sierpnia 07, 2021

19. Niedziela Zwykła (B) – Co znaczy spożywać Eucharystię?

sierpnia 07, 2021

19. Niedziela Zwykła (B) – Co znaczy spożywać Eucharystię?
19 niedziela zwykła rok b
Kochani moi. Słowo Boże jest żywe! Bóg dzisiaj do nas mówi! Nie przez to, że przypomina wydarzenia historyczne, ale przez to, że w nich jest zawarta odwieczna prawda, zapisana dla wszystkich pokoleń. To Słowo, to światło, które jest zawsze to samo, ale za każdym razem oświetla nowe wydarzenia, nową rzeczywistość, nową sytuację. Dziś Bóg pozwala, aby Ono pokazało nam w jakim miejscu jesteśmy i jakie są dla nas drogi życia.
Prorok Eliasz na pustyni, siedzi pod drzewem zmęczony, załamany - pragnąc umrzeć. "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi życie!" Dlaczego tak się modli do Boga, skąd to cierpienie - przecież jest prorokiem! Ale jest też i człowiekiem - jak mówi, nie jestem lepszy od moich przodków. "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi życie!"
W Izraelu rządzi Achab, król, który całkowicie poddał się władzy swej pogańskiej małżonki Izebel. Odwrócił od Boga serce, wzniósł Baalowi świątynie i ołtarz. Czynił tak wiele zła, więcej niż wszyscy królowie, którzy byli przed nim. Czcił boginię Asztarte. Baal i Asztarte, to bóstwa wegetacji, płodności, przyrody. Z ich kultem wiązała się sakralna prostytucja i krwawe ofiary z ludzi.
Jako kara za te odstępstwa od Boga, Bóg dał Izraelowi dwa lata suszy, dwa lata głodu. Budowano wtedy miasto Jerycho, jego fundamenty założono na dwóch chłopcach Abiramie i Segibie. Przy dworze jest kilkuset fałszywych proroków, pochlebców królowej, którzy szantażem, groźbami demoralizują naród. Do Eliasza król mówi - to ty jesteś moim dręczycielem, ponieważ król porzucił przykazania Boga i nie chce słyszeć głosu wzywającego do nawrócenia.
Z chęci zysku królowa przez fałszywe doniesienia, przez sfałszowany sąd, prowadzi do zabicia sprawiedliwego Nabota, żeby tylko zagarnąć jego ziemię, której nie chciał oddać dobrowolnie.
Jest to czas wielu głupich i niesprawiedliwych wojen, które prowadzi Achab, pyszny król, który nikogo nie słucha, a najbardziej gardzi Bogiem i Jego przykazaniami. W końcu w jednej z wojen ginie i tylko psy zlizują jego krew i nierządnice obmywają ciało. Kiedy prorok Eliasz rozprawiał się z fałszywymi prorokami, wykazując ich zakłamanie, przewrotność, zgubny wpływ na naród i króla, deprawowanie Narodu przez odrywanie go od moralności, od przykazań Bożych, królowa Izabel krzyczała w furii: ty jesteś Eliasz, ale ja jestem Izabel! Chociaż ty jesteś Eliasz, to jednak ja jestem Izabel! I postanowiła zabić Eliasza. Właśnie wtedy Eliasz ucieka, przerażony nienawiścią królowej, załamany sytuacją narodu, niepowodzeniem swojej misji w Izraelu. To z tej sytuacji bezprawia, zamętu, nienawiści, fałszu, które całkowicie opanowały naród, rodzi się jego dzisiejsze wołanie - "Wielki już czas, Panie! Odbierz mi Życie!"
Anioł budzi Eliasza, podaje mu pokarm - wstań, jedz, przed Tobą daleka droga. Eliasz wraca do życia, idzie na górę Horeb, gdzie ma widzenie z Bogiem i wraca do swojej ojczyzny umocniony i na nowo podejmuje walkę o wiarę swojego narodu, o jego moralne życie, o opamiętanie się.
Czy trzeba mówić, jak bardzo aktualne jest Słowo czytane dzisiaj?
Czy trzeba wielu słów, aby zobaczyć, jak bardzo tamta sytuacja przypomina dzisiejszą?
Choćby z tego tygodnia, tylko z jednej gazety, niektóre propagandowe hasła: Katolicy chcą rozwodów, połowa popiera jednocześnie rozwody i aborcję. Co druga osoba określa negatywnie działalność Episkopatu. Prawie połowa młodych Niemców odrzuca tradycyjny model życia w formalnym związku.
A te wszystkie inicjatywy podjęte w celu rozbicia rodziny, te tendencje, aby budować przyszłość świata na zabijaniu nienarodzonych!
Pieniądze przeznaczone na ten cel, aby tylko rozmiękczyć ludzkie sumienie, ośmieszyć przykazanie Boże!
Te wszystkie inicjatywy, aby młodzież wyrwać ze schematów, nauczyć żyć "po nowemu" tzn. bez Boga. Patrzyliśmy w tych dniach na festiwal w Kostrzynie nad Odrą, przebiegający dokładnie według recepty "róbta co chceta".
A ileż osób można by znaleźć podobnych do Izabel - ty jesteś Eliasz, ale ja jestem Izabel! Może szczególnie przerażająca jest cała kolekcja politycznych i kabaretowych dam, które z nienawiścią w oczach walczą z Bogiem, z Kościołem, z przykazaniami, z rodziną, z poczętym życiem.
Jeden z doświadczonych księży, który jako żołnierz poszedł na front podczas I wojny światowej, podczas II był kapelanem Armii Krajowej na Starówce, w latach 50-tych siedział w więzieniu za zdecydowaną walkę z ustawą aborcyjną mówi: przeżyłem wiele rzeczy - dwie wojny, więzienie, bolszewizm, przesłuchania i różne formy szantażu, ale czegoś tak potwornego, tak demonicznego, jak obecne wydanie demokracji nie przeżyłem. Nic nie ma świętego, drwina z Boga i Jego praw, zamęt we wszystkich dziedzinach życia, ośmieszanie historii, deprawowanie młodych i dzieci, rozwody, dzieciobójstwo, ośmieszanie narodu i jego historii. Czegoś takiego nigdy nie było.
Co na to Bóg? Wstań, jedz! Przed tobą daleka droga! Daje nam Eucharystię, pokarm, abyśmy mocą tego pokarmu w tym pokoleniu dawali świadectwo wiary. Spożywać Eucharystię, to pozwolić, aby Chrystus stał się dla nas Drogą, Prawdą i Życiem. Aby jego Ewangelia kształtowała nasze życie osobiste i rodzinne.
Aby, na przekór tym zagrożeniom, żyć wiarą na co dzień. Eucharystia to źródło siły, aby nie bać się tych bezbożnych potęg, pamiętając, że zawsze zwycięstwo jest po stronie Boga i życie dla każdego człowieka w Jego przykazaniach.
Jezus dzisiaj mówi, jam jest chlebem życia, kto spożywa ten chleb nie umrze! Wy wszyscy macie być uczniami Boga, tak jak prorok Eliasz.
Dziękujemy Bogu za przypomnienie nam w tych dniach bohaterów z Powstania Warszawskiego, mocnych miłością Boga i Ojczyzny! Dla wielu z nich Chrystus był naprawdę Drogą, Prawdą i Życiem! Dziękujemy za piękny Dzień Pański i modlimy się o dary Ducha Świętego dla nas oraz o to, by Eucharystia była dla nas siłą w codzienności – nie łatwej zresztą....
Dziękujemy za młodzież, która pielgrzymuje do Częstochowy, za jej świadectwo wiary, za jej wierność Chrystusowi.
Dziękujemy za wszystkie rodziny, w których jest codzienna modlitwa i których życie kształtują przykazania Boga.
Dziękujemy za chorych, którzy z wiarą przyjmują swój krzyż i proszą Boga o miłosierdzie dla tego pokolenia.
Bóg przez swoje Słowo, przez ten Święty Pokarm dodaje nam sił, abyśmy na wzór proroka Eliasza odważnie, w tym pokoleniu, żyli wiarą przez wierność Chrystusowi budowali Jego królestwo.
Słowo Boże dodaje nam odwagi - nie bójcie się, anioł Pański zakłada obóz warowny wokół tych, którzy słuchają Boga i ich zbawia! Szukałem pomocy u Pana - on mnie wysłuchał i uwolnił od wszelkiej trwogi.


lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj


Kochani moi. Już pierwsza niedziela sierpnia. Minęła połowa wakacji. Żniwa w pełni. Gorąco. Maszyny się pocą i pomagają ludziom, ale szkoda, że dziś prawdziwych żniwiarzy już nie ma. A jednak żal mi tamtych żniw. Ciężkie były, ale takie prawdziwe, ludzkie, żniwne.

U Franciszków wstawali bardzo rano. Zwierzęta słyszały pierwsze kroki gospodarza. Przypominały się więc — każdy swoją mową. Dym z komina leciał wysoko w górę. Będzie pogoda. Słychać było, że sąsiedzi klepią kosy. Franciszkowa zawiązała w serwetę śniadanie. Spieszmy się, ojciec, bo potem będzie upał. Przy krzyżu wioskowym Franciszek zdjął kapelusz. Franciszkowa skłoniła się i szeptała modlitwę, bo ręce miała zajęte. Szli miedzą zbożami. Przepiórki wołały: pójdźcie żąć, pójdźcie żąć... Kuropatwy zwin­nie uciekały redlinami po śladach matki. Zające niezadowolone odwracały się tyłem, że ktoś tak rano śmie ich niepokoić. Zgrabne sarny w gromadce spokojne przeżuwały czterolistną koniczynę. Wschodziło słońce. Franci­szek z fasonem, jak przystało na dobrego kosiarza, ostrzył kosę. Potem zdjął słomiany kapelusz, ukląkł na polu zwrócony w stronę kościoła, gdzie mieszka Pan Bóg, i półgłosem mówił starą modlitwę, której dziadek Błażej go nauczył:

Boże z Twoich rąk żyjemy,

choć naszemi pracujemy.

My Ci damy trud i poty,

Ty nam daj urodzaj złoty.

Wstał ucałował kłosy, przeżegnał się, włożył kapelusz, westchnął głęboko i rzekł: w imię Boże zaczynajmy! Franciszkowa przeżegnała się sierpem. Skowronki śpiewały: Kiedy ranne wstają zorze... Zadźwięczała kosa. Zżę­te zboże kładło się pokornie w ładny pokos. — A dyć nie spiesz się tak, oj­ciec, bo człowiek jeszcze nie przywykł i krzyż boli — prosiła Franciszkowa. — Toć nie musisz wiązać, bo jeszcze rosa. Jak obeschnie, to przed śniada­niem zwiążemy — zdecydował Franciszek. — Zobacz, matka, jaki kawał za nami, a snopek przy snopku. Obrodziło w tym roku, żeby tylko dobrze sypało. Odpocznijmy trochę, bo i na śniadanie czas. A w polu śniadanie jest smaczniejsze i ser bielszy, i miód słodszy, i chleb więcej pachnie.

Słońce coraz wyżej, coraz mniejsze, coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Słoma stała się ostra i oset złośliwszy, rżysko bardziej kłuje, pot kapie z czoła, w oczy szczypie. Gorąco! Franciszek zdjął kapelusz, otarł pot z czo­ła, wyprostował się i spojrzał w stronę domu. — Zobacz, matka, ktoś do nas idzie. — Szczęść Boże, stryjku! — Bóg zapłać ci, moje dziecko. Wody zimnej wam przyniosłam, bo pewnie gorąco. Wanda to dobre dziecko. Antoś, choć w Warszawie, ale dobrze dzieci wychował. I grzeczna i czło­wieka na wsi uszanuje. — Wandziu, usiądź tu w gniazdku. Mamy tu dla cie­bie chleb, miód i mleko rańsze. Zobacz, jak smakuje w polu. — Mój stryjek zawsze taki dobry — dziękuję! Wanda zbierała bratki dla Matki Boskiej na ołtarzyk w domu. Franciszkowie zestawili snopy w kopki. Już autobus war­szawski przejechał. Zaraz będą w kościele dzwonić na Anioł Pański. — Wróć, matka, z dziećmi drogą. Ja zobaczę pszenicę, bo tę na komunikanty trzeba skosić za pogody. Kartofle tak ładnie zakwitły. Ładniejsze niż sąsiadowe. W południe Franciszek szedł do pszczół. Dzisiaj nie brał miodu. Po­łożył się przy ulu i zasnął. — Stryjku i ciebie nie pogryzą? — Nie dziecko, to są moje pszczoły, one mnie znają. A wieczorem na klepisku w stodole, klęczał Franciszek i ręce miał ku niebu wzniesione. Mówił pewnie: Ojcze nasz... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Mój Boże, skąd oni mają tyle siły? Żebym ja miał taką wiarę.

Przed tygodniem wróciłem z dzieciakami ze Studziennej. Dobrze nam było u gościnnej Matki Bożej. Kochana jest Ona, ale tak zajęta Panem Je­zusem, że ani razu na nas nie spojrzała. Nasza w Łowiczu jest ładniejsza, bo gdzieby nie stanąć, to zawsze patrzy na człowieka. Studziańskiej Pani — śpiewaliśmy codziennie:

Bądź Matką Zielną, Jagodną, Siewną, tu nad Pilicą, Matką Zagrzewną. Dzieciaki mówiły: proszą księdza, jacy tu są dobrzy ludzie. Chleb nam świeży przynieśli i ser, i wiśnie. Tu jeszcze pachnie las. Tu gryka pachnie miodem. Tu naprawdę zboże pachnie świeżym chlebem. Tak, moje dzie­ciaki. Więc msza św. będzie dziś za Porębą, między zbożami. Dzieciaki, ka­zania dziś nie będzie, ale powiedzcie mi, czy wyście kiedy widzieli cud? Nie. To zobaczcie. Pan Bóg chleb rozmożył. Idźcie więc daleko miedzą, między polami. Znajdź sobie miejsce i uklęknij na polu i weź czule kłosy w ręce i ucałuj je, i zaśpiewaj w sercu: Panie dobry jak chleb... Nad Pilicą przyszły na naszą mszę kobiety z Kozłowca. Dzieciaki moje! My tu wałkonimy się nad Pilicą, a one pracowały przy żniwach. Zobaczcie, jakie mają twarde, spalone słońcem, upracowane ręce. Więc na znak pokoju ucałujcie ich ręce, bo one nas żywią. Pani Kwaśniakowa płakała.

Boję się, że po tym kazaniu bibliści mnie zakrzyczą — nie biblijne, dog­matycy — nie dogmatyczne, homileci — to nie homilia, tylko esej. A ja gdy mszę odprawiam i chleb kładę na ołtarzu, mówię Bogu: dzięki Twej hojno­ści otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi i pracy rąk ludzkich... Chleb kojarzy mi się wciąż z ziarnem, z siewem, ze żniwami, z pieczeniem chleba, ze świeżym podpłomykiem, który niosłem do chrzestnej, bo chlebem trzeba się po­dzielić, z krzyżem na bochenku, z ucałowaniem okruszyny, która upadła na ziemię. Dzisiaj chleb kojarzy się z traktorem — bizonem, piekarnią — gi­gantem, z produkcją, z budą na samochodzie, gdzie pisze: pieczywo, z wy­wieszką: chleb wczorajszy, z siatką na zakupy i, o zgrozo, ze śmietnikiem, gdzie leży stary chleb. Bogaci jesteście chrześcijanie. Tak szybko zapom­nieliście, co to głód i chleb na kartki. Brzydko jecie chleb, depczecie okru­szyny. Nie spostrzegacie, że łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem. Nie spostrzegacie cudu rozmnożenia chleba. Nie mówicie do Boga — Panie, daj nam Tego chleba. Nie prosicie Ojca w niebie: chleba naszego powszed­niego daj nam dzisiaj... Dlatego straciliście tęsknotę za Chlebem, którym jest Chrystus.

W kopule kaplicy Najświętszego Sakramentu w Kolegiacie Łowickiej Adam Swach namalował ostatnią wieczerzę, ale Judasz nie ma twarzy. Państwo Wolscy wytłumaczyli mi: bo Judasz nie przyjął komunii św. To jest prawdą. Gdziekolwiek jesteś, jeśli nie przyjdziesz na łamanie chleba, jeśli nie przyjmiesz Chrystusa, jesteś bez twarzy. Dziś Chrystus nam powie­dział: Ja jestem chlebem życia. Kto spożywa ciało moje, będzie żył na wieki (J 6,51).

W tej mszy św. też Chrystus powie: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Twarda jest ta mowa. Jak Ty możesz dać nam do jedzenia swoje ciało? Ilu z was odejdzie zgłodniałych do domu. I nie dacie rady dojść do nieba. Wolicie ciastko z chemią. Może i wy chcecie odejść? Panie, a do kogo my pójdziemy? Myśmy uwierzyli, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego. Ty masz słowo życia. Ty nas nigdy nie okłamałeś. Pa­nie, dobry jak chleb! Panie, daj nam tego Chleba! Ojcze nasz w niebie, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Amen.


31 lipca 1988, ks. Józef Zawitkowski

 

 

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

Ukochani Bracia i Siostry,
Słowa Jezusa, Jego mądrość i czyny wywołują zdumienie w słuchających. Postawy tych ludzi są jednak różne. Pojawiają się również pytania ironiczne: „Skąd On to ma?” Mieszkańcy Nazaretu posuwają się do słów obrażających Nauczyciela: „Czy nie jest to cieśla, Syn Maryi?”. Nazwanie Jezusa „synem Maryi” mogło być obraźliwe, ponieważ Żydzi mieli zwyczaj nazywania ludzi od imienia ojca, „syn Józefa”. W swoim rodzinnym mieście Jezus doświadczył gorszenia się Nim, a także obojętności i niechęci. Ich emocje wskazują na odrzucenie Pana, pozwalają zobaczyć ich niewiarę.
Mieszkańcy Nazaretu nie takiego znali Jezusa. Nie posiadali nowego obrazu tego człowieka, jaki stanął przed nimi, po rozpoczęciu publicznej działalności. Nie chcieli nowego obrazu kogoś, z którym żyli razem przez trzydzieści lat. Z tym obrazem wcześniejszym czuli się bezpieczni. Teraz pojawił się ktoś, kogo znają i nie znają zarazem. Dlaczego? Czy mówił wcześniej inaczej, niż mówi teraz, kiedy głosi naukę otrzymaną od Ojca? Czy posiadał przez trzydzieści lat inny system wartości, według którego żył? Tak się przyzwyczaili do Jezusa-człowieka, że nie odkryli w Nim Jezusa-Boga. Kiedy jest bliski, nie jest rozpoznany. Kiedy jest nierozumiany, staje się daleki i odrzucany.
Mieszkańcom miasteczka obce były słowa Jezusa, obce było to, iż zaczął mówić jako posłany przez Boga, jako Mesjasz. Bali się Jego, jako „nowego”. Znamienne jest to, że nie stawiają pytań pod właściwym adresem. Nie pytają Pana: „Skąd to masz? Skąd dana jest Ci ta mądrość? Co oznaczają cuda, które czynisz? Kiedy się tego nauczyłeś, od kogo?”. Nazarejczycy sobie wzajemnie stawiają pytania, które powinni postawić Panu. Nie pytali również Jego Matkę, aby im wyjaśniła zachowanie Syna. Brak odwagi w stawianiu pytań może wskazywać na to, że się Go bali.
Tego, którego nie rozumieli, odrzucili. Nie miało żadnego znaczenia to, że Jezus znał ich, rozmawiał z nimi, poruszał się wśród nich, chodził do ich domów, być może wykonywał zlecenia na sprzęt, który zamawiali u Niego. Rozpoczynając publiczną działalność, głosząc Ewangelię, stał im się obcy, wręcz zaczęli odczuwać wobec Niego uczucia wrogości.
 
Kochani moi!
Jezus przyszedł do swoich. A gdyby tak nagle, nieoczekiwanie przyszedł do nas jak do swoich w Nazarecie? Gdyby dziś stanął w twoim domu? Z jakim przyjęciem by się spotkał? Jakim słowem byłby przywitany? Może podszedłbyś z zakłopotaniem do półki z książkami, by odszukać Pismo Święte i powiedzieć Jezusowi — Patrz, Panie ja to wszystko znam i dobrze wiem, co i gdzie jest o Tobie napisane. Patrz, tu w tym miejscu napisał Paweł, Twój Apostoł: „Jeżeli ustami wyznasz, że Jezus jest Panem i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych — osiągniesz zbawienie" (Rz 10,9). Ja to wszystko wiem i znam od dawna. To takie proste. Albo patrz, Panie, tutaj, to Twoje słowa: „Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich" (Mt 6,28 n). Jakie to piękne, Panie! Ty potrafiłeś przemawiać. Ile w tym poezji. A ile cudów dokonało się przez Twoje ręce! Ale chyba ten z chlebami jest największy. To naprawdę cud na dobę kryzysu. Nam by się taki przydał. A już zupełnie nie rozumiem tych Twoich rodaków z Nazaretu. Ja, podobnie jak Ty, też dziwię się ich niedowiarstwu.

Można by dalej prowadzić tę domniemaną rozmowę z Jezusem, ale przerwijmy ją w tym miejscu i pozostańmy przy tych krótkich słowach z Ewangelii, które wyznaczają temat dzisiejszych rozważań: „Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta" — czyli, inaczej mówiąc, przyszedł do swoich. Na podstawie tych prostych i krótkich słów wysnujmy pierwszą refleksję: Bóg w Jezusie nieustannie przychodzi do nas, a chce przychodzić jak do swoich. Inaczej mówiąc — Pan Bóg, mimo swej niedostępności i tajemnicy, chce, byśmy odczuli Jego bliskość. A idąc za myślą ewangelii dzisiejszej można tak chyba powiedzieć, że w zamiarach Jezusa te więzy łączące nas z Ojcem miały mieć wymiar rodzinny; wszak przyszedł do swoich. I tu jesteśmy tak bardzo podobni do mieszkańców Nazaretu. Dla tylu ludzi ta bliskość Boga, bliskość Jezusa jest zbyt paraliżująca. Człowiek przestraszył się takiej bliskości Boga, bo ona zbyt go zobowiązuje. Dlatego wielu woli stać z daleka, w bezpiecznej odległości, nie przyjmując na siebie tych uzależnień, które mają domownicy. Bywa tak również nie tylko w stosunku człowieka do Pana Boga, ale też, jakże często, w relacjach człowieka do człowieka. Łatwiej nam kochać z oddalenia, zza płotu, bo to bardziej wygodne. Z bliska, kiedy wszystko staje się niepokojąco konkretne, wydaje się człowiekowi, że straci za dużo energii, czasu, że zatraci siebie. Wielce ułomne i kalekie jest takie myślenie. Nieodparcie przychodzą tu na myśl słowa Jezusa: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa" (Łk 9,24). Któryś z poetów powiedział — „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Można dodać — śpieszmy się kochać Boga, bo rozminąć się z Nim, to stracić wszystko. Po człowieku, którego nie zdążyliśmy pokochać, jakby należało, pozostaje głęboka rana; po Bogu, którego nie zdążyliśmy pokochać — otchłań.

Pora na kolejną refleksję. Dotyczy ona przyjmowania nauki Jezusa. Tak łatwo przychodzi człowiekowi wybrać z Ewangelii co ładniejsze i bardziej odpowiadające danej chwili czy sytuacji fragmenty. Łatwo zapomnieć, że nauka Jezusa obowiązuje w całej rozciągłości i musi objąć wszystkie dziedziny życia. Błąd ten, tak bardzo charakterystyczny dla naszych czasów, zdarza się nie tylko pojedynczym ludziom, ale także całym społeczeństwom. Dla przykładu niech posłuży sprawa akceptacji działalności Kościoła w niektórych częściach świata. Chętnie się widzi i popiera naukę Kościoła w sprawach dotyczących rozbrojenia i tzw. walki o pokój, gorzej natomiast, gdy chodzi o przyznanie pełnych praw ludziom wierzącym. W jakimś stopniu pozostaje to smutną ilustracją dzisiejszej ewangelii o nieprzyjęciu Jezusa w swoim domu, w swojej ojczyźnie. A kiedy Bóg odchodzi, wtedy i człowiek dla człowieka staje się uciążliwy. W tym paraliżu nie pomoże żadna przebudowa struktur.

Trzecia refleksja niech pójdzie w kierunku wyznaczania zadań nam, ludziom wierzącym. Są to zadania na miarę apostoła, ucznia Jezusa. Przed nami długie wakacje, liczne spotkania z ludźmi, często również wyjazdy w dalekie strony. Może się zdarzyć, że staniesz jak Ezechiel przed ludźmi „o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach". Powiedzą ci, że cała ta religia to światopogląd nienaukowy. Inni dodadzą, że sprawa Jezusa to taka piękna, nieżyciowa poezja. Inni po prostu wyśmieją cię, żeś niedzisiejszy. Ale najgorzej byłoby wówczas, gdyby mieli się naszą postawą, moją i twoją niekonsekwencją, zgorszyć. Bo przecież, według słów Pisma Świętego, które czytaliśmy przed chwilą, „oni czy usłuchają, czy nie, są bowiem ludem opornym, przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich" (Ez 2,5). I choć chętniej niektórzy słuchacją fałszywych proroków, obyś takim nie był.

Wróćmy na koniec do tej domniemanej rozmowy z Jezusem. Ciekawe, co byś zrobił, gdyby On we własnej osobie stanął w progach twego domu? Czy by mógł wejść jak do siebie? Czy byś mógł Mu pokazać swoich przyjaciół, swoje codzienne czynności, całe swoje życie? Czy też odetchnąłbyś z ulgą widząc, jak On twój dom opuszcza? Nie ulęknij się więc Jego bliskości, bo nie przyszedł cię zniszczyć, lecz zbawić. Nie przestrasz się zadań, które ci On wyznaczy, bo cię umocni swoją łaską. Nie lękaj się siebie, żeś słaby, bo jeśli patrzysz na Niego z nadzieją. On powie ci jak Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9). Żyj więc na miarę apostoła.



 

czerwca 26, 2021

13. Niedziela Zwykła (B) - Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu

czerwca 26, 2021

13. Niedziela Zwykła (B) - Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu

Chciałbym, żeby ludzie nazywali mnie wierzącym, bo czy można sobie wyobrazić niewierzącego księdza? Ale czytając dzisiejszą Ewangelię według św. Marka rumienię się przed Bogiem. Zawstydza mnie przełożony synagogi Jair, który upadł do nóg Jezusa i prosił usilnie: "Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła" (Mk 5,23).

Jego wiara była mocna! A kiedy mu oznajmiono: "Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?" (Mk 5,25) - dalej wierzył! Wierzył Jezusowi, Jego słowom. "Nie bój się, tylko wierz" (Mk 5,36). Wierzył nawet wówczas, gdy sąsiedzi wyśmiewali Jezusa: "Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go" (Mk 5, 39-40). A on wciąż wierzył. W sytuacji niezwykle niekorzystnej dla siebie wierzył i z pewnością dlatego stał się świadkiem wielkiego cudu. Jezus "ująwszy dziewczynkę za rękę powiedział do niej: "Talitha kum - Dziewczynko, mówię ci wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia" (Mk 5,41-42).

A ja wciąż rumienię się, bo nie mam takiej wiary. Wołałbym powiedzieć tak, jak ten ojciec z Ewangelii: "Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu" (Mk 9,24).

Jeszcze bardziej zawstydza mnie ta chora kobieta. Ileż się nacierpiała przez 12 lat. Leczyła się u znakomitych lekarzy. Całe swe mienie wydała, aby tylko być zdrową. Niestety, lekarz jest tylko człowiekiem. Czuła się coraz gorzej. Teraz już nie szuka ratunku u lekarzy, postanawia dotknąć się Chrystusa. Ale czyni to z wielką wiarą: "Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości" (Mt 5, 28-29). Jezus wystawia jej wiarę na próbę... "Kto dotknął się mojego płaszcza?" (Mk 5,30). Mogła się ukryć w tłumie, odejść zdrowa, niezauważona... ale Jezus domagał się jej świadectwa. "Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę" (Mk 5,33). Jesteśmy świadkami nie tylko wielkiego cudu, ale również wielkiej wiary. "Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości" (Mk 5,34). Chciałbym, żeby Chrystus również do mnie powiedział: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiony ze swej dolegliwości.

Siostry i Bracia!

Przed grotą Matki Bożej w Lourdes modliła się młoda pani na wózku. Przypatrywał się jej pewien mężczyzna. Po dłuższej chwili obserwacji, kiedy trzeba było chorą odwieźć do miejsca zamieszkania, powiedział do niej: "Modliłaś się tak długo, a Matka Boża cię nie uzdrowiła". Ona odpowiedziała: "Nie modliłam się o moje uzdrowienie. Modliłam się za Pana, o nawrócenie".

Wiara jest przylgnięciem do Boga jako jedynego Pana...

Lubię odmawiać modlitwę: "Boże, choć Cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję..." Czy naprawdę nad wszystko? Czy potrafię dziękować Bogu również za cierpienie? Tak jak to uczyniła św. Bernadeta Soubirous, ta z groty Massabielskiej? Posłuchaj przez chwilę jej testamentu:

"Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie... dziękuję Ci Jezu. Dziękuję Ci, Boże mój, za prokuratora, za komisarza, za żandarmów, za twarde słowa księdza... Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo i za te, w które nie przyszłaś. Nie będę się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu... dziękuję Ci, Matko" (wg. Fonti vive, Caravate, wrzesień 1960 - z książki ks. Tadeusza Dajczera, Rozważania o wierze, s. 19).

Uzdrowiona kobieta z dzisiejszej Ewangelii mogła zniknąć w tłumie, ale wiara nakazała jej podziękować za uzdrowienie. Podziękowała z wielkim szacunkiem, z drżeniem, wyznała całą prawdę.

Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu! Daj mi choć trochę wiary, którą miał przełożony synagogi Jair. On się nie zrażał trudnościami, bo on uznawał, że wszystko w jego życiu jest darem.

Niedawno spotkała mnie wielka przykrość, trudna do zniesienia. Ale gdy uświadomiłem sobie, że jestem człowiekiem wierzącym, że wiara oznacza uznanie własnej bezradności - uspokoiłem się... a raczej Bóg mnie uspokoił. Człowiek wierzący oczekuje wszystkiego od Boga, człowiek pyszny wszystko sobie przypisuje.

Nie mogłem uczestniczyć w Kongresie Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej górze. Miałem jednak okazję zobaczyć w 2 Programie Telewizji Polskiej film dokumentalny Iwony Sobas pt. "Odnaleźć światło". Cieszyłem się z tymi, którzy tam, na Jasnej Górze wielbi Boga, szczerze cieszyłem się z tymi, którzy zostali uzdrowieni na ciele, ale również z tymi, którzy wracali do domu na wózkach, uzdrowieni na duszy, z wielkim światłem w sercu, że to wszystko ma sens.

Wszystko jest darem - twoja żona, mąż, dzieci, talenty, którymi cię Bóg obdarzył, również cierpienie jest darem.

Rozpoczął się okres wakacji, urlopów, letnich wyjazdów. Czas odpoczynku. Czas wolny. Dla chrześcijanina czas wolny jest darem Bożym" (abp Damian Zimoń, Czas zbawienia, Rok liturgiczny B, Katowice 1992, s. 161). Czy potrafię podziękować za ten dar?

"W swojej podróży do San Giovanni Rotondo - pisze ks. Tadeusz Dajczer - spotkałem naukowca, który jechał razem ze mną do Ojca Pio, aby prosić o błogosławieństwo dla swojej pracy. Przyjechał z dwoma tomami wydanego dzieła, które nazwał swoim Opus Vitae - Dziełem życia. W ramach spowiedzi przedstawił je Ojcu Pio i prosił o błogosławieństwo.

Reakcja Padre Pio była przerażająca, przede wszystkim zdumienie - to jest twoje opus vitae, to jest twoje dzieło życia? Wziął do ręki te dwa tomy i jeszcze raz powtórzył: to jest opus vitae, to znaczy, że żyłeś te sześćdziesiąt lat po to, żeby te dwie książki napisać, to był cel twojego życia - prawie krzyczał - to jest opus vitae, po to żyłeś? A gdzie twoja wiara? Potem złagodniał, jakby zobaczył nieświadomość tego człowieka i z łagodnością ojca zapytał: pewnie włożyłeś w to wiele wysiłku, nieprawda? Pewnie było wiele nocy nieprzespanych, a ze zdrowiem jak? - No, tak, zawał serca. - Właśnie to wszystko w służbie ambicji, by stworzyć tego rodzaju opus vitae. Patrz - mówił dalej - co znaczą bożki, przywiązania.

Gdybyś robił to samo, ale dla Boga, to wszystko wyglądałoby inaczej. Przecież ty to wszystko sobie przywłaszczyłeś. Zakończenie tej spowiedzi było też w stylu Ojca Pio. Znowu podniósł głos: Jeżeli tylko z tym przyszedłeś, proszę wyjść. Padre Pio był szorstki, ale w tej szorstkości kryła się wielka miłość do każdego człowieka i każdego penitenta. To był człowiek, który kochał, a miłość jest mocna. To miłość Padre Pio sprawiła, że ta wstrząsająca rozmowa połączona ze spowiedzią, była rzeczywiście momentem przełomowym w życiu tego naukowca. On naprawdę zaczął inaczej myśleć i inaczej patrzeć na świat" (Ks. Tadeusz Dajczer, Rozważania o wierze, s. 53-54).

Siostry i Bracia!

Uczestniczymy w Eucharystii, która jest wyniszczeniem się Boga-Człowieka. Podejdźmy do niej z czystym sercem i z wielką wiarą, tak jak przełożony synagogi Jair. Dotknijmy się płaszcza Chrystusa, jak owa kobieta, dotknijmy się jego nieskończonej Miłości. Żebym się choć Jego płaszcza dotknął, a będę zdrowy. Dotknijmy się Jego Miłości, a zostaniemy uzdrowieni. Amen.


 

maja 29, 2021

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

maja 29, 2021

Homilia na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

Zróbcie Mu miejsce - Pan idzie z Nieba,
pod Przymiotami ukryty chleba.
Zagrody nasze widzieć przychodzi,
I jak się Jego dzieciom powodzi.
(z pieśni eucharystycznej) 
 
Umiłowani Bracia i Siostry! 

Uroczystość dzisiejsza jest obchodzona z wielkim splendorem. Wychodzimy bowiem z procesją na nasze udekorowane ulice. Czynimy to, aby wyznać naszą wiarę i uwielbić Pana Jezusa obecnego w Eucharystii. I mimo, że wychodzimy na zewnątrz to jednak nasze Święto musi być przeżywane przede wszystkim wewnątrz. Chodzi przecież o intymną ucztę, i podobną do tej, którą Pan Jezus spożył ze swoimi uczniami. My jesteśmy tymi uczniami, w tym samym pokoju, razem z Jezusem. Z jego ust padają słowa: „To jest Ciało Moje; to jest Krew Moja” (J 6,51-58).

Te słowa zostały wypowiedziane przez samego Chrystusa w czasie Ostatniej Wieczerzy. Te same słowa Jego mocą powtarzają tysiące ust chrześcijańskich od wieków i powtarzać będą aż do skończenia świata. Na ich oczach dokonuje się jedyna w swoim rodzaju przemiana. Pod skromną postacią chleba znajduje się Chrystus Pan z całym swoim majestatem i Człowieczeństwem. Dokonuje się Przeistoczenie tj. całkowita przemiana, polegająca na przejściu jednego w drugie - a zatem chleb i wino zostają przemienione w Najświętsze Ciało i Krew Jezusa.

Tylko substancja ulega zmianie, natomiast przypadłości zostają te same, a mianowicie; kształt, kolor i zapach. Wszystko to Chrystus Pan uczynił z miłości do ludzi - do nas! I dlatego trzeba, abyśmy nieustannie wielbili miłość Bożą za ten cudowny dar.

Pan Jezus przeszedł przez tę ziemię dobrze czyniąc: jednał grzeszników z Bogiem, leczył chorych, wskrzeszał umarłych, pocieszał strapionych i karmił zgłodniałych.

Chrystus Pan chciał jednak uczynić dla człowieka jeszcze więcej.

On chciał nam na zawsze dać samego siebie: „To jest Ciało Moje – bierzcie i jedzcie; to jest Krew Moja – bierzcie i pijcie”.

Chrystus Pan zapewniał nas, że nie zostawi nas sierotami, bo przecież jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. I ta obecność Chrystusa m.in. jest w Ewangelii, w Najświętszym Sakramencie – gdzie jest obecny Bóg żywy i Prawdziwy.

Ludzka miłość jest przemijająca, krótkotrwała i zmienna. Umierającą matkę najbardziej boli to, że musi zostawić swoje dzieci, które tak bardzo kocha. Doskonale wie, że pozostawi po sobie wspomnienie, testament, jakieś drobiazgi, fotografię; właściwie nic więcej. A i to po latach pójdzie w zapomnienie, bo to jest naszą wspólną ludzką wadą.

Inaczej jest z miłością Bożą. Może zapomnielibyśmy o Chrystusie, gdybyśmy nie mieli Go w Ewangelii Św., bo przecież ten sam Jezus, który żył na ziemi 2000 lat temu, który nauczał przez 3 lata, który cierpiał na krzyżu i zmartwychwstał - przebywa pośród nas ukryty pod postacią chleba i wina.

Co więcej chce być każdemu człowiekowi bliski, potrzebny – jak potrzebny jest chleb powszedni. Pan Jezus poprzez Eucharystię staje i dziś pośrodku ludzi dosłownych i autentycznych mieszkańców ziemi Staje pośrodku ludzi bardzo różnych, z których jedni śmieją się, a drudzy płaczą; jedni są naukowcami, a drudzy wygami od interesów; jedni ofiarnymi idealistami, a drudzy sprytnymi oszustami; jedni optymistami, a drudzy zgaszonymi pesymistami.

Chrystus w Eucharystii przyzywa wszystkich i ustanawia jedną rodzinę. Każdy z nas jest inny - ale w Chrystusie i przez Chrystusa stanowimy jedność.

Zauważmy także, że w Chlebie Najświętszym, który możemy spożywać, zatraca się wszelki dystans między człowiekiem a Bogiem. A skoro tak jest, to musi być zniwelowany dystans i przepaść między samymi ludźmi. Człowiek dzisiejszy cierpi niejeden głód - a mianowicie głód piękna, miłości, prawdy. Czasem te głody są trudniejsze do zaspokojenia niż głód fizyczny chleba. Z całą pewnością dzielą one ludzi. Chrystus czeka na naszą pomoc!

Tymczasem jakże często myślimy tylko o sobie i swoim zbawieniu. Nie jesteśmy w stanie zaradzić tym wielkim problemom. A jednak Chrystus czeka na naszą pomoc. Nie lękajmy się.

Apostołowie też byli przerażeni i niejednokrotnie zastanawiali się jak zaradzić różnym biedom ludzkim. Skąd wziąć tyle chleba, żeby starczyło dla wszystkich ludzi zarówno bliskich jak i dalekich, zarówno na dzisiaj jak i na jutro?

Dojrzały chrześcijanin musi dzielić razem z Chrystusem troskę o cały Lud Boży. Musi być silny na tyle, aby pomagać innym i czuć się odpowiedzialnym za drugiego człowieka.

Dojrzały chrześcijanin dostrzega wszelki głód. Ponadto rozumienie, że zbawienie świata jest uzależnione od starań i miłości ludzkiej. To nic nie szkodzi, że możemy ofiarować czasem tak niewiele w to wspólne nasze dzieło zbawienia. Oby to jednak było wszystko na co nas stać! Przecież Panu Jezusowi starczyło 5 chlebów i 2 rybki. Zostawmy więc i teraz Panu Jezusowi sprawę cudownego rozmnożenia naszych sił i naszej miłości. Uwierzymy, że w EUCHARYSTII jest nasza siła!

Próbujmy - tylko często - stawiać sobie pytanie: Czym jest Eucharystia? Tak jak Izraelici pytali na pustyni po zesłaniu manny; Man hu? Co to jest? Czy naprawdę wierzę, że jest to chleb z nieba, dający życie wieczne? Czy wierzę, że jest to żywy i prawdziwy Chrystus?

 

maja 28, 2021

Uroczystość Najświętszej Trójcy - Jeden w trzech Osobach

maja 28, 2021

Uroczystość Najświętszej Trójcy - Jeden w trzech Osobach


 „Pan jest Bogiem, a na niebie wysoko i na ziemi nisko, nie ma innego" (Pwt 4, 39). Tak niewiele może człowiek powiedzieć o Bogu. Nasz umysł nie jest w stanie Go ogarnąć, język nie może wyrazić tajemnicy, która nas przerasta. Majestat gór może komuś pomóc w sformułowaniu wyznania, że: nic nad Boga! Bezkres oceanu może pobudzić do złożenia hołdu Stwórcy. „Przez słowo Pana powstały niebiosa, wszystkie gwiazdy przez tchnienie ust Jego, Bo przemówił i wszystko się stało, sam rozkazał i zaczęło istnieć" (Ps 33, 6. 9). Tak przed chwilą modliliśmy się słowami Psalmu. Cisza i bezmiar pustyni, majestat gór, niezgłębione przestrzenie kosmiczne, nieprzeliczone ilości gwiazd; a z drugiej strony przebogaty świat, w który chcemy się wedrzeć różnego rodzaju mikroskopami... To zaledwie ślad pełni życia, którą On Jest.

Niegdyś zabroniono Izraelitom malowania i rzeźbienia Boga, bo tak łatwo popuścić wodze ludzkiej fantazji, tak łatwo z Tego, którego świat nie może ogarnąć, uczynić „bozię". Tajemnicę przerastającą nasz sposób myślenia łatwo zamienić na wytwór ludzkiej wyobraźni. Łatwo utworzyć sobie boga na własne podobieństwo, ale kto takiego boga uzna Panem. Zdaje się, że jest wielu niewierzących, którzy nie wierzą w takiego boga, jakiego w ogóle nie ma. Od lat byli karmieni wizją starego dziadka, który z powodu swego wieku korzysta z posługi aniołów. Dlatego trzeba przypomnieć ten zakaz z Prawa Mojżeszowego. Nie dotyczy on dziś posągów i obrazów świętych, ale dotyczy naszej wiary. Nie wolno tworzyć sobie boga na własną miarę i na miarę własnych pożądliwości, na miarę własnych pragnień i dążeń. Bóg nie jest krasnoludkiem spełniającym nasze pragnienia. Bóg nie jest zabezpieczeniem naszych prywatnych spraw. Bóg nie jest zagwarantowaniem spokoju i zdrowego trawienia. W tym sensie nie wolno malować i rzeźbić Boga i wzywać Jego Imienia do czczych spraw. Wsłuchajmy się w słowa Psalmu:

Pan jest Bogiem wielkim,

wielkim Królem nad wszystkim bogami.

W Jego ręku głębiny ziemi,

szczyty gór do Niego należą,

Jego własnością jest morze, które sam stworzył,

i ziemia, którą uczyniły Jego ręce.

Przyjdźcie, uwielbiajmy Go padając na twarze,

klęknijmy przed Panem, który nas stworzył,

Albowiem On jest naszym Bogiem

a my Jego ludem" (Ps 95, 3—7). 

W miarę rozwoju naszej wiedzy o świecie coraz częściej mówimy o tajemnicy otaczającej nas materii. Im więcej wiemy, tym więcej przed nami znaków zapytania, a „On jest pełnią wszy. 'kiego, we wszystkim" — jak powie nam Apostoł (Ef 1, 23). Jeżeli świat kryje przed nami tyle zagadek, to jakże wielką tajemnicą jest Ten, który jest źródłem istnienia i życia. „W Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy" (Dz 17, 28). I to, powiedzmy szczerze, niezależnie od naszej wiary w Niego.

Oto jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Mt 28, 20). Jako chrześcijanie stajemy wobec drugiej fundamentalnej tajemnicy wiary. Próbujemy ją wyrazić naszym językiem. Mówimy: Słowo ciałem się stało, i zamieszkało wśród nas. Obecny wśród nas po wszystkie dni... W ciągu wieków ludzie starali się uprościć tę tajemnicę, starali się po ludzku mówić o Zbawicielu. Zawsze jednak, wymyślony przez człowieka, i wytłumaczony przez człowieka Zbawiciel, nie był Jezusem z Nazaretu, nie był Jezusem Ewangelii. Stawał się albo nieżyciowym nauczycielem moralności albo nierealną zjawą, Bogiem ..'dającym" człowieka. Jakże bowiem można uwierzyć w to, że On jest Bogiem, i jednocześnie — że On jest Człowiekiem, najwspanialszym z synów ludzkich? Nasze wyobrażenia o Zbawicielu człowieka nie przewidują takiej możliwości. Bo my tworzymy obraz zbawcy według własnych wyobrażeń i według własnych pragnień. A tu w Jezusie zjednoczyło się bóstwo z człowieczeństwem w sposób pełny, przewyższający nasze możliwości poznawcze.

Ale oto teraz prawdziwy człowiek jest naprawdę blisko Boga, nie zawsze wiedząc o tym. Bóg jest w sposób szczególny, przez człowieczeństwo Chrystusa, obecny na drogach każdego człowieka. Bóg wzywa człowieka do prawdziwej przyjaźni ze sobą, przyjaźni, która jest mocniejsza niż śmierć. Duch Boży nas prowadzi... pisze św. Paweł Apostoł (Rz 8, 14). Pan Jezus jeszcze wyraźniej nas pouczał, że nic bez Niego nie możemy uczynić. A jednak „nie otrzymaliśmy ducha niewoli" (Rz 8, 15). Pan Bóg pobudza nas do dobrych pragnień i do dobrych czynów, ale przecież nie odbiera nam wolności, nie zwalnia z odpowiedzialności za nasze czyny, nie pozbawia nas zasługi. Jest to tajemnica działania Ducha Bożego w nas. Jak nam trudno tę tajemnicę , przyjąć. Czasem pogrążamy się w pesymizmie, który przekreśla wartość każdego ludzkiego czynu. Zdolni jesteśmy tylko do zła — wyznajemy z goryczą. Albo z naiwnością dzieci twierdzimy, że życie naprawdę ludzkie zbudujemy sami. Tajemnica działania Bożego w nas jest ponad gorzkim pesymizmem i tanią naiwnością. Jest to tajemnica Ducha Miłości Bożej, który w nas działa. Duch, który w nas buduje, Duch, który nie odbiera wolności działania. Duch, z którym w naszej codzienności współdziałamy. Duch, który tworzy nasze życie, chociaż jest to przecież nasze życie, za które jesteśmy odpowiedzialni. Duch, który mimo naszych krętych dróg życiowych, prowadzi nas do wyznania, że jesteśmy dziećmi Boga i dziedzicami nieba. I bywa, że po wielu bolesnych doświadczeniach, popełnionych błędach, uczy nas jak mówić z prostotą dziecka: Abba — to znaczy Ojcze!

Czy nazwa dzisiejszego święta mówiła ci coś? Uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Może komuś przypomniało się katechizmowe sformułowanie, które (głosi, że On jest Jeden, ale w Trzech Osobach! Sformułowanie, którego można się nauczyć na pamięć, ale które tak trudno przenieść do codzienności. A my przecież w każdej chwili żyjemy tą tajemnicą. W Bogu żyjemy, poruszamy się, jesteśmy (Dz 17, 28). Nie ma świata Bożego i świata bez Boga! Bez Boga nie ma istnienia, świat bez Boga nie istnieje... On jest źródłem Życia, On Jest Istnieniem, takie jest Jego Imię! Wszystko, co istnieje, ma teraz w Nim swe źródło! Dlatego teraz pomyśl o sobie. To, że jesteś, że myślisz, że słuchasz, jest Jego darem. Choćbyś nawet nie znał źródła, to przepływające chwile twego życia o Nim mówią.

Masz swoją wizję człowieczeństwa, po prostu chcesz być człowiekiem. Pomyśl, że każdy wysiłek, aby nie zgubić ludzkiej godności z Nim jednoczy, bo o Nim powiedziano: „Oto Człowiek" (J 19, 5). Gdy potrafisz ponad cierpieniem i chorobą, która zamyka cię w sobie dostrzegać innych i być dla nich człowiekiem, to stajesz obok Chrystusa; cokolwiek uczyniłeś swemu bratu, Jemu uczyniłeś! Twoje człowieczeństwo mówi o Bogu! Gdy szukasz w życiu prawdy i miłości, to działasz pod tchnieniem Ducha! On jest Prawdą i Miłością, On prowadzi do poznania wszelkiej Prawdy! Twoje najwznioślejsze dążenia mówią o Bogu!

Jesteś ogarnięty tajemnicą Jedynego, w Troistej Pełni Osób. Dlatego każdy dzień zaczynaj w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.Tak też każdy dzień kończ, abyś wiedział, że w Imię Najwyższego żyjesz, stajesz się człowiekiem, rozwijasz w sobie to, co stanowi o twojej wartości. Takie jest Imię Najwyższego, Boga, który jest, który był i który przychodzi (Ap 4, 8). Amen.

 

 

maja 28, 2021

Uroczystość Najświętszej Trójcy - Jakim jest Bóg?

maja 28, 2021

Uroczystość  Najświętszej Trójcy - Jakim jest Bóg?
    Przed kilku laty, jeden z ośrodków badań socjologii religii, przeprowadził wśród uczniów szkół średnich ankietę, na temat: "Co najbardziej interesuje cię na katechezie?" Opracowane wyniki pokazały, że około 60% młodzieży najbardziej interesują sprawy ludzkie np. problem aborcji, etyki seksualnej, wzajemnych relacji dzieci i rodziców. Około 30% młodych ludzi odpowiedziało, że najbardziej interesują ich sprawy bosko-ludzkie: modlitwa, powołanie, a tylko kilka procent respondentów napisało, że interesuje ich Bóg. Jeden z młodych ludzi zapytał w swojej wypowiedzi wprost: "Jak to jest, że kiedy w kościele mówi się o sprawach doczesnych, to jest to w miarę ciekawe, ale kiedy zaczyna się mówić o Bogu to staje się to nudne?" 
Czy Bóg jest naprawdę nudny? Dla wielu tych, którzy nie mają czasu na lekturę Pisma Świętego, na kontemplację, na przeżycie Eucharystii, może tak. Może dla nich Bóg w swojej niezmiennej doskonałości, transcendentnym oddaleniu, nieustannym wypowiadaniu do człowieka jednego i tego samego orędzia miłości, może taki Bóg jest dla nich nieciekawy. Wielu ludzi nosi w swoim sercu taką karykaturę Boga, u którego nic się nie dzieje. Samotny Bóg w niebie, który jedynie dopomina się od nas spełniania przykazań. 
Czy Bóg może być ciekawy, fascynujący? Czy można w Nim coś nieustannie odkrywać? Przecież określamy Go często słowami wzniosłymi ale i przerastającymi nasz rozum i serce. Bóg wszechmocny, potężny, doskonały, odwieczny. Wielkie słowa i wciąż te same słowa. 
Czy Bóg może być ciekawy? 
Przed kilku laty jechałem pociągiem. W przedziale kolejowym podróżowało ze mną młode małżeństwo wraz ze swoim kilkuletnim synem. W czasie podróży żona położyła swemu mężowi głowę na ramieniu i tak jechali przytuleni do siebie. Mały chłopiec przez chwilę przyglądał się swoim rodzicom i powiedział: "Ja też tak chcę". Wtedy ojciec wziął go na kolana i siedzieli tak razem przytuleni do siebie, rozmawiając po cichutku i śmiejąc się serdecznie. Przyglądałem się im i widziałem, że ta młoda żona i matka wpatruje się z radością w to, jak jej mąż kocha jej syna. Widziałem w oczach tego młodego mężczyzny zachwyt nad miłością jego żony do jego dziecka. Widziałem radosną twarz małego chłopczyka, patrzącego się na zakochanych rodziców. 
I wtedy przyszło mi na myśl, że to jest właśnie wspaniały obraz Trójcy Przenajświętszej. Ojciec kochający Syna miłością Ducha. Syn miłujący oddanie Ojca w Duchu. Duch, ten płynący w obie strony potok miłości między Ojcem i Synem. Jak Oni się miłują! Cała Ewangelia to wielka opowieść miłości Syna Bożego do swojego Ojca. Kto tego nie widzi, nie rozumie Nowego Testamentu. Także Msza św. to ogromny spektakl miłości Ojca i Syna w Duchu Świętym. 
Katecheci i katechetki nieustannie poszukują najodpowiedniejszego porównania, aby na lekcjach religii jak najlepiej zobrazować tę niewyobrażalną tajemnicę troistej jedności. Mówią o drzewie, które choć ma korzeń, pień i koronę to jednak pozostaje czymś jednym, pokazują dzieciom rysunek, na którym płomienie trzech świec łączą się w jeden płomień. Być może te porównania jakoś przemawiają do dziecięcej wyobraźni, ale chyba jeszcze lepszy obraz Trójcy Przenajświętszej zobaczyć można choćby w parkach. Siedzą tam na ławkach zakochani ludzie o siwych włosach. Trzymają się za pomarszczone już ręce. Prawdziwa miłość, choć na pewno nie bez konieczności nieustannego wysiłku. Ale tu już nie chodzi o młodzieńcze zakochanie, o jedynie fizyczne pragnienie, o bycie ze sobą spowodowane jedynie ludzką kalkulacją. Ktoś powie, że dwoje ludzi kochających się nawet tak czystą miłością, to nie jest najlepszy obraz Trójcy Świętej, która jest jednym Bogiem ale w trzech osobach. Nie, ci starsi ludzie spacerujący pod rękę w parkach nigdy nie są we dwoje. Są zawsze zapatrzeni w radości i kłopoty swoich dzieci i wnuków. I już do końca życia będą przeżywać egzaminy maturalne, choroby, śluby i zagraniczne wyjazdy tych, którym poświęcili swoje życie. Rok Rodziny, który przeżywamy, to także rok troski o ten najwspanialszy na ziemi obraz Boga. Z tej miłości, która łączy Ojca i Syna i Ducha wyszliśmy, w tej miłości zostaliśmy zrodzeni, za tą miłością, wiemy o tym czy nie, nieustannie tęsknimy. 
Przybiegł do mnie kiedyś młody student i z wyraźnym podekscytowaniem zapytał czy oglądałem poprzedniego dnia w telewizji ekranizację powieści "Nad Niemnem". Kiedy powiedziałem, że widziałem kiedyś ten film w kinie, zapytał czy pamiętam wstrząsającą scenę z tego filmu. Na próżno wysilałem swoją pamięć, i kiedy nic takiego nie mogłem sobie przypomnieć, on powiedział: "Bo na tym filmie jest taka scena, że dorosły już chłopak Witold Korczyński, po odbyciu bardzo szczerej i pojednawczej rozmowy ze swoim ojcem całuje go w rękę. Wie ksiądz co, nie wiem dlaczego, ale to zrobiło na mnie wielkie wrażenie". Tak sobie przypominam niekiedy tego studenta i tę scenę, która mi także utkwiła w pamięci i zastanawiam się czy jest taka poruszająca dlatego, że dziś już prawie wcale synowie nie całują swoich ojców w rękę, a może też dlatego, że każdy z nas ma gdzieś w głębi serca zapisane to, że wszyscy zostaliśmy zrodzeni z takiego właśnie pocałunku odwiecznej miłości Ojca i Syna w Duchu Świętym. My o tym może nie pamiętamy ale pamięta o tym nasze serce. Pamięta i tęskni. "Bo niespokojne jest moje serce dopóki nie spocznie w Tobie", Boże Miłości, Boże, którego imię Jedność Trzech. I tęsknią często za miłością ci, którzy pomylili to piękne słowo z pożądliwością. Tęsknią za miłosną akceptacją ci, którzy robią kariery, dorabiają się majątków, aby tylko u innych wzbudzić podziw i zachwyt, aby mieć przyjaciół, nie tyle swoich, co swoich pieniędzy. Tęsknią za bezpieczeństwem miłości ci, którzy rozpaczliwie budują wysokie mury w obawie przed wrogiem, którzy oszukują kalendarz, by uciec przed słowem "koniec". Wszyscy oni tęsknią za domem Trzech, Ojca, Syna i Ducha. Tęsknią, ale zwiedzeni przez złego pogrążają się w jeszcze większej samotności, poczuciu zagrożenia i wewnętrznym rozdarciu. Czy Tajemnica Trójcy Przenajświętszej została nam dana jedynie jako wzór dla wszelkiej ludzkiej wspólnoty? Czy ma ona dla nas być jedynie wzniosłą ideą, ukojeniem tęsknot? Jedna z najsłynniejszych ikon świata, Trójca Święta Andrieja Rublowa, przedstawia Boga jako trzech aniołów siedzących przy jednym stole. Obraz nasycony jest głęboką symboliką, ale jeden znak przemawia szczególnie mocno. Oto aniołowie siedzą przy stole, który ma cztery krawędzie. Jedna z nich, ta od strony patrzącego na ikonę, pozostaje pusta. Czyżby to jakieś niedopatrzenie ze strony malarza? Nie. Ta czwarta krawędź czeka na ciebie. Bóg, Trójca Święta czeka na ciebie przy stole gdzie pokój, harmonia i jedność. Ale gdzie znaleźć można drogę prowadzącą do tego stołu? Przed kilku laty byłem na autokarowej pielgrzymce z grupą niewidomych dzieci. W czasie postoju, kiedy rozmawiałem z jedną z opiekunek, podeszła do nas niewidoma dziewczynka i powiedziała "Czy mogę sobie księdza obejrzeć". Stanąłem w wielkim zakłopotaniu. Cóż odpowiedzieć niewidomemu dziecku, które zwraca się z taką prośbą? Wychowawczyni, widząc moją rozterkę szepnęła mi cicho: Niech się ksiądz trochę pochyli. Kiedy tak uczyniłem, dziewczynka, swoją małą rączką zaczęła mnie pilnie oglądać. Już po chwili wiedziała ile mam guzików w sutannie, ile wstążek jest w moim brewiarzu. 
Kiedy to dziecko tak mnie sobie "oglądało" wtedy uświadomiłem sobie, że Bóg też uklęknął przed nami. Dwa tysiące lat temu w Betlejem. Pochylił się nad nami jak ojciec pochyla się nad dzieckiem, by go przytulić ramieniem i dźwignąć do góry. 
Jezus Chrystus jest Drogą, który wiedzie do Domu miłości Trzech. To on wprowadza do tajemnicy Boga wszystkich, którzy pozwolą Mu się wziąć na ręce. Dzieje się to szczególnie na każdej Mszy św. Jest ona czymś więcej niż tylko spektaklem Bożej miłości. Eucharystię można porównać do sytuacji kiedy głodne, wystraszone dzieci, przyglądają się nieśmiało z daleka wytwornej uczcie bogatych ludzi. Ktoś wstaje od stołu, podchodzi do nich, przytula ramieniem i zaprasza do stołu. 
My także przychodzimy do kościoła z sercem pełnym żalu, goryczy. "Co to się na tym świecie porobiło, jakie to czasy nastały" - mówimy. Przychodzą do kościoła żony, które usłyszały od mężów słowo - żegnaj, przychodzą dzieci, którym rodzicielska miłość objawia się tylko w banknotach. 
Eucharystia sprawowana jest w domach opieki społecznej, gdzie starzy ludzie na daremno wyglądają przez okna w niedzielne popołudnia. Im wszystkim Chrystus mówi: "Chodź, ja Cię przygarnę do stołu miłości, tej prawdziwej, bezwarunkowej". 
Trudno mówić homilię o największej z Tajemnic. Niech więc dokończeniem tych słów będzie to, co dokona się tu na białym ołtarzu w tym kościele. Msza Św., to obok rodziny najwspanialszy obraz Przenajświętszej Trójcy. To nawet coś więcej niż tylko obraz. To próg do świata, o którym tak pisał poeta: 
"Przy stole gdzieś tak blisko trwa 
Rozmowa w której słowo Ty 
Piękniejsze jest niż słowo Ja 
Tak brzmi. 
Tak cudownie brzmi miłości Bożej świat. 
Tam Ojcu jest posłuszny Syn 
Synowi tam wtóruje Duch 
Ojciec znajduje szczęście w tym 
Że tak miłowany jest w rozmowie tej bez słów. 
Przy stole jedno miejsce jest 
To Oni, 
On zaprasza cię 
Byś siadł i ogrzał dłonie swe 
Bo tam, tylko tam wypełnia miłość pustkę serc". Amen. 

 

maja 28, 2021

Niedziela Zesłania Ducha Świętego (B) - "Ja Was posyłam"

maja 28, 2021

Niedziela Zesłania Ducha Świętego (B) - "Ja Was posyłam"
. "Pokój Wam; jak Ojciec mnie postał, tak i Ja Was posyłam" Drodzy w Chrystusie Panu Siostry i Bracia! Słowa Chrystusa Pana kierowane do nas w liturgii Uroczystości Zesłania Ducha Świętego są nie tylko pięknym pozdrowieniem; są nie tylko owocem i radością Zmartwychwstania. Słowa te to przede wszystkim dziedzictwo posłannictwa. Zobowiązanie - a może drogowskaz w/g którego powinniśmy kierować nasze kroki ludzkiego i chrześcijańskiego życia. Posyłam Was tam, gdzie inni iść nie mogą; posyłam Was tam, gdzie inni iść nie chcą; posyłam Was do ubogich, odrzuconych, chorych i grzesznych. Posyłam Was tak, jak Ojciec mnie posłał. Moi Drodzy! Istnieją w życiu ludzkim sytuacje i problemy, które ujawniają się nie tylko w jakimś określonym czasie, albo dla określonej osoby. Istnieją problemy i sytuacje z którymi stykają się ludzie zawsze. Istnieją ludzie, którzy w takich sytuacjach potrafią jednoznacznie znaleźć miejsce przez swoje czyny i słowa, swoje działanie i postępowanie, przez swoje życie. Ludzie którzy nie ujawnili tych problemów, ale którzy nadali kierunek, wskazali jak w sytuacjach czasami bez wyjścia postępować. Wiele nazwisk nasuwa się na ustach: św. Franciszek z Asyżu, Edyta Stein, Maksymilian Kolbe, Matka Teresa z Kalkuty, Martin Luter King i może Ojciec Damian Devester, którego Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił światu błogosławionym. Przez 16 lat żył i pracował O. Damian wśród odrzuconych, wśród ludzi, których dotknęła straszliwa choroba - trądu. I choć mimo, że od śmierci Jego minęło już ponad 100 lat, ciągle znajdują się ludzie, których inspirowało Jego życie; życie w walce z niesprawiedliwością społeczną; w walce z każdą formą dyskryminacji; w walce z życiem bez miłości. Niektórym jest może znana postać O. Damiana Devestera ze Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi z książki Wilhelma Zimmermana Ojciec Damian. Ten belgijski misjonarz, kierowany pragnieniem służenia Bogu w miłości bliźnich nie chciał bezczynnie przyglądać się sytuacji, w której ludzie wyrwani brutalnie z ognisk rodzinnych zostają wyrzucani poza margines praw - i nie chciał zaakceptować, że ludzie chorzy stojący pod bramą śmierci muszą pozbyć się człowieczeństwa. Dla, O. Damiana było to nie do zniesienia, bo On wierzył w Boga; w Boga, który ma serce -który pała miłością do każdego człowieka. On wierzył w bóstwo i człowieczeństwo Jezusa z Nazaretu, który po to przyszedł na świat, aby ten świat wyzwolić z nędzy, ubóstwa i grzechu. On wierzył w Boga, który złamał wszelkie normy nieludzkiego prawa; który siadał za jednym stołem z grzesznikami i celnikami; który nie mówił o karze Bożej ale uzdrawiał chorych i przebaczał grzechy; dla którego nie było przypadków beznadziejnych; dla którego każdy mary grzeszny człowiek przedstawiał ogromną wartość i jeżeli wiara w tego Boga miałaby być urzeczywistniona, to o Bożej miłości, o Jego wielkim Miłosierdziu nie można było tylko mówić, ale trzeba było ciągle i musi się tą miłością i miłosierdziem żyć i nim się dzielić. 16 lat na Wyspie Molokai - 16 lat młodego życia bez miłości, na wyspie bez perpektyw, na wyspie odrzucenia, gdzie ludzkie ciało gnijąc nie doznało szacunku i miłości, a dusza wyzuta z wszelkich ideałów - skazana była na potępienie i obojętność. I w ciągu tych lat swojego misjonowania; w ciągu tych lat oderwania; w ciągu tych lat życia z trędowatymi - nauczył ich Ojciec Damian szacunku dla własnego życia, szacunku dla własnej choroby i szacunku dla drugiego człowieka. Z wyspy beznadziejności, z piekła na ziemi pragnął uczynić miejsce spotkania z Bogiem - miejsce, w którym wszyscy mają to samo prawo, tą samą godność - miejsce, w którym można się cieszyć tym kim się jest, tym co się osiągnęło i posiada - miejsce - które może być przecież rajem na ziemi. Drogi Bracie i Siostro! Czy wyobrażasz sobie siebie pośród ludzi odrzuconych, chorych trędowatych; pośród ludzi którzy myślą i wierzą inaczej? Czy wyobrażasz sobie siebie z dala od ludzi, od rodziny, przyjaciół - ze świadomością, że już ich nigdy nie zobaczysz? Posyłam Was, tak jak i mnie Ojciec posłał. To wezwanie - ta propozycja - a może nakaz Chrystusa dał O. Damianowi siłę, moc do przezwyciężania bólu, samotności, niezrozumienia, zawiści. I kiedy znamię trądu dotknęło także O. Damiana, mógł z dumą powiedzieć: "Ja trędowaty, odrzucony, chory - ja, który doznałem Boskiej miłości i Boskiego miłosierdzia, ja trędowaty pośród trędowatych -wypełniłem posłannictwo". 16 lat żył i pracował O. Damian Devester wśród trędowatych na wyspie śmierci. Z nimi dzielił stół i życie; z nimi podzielił się w końcu tajemnicą śmierci. Jeżeli On nikogo z trędowatych nie uzdrowił i jeżeli nikogo nie zachował przed śmiercią (uchronił przed śmiercią) – pozwolił im żyć i to żyć w godności. Jeżeli w tym roku świętować będziemy uroczystość wyniesienia O. Damiana - Sercanina z Tremelau na ołtarze -nie chcemy czcić Go - jak tylko bohatera postawionego na cokole historii; chcemy Go czcić jak człowieka, który zaimponował światu. W czasach, kiedy ludzie chorzy, upośledzeni, niechciani, starzy - przez ludzką obojętność albo litość - zostają usuwani lub zamykani w murach opieki i w domach starców (bo nie są już nikomu potrzebni), kiedy dyskutuje się i ogranicza prawa ludzi niechcianych, inaczej myślących, szukających azylu, chorych na Aids - w czasach tych dobrze jest poznać albo przypomnieć sobie człowieka, dla którego najważniejsze było miłość i przebaczenie; dla którego było możliwe przełamanie murów bezsilności, obojętności, potępienia; który uczynił ludzkim życie ludzi - nie mających już nadziei, który szedł drogowskazem: "Posyłam Was tak - jak Ojciec mnie posłał" (J 20,21). Amen! .
Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger