalej przy takiej wizji społeczeństwa, tylko konsumpcyjnego, nie ma miejsca dla ludzi chorych i starszych, nie ma na ich lecze­nie, nie ma dla nich miejsc pracy. Najlepiej, żeby ich w ogóle nie było. Stąd pomysły o eutanazji, stąd ciągła walka z poczętym ży­ciem o domaganie się prawa do aborcji. To wszystko z wizji świata bez Boga i życia bez Boga. Stąd również żądanie prawa do tego, aby człowiek realizował siebie samego jak chce, tzn. uciekał od cierpienia w każdy sposób, od trudnego małżeństwa, od kolejnego dziecka, od wymagań moralnych. Ta pokusa chleba dotyka nas wszystkich. Możemy nie posiadać i pragnąć, i zazdrościć, i też żyć złudzeniem, że gdybym miał więcej, byłbym szczęśliwszy. Jak często można usłyszeć, że właśnie rzeczy materialne kierują na­szym życiem, np. nie stać nas na drugie dziecko, nie mam pracy, nie mam mieszkania, jestem nieszczęśliwy z tego powodu. Bieda jest oczywiście nieszczęściem. Ale Bóg nam dzisiaj mówi, że nie samym chlebem żyje człowiek. Życie nasze nie zależy od naszego mienia. Pamiętamy z Ewangelii: „Zgromadziłeś wiele dóbr, mó­wisz, mogę teraz ich używać, ile zechcę - głupcze, tej nocy zażą­dają twej duszy od Ciebie".

Właśnie dlatego Bóg wyprowadza swój naród na pustynię, że­by ratować swój lud. Chce zbadać ich serce, czy naprawdę będą Mu posłuszni. Tam ich uczy każdego dnia, że na pustyni można żyć. Trzeba tylko ufać Bogu, chodzić Jego drogami. Bóg podczas tego przejścia przez pustynię uczył swój lud wiary. Uczył, że nie rzeczy materialne ratują i zabezpieczają ludzkie życie, ale Bóg. Co na to Izraelici? Szemrali przeciwko Bogu. „Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzie zasiadaliśmy przed garnkami mięsa i chleb jadali do sytości". Lepiej było umrzeć w Egipcie, gdzie było co jeść, niż żyć na tej pustyni z łaski Pana. Zobaczmy, czło­wiek szuka zabezpieczenia, świętego spokoju, małej stabilizacji. I cały czas, często przez rzeczy materialne, chce osiągnąć szczę­ście. Czym innym jest życie na pustyni, czym innym jest życie w drodze. I to jest bardziej bliskie prawdy o naszym życiu. Bo tak naprawdę nic nie możemy zabezpieczyć, nic nie możemy zatrzymać.

Jesteśmy ludem w drodze. Bóg i nas prowadzi wiele razy „na pustynię", prowadzi tam całe pokolenia i narody, żeby nas uczyć wiary i pełnej prawdy o naszym życiu. Człowiek nie żyje tylko samym chlebem, człowiek jest powołany do czegoś więcej, jak również przeznaczony jest do życia wiecznego. Tak mówi o tym św. Paweł „Nie chciałbym bracia, żebyście nie wiedzieli, że nasi ojcowie wszyscy, co prawda, zostawali pod obłokiem, wszyscy przeszli przez morze, wszyscy też spożywali ten sam pokarm du­chowy i pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im skały, a ta skała to Chrystus. Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg, polegli bowiem na pustyni. Stało się zaś to wszystko, by mogło posłużyć za przykład dla nas, abyśmy nie pożądali złego, tak jak oni pożądali. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektó­rzy z nich, według tego, co jest napisane: zasiadł lud, by jeść i pić, i powstali, aby oddawać się rozkoszom. Nie oddawajmy się też rozpuście, jak to czynili niektórzy z nich... I nie szemrajcie jak niektórzy z nich szemrali, i nie wystawiajcie Pana na próbę, jak wystawiali Go niektórzy z nich i poginęli na pustyni od jadowitych wężów. A wszystko to zapisane zostało ku naszemu pouczeniu" (1 Kor 10, 1-11).

Jak więc mamy żyć? Co ma być naszym pokarmem? Na pusty­ni żyje ten, kto słucha Boga, chodzi Jego drogami, z uległością dziecka pozwala się Bogu prowadzić. Żyje ten, kto przyjmuje wy­darzenia swojego życia, jak Boże prowadzenie i dostrzega te, które są, jak wyprowadzenie na pustynie, gdzie Bóg chce mnie uczyć wiary. Jak napisał ks. Jan Twardowski: „Wiara tam się zaczyna, gdzie rozum się kończy". To może być twoja choroba, czy starość, która każe inaczej spojrzeć na całe swoje życie. To może być ko­lejne dziecko, które Bóg każe ci przyjąć z zaufaniem Jego woli. To może być jakaś trudna sytuacja w rodzinie, w małżeństwie, której nie możesz udźwignąć, brak miłości, niedostatek, kłopoty z dzieć­mi. Wszystko, co przypomina ci tę pustynię. Nie uciekaj od tego, zaufaj Bogu, u Niego szukaj schronienia.

Pamiętacie, jak diabeł mówił do Chrystusa na pustyni: „Zamień kamienie w chleb, dlaczego masz cierpieć głód? Dlaczego masz przeżywać tę trudną historię, to trudne życie, jakie Ojciec dla cie­bie przewidział?" A Chrystus? Odejdź ode mnie szatanie, bo nie samym chlebem żyje człowiek i nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga Twego...

Powie też Chrystus: „Kto chce iść za mną niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje". Powie też: „Pokarmem moim jest pełnić wolę Ojca. Pyta dziś Chrystus tłumy, które Go szukały: „Dlaczego mnie szukacie? Dlatego, że jedliście chleb do sytości?

Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki. Tym pokarmem jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu".

Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Ja jestem chlebem życia, Kto do mnie przychodzi, nie będzie łaknął, a kto we mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Ja jestem chlebem Życia. „Dlatego, trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek kłam­liwych żądz, a odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przy­oblec człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga" (Ef 4, 23).

I jeszcze inny fragment ze św. Pawła. Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem wspólnego ma sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Belialem, lub wierzącego z niewiernym? Co łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego według tego, co mówi Bóg: „Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. Przeto wyjdźcie spo­śród nich, i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a ja was przyjmę, i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący".

 

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

Pan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.
 
Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.
 
Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.
 
Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).
Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).
 
Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...
 
Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znajdujący się w trudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.
 
Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...
 
Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.
 
Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej

maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
W prawdach, jakie niesie nam Boże objawienie, spotykamy nierzadko treści zaskakujące, żeby nie powiedzieć szokujące. Jeśli słysząc o nich nie odczuwamy zadziwienia, to dzieje się tak chyba tylko dlatego, że przez całe lata przyzwyczailiśmy się już do tych wielkich rzeczy, jakie uczynił nam Bóg. Już sama tajemnica wcielenia i obraz Boga leżącego w kołysce to treści, które na próżno próbuje ogarnąć ludzki rozum. Podobnie zadziwiający jest fakt, że Bóg, Stwórca kosmosu, przez całe lata był posłuszny prostej niewieście izraelskiej i jej małżonkowi, który był cieślą. I wreszcie największa tajemnica, tak szokująca, że od wieków bywa dla wielu zgorszeniem, a inni nazywają ją głupstwem. Chodzi oczywiście o wydarzenie Golgoty, poniżającą śmierć Syna Bożego.

Do tych niesamowitych prawd dołącza także fakt ustanowienia Eucharystii. Pamiętnego wieczoru Jezus wziął chleb i powiedział, że to jest Jego Ciało. Podniósł kielich z winem i rzekł, że jest on napełniony Jego Krwią. To był początek nowego, szokującego wręcz wymiaru obecności Boga - Emmanuela pośród swojego Ludu. Od tego momentu uczniowie Jezusa z najwyższą czcią spożywają ten niebieski Pokarm, a przed kawałkiem świętego Chleba klękają na całym świecie miliony ludzi, wśród nich królowie, prezydenci, wielcy twórcy a tuż, obok nich, przedstawiciele wszystkich stanów. To rzeczywiście wielka tajemnica wiary. Bo jak określić ten religijny fenomen, iż tylu ludzi trwa całymi godzinami, dniami i nocami, przed Eucharystią, a spędzony tam czas jest przez nich uważany za najpiękniejszy w życiu? Ciągle mam przed oczyma twarze tych, którzy trwając w związkach niesakramentalnych, nie mogą przyjmować Komunii Świętej. Z wyrazem przejmującego smutku na twarzy mówią często, że jest to ich największa tragedia.

Bóg nie postanawia niczego bez powodu. Zatem i przez fakt, że stał się dla swoich uczniów Chlebem, także chce coś powiedzieć, objawić samego Siebie. Chciałbym, abyśmy dziś, w Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa zapatrzyli się w białą Hostię i odczytali zawarte w niej Boże przesłanie.

Gdy wpatrujemy się w ten święty Chleb, to chyba przede wszystkim uderza nas skromność tego znaku. Nie złoto, nie drogi kamień, nie inny szlachetny kruszec wybrał Bóg, by pozostać z nami. Wybrał powszedni chleb. Ileż w tym prawdy o uniżeniu Boga, o Jego pokorze. Przychodząc na świat stał się jednym z nas. Nie chciał onieśmielać czy zniewalać ludzi potęgą Boskiego maje- statu. Pragnął opowiedzieć nam o królestwie Ojca tak, jak opowiada przyjaciel i brat, nieodłączny towarzysz naszego życia, trosk, kłopotów i radości.

Pamiętam, jak pod koniec lat osiemdziesiątych wybrałem się z młodzieżą na obóz w Tatry. Padający przez kilka dni deszcz popsuł nam misternie ułożony plan górskich wypraw. Zamiast zdobywać szczyty siedzieliśmy w schroniskowej jadalni i spędzaliśmy czas na różnych grach i zabawach. Gdy ich repertuar szybko się wyczerpał, próbowaliśmy sami wymyślać jakieś mniej lub bardziej intelektualne rozrywki. Był okres kryzysu gospodarczego i szybko postępującej inflacji. Pieniądz tracił na wartości niemalże z dnia na dzień, a ceny rosły wręcz astronomicznie. I pewnie dlatego ktoś zaproponował, byśmy podjęli współzawodnictwo polegające na tym, kto wymieni największą ilość towarów, które można było kupić za jedną złotówkę. Nie było to proste, bo nawet zapałki czy zwykła koperta kosztowały już chyba więcej. I gdy nie mogliśmy znaleźć niczego, co byłoby tak tanie, jeden z ministrantów powiedział nieśmiało: „A opłatek? Taki zwykły, do mszy? On chyba kosztuje mniej niż złotówkę. Jest chyba najtańszy ze wszystkiego."

Słowa tego chłopca jakoś mocno utkwiły mi w sercu. Jezus najtańszy ze wszystkiego, dostępny dla każdego człowieka. Jeśli masz czyste sumienie i dobrą wolę, to możesz wejść do jakiegokolwiek kościoła katolickiego na świecie, przystąpić do ołtarza i spożyć Chleb, który daje życie wieczne. Nic nie musisz płacić, deklarować, wyjaśniać. Jeśli tylko naprawdę chcesz, to zawsze stać cię na Boga.

Ta prawda jest także wspaniałą nauką dla naszego postępowania. Czy ty też jesteś tak dostępny dla innych? Bo są ludzie, którzy z zasady rozmawiają tylko z równymi sobie. Jeśli jesteś inteligentny, jeśli zaciekawisz mnie sobą, jeśli będę miał jakąś korzyść z rozmowy z tobą, to dobrze, mogę porozmawiać, mogę poświęcić ci swój czas. Jeśli tak podchodzimy do ludzi, to niejako ustalamy swego rodzaju cennik na samego siebie, dodając często: z byle kim się nie zadaję.

Warto pamiętać o tej bezinteresowności w dawaniu siebie, zwłaszcza po przyjęciu Komunii świętej. Darmo dostałeś Boga darmo dawaj siebie. Nieskończony, po trzykroć święty Bóg pochylił się nad tobą, a więc i ty zniż się do człowieka, który może do ciebie nie dorasta. Bądź hostią, na którą stać będzie każdego.

W każdej mszy świętej uderza mnie pokora, z jaką Bóg w Eucharystii wydaje się w kapłańskie ręce. W ręce grzeszników. Nie pojmujemy Jego tajemnicy, przerasta nas ona nieskończenie, a jednak Syn Boży w swoim Ciele poddaje się nam, słabym ludziom. Wyjmujemy Go z tabernakulum, udzielamy wiernym, nosimy Jezusa do chorych, a On jest w tym wszystkim tak nam posłuszny.

W języku polskim dokonać można ciekawego zestawienia dwóch znaczeń słowa „wystawić". Wystawić można Najświętszy Sakrament, ale, jak to mówimy w języku potocznym, wystawić można kogoś do wiatru, czyli oszukać, źle potraktować, postawić w niekorzystnej sytuacji. Gdy zachodzę niekiedy do kościoła ojców Jezuitów na Starym Mieście w Warszawie, tam, gdzie cały dzień trwa adoracja Najświętszego Sakramentu, to uderza mnie rzucająca się w oczy ta właśnie pokorna wierność Jezusa. Jest tu wystawiany od lat, całymi dniami, w tym samym miejscu. Wystawiany dla wszystkich. Dla tych, którzy uszanują Go głęboką modlitwą, a także dla tych, którzy wpadną tu tylko po to, by coś bezmyślnie odklepać.

Widzę nieraz, jak do świątyni wchodzi grupa turystów. Często nawet nie przyklękają, rozglądając się za wspaniałymi dziełami sztuki. Nie zauważają Białej Hostii, wystawionej w monstrancji. Robią zdjęcia i wychodzą z kościoła. Niekiedy da się słyszeć cichy komentarz: nic tu ciekawego nie ma. A Jezus, jak pokorny i prosty żołnierz stoi na warcie, by słuchać radości i bólu serc swoich dzieci. Ich najtrudniejszych spraw. Obiecał przecież, że nie opuści ich aż do skończenia świata. Tak jak kiedyś był obecny wśród tłumów, wśród ludzi dobrej i złej woli, tak i dziś jest dostępny dla wszystkich. Tak, jak kiedyś wystawiony na pośmiewisko, tak i dziś w ciszy przyjmuje słowa, że „tu nic ciekawego nie ma".

Ten fakt, że Jezus eucharystyczny jest posłuszny dłoniom kapłana, że pozwala się wystawiać przed oblicze ludzi prawdziwie rozmodlonych a także przed znudzonych gapiów, powinien i nas doprowadzić do pytania: czy stać nas na taką pokorę? A może za regułę swojego życia przyjęliśmy zasadę, że ja to się nikomu wy- stawić nie dam. Nie pozwolę, by ktokolwiek mnie źle traktował. Będę podejmował tylko intratne propozycje, będę obracał się w kręgach, gdzie będą mnie szanować. A jeśli mnie nie zauważą i nie docenia, to natychmiast się stamtąd wycofam. Jak wiele trzeba mieć pokory, by spełnić powołanie męża i żony, księdza czy siostry zakonnej. Zdarzy się bowiem nierzadko że ktoś z rodziny, czy szef w pracy, ktoś ze współbraci czy współsióstr, tak nas właśnie wystawi przez niesprawiedliwą decyzję czy osąd. Jak trudno wtedy nie uciec, jak trudno trwać przy złożonych ślubach, obietnicach czy zobowiązaniach. Trwać, jak eucharystyczny Jezus trwa przy swoim ludzie mimo obelg i zniewag.

Zdarza mi się, że kiedy odprawiam Mszę świętą w kościele, gdzie nad głównym wejściem usytuowane jest duże okno, to w słoneczny dzień, gdy podnoszę hostię do góry, w świetle jasnych promieni wydaje się ona być wręcz przezroczysta. To jest zawsze dla mnie piękny symbol prawdy, którą zapowiadał już Stary Testament, że na ołtarzach całego świata będzie składana ofiara czysta. Taka bowiem była, taka jest ofiara Jezusa Chrystusa - niczym nie skażona, doskonała. Jest właśnie czysta. On dał się obnażyć na krzyżu do końca. Nie miał tajemnic, nic nie ukrywał. Od samego początku Jego misji każdy mógł Go słuchać, brać chleb, który rozmnażał, doznawać łaski uzdrowienia. Jezus nie prowadził żadnej dyplomacji, gry. U Niego „tak" było „tak", a „nie" było „nie". Oprawcy szukali w Nim winy i skazy, ale nie mogli znaleźć. Musieli podstawić fałszywych świadków, których kłamstwa tak bardzo raziły wobec czystych słów Jezusa.

Eucharystia to największa tajemnica Kościoła. Od wieków jest ustawiana na ołtarzach w świetle świec, reflektorów. Dziś będzie wyniesiona poza mury świątyni, bo Kościół chce powiedzieć całe- mu światu: patrzmy i uczmy się takiej czystości. Oto Ten, w którym nie znajdziemy nawet najmniejszej nieprawości.

I znowu rodzi się pytanie: czy ja jestem też tak czysty? Czy też mógłbym dać obejrzeć się z wszystkich stron? Czy byłbym spokojny, gdyby przeglądano moje listy, maile, SMS-y, gdyby słuchano moich rozmów, nawet tych prowadzonych w cztery oczy?

Przypomina mi się rozmowa z pewnym starszym panem na temat korupcji i nieuczciwości, jaka dotyka nasze państwo, społeczeństwo. Ów emeryt powiedział mi w pewnym momencie; majątku się nie dorobiłem, żyję w skromnych warunkach, ale mam pewien komfort, jakiego ci na górze nie mają: czyste sumienie. Nie zazdroszczę im nadchodzącej starości. Gdy śmierć się zbliża, duże pieniądze i zdobyte luksusy stają się coraz mniej warte, natomiast rośnie w cenę pokój ducha. Nieuczciwości popełnione w całym życiu mogą na starość doprowadzić człowieka do prawdziwie koszmarnych wyrzutów sumienia. Być czystym. Jak spokojnie wtedy można oddychać, śmiać się, rozmawiać z innymi, modlić się i kochać Boga.

W Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej wychodzimy na ulicę, by w procesji do czterech ołtarzy podążać za naszym Bogiem, ukrytym w ubogiej, posłusznej i czystej Hostii. Po uroczystym obchodzie liturgicznym kapłan schowa Najświętszy Sakrament do tabernakulum. Zaniesiemy do kościoła chorągwie i feretrony. Po południu albo pod wieczór rozebrane zostaną ołtarze. Święto się skończy. Może jeszcze jutro dojrzymy gdzieś na osiedlu, przed kościołem, płatki kwiatów, które bielanki sypały przed niesionym w procesji Najświętszym Sakramentem. Ale istota duchowości chrześcijańskiej polega właśnie na tym, by w szarej codzienności nieustannie podążać za ubogim, otwartym dla wszystkich, posłusznym i czystym Jezusem. I tak przechodzić przez życie, wśród ludzi spotykanych w biurze, na uczelni, w domu, na osiedlu. W chrześcijaństwie chodzi bowiem o to, by samemu stać się hostią złożoną Bogu na patenie swojego życia.


maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej - Spotkać Chrystusa!

maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej - Spotkać Chrystusa!

Bardzo powszechne było kiedyś w Polsce pozdrawianie świątyni i Najświętszego Sakramentu. Przechodząc przed kościołem mężczyźni zdejmowali czapki, kobiety czyniły znak krzyża. Dziś przestrzegają tego już chyba tylko nieliczni i to raczej ludzie starsi. Pozostali może o tym zwyczaju zapomnieli, albo bardziej prawdopodobne, onieśmiela ich przed oddaniem czci miejscu świętemu to przerażające dla wielu pytanie: „co sobie inni o mnie pomyślą? Co sobie pomyślą, kiedy będę zdejmował czapkę przed kościołem albo czynił tam znak krzyża? A może jeszcze ktoś mnie wyśmieje, nazwie dewotką?" Jakże inaczej będzie to wyglądać dzisiaj. Jak Polska długa i szeroka przed Najświętszym Sakramentem klękać będą na ulicach i drogach starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni. Co tak zmieni nasze postępowanie? Skąd przybędzie nam tyle odwagi? Odpowiedź jest prosta: będziemy to czynić wspólnie. Niejeden człowiek nigdy by się na to sam nie zdobył, ale ze współmieszkańcami wioski, osiedla, miasteczka zrobi to nawet z wielkim uniżeniem. Jeszcze może wczoraj widząc przechodzącego księdza z Najświętszym Sakramentem, ktoś wstydliwie udawał, że niczego nie widzi, a dziś idzie tą samą ulicą, przyklęka, żegna się, a nawet śpiewa pobożne pieśni. Ale zachowujemy się tak tylko wtedy, gdy jesteśmy razem. Gdy otaczamy Najświętszy Sakrament jako wspólnota Kościoła parafialnego czy lokalnego. Trudno jest być świadkiem Chrystusa, świadkiem Ewangelii w pojedynkę. Boimy się wtedy otoczenia, środowiska, opinii publicznej. Siłą Kościoła jest oczywiście moc Ducha Świętego, ale jest nią niewątpliwie także, pochodzące od Boga, poczucie jedności. I dlatego na Ostatniej Wieczerzy Chrystus zgromadził uczniów wokół Eucharystii i kazał to im czynić na swoją pamiątkę. 

Nie jest tajemnicą dla mistrzów życia duchowego, że szatan, chcąc pokonać człowieka, najpierw wyprowadza go na bezdroża duchowej samotności. Można żyć w tłumie, ale swoją wiarę przeżywać samotnie. Sam ze swoimi poglądami w pracy, sam ze swoją postawą w środowisku. I zaczyna się człowiekowi wydawać, że już tylko on jeden sam pozostał takim dziwakiem przejmującym się Bogiem i Jego przykazaniami. To dlatego tak wielu ludziom zależy, by nasza wiara była sprawą tylko prywatną i ograniczała się tylko do intymnego wymiaru serca. A jak wiele może uczynić choćby najmniejsza wspólnota. 

Kiedyś pewna pani, która złożyła przyrzeczenie abstynencji, trafiała na przyjęcie, gdzie tradycyjnie namawiano ją do picia alkoholu, ale kilkuletnie doświadczenie w odmawianiu i tym razem bardzo się przydało. Całe towarzystwo, z wyjątkiem jednego pana, który także nie pił, z lekkim zdziwieniem potraktowało tę decyzję. Jakie było zaskoczenie tej pani, kiedy po przyjęciu podszedł do niej ten właśnie pan, aby jej podziękować. „Pan mi dziękuje? A za co?". „Widzi pani, jestem nałogowym alkoholikiem. Dla mnie każdy kieliszek może być początkiem końca. Nie czuję się duchowo za mocno i gdyby nie pani, pewnie bym się skusił i dzisiejszego wieczoru sięgnął po kieliszek, ale pani postawa bardzo mi pomogła. Nie byłem sam. Zwyciężyłem".

Myślę, że wielu ludzi dobrej woli przegrywa w Polsce swoją bitwę o trzeźwość, o czystość, o uczciwość, ponieważ są właśnie samotni w otaczającym ich tłumie. Dlatego i z tego powodu tak ważnym wyzwaniem dla Kościoła staje się sprawa gromadzenia ludzi we wspólnotę, a to od wieków dokonuje się właśnie na Eucharystii i poprzez Eucharystię. Bardzo to pilny postulat, ponieważ już jutro, kiedy pozamiatamy sypane na ulicę kwiatki, kiedy rozbierzemy procesyjne ołtarze, już jutro, w normalny powszedni dzień, rozpocznie się znowu, może nie tylko procesja Eucharystyczna co zwykłe wędrowanie Chrystusa po naszych ulicach i drogach. Będzie się ono dokonywało już bez śpiewów, feretronów i kadzideł, ale nie mniej realnie. Możemy spotkać Zbawiciela już rano. Może w niewidomym człowieku, który będzie chciał przejść przez ulicę. W tym, którego powszechnie w otoczeniu nazywają „głupim", może On sam będzie oczekiwał naszej pomocy. Może w wyśmianym koledze z pracy będzie czekał na nasze zwykłe: „nie martw się. Jestem z tobą." Co więcej, On sam będzie chciał jutro wyjść w nas na ulice i drogi. Jutro my będziemy dla Niego monstrancją. Jezus będzie chciał nas pocieszać, pomagać, ale jeśli trzeba to i sprzeciwiać się złu. Jeden z młodych chłopców, biorący udział w akcji antypornograficznej, zapytał kiedyś panią kioskarkę sprzedającą gorszące pisma, czy chciałaby, żeby to zdjęcia jej roznegliżowanej córki widniały w witrynach tysięcy kiosków całej Polski. Milczenie kobiety było jednoznaczną odpowiedzią. I wtedy padło drugie pytanie: „A czy wie pani, że ta dziewczyna, której zdjęcia pani sprzedaje też ma gdzieś w Polsce swoją mamę?". Jak ten chłopak i wielu innych ludzi mamy iść przez życie, jak Chrystus, ze słowem prawdy. Nie wolno milczeć tam, gdzie nie milczałby Jezus. Mamy być dla niego żywą monstrancją. Takie to oczywiste, a przecież takie trudne. I dlatego przyjrzyjmy się dziś dobrze. Jako chrześcijanie tacy jesteśmy piękni otaczając Najświętszy Sakrament, tacy prawdziwi. I jutro my, ci sami ludzie, wyjdziemy na te same ulice. Może tu gdzie dziś klęczymy, jutro będziemy stali czekając na autobus czy rozmawiać ze znajomym. Czy będziemy już zupełnie inni niż dziś? Czy droga od niedzieli Palmowej do Wielkiego Piątku i w naszym życiu może okazać się aż tak krótka? Aby się tak nie stało, musimy mocno zakorzenić się we wspólnocie Kościoła, a do jego serca prowadzi właśnie msza święta, Eucharystia. Kiedyś pewna pani zamówiła intencję mszalną na wtorkowy wieczór. Przyszła więc do kościoła, co jej się nigdy nie zdarzało, w dzień powszedni. Trafiła na mszę wspólnotową grupy oazowej. Eucharystia odprawiana była w bocznej kaplicy kościoła, wszyscy otaczali ołtarz, panowała prawdziwie braterska atmosfera. Po mszy świętej wzruszona parafianka udała się do księdza Proboszcza, by mu podziękować, myśląc, że to on jej taką wspaniałą mszę przygotował. Mówiła przy tym, że nie wiedziała, iż msza święta może być tak wspaniałym przeżyciem. Zawsze liturgia kojarzyła się jej z anonimowym tłumem i ciągnącymi się pieśniami. Ilu ludzi do dziś żywi takie właśnie ze mszą świętą skojarzenia. 

Spotkać Jezusa. Od tego zaczęło się powołanie Maryi, misja Apostołów, nawrócenie Szawła. Od tego spotkania zaczęła się ich odwaga. Stali się Jego świadkami, żyjąc realnie we wspólnocie Kościoła, czerpiąc z Eucharystii. Spotkać Chrystusa.

Powiedz, co widziałeś? - Był słoneczny dzień. 
Powiedz, co widziałeś? - Szedłem do kościoła.
Powiedz, co widziałeś? - Stanął tuż przede mną,
jego wzrok zatrzymał mnie.

Powiedz, jak wyglądał? - Miał wytarty mundur... 
Powiedz, jak wyglądał? - a we włosach piach... 
Powiedz, jak wyglądał? - Cały w kurzu, w błocie... 
W oczach? Nie wiem... Strach?

Quo vadis, Domine?
Quo vadis?
Quo vadis, Domine?
Quo vadis?
 
Powiedz, co ci mówił? – Spytał mnie: „Dlaczego?"
Powiedz, co ci mówił? – Już nie mówił nic. 
Powiedz, co ci mówił? – Tylko to „Dlaczego?" 
I już więcej nic.
 
Czy poszedłeś za Nim? - Szedłem do kościoła! 
Czy poszedłeś za Nim? - Miał we włosach piach!
 Czy poszedłeś za Nim? - Ludzie dokoła!
Ja?

Czy chciałbyś Go spotkać?


maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

maja 29, 2024

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

Ukochani Bracia i Siostry!

W bardzo tajemniczy sposób prowadził Jezus uczniów do miejsca, gdzie pragnął spożyć z nimi Ostatnią Wieczerzę. Dostali polecenie, by pójść do miasta, tam spotkać ich miał nieznajomy człowiek niosący dzban z wodą. Apostołowie mieli za nim podążyć i w ten sposób odnaleźć dom, gdzie będzie na nich czekała gotowa i usłana sala. Wszystko to dokonało się bez zadawania żadnych pytań, dodatkowych wyjaśnień, jakby w jakiejś konspiracji. Uczniowie Chrystusa nauczyli się już, że On wszystko wiedział i potrafił przewidywać. Przepowiedział przecież Piotrowi, że złowi rybkę z pieniążkiem w pyszczku. Wiedział, gdzie zarzucić sieć, by wyciągnąć mnóstwo ryb. I teraz też to, co zapowiedział, dokładnie się sprawdziło. A wszystko to działo się w ostatnich godzinach przed pojmaniem Jezusa. I patrząc po ludzku niezrozumiałe wydaje się, że tuż przed atakiem sił ciemności, Zbawiciel nie dał Apostołom żadnych wskazówek, gdzie mają uciekać, jak się ukryć, jak przetrwać te zatrważające chwile Golgoty. On tylko dał im chleb i powiedział: „To jest Ciało moje". Podał im kielich z winem mówiąc: „To jest Krew moja". On im dał, dał nam wszystkim na wieki swoją niepojętą obecność. Dał coś, co stanowi serce Kościoła, jego największy skarb. I zostawił to w kawałku chleba, w kielichu wina. Jak odkryć ten dar? Jak się nim nasycić? Jak go przyjąć? Wydaje się, że Jezus, aby po- zostać z nami wybrał materię chleba i wina, a więc czegoś tak powszedniego i prostego, między innymi po to, by jak o skałę roztrzaskały się wszelkie pokusy pełnego zrozumienia, intelektualnego zapanowania nad tym darem. Ludzie nieznający chrześcijaństwa pytają niekiedy: To jest największy skarb Kościoła? Taki mały, cieniutki chlebek? Żeby to był jakiś migocący klejnot, drżąca skała, tajemnicza roślina. A czy ten chleb uzdrawia? Usuwa cierpienie? Wprowadza w stan ekstazy? Nie? To po co on jest? Po co Bóg chrześcijan im go zostawił? My znamy odpowiedź. Zostawił nam po to, byśmy pokonali śmierć i żyli w pełni. 

Św. Tomasz, wielbiąc dar Eucharystii napisał: „Zbliżam się w pokorze i niskości mej". Tylko tak można przyjąć Bóstwo ukryte w chlebie i winie. Nie jest to proste dla współczesnego człowieka. On ciągle pyta: a do czego mi się to przyda? Na czym to w istocie polega? A jak czegoś nie rozumie, jak coś nie jest zgodne z jego przekonaniami, to uznaje to za zbędne. Uczestniczyłem ostatnio w spotkaniu z młodzieżą gimnazjalną. Stawiali mi pytania. W przeważającej większości dotyczące homoseksualizmu, prezerwatyw i AIDS. Domagali się, żeby Kościół zgadzał się na to, co ludzie uważają za swoje szczęście. Tak podpowiadał im ich rozum. Tak to widzieli i tego się domagali. Współczesny człowiek ma dla Kościoła i dla Boga gotowe scenariusze. I sprawdza tylko, czy Boże przesłanie się do nich dopasowuje. Chce wiedzieć: co? jak? dlaczego? Pan Bóg zostawił nam treść objawienia, a w nim odpowiedzi na wiele pytań. Ale nie wiedza jest istotą chrześcijaństwa, ale miłość. Agnieszka Osiecka napisała w jednej ze swoich piosenek: „Bo taki, co kochać nie umie, przegra, choć wszystko rozumie". Dziś ludzie mają coraz większe kłopoty z miłością. Wokół nas króluje kult wiedzy. Wszystko trzeba zobaczyć, zrozumieć, podejrzeć. Małżonkowie często się nie kochają, ale wzajemnie analizują. A potem punktują. Cios za cios. „Teraz już wiem jaki jesteś. Teraz już ciebie rozgryzłam". „A taki, co kochać nie umie, przegra, choć wszystko rozumie". I tak władczo wychowany człowiek, kiedy spojrzy na Eucharystię, to zazwyczaj doświadczy pustki, bo ani widokiem tego chleba zmysłów nakarmić nie można, ani rozum zbyt wiele nie ma tu do roboty. Chrystus powiedział: „Bierzcie i jedzcie", a nie bierzcie i rozumcie. Ktoś dociekliwy zapyta: to co mamy robić, siedząc przed Najświętszym Sakramentem? Przytoczę świadectwo pewnego człowieka: Od lat nudziłem się przed wystawioną Hostią. Jak przystało na gorliwego katolika robiłem pobożne miny, ale w środku cierpiałem wręcz zmuszając się do klęczenia. Próbowałem oczywiście jakoś się modlić. Kierowałem do Boga wielkie słowa, przyzywałem Go wzniosłymi tytułami, mówiłem Mu o moim życiu, podsuwałem prośby do spełnienia. Ale wszystko to było sztuczne, drętwe i wymuszone. Aż kiedyś wyrwało mi się na adoracji jedno słowo: „jesteś. Jesteś. Ty Boże jesteś. Tu jesteś. Teraz jesteś. Jesteś... jesteś... jesteś..." I coś we mnie ożyło. Pomyślałem, że to nie ważne, jakim tytułem zwrócę się do Niego. Wszystkie tytuły są śmiesznie małe. To nie ważne, co Mu opowiem i o co Go poproszę. Przecież On i tak wszystko wie. Ale ważne jest - to niesamowite i porażające - że On jest! A jak On jest, to już jest wszystko dobrze. Chyba po raz pierwszy w życiu ożyłem przed białą Hostią. To jedno słowo - jesteś - stało się moją modlitwą. Na pewno w odkryciu tego duchowego aktu pomogło mi to, że jestem już dojrzałym człowiekiem i moją zadufaną w sobie ludzką mądrość bezlitośnie zweryfikowało życie. Spokorniałem. Przestałem targować się z Bogiem, handlować z Nim, przekonywać nieustannie samego siebie, że ja zawsze mam rację. Doświadczając swego zagubienia zaczynałem coraz bardziej się cieszyć, że On na szczęście „jest" i nie może Go nie być. I wtedy dopiero odkryłem Eucharystię. 

Święty Tomasz swoim hymnie pisał: „Pod zasłoną teraz, Jezu,  widzę Cię". To jest wyznanie człowieka, który do Hostii zbliża się w pokorze i niskości. Wszyscy pamiętamy ten radosny okrzyk Jezusa: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom". Bo prości ludzie widzą. Nawet, kiedy są niewidomi. Ks. Prof. Waldemar Chrostowski opowiadał o tym, jak był przewodnikiem grupy osób niewidomych po Ziemi Świętej. Z wiadomych powodów on sam i opiekunowie musieli niepełnosprawnym pielgrzymom nieustannie wszystko po drodze opowiadać: gdzie teraz są, którędy przejeżdża autokar. Kiedy pielgrzymka powróciła już do Warszawy, ksiądz profesor usłyszał na lotnisku rozmowę jednej niewidomej pani z oczekującą ją rodziną. I jak tam było? - pytali jej bliscy. Na to ona odpowiedziała: Było wspaniale! Czegoż to ja nie widziałam! Ileż się naoglądałam! A co ci się najbardziej podobało? Najbardziej to Galilea. Jaka zielona! Jaka nieprawdopodobnie zielona! Bóg jest Panem ludzkiego widzenia. On pokornym szeroko otwiera oczy, pysznym dostrzec wielu rzeczy nie pozwala. Warto o tym pamiętać, kiedy nudzimy się może przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zdarza mi się niekiedy, że na zakończenie rozmowy duchowej mój rozmówca pyta: to co ja mam teraz, proszę księdza, zrobić? Na pierwszy rzut oka pytanie to jest bardzo pożyteczne i pozytywnie charakteryzuje postawę tej osoby. Sugeruje jej gotowość do podjęcia konkretnych zadań. Ale takie podejście do sprawy może też być niebezpieczne, bo zdradza niekiedy pragnienie pełnej kontroli nad swoim życiem duchowym. Co masz robić? Godzić się na to, że nie wszystko rozumiesz, trwać, mimo, że sprawy nie idą po twojej myśli i ufać, że Boża Opatrzność wszystko prowadzi. Uczniowie podążający za mężczyzną niosącym dzban z wodą zmierzali na pierwszą Mszę św. w dziejach świata, ale wtedy jeszcze nie mieli o tym najmniejszego pojęcia.

Anioł Ślązak, śląski poeta religijny doby baroku, napisał kiedyś: „Bóg to jest blask przejasny i też nicość ciemna, co jej stworzenie żadne światłem swym nie sięga". Jak to możliwe, że Bóg to jest i blask i jednocześnie nicość ciemna? Autor tego sformułowania nie pisze tu o istocie Boga. Pisze o doświadczeniach mistyków ze spotkania ze Stwórcą. On jawi się im w pewnym sensie jednocześnie jako ciemność, bo przed Nim gasną wszystkie ich ludzkie światła mądrości, a jednocześnie jako niepojęte, nadprzyrodzone światło. Nie jest bowiem tak, że w naszym życiu religijnym wiemy dużo, pоtem więcej, jeszcze więcej i nagle wznosimy się na szczyt poznania Boga. To raczej jest podobne do wspinaczki w czasie, której rzeczywiście widzimy więcej i więcej, czujemy duchowy i moralny wzrost i kiedy mamy postawić już stopę na samym szczycie, wierzchołek góry zapada się i nagle tracimy wszystko, co wydawało się nam, że zdobyliśmy. I wtedy jesteśmy pogrążeni i w ciemności i jednocześnie. Eucharystia jest takim szczytem. Odkrywają ją ci, którzy 
w jasności pozwalają się prowadzić Bogu, jak Apostołowie dali się zaprowadzić do wieczernika. Niewiele z tych poleceń Jezusa rozumieli, ale ufali i szli. To jest droga do tajemnicy Najświętszego Sakramentu.

 Święty Paweł, apostoł, pisał, że ze względu na Chrystusa wszystko uznaje za stratę. Dlatego Eucharystię uczynił jednym z najbardziej centralnych punktów swego życia i nauczania. Czytając wnikliwie Dzieje Apostolskie zauważyć możemy bardzo ciekawą rzecz. Otóż w opisie pierwszej wizyty nawróconego Pawła w Jerozolimie, nie pada ani jedna wzmianka, by Apostoł Narodów zainteresowany był szukaniem jakichś materialnych pamiątek po Chrystusie. Mam tu na myśli choćby nawiedzanie miejsc związanych z osobą Zbawiciela. Dzieje Apostolskie nic nie mówią, by odwiedził on Nazaret, Betlejem czy choćby poszedł do Wieczernika czy na Golgotę. Dlaczego? Bo Paweł nieustannie przebywał w obecności Zmartwychwstałego, Żywego Chrystusa. Odkrywał Go w łamaniu Chleba. Chrystus Eucharystyczny dawał mu nieprawdopodobną siłę ducha i męstwo. Paweł zaufał Mu do końca.

Kończąc swoje dzisiejsze rozważanie chciałbym jeszcze raz odwołać się do wydarzeń opisanych w dzisiejszej Ewangelii i przenieść je jakoś w rzeczywistość dnia dzisiejszego. Drogi bracie, droga siostro. I ty idź dziś, w Uroczystość Bożego Ciała, do miasta, miasteczka, swojej wsi. Tam spotkasz człowieka niosącego w monstrancji biały chleb. Nie pytaj, nie roztrząsaj, nie analizuj. Idź za nim. Od ołtarza do ołtarza i przy każdym z nich ofiaruj się wraz z Chrystusem Ojcu Niebieskiemu. To jest bardzo tajemnicza droga, ale podążaj nią w swoim sercu a wejdziesz w świat, w którym znajdziesz swój duchowy dom. Duży, usłany i przygotowany dla Ciebie. Tam będziesz spożywał ucztę życia wiecznego. Tam będziesz sercem śpiewał Bogu hymn dziękczynienia.



kwietnia 20, 2024

Rozważania Wielkanocne - Panie, do kogo pójdziemy?

kwietnia 20, 2024

Rozważania Wielkanocne - Panie, do kogo pójdziemy?

Sobota, III tydzień okresu wielkanocnego
 
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana (J 6, 55. 60-69)
 
W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: «Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem». A wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, mówiło: «Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?» Jezus jednak, świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego wstępującego tam, gdzie był przedtem? To Duch daje życie; ciało na nic się nie zda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą». Jezus bowiem od początku wiedział, którzy nie wierzą, i kto ma Go wydać. Rzekł więc: «Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli nie zostało mu to dane przez Ojca». Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?» Odpowiedział Mu Szymon Piotr: «Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A my uwierzyliśmy i poznaliśmy, że Ty jesteś Świętym Bożym».
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 
Patrzymy na dzisiejszy świat, który stanął na głowie, i nie potrafimy zrozumieć co się dzieje? Co się stało z tym dawnym, normalnym światem, w którym wprawdzie zawsze było to, że był grzech, ale każdy dobrze wiedział co jest dobre, a co złe? Co się stało z ludźmi, którzy zа wszelką cenę usiłują nam wmówić, że czarne jest białe? Co się stało z nami, że wyznając wiarę chrześcijańską, wybieramy spośród siebie ludzi, którzy z tą wiarą walczą, by tym światem kierowali? A potem Bogu wypominamy, że pozwala na zło i takiego Boga nie chcemy kochać. Co się z nami dzieje?
 
A Jezus też patrzy na ten dzisiejszy świat, tak daleki od tego, który stworzył, i pyta każdego z nas: "Czyż i wy chcecie odejść?"
 
No, jak Ci to powiedzieć, Panie Boże. No bo czasem tak właśnie jest. Chyba chcielibyśmy odejść. Po prostu mamy tego wszystkiego dość. Tego, że zło panoszy się na świecie, w naszej Ojczyźnie, i to wielkie zło, a my nic z tym nie potrafimy zrobić. A czasem mamy dość tego, że i Ty nic z tym nie robisz. Ktoś musi Ci to szczerze powiedzieć, Boże. Chcielibyśmy, żebyś szybko coś z tym zrobił.
"Czyż i wy chcecie odejść?" Chyba czasem tak. Chcielibyśmy obudzić się w naszym dawnym, dobre znanym świecie, gdzie białe jest białe, czarne jest czarne, grzech jest grzechem, a dobro jest dobrem. Będziemy za tym światem coraz bardziej tęsknić.
 
"Czyż i wy chcecie odejść?" Panie Boże, pewnie czasem chcemy. Ale dokąd? Są tylko dwie drogi. Za Tobą, albo przeciw Tobie. Nie ma innej drogi, bo ona w praktyce zawsze będzie za Tobą, albo przeciw Tobie. Gdy wybierzemy drogę przeciw Tobie, staniemy się tym światem, którego mamy dość. Jaki ma sens taki wybór? Jeżeli cokolwiek chcemy zmienić, choćby tylko dla siebie, jeśli chcemy stanąć na czymkolwiek pewnym i mocnym, musimy wybrać Ciebie. Tylko Ty dajesz nam nadzieję na normalność. Tylko Ty tę normalność możesz nam dać. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebujemy Ciebie. Aby choć w swoim sercu przechować stary, dobry świat.
 
"Rzekł więc Jezus do Dwunastu: «Czyż i wy chcecie odejść?» Odpowiedział Mu Szymon Piotr. Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego."
Jezus zadaje nam dziś pytanie „Czyż i wy chcecie odejść?". Odpowiedzi, sobie i Bogu, każdy musi udzielić sam...
 
 
Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger