marca 18, 2017

3. Niedziela Wielkiego Postu (A) - Spotkanie u studni Jakubowej

Była godzina szósta, według starożytnej ra­chuby czasu, a więc samo południe. Jezus zmęczony drogą i upałem dnia zatrzymuje się razem z Apostołami w Samarii w pobliżu mia­sta Sychar. Zwyczajem podróżnych zatrzymuje się w miejscu, gdzie znajdowała się woda do picia. W tym przypadku była to studnia, którą według tradycji miał wykopać jeszcze patriarcha Jakub. Istnieje ona po dziś dzień i znana jest ze swej głę­bokości (ponad 30 metrów). Pan Jezus siada, aby odpocząć, a Apostołowie idą do miasta, aby kupić coś do jedzenia.
Po chwili u studni zjawia się niewiasta z dzban­kiem po wodę. Pan Jezus prosi ją, aby i Jemu po­zwoliła się napić, gdyż sam nie miał czym zaczerp­nąć. Niewiasta jest zdziwiona, że czyni to Żyd, bowiem Żydzi i mieszkańcy Samarii byli we wrogich stosunkach. Jest zdziwiona zapewne i dlatego, że czyni to mężczyzna. Na Wschodzie i w tamtych czasach nie należało do dobrego tonu, aby męż­czyzna wdawał się w rozmowę z nieznajomą ko­bietą. A niektórzy z rabinów okazywali kobietom lekceważenie tak daleko posunięte, że publicznie nie rozmawiali nawet ze swymi żonami. Rów­nież Apostołowie po powrocie zdziwią się, że ich Mistrz rozmawia z nieznajomą. Nie będą jednak śmieli wyrazić głośno swego zdumienia.
Rozmowa o wodzie była dla Jezusa okazją do zrobienia uwagi o charakterze religijnym. Mówi mianowicie, że On posiada wodę żywą, to jest po­chodzącą z głębokich źródeł. A woda ta ma tak cudowne właściwości, że kto ją pije, nie będzie już czuł więcej pragnienia i będzie żył na wieki. Sa­marytanka prosi gorąco o tę wodę: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4,15). Bierze tu ona wodę dosłownie, material­nie i nie rozumie, że pod obrazem wody jej Roz­mówca ma na myśli swą łaskę, życie Boże w du­szy.
Jezus widząc, że tą drogą nie trafi do jej du­szy, przechodzi to tematu bardziej osobistego, dotyczącego jej życia intymnego: pyta ją o męża. Samarytanka odpowiada krótko i jakby niechęt­nie: Nie mam męża. Pan Jezus, chcąc podtrzymać rozmowę i pozyskać jej życzliwość, chwali ją za szczerość, a jednocześnie czyni uwagę: Miałaś pię­ciu mężów, a ten, którego masz teraz nie jest twoim mężem. Prawdopodobnie z poprzednimi mężami rozwiodła się, bo trudno przypuścić, aby wszyscy pomarli. Z ostatnim zaś albo nie mogła, albo nie chciała wiązać się formalnie. Ale teraz wstrząśnię­ta znajomością tajników swego życia, woła: Panie widzę, że jesteś prorokiem.
Dalej rozmowa schodzi na temat świątyni i Mesjasza. Samarytanie bowiem też czekali na Mesjasza, który, jak wyraziła się niewiasta, pouczy nas o wszystkim. Gdy Pan Jezus stwierdził, że On jest tym Mesjaszem, wzruszona, że nadeszły już oczekiwane przez wszystkich czasy, że ma przed sobą Tego, który był przedmiotem pragnień i mo­dlitw tylu pokoleń, nie zwraca uwagi na Apostołów powracających z zakupioną żywnością, ale szyb­ko biegnie do miasteczka, aby przekazać radosną wieść. Zapomina nawet zabrać ze sobą dzbana, jak zauważył św. Jan. W tej chwili woda nie ma dla niej większego znaczenia.
W mieście swą rozmowę z sąsiadami i znajo­mymi rozpoczyna od podstawowego argumen­tu: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. I woła: Czyż nie jest On Mesjaszem? W swym uniesieniu nie wstydzi się mówić nawet o swoim nieuporządkowanym życiu. Narobiła pewnie tyle hałasu, że szybko zebrał się tłum ciekawych. Po chwili wszyscy udają się do studni, aby osobiście zetknąć się z Chrystusem. Wśród nich jest prawdopodob­nie kochanek niewiasty. Już po wstępnej rozmo­wie proszą oni Jezusa, aby poszedł do ich miasta i pozostał wśród nich. Dziwna prośba, jak na ludzi, którzy wiedzieli, że Chrystus jest jednym z Żydów, którym w normalnych warunkach do­kuczali. Dwa dni pobytu wśród Samarytan przy­niosły obfite żniwo; wielu uwierzyło weń i to już nie tylko dla słów niewiasty. Oni to prawdopo­dobnie w pięć lat później (por. Dz 8,5-25) przyjmą uczniów Chrystusa i ułatwią im dalszą ewangeli­zację Samarii.

W całym tym wydarzeniu podziwiamy wielką dobroć Chrystusa. Samarytanie nie są dla Niego, jak dla każdego innego Żyda, przedmiotem pogardy i nienawiści. Są ludźmi na równi z Żydami. Nawet Apostoło­wie wychowani w szkole Jezusa też wyzbyli się, częściowo przynajmniej, religijno-narodowych uprzedzeń. Poszli, aby zrobić coś, czego nie uczy­niłby przeciętny Żyd: kupić chleb u Samarytan. Jeszcze bardziej od zwyczajów epoki odbija stosu­nek Chrystusa do Samarytanki. Oto jak opisuje go J. Galot:
Nowe prawo, które Jezus wydał dla swoich uczniów, wzmacnia nierozerwalność małżeń­stwa: ale to nie przeszkadza Mu okazać wiel­kiej dobroci niewieście, która żyje w nieprawych związkach... Aby dać się poznać mieszkańcom Sychar, wybiera kobietę dość lekkich obyczajów, a ponieważ jest ona ciekawska i gadatliwa, posłu­guje się tymi dwoma rysami niewieściego charak­teru... aby drugim opowiedziała to, co jej się zda­rzyło. Gdyby przybrał postawę sędziego i zaczął od karcenia niewiasty za jej lekkomyślność, nie uzyskałby żadnej ugody z jej ciekawością i chęcią mówienia”. I nie doprowadziłby do jej i innych nawrócenia.
Przykładów wartości apostolskiej dobroci życie dostarcza i obecnie na każdym kroku. Oto wyda­rzenie opowiedziane przez kardynała Leo Josepha Suenensa w jednej z jego konferencji radiowych:
W Brukseli pewien proboszcz, wychodząc z kościoła, zobaczył jednego ze swych niepraktykujących parafian, który właśnie robił zdjęcie żony z małym synem na rękach. Zbliżył się i po­wiedział: „Czy nie wydaje się panu, że fotografia byłaby milsza, gdyby i pan był na niej?" Męż­czyzna przyznał rację. Proboszcz zrobił zdjęcie, oddał aparat i oddalił się. Zanim jednak zrobił kilka kroków, matka z dzieckiem zbliżyła się do niego i powiedziała: „Proszę księdza, nasz chło­piec jest jeszcze nieochrzczony, czy nie dałoby się tego zrobić zaraz?” Lody zostały przełamane. Z rozmowy wynika, że rodzice dziecka nie za­warli jeszcze związku małżeńskiego w kościele. Powoli wszystko zostało uregulowane, najpierw chrzest, potem małżeństwo. Powstała nowa ro­dzina chrześcijańska. A wszystko zaczęło się od małego gestu dobroci, od zwykłego zdjęcia, zresz­tą nawet nieudanego.
Widzimy tu u Chrystusa i naśladującego Go kapłana dobroć dla żyjących bez ślubu religijnego. Jest ona przykładem zarówno dla kapłanów jak i dla każdego chrześcijanina.
Ewangelia nie podaje dalszych dziejów Sama­rytanki. Natomiast stara tradycja grecka nazywają Fotiną, oświeconą, to jest tą, która znalazła świa­tło wiary. Z jej szczerego i pełnego zaangażowania przyjęcia Chrystusa podczas pierwszego spotkania możemy przypuszczać, że potem uporządkowała swoje życie zgodnie z wymogami Ewangelii. Jej wielokrotne zmiany mężów czy kochanków były wyrazem nieznajomości sensu życia, braku okre­ślonego celu. Zresztą zdarzyło się to nie tylko jej. I w naszych czasach ciągłe rozwody, ciągłe zmiany partnerów miłości są wyrazem tego samego bra­ku. Pustkę życiową usiłuje się wypełnić coraz to mocniejszymi wrażeniami, a ponieważ one wciąż powszednieją, szuka się nowych partnerów.
Samarytanka poprzez Chrystusa odnalazła wo­dę żywą, której sensu przedtem nie zrozumiała, to jest łaskę Bożą i życie w niej. Musiała wprawdzie nadal chodzić po wodę do studni, ale to był drobiazg i z uśmiechem pewnie wspominała swą chęć napi­cia się raz na całe życie. Tego spokoju wewnętrz­nego i odnalezienia sensu życia pragnie Chrystus dla wielu nerwowo goniących za przyjemnościami samarytan i samarytanek naszych czasów.
Dziś wędruje On również, choć tylko w sposób duchowy, po drogach i ulicach naszych miast i wsi. Zatrzymuje się w różnych punktach, spragniony już nie wody materialnej, ale spotkania z ludźmi, porozmawiania z nimi o sprawach ich duszy. Pra­gnie dać im wodę żywą, to jest swą łaskę, życie Boże. Zależy Mu zwłaszcza na spotkaniu z tymi, którzy jak Samarytanka nie żyją zgodnie z Jego Ewangelią. Szuka ich po różnych drogach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger