kwietnia 19, 2019

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego - Chrystus żyje i zbawia!

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego - Chrystus żyje i zbawia!
"Pan naprawdę zmartwychwstał, Alleluja!" Chrystus umęczo­ny i ukrzyżowany zmartwychwstał po trzech dniach i zatrium­fował nad śmiercią, nad siłami ciemności, nad lękiem i cier­pieniem... Jest to święto naszego zbawienia, fundamentalna praw­da naszej wiary, z której czerpiemy moc, odwagę i radość w naszej codziennej chrześcijańskiej misji głoszenia światu tej najważ­niejszej prawdy, że Chrystus żyje i zbawia!
Ukochani Bracia i Siostry! Dzielimy więc między sobą radość płynąca z tego święta, pró­bując mozolnie i konsekwentnie - dzień po dniu - pokonywać każdą pokusę osłabienia w nas owej radości i mocy; pokusę, która zrodzić się może w sercu człowieka pod wpływem konfrontacji ze złem obecnym w świecie. Jako chrześcijanie jesteśmy również świadomi, że prawda Zmartwychwstania Jezusa pozostaje do dzisiaj, z różnych powodów, nieczytelna bądź niedostępna. Dla wielu ludzi, niestety, pusty grób Jezusa nie oznacza jeszcze praw­dy Zmartwychwstania. Dotkliwie odczuwając dramat swego życia, stają na progu jego beznadziei, przekonani o nieobecności Boga w świecie. Może się nawet niekiedy wydawać, że niektórym jakby odpowiada to kontemplowanie pustego grobu. Nie przypadkowo o twórczości najpopularniejszego dramaturga naszych czasów - Becketta, powiedziano, że ukazał w swojej twórczości człowieka uwię­zionego pomiędzy Wielkim Czwartkiem a Wielkim Piątkiem. Mo­żemy śmiało dopowiedzieć: człowieka, który nie usłyszał jeszcze brzmienia dzwonów w Niedzielę Zmartwychwstania. Zresztą, w poważnej części twórczości literackiej naszych czasów obecne jest owo Beckettowskie «misterium rozczarowania» - poczynając od pamiętnych fraz Eliota: "I tak kończy się świat, nie hukiem, ale skomleniem", a skończywszy na posępnym Skowycie Ginsberga, będącym jeszcze nie tak dawno hymnem kontestującej młodzieży.
Tak, jak gdyby nie było nigdy owego poranka, o którym piszą i świadczą swoim życiem naoczni świadkowie tamtego wydarze­nia, którzy do końca swoich dni nie mogli zapomnieć szalonego biegu Magdaleny z okrzykiem na ustach: "Widziałam Pana!" (J 20,18). Tak jak gdyby nie było nigdy nieoczekiwanego powrotu uczniów z drogi prowadzącej do Emaus, relacjonujących z przeję­ciem, jak Go rozpoznali przy łamaniu chleba. Tak jak gdyby nie było tych, którzy nie mogli zapomnieć Jego przybycia pomimo zaryglowanych drzwi...
Spróbujmy spojrzeć w świetle Ewangelii na przyczynę tej dominującej obecnie perspektywy "pustego grobu". Za pomocą relacji z wydarzenia pod Emaus, Ewangelia podpowiada nam, iż nie dostrzeżemy Zmartwychwstałego Jezusa, jeśli nasze oczy pozo­staną "niejako na uwięzi" (Łk 24, 13). Prawdę tę potwierdza w odczytanym dziś fragmencie św. Jan, zwracając naszą uwagę na sposób, w jaki się "patrzy" na pusty grób Jezusa.
Maria Magdalena, patrząc po raz pierwszy na pusty grób, zdolna jest dostrzec jedynie odwalony kamień. Gdy przerażona powraca z cmentarza, wypowiada dokładnie takie samo zdanie, które później w formie plotki, będzie rozpowszechniane przez wro­gów Jezusa: "Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie go położo­no" (J 20,2). Sensacja, jaką wzbudziła relacja Magdaleny, powo­duje, że do pustego grobu przybywają kolejno, "drugi uczeń" i Szymon Piotr, ale i oni przy pierwszej konfrontacji z rzeczywistoś­cią nieobecności ciała Jezusa w grobie, "patrzą na płótna i chustę, zamknięci, jak później uczniowie idący do Emaus, w swoim uwię­zionym patrzeniu". Św. Jan podkreśla ten fakt poprzez użycie tego znaczenia wyrazu "zobaczyć", które wskazuje w języku greckim na "materialne" widzenie świata. Dopiero, za kolejnym razem ów drugi uczeń "ujrzał i uwierzył" (J 20,8), bo, jak wyjaśnia ewan­gelista, dotąd nie rozumiał Pisma.
Widzimy więc, Moi Drodzy, że nasz świat, jeżeli już tak często koncentruje się na beznadziei pustego grobu, a nawet, choć brzmi to niepraw­dopodobnie, "gustuje" w jego mrocznej pustce, to tylko dlatego, że "patrzy" na prawdę pustego grobu oczami niewiary, nie wsłuchu­jąc się w to, co mówią Pisma.
Z dalszej części czytanego dzisiaj fragmentu Ewangelii dowia­dujemy się, jak to Magdalena "ujrzała" Zmartwychwstałego Jezu­sa, a On nakazał jej: "udaj się do moich braci i powiedz im" (J 20, 17). Także i my, którzy spotkaliśmy w naszym życiu Chrystusa zmartwychwstałego, mamy jak Maria Magdalena głosić w świecie, że Pan zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy. Mamy to czynić tym bardziej, że nasz czas - co podkreślił Ojciec św. na spotkaniu młodzieży w Denver - "to nie jest czas wstydzenia się Ewangelii" (Rz 1,16), ale czas głoszenia jej na dachach!
Ukochania Bracia i Siostry! Pan rzeczywiście zmartwychwstał i pozostał ze swymi ucznia­mi, którzy wyczuwali Jego bliskość, chociaż nie potrafili Go uchwycić ani opisać dokładnie Jego obecności. Chrystus Zmar­twychwstały wykracza poza granice świata, który można bezpoś­rednio ująć zmysłami. Stąd niedokładności i pozorne sprzeczności w opowiadaniach ewangelijnych o spotkaniach Zmartwychwstałe­go ze swymi uczniami, w czasie których Jezus wydaje się jedno­cześnie "być i nie być". Ten dyskretny sposób opisu zdaje się także przemawiać za prawdziwością Zmartwychwstania Chrystusa.
Pan rzeczywiście zmartwychwstał i jest obecny w historii jako pierwszy jej autor. Dzięki Jego mocy i światłu mógł narodzić się Kościół. Zaiste, jeżeli zaneguje się historyczny charakter Zmar­twychwstania, odbierze mu walor realnego wydarzenia, narodziny Kościoła i wiary stają się tajemnicą bardziej niewytłumaczalną niż samo Zmartwychwstanie.
"Idea, że imponująca budowla historii chrześcijaństwa jest niczym ogromna piramida wspierająca się niepewnie na fakcie bez znaczenia, jest mniej wiarygodna niż stwierdzenie, że Zmartwych­wstanie miało faktycznie miejsce w historii, porównywalne do tego, które mu przyznaje Nowy Testament" (C.H. Dodd).
Pan rzeczywiście zmartwychwstał!
Kochani moi! Módlmy się i życzmy sobie dzisiaj, aby Chrystus obdarzył nas wiarą w Jego Zmartwychwstanie i pozwolił doświadczyć Jego obecności. W ten sposób będziemy mogli przezwyciężyć każdą roz­pacz i smutek i być zwiastunami nadziei i budowniczymi cywiliza­cji życia. Amen.

kwietnia 19, 2019

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego - Śmierć zwyciężona

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego - Śmierć zwyciężona
Patrzę na wielki Krzyż przy Grobie. Na nim zawieszona czerwona stula. Symbol władzy i zwycięstwa. Imponujący grób, licznie odwiedzany przez mieszkańców miasta.
Są groby cieniem wspaniałych piramid znaczone.
Są groby, nad którymi wody oceanów szumią...
Są groby misterną rzeźbą marmurów lśniące...
i skromne - zwykłą zieloną murawą okryte...
Są groby przeklęte przez miliony...
i błogosławione - chwałą osnute...
Są groby przez warty strzeżone i takie, obok których
tylko zwierz dziki przechodzi w lasach i przepaściach górskich...
Kogo w tych grobach nie ma?...
i dzieci maleńkie i starcy...
 
Reymont wśród chłopów, Żeromski z piórem w ręku, Solski z krzyżykiem, mistrzowskie ręce Chopina i Moniuszko ze Strasznym Dworem... Dostojni królowie z dziejów Polski w Wawelskiej katedrze... I prochy spalonych męczenników w ostatniej wojnie...
Wszyscy w grobach: twardzi Ślązacy, dzielni Kosynierzy krakowscy i spokojni Kaszubi... Wielkopolska, Kujawy i Podlasie wśród grobów... Warszawa - na grobach... Piękny Paryż otoczony grobami... Groby na Monte Cassino... Wśród kwitnących jabłoni i wiśni - straszny grób - Hiroszima... I po dziś dzień nowe otwierają się groby... w Katyniu, Ostaszkowie czy Starobielsku - groby niewinnie straconych na Wschodzie... i groby w Armenii - znaczone tragedią trzęsienia ziemi, groby - a właściwie zbiorowe mogiły ofiar katastrof lotniczych i samochodowych...
Ponury byłby to widok, straszny widok - gdyby wśród tych grobów nie znalazł się ten jeden grób - leżący na ziemi palestyńskiej, u stóp Kalwarii...
Grób - który głosi wielką radość: „Nie lękaj się, śmierć zwyciężona!"
Ukochani Bracia i Siostry! Dwa tysiące lat temu znalazł się wśród tych rozrzuconych kości Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus. Spoczął w ciszy kamiennego grobu na Kalwarii, ale nie na długo. Bo oto trzeciego dnia Zmartwychwstał. Znad Jego Grobu, Anioł Strażnik ogłasza całemu światu „Powstał z martwych... nie ma Go tu"...
Wstał z całym triumfem - i to była Wielka Noc!!! Wśród tylu innych nocy, z których rodzą się nasze święta - tylko o tej jednej mówimy, że jest wielka. Tę Noc chwalił wczoraj Kościół ustami diakona: „O zaiste błogosławiona noc. Noc. która oddala zbrodnie, zmywa winy, przywraca niewinność upadłym, a radość smutnym. Noc, która rozprasza nienawiść, usposabia do zgody i ugina potęgi. Noc, w której łączą się sprawy nieba i ziemi, sprawy Boże z ludzkimi. Całą niejako treść chrześcijaństwa Kościół przypisuje tej Nocy! To, że chrześcijaństwo ż yj e... A nasza tu obecność jest tego żywym dowodem!
Moi Drodzy! Dzisiaj promień Zmartwychwstania Chrystusa - pada na żałosny, smutny świat, na przybytek rezygnacji, na zuchwałe i niemądre wystąpienia, na ludzi żyjących w zwątpieniu..., na opuszczających Ojczyznę, szczególnie ludzi młodych... nie widzących perspektyw... i na ludzi, którzy rozmyślnie tłumią wielkie i szlachetne pragnienia swych serc. padł również na tych, co szczycą się swoją niewiarą - padł na cały kulturalny świat, na rzesze inteligencji, która nieraz uważa wiarę za ciężkie jarzmo, na tych co nadzieję życia wiecznego uważają za iluzję.
Ten promień Zmartwychwstania rozjaśnia świat. ZMARTWYCHWSTANIE - mówi nam, że Bóg jest Życiem! Śmierć Go nie dotyka. Bóg nie stworzył śmierci, lecz ją tylko dopuścił jako zapowiedzianą karę za grzech. Bóg jest przeciwnikiem wszelkiej śmierci.
Wprawdzie dopuszcza śmierć pożółkłego listka, ale tylko po to, by wiosną na miejscu „śmierci" życie zakwitło nowymi barwami, głosami i radością...
Dopuszcza nawet na człowieka śmierć jego ciała, lecz tylko po to, by to ciało kiedyś mogło powstać - przemienione, niejako odświeżone, do wiecznego już życia.
Zmartwychwstanie Chrystusa objawiło światu potęgę Ducha - właśnie w tym momencie, kiedy Jego dusza dotknęła martwego ciała - w tym momencie okazał się Zwycięzcą Śmierci.
I to jest PRAWDA dla nas wszystkich! Zwycięstwo Ducha nad materią, nad ciałem... Nasze czasy wciąż wołają o taki cud. By zmaterializowanej kulturze przypomnieć starą prawdę, że Nieśmiertelny Król Wieków panuje nad czasowym światem materii, że zawsze duch ma pierwszeństwo przed ciałem. Duch ludzki - dusza ludzka - to iskra najdoskonalszego życia na ziemi, która wyszła spod samego serca kochającego Boga. Dusza ludzka - to nie skarb odkryty na ziemi, to nie dzieło ludzkiego pochodzenia, dusza - to dzieło Mistrza, pierwsze i ukochane! Z ludzką duszą jest podobnie jak z dziełami malarza. Artysta malarz może mieć setki obrazów przez siebie wykonanych - wszystkie może wysłać na wystawę, ale ma jeden obraz, którego nie pozwala nikomu nawet dotknąć - sam opakowuje. sam go na wystawę zawozi - to jest jego pierwszy obraz, w który włożył swą duszę...
I dusza ludzka, która ma swój początek w akcie Stworzenia - ma swój początek w człowieku. Początek dopiero - a z tego początku ma się rozwijać... aby powstało Człowieczeństwo - poprzez wysiłek samego czło­wieka wsparty Bożą Łaską.
Cała nasza wiara opiera się na fakcie Zmartwychwstania. „GdybyChrystus nie Zmartwychwstał, próżna byłaby nasza wiara i - jak dodaje św. Paweł - próżne nasze przepowiadanie" (1Kor 15,14). Tak Ukochani! My nie chcemy przepowiadać martwego Chrystusa.
Cud zmartwychwstania sięga głębiej: Dynamika, która rozsadziła grób (prócz Boga nikt z grobu nie wstał) przenika do ludzkiego życia. Cud Zmartwychwstania Chrystusa przedłuża się w cudzie zmartwychwstania nas. ludzi. Na dnie naszej duszy Bóg się zakorzenił, powstało tam nowe zmartwychwstałe życie, które nas dźwiga ku szczytom od momentu Chrztu świętego.
Właśnie o to chodzi, by zrozumieć, że wydarzenie dokonane przez Jezusa jest tak potężne, że sięga dzisiaj, po dwóch tysiącach lat nas wszystkich. My wszyscy zmartwychwstaliśmy w Chrystusie. Dzisiaj - dla tych, którzy odwalili kamień grzechu i szczerze wyznali swoje grzechy - święta Zmart­wychwstania są pełną radością... Dla innych - pozostał pusty Grób - bez Jezusa... Ale może się jeszcze zapełnić Chrystusem - przez  S p o w i e d ź... Ze strony Boga nie ma żadnej trudności. Jest gotowy odwalić kamień grzechu i wpuścić do duszy grzesznika promień Swojego Światła - i dać ŻYCIE - SIEBIE samego w Eucharystii...
Najmilsi!
Odwalony kamień grobu Chrystusowego - to fundament naszej wiary. Jeżeli biedny, wątpiący świat nie potrafi ufać szczerym wyznaniom niewiast, i czterech Ewangelistów - musi przynajmniej uwierzyć f a k t o m...
Kto z uwagą wsłuchiwał się w dzisiejsze wspaniałe czytania zauważył, że człowiek, na którym dokonało się Zmartwychwstanie, chce właśnie drugie­mu człowiekowi powiedzieć, chce się z nim podzielić, chce mu zwiastować ten fakt! „Maria Magdalena udała się do grobu, a potem od grobu pobiegła do Szymona Piotra i do Jana, którego Jezus miłował i rzekła im... (J 20, 1-2) nowinę o Zmartwychwstaniu..."
Chrystus, o którym mówiła, był po prostu „ciepły", wyjęty z ust i dany drugiemu człowiekowi. To nie była tylko Ewangelia słów. teoryjek, ale Ewangelia Faktu, z jakże prostego argumentu: „Myśmy z Nim jedli i pili..."
Proszę pomyśleć, czy nasze dramaty i kryzysy religijne nie rodzą się z tego, że nigdy w życiu nie odczuwaliśmy dynamiki tego wydarzenia, które z grobu, od Zmartwychwstałego, idzie ku ludziom i w ludziach płonie jak gorejąca lawa. Kto miał rodziców, którzy nie tylko formułkami wierzyli, ale wierzyli żywą wiarą, kto spotkał takich chrzestnych rodziców, takich katechetów, takich ludzi, takie wspólnoty żywe, chrześcijańskie - ten wie. czym jest wiara żywa! Wiara zapala się od wiary, jak ogień od ognia, a nie jak formułka od formułki, nie jak paragraf od paragrafu, nie jak nakaz od nakazu, czy zakaz od zakazu. Ogień od ognia! Tak, jak wczoraj od paschału zapalaliśmy małe świece. I każdy z nas dobrze wie, że jeśli zabrakło tego ognia, to pomimo Chrztu zgasło wszystko, spopielało - wcześniej czy później... Te kryzysy ludzi młodych, osiemnasto- czy dwudziestoletnich, kiedy nikt z boku nie potrafi zapalić czy dmuchnąć w ten ogień, w tę iskrę, żeby się rozpaliła! Wszystko gaśnie...
Najmilsi!
Wielkanoc jest dniem nie tylko słów, ale i czynów, a ten czyn jest mocny jak śmierć i triumfalny, jak życie. W radosnych blaskach Zmartwychwstania - z uczuciem kapłańskiej - duszpasterskiej wdzięczności, spoglądamy na wyniki waszej pracy i odnowy ducha... W tym odnowionym duchu przesyłamy Wam drodzy Chorzy, Samotni, Smutni, Więźniowie w miejscach odosobnienia, Wam żołnierze pełniący służbę i wszystkim tworzącym naszą Wspólnotę Parafialnego Kościoła - Wielkanocne Życzenia pełnego uczestnictwa w Łasce Bożej, życzenia pomocy Bożej w usuwaniu kwasu złości i pielęgnowania ducha szczerości i prawdy... By codzienne urzeczywistnianie tego ducha wielkanocnej odnowy, pozwoliło współpraco­wać z Chrystusem i sprowadziło pełnię Królestwa Bożego na ziemię... Niech Zmartwychwstały Chrystus odpowie wszystkim tęsknotom Waszego życia: do WOLNOŚCI, do RADOŚCI, do PRAWDY - i niech Wam daje skrzydła nadziei - na przyszłość! Niech będzie Zmartwychwstaniem i Życiem dla każdej duszy, natchnieniem kultury duchowej, postępu ku coraz lepszemu i bardziej godnemu życiu wszędzie tam, gdzie jesteście - czy w kraju, czy na obczyźnie... W tę Wielką Noc roku 2019... Obyśmy umieli ją godnie przeżyć, i świętować, a nie tylko „spędzać w tradycyjnej rodzinnej atmosferze przed telewizorem w „Kamiennym kręgu"... Niech Wasze serca rozgłaszają radosne Alleluja - Jezus Żyje! Alleluja Zbawcy Zmartwychwstałemu w na­szych duszach. Alleluja. Amen.

kwietnia 19, 2019

Wielka Sobota - Prawda o Zmartwychwstaniu

Wielka Sobota - Prawda o Zmartwychwstaniu
Cisza Wielkiej Soboty, w której jak gdyby wyraża się zdumie­nie natury nad spoczywającym w grobie Zbawicielem, przygoto­wuje nas na wybuch radości paschalnej, która osiąga szczyt w dzi­siejszej liturgii. Jest ona streszczeniem istoty chrześcijaństwa. Wydarzenia, które dokonały się w Jerozolimie prawie dwa tysiące lat temu, tej właśnie Nocy, dały podstawę do określenia jej mianem Wielkiej. Czterdzieści dni przygotowania paschalnego prowadziło do przeżycia tego właśnie święta. Misja Jezusa Chrystusa ukazuje się w pełni w perspektywie zdarzenia Wielkiej Nocy. Nasza życiowa pielgrzymka, jej radości i trudy nabierają właściwego znaczenia tylko wtedy, gdy spoglądamy na nie w świetle Zmartwychwstania Chrystusa.
Starożytna tradycja chrześcijańska Noc tę określała mianem Wigilii, czyli czuwaniem. Aby podkreślić taki charakter spotkania, wierni przynosili świece, które zapalane od paschału wyrażały postawę oczekiwania na Pana, który zapowiedział powrót w chwa­le. Liturgia światła stanowi pierwszą część obrzędów Wigilii Pas­chalnej. Po niej następuje liturgia Słowa, w tym dniu szczególnie bogata, ukazująca wypełnienie się obietnic Boga w historii Jego spotkań ze swoim ludem: od stworzenia świata, poprzez dzieje Narodu Wybranego aż po Nowe Przymierze z Kościołem założo­nym przez Jezusa Chrystusa. Starożytne wspólnoty chrześcijan wykorzystywały czterdzieści dni czuwania paschalnego jako czas intensywnego przygotowania kandydatów do chrztu świętego. Noc Paschalna była momentem uroczystego sprawowania tego sakra­mentu. Ta część liturgii uświadamia nam, że to właśnie dzięki ofierze Chrystusa możemy zaliczyć się do rodziny Bożej, gdzie poprzez chrzest święty stajemy się dziećmi Boga. Radość ze zjed­noczenia z Ojcem wyraża się udziałem w liturgii eucharystycznej stanowiącej ostatnią część dzisiejszych obrzędów. Chrystus po­przez śmierć i Zmartwychwstanie pokonał największego wroga człowieka - szatana, a wraz z nim grzech. Karmiąc się Ciałem Pańskim, mamy już tu, na ziemi, udział w Jego zwycięstwie i rękojmię pełnego zjednoczenia po tym życiu w Królestwie Jezusa Chrystusa.
Cud Zmartwychwstania dokonał się pod osłoną nocy. Dlatego dzisiejsze święto nosi tę właśnie nazwę. Nikt z ludzi nie był świadkiem faktu Zmartwychwstania. Dla najbliższych i przyjaciół Mistrza z Nazaretu świadectwem cudu był otwarty i pusty grób. Kobiety, które przyszły oddać "ostatnią posługę" Ciału Jezusa stały się pierwszymi świadkami cudu. Zmartwychwstanie Jezusa, które może być wyjaśnione tylko faktem bezpośredniej interwencji Boga, Stwórcy i Pana natury, zadziwia również sposobem jego proklamacji. Z ludzkiej perspektywy najmocniejszym argumentem na potwierdzenie prawdziwości misji ze strony Jezusa byłoby pokazanie się Piłatowi i Sanhedrynowi w Swoim Zmartwychwsta­łym Ciele. Bóg jednak daleki jest od takiego sposobu pos­tępowania. Do współpracy w dziele Objawienia zaprasza człowie­ka. Grono najbliższych uczniów, tych, których przygotował w czasie działalności publicznej w swojej "szkole", ma być świadkami największego cudu w dziejach ludzkości. Jeszcze raz okazuje się, że Bóg działa w ciszy, z łagodnością i cierpliwością. Pozwala się znaleźć tym, którzy z wytrwałością podążają Jego śladami.
"Pan naprawdę zmartwychwstał, Alleluja!" Chrystus umęczo­ny i ukrzyżowany zmartwychwstał po trzech dniach i zatrium­fował nad śmiercią, nad siłami ciemności, nad lękiem i cier­pieniem... Jest to święto naszego zbawienia, fundamentalna praw­da naszej wiary, z której czerpiemy moc, odwagę i radość w naszej codziennej chrześcijańskiej misji głoszenia światu tej najważ­niejszej prawdy, że Chrystus żyje i zbawia!
Ukochani Bracia i Siostry! Dzielimy więc między sobą radość płynąca z tego święta, pró­bując mozolnie i konsekwentnie - dzień po dniu - pokonywać każdą pokusę osłabienia w nas owej radości i mocy; pokusę, która zrodzić się może w sercu człowieka pod wpływem konfrontacji ze złem obecnym w świecie. Jako chrześcijanie jesteśmy również świadomi, że prawda Zmartwychwstania Jezusa pozostaje do dzisiaj, z różnych powodów, nieczytelna bądź niedostępna. Dla wielu ludzi, niestety, pusty grób Jezusa nie oznacza jeszcze praw­dy Zmartwychwstania. Dotkliwie odczuwając dramat swego życia, stają na progu jego beznadziei, przekonani o nieobecności Boga w świecie. Może się nawet niekiedy wydawać, że niektórym jakby odpowiada to kontemplowanie pustego grobu. Nie przypadkowo o twórczości najpopularniejszego dramaturga naszych czasów - Becketta, powiedziano, że ukazał w swojej twórczości człowieka uwię­zionego pomiędzy Wielkim Czwartkiem a Wielkim Piątkiem. Mo­żemy śmiało dopowiedzieć: człowieka, który nie usłyszał jeszcze brzmienia dzwonów w Niedzielę Zmartwychwstania. Zresztą, w poważnej części twórczości literackiej naszych czasów obecne jest owo Beckettowskie «misterium rozczarowania» - poczynając od pamiętnych fraz Eliota: "I tak kończy się świat, nie hukiem, ale skomleniem", a skończywszy na posępnym Skowycie Ginsberga, będącym jeszcze nie tak dawno hymnem kontestującej młodzieży.
Tak, jak gdyby nie było nigdy owego poranka, o którym piszą i świadczą swoim życiem naoczni świadkowie tamtego wydarze­nia, którzy do końca swoich dni nie mogli zapomnieć szalonego biegu Magdaleny z okrzykiem na ustach: "Widziałam Pana!" (J 20,18). Tak jak gdyby nie było nigdy nieoczekiwanego powrotu uczniów z drogi prowadzącej do Emaus, relacjonujących z przeję­ciem, jak Go rozpoznali przy łamaniu chleba. Tak jak gdyby nie było tych, którzy nie mogli zapomnieć Jego przybycia pomimo zaryglowanych drzwi...
Spróbujmy spojrzeć w świetle Ewangelii na przyczynę tej dominującej obecnie perspektywy "pustego grobu". Za pomocą relacji z wydarzenia pod Emaus, Ewangelia podpowiada nam, iż nie dostrzeżemy Zmartwychwstałego Jezusa, jeśli nasze oczy pozo­staną "niejako na uwięzi" (Łk 24, 13). Prawdę tę potwierdza w odczytanym dziś fragmencie św. Jan, zwracając naszą uwagę na sposób, w jaki się "patrzy" na pusty grób Jezusa.
Maria Magdalena, patrząc po raz pierwszy na pusty grób, zdolna jest dostrzec jedynie odwalony kamień. Gdy przerażona powraca z cmentarza, wypowiada dokładnie takie samo zdanie, które później w formie plotki, będzie rozpowszechniane przez wro­gów Jezusa: "Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie go położo­no" (J 20,2). Sensacja, jaką wzbudziła relacja Magdaleny, powo­duje, że do pustego grobu przybywają kolejno, "drugi uczeń" i Szymon Piotr, ale i oni przy pierwszej konfrontacji z rzeczywistoś­cią nieobecności ciała Jezusa w grobie, "patrzą na płótna i chustę, zamknięci, jak później uczniowie idący do Emaus, w swoim uwię­zionym patrzeniu". Św. Jan podkreśla ten fakt poprzez użycie tego znaczenia wyrazu "zobaczyć", które wskazuje w języku greckim na "materialne" widzenie świata. Dopiero, za kolejnym razem ów drugi uczeń "ujrzał i uwierzył" (J 20,8), bo, jak wyjaśnia ewan­gelista, dotąd nie rozumiał Pisma.
Widzimy więc, Moi Drodzy, że nasz świat, jeżeli już tak często koncentruje się na beznadziei pustego grobu, a nawet, choć brzmi to niepraw­dopodobnie, "gustuje" w jego mrocznej pustce, to tylko dlatego, że "patrzy" na prawdę pustego grobu oczami niewiary, nie wsłuchu­jąc się w to, co mówią Pisma.
Z dalszej części czytanego dzisiaj fragmentu Ewangelii dowia­dujemy się, jak to Magdalena "ujrzała" Zmartwychwstałego Jezu­sa, a On nakazał jej: "udaj się do moich braci i powiedz im" (J 20, 17). Także i my, którzy spotkaliśmy w naszym życiu Chrystusa zmartwychwstałego, mamy jak Maria Magdalena głosić w świecie, że Pan zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy. Mamy to czynić tym bardziej, że nasz czas - co podkreślił Ojciec św. na spotkaniu młodzieży w Denver - "to nie jest czas wstydzenia się Ewangelii" (Rz 1,16), ale czas głoszenia jej na dachach!
Ukochania Bracia i Siostry! Pan rzeczywiście zmartwychwstał i pozostał ze swymi ucznia­mi, którzy wyczuwali Jego bliskość, chociaż nie potrafili Go uchwycić ani opisać dokładnie Jego obecności. Chrystus Zmar­twychwstały wykracza poza granice świata, który można bezpoś­rednio ująć zmysłami. Stąd niedokładności i pozorne sprzeczności w opowiadaniach ewangelijnych o spotkaniach Zmartwychwstałe­go ze swymi uczniami, w czasie których Jezus wydaje się jedno­cześnie "być i nie być". Ten dyskretny sposób opisu zdaje się także przemawiać za prawdziwością Zmartwychwstania Chrystusa.
Pan rzeczywiście zmartwychwstał i jest obecny w historii jako pierwszy jej autor. Dzięki Jego mocy i światłu mógł narodzić się Kościół. Zaiste, jeżeli zaneguje się historyczny charakter Zmar­twychwstania, odbierze mu walor realnego wydarzenia, narodziny Kościoła i wiary stają się tajemnicą bardziej niewytłumaczalną niż samo Zmartwychwstanie.
"Idea, że imponująca budowla historii chrześcijaństwa jest niczym ogromna piramida wspierająca się niepewnie na fakcie bez znaczenia, jest mniej wiarygodna niż stwierdzenie, że Zmartwych­wstanie miało faktycznie miejsce w historii, porównywalne do tego, które mu przyznaje Nowy Testament" (C.H. Dodd).
Pan rzeczywiście zmartwychwstał!
Kochani moi! Módlmy się i życzmy sobie dzisiaj, aby Chrystus obdarzył nas wiarą w Jego Zmartwychwstanie i pozwolił doświadczyć Jego obecności. W ten sposób będziemy mogli przezwyciężyć każdą roz­pacz i smutek i być zwiastunami nadziei i budowniczymi cywiliza­cji życia. Amen.

kwietnia 19, 2019

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia
 Dzisiaj zbliżamy się ze czcią do krzyża. Do tego, który Pan Jezus wziął na swoje ramiona. Otrzymał go od człowieka. Wziął go nie po to, aby go zatrzymać dla siebie. Przyjął i oddał go nam wyzwoliwszy od przekleństwa. Od tej chwili krzyż ma tak wiele nowych znaczeń. Jest przemieniony odwagą przyjęcia go. Ma nowy sens. Zbawczy sens. Jest znakiem miłości, która ma odwagę całkowicie siebie ofiarować.
Dzisiaj patrzymy w osłupieniu na Chrystusa odartego z naszej wiary i posłuszeństwa. Zepchniętego na margines. Bitego. Powalonego naszą nienawiścią lub obojętnością. Patrzymy na niego, jak na kogoś, kogo dawno skreśliliśmy z listy znajomych lub wykazu towarów, które chętnie byśmy nabyli.
On zawisł wyniesiony ponad niebo i ziemię. W imię miłości, która jest potężniejsza od śmierci. On rozpostarł swe ramiona, aby przygarnąć wszystkich. Tak sam chciał. Ten krzyż jest Jego oso­bistym wyborem. To nic, że cierpi w milczeniu i samotności. Jest tak, ponieważ On sam wybrał, a nie dlatego, że został do tego zmuszony. Wisi na krzyżu, bo tak chciało moje szaleństwo.
Rozpięty nad ziemią. Chrystus powołań i trudnych wyborów. W tym momencie jest tylko konsekwentny w swoich wyborach. Jest jedynie wierny temu, co głosił.
Swym niezmiernym cierpieniem potwierdza to, co nakazywał. Mówił:
- miłujcie waszych nieprzyjaciół;
- dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;
- błogosławcie tych, którzy was przeklinają;
- módlcie się za tych, którzy was oczerniają;
- dajcie każdemu, kto was prosi.
Czyż uklęknąwszy pod tym krzyżem, możemy jeszcze wątpić? Czyż możemy nadal wystawiać Boga na próbę prosząc o znaki?
Stajemy pod tym krzyżem i teraz już rozumiemy, że grzech jest sprawą poważną. Rani Serce Jezusowe. Zadaje ból. Bo czyż nie może boleć nasza niewierność i niestałość? Nasze duchowe lenistwo i lekkomyślność? Czyż może być bezowocne nasze egois­tyczne nastawienie i fałsz?
Słabość, uchybienie, grzech — dokonują w naszym życiu wiel­kiego spustoszenia. Dlatego zasmucają Serce Jezusowe.
Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: "Nie potrzebuję prze­baczenia". Byłby człowiekiem pysznym i zaślepionym. Albo świę­tym. Ale i święci modlili się: "Odpuść nam nasze winy".
Bóg jest Miłością. Jest Miłością przebaczającą. Jak mówi Seneka (O gniewie): "Okazuje grzesznikom łagodne i ojcowskie serce, gdy nie ściga ich, ale przywołuje. Nie znającego drogi i zbłąkanego wśród pól naprowadza na właściwy kierunek, a nie odpędza". Bóg temu, kto żałuje i powraca, chętnie przebacza grzech. Krzyż przypomina nam o tym. Jest czytelnym znakiem Bożego miłosierdzia. Bóg umie czekać na nas. Przywołuje nas cieniem krzyża. To także i nas zobowiązuje, byśmy w tym Go naśladowali.
Pismo św. mówi: "Zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Czy można te słowa pogodzić z naszą skłonnością do noszenia w sobie uraz i niechęci? Czy można być chrześcijaninem i jednocześnie przeliczać grzechy innych, jak srebrne monety?
"Człowiek nigdy nie jest tak piękny jak wtedy, gdy prosi o przebaczenie lub gdy sam przebacza" (Jean Paul).
Gdy więc jest nam ciężko. Gdy dotyka nas i rani grzech po­wracajmy pod krzyż. Wpatrujmy się w niego. Rozważajmy mękę Chrystusa. Prośmy Ukrzyżowanego o siłę znoszenia upokorzeń, niedostatków, trudów. Prośmy Ukrzyżowanego o to, abyśmy w doświadczeniach nie wątpili w Bożą Opatrzność. Aby krzyż przy­pominał nam o naszym zmartwychwstaniu, do którego jest drogą. Niech on uczy nas cierpliwości w nieszczęściach, mądrości przy podejmowaniu trudnych, nieraz bolesnych wyborów. Nade wszys­tko niech będzie dla nas przypomnieniem tego, że jest Ktoś, kto nas kocha tak mocno, że gotów był dla nas cierpieć i umierać.
"Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste" i dziękujemy Ci za zbawienie wysłużone nam przez krzyż.

Dobrze, jeśli umiem stanąć w obronie krzyża. To ważny symbol mojej wiary. Ale muszę go bronić z miłością. Muszę wiedzieć, dlaczego dla mnie samego jest tak ważny. Inaczej będzie to tylko obrona pewnej ideologii. Z krzyża płynie dla mnie, jako chrześcijanina, ważne przesłanie. Krzyż uczy mnie konkretnych postaw. Dziś chciałbym przypomnieć: krzyż uczy przebaczenia.
Winowajca musi uznać swoją winę, musi za nią przeprosić i przynajmniej zacząć za nią pokutować. Wtedy można mu przebaczyć. Inaczej przebaczenie jest farsą. Z taką opinią można było się spotkać podczas głośnej dyskusji na temat przebaczenia, jaka parę lat temu przetoczyła się przez polskie media. Łatwe przebaczanie można potraktować jako utrwalanie zła i niesprawiedliwości. Z drugiej strony brak przebaczenia, nawet po latach, bliski jest pragnieniu odwetu. Jak tu wyznaczyć jasną granicę?  Czy można wybaczyć, gdy sprawca nie żałuje?
W opowiadaniach o męce i śmierci Jezusa w aspekcie przebaczenia szczególnie dwa momenty przykuwają uwagę czytelnika. Oba miały miejsce, gdy Jezus wisiał już na krzyżu. Pierwszy to rozmowa Jezusa ze skruszonym łotrem.
Bardzo często myślimy o niebie jako o nagrodzie. Nagrodzie za dobre czyny, nagrodzie za pobożność, nagrodzie za świątobliwe życie. Stąd tylko krok, by uznać, że niebo się nam należy. Za to wszystko, co dla Jezusa zrobiliśmy na ziemi. Tymczasem niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Tak. Łaską. Bo gdyby Bóg nam nie wybaczył naszych win, nigdy sami nie zasłużylibyśmy na wieczne szczęście.
Wiszący na krzyżu, umęczony Jezus słyszał zapewne drwiące uwagi świadków Jego męki. „Zejdź z krzyża”, „innych wybawiał, niechże teraz wybawi sam siebie”. Szydził z niego nawet jeden z ukrzyżowanych obok złoczyńców. Drugi przyjął inną postawę. Napomniał współskazańca: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz?  My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił”. Z tych prostych słów umęczonego człowieka przebija jasne wyznanie: uznaje on swoją winę. A kaźń traktuje jako słuszną odpłatę za swoje czyny. Nie wiadomo, co działo się w jego głowie, co czuł umierając na krzyżu. Ale jego myśli musiały błądzić wokół lepszego, bardziej sprawiedliwego życia, skoro zdecydował się prosić Jezusa: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”.
Czego się spodziewał? Czego oczekiwał? Nie nagrody. Nie sprawiedliwości. Raczej miłosierdzia. Raczej litości. Jak bogacz z przypowieści o bogaczu i Łazarzu być może chciał jedynie, by Jezus złagodził jego wieczną mękę. Ale otrzymuje od Niego nieoczekiwaną obietnicę: „Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze Mną będziesz w raju”. Jezusowi to proste przyznanie się do winy i ujęcie się za Nim, niesłusznie wyszydzanym, wystarczyło. Wystarczyło, żeby obiecać skruszonemu grzesznikowi raj. Niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Łaską wyświadczaną za pokładanie w Jezusie nadziei. Łaską dla tych lepszych i dla tych gorszych. Dla świątobliwych i dla łajzów. Ta scena przypomina nie tylko o tym, jak czasem niewiele trzeba, by osiągnąć wieczne szczęście. Uczy przede wszystkim wielkodusznego przebaczania.
Całe zło popełnione przez skruszonego łotra Jezus puścił w niepamięć z powodu tego krótkiego wyznania: przyznania się do winy, wzięcia w obronę Jezusa i prośby o łaskawość. Nie trzeba było pisania podań, spektakularnego bicia się w piersi i długotrwałej pokuty. Nie było zresztą na to wszystko czasu. Jezus daruje zło chętnie, bez ociągania się. Tym samym nam, swoim uczniom, przypomina: gdy ktoś uznaje swoją winę i prosi o wybaczenie, nie zwlekaj z jego udzieleniem. Niech kieruje tobą wielkoduszna szczodrobliwość, a nie chęć wyrównania rachunków.
Jest w opisie agonii Jezusa na krzyżu druga scena, poprzedzająca nieco historię z nawróceniem dobrego łotra, która każe nam myśleć o przebaczeniu jeszcze inaczej. To modlitwa Jezusa, będąca odpowiedzią na całe zło, które Go spotkało. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wybaczał najohydniejsze krzywdy. Najpierw zdradę uczniom w Ogrójcu. Potem oszczerstwa, złośliwości, drwiny, opluwanie i bicie podczas ciągnącego się godzinami procesu. Potem cały ból, jakiego doznał dźwigając krzyż. Wybaczał obnażenie Go z szat, przybicie do krzyża, pojenie octem. I te drwiny, które towarzyszyły mu do samej śmierci. Przecież wiedzieli. Przecież postępowali zupełnie świadomie i dobrowolnie. Wcale o przebaczenie nie prosili. Przeciwnie, uważali, że to, co robią, jest słuszne. A jednak Jezus modli się: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wstawia się u Ojca za swoimi oprawcami jakby uznał, że gdyby naprawdę widzieli sprawy w całej prawdzie, nigdy by się takich czynów nie dopuścili.
Wielkie krzywdy trudno czasem wybaczyć. Ich wspomnienia tkwią w pamięci jak odłamek szkła w ranie i nie pozwalają się jej zabliźnić. Przebaczenie jest szczególnie trudne, gdy krzywda ciągle trwa. Jak ma przebaczyć żona mężowi, który trwoni pieniądze na alkohol czy hazard? Jak ma wybaczyć rodzicom dziecko przez nich porzucone? Jak ma wybaczyć ktoś niesprawiedliwie zwolniony z pracy, gdy widzi, jak jego krzywdziciele triumfują? Jak wybaczyć sąsiadowi, który ciągle robi na złość? Jak kierującym się złą wolą sędziom?
Do przebaczenia można zachęcać, można w nim pomagać. Gdy krzywda jest wielka, trudno go wprost wymagać. Na początek na pewno wystarczy, by ofiara zrezygnowała z zemsty. Na resztę przyjdzie czas później, gdy czas nieco załagodzi boleść. Wymaganie pełnego przebaczenia tu i teraz wpędza  nieraz ofiarę w jeszcze większe poczucie krzywdy. Człowiek myśli: „Nie dość, że skrzywdzili mnie ludzie, to jeszcze odwraca się ode mnie Pan Bóg. Tylko dlatego, że nie potrafię zapomnieć o moim bólu”. Tymczasem na początku wystarczy, by ofiara nie szukała zemsty. Z upływem czasu może dojrzeje do czegoś więcej.
Czym innym jest jednak nieumiejętność wybaczenia, a czym innym doradzanie, by nie wybaczać. Jezus wiszący na krzyżu uczy, że można próbować wznieść się ponad żądanie sprawiedliwości. Że wybaczenie, choć winny nie żałuje, nie jest wcale nieroztropnym pozwalaniem na zło. Bez takiej postawy bezinteresownego wybaczenia nie da się na świecie żyć. Gdyby ciągle żądać sprawiedliwości, domagać się przeprosin i rozpoczęcia jawnej pokuty, świat już dawno pogrążyłby się w szaleństwie wiecznego odwetu. Ktoś musi tę spiralę zła przerwać.
My, uczniowie Chrystusa, możemy jak On modlić się za naszych krzywdzicieli: przebacz im Boże, bo nie wiedzą, co czynią. Choć wydaje się, że wiedzą doskonale. Choć krzywdząc nas mają na twarzach wymalowany triumf, a w głosie pobrzmiewa nuta wyższości i lekceważenia. Nie wiedzą, co czynią. Bo gdyby widzieli siebie z Bożej perspektywy, brzydziliby się sobą. Dlatego przebacz im, Ojcze….
Przebaczyć, gdy ktoś przyznaje się do winy, przebaczyć, choć wrogowie triumfują. To jedno z ważnych przesłań, które płynie z Jezusowego krzyża. Świat ceni dziś sprawiedliwość. Słusznie. Jednak ceniąc ją za bardzo, zaczyna gloryfikować logikę odwetu i zemsty. Oko za oko, ząb za ząb. A najlepiej, by przypadkiem nie być tym „słabszym” dwoje oczu za oko, i całą szczękę za ząb. Tak postępując, nakręca się jedynie spiralę zła. Jezusowy krzyż wprowadza w ludzką społeczność nową wartość: przebaczenie. To dzięki niemu świat dziś nie tonie w morzu krwi. Przebaczając chrześcijanie czynią świat lepszym. To dzięki takim postawom ziemia bywa cząstką nieba.


kwietnia 18, 2019

Wielki Czwartek - Do końca ich umiłował

Wielki Czwartek -  Do końca ich umiłował
Umiłowani Bracia i Siostry - Uczestnicy tego Eucharystycznego Spotkania.
Każdej niedzieli, w każde święto — a wielu z nas każdego dnia — idzie­my do kościoła, aby spotkać Chrystusa. Dzisiaj też, w Wielki Czwartek, przyszliśmy tutaj w tym celu. Przynieśliśmy nas samych, nasz głód, nasze pragnienia, nasze tęsknoty. I stoimy wobec obecnego, choć ukry­tego Pana. I jak zawsze liczymy na to, że z tego spotkania coś wyniknie. Ilu z nas doświadczyło już, że coś wynikło. Że Chrystus wtargnął w nasze życie. I niejeden z tutaj obecnych doświadczył, co znaczy zo­stać pochwyconym przez Jezusa Chrystusa (por. Flp 3, 2).
Bo właśnie spotkanie z Nim polega na tym, że my przychodzimy z naszym, a On przychodzi ze „swoim". To, z czym On przychodzi, na­szkicował nam dzisiaj Jan Ewangelista: Chrystus pochyla się do ludzkich nóg, aby je umyć i wzbraniającemu się Piotrowi mówi, dlaczego to czy­ni: aby miał udział w Jego miłości i w Jego życiu. „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze mną" (J 13, 8), nie będziesz we wspólnocie ze Mną. A więc — będziesz miał to, co masz. Choćbyś nawet miał dużo i wszystko, to nie będziesz miał Mnie. Czyli w sumie niewiele zyskasz, zwłaszcza kiedy ocena tego, co masz, przejdzie poprzez graniczną sytuację śmierci. Wtedy będziesz wiedział, co się liczy i co ma wartość.
Obyśmy taką świadomość mieli za każdym razem, kiedy kroki nasze doprowadzają nas do świątyni i do ołtarza. Wielki
Czwartek dwa ty­siące lat temu odbywał się w Wieczerniku. Tam ustanowił Jezus Chry­stus sakrament kapłaństwa i sakrament Eucharystii, sakrament mszy świętej. I tam, i tutaj
umytych z grzechu doprowadza do wspólnoty z Bogiem. Zdanie proste i wypowiedziane bez patosu, ale tak przera­stające nasze pojmowanie, że musimy pochylać się z czcią wobec tej wielkiej tajemnicy: że to Bóg nas samych, grzesznych, zwykłych, pro­stych ludzi dopuszcza do swojego świata, do swojej sfery niedostępnej inaczej, jak tylko przez śmierć. Śmierć, która powinna być tym samym co miłość. Bo nie każdy, kto umiera, dochodzi do widzenia Boga. Tylko ci, którzy umierają w miłości ku Niemu.

Aby więc każdy człowiek — i ten, który żył dwa tysiące lat przed nami, i my wszyscy — miał dostęp do tego udziału z Bogiem, Chrystus „wyniszczył samego siebie, przyjąwszy postać sługi i stał się posłusz­nym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej" (Flp 2, 7—8). Wielki Czwartek antycypował Wielki Piątek: Chrystus wziął grzech nasz na siebie, aby obdarzyć nas nowym życiem.
Drodzy Bracia I Siostry!
Wielki Czwartek obchodzony dzisiaj w sposób sakramentalny po­wtarza to, co było dwa tysiące lat temu. Może są tutaj wśród zgroma­dzonych tacy, którzy uczestniczyli w porannej liturgii odprawianej pod przewodnictwem naszego biskupa. W kościele katedralnym w Wiel­ki Czwartek rano odprawiana jest jedna msza święta, podczas której biskup święci oleje — symbol władzy królewskiej i kapłańskiej. Oleje te używane są przy święceniach kapłanów, przy chrzcie, bierzmowaniu oraz sakramencie chorych. Dzięki namaszczeniu i słowom biskupa lub kapłana dokonują się w nas te wielkie rzeczy, jakie się dokonały w Wielki Piątek i w Niedzielę Wielkanocną: umieramy razem z Chrystu­sem i z Nim powstajemy z martwych. W to wierzymy i to jest mocą naszej nadziei, to nas zapala nową wielką miłością ku Chrystusowi. Przygotowanych przez te trzy sakramenty — kapłaństwo, które nas przez chrzest gromadzi w Kościół i potem udziela nam Ducha Świętego w bierzmowaniu, które nas może doprowadzić aż na szczyty heroizmu chrześcijańskiego — miłość ta prowadzi nas wreszcie do ołtarza Eucharystii, gdzie Jezus Chrystus oddaje się nam jako nasz Pan, Mistrz i umiłowany Oblubieniec. Wielu z nas żyje tą prawdą na co dzień, wielu z nas doświadczyło mocy tej prawdy i przez wiarę nie­złomną i coraz bardziej dojrzałą, przez nadzieję, która nigdy nie zawo­dzi, i przez gorliwą miłość — doświadcza przyjaźni z Chrystusem. A tym samym doświadcza pełni radości i szczęścia, za jaką tęskni nasze niespokojne serce, które spoczywa tylko wtedy, kiedy dosięga Absolutu i miłości Boga samego.
Dzisiejsza liturgia Wieczerzy Pańskiej kończy się złożeniem Chrystu­sa — jak to mówimy w polskiej tradycji — w ciemnicy. Po odprawie­niu Ostatniej Wieczerzy wyszedł Chrystus do ogrodu na Górę Oliwną i tam trwał na modlitwie z Ojcem. My dzisiaj powtarzamy to samo w sposób sakramentalny, czyli w zespole obrzędów, znaków i słów — wierząc, że obecny z nami Chrystus odbywa tę samą drogę, którą od­był dwa tysiące lat temu.
Podczas tej mszy świętej przypomnimy sobie wielkie prawo mi­łości, które Chrystus nam obwieścił i do którego nas zobowiązał — a które nie jest niczym innym, jak objawieniem przez nas tego udziału, do którego nas dopuścił. Umywa nas z grzechu, byśmy mieli udział w jego miłości. Daje nam swoją miłość, byśmy się nią podzielili z in­nymi ludźmi, byśmy się nią dzielili wciąż.
Ukochani Bracia i Siostry! Kiedy będziemy klęczeć później przed Bogiem ukrytym w Hostii zło­żonej w ciemnicy, w naszym Ogrojcu, podziękujmy Mu za te dwa wiel­kie sakramenty. Za sakrament kapłaństwa i za kapłanów, którzy w na­szym życiu byli narzędziami Chrystusa: którzy nas chrzcili, bierzmo­wali, odpuszczali nam grzechy, podawali nam Ciało Chrystusowe, wiązali nasze ręce dla wierności małżeńskiej i którzy będą namaszczać nasze cierpiące i umierające ciała na ostatnie przejście. Podziękujmy zaś prze­de wszystkim za dar kapłaństwa, które po dziś dzień ma moc i władzę rodzenia Eucharystii — uobecniania dla nas wszystkich miłości Jezusa Chrystusa i przybliżania Jego Osoby, tym samym Jego przyjaźni.
W tej skupionej modlitwie wieczornej podziękujmy - Moi Drodzy -  za to „dzisiaj", przygotowujące nas do wspaniałych jutrzejszych obrzędów. Bo w isto­cie, dzięki Eucharystii crux fidelis — wierny dla nas zawsze krzyż Pa­na — i owoce Jego ofiary są naszą mocą każdego dnia. Zapamiętajmy sobie napis z kaplicy Krzyża św. z Mogiły: Fide cruci! — zawierz krzy­żowi. Amen.

kwietnia 17, 2019

Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości

Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości
Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości. Właśnie dzisiaj zgromadziliśmy się tutaj po to, aby za te trzy dobrodziejstwa, dary, skarb — podziękować.
Kochani moi! Proszę was, abyście przez moment pomyśleli, jak bardzo te trzy rzeczywistości są związane z naszym życiem. Czym byłoby życie — nawet nas, ludzi XXI wieku — bez posługi kapłańskiej? Chrzest, bierzmowanie, pokuta, sprawowanie Eucharystii, małżeństwo, ostatnia posługa przy przejściu do Boga przez śmierć...
Ale przede wszystkim Eucharystia. Chrystus przez kapłanów spra­wujących Eucharystię przybliża i daje nam siebie samego. I daje swoje życie, swoją świętość, swoją miłość.
Ukochani Bracia i Siostry! Uczestnicy Tej Mszy Św. Wieczerzy Paschalnej.!
Dzisiaj, kiedy czytamy te wspaniałe teksty o konieczności pochyle­nia się do ludzkich stóp i posługi drugiemu człowiekowi, wiemy, że to właśnie rodzi się z tej miłości i jest jedynie wtedy możliwe, kiedy ogarnie nas Jego miłość. Dzisiaj przyszliśmy za to podziękować. Kiedy na początku mszy świętej zwróciłem wam uwagę, że właśnie za to ma­my dziękować, powiedziałem, że podziękujemy przez Jezusa w Duchu Świętym. Wszyscy jesteśmy już dzisiaj oczyszczeni w sakramencie poku­ty. Otrzymaliśmy w sakramencie pokuty dar, który chcemy dzisiaj zło­żyć z powrotem. Chcemy razem z Chrystusem podziękować Ojcu za to, że dał nam kapłaństwo, Eucharystię i prawo nowej miłości. I samemu Chrystusowi chcemy podziękować, za to po prostu, że jest dla nas — dla naszego zbawienia. Że życie nasze przez Niego, w Nim i z Nim — ma sens.
Moglibyśmy bardzo łatwo policzyć, który to raz z rzędu przeżywamy w naszym życiu Wielki Czwartek, wspomnienie godziny Jezusa, jak nam dzisiaj przypomniała ewangelia. Godziny Jego, ale i godziny naszej. My często w potocznym języku posługujemy się terminem „go­dzina". Myślimy też od czasu do czasu o „ostatniej godzinie". A oto właśnie wspomnienie godziny Jezusa i godziny naszej, która w Jego śmierci i zmartwychwstaniu jest ostatnią godziną.
To brzmi dość skomplikowanie, ale to jest bardzo proste. Dwa ty­siące lat temu w Wielki Czwartek Jezus Chrystus — Bóg-Człowiek właśnie w tej swojej godzinie ustanowił kapłaństwo hierarchiczne dla po­sługi wszystkim odkupionym we krwi Chrystusa. Ustanowił Przenaj­świętszą Eucharystię — pokarm czasów eschatologicznych, czasów osta­tecznych, pokarm ostatniej godziny, godziny, w której Bóg jest z ludź­mi — i promulgował odpowiedni dla takiego królestwa obyczaj: prawo nowej miłości. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się tak miłowali wzajemnie, społecznie, jak ja was umiłowałem" (J 13, 34). A miarą tej miłości, jaką On nas umiłował, jest miłość ukrzyżowana — miłość z Wielkiego Piątku. Ta właśnie miłość z Wielkiego Piątku została ukry­ta w kapłaństwie, w Eucharystii i w prawie nowej miłości.
I kiedy po dwóch tysiącach lat przychodzimy do kościoła — czy to w Wielki Czwartek raz w roku, czy w każdą niedzielę, kiedy jesteśmy blisko naszego domu czy na wakacjach, czy gdziekolwiek i w każdy zwykły dzień — kiedy msza święta się odprawia, wtedy dopełnia się misterium śmierci i zmartwychwstania. Wszędzie, gdzie gromadzą się ludzie na mszę świętą, na sprawowanie Eucharystii — tam uczą się te­go nowego przykazania. I kiedy uroczyście obchodzimy raz w roku to, co się powtarza każdej niedzieli i każdego dnia, aby przypomnieć sobie sens tych prostych, zwyczajnych obrzędów i gestów — wtedy przypomi­namy sobie też najistotniejszą treść tego, co zostało nam w Wielki Czwartek przekazane. Tutaj nam Chrystus przypomina o konieczności realizowania w naszym życiu kapłaństwa, tego co oznacza Eucharystia, w której mamy łaskę uczestniczyć — i tego co znaczy nowe przykazanie miłości. Po tośmy dzisiaj tutaj przyszli.
Moi Drodzy! To, co w tej chwili powiedziałem, można by ująć w formie pytania: czy wy wiecie, że wasze życie ma być życiem kapłańskim? Nie tylko nas, kapłanów; wasze również. Naszym obowiązkiem jest posługiwać wam — abyście Chrystusowe, kapłańskie życie doprowadzili w waszym życiu do pełni. Tym się tylko różnimy my od was. W imię Chrystusa was gromadzimy i w imię Chrystusa sprawujemy Eucharystię, w któ­rej razem uczestniczymy. A Eucharystia to jest Boska miłość Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który nam daje dynamizm nowej miłości.
Czy wiecie więc, że jesteście kapłanami zobowiązanymi do życia ka­płańskiego? Czy wiecie, że takie życie ma swoje bardzo fundamentalne pokłady i ma swoje szczyty? Idealny kapłan to — jak Jezus Chrystus — kapłan i ofiara. Chrystus po to złączył Wielki Czwartek z Wielkim Piąt­kiem. Doświadczamy tego — czy chcemy, czy nie chcemy — w naszym życiu. Kto coraz bardziej świadomie bierze w ręce swoje życie z Chry­stusem i ofiarowuje je z Chrystusem Bogu Ojcu, ten doświadcza przemia­ny cierpienia i bólu w radość i pokój, w szczęście. To dokonuje się w Eucharystii, gdzie przynosimy trud naszego życia, owoc pracy naszych rąk — i niejako wkładamy w dzieło paschalne Jezusa Chrystusa. I w każ­dej mszy świętej następuje w nas przejście od grzechu do świętości. Bo dając Chrystusowi i Bogu owoc naszej pracy — to wszystko, co się dzieje poza kościołem, to zmaganie codzienne o prawość, o szlachetność, o prawdę i dobro, o piękno — zostajemy nagrodzeni darem z góry. I kie­dy dzisiaj przy Komunii świętej usłyszymy „Ciało Chrystusa Amen", pamiętajmy, że to jest odpowiedź na nasz dar. Ten dar wyniesiemy zno­wu z kościoła, by go świadomie czy nieświadomie rozdawać. Bo miłość jest z natury promieniująca, rozdająca się, służebna, jak nam to dzisiaj ewangelia przypomniała na przykładzie Pana naszego, umywającego no­gi swoim Apostołom.
I chyba w ten wieczór nie potrzeba więcej słów. Tylko jedno pyta­nie: czy jesteśmy świadomi, że kapłaństwo, Eucharystia i miłość tworzą symbiozę, której nie można rozdzielić i że nasza ludzka miłość otrzymu­je od Boskiej swoją pełnię? Za to dzisiaj przyszliśmy Bogu przez Jezu­sa Chrystusa podziękować. Niech więc ta Eucharystia będzie najpiękniejszym i najważniejszym w naszym życiu DZIĘKCZYNIENIEM Bogu za wszystko, za co winniśmy Mu dziękować. AMEN.



kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - „Przyjacielu, po coś przyszedł?”

Wielka Środa - „Przyjacielu, po coś przyszedł?”
Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam?» A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: «Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali spożywanie Paschy?» On odrzekł: «Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: „Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie urządzam Paschę z moimi uczniami”». Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda». Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?» On zaś odpowiedział: «Ten, który ze Mną rękę zanurzył w misie, ten Mnie wyda. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził». Wtedy Judasz, który miał Go wydać, rzekł: «Czyżbym ja, Rabbi?» Odpowiedział mu: «Tak, ty». (Mt 26,14-25)

REFLEKSJA

Liturgia Słowa przez trzy kolejne dni stawiała przed nami Judasza, tę najbardziej tragiczną postać z otoczenia Jezusa Chrystusa. Wczoraj uświadomiliśmy sobie, że było w nim za dużo człowieka, a za mało Boga.
Spróbujmy jeszcze dziś zatrzymać się przy tej postaci; spróbujmy poszukać, co z tego człowieka, z tego, co ludzkie, przeważyło nad tym, co Boże, co doprowadziło go do takiego czynu, jakiego się dopuścił. Przecież był Apostołem, którego Jezus wybrał, tak samo, jak pozostałych; któremu z taką samą miłością umywał nogi, jak uczynił to wobec wszystkich innych. Trzy lata chodził z Jezusem. Widział wszystkie Jego cuda. Otrzymał wszystko to, co inni Apostołowie, a jednak tylko on zdradził Jezusa.
Cóż doprowadziło go do takiego stanu, że stał się zdolnym do sprzedania swojego Mistrza?
Z Ewangelii wiemy, że Judasz, już od samego początku nie był człowiekiem uczciwym. Wciąż chodził własnymi drogami, szukał własnego interesu, a św. Jan, co słyszeliśmy w poniedziałek, napisał wprost, że „Judasz był złodziejem, i mając trzos (czyli będąc skarbnikiem), wykradał to, co składano”. A więc nieuczciwość, chciwość, okradanie innych, to te szczególne rysy zdrajcy, Judasza. A ponadto, był on człowiekiem bardzo interesownym. Towarzysząc Jezusowi, spodziewał się, że coś na tym zyska. Myślał, że Jezus, będąc tak bardzo sławnym, pociągnie za sobą lud, wyzwoli Izraela, sam zasiądzie na tronie, a jemu, Judaszowi, powierzy jakieś odpowiednie stanowisko. Tymczasem, słyszy trzykrotną zapowiedź męki i śmierci. I wtedy, w sercu Judasza rodzą się pytania: Czy warto iść za Kimś, kto pójdzie na śmierć? A co gorsze, czy on, Judasz, też ma iść tą samą drogą? Bo przecież Jezus żąda, aby Jego uczniowie wzięli krzyż i naśladowali Go. I tego dla Judasza było już za wiele. To nie była ta droga, jaką on sobie wymarzył. Widzi, że na tej drodze, niestety, nic nie zyska, że na Jezusie nic nie zarobi. Dlatego postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, sięga po ostateczność – w tej swojej chciwości zapędził się aż tak daleko, że sprzedał Jezusa za cenę jednego niewolnika, za trzydzieści srebrników.
„Przyjacielu, po coś przyszedł?” – zwrócił się do Judasza Jezus w Ogrójcu. Jakby chciał dać sygnał ostrzegawczy; jakby chciał powiedzieć: Judaszu, opamiętaj się, jeszcze masz szansę, jeszcze możesz zmienić tę swoją decyzję. Jednak Judasz do końca udawał przyjaciela, będąc ukrytym zdrajcą.
Niestety, współczesny świat również nie jest wolny od zdrajców. I chodzi nie tylko o tych, którzy zdradzają przyjaciół, którzy łamią podstawowe zasady, normy międzyludzkiej lojalności. Dziś też, wśród ludzi wierzących, możemy dostrzec wiele podobieństw do postawy tamtego Judasza. Czy są w naszej Ojczyźnie tacy? Są! Ileż to, w niedalekiej przeszłości, było takich przypadków, że ktoś przychodził na Mszę św. z dyktafonem w kieszeni, aby nagrywać kazania, a potem, za parę groszy, znosić funkcjonariuszom SB. Albo, ktoś przychodząc na Mszę św, modlił się przed ołtarzem, a potem, wieczorem, w melinie sprzedawał alkohol, nie bacząc na płacz dzieci, żon rozpijanych ludzi. A dzisiaj, takim rasowym Judaszem, jest ksiądz odstępca Roman Kotliński, posługujący się pseudonimem Jonasz; człowiek, który podobnie jak Judasz przez trzy lata chodził za Jezusem, pracując jako kapłan, a potem został założycielem antykościelnej organizacji, autorem i pomysłodawcą wielu oszczerstw przeciwko Kościołowi, podawanych na łamach książek i czasopism. I wreszcie zawiera sojusz z prześladowcami Kościoła i zbrodniarzami, jak choćby ostatnio, z zabójcą ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorzem Piotrowskim. Z tej swojej oszczerczej działalności, że zdrady Jezusa Chrystusa, czerpie korzyści finansowe, zupełnie jak tamten Judasz sprzed dwóch tysięcy lat. Ale trzeba jeszcze tutaj dodać, że każdy grzech, zwłaszcza grzech ciężki, jest zdradą Jezusa Chrystusa, jest podważeniem Bożej miłości, która Jezusa doprowadziła aż na krzyż. A to zdarza się chyba każdemu z nas.
Ostrzeżeni postawą Judasza, zastanawiamy się, czego winniśmy się strzec, na co powinniśmy uważać, ażeby nie upaść tak nisko, jak on. I przede wszystkim czyńmy postanowienia: nie szukania własnych korzyści za wszelką cenę, nawet za cenę zdrady Jezusa; nie szukania siebie, ale zaufania Jezusowi, bo On wie, czego nam najbardziej potrzeba, i tego nam hojnie udzieli, jeżeli pozostaniemy Mu wierni do końca. A jeżeli jednak zdarzy się upadek, to nie wpadajmy w rozpacz, jak Judasz, tylko prośmy Jezusa, a On wszystko nam wybaczy. Pomóż nam więc, Panie, przezwyciężać nasze wady, zwłaszcza naszą chciwość, abyśmy przez ten Wielki Post, a szczególnie jego ostatnie wielkie dni, zjednoczyli się z Tobą, i w tej jedności wytrwali. AMEN.

kwietnia 17, 2019

Wielka Środa - Zdrada Judasza

Wielka Środa - Zdrada Judasza
“Co chcecie mi dać, a ja Go wam wydam? A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników”.
I znów dzisiaj kolejny raz spotykamy się z tą najtragiczniejszą postacią z otoczenia Jezusa, z człowiekiem, który został powołany aby być Apostołem, a stał się zdrajcą, stał się sprzedawczykiem. Powodów do zdrady Judasz mógł mieć wiele i nie wiemy, który z tych powodów w końcu przeważył. Ale ewangeliczne ubóstwo na pewno nie było jego mocną stroną. Przecież właśnie pierwsze słowa, z jakimi zwrócił się do arcykapłanów, było to pytanie: “Co chcecie mi dać?” – jakże pasujące słowa do człowieka, o którym wczoraj słyszeliśmy z Ewangelii, że był złodziejem, i mając trzos, wykradał to, co tam wrzucano. A bardzo znamienny jest również fakt, o którym słyszeliśmy w poniedziałek z Ewangelii, że w chwili namaszczenia Jezusa przez Marię w Betanii, Judasz już na pierwszy rzut oka bardzo fachowo ocenił wartość tego olejku użytego do namaszczenia, pytając: “Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów?”. A więc Judasz był typem jakiegoś zimnego realisty, który nawet najbardziej subtelne sprawy oceniał po kupiecku, w kategoriach opłacalności materialnej.
“A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników”. Dlaczego tak mało? Przecież w stosunku do tej przysługi, jaką Judasz wyświadczył starszyźnie żydowskiej, była to suma rzeczywiście bardzo niewielka; była to równowartość jakiegoś odszkodowania za niewolnika zabitego w wypadku przy pracy. I wcale nie wygląda na to, że zdrajca targował się o jakąś hojniejszą zapłatę. Fakt, że zadowolił się tak niską ceną, można pewnie wytłumaczyć poczuciem jego własnego zagrożenia. Przecież jako bliski uczeń podejrzanego, czy posądzanego o zbrodnię Jezusa, powinien się cieszyć, że uchodzi cało z całej tej jakiejś niebezpiecznej afery. W tej sytuacji “sukcesem” było coś jeszcze na tym wszystkim zarobić. Ale właśnie w ten sposób, jak mówi Renan, w Judaszu skarbnik zabił Apostoła.
Owe srebrniki można oczywiście pojmować w sensie jakimś przenośnym, jako wszelkie dobra, wszelkie wartości doczesne, dla których człowiek po prostu wyrzeka się Boga, sprzedaje tego Boga, rezygnuje z wszelkich wartości duchowych. Ale można też rozumieć owe srebrniki w sensie bardzo dosłownym. Suma trzydziestu srebrników, ta “zapłata niegodziwości”, jak ją później nazwie św. Piotr, stała się jakimś haniebnym symbolem dla wszystkich następnych pokoleń, wieków.
Symbol ten nabiera szczególnej ostrości, kiedy w naszych obecnych warunkach, powszechnym staje się pytanie: Za ile? Co za to dostanę? Co ja z tego będę miał? – w warunkach, kiedy tak wielu, podobnie jak Judasz, pyta: “Co chcecie mi dać?”, myśląc właśnie o pieniądzach, za które można kupić jakiś urzędniczy stołek, karierę, lepsze miejsce. I ludzie tutaj tłumaczą się, że przecież człowiek musi zabiegać ciągle o to z czego żyje, co potrzebne mu jest do życia. Jednak bardzo łatwo jest tutaj przekroczyć granicę konieczności. Człowiek ani się nie spostrzeże, kiedy zabiega już nie tyko o to z czego żyje, ale zabiega o więcej, o ciągle więcej; i nie chce się już przyznać nawet przed samym sobą, że to o co zabiega nie jest mu potrzebne do życia, ale dla nasycenia coraz to wzrastającej ambicji, czy po prostu najzwyklejszej chciwości. I w konsekwencji tutaj musi nastąpić ruina tego życia duchowego, tego życia wewnętrznego.
Człowiek w pogoni za dobrobytem, urzeczony tymi srebrnikami w takiej czy innej postaci, może zatracić swoje ludzkie oblicze w stosunku do bliźnich; może zatracić wszelkie jakieś uczucia humanitarne. Bardzo pięknie zobrazował to Streiejkowski takim oto porównaniem: Kiedy szyba jest czysta, to widać przez nią innych ludzi. Ale kiedy człowiek z jednej strony powlecze ją srebrem, to widzi już tylko siebie.
Jeżeli cywilizacja chrześcijańska zakłada wyższość tego, kim człowiek jest, nad tym co posiada; jeżeli “mieć coś”, wcale nie znaczy jeszcze “być kimś”, jeżeli można mieć dużo a jednak być nikim i niczym, to właśnie postać Judasza, ta tragiczna postać, jest na to jaskrawym dowodem. Mimo że wziął, mimo że zarobił, i miał, to jednak nie stał się przez to “kimś”, to jednak w oczach całych pokoleń utrwalił się jako to “żałosne nic”; jego postępek, jego czyn doznaje powszechnej zdrady u ludzi wszelkich poglądów.
Czy wobec tego srebrniki są czymś tylko złym? Czy mogą być tylko złym? Sobór Watykański II uczy nas, że “wszystko, co składa się na doczesność, wszystkie życiowe dobra posiadają swą własną wartość nadaną przez Boga”. A więc również i te srebrniki są dobre, mają swoją wartość, są potrzebne. Istotną rzeczą jest tutaj tylko to, ażeby to one służyły człowiekowi, a nie człowiek im. Bo pieniądz może być dobrym sługą, lecz jest złym jako “pan”.
Niech więc pieniądz stanie się dla nas też tą wartością, niech i nam służy jak najlepiej, ale nich nigdy się nie stanie dla nas “panem”, bo wtedy stanie się zapłatą zdrady, i wtedy my stalibyśmy się podobni do tej najtragiczniejszej postaci – zamiast uczniami Jezusa Chrystusa, stalibyśmy się Jego zdrajcami. AMEN.

kwietnia 16, 2019

Wielki Wtorek - Wieczernik - odkryciem tajemnicy Boskiego Serca Jezusa

Wielki Wtorek - Wieczernik - odkryciem tajemnicy Boskiego Serca Jezusa
Razem z Apostołami wchodzimy dzisiaj do Wieczernika, gdzie Jezus pragnie spożyć Paschę ze swymi uczniami. Dzisiejsza Ewangelia odkrywa przed nami wielką tajemnicę ludzkiego serca, serca Apostołów, a również odkrywa przed nami tajemnicę Serca Jezusa, Boskiego Serca, które jest sercem pełnym miłości. Dlatego Jezus jest wzruszony gdy oznajmia: “Jeden z was Mnie zdradzi”; jest poruszony, bo w dalszym ciągu kocha tego, który Go zdradzi. I w dalszym ciągu jest zdumiony postawą tego, któremu okazał tyle miłości, a on nie przyjął Jego osoby, Jego misji.
Tajemnica ludzkiego serca. Najpierw jest to serce św. Jana, Apostoła i Ewangelisty. Spoczywa w czasie tej Wieczerzy na piersi Jezusa, znajduje się w bliskości Jego Boskiego Serca, opiera się o Jezusa. Można powiedzieć, że jest tym Apostołem, który zaczyna mieć wątpliwości, że misja Jezusa nie dotyczy tylko tej ziemi, który może przeraził się, gdy Jezus powiedział, że będzie cierpiał, że będzie zabity. Ale ów uczeń nie ma tak zamkniętych oczu jak Piotr, który mówi: “Panie, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie”. Jan jest człowiekiem głębokiej modlitwy, jest człowiekiem, który rozważa słowo Pana tak, jak Maryja. I chociaż zaśnie w godzinie próby, chociaż będzie również człowiekiem słabym, to przecież stanie pod krzyżem razem z Maryją i niewiastami, to przecież wyzna swoją wiarę w moc Chrystusowego krzyża. Możemy powiedzieć, że w Janie jest już zalążek działania mocy Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego.
Reprezentantem skrajnie przeciwnej postawy jest Judasz Iskariota. Idzie za Jezusem, aby realizować swoje własne pomysły, zaspokajać swoje przyziemne potrzeby. Jezus miał mu służyć do krótkowzrocznych celów. Gdy się na Nim zawiódł, sprzedaje Go za trzydzieści srebrników. Te trzydzieści srebrników, to symbol całego jego szczęścia, wszystkich jego pragnień żeby się tu na ziemi zabezpieczyć. Niektórzy twierdzą, że zdrada Judasza była jego ostatnią rozpaczliwą próbą sprowokowania Jezusa, by zaczął walczyć, by z mocą ogłosił królestwo Boże. Zbawiciel jednak nie uległ tej prowokacji.
I wreszcie Piotr, człowiek o sercu otwartym dla Jezusa, ale to serce jest jeszcze bardzo zmienne, zdradliwe, kruche. Piotr wciąż nie zna siebie, dlatego wydaje mu się, że dla Jezusa jest gotowy uczynić wszystko. Piotr lubi porównywać się z innymi ludźmi, chełpi się swoją wiernością, ale w rzeczywistości opiera się tylko o samego siebie. Dlatego w godzinie próby zdradzi Jezusa wobec służącej, wobec ludzi, którzy nie mogli mu nic złego uczynić.
A jak zachowuje się Jezus wobec swoich uczniów? Jezus jest delikatny, ujawnia tajemnicę swojego Serca: Janowi odpowiada na jego pytania kto będzie zdrajcą, przestrzega Piotra przed pychą, przed wiarą we własne siły, jest dyskretny nawet wobec Judasza, który już powziął zamiar aby zdradzić swego Mistrza.
Te trzy postawy Apostołów, te trzy serca, chcą nam pokazać, gdzie my dzisiaj jesteśmy. Zapewne nie odnajdujemy siebie w Judaszu, ale może jeszcze nie odnajdujemy siebie w Janie – najbardziej jesteśmy podobni do Piotra. Jesteśmy ludźmi w drodze. Jesteśmy tymi, którzy są słabi, którzy się bardzo często opierają o samych siebie. Nie chcemy wchodzić w krzyż, w doświadczenia, których nie rozumiemy. Chcemy Jezusa zatrzymać dla siebie. Chcemy by zawszy był to Jezus uwielbiony, a nigdy to Jezus prześladowany, odrzucany; chcemy, żeby zawsze to był Jezus sukcesu, a nigdy Jezus porażek, przegranych, odrzucenia.
Przeżywamy Wielki Tydzień. W tym czasie musimy zobaczyć najpierw naszą rzeczywistość, abyśmy mogli przyjąć moc Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. I dlatego ten tydzień zaprasza nas do głębokiej medytacji, do głębokiej modlitwy i czuwania, byśmy nie ulegli pokusie, tak jak uległ pokusie rozpaczy Judasz; byśmy nie ulegli pokusie, gdy przyjdzie nasza godzina. Może to będzie w tym roku choroba, śmierć bliskiej osoby; może to będzie zdrada przyjaciela; może to będzie działanie pewnych ludzi, którzy chcą nas skompromitować – byśmy nie ulegli pokusie. Oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do Serca Jezusa, który kocha; oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do serca Jana, Apostoła, który rozważa słowo Boga i dlatego jest mocny, i dlatego nie ulegnie pokusie słabości, dlatego stanie pod krzyżem i będzie jednym z pierwszych uczniów, którzy doświadczą mocy zmartwychwstania, będzie wielkim Apostołem miłości. Obyśmy mogli przyjąć Bożą miłość, obyśmy ją zrozumieli, byśmy zrealizowali naszą chrześcijańską misję wobec świata. Mówi do nas dzisiaj Bóg przez proroka Izajasza: “Ustanowię cię światłością dla pogan, aby Moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. Obyśmy mogli być taką światłością, jak Apostołowie po zmartwychwstaniu, po Zesłaniu Ducha Świętego, ale najpierw musimy zobaczyć gdzie jest nasze serce i jaka jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Do tego zaprasza nas misterium paschalne – celebracja liturgii Wielkiego Tygodnia. Wejdźmy w nią z wiarą. AMEN.

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger