sierpnia 23, 2021

Słowo Boże na dziś - Jezus demaskuje zaślepienie faryzeuszów

sierpnia 23, 2021

Słowo Boże na dziś - Jezus demaskuje zaślepienie faryzeuszów

 

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 23 sierpnia 2021 roku

Mateusz 23,13-22
Nie pozwalacie wejść innym do królestwa niebieskiego

Wówczas przemówił Jezus do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę. A gdy się nim stanie, czynicie go dwakroć bardziej winnym piekła niż wy sami. Biada wam, przewodnicy ślepi, którzy mówicie: Kto by przysiągł na przybytek, to nic nie znaczy; lecz kto by przysiągł na złoto przybytku, ten jest związany przysięgą. Głupi i ślepi! Cóż bowiem jest ważniejsze, złoto czy przybytek, który uświęca złoto? Dalej: Kto by przysiągł na ołtarz, to nic nie znaczy; lecz kto by przysiągł na ofiarę, która jest na nim, ten jest związany przysięgą. Ślepi! Cóż bowiem jest ważniejsze, ofiara czy ołtarz, który uświęca ofiarę? Kto więc przysięga na ołtarz, przysięga na niego i na wszystko, co na nim leży. A kto przysięga na przybytek, przysięga na niego i na Tego, który w nim mieszka. A kto przysięga na niebo, przysięga na tron Boży i na Tego, który na nim zasiada.

Refleksja nad Słowem Bożym

Głosiciele nieautentyczni są hipokrytami, obłudnikami. Choćby dobrze potrafili zagrać swoją rolę, przyciągając uwagę słuchaczy, to widać istotną różnicę między życiem i słowami, które wygłaszają. Jezus mówi, że obłudnicy - nieautentyczni głosiciele - nie tylko powodują, że ludzie śmieją się za ich plecami, ale nade wszystko obłudnicy czynią zło: "Zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi". Inaczej mówiąc: jesteście do tego stopnia przejęci waszą poprawną formalnie recytacją, że nie interesuje was, czy przez wasze słowa ludzie czują się zachęceni do podążania w kierunku Królestwa Bożego, co więcej, przeszkadzacie temu Królestwu, zamykacie je przed innymi.

Drugie oskarżenie dotyczy wymiaru zewnętrznego: "Obchodzicie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę". Szuka się niejednokrotnie prestiżu poprzez liczbowy rozwój swojej grupy. Zależy człowiekowi na uznaniu ze strony innych, które zajmuje miejsce przepowiadania. Przepowiadanie dzieli się Słowem w wolności i dlatego może prowadzić do porozumienia. Bez tego będą tylko natarczywe, podstępne formy propagandy, szantażu moralnego i duchowego.

Trzecie oskarżenie jest równie mocne: "Biada wam przewodnicy ślepi". Ślepi przewodnicy nie znają drogi, nie wiedzą, gdzie jest kres podróży, nie mają jasności Bożej drogi. Nie wiedząc, gdzie się idzie, mówi się to, co ślina przyniesie na język, niejasno, choć może w sposób przyjemny, mieszając rzeczy istotne z przypadłościami, kładąc nacisk na mało znaczące przepisy, a zapominając o fundamentalnych; i w ten sposób można deprawować religijny i moralny zmysł słuchaczy.

Jezus mówi o "przewodnikach ślepych", którzy "przecedzają komara, a połykają wielbłąda". Przewodnik powinien prowadzić ludzi i jeśli nie umie tego robić, wiedzie ich przez urwiska i przepaści, i gubi. Jest to ostre słowo przeciwko tym, którzy myślą, że widzą więcej od innych, a w rzeczywistości są zaślepieni, ponieważ stracili m.in. wyczucie: "przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda". 
Jezus tak często krytykuje postawę faryzeuszów, tak często o nich mówi, że może nam się czasem wydawać, że to jedynie oni nic nie potrafili zrozumieć. Że te ostrzeżenia nie dotyczą nas samych. A przecież nie chodzi tutaj o członków konkretnego ugrupowania religijnego, ale o wszystkich ludzi, w których jest jakiś fałsz. Dotyczy to w takiej samej mierze każdego chrześcijanina, każdego katolika, którego słowa i życie nie pokrywają się ze sobą, u którego to wszystko zgrzyta.

Krytyki faryzeuszów nie bierzemy do siebie czasem dlatego, że traktujemy ich jako z gruntu złych, w każdym calu złych, a przecież my tacy nie jesteśmy. Tymczasem faryzeusze to nie przestępcy godni odrzucenia. To ludzie, którzy robili wiele dobrego. Nawet w dzisiejszej Ewangelii między wierszami jest pochwała dla faryzeuszów: "przemierzacie morze i ziemię, żeby pozyskać jednego współwyznawcę". Kto z nas może się pochwalić, że kogoś przyprowadził do Boga? Ilu z nas poświęciło na czytanie Biblii tyle czasu, co faryzeusze? Ilu z nas te prawdy potrafi przekazać innym? Skupienie się jedynie na potępieniu może nas wprowadzić w błąd i uspokoić, że to nie o nas chodzi. A jak najbardziej chodzi także o nas. O każdego przeciętnego katolika.

Faryzeusze to nie ci, którzy nie zrobili nic dobrego. Tu chodzi raczej o hipokryzję. O nieszczerość życia. Hipokryta to kiedyś aktor odtwarzający wyuczoną rolę. Aktor nie czuje się w obowiązku żyć według wyuczonej postawy na scenie. Aktor nie musi przemieniać siebie, żeby jakąś rolę zagrać. Faryzeusze często dobrze wypełniali swoje zadania, postępowali zgodnie z Prawem. Ale świat był dla nich sceną. Odgrywali swoją rolę dobrze, starali się być widoczni, czekali na oklaski. Ale nie widzieli potrzeby przemiany swojego serca. Dobra postawa bez przemiany serca nie porywa innych. Raczej męczy. Próba dorównania do takiej "doskonałości" sprawia, że myśli się tylko o rzeczach zewnętrznych. One są jakby pewne. Jeszcze 100 zł jałmużny, jeszcze dodatkowa modlitwa, jeszcze jeden dzień bez mięsa. Tu nie ma mowy o radości życia, bo tego nie ma w przepisach i można się na tym przejechać.

Smutne będzie nasze chrześcijaństwo bez przemiany serca. Będzie pełne lęku: czy to wystarczy, czy jeszcze coś trzeba, czy już ktoś widział, czy lepiej powtórzyć. Będzie pełne szukania przepisów i szczegółowych pytań na forach internetowych. Będzie też często związane z rozpaczą, gdy upadniemy. Bez przemiany serca będą się liczyć tylko przepisy i wypełnione punkty. Chrześcijaństwo natomiast to właśnie przemiana serca. Czy coś już dzisiaj się udało, czy jeszcze nie wyszło, to naprawdę jest mniej ważne od tego, jak bardzo chcieliśmy to zrobić, ile wysiłku w to włożyliśmy i jak blisko Jezusa pragnęliśmy wtedy być. Jeśli dziś zrobimy tyle ile dziś potrafimy, to jutro potrafimy zrobić więcej. Chodzi o to, by się uchwycić Boga. Nie jest faryzeuszem ten, komu dzisiaj się jeszcze nie udało. Faryzeuszem może być ten, komu wprawdzie się nie udało, ale ludziom chce wmówić, że tak właśnie jest dobrze jak zrobił. Szuka ideologii do własnych błędów i niedociągnięć.

Jeśli nie grzeszymy jedynie dlatego, że boimy się kary, albo dlatego, że nie mamy okazji do grzechu, albo dlatego, że ludzie akurat na nas patrzą, to z naszym chrześcijaństwem coś jest nie tak. To nadal jest kręcenie się wokół grzechu, a przecież naszym centrum powinien być Bóg. Tylko przemiana serca daje nam radość i spokój wewnętrzny, nawet pomimo upadków, które przecież zawsze będą, a także pomimo każdego bólu, który w każdym życiu pojawi się wcześniej czy później.
 

sierpnia 21, 2021

21. Niedziela Zwykła (B) – Trudna jest ta mowa

sierpnia 21, 2021

21. Niedziela Zwykła (B) – Trudna jest ta mowa


Drogie Siostry, drodzy Bracia!

"Trudna jest ta nasza mowa, któż jej może słuchać". Tak skwitowali w dzisiejszej Ewangelii uczniowie Jezusa Jego mowę na temat Eucharystii, której słuchaliśmy przez ostatnich kilka niedziel. Ta przejmująca mowa Jezusa, w której mówi On o wielkiej ofierze jaką pragnie złożyć z siebie za zbawienie ludzi kończy się smutno. Zarówno postronni słuchacze jak też i sami uczniowie Jezusa, którzy od dłuższego czasu chodzili z Nim, stwierdzają prawie jednogłośnie "Trudna jest ta mowa".

Eucharystia zawsze wiąże się z krzyżem. Na Kalwarii była ona ofiarą życia Jezusa złożoną za wszystkich ludzi. Dla nas z kolei sprawowanie Eucharystii, a więc przyjmowanie Ciała i Krwi Jezusa, również wiąże się z krzyżem, również wiąże się z ofiarą. Eucharystia wymaga bowiem od nas czystego serca, a to z kolei oznacza wyrzeczenie się grzechu, często przyjemnego i wygodnego. Z pewnością wielu z nas w takich okolicznościach powtarza "Trudna jest ta mowa".

Trudno jest wytrwać chociażby w postanowieniach małżeńskich, o których mówi dzisiaj św. Paweł w II czytaniu. Wierność małżeńska w pewnych sytuacjach wydaje się niemożliwa do zachowania. Ona była taka piękna, on był taki przystojny - usprawiedliwiamy się często. Nie jest łatwo być uczciwym wobec swojego małżonka kiedy kłamstwo jawi się o wiele wygodniejsze. Trudno jest oderwać się od gazety czy zrezygnować ze spotkania z kolegami aby pomóc współmałżonce w robieniu porządków czy pilnowaniu dziecka. Nie jest łatwo wytrwać we wzajemnej miłości aż do końca życia, kiedy z czasem współmałżonek przestał był atrakcyjny a z biegiem lat staje się coraz bardziej uciążliwy. Ci, którzy są już przynajmniej kilkanaście lat po ślubie z pewnością mogą potwierdzić, że małżeńskie wymagania o jakich mówi dzisiaj św. Paweł to rzeczywiście... "trudna mowa".

To samo dotyczy także innych wymagań życia chrześcijańskiego. Nie jest łatwo wybaczyć komuś, kto wyrządził nam wiele zła. Trudno jest prosić o przebaczenie kogoś, komu wyrządziło się wiele zła. Przykładem tego jest obchodzona ostatnio 77 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie wszyscy z tych, którzy zadawali nam śmierć umieli nas za to przynajmniej przeprosić.

Trudno jest opowiadać się po stronie życia, już od jego poczęcia, kiedy wokoło, pod pretekstem respektowania praw człowieka, szaleje przytłaczająca propaganda śmierci. Nie jest łatwo wyświadczyć komuś bezinteresowną pomoc widząc rozpowszechnioną postawę rachunku ekonomicznego i buissnesu nastawionego na zysk w każdej sytuacji. Trudno jest wykonywać uczciwie swoją pracę, wiedząc,że ewentualne niedociągnięcia i tak nie zostaną dostrzeżone. Nie jest łatwo zakończyć spotkania towarzyskiego jedynie po dwóch czy trzech kieliszkach ...

Trudno jest zaakceptować własną chorobę widząc wokoło tylu ludzi zdrowych, cieszących się życiem. Nie jest łatwo wybrać się do kościoła zarówno w słoneczną niedzielę, kiedy o wiele przyjemniej jest nad wodą, jak też w słotę, kiedy domowe pielesze wydają się takie przytulne. Trudno jest opowiadać się po stronie Chrystusa, po stronie nauki Kościoła, kiedy wielu uważa to za średniowieczny relikt nieprzystający w ogóle do dzisiejszej rzeczywistości. Trudna jest ta mowa...

Drogie Siostry i drodzy Bracia.

Nikomu z nas nie jest łatwo w dzisiejszej rzeczywistości trwać przy Bogu. Nie było to łatwe także dla Narodu Wybranego. Jego 40-letnia wędrówka po pustyni do Ziemi Obiecanej nie była wolna od szemrań, powątpiewań czy też otwartych zdrad Boga Jahwe, na rzecz chociażby złotego cielca. Również i oni w pewnym momencie stwierdzili: "Trudna jest ta mowa".

Nieustanna opieka Boga Jahwe sprawiła jednak, że w krytycznej sytuacji nawet woda wytrysnęła ze skały, a na pustynnym piasku pojawiła się manna, która dała siły do dalszej wędrówki. Bóg okazał się wierny przymierzu jakie zawarł przed wiekami z Abrahamem i po 40-tu latach uciążliwej wędrówki naród izraelski stanął na Ziemi Obiecanej. Piękna jest postawa Narodu Wybranego po osiągnięciu celu swojej wędrówki, opisana w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Naród jest świadomy, komu zawdzięcza zrealizowanie tego, wydawać by się mogło niemożliwego, przedsięwzięcia. "Chcemy służyć Panu, bo i On jest naszym Bogiem" - odpowiada Jozue na pytanie o bóstwo, któremu pragnie teraz służyć. Podobnie było z Apostołami. Również i oni po początkowym opuszczeniu wszystkiego i pójściu za Chrystusem, z czasem zaczęli szemrać, narzekać, nie rozumiejąc w wielu przypadkach działań swojego Mistrza. Wielu z uczniów odeszło. "Trudna jest ta mowa" - stwierdzili.

Została dwunastka najwierniejszych, aczkolwiek i wśród nich znalazł się zdrajca. Ci, którzy wytrwali, nie pożałowali. Pomimo, że krzyż ich nie ominął, Chrystus dał im moc świadczenia do końca Ewangelii i w sposób wprost niewiarygodny pomnożył ich dzieło. Czy przypuszczali oni wtedy, że z ich tak małej grupki, powstanie kiedyś tak potężny Kościół?

Włoski kapłan Jakub Alberione, Założyciel Towarzystwa św. Pawła, Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza, Sióstr Córek św. Pawła oraz siedmiu innych zgromadzeń zakonnych i instytutów świeckich tworzących dziś Rodzinę Paulińską otrzymał od Boga, na początku naszego wieku misję ewangelizowania poprzez środki społecznego przekazu.

Po początkowym okresie entuzjazmu, zaczęły pojawiać się poważne trudności stawiające pod znakiem zapytania istnienie całego dzieła. Coraz bardziej dokuczliwa gruźlica, trudności ekonomiczne, wrogość ze strony faszyzyjącego wtedy społeczeństwa włoskiego, niezrozumienie ze strony Kościoła dla duszpasterstwa prowadzonego przez środki społecznego przekazu sprawiły, że także ks. Alberione w pewnym momencie stwierdził: "Trudna jest ta mowa".

Jednak i tym razem Pan Bóg nie pozostał obojętny na trudności swojego wiernego sługi. W jednym ze snów ks. Alberione ujrzał Boskiego Mistrza, który wypowiedział 4 krótkie zdania: "Nie bójcie się. Ja jestem z Wami. Stąd chcę oświecać. Miejcie żal za grzechy". Wspomina ks. Alberione: "Słowo 'stąd' wychodziło z tabernakulum, w sposób bardzo wyraźny, tak aby uświadomić, że od Niego - Jezusa otrzymamy potrzebne nam światło".

Za radą spowiednika ks. Alberione uczynił z usłyszanych zdań program życia zarówno swojego jak też wszystkich swoich duchowych synów i córek. Okazał się on niezwykle skuteczny. Założył Zgromadzenie Paulistów i Paulistek, ktorych przedstawiciele obecni są w 45 krajach i na wszystkich kontynentach świata. Cieszymy się też wspólnie licznymi owocami ewangelizacji poprzez środki masowego komunikowania, która jest naszym głównym charyzmatem. Jeszcze raz Pan Bóg dotrzymał swoich obietnic i, mimo trudności, kontynuuje swoje dzieło.

Pauliści i Paulistki przez swoje apostolstwo pragną przetłumaczyć trudną mowę Chrystusa na język jakim posługuje się współczesny człowiek żyjący w cywilizacji obrazu i dźwięku. Językiem mass - mediów mówią o Bogu starając się, aby Jego głos nie został w nich stłumiony. Stale są bowiem świadomi słów ich Założyciela: "zło jest dzisiaj dobrze zorganizowane, używa potężnych środków, posługuje się prasą, radiem, kinem i telewizją. Dobre słowo natomiast często nie jest słuchane; a jeśli już jest słuchane zostaje zaraz przykryte potężnymi głosami zła. Należy przeciwstawić prasę - prasie, radio - radiu, kino - kinu, telewizję -telewizji. Wszystko dla Ewangelii, wszyscy dla Ewangelii".

Drogie Siostry i drodzy Bracia, również i nas dzisiaj, tak jak Naród Wybrany w czasie wędrówki przez pustynię, tak jak Apostołów którzy pierwsi zawierzyli Jezusowi, tak jak księdza Alberione wytrwale realizującego zamiar Boży, Pan Bóg wzywa do pewnego wyboru wobec Jego trudnych wymagań. Być może nie wszystko rozumiemy z tego co dzieje się w naszym życiu, być może trudno jest nam w nim odnaleźć Boga.

Każdego ranka stajemy wobec jakiegoś wyboru. Będziemy służyli takiemu Bogu, którego wybierzemy. Tylko jeden jest prawdziwy: "brzemię Jego jest słodkie a ciężar lekki".

Każdy bożek wymaga zawsze ofiar. Bóg pieniądz, bóg władza, bóg interes, bóg polityka zbierają dzisiaj swoje obfite żniwo. Z hołdowania tym właśnie bożkom wnika tragedia setek tysięcy ludzi jaka dokonuje się dziś w Ruandzie, Somalii, byłej Jugosławii i innych częściach świata. Jaki jest nasz wybór? Jak ma na imię nasz Bóg, któremu na codzień służymy, któremu hołdujemy w naszym postępowaniu?

Pan Jezus wymaga od swoich wyznawców, aby byli zdolni oddać Mu się całkowicie, aby byli zdolni podpisać in blanco dokument o losach swojego życia i nie bali się Mu go wręczyć. Czy stać nas na taką odwagę, na taką determinację wiary?

Człowiek myślący jedynie po ludzku jest posłuszny tylko wtedy, kiedy rozumie; uczeń Chrystusa jest posłuszny nie rozumiejąc do końca wszystkiego, ufając Bożemu Słowu. Jest on tym "maluczkim", który ufa. "Panie do kogóż pójdziemy". Ten, kto wie dokąd ma iść, nie znajdzie nigdy Boga. Syty, ciekawski, egoista, myślący tylko o sobie nie może zrozumieć Jezusa, nie może zrozumieć Eucharystii.

Drogie Siostry i drodzy Bracia!

Dla każdego pokolenia Słowo Boże było trudną mową. Ci jednak, w ciągu historii, którzy mimo wszystko chcieli jej słuchać, otrzymali Bożą moc i doszli do swojej Ziemi Obiecanej. Do każdej Ziemi Obiecanej droga jest długa i pełna cierni. Właśnie dlatego Pan Jezus tak wiele mówi o Eucharystii jako o jedynym skutecznym pokarmie na tej drodze, zapewniającym dotarcie do celu: "Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym".

Jeśli i my zdobędziemy się na wysiłek i zechcemy posłuchać trudnej mowy Jezusa, a Eucharystia stanie się naszym pokarmem wtedy i my staniemy się uczestnikami tej Jego obietnicy.

Nam Polakom również udało się, dzięki zawierzeniu Jezusowi i Jego Matce, dojść do naszej Ziemi Obiecanej, do wolności. Droga nie była łatwa. Wielu często powtarzało "trudna jest ta mowa".

Dzisiaj, kiedy cel został osiągnięty również i my, tak jak Izraelici po wejściu do Ziemi Obiecanej jesteśmy pytani: "Komu chcecie służyć?". Nie wszyscy pamiętają, że u podstaw naszej kultury narodowej stoi chrześcijaństwo, nie wszyscy pamiętają Boże dzieła dokonane w historii naszej Ojczyzny.

Ilu pozostało wśród nas takich, którzy mogliby odpowiedzieć razem z wdzięcznymi Izraelitami: "My chcemy służyć Panu, bo On jest naszym Bogiem?" Ilu jest wśród nas takich, którzy mogliby powiedzieć: "nie boimy się służyć Bogu". Niestety wielu już zdążyło odejść. Osiągnęli bowiem swoje przyziemne cele i Pan Bóg czy też Kościół przestali im być już potrzebni.

Trudno jest być dziś uczniem Chrystusa. Nadal trudno jest słuchać Jego mowy o Eucharystii. Nie jest łatwo trwać w łasce uświęcającej umożliwiającej spożywanie Ciała i Krwi Chrystusowej, gdy wokół nas jawi się tyle propozycji nie wiążących się z krzyżem i cierpieniem, nie wiążących się z ofiarą, proponujących życie łatwe, lekkie i przyjemne.

Dlatego też i nas wszystkich pyta dzisiaj Jezus: Czyż i wy chcecie odejść?. Musimy dokonać wyboru. Wśród uczniów Jezusa nastąpił rozłam. Niektórzy odeszli.

W której grupie jesteśmy my? Z tonącego statku najwygodniej jest uciec. Czy mamy odwagę trwać przy łodzi Chrystusowego Kościoła pomimo szalejącego sztormu zła i nienawiści? Czyż i ty chcesz odejść - pyta dziś jasno Chrystus. Niech naszą odpowiedzią, niech odpowiedzią nas wszystkich, pomimo trudnej mowy Jezusowej będzie odpowiedź Szymona Piotra z dzisiejszej Ewangelii: "Panie do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego." Amen.

 

sierpnia 13, 2021

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

sierpnia 13, 2021

Homilia na Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny


"Niewiasta obleczona w słońce, księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu". Znamy ten obraz. Przede wszystkim z przekazu Apokalipsy św. Jana, a także z wielu dzieł sztuki, inspirowanych biblijnym tekstem, zarówno wielkich arcydzieł, jak i figurek, kupowanych w odpustowym kramie.

Matka Boża w koronie z gwiazd i jej pełna pokoju twarz, czyste spojrzenie. Maryja i świat, w którym żyje - świat pokory i czystości, służby i zaufania Bogu. Kiedy chodzimy ulicami naszych miast, patrzymy na plakaty, na których muskularne dłonie zaciśnięte w pięści, lśniące samochody i karabiny, kiedy podchodzimy do witryn kiosków i zmuszani jesteśmy do oglądania roznegliżowanych kobiet w wyzywających pozach, kiedy siadamy przed telewizorem i widzimy dziesiątki i setki bezmyślnych filmików, w których bohaterowie przeżywają porywy uczuć, namiętności, sprzeczają się o fortuny i majątki posuwając się aż do zbrodni, kiedy widzimy to wszystko, to pytamy.czy ten świat ma coś wspólnego ze światem Maryi?

Czy radosna wieść o Matce Jezusa, którą Bóg przyjął do nieba, nie jest tylko pobożną historyjką dla małych dzieci, a te kolorowe figurki, to tylko przedmiot wzruszeń starszych pań z kółka różańcowego.

Zdawać by się mogło pozornie, że to są już dwa różne światy. Z jednej strony kolorowy świat biznesu, komputerów, luksusu, a z drugiej świat dewocji, nudnych nabożeństw i nieustannego przypominania - "nie wolno!". Taki podział, kreowany przez dużą część mass mediów, utrwalił się w świadomości wielu z nas.

Przed kilku laty, ambasada amerykańska w Warszawie, umieściła w gablotach przed swoją rezydencją fotoreportaż, przedstawiający życie przeciętnego Amerykanina, kierowcy wielkiej ciężarówki. Ludzie chętnie zatrzymywali się, aby obejrzeć zdjęcia. Był to jeszcze czas komunizmu i Ameryka, w sposób szczególny, symbolizowała niemalże urzeczywistnienie raju. Ludzie, przechodząc od gabloty do gabloty podziwiali, jakim samochodem jeździ Amerykanin, jaki spożywa obiad w przydrożnym motelu, jak wypoczywa po pracy w swoim przydomowym ogrodzie.

Oglądający zdjęcia nie szczędzili słów zachwytu, a nawet westchnień podziwu: " Ale im się żyje, zobacz, jaki dom, jaki basen w ogrodzie". Niemała konsternacja następowała przy ostatniej gablocie, gdzie umieszczone było zdjęcie, ukazujące jak bohater fotoreportażu zgromadzony z rodziną przy stole, wspólnie z żoną i dziećmi odmawia modlitwę. Oglądający zdjęcia nagle milkli i cisza, jaka zapadała pełna była zaskoczenia i zdziwienia - "To oni się wspólnie modlą? W tym dobrobycie, kiedy wszystko już mają?"

To prawda, że cały świat zachodni ogarnięty został głęboką dechrystianizacją. Ale daleki od prawdy byłby pogląd, że tam, gdzie nowoczesność i bogactwo, Boga już nie ma. Że tylko jeszcze u nas, w zacofanej Polsce, Kościół chce zabronić ludziom wejścia w świat dobrobytu i w ogóle normalnego życia.

Wielu ludzi ulega jednak pewnej propagandzie i wydaje im się, że figurka Matki Bożej Wniebowziętej, to symbol rzeczywistości, która jest i na pewno powinna być już za nami, a przed nami roztacza się kolorowy raj ziemi obiecanej, Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych. W ilu domach widziałem zakurzone statuetki Maryi, pamiątki po zmarłej babci, lub przywiezione z dawnej pielgrzymki do jakiegoś maryjnego sanktuarium. Stoją gdzieś z boku na regale i są takie blade w porównaniu z blaskiem wielkiego kolorowego ekranu telewizyjnego.

I nawet nie wiemy, uwikłani w pogoń za dobrobytem, jak piękny jest ten świat Maryi i Jej Syna. Nie wiemy tego z różnych powodów. Bo może nigdy tam nie byliśmy, bo może wprowadzono nas w tę rzeczywistość w bardzo nieudolny sposób, a może daliśmy sobie wmówić natarczywej propagandzie, że takie słowa jak "Kościół", "religia", "przykazania", zwiastują jedynie duchowy zaduch, tandetę i moralny terror. W codziennych rozmowach wielu krytykuje Kościół, odcina się od jego drogi, ale przecież oni sami często nie przeżyli nigdy piękna kilkudniowych zamkniętych rekolekcji, nie przeczytali żadnej wspaniałej książki o Jezusie, Maryi, nie dotknęli się piękna życia w prawdziwie chrześcijańskiej wspólnocie. Dla tysięcy ludzi kościół i religia kojarzy się może z niezbyt ciekawymi lekcjami, księdzem, który spieszy się chodząc po kolędzie, kolejką przed konfesjonałem, przy którym nie ma czasu i możliwości na dłuższą i głęboką rozmowę. Ktoś powie, że to właśnie wina księży, że taki jest często poziom naszego duszpasterstwa, który niezbyt zachęca do chrześcijańskiego życia i zapewne tak w pewnym stopniu jest rzeczywiście, ale czy jednocześnie ludzie, o których mówię, skorzystali z możliwości, by wejść w ten piękny świat życia duchowego, a tych możliwości jest naprawdę wiele.

Przecież obok zaniedbanych odcinków pracy duszpasterskiej, są księgarnie katolickie, pełne ciekawych książek. Prasa katolicka zawiera wiele zaproszeń na rekolekcje, pielgrzymki, spotkania, pogłębiające życie duchowe. Są to często drzwi, prowadzące do tego fascynującego świata, do spotkania z żywym Bogiem. Jaka szkoda, że tysiące ludzi mija je z obojętnością, nie wierząc zupełnie w to, że w tym świecie poczuliby się naprawdę wspaniale. Jedni całkiem świadomie pragną brnąć w kolorową tandetę, jaką oferuje świat, inni, może nawet nie ze złej woli, nie wierzą, że to zaproszenie do naprawdę chrześcijańskiego życia jest skierowane właśnie do nich, i że oni mają je zrealizować.

Przypomina mi się tutaj pewne, może nie tak istotne, ale dość znamienne wydarzenie. W pewnym domu w podtarnowskiej miejscowości, organizowana była wieczerza wigilijna, na którą zjechała rodzina z całej okolicy. Kolacja wigilijna zapowiadała się tak, jak co roku, z jednym tylko wyjątkiem. Miała w niej bowiem wziąć udział córka gospodarzy, która od kilku lat była w zgromadzeniu zakonnym i teraz, ze względu na stan zdrowia rodziców, otrzymała przyzwolenie, by święta spędzić w domu rodzinnym. Obecność osoby duchownej zmobilizowała gospodarza, by zrezygnować z corocznej tradycji i nie stawiać na stole wigilijnym karafki z wódką. Bardzo się to nie spodobało niektórym gościom, zwłaszcza kilku panom, którzy nie wyobrażali sobie spędzenia całego wieczoru bez alkoholu. Sytuacja zrobiła się nawet trochę nieprzyjemna, ktoś wspomniał, że chyba wróci do domu, ale mimo to gospodarz nie ugiął się i wspierany przez swoją córkę, siostrę zakonną, postanowił, że ta wigilia będzie bez wódki. W sumie wieczór upłynął pod znakiem wspomnień, śpiewania kolęd i coraz częstszego, głośniejszego i radosnego śmiechu.

Następnego dnia, już przy świątecznym śniadaniu, panowie zgodnie przyznali, że takiej wigilii nie przeżyli nigdy w życiu i nawet nie wiedzieli, że ten wieczór może być aż tak piękny, jeden z nich powiedział z dumą: "Po świętach powiem chłopakom w pracy, że na wigilię nie wypiłem ani kieliszka i śpiewałem kolędy. Ale czy oni mi uwierzą, że to jest takie piękne?"

Drodzy bracia i siostry.

Wielu z nas żyje w świecie jeśli nie grzechu to pewnej duchowej miernoty i nawet nie wiemy o tym, że stać nas na dużo więcej, że w świecie Jezusa i Maryi poczulibyśmy się naprawdę wspaniale. Niejedno małżeństwo nie wie o tym, że wspólne odmówienie różańca wniosłoby w ich życie radość, jakiej nie doznali od lat.

Niejedna rodzina nie zdaje sobie sprawy, że wspólny spacer, w zamian za nieustanne siedzenie przed telewizorem, mógłby naprawić coś, co popsuło się już tak dawno. I są tacy ludzie, którzy mieliby nawet ochotę wejść w ten świat - miłości, dobroci, ale boją się tego zrobić na oczach innych, którzy za pomocą kpiny i ironii skrupulatnie pilnują, by nikt nie wyrwał się z powszechnie przyjętych obyczajów.

Patrzymy dzisiaj na Wniebowziętą Maryję, stojącą u boku swojego Syna i widzimy prawdziwego człowieka. Zapamiętajmy mocno ten obraz. Dziś pod pozorami prawdy, ukazuje się w prasie, telewizji najczarniejsze strony życia ludzkiego: chciwość, bestialstwo, wyuzdanie i mówi się: "Taki jest człowiek, tacy są ludzie, tacy są wszyscy. Politycy, duchowni, wykształceni i prości. Tacy są naprawdę, choć bardzo często wypowiadają publicznie wzniosłe słowa".

Ci, którzy chcą nam przekazać taką "prawdę" o człowieku, chcą nam tym samym powiedzieć: "Nie wysilaj się, nie próbuj i ty taki musisz być, bo tacy są wszyscy. A kiedy przyjdzie do ciebie Kościół, by zaprosić cię do świętości, nie daj się nabrać, kler też chce na tobie zbić swój własny interes, to tylko zręczna polityka."

Drodzy bracia i siostry.

Nie będę w ten świąteczny dzień podejmował polemik z tą powszechną propagandą. Poproszę jeszcze raz, popatrz na Wniebowziętą Maryję. To jest prawdziwy człowiek, mocny człowiek. I ty taki możesz być. Św. Jan Bosco powiedział: "Jeśli nie będziesz święty, będziesz nikim".

Przed kilku laty wybrałem się z grupą przyjaciół na górską wycieczkę. Słońce tego dnia świeciło niezwykle mocno i po kilku godzinach wspinaczki zaczęło brakować nam sił. Ktoś zaproponował żeby wracać i przyjść tu kiedy indziej, kiedy pogoda okaże się nieco łaskawsza. Wszyscy z radością podjęliśmy ten pomysł i tylko jeden z nas, młody wysportowany człowiek powiedział: "Do szczytu pozostało już niewiele, usiądźcie tu, a ja wejdę do końca i zobaczę, czy warto w ogóle tam się wspinać. Zgodziliśmy się i wtedy ten śmiałek, z godną podziwu zręcznością, nie tyle wszedł, co wbiegł na szczyt. Kiedy rozejrzał się dokoła, to krzyknął do nas: "Chodźcie! Stąd jest niesamowity widok!". Mówił to z tak niekłamanym entuzjazmem, że my sami, nie wiadomo skąd wykrzesaliśmy jeszcze siły i też wdrapaliśmy się na górę. To, co zobaczyliśmy, było rzeczywiście ucztą dla oka.

Kiedy patrzymy dziś na Maryję, to widzimy właśnie człowieka, który wszedł na szczyt świętości, człowieczeństwa. Maryja zdaje się nam mówić: "Chodźcie! Stąd jest wspaniały widok! Stąd widać Dom Boga, wieczność, inny świat!"

Jak potrzebne są nam te słowa! Przecież tak często sobie mówimy: "Taki już jestem i taki pozostanę, tłumacząc się właśnie fałszywym argumentem - wszyscy są tacy, a może nawet jeszcze gorsi. Kradnę i już chyba będę tak kradł do końca, zdradzam, ale przecież już tyle razy próbowałem się z tym uporać i nic nic pomogło, więc tak już chyba zostanie. Nie modlę się, ale przecież to nie taki wielki grzech". Tak sobie wmawiamy i wijemy sobie gniazdko w tym świecie miernoty i przeciętniactwa. A Maryja mówi: "Chodźcie! Nie ustawajcie! Pokochasz uczciwość, czystość, modlitwę, pokochasz Boga!".

Mówi się dziś, bracia i siostry, że ludzie się zrobili zachłanni, że każdy chce zagarniać tylko ku sobie. Pytam, a co my chcemy mieć? Dom, piękne meble, samochód, wyjechać gdzieś za granicę. Wszystko to dobre pragnienia, ale czy tylko tyle chcesz mieć? Tylko dom i tylko samochód? Tak mało? Otóż w ten dzisiejszy, świąteczny dzień życzę tobie i sobie, takiej Bożej zachłanności, żebyś pragnął samego nieba. Żebyś pragnął spotkać tam Jezusa, Matkę Bożą, ale także i swoich zmarłych, swojego tatusia, brata, tych wszystkich, których żegnałeś kiedyś nad grobem. Chrystus chce ich wszystkich oddać.

Matki, babcie patrzą się z troską na swoje dzieci i wnuki i mówią: "Żeby mi to dziecko tylko zdrowe było, żeby mi nie chorowało".

Bracia i siostry.

Nie możemy uciekać od prawdy, śmierć nas kiedyś wszystkich rozłączy, ale spotkanie Maryi ze swoim Synem w Niebie jest zapowiedzią tego, że my wszyscy kiedyś spotkamy się przy stole w domu Ojca. To nie bajka, bo ten cudowny świat zaczyna się już tu, kiedy wśród domowych zajęć, pracy i wypoczynku, wśród bliskich i obcych możemy powiedzieć - "jestem wierny Jezusowi". Wtedy, wielka to tajemnica, ale choć nie brakuje krzyża, to już jesteś w niebie. Amen.

sierpnia 07, 2021

19. Niedziela Zwykła (B) – Co znaczy spożywać Eucharystię?

sierpnia 07, 2021

19. Niedziela Zwykła (B) – Co znaczy spożywać Eucharystię?
19 niedziela zwykła rok b
Kochani moi. Słowo Boże jest żywe! Bóg dzisiaj do nas mówi! Nie przez to, że przypomina wydarzenia historyczne, ale przez to, że w nich jest zawarta odwieczna prawda, zapisana dla wszystkich pokoleń. To Słowo, to światło, które jest zawsze to samo, ale za każdym razem oświetla nowe wydarzenia, nową rzeczywistość, nową sytuację. Dziś Bóg pozwala, aby Ono pokazało nam w jakim miejscu jesteśmy i jakie są dla nas drogi życia.
Prorok Eliasz na pustyni, siedzi pod drzewem zmęczony, załamany - pragnąc umrzeć. "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi życie!" Dlaczego tak się modli do Boga, skąd to cierpienie - przecież jest prorokiem! Ale jest też i człowiekiem - jak mówi, nie jestem lepszy od moich przodków. "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi życie!"
W Izraelu rządzi Achab, król, który całkowicie poddał się władzy swej pogańskiej małżonki Izebel. Odwrócił od Boga serce, wzniósł Baalowi świątynie i ołtarz. Czynił tak wiele zła, więcej niż wszyscy królowie, którzy byli przed nim. Czcił boginię Asztarte. Baal i Asztarte, to bóstwa wegetacji, płodności, przyrody. Z ich kultem wiązała się sakralna prostytucja i krwawe ofiary z ludzi.
Jako kara za te odstępstwa od Boga, Bóg dał Izraelowi dwa lata suszy, dwa lata głodu. Budowano wtedy miasto Jerycho, jego fundamenty założono na dwóch chłopcach Abiramie i Segibie. Przy dworze jest kilkuset fałszywych proroków, pochlebców królowej, którzy szantażem, groźbami demoralizują naród. Do Eliasza król mówi - to ty jesteś moim dręczycielem, ponieważ król porzucił przykazania Boga i nie chce słyszeć głosu wzywającego do nawrócenia.
Z chęci zysku królowa przez fałszywe doniesienia, przez sfałszowany sąd, prowadzi do zabicia sprawiedliwego Nabota, żeby tylko zagarnąć jego ziemię, której nie chciał oddać dobrowolnie.
Jest to czas wielu głupich i niesprawiedliwych wojen, które prowadzi Achab, pyszny król, który nikogo nie słucha, a najbardziej gardzi Bogiem i Jego przykazaniami. W końcu w jednej z wojen ginie i tylko psy zlizują jego krew i nierządnice obmywają ciało. Kiedy prorok Eliasz rozprawiał się z fałszywymi prorokami, wykazując ich zakłamanie, przewrotność, zgubny wpływ na naród i króla, deprawowanie Narodu przez odrywanie go od moralności, od przykazań Bożych, królowa Izabel krzyczała w furii: ty jesteś Eliasz, ale ja jestem Izabel! Chociaż ty jesteś Eliasz, to jednak ja jestem Izabel! I postanowiła zabić Eliasza. Właśnie wtedy Eliasz ucieka, przerażony nienawiścią królowej, załamany sytuacją narodu, niepowodzeniem swojej misji w Izraelu. To z tej sytuacji bezprawia, zamętu, nienawiści, fałszu, które całkowicie opanowały naród, rodzi się jego dzisiejsze wołanie - "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi Życie!"
Anioł budzi Eliasza, podaje mu pokarm - wstań, jedz, przed Tobą daleka droga. Eliasz wraca do życia, idzie na górę Horeb, gdzie ma widzenie z Bogiem i wraca do swojej ojczyzny umocniony i na nowo podejmuje walkę o wiarę swojego narodu, o jego moralne życie, o opamiętanie się.
Czy trzeba mówić, jak bardzo aktualne jest Słowo czytane dzisiaj?
Czy trzeba wielu słów, aby zobaczyć, jak bardzo tamta sytuacja przypomina dzisiejszą?
Choćby z tego tygodnia, tylko z jednej gazety, niektóre propagandowe hasła: Katolicy chcą rozwodów, połowa popiera jednocześnie rozwody i aborcję. Co druga osoba określa negatywnie działalność Episkopatu. Prawie połowa młodych Niemców odrzuca tradycyjny model życia w formalnym związku.
A te wszystkie inicjatywy podjęte w celu rozbicia rodziny, te tendencje, aby budować przyszłość świata na zabijaniu nienarodzonych!
Pieniądze przeznaczone na ten cel, aby tylko rozmiękczyć ludzkie sumienie, ośmieszyć przykazanie Boże!
Te wszystkie inicjatywy, aby młodzież wyrwać ze schematów, nauczyć żyć "po nowemu" tzn. bez Boga. Patrzyliśmy w tych dniach na festiwal w Kostrzynie nad Odrą, przebiegający dokładnie według recepty "róbta co chceta".
A ileż osób można by znaleźć podobnych do Izabel - ty jesteś Eliasz, ale ja jestem Izabel! Może szczególnie przerażająca jest cała kolekcja politycznych i kabaretowych dam, które z nienawiścią w oczach walczą z Bogiem, z Kościołem, z przykazaniami, z rodziną, z poczętym życiem.
Jeden z doświadczonych księży, który jako żołnierz poszedł na front podczas I wojny światowej, podczas II był kapelanem Armii Krajowej na Starówce, w latach 50-tych siedział w więzieniu za zdecydowaną walkę z ustawą aborcyjną mówi: przeżyłem wiele rzeczy - dwie wojny, więzienie, bolszewizm, przesłuchania i różne formy szantażu, ale czegoś tak potwornego, tak demonicznego, jak obecne wydanie demokracji nie przeżyłem. Nic nie ma świętego, drwina z Boga i Jego praw, zamęt we wszystkich dziedzinach życia, ośmieszanie historii, deprawowanie młodych i dzieci, rozwody, dzieciobójstwo, ośmieszanie narodu i jego historii. Czegoś takiego nigdy nie było.
Co na to Bóg? Wstań, jedz! Przed tobą daleka droga! Daje nam Eucharystię, pokarm, abyśmy mocą tego pokarmu w tym pokoleniu dawali świadectwo wiary. Spożywać Eucharystię, to pozwolić, aby Chrystus stał się dla nas Drogą, Prawdą i Życiem. Aby jego Ewangelia kształtowała nasze życie osobiste i rodzinne.
Aby, na przekór tym zagrożeniom, żyć wiarą na co dzień. Eucharystia to źródło siły, aby nie bać się tych bezbożnych potęg, pamiętając, że zawsze zwycięstwo jest po stronie Boga i życie dla każdego człowieka w Jego przykazaniach.
Jezus dzisiaj mówi, jam jest chlebem życia, kto spożywa ten chleb nie umrze! Wy wszyscy macie być uczniami Boga, tak jak prorok Eliasz.
Dziękujemy Bogu za przypomnienie nam w tych dniach bohaterów z Powstania Warszawskiego, mocnych miłością Boga i Ojczyzny! Dla wielu z nich Chrystus był naprawdę Drogą, Prawdą i Życiem! Dziękujemy za piękny Dzień Pański i modlimy się o dary Ducha Świętego dla nas oraz o to, by Eucharystia była dla nas siłą w codzienności – nie łatwej zresztą....
Dziękujemy za młodzież, która pielgrzymuje do Częstochowy, za jej świadectwo wiary, za jej wierność Chrystusowi.
Dziękujemy za wszystkie rodziny, w których jest codzienna modlitwa i których życie kształtują przykazania Boga.
Dziękujemy za chorych, którzy z wiarą przyjmują swój krzyż i proszą Boga o miłosierdzie dla tego pokolenia.
Bóg przez swoje Słowo, przez ten Święty Pokarm dodaje nam sił, abyśmy na wzór proroka Eliasza odważnie, w tym pokoleniu, żyli wiarą przez wierność Chrystusowi budowali Jego królestwo.
Słowo Boże dodaje nam odwagi - nie bójcie się, anioł Pański zakłada obóz warowny wokół tych, którzy słuchają Boga i ich zbawia! Szukałem pomocy u Pana - on mnie wysłuchał i uwolnił od wszelkiej trwogi.


lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj


Kochani moi. Już pierwsza niedziela sierpnia. Minęła połowa wakacji. Żniwa w pełni. Gorąco. Maszyny się pocą i pomagają ludziom, ale szkoda, że dziś prawdziwych żniwiarzy już nie ma. A jednak żal mi tamtych żniw. Ciężkie były, ale takie prawdziwe, ludzkie, żniwne.

U Franciszków wstawali bardzo rano. Zwierzęta słyszały pierwsze kroki gospodarza. Przypominały się więc — każdy swoją mową. Dym z komina leciał wysoko w górę. Będzie pogoda. Słychać było, że sąsiedzi klepią kosy. Franciszkowa zawiązała w serwetę śniadanie. Spieszmy się, ojciec, bo potem będzie upał. Przy krzyżu wioskowym Franciszek zdjął kapelusz. Franciszkowa skłoniła się i szeptała modlitwę, bo ręce miała zajęte. Szli miedzą zbożami. Przepiórki wołały: pójdźcie żąć, pójdźcie żąć... Kuropatwy zwin­nie uciekały redlinami po śladach matki. Zające niezadowolone odwracały się tyłem, że ktoś tak rano śmie ich niepokoić. Zgrabne sarny w gromadce spokojne przeżuwały czterolistną koniczynę. Wschodziło słońce. Franci­szek z fasonem, jak przystało na dobrego kosiarza, ostrzył kosę. Potem zdjął słomiany kapelusz, ukląkł na polu zwrócony w stronę kościoła, gdzie mieszka Pan Bóg, i półgłosem mówił starą modlitwę, której dziadek Błażej go nauczył:

Boże z Twoich rąk żyjemy,

choć naszemi pracujemy.

My Ci damy trud i poty,

Ty nam daj urodzaj złoty.

Wstał ucałował kłosy, przeżegnał się, włożył kapelusz, westchnął głęboko i rzekł: w imię Boże zaczynajmy! Franciszkowa przeżegnała się sierpem. Skowronki śpiewały: Kiedy ranne wstają zorze... Zadźwięczała kosa. Zżę­te zboże kładło się pokornie w ładny pokos. — A dyć nie spiesz się tak, oj­ciec, bo człowiek jeszcze nie przywykł i krzyż boli — prosiła Franciszkowa. — Toć nie musisz wiązać, bo jeszcze rosa. Jak obeschnie, to przed śniada­niem zwiążemy — zdecydował Franciszek. — Zobacz, matka, jaki kawał za nami, a snopek przy snopku. Obrodziło w tym roku, żeby tylko dobrze sypało. Odpocznijmy trochę, bo i na śniadanie czas. A w polu śniadanie jest smaczniejsze i ser bielszy, i miód słodszy, i chleb więcej pachnie.

Słońce coraz wyżej, coraz mniejsze, coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Słoma stała się ostra i oset złośliwszy, rżysko bardziej kłuje, pot kapie z czoła, w oczy szczypie. Gorąco! Franciszek zdjął kapelusz, otarł pot z czo­ła, wyprostował się i spojrzał w stronę domu. — Zobacz, matka, ktoś do nas idzie. — Szczęść Boże, stryjku! — Bóg zapłać ci, moje dziecko. Wody zimnej wam przyniosłam, bo pewnie gorąco. Wanda to dobre dziecko. Antoś, choć w Warszawie, ale dobrze dzieci wychował. I grzeczna i czło­wieka na wsi uszanuje. — Wandziu, usiądź tu w gniazdku. Mamy tu dla cie­bie chleb, miód i mleko rańsze. Zobacz, jak smakuje w polu. — Mój stryjek zawsze taki dobry — dziękuję! Wanda zbierała bratki dla Matki Boskiej na ołtarzyk w domu. Franciszkowie zestawili snopy w kopki. Już autobus war­szawski przejechał. Zaraz będą w kościele dzwonić na Anioł Pański. — Wróć, matka, z dziećmi drogą. Ja zobaczę pszenicę, bo tę na komunikanty trzeba skosić za pogody. Kartofle tak ładnie zakwitły. Ładniejsze niż sąsiadowe. W południe Franciszek szedł do pszczół. Dzisiaj nie brał miodu. Po­łożył się przy ulu i zasnął. — Stryjku i ciebie nie pogryzą? — Nie dziecko, to są moje pszczoły, one mnie znają. A wieczorem na klepisku w stodole, klęczał Franciszek i ręce miał ku niebu wzniesione. Mówił pewnie: Ojcze nasz... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Mój Boże, skąd oni mają tyle siły? Żebym ja miał taką wiarę.

Przed tygodniem wróciłem z dzieciakami ze Studziennej. Dobrze nam było u gościnnej Matki Bożej. Kochana jest Ona, ale tak zajęta Panem Je­zusem, że ani razu na nas nie spojrzała. Nasza w Łowiczu jest ładniejsza, bo gdzieby nie stanąć, to zawsze patrzy na człowieka. Studziańskiej Pani — śpiewaliśmy codziennie:

Bądź Matką Zielną, Jagodną, Siewną, tu nad Pilicą, Matką Zagrzewną. Dzieciaki mówiły: proszą księdza, jacy tu są dobrzy ludzie. Chleb nam świeży przynieśli i ser, i wiśnie. Tu jeszcze pachnie las. Tu gryka pachnie miodem. Tu naprawdę zboże pachnie świeżym chlebem. Tak, moje dzie­ciaki. Więc msza św. będzie dziś za Porębą, między zbożami. Dzieciaki, ka­zania dziś nie będzie, ale powiedzcie mi, czy wyście kiedy widzieli cud? Nie. To zobaczcie. Pan Bóg chleb rozmożył. Idźcie więc daleko miedzą, między polami. Znajdź sobie miejsce i uklęknij na polu i weź czule kłosy w ręce i ucałuj je, i zaśpiewaj w sercu: Panie dobry jak chleb... Nad Pilicą przyszły na naszą mszę kobiety z Kozłowca. Dzieciaki moje! My tu wałkonimy się nad Pilicą, a one pracowały przy żniwach. Zobaczcie, jakie mają twarde, spalone słońcem, upracowane ręce. Więc na znak pokoju ucałujcie ich ręce, bo one nas żywią. Pani Kwaśniakowa płakała.

Boję się, że po tym kazaniu bibliści mnie zakrzyczą — nie biblijne, dog­matycy — nie dogmatyczne, homileci — to nie homilia, tylko esej. A ja gdy mszę odprawiam i chleb kładę na ołtarzu, mówię Bogu: dzięki Twej hojno­ści otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi i pracy rąk ludzkich... Chleb kojarzy mi się wciąż z ziarnem, z siewem, ze żniwami, z pieczeniem chleba, ze świeżym podpłomykiem, który niosłem do chrzestnej, bo chlebem trzeba się po­dzielić, z krzyżem na bochenku, z ucałowaniem okruszyny, która upadła na ziemię. Dzisiaj chleb kojarzy się z traktorem — bizonem, piekarnią — gi­gantem, z produkcją, z budą na samochodzie, gdzie pisze: pieczywo, z wy­wieszką: chleb wczorajszy, z siatką na zakupy i, o zgrozo, ze śmietnikiem, gdzie leży stary chleb. Bogaci jesteście chrześcijanie. Tak szybko zapom­nieliście, co to głód i chleb na kartki. Brzydko jecie chleb, depczecie okru­szyny. Nie spostrzegacie, że łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem. Nie spostrzegacie cudu rozmnożenia chleba. Nie mówicie do Boga — Panie, daj nam Tego chleba. Nie prosicie Ojca w niebie: chleba naszego powszed­niego daj nam dzisiaj... Dlatego straciliście tęsknotę za Chlebem, którym jest Chrystus.

W kopule kaplicy Najświętszego Sakramentu w Kolegiacie Łowickiej Adam Swach namalował ostatnią wieczerzę, ale Judasz nie ma twarzy. Państwo Wolscy wytłumaczyli mi: bo Judasz nie przyjął komunii św. To jest prawdą. Gdziekolwiek jesteś, jeśli nie przyjdziesz na łamanie chleba, jeśli nie przyjmiesz Chrystusa, jesteś bez twarzy. Dziś Chrystus nam powie­dział: Ja jestem chlebem życia. Kto spożywa ciało moje, będzie żył na wieki (J 6,51).

W tej mszy św. też Chrystus powie: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Twarda jest ta mowa. Jak Ty możesz dać nam do jedzenia swoje ciało? Ilu z was odejdzie zgłodniałych do domu. I nie dacie rady dojść do nieba. Wolicie ciastko z chemią. Może i wy chcecie odejść? Panie, a do kogo my pójdziemy? Myśmy uwierzyli, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego. Ty masz słowo życia. Ty nas nigdy nie okłamałeś. Pa­nie, dobry jak chleb! Panie, daj nam tego Chleba! Ojcze nasz w niebie, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Amen.


31 lipca 1988, ks. Józef Zawitkowski

 

 

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

Ukochani Bracia i Siostry,
Słowa Jezusa, Jego mądrość i czyny wywołują zdumienie w słuchających. Postawy tych ludzi są jednak różne. Pojawiają się również pytania ironiczne: „Skąd On to ma?” Mieszkańcy Nazaretu posuwają się do słów obrażających Nauczyciela: „Czy nie jest to cieśla, Syn Maryi?”. Nazwanie Jezusa „synem Maryi” mogło być obraźliwe, ponieważ Żydzi mieli zwyczaj nazywania ludzi od imienia ojca, „syn Józefa”. W swoim rodzinnym mieście Jezus doświadczył gorszenia się Nim, a także obojętności i niechęci. Ich emocje wskazują na odrzucenie Pana, pozwalają zobaczyć ich niewiarę.
Mieszkańcy Nazaretu nie takiego znali Jezusa. Nie posiadali nowego obrazu tego człowieka, jaki stanął przed nimi, po rozpoczęciu publicznej działalności. Nie chcieli nowego obrazu kogoś, z którym żyli razem przez trzydzieści lat. Z tym obrazem wcześniejszym czuli się bezpieczni. Teraz pojawił się ktoś, kogo znają i nie znają zarazem. Dlaczego? Czy mówił wcześniej inaczej, niż mówi teraz, kiedy głosi naukę otrzymaną od Ojca? Czy posiadał przez trzydzieści lat inny system wartości, według którego żył? Tak się przyzwyczaili do Jezusa-człowieka, że nie odkryli w Nim Jezusa-Boga. Kiedy jest bliski, nie jest rozpoznany. Kiedy jest nierozumiany, staje się daleki i odrzucany.
Mieszkańcom miasteczka obce były słowa Jezusa, obce było to, iż zaczął mówić jako posłany przez Boga, jako Mesjasz. Bali się Jego, jako „nowego”. Znamienne jest to, że nie stawiają pytań pod właściwym adresem. Nie pytają Pana: „Skąd to masz? Skąd dana jest Ci ta mądrość? Co oznaczają cuda, które czynisz? Kiedy się tego nauczyłeś, od kogo?”. Nazarejczycy sobie wzajemnie stawiają pytania, które powinni postawić Panu. Nie pytali również Jego Matkę, aby im wyjaśniła zachowanie Syna. Brak odwagi w stawianiu pytań może wskazywać na to, że się Go bali.
Tego, którego nie rozumieli, odrzucili. Nie miało żadnego znaczenia to, że Jezus znał ich, rozmawiał z nimi, poruszał się wśród nich, chodził do ich domów, być może wykonywał zlecenia na sprzęt, który zamawiali u Niego. Rozpoczynając publiczną działalność, głosząc Ewangelię, stał im się obcy, wręcz zaczęli odczuwać wobec Niego uczucia wrogości.
 
Kochani moi!
Jezus przyszedł do swoich. A gdyby tak nagle, nieoczekiwanie przyszedł do nas jak do swoich w Nazarecie? Gdyby dziś stanął w twoim domu? Z jakim przyjęciem by się spotkał? Jakim słowem byłby przywitany? Może podszedłbyś z zakłopotaniem do półki z książkami, by odszukać Pismo Święte i powiedzieć Jezusowi — Patrz, Panie ja to wszystko znam i dobrze wiem, co i gdzie jest o Tobie napisane. Patrz, tu w tym miejscu napisał Paweł, Twój Apostoł: „Jeżeli ustami wyznasz, że Jezus jest Panem i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych — osiągniesz zbawienie" (Rz 10,9). Ja to wszystko wiem i znam od dawna. To takie proste. Albo patrz, Panie, tutaj, to Twoje słowa: „Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich" (Mt 6,28 n). Jakie to piękne, Panie! Ty potrafiłeś przemawiać. Ile w tym poezji. A ile cudów dokonało się przez Twoje ręce! Ale chyba ten z chlebami jest największy. To naprawdę cud na dobę kryzysu. Nam by się taki przydał. A już zupełnie nie rozumiem tych Twoich rodaków z Nazaretu. Ja, podobnie jak Ty, też dziwię się ich niedowiarstwu.

Można by dalej prowadzić tę domniemaną rozmowę z Jezusem, ale przerwijmy ją w tym miejscu i pozostańmy przy tych krótkich słowach z Ewangelii, które wyznaczają temat dzisiejszych rozważań: „Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta" — czyli, inaczej mówiąc, przyszedł do swoich. Na podstawie tych prostych i krótkich słów wysnujmy pierwszą refleksję: Bóg w Jezusie nieustannie przychodzi do nas, a chce przychodzić jak do swoich. Inaczej mówiąc — Pan Bóg, mimo swej niedostępności i tajemnicy, chce, byśmy odczuli Jego bliskość. A idąc za myślą ewangelii dzisiejszej można tak chyba powiedzieć, że w zamiarach Jezusa te więzy łączące nas z Ojcem miały mieć wymiar rodzinny; wszak przyszedł do swoich. I tu jesteśmy tak bardzo podobni do mieszkańców Nazaretu. Dla tylu ludzi ta bliskość Boga, bliskość Jezusa jest zbyt paraliżująca. Człowiek przestraszył się takiej bliskości Boga, bo ona zbyt go zobowiązuje. Dlatego wielu woli stać z daleka, w bezpiecznej odległości, nie przyjmując na siebie tych uzależnień, które mają domownicy. Bywa tak również nie tylko w stosunku człowieka do Pana Boga, ale też, jakże często, w relacjach człowieka do człowieka. Łatwiej nam kochać z oddalenia, zza płotu, bo to bardziej wygodne. Z bliska, kiedy wszystko staje się niepokojąco konkretne, wydaje się człowiekowi, że straci za dużo energii, czasu, że zatraci siebie. Wielce ułomne i kalekie jest takie myślenie. Nieodparcie przychodzą tu na myśl słowa Jezusa: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa" (Łk 9,24). Któryś z poetów powiedział — „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Można dodać — śpieszmy się kochać Boga, bo rozminąć się z Nim, to stracić wszystko. Po człowieku, którego nie zdążyliśmy pokochać, jakby należało, pozostaje głęboka rana; po Bogu, którego nie zdążyliśmy pokochać — otchłań.

Pora na kolejną refleksję. Dotyczy ona przyjmowania nauki Jezusa. Tak łatwo przychodzi człowiekowi wybrać z Ewangelii co ładniejsze i bardziej odpowiadające danej chwili czy sytuacji fragmenty. Łatwo zapomnieć, że nauka Jezusa obowiązuje w całej rozciągłości i musi objąć wszystkie dziedziny życia. Błąd ten, tak bardzo charakterystyczny dla naszych czasów, zdarza się nie tylko pojedynczym ludziom, ale także całym społeczeństwom. Dla przykładu niech posłuży sprawa akceptacji działalności Kościoła w niektórych częściach świata. Chętnie się widzi i popiera naukę Kościoła w sprawach dotyczących rozbrojenia i tzw. walki o pokój, gorzej natomiast, gdy chodzi o przyznanie pełnych praw ludziom wierzącym. W jakimś stopniu pozostaje to smutną ilustracją dzisiejszej ewangelii o nieprzyjęciu Jezusa w swoim domu, w swojej ojczyźnie. A kiedy Bóg odchodzi, wtedy i człowiek dla człowieka staje się uciążliwy. W tym paraliżu nie pomoże żadna przebudowa struktur.

Trzecia refleksja niech pójdzie w kierunku wyznaczania zadań nam, ludziom wierzącym. Są to zadania na miarę apostoła, ucznia Jezusa. Przed nami długie wakacje, liczne spotkania z ludźmi, często również wyjazdy w dalekie strony. Może się zdarzyć, że staniesz jak Ezechiel przed ludźmi „o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach". Powiedzą ci, że cała ta religia to światopogląd nienaukowy. Inni dodadzą, że sprawa Jezusa to taka piękna, nieżyciowa poezja. Inni po prostu wyśmieją cię, żeś niedzisiejszy. Ale najgorzej byłoby wówczas, gdyby mieli się naszą postawą, moją i twoją niekonsekwencją, zgorszyć. Bo przecież, według słów Pisma Świętego, które czytaliśmy przed chwilą, „oni czy usłuchają, czy nie, są bowiem ludem opornym, przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich" (Ez 2,5). I choć chętniej niektórzy słuchacją fałszywych proroków, obyś takim nie był.

Wróćmy na koniec do tej domniemanej rozmowy z Jezusem. Ciekawe, co byś zrobił, gdyby On we własnej osobie stanął w progach twego domu? Czy by mógł wejść jak do siebie? Czy byś mógł Mu pokazać swoich przyjaciół, swoje codzienne czynności, całe swoje życie? Czy też odetchnąłbyś z ulgą widząc, jak On twój dom opuszcza? Nie ulęknij się więc Jego bliskości, bo nie przyszedł cię zniszczyć, lecz zbawić. Nie przestrasz się zadań, które ci On wyznaczy, bo cię umocni swoją łaską. Nie lękaj się siebie, żeś słaby, bo jeśli patrzysz na Niego z nadzieją. On powie ci jak Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9). Żyj więc na miarę apostoła.



 

czerwca 26, 2021

13. Niedziela Zwykła (B) - Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu

czerwca 26, 2021

13. Niedziela Zwykła (B) - Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu

Chciałbym, żeby ludzie nazywali mnie wierzącym, bo czy można sobie wyobrazić niewierzącego księdza? Ale czytając dzisiejszą Ewangelię według św. Marka rumienię się przed Bogiem. Zawstydza mnie przełożony synagogi Jair, który upadł do nóg Jezusa i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła" (Mk 5,23).

Jego wiara była mocna! A kiedy mu oznajmiono: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" (Mk 5,25) - dalej wierzył! Wierzył Jezusowi, Jego słowom. "Nie bój się, tylko wierz" (Mk 5,36). Wierzył nawet wówczas, gdy sąsiedzi wyśmiewali Jezusa: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go" (Mk 5, 39-40). A on wciąż wierzył. W sytuacji niezwykle niekorzystnej dla siebie wierzył i z pewnością dlatego stał się świadkiem wielkiego cudu. Jezus "ująwszy dziewczynkę za rękę powiedział do niej: "Talitha kum - Dziewczynko, mówię ci wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia" (Mk 5,41-42).

A ja wciąż rumienię się, bo nie mam takiej wiary. Wołałbym powiedzieć tak, jak ten ojciec z Ewangelii: "Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu" (Mk 9,24).

Jeszcze bardziej zawstydza mnie ta chora kobieta. Ileż się nacierpiała przez 12 lat. Leczyła się u znakomitych lekarzy. Całe swe mienie wydała, aby tylko być zdrową. Niestety, lekarz jest tylko człowiekiem. Czuła się coraz gorzej. Teraz już nie szuka ratunku u lekarzy, postanawia dotknąć się Chrystusa. Ale czyni to z wielką wiarą: "Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości" (Mt 5, 28-29). Jezus wystawia jej wiarę na próbę... "Kto dotknął się mojego płaszcza?" (Mk 5,30). Mogła się ukryć w tłumie, odejść zdrowa, niezauważona... ale Jezus domagał się jej świadectwa. "Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę" (Mk 5,33). Jesteśmy świadkami nie tylko wielkiego cudu, ale również wielkiej wiary. "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości" (Mk 5,34). Chciałbym, żeby Chrystus również do mnie powiedział: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiony ze swej dolegliwości.

Siostry i Bracia!

Przed grotą Matki Bożej w Lourdes modliła się młoda pani na wózku. Przypatrywał się jej pewien mężczyzna. Po dłuższej chwili obserwacji, kiedy trzeba było chorą odwieźć do miejsca zamieszkania, powiedział do niej: "Modliłaś się tak długo, a Matka Boża cię nie uzdrowiła". Ona odpowiedziała: "Nie modliłam się o moje uzdrowienie. Modliłam się za Pana, o nawrócenie".

Wiara jest przylgnięciem do Boga jako jedynego Pana...

Lubię odmawiać modlitwę: "Boże, choć Cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję..." Czy naprawdę nad wszystko? Czy potrafię dziękować Bogu również za cierpienie? Tak jak to uczyniła św. Bernadeta Soubirous, ta z groty Massabielskiej? Posłuchaj przez chwilę jej testamentu:

"Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie... dziękuję Ci Jezu. Dziękuję Ci, Boże mój, za prokuratora, za komisarza, za żandarmów, za twarde słowa księdza... Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo i za te, w które nie przyszłaś. Nie będę się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu... dziękuję Ci, Matko" (wg. Fonti vive, Caravate, wrzesień 1960 - z książki ks. Tadeusza Dajczera, Rozważania o wierze, s. 19).

Uzdrowiona kobieta z dzisiejszej Ewangelii mogła zniknąć w tłumie, ale wiara nakazała jej podziękować za uzdrowienie. Podziękowała z wielkim szacunkiem, z drżeniem, wyznała całą prawdę.

Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu! Daj mi choć trochę wiary, którą miał przełożony synagogi Jair. On się nie zrażał trudnościami, bo on uznawał, że wszystko w jego życiu jest darem.

Niedawno spotkała mnie wielka przykrość, trudna do zniesienia. Ale gdy uświadomiłem sobie, że jestem człowiekiem wierzącym, że wiara oznacza uznanie własnej bezradności - uspokoiłem się... a raczej Bóg mnie uspokoił. Człowiek wierzący oczekuje wszystkiego od Boga, człowiek pyszny wszystko sobie przypisuje.

Nie mogłem uczestniczyć w Kongresie Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej górze. Miałem jednak okazję zobaczyć w 2 Programie Telewizji Polskiej film dokumentalny Iwony Sobas pt. "Odnaleźć światło". Cieszyłem się z tymi, którzy tam, na Jasnej Górze wielbi Boga, szczerze cieszyłem się z tymi, którzy zostali uzdrowieni na ciele, ale również z tymi, którzy wracali do domu na wózkach, uzdrowieni na duszy, z wielkim światłem w sercu, że to wszystko ma sens.

Wszystko jest darem - twoja żona, mąż, dzieci, talenty, którymi cię Bóg obdarzył, również cierpienie jest darem.

Rozpoczął się okres wakacji, urlopów, letnich wyjazdów. Czas odpoczynku. Czas wolny. Dla chrześcijanina czas wolny jest darem Bożym" (abp Damian Zimoń, Czas zbawienia, Rok liturgiczny B, Katowice 1992, s. 161). Czy potrafię podziękować za ten dar?

"W swojej podróży do San Giovanni Rotondo - pisze ks. Tadeusz Dajczer - spotkałem naukowca, który jechał razem ze mną do Ojca Pio, aby prosić o błogosławieństwo dla swojej pracy. Przyjechał z dwoma tomami wydanego dzieła, które nazwał swoim Opus Vitae - Dziełem życia. W ramach spowiedzi przedstawił je Ojcu Pio i prosił o błogosławieństwo.

Reakcja Padre Pio była przerażająca, przede wszystkim zdumienie - to jest twoje opus vitae, to jest twoje dzieło życia? Wziął do ręki te dwa tomy i jeszcze raz powtórzył: to jest opus vitae, to znaczy, że żyłeś te sześćdziesiąt lat po to, żeby te dwie książki napisać, to był cel twojego życia - prawie krzyczał - to jest opus vitae, po to żyłeś? A gdzie twoja wiara? Potem złagodniał, jakby zobaczył nieświadomość tego człowieka i z łagodnością ojca zapytał: pewnie włożyłeś w to wiele wysiłku, nieprawda? Pewnie było wiele nocy nieprzespanych, a ze zdrowiem jak? - No, tak, zawał serca. - Właśnie to wszystko w służbie ambicji, by stworzyć tego rodzaju opus vitae. Patrz - mówił dalej - co znaczą bożki, przywiązania.

Gdybyś robił to samo, ale dla Boga, to wszystko wyglądałoby inaczej. Przecież ty to wszystko sobie przywłaszczyłeś. Zakończenie tej spowiedzi było też w stylu Ojca Pio. Znowu podniósł głos: Jeżeli tylko z tym przyszedłeś, proszę wyjść. Padre Pio był szorstki, ale w tej szorstkości kryła się wielka miłość do każdego człowieka i każdego penitenta. To był człowiek, który kochał, a miłość jest mocna. To miłość Padre Pio sprawiła, że ta wstrząsająca rozmowa połączona ze spowiedzią, była rzeczywiście momentem przełomowym w życiu tego naukowca. On naprawdę zaczął inaczej myśleć i inaczej patrzeć na świat" (Ks. Tadeusz Dajczer, Rozważania o wierze, s. 53-54).

Siostry i Bracia!

Uczestniczymy w Eucharystii, która jest wyniszczeniem się Boga-Człowieka. Podejdźmy do niej z czystym sercem i z wielką wiarą, tak jak przełożony synagogi Jair. Dotknijmy się płaszcza Chrystusa, jak owa kobieta, dotknijmy się jego nieskończonej Miłości. Żebym się choć Jego płaszcza dotknął, a będę zdrowy. Dotknijmy się Jego Miłości, a zostaniemy uzdrowieni. Amen.


 

maja 29, 2021

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

maja 29, 2021

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

Zróbcie Mu miejsce - Pan idzie z Nieba,
pod Przymiotami ukryty chleba.
Zagrody nasze widzieć przychodzi,
I jak się Jego dzieciom powodzi.
(z pieśni eucharystycznej) 
 
Umiłowani Bracia i Siostry! 

Uroczystość dzisiejsza jest obchodzona z wielkim splendorem. Wychodzimy bowiem z procesją na nasze udekorowane ulice. Czynimy to, aby wyznać naszą wiarę i uwielbić Pana Jezusa obecnego w Eucharystii. I mimo, że wychodzimy na zewnątrz to jednak nasze Święto musi być przeżywane przede wszystkim wewnątrz. Chodzi przecież o intymną ucztę, i podobną do tej, którą Pan Jezus spożył ze swoimi uczniami. My jesteśmy tymi uczniami, w tym samym pokoju, razem z Jezusem. Z jego ust padają słowa: „To jest Ciało Moje; to jest Krew Moja” (J 6,51-58).

Te słowa zostały wypowiedziane przez samego Chrystusa w czasie Ostatniej Wieczerzy. Te same słowa Jego mocą powtarzają tysiące ust chrześcijańskich od wieków i powtarzać będą aż do skończenia świata. Na ich oczach dokonuje się jedyna w swoim rodzaju przemiana. Pod skromną postacią chleba znajduje się Chrystus Pan z całym swoim majestatem i Człowieczeństwem. Dokonuje się Przeistoczenie tj. całkowita przemiana, polegająca na przejściu jednego w drugie - a zatem chleb i wino zostają przemienione w Najświętsze Ciało i Krew Jezusa.

Tylko substancja ulega zmianie, natomiast przypadłości zostają te same, a mianowicie; kształt, kolor i zapach. Wszystko to Chrystus Pan uczynił z miłości do ludzi - do nas! I dlatego trzeba, abyśmy nieustannie wielbili miłość Bożą za ten cudowny dar.

Pan Jezus przeszedł przez tę ziemię dobrze czyniąc: jednał grzeszników z Bogiem, leczył chorych, wskrzeszał umarłych, pocieszał strapionych i karmił zgłodniałych.

Chrystus Pan chciał jednak uczynić dla człowieka jeszcze więcej.

On chciał nam na zawsze dać samego siebie: „To jest Ciało Moje – bierzcie i jedzcie; to jest Krew Moja – bierzcie i pijcie”.

Chrystus Pan zapewniał nas, że nie zostawi nas sierotami, bo przecież jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. I ta obecność Chrystusa m.in. jest w Ewangelii, w Najświętszym Sakramencie – gdzie jest obecny Bóg żywy i Prawdziwy.

Ludzka miłość jest przemijająca, krótkotrwała i zmienna. Umierającą matkę najbardziej boli to, że musi zostawić swoje dzieci, które tak bardzo kocha. Doskonale wie, że pozostawi po sobie wspomnienie, testament, jakieś drobiazgi, fotografię; właściwie nic więcej. A i to po latach pójdzie w zapomnienie, bo to jest naszą wspólną ludzką wadą.

Inaczej jest z miłością Bożą. Może zapomnielibyśmy o Chrystusie, gdybyśmy nie mieli Go w Ewangelii Św., bo przecież ten sam Jezus, który żył na ziemi 2000 lat temu, który nauczał przez 3 lata, który cierpiał na krzyżu i zmartwychwstał - przebywa pośród nas ukryty pod postacią chleba i wina.

Co więcej chce być każdemu człowiekowi bliski, potrzebny – jak potrzebny jest chleb powszedni. Pan Jezus poprzez Eucharystię staje i dziś pośrodku ludzi dosłownych i autentycznych mieszkańców ziemi Staje pośrodku ludzi bardzo różnych, z których jedni śmieją się, a drudzy płaczą; jedni są naukowcami, a drudzy wygami od interesów; jedni ofiarnymi idealistami, a drudzy sprytnymi oszustami; jedni optymistami, a drudzy zgaszonymi pesymistami.

Chrystus w Eucharystii przyzywa wszystkich i ustanawia jedną rodzinę. Każdy z nas jest inny - ale w Chrystusie i przez Chrystusa stanowimy jedność.

Zauważmy także, że w Chlebie Najświętszym, który możemy spożywać, zatraca się wszelki dystans między człowiekiem a Bogiem. A skoro tak jest, to musi być zniwelowany dystans i przepaść między samymi ludźmi. Człowiek dzisiejszy cierpi niejeden głód - a mianowicie głód piękna, miłości, prawdy. Czasem te głody są trudniejsze do zaspokojenia niż głód fizyczny chleba. Z całą pewnością dzielą one ludzi. Chrystus czeka na naszą pomoc!

Tymczasem jakże często myślimy tylko o sobie i swoim zbawieniu. Nie jesteśmy w stanie zaradzić tym wielkim problemom. A jednak Chrystus czeka na naszą pomoc. Nie lękajmy się.

Apostołowie też byli przerażeni i niejednokrotnie zastanawiali się jak zaradzić różnym biedom ludzkim. Skąd wziąć tyle chleba, żeby starczyło dla wszystkich ludzi zarówno bliskich jak i dalekich, zarówno na dzisiaj jak i na jutro?

Dojrzały chrześcijanin musi dzielić razem z Chrystusem troskę o cały Lud Boży. Musi być silny na tyle, aby pomagać innym i czuć się odpowiedzialnym za drugiego człowieka.

Dojrzały chrześcijanin dostrzega wszelki głód. Ponadto rozumienie, że zbawienie świata jest uzależnione od starań i miłości ludzkiej. To nic nie szkodzi, że możemy ofiarować czasem tak niewiele w to wspólne nasze dzieło zbawienia. Oby to jednak było wszystko na co nas stać! Przecież Panu Jezusowi starczyło 5 chlebów i 2 rybki. Zostawmy więc i teraz Panu Jezusowi sprawę cudownego rozmnożenia naszych sił i naszej miłości. Uwierzymy, że w EUCHARYSTII jest nasza siła!

Próbujmy - tylko często - stawiać sobie pytanie: Czym jest Eucharystia? Tak jak Izraelici pytali na pustyni po zesłaniu manny; Man hu? Co to jest? Czy naprawdę wierzę, że jest to chleb z nieba, dający życie wieczne? Czy wierzę, że jest to żywy i prawdziwy Chrystus?

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger