marca 17, 2017

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) – „Daj mi tej wody...”



Wielki Post jest okresem głębszego spojrzenia na nasze życie, które każ­dego roku zbliża się o jeden skok śruby do swego kresu – jest czasem stawiania sobie pytań najważniejszych: po co żyjemy? jaka jest prawda naszego życia? jaka jest prawda naszego chrześcijaństwa?
Wobec tych pytań musimy zająć stanowisko – i to taką postawę, jakiej się tutaj uczymy, rozważając rzeczy istotne. Ile już razy powtarzaliśmy tutaj, że człowiek, który wierzy w Chrystusa, powinien zajmować w swoim życiu takie postawy, jakie by zajął Chrystus na je­go miejscu. Uczymy się tego przez całe nasze życie. Reflektując nad tym, pytamy w sytuacjach trudnych: co Ty byś, Panie, zrobił w mojej sytuacji – dzisiaj, w tej chwili?
Dzisiejsze czytania są tak ułożone, od pierwszego aż po ostatnie, że jeszcze raz w jakimś syntetycznym skrócie podejmują całą prawdę chrześcijaństwa. Zresztą myślę, że również prawdę ludzkiego życia. Mia­nowicie te dwa wydarzenia – pustynia i pragnienie Jezusa, też niemal na pustyni – mówią, że życie ludzkie jest podobne do pustyni. Kto ma za sobą trochę życia, ten już chyba doświadczył tej spiekoty pustynnej. Doświadczył może i klęsk, a myślę – bo jeszcze tego nie wiem – że ludzie, którzy pod wieczór życia dochodzą, doświadczają tej spiekoty coraz więcej. I wtedy ten dialog, który Jezus sam sprowokował, chcąc naprowadzić Samarytankę na istotną nić, na zasadniczy nerw życia – jest nam bliski. Proszę przypatrzeć się jeszcze raz temu, co dokonało się przy studni Jakuba.
Pan Jezus spokojnie siedzi przy studni – szósta godzina, samo po­łudnie! – nie czerpie wody, czeka. Przychodzi kobieta — i wtedy Chry­stus zaczyna: „Daj mi pić” (J 4, 7). A koniec dialogu jest odwróceniem: już nie Chrystus, ale ona mówi do Niego: „Daj mi tej wody” (J 4, 15). Dokonało się to, co się miało dokonać. Kobieta zrozumiała w tym krót­kim dialogu, że nie woda jest najważniejsza.
My doceniamy wartość dobrej wody, gdy po naszej chlorowanej na­pijemy się z prawdziwego źródła – czujemy smak wody, jak czujemy smak powietrza poza miastem. Ale nie o ten smak tutaj chodzi. My wiemy, że można żyć w epoce, kiedy wszystkie wodociągi są zachlorowane i niszczą nas zadymione powietrza. Że to nie jest jeszcze naj­większa plaga – choć jest wielką plagą. Największa tragedia jest wte­dy, kiedy człowiek nie pragnie już tego, co go przekracza. Kiedy tak się zbliżył do elementów tego świata, do tych trocin i kurzu ziemi – że tylko tym się napycha. Wtedy jest tragedia.
Tak było z Samarytanką. Pamiętacie, był taki moment, kiedy Chry­stus powiedział do niej: „Idź, zawołaj swego męża” (J 4, 16). Ona wte­dy już chyba wiedziała, przeczuwała, z kim mówi i odrzekła: „Nie mam męża — ten, którego dzisiaj mam, jest piątym z kolei” (por. J 4, 18). Otóż to właśnie! To jest ta rzeczywistość tego świata, która była, która jest i która będzie. I właśnie tej kobiecie Jezus sugeruje: jest coś wię­cej niż to, co ty znasz... Pod koniec tej rozmowy ona zaczyna mówić: daj mi tej wody, za którą ja też tęsknię, mimo, że pięciu mężów mia­łam... To nie to. Ona już wie, że to nie jest to – ale nie potrafi na­zwać tego, co ma być.
Ilu ludzi uważa, że to właśnie, co robią, da im szczęście — chociaż już wiedzą, gdy to robią, że to im szczęścia nie da. Wręcz przeciwnie: skończy się goryczą, skończy się rozpaczą, skończy się – jak często – tragedią. I czują, że gdzieś jest na pustyni źródło wody żywej, które orzeźwia. Czasem czują to ludzie niewierzący. Czasem swoją niewiarę chcą pokryć jakąś wewnętrzną dumą, że oni to wszystko już odrzu­cili – podczas gdy powinni być bardzo pokorni i bardzo milczący, tak jak wieśniak w jakiejś wielkiej hali maszyn czy dziecko wobec rozle­głego oceanu. Nic nie wiedzą – tylko jakoś dziwnie czują, że nie to da im szczęście, co myślą, że im da. Nie chciałbym zresztą sprowadzać sen­su życia do szukania szczęścia, bo to też nie o to chodzi.
O cóż więc idzie? Gdzie jest ta żyła wody żywej, o której Chrystus mówi? W pierwszym czytaniu był opis cudu Mojżesza na pustyni. Wie­cie, kim był Mojżesz. Wielkim prorokiem, mężem Bożym, którego Bóg bardzo wcześnie – długo przed Chrystusem – wyznaczył, by obwiesz­czać przez niego swoją moc. I wiecie, że kiedy lud wyszedł z ziemi egip­skiej z domu niewoli i szedł przez pustynię do Ziemi Obiecanej, ziemi wolności – zaczął konać z pragnienia. Wtedy Mojżesz uderzył laską w skałę i wytrysnęła woda. Ale – nazwał to miejsce miejscem zwąt­pienia, miejscem pokusy, bo tam Izraelici kusili Pana, mówiąc: „Czy też Pan jest rzeczywiście w pośrodku nas, czy nie?” (Wj 17, 7). Kapi­talna rzecz! Zasadniczo wtedy, kiedy Chrystus był wśród Żydów w Pa­lestynie, też można było nazwać ich miasta Massa i Meriba – miasto kuszenia i miasto zwątpienia. Stanął wśród nich, a oni zadawali te same pytania: Czy Pan jest rzeczywiście pośród nas, czy nie? Czy On może nam dać żywej wody, czy nie?
Dzisiaj jest to samo. Dzisiaj też można nazywać nasze miasta „Mas­sa i Meriba” – miasto zwątpienia, miasto pokusy, miasto rozpaczy. Do­my zwątpienia, domy pokusy, domy rozpaczy. Znamy takie. Dony, w których pytają: czy rzeczywiście jest Pan, czy Pana nie ma? Czy jest Pan i może dać wody żywej, która gasi nam pragnienie – czy nie mo­że dać?
Wszyscy wiemy dobrze, co to jest woda żywa. Symbol wody żywej wskazuje na rzeczywiste źródło: Chrystusa Zmartwychwstałego, który umarł i zmartwychwstał i JEST. „Dzisiaj, gdy Jego głos usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Ps 95,8).
Dzisiaj. Znowu dzisiaj. Jutro też powiemy: dzisiaj. I pojutrze powiemy: dzisiaj. I tak będzie do naszej śmierci, bo to „dzisiaj”, które w chwili śmierci nadejdzie, przychodzi każdego dnia. Kto Boga zna, kto się Go tak dotknie, jak Samarytanka przy źródle, bo On tu jest – ten już Go spotkał. Spotkał źródło wody żywej i spotkał to, co będzie kiedyś po śmierci, tylko sceneria będzie trochę inna: podniosą kurtynę do góry i zobaczymy – będzie człowiek z Tym, którego szuka, którego pragnie, którego chce.
My – ciągle idziemy przez pustynię, ciągle jesteśmy spragnieni i ciągle śpiewalibyśmy hymny na cześć mającej spaść z niebiosów wody – a On nam tę wodę daje. Każdemu, kto chce. I mówi: trzeba, abyście za tę wodę dziękowali, abyście oddawali Bogu kult i cześć w duchu i w prawdzie. To znaczy, abyście dziękowali życiem waszym, waszą postawą tam, kiedy będziecie poza murami kościoła. Kiedy pokarm, któryście tu przyjęli, przekształci się w pełnienie woli Ojca.
To jest właśnie to, o co chodzi. Kiedy pokarm woli Bożej staje się zasadą naszego życia poza kościołem – człowiek dochodzi do pełni szczęścia.
Nie wiem, czy to wszystko zrozumieliście tak, jak chciałem wam przekazać w tym krótkim słowie, ale tak to jest. Człowiek jest szczęśliwy wtedy, kiedy pilnuje swoich pięciu owiec, kiedy ma swój wyznaczony posterunek, swoją misję, kiedy ma swój konkret. I kiedy jest wierny temu, co robi. Szczęście człowieka nie jest na bezdrożach gwiezdnych. Jest ono – jak mówi przysłowie francuskie – w małych dolinkach. W miłości, w przyjaźni, w czynieniu dobrze. A dzieje się tak wtedy, kiedy moc Chrystusa Zmartwychwstałego przynagla nas.
Oto są te perspektywy chrześcijańskie, które trzeba mieć stale przed oczyma. One ukazują nam sens w okresach niemal powszechnego relatywizmu, nieładu, przewartościowania wszelkich wartości – i dają nam cichą radość, taką, jaką mieli pierwsi chrześcijanie, kiedy Neron szalał, a oni mieli radość z posiadania prawdy i z ukochania Chrystusa. 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger