grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Bóg posłał anioła

grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Bóg posłał anioła
„Bóg posłał anioła”. Czyni to z potrzeby serca. Posyła, aby zaproponować rozwiązanie. Nie może patrzeć na cierpienie nas, których powołał do życia, nie zaś do śmierci, powołał do radości, nie zaś do życia w smutku. Nie znajduje w człowieku grzesznym zachęty do takiego postępowania, do wychodzenia naprzeciw. Bóg jest otwarty, wychodzący naprzeciw bez względu na postawę moralną i duchową człowieka. On nie zniechęca się moją grzesznością. Boli Go ona, lecz nie powstrzymuje od wychodzenia naprzeciw. Bóg nie zamyka się na mnie. Posyła anioła, ponieważ tęsknię za wypełnieniem Jego obietnicy, Jego pragnień serca.
Zmieszanie się Maryi. Odczuwa lęk, lecz jest on błogosławiony. Lęk, który jest z Boga, skłania ją do stawiania pytań, wyrażania odczuć, odsłonięcia się. Ten lęk nie zamyka ją w sobie, nie zmusza do wycofania się z dialogu. Anioł mówi „Nie bój się”. Dostrzegł obawę Maryi. Ona nie ukrywa tego, co czuje. Jest szczera, wyraźna w pokazywaniu wnętrza. Bóg pomaga jej przez anioła, mówiąc do niej. Nawet w lęku Bóg mówi do mnie. Jego przyjście może niepokoić. Niepokoi to, co we mnie jest nieprzygotowane na Jego przyjście. Nigdy nie mogę się na nie przygotować. Uświadamiam sobie, że to nie ja się przygotowuję, lecz On mnie przysposabia do tego spotkania przez codzienną kontemplację. Maryja codziennie rozważała w swoim sercu obietnice Boga.
„Poczniesz i porodzisz Syna”. Jak mogła przyjąć taką wieść, z jakimi odczuciami serca? Wydaje się, że z nieskrywaną radością. Co jest najpiękniejsze dla kobiety? To, że jest bardzo kochana przez swojego mężczyznę oraz, że będzie miała dziecko. Jej radość łączy się z bólem. Wiele jest spraw niejasnych, niedopowiedzianych. Chcąc uwolnić radość od obecnego bólu, pozbawiam się radości. Okazuje się, że są te doznania dane człowiekowi razem. To musiało być trudne dla Maryi. Nie było obok niej Józefa. Nie mogła dzielić radości od razu, natychmiast. Nie mogła postawić Jemu pytań, które niewątpliwie były w Niej. Więc postawiła je Bogu. To jest niezwykłe, że te pytania, które człowiek pragnie postawić człowiekowi, stawia je Bogu. On jest najbliżej. Miała łaskę odczuwania, że Bóg jest bliżej niej od Józefa.
Kochała Boga i kochała Józefa. Prowadząc dialog z Bogiem, prowadziła go również z Józefem. Ten dialog dokonywał się w miłości. W miłości wszyscy są obecni, których kochamy. Oni wszyscy uczestniczą w takiej rozmowie. Rozmawiając z Bogiem, rozmawiam też z człowiekiem, którego kocham. Gdy rozmawiam z OSOBĄ, którą KOCHAM, rozmawiam z NASZYM PANEM. „W Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy”, kochamy, rozmawiamy, śmiejemy się, odpoczywamy, płaczemy, przeżywamy obawy. Może łatwiej byłoby Jej rozmawiać z Józefem, niż z Aniołem? Bóg chciał, żeby Józefa przy niej nie było, w sensie fizycznej obecności, na dotknięcie dłonią, na czułe spojrzenie. Nieobecność Józefa, zbliża ją do tego, którego kocha. Spotkanie z Bogiem nie oddala, lecz zbliża do człowieka. Kontemplacja Jego słów pozwala kochać głębiej, rozumieć więcej, odczuwać to, czego bez kontemplacji odczuć nie możemy.
Maryja stawia pytania, szukając w nich szczęścia dla obiecanego Syna, dla Józefa i siebie. Jest „pełna łaski”, pełna szczęścia, pełna troski o tych, których kocha. Jej „pełnią” są ci, których kocha, z którymi jest wszędzie nigdy się nie rozstając. Przez postawione pytania i usłyszane odpowiedzi – dojrzewa do misji, czyli do miłości. Pytania, jakie stawia, wynikają z jej wrażliwości, czułości serca. One pogłębiają Jej czułość w słuchaniu.
Z czułości Jej serca emanuje pragnienie służby. Gdy człowiek jest wzruszony Bogiem, niczego Mu nie odmówi. Służba jest owocem kontemplacji słowa, zanurzenia się w Bogu przez Słowo. Bóg wzrusza, otula ciepłem swojego serca. Pragnienie służby łączy się nierozdzielnie z odnalezieniem przez Maryję nowego DOMU, w którym zamieszka z Jezusem i Józefem. Gdzie brakuje czułości, brakuje też domu, chęci do dawania. Maryja znalazła DOM w zwiastowaniu. Ten DOM przenika otwartość, szczerość, prawdziwość, kontemplacja, czułość – życie pełnią serca.
Dzieła Boże dokonują się często w głębokiej samotności. Gdy Bóg objawia człowiekowi swoją wolę, misję do spełnienia, otula niejako to wydarzenie ciemnością, intymnością, którą człowiek doświadcza jako dojmujące poczucie samotności. Takie „sam na sam” z Bogiem może być doświadczeniem bolesnym. Człowiek może czuć się osamotniony, bo NIKOGO z ludzi wówczas nie ma, nawet najbliżsi nie mogą wejść w tę tajemnicę. Tak naprawdę człowiek jest SAM wobec Boga. To jest trudne. Może nawet wywoływać lęk, przerażenie. Jest tajemnicą Boga, że w taki właśnie sposób przychodzi do człowieka, nawiedza go, w taki właśnie sposób odkrywa przed nim swe zamiary, swe plany. Spotkanie z Bogiem może być naznaczone doświadczeniem głębokiej samotności.
Bóg przez Anioła zapewnia Maryję, że jest „łaski pełna”. Co to znaczy: „łaski pełna”? Człowiek jest „łaski pełen”, to znaczy – otrzymuje pełnię łask do wypełnienia zadania, które Bóg mu powierza. Może odczuwać głębokie osamotnienie czy wręcz samotność, ale jest „pełen łaski”, czyli otrzymuje to wszystko, co jest potrzebne, co jest konieczne, aby udźwignąć wolę Boga i tajemnicę własnego życia.
Maryja „zmieszała się i rozważała, co by to miało znaczyć…”. Człowiek może odczuwać w sobie coś w rodzaju niepokoju, niepewności, nawet zagubienia. Tak jak Maryja. To nasza ludzka kondycja – boimy się tak często nieznanego, boimy się, że cały nasz dotychczasowy ustabilizowany świat nagle runie. Boimy się przychodzącego Boga, ponieważ tajemnica wywołuje lęk, poczucie niepewności, własnej kruchości.
„…rozważała, co by to miało znaczyć…”. Ważne, abyśmy nie uciekali od nawiedzeń Boga, nie uciekali od samotności, w którą Bóg wprowadza, gdy przychodzi. Trzeba wówczas „rozważać”, to znaczy: medytować, kontemplować, rozeznawać na modlitwie. Rozważać swoje życie. Rozważać to wszystko, co się wydarza w moim życiu. Rozważać to, co być może niepokoi, burzy poczucie stabilizacji. Maryja pyta: „Jakże się to stanie?”. Trzeba usilnie pytać Boga, co znaczy to wszystko, co mnie dotyka, co przeżywam, czego doświadczam – jaki jest tego sens?, po co to jest mi potrzebne?, ku czemu służy?
Gdy próbujemy wejść w rozeznawanie, gdy medytujemy czy kontemplujemy Słowo, przychodzi Bóg ze swoim pocieszeniem: „Nie bój się…, znalazłaś łaskę…”. Przychodzi Boże pocieszenie. Pośród naszej samotności, może nawet rozdarcia serca, ciemności i niezrozumienia, PRZYJDZIE Boże pocieszenie. Byle tylko nie uciec. Byle tylko wytrwać w tym „sam na sam” z Bogiem, wytrwać z ciężarem tajemnicy, do której inni nie mają dostępu, choćbyśmy nawet bardzo tego chcieli…
Po doświadczeniu pocieszenia przyjdzie poznanie. Przyjdzie światło. Bóg objawi sens swoich działań, Bóg objawi drogę i poprowadzi – tak jak Maryja otrzymała światło, poznanie co do Bożych zamiarów: „poczniesz…, porodzisz…, nadasz Mu imię…”. Po doświadczeniu głębokiej samotności, niezrozumienia, ciemności, zagubienia, rozdarcia, niepewności, nawet lęku – przychodzi pocieszenie, poznanie i wejście w jeszcze głębszy dialog z Bogiem. Dialog tak głęboki, tak osobisty, że człowiek przestaje się już lękać, przestaje się bać tajemnicy… Jest w stanie wyrazić zgodę na stan, w który Bóg go wprowadził. „Niech mi się stanie”…

grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Maryja uczy nas otwierania się na Słowo

grudnia 07, 2018

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - Maryja uczy nas otwierania się na Słowo
Drodzy bracia i siostry – uczestnicy tej Eucharystii.
Wszyscy, jak tu jesteśmy, trawmy w adwentowym przygotowaniu do Uroczystości Bożego Narodzenia, do Uroczystości wyjątkowej. Wszak w Uroczystość Bożego Narodzenia rozpoczniemy czas Roku Jubileuszowego, czas szczególnej łaski od Pana, czas, w którym będziemy przeżywali i wspominali wielkie dzieła Boże, które dokonały się dla nas i dla naszego zbawienia - wiekie dzieła Miłosiernego.
W czasie adwentowym, kiedy otwieramy karty czytań adwentowych, przed nami przesuwają się adwentowe postacie: proroków i świętych.
W adwentowych czytaniach mszalnych mówi do nas prorok Izajasz: "Słuchajcie więc Domu Dawidowy, czyż mało wam naprzykrzać się ludziom, iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu. Dlatego Pan sam da wam znak: oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emanuel, tzn. Bóg z wami".
Proroctwo izajaszowe spełnia się. I dzisiaj staje przed nami Maryja, jak słyszeliśmy w Ewangelii, ta Dziewica poślubiona Mężowi imieniem Józef z rodu Dawida, staje przed nami Ta, Która jest błogosławiona między niewiastami, i dowiaduje się, że jest Łaski pełna. Powtarzamy wobec Niej słowa anielskiego pozdrowienia: "Bądź pozdrowiona, tutaj przez nas, w tej wspólnocie wiary, w tej maryjnej parafii, bądź pozdrowiona Ty, pełna łaski".
Maryja jest pełna łaski dzięki działaniu Boga, dzięki temu działaniu Boga, które możemy określić, jako nieustanny dialog zbawienia. To Bóg prowadzi z ludzkością, prowadzi z każdym człowiekiem dialog zbawienia. Jego najgłębszym wyrazem jest Jezus Chrystus, Emanuel, Bóg z nami. To Syn Boży jest tą najpiękniejszą i najgłębszą mową Boga Ojca do człowieka, do każdego z nas przez Maryję.
Dlatego powtórzmy dzisiaj słowa drugiego czyt. Mszalnego za św. Pawłem: "Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego Obliczem". To wolny wybór Boga, z uwagi na Jezusa Chrystusa, Jego zasługi, dotyczy najpierw Jego Matki, zachowanej od skazy grzechu pierworodnego.
Ale ten wolny wybór Boga, który ogarnia człowieka miłością, dotyczy także każdego z nas. Ten wybór Boga, który nas dotyczy, on jest celowy, ma swój cel: Bogu chodzi o to, że mamy istnieć "ku chwale Jego Majestatu".
Maryja, Ta pierwsza wybrana Nowego Testamentu, przez swoje fiat – niech się stanie – otwarła drogę człowieczeństwu Bożego Syna. To Ona zrodziła Tego, który siebie nazwał Bramą; to Jego Bóg Ojciec ustanowił Bramą zbawienia i życia, otwartą Bramą przebaczenia. To Jezus Chrystus, przez Niego, otwarła się dla nas brama niebieskiej Ojczyzny.
Brama, drzwi – pełnią niejako podwójną funkcję: ograniczają i zamykają przestrzeń, w tym przypadku przestrzeń kościoła. W kościele otwierają nam dostęp do rzeczywistości Liturgii, a pośrednio wskazują na rzeczywistość, którą w Liturgii przekraczamy.
Drzwi dają poczucie bezpieczeństwa. Im mniej go na ulicy, w świecie, tym solidniejsze drzwi, tym potężniejsze zabezpieczenia. Aby znaleźć się w tej bezpiecznej, zamkniętej przestrzeni, potrzeba przekroczyć drzwi.
Ale, czy Kościół żywy, może zamknąć się drzwiami w przestrzeni, nawet najpiękniejszej świątyni? A przecież za drzwiami pozostaje świat. Jesteśmy zebrani, jako Kościół żywy, aby spotkać się z Tym, który jest Bramą owiec. Ale potem mamy w Jego imieniu iść do świata, i mamy ten świat ewangelizować, mamy być misjonarzami, mamy dawać świadectwo prawdzie.
Jezus Chrystus nazywa siebie Bramą – otwiera nam drogę Kościoła w Sakramencie Chrztu św., i nakazuje nam wchodzić przez wąską bramę, nakazuje nam dokonywać wyborów, trudnych, które nie mają nic wspólnego z pójściem na łatwiznę. Uświadamiamy sobie, że to przede wszystkim Jezus Chrystus, i trzeba nam takiego uświadomienia w dzisiejszej rzeczywistości, że to On jest Bramą owiec, On jest jedynym Zbawicielem człowieka i nie ma innego, na zasadach wyłączności. Wszak sam stwierdził: "Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce".
Jezus Chrystus jest Bramą i jest Dobrym Pasterzem, który daje życie za owce i prowadzi je do zbawienia. Bo "przez Niego mamy przystęp do Ojca". Tenże Chrystus nam wszystkim stawia wymagania. Aby wejść przez Bramę, którą On jest, potrzeba wiary, i potrzeba nawrócenia. "Wchodźcie przez bramę ciasną". Wezwanie to jakże współbrzmi z propozycją dźwigania codziennego krzyża, podejmowania swoich obowiązków w tej rzeczywistości, w której żyjemy, w tym czasie, jaki został nam dany.
Te zachęty kończy jednak Jezus Chrystus, Dobry Pasterz, bardzo realistycznym stwierdzeniem, że nie wszystkich stać na takie postępowanie, na takie dokonywanie trudnych wyborów.
"Starajcie się wchodzić wąską bramą. Bo mówię wam, że wielu będzie usiłowało wejść, a nie będą mogli". Odnieśmy te słowa do nas, którzy uczestniczymy w tej wyjątkowej uroczystości; odnieśmy je do nas i uczyńmy adwentowy rachunek sumienia.
Przesłanie o ciasnej bramie kojarzy się z wymaganiami moralnymi, które Jezus Chrystus stawia swoim uczniom. Zachęta do wybierania ciasnej bramy, to zarazem przestroga, by nie decydować się na łatwe rozwiązania życiowe, na unikanie za wszelką cenę trudności, komplikacji, niewygód, cierpienia. Brama wąska, to także zdecydowane "nie" Chrystusa wobec wszelkich nadużyć moralnych. Wszak powszechność zjawisk ubrana w formułę: "Wszyscy tak postępują", nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem ani wytłumaczeniem. Odpowiadamy bowiem nie za czyny innych, tylko za nasze postępowanie. Pamiętajmy, że nie samym chlebem żyje człowiek, a kto chce zachować swoje życie na tym świecie, straci je, a kto tego życia nienawidzi na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. To jeden z paradoksów nauki Chrystusa.
Ciasna brama to nie tylko ogólne wymagania moralne, to przede wszystkim ewangeliczne błogosławieństwa, które zachęcają do pozytywnego działania w świecie, do przemiany świata w duchu Ewangelii, do przemiany tej rzeczywistości, w której żyjemy. Nie wystarcza tylko powstrzymywać się od czynienia zła.
Treść ewangelicznych błogosławieństw została nam przypomniana podczas wizyt św. Jana Pawła II w naszym kraju, a szczególnie w Starym Sączu. Pamiętamy te pełne troski słowa Ojca św. wzywające nas do świętości, do starania się o świętość, a to przecież nic innego, jak codzienny wysiłek naśladowania Chrystusa i wchodzenia przez ciasną bramę w rzeczywistość Bożego Królestwa.
Niech przechodzenie przez tę bramę naszego kościoła, zawsze wam te wezwania przypomina. Jest ona symbolem Chrystusa, który chce nas wprowadzić w rzeczywistość Ojca. Niech nam ta święta brama przypomina także dzień naszego chrztu, dzień naszego wejścia w Kościół, niech nam przypomina, że jesteśmy ciągle w drodze do Niebieskiej Ojczyzny.
Maryja idzie pierwsza w pielgrzymce wiary i uczy nas otwierania się na Boże Słowo, prowadzenia z Bogiem zbawczego dialogu, i wpatrzeni w przykład Maryi z dzisiejszej Ewangelii, usiłujmy w okresie Adwentu Bogu odpowiadać: "tak, niech się stanie w moim życiu, niech się staną w moim życiu ciałem wszystkie wezwania, które Ty przede mną stawiasz". To jest Maryjny, a zarazem ewangeliczny sposób przemiany świata, postępowanie za Niepokalanie Poczętą Maryją – to sposób oddawania chwały Chrystusowi.
A co jest chwałą Chrystusa? Jest nią przede wszystkim nasze chrześcijańskie życie. Próbujmy naszym życiem oddawać Chrystusowi, Królowi wieków, Nieśmiertelnemu, chwałę. Niech ta prawda staje się nam bliska, niech staje się w nas żywa, ilekroć będziemy przekraczać bramę naszej świątyni. AMEN.

grudnia 01, 2018

1. Niedziela Adwentu (C) – Czas czuwania

grudnia 01, 2018

1. Niedziela Adwentu (C) – Czas czuwania
Adwent. Czas znaków, które mówią o bliskości Boga z człowiekiem. Czas rekolekcji. Tysiące misjonarzy rusza w świat, jak pielgrzymi. Z duszą na ramieniu i ze Słowem Bożym. Znów zapełnią się kaplice, kościoły i ba­zyliki. Będzie cicho, jakby ktoś makiem zasiał. W kościołach zapala się dodatkowe światło, oznaczające oczekiwanie. Przybądź - to jest credo Adwentu. W kościołach wierni przyjdą na "roraty" z zapalonymi świecami, dzieci z lampionami, które będą także oznaczały oczekiwanie. Adwent, to także oczyszczenie naszej duszy. Trzeba oczyścić to co brudne i grzeszne. Po cichutku wchodzimy w misterium świąt Bożego Narodzenia, na wigilię, ale także i przede wszystkim na Obecność Boga w Święcie. Nie jako na pamiątkę, którą można się zadowolić i w folklorze święta roztkliwić ko­lędą: "li li li li laj" - ale w pamięci tego święta i w obecności Bożej Dzieciny, która rodzi zobowiązania.
Pierwszym adwentowym znakiem jest mądra katecheza Kościo­ła, który chce przypomnieć dzisiejszemu zajętemu człowiekowi (ciągle zajętemu czymś innym), aby pamiętał o Obecnym wśród nas Bogu. Bo On przyszedł do nas. Dlatego "i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie..." (Mt 24,44).
Chce przypomnieć, że to jest czekanie nie na święta, tak bardzo nastrojowe, ciepłe, święta wspólnego stołu, przełamanych barier, otwar­tych serc... to jest piękne, ale liturgia dzisiejsza wprowadza w to nasze myślenie zasadniczą korektę. W Adwencie - wszystko prowadzi nie do świąt, ale do Osoby Chrystusa. To On jest przedmiotem naszej nadziei, to On jest Obietnicą i jej Spełnieniem.
Czekanie na osobę, czekanie na pewien dramat osoby, nie jest tym samym, co czekanie na święto.
W czekaniu na kogoś jest zawarta pewna prawdziwość życia - piękno i trud, nadzieja i możliwość rozpaczy, radość i lęk.
Dlatego już na początku Adwentu Bóg przypomina, że chrześcijań­skie czekanie nie jest czymś mechanicznym, biernym, bezideowym. Inauguracja Adwentu powinna zawierać pewien program pracy na najbliższe tygodnie.
Najważniejszym zadaniem tego czasu jest przygotowanie się na osta­teczne przyjście Pana poprzez wewnętrzną przemianę serca.
Źródłem przemiany ludzkiego serca - jest dążenie do doskonałości. Do tego jest potrzebne czuwanie. Inaczej mówiąc - duchowa praca nad sobą...
Czuwać - aby czasu oczekiwania i przygotowania nie stracić. Czuwamy, aby nie zlekceważyć napomnień Bożych: "uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe".
"Czuwajcie" - słowo to znane jest harcerzom, którzy pozdrawiają się przy spotkaniach i w listach "czuwaj"! Tysiące młodych powtarza to słowo: czuwaj! "Czuwaj" - znaczy - "nie śpij".
Czuwanie - znane jest każdej matce.
Czuwanie - znane Szkole Podchorążych - bo te słowa zawsze działały na wyobraźnię patriotycznej młodzieży polskiej. Były one symbolem czynu zbrojnego i poświęcenia. Zryw listopadowy podchorążych, który zapocząt­kował wojnę 1830 roku powstaniem listopadowym - był dla tej młodzieży wskazówką, jak działać, aby odzyskać wolność i niepodległość.
Czuwać - to troszczyć się. To czuwać nad swoim językiem, czuwać nad swoim wzrokiem. Gotowe niech będzie wasze sumienie, żeby oczy Jezusa, brata wszystkich, których odkupił krwią swoją, mogły być przyjęte i uznane.
Gotowe niech będzie wasze życie, by niosło dobro. Gotowe słowa, by powitały Pana brzmieniem znanym i bliskim przez całe życie.
Smutne są następstwa braku czuwania nad wzrokiem, nad językiem. Ile nieporozumień między ludźmi, ile gniewu, a nawet rozpraw sądowych.
"Czuwać - to oczekiwać na Gościa. Człowiek, który oczekuje - czuwa. Chrystus przychodzi ciągle w naszą ludzką codzienność. Przychodzi tam, gdzie jest człowiek ze swoimi problemami, ze swoimi biedami, tam gdzie są ludzkie porażki i wygrane, niepowodzenia i sukcesy. Przychodzi tam, gdzie człowiek wypowiada słowo: przyjdź"!
Przyjdzie wreszcie po raz ostatni: dla człowieka w chwili jego śmierci i dla świata - przy jego końcu. Może się zjawić znienacka... "z wieczora, czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem"... I dlatego czuwać, tzn. iść na spotkanie z Osobą, na spotkanie z tradycją, celebracją, znakami kultury. I na tej drodze, dane nam są znaki, słowa krótkie, gdyż Bóg jest zwięzły, ale w tych słowach zawarta jest prawda o człowieku, o czasie w którym żyje, o celu drogi, którą idzie. Uwięzić oczy w zjawiskach tego świata i nie widzieć tych znaków, to nie przeżywać adwentu.
Obserwując świat - zauważamy, że to nasze chrześcijańskie czuwanie osłabło. Zbyt bardzo zadomowiliśmy się w tym świecie doczesnym, w tym przemijającym świecie...
My już często nie potrafimy tęsknić tak, jak ludzie z czasów Chrystusa i apostołów, do innego doskonalszego świata. Czuwanie - mówi Ojciec św. to nie bierne trwanie, ale dynamiczne włączenie się w kształ­towanie lepszego jutra". Dzisiaj próbuje się tak żyć (nie wiem, skąd to idzie), jakby Bóg był daleko, jakby był nieobecny, jakby nie miał nam nic do powiedzenia, jakbyśmy ostatecznie przed Bogiem nie musieli zdać sprawy ze swego życia. Wielu żyje tak, jakby nie było dylematu: dobro czy zło, światłość czy ciemność. Akceptuje wszystko, nie podejmując trudu oceny i wyboru. A jednak taki dylemat istnieje. Jest przecież ciągłe napięcie między światłem a ciemnością, między życiem z Bogiem, a ży­ciem bez Boga. Między tymi wartościami stoi człowiek. I musi sam dokonać wyboru. Być mądrym. I Bóg w swojej dobroci i mądrości ukazuje człowiekowi wiele znaków, tak aby się nie zagubił.
U progu Adwentu Bóg w swoim słowie wzywa nas,"abyśmy umieli zrozumieć chwilę obecną" (Św.Paweł).
Zrozumieć chwilę obecną - to znaczy stworzyć dobry klimat, dobrą atmosferę w swoich rodzinach i w naszej Ojczyźnie.
Poeta Norwid - pozostanie zawsze człowiekiem współczesnym. W trosce o nasze społeczeństwo pisał: "Umiemy się tylko kłócić, albo kochać, ale nie umiemy się różnić pięknie i mocno". Powiedzenie to cytują najczęściej ci, którzy "wszystkim mają wszystko za złe", lecz sami nie potrafili dotychczas nie tylko niczego zdziałać, ale wyrazić coś pozytywnie, twórczo. Szczególnie ostro występował Norwid przeciwko tym Polakom, którzy zaślepieni swoim własnym "ja", nie doceniali zasług i mądrości innych".
Stawianie pytań przez posłankę Sejmu: Czy Polsce potrzebny jest konkordat i jakie z niego będzie mieć korzyści nasze państwo, i podnosze­nie tych samych i nieprawdziwych zarzutów przeciwko konkordatowi nie stwarza dobrego klimatu.
Jesteśmy krajem katolickim, przyjęliśmy kulturę zachodu, od ponad tysiąca lat bronimy tej kultury. Nie wolno takich pytań stawiać, bo to ubliża katolikom i nie buduje dobrego klimatu. Pewnie, że Kościół nie jest salonem, w którym obowiązuje towarzyski savoir vivre. Lecz Kościół jest przybytkiem Miłości, a miłość zobowiązuje też chyba do grzeczności, do zwyczajnej ludzkiej uprzejmości i wyrozumiałości, do zachowania się, które bliźnich nie denerwuje... i to jeszcze w kościele w obliczu Samej Miłości! Jest nas dużo katolików w Polsce i nie można na konkordat patrzeć tylko przez salę sejmową. Trzeba zobaczyć, że to nie przywileje układają program pracy duszpasterskiej w szpitalach, więzieniach, w woj­sku i policji - ale racje duszpasterskie. One zwyciężają. Bez przywilejów i bez zapłaty w walucie idziemy do szkół (jak dotychczas), spełniamy posługę bez pensji, co wydaje się bardzo dziwne w innych kościołach, szczególnie na Zachodzie, gdzie te sprawy są jakoś unormowane. Ale nie o to chodzi. Nas cieszy klimat i atmosfera, w której jesteśmy. Dobrze, że są ludzie mądrzy, którzy na te pytania odpowiadają. Tylko, czy wystarczy równie dobra wola, aby odpowiedzi przyjąć?!
Trzeba zobaczyć dobry klimat dzieci adwentowych w naszych świątyniach - tej spontanicznej dziecięcej wiary i tych, którzy realizują podstawowe prawo miłości, aby dostrzec wigilijną świecę dobroci przy dodatkowym nakryciu dla osoby samotnej.
My chcemy pamiętać o dobrych słowach św. Jana Pawła, i podnoszeniu Polaków na duchu w czasie stanu wojennego - bo jeżeli się straci pamięć - to traci się życie. Dlatego upomina nas dzisiejsze słowo: "Niech nie będą ociężałe wasze serca".
Chcemy żyć w Adwencie godnie, zdrowo, spokojnie i przyjaźnie. Nie zawsze pragniemy sławy, majątku, urody, chociaż to jest ludzkie. Ale nade wszystko pragniemy żyć mądrze. A mądrze, to znaczy tak, aby zachować w sobie umiejętność refleksji nad rzeczywistością obecną. Chcemy mieć tę umiejętność rozróżnienia dobra od zła. Ten, który będzie umiał rozróżnić dobre pytania od złych, będzie uchodził za mądrego człowieka.
Uszanujmy ludzkie sumienia. Zostawmy je wolne, ale uszanujcie, bo są boskie i katolickie. Może często słabe, upadające, ale przecież boskie. Czuwajmy - abyśmy umieli rozpoznać znaki i potrafili "Przekroczyć próg nadziei". Amen!


listopada 29, 2018

1. Niedziela Adwentu (C) – Czuwać znaczy kochać

listopada 29, 2018

1. Niedziela Adwentu (C) – Czuwać znaczy kochać
Czas i okoliczności, w których żyjemy, postawiły nas wobec wielu pytań. Niekiedy przychodzą one z zewnątrz i są wynikiem manipulacji człowiekiem. Dobrze, gdy wówczas przebudzi się człowiek i dojdzie do wniosku, że nie wszystko wolno zakwestionować, nie przy wszystkim wolno postawić znak zapytania. Bogu niech będą dzięki, gdy w porę obudzi się człowiek, obudzi naród, gdy w porę spostrzeże, że niektóre pytania, choćby te z początku dziejów człowieka, z raju, mają iście diabelski podtekst i wydźwięk. Poeta opisując to rajskie wydarzenie i pytanie trafnie napisał: „Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego zaczęła się najskromniej od słowa: dlaczego?” (A. Mickiewicz).
Upłynęły wieki. Czasy, w których żyjemy trudno nazwać rajskimi, ale podtekst i pytania są takie same. Potrafiły one zaprowadzić wielu ludzi i niejeden naród na manowce ateizmu czy negacji wszelkich zasad moralnych. Ale dziś wydaje się najbardziej niebezpieczne sprowadzenie wszystkich życiowych problemów do tego jednego, natarczywego pytania: co będziemy jedli, co będziemy pili, czym się przyodziejemy? W tym ślepym zaułku człowiek stwierdza, że życiowa konieczność tych pytań o byt materialny wyjaławia i paraliżuje ludzkie dążenia. To krok dalej niż ateizm jako program, o którym mówił Jan Paweł II na placu Defilad.
Dzisiejsza liturgia pierwszej niedzieli Adwentu prowokuje nas do stawiania sobie zupełnie innych pytań. Są to pytania o wnętrze, o istotę naszego życia i działania. O nasze chrześcijańskie wnętrze wystawione wciąż na próbę i niebezpieczeństwo spłycenia. Pozwólmy sobie w tym miejscu na nieco inne odczytanie dzisiejszego urywka Pierwszego Listu do Koryntian. Uczyńmy go pytaniem: Czy w Nim, w Chrystusie zostaliście wzbogaceni we wszystko, we wszelkie słowo i poznanie? Czy świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was tak, iż nie doznajecie braku żadnej łaski? Czy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa? Czy okażecie się bez zarzutu w dniu przyjścia naszego Pana? Tak postawione pytania bardziej podkreślają wymowę przypowieści ewangelicznej, którą usłyszeliśmy przed chwilą.
Pan Jezus mówi o potrzebie czujności, gdyż królestwo Boże powierzone Jego wyznawcom ma wartość nieocenioną. Trzeba pilnować go jak skarbu. Chrystus Pan w przypowieści utożsamia się z gospodarzem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czy można lepiej zobrazować wartości najdroższe sercu człowieka? Obraz domu, powierzonego pieczy mieszkańców, przemawia do wszystkich. Nad dom rodzinny nie ma nic bliższego i droższego. Pojęcie domu przekazuje najwyższe i ponadczasowe wartości. Domem jest Kościół, domem ojczyzna. Domem Boga jest człowiek. Domem ludzi po wszystkie wieki, na zawsze jest królestwo Boże. Pan zostawił nam swój dom, a do czasu swego powrotu wyznaczył nam domowe zajęcia. Każdy w tym domu ma do spełnienia wyjątkowe zadanie. Nad domem tym na wieki będzie powtarzane to, co słyszeliśmy dzisiaj w Liście do Koryntian: „Chrystus będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dniu Jego przyjścia” (1 Kor 1,8). Będzie umacniał, bo nieustannie jest z nami w domu swego Królestwa. Umacnia nas trwających w Jego domu, bo miłuje nas do końca. Miłość jest spoiwem tego domu. Gdy jej zabraknie — uboższy jest Kościół, uboższa ojczyzna, uboższy i smutny jest człowiek. Może właśnie teraz, w tym czasie i okolicznościach pytać o nią trzeba będzie częściej niż kiedykolwiek. Z pewnością będzie więcej wśród nas potrzebujących, dla których wzajemna miłość musi otworzyć czule serca i mocne ręce.
Ojciec św Jan Paweł II mówił o tym, że nasza ojczyzna wciąż potrzebuje nowej ewangelizacji; chyba w dziedzinie wzajemnej miłości najbardziej. Poddając się nowej ewangelizacji musimy zdać sobie sprawę z mocy, która w nas jest. Odwołajmy się jeszcze raz do tekstu św. Pawła: „W Nim zostaliśmy wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie doznajecie braku żadnej łaski” (1 Kor 1,5-7). Trzeba więc sięgnąć na nowo do tego źródła mocy i na nowo uwierzyć, że czerpiemy od wieków z wartości trwalszych niż przelotne hasła i trzepot transparentów. O Kardynale Wyszyńskim opowiadają, że jako kapelan oddziałów powstańczych w 1944 r. patrzył pewnego razu z podwarszawskich Lasek na łunę nad dogorywającą stolicą. Wiatr niósł swąd spopielałego dobytku i resztki nadpalonych śmieci i papierów. Wśród nich późniejszy Prymas znalazł kartkę, na której ogień ocalił tylko dwa słowa: „Będziesz miłował…” Mówił o tym, że to był testament ginącej Warszawy, która nic droższego nie mogła mu przysłać.
Nowa ewangelizacja niech nam pomoże ocalić miłość, bo jedynie miłość ocala. Niech wzmocni wiarę w Chrystusa, który umacnia nas aż do końca. Niech obudzi nadzieję nowego życia w Bogu. Tak ocala się dom, który nam Pan zostawił. Tak umacnia się wśród nas królestwo Boże, bo jedynie miłość ocala.
Ukochani bracia i siostry! Dzisiejsza Ewangelia pierwszej niedzieli Adwentu mówi o czuwaniu. Jak więc żyć, by być przygotowanym na przyjście Pana? Myślę, że z wielu znaczeń słowa „czuwać” Jest jedno najpiękniejsze - „kochać”. Czuwa ten, kto nieustannie kocha; kto pragnie wypełnić wolę Bożą; kto nieustannie wychodzi ze swego egoizmu; kto pragnie dobra drugiego bardziej niż swego; kto ćwiczy się w postawie podobnej do Jezusa, kiedy umywał nogi Apostołom. Nie da się tak kochać: bez wiary, bez modlitwy, bez życia w Bogu.
I właśnie tak, czuwając w miłości, najlepiej przygotowujemy się na przyjście Pana, to znaczy: na naszą śmierć, na wieczne życie w Bogu. 


października 31, 2018

Homilia na Uroczystość Wszystkich Świętych - Spotkamy się wszyscy w domu Ojca

października 31, 2018

Homilia na Uroczystość Wszystkich Świętych - Spotkamy się wszyscy w domu Ojca
Umiłowani w Chrystusie Zmartwychwstałym!
 
W ten listopadowy dzień stajemy zadumani wspominając tych, co odeszli już spośród żywych. Wspominamy naszą pamięcią ich radosne uśmiechy, czasem łzy smutku, miłość jaką nas otaczali. Myślimy o wszystkich – o tych, którzy przeżyli wiele lat, dożywając sędziwego wieku, i o tych, którym piszemy na grobach: powiększył grono Aniołów.
Oczyma duszy widzimy tych, których kochaliśmy i kochamy nadal, a którzy już są po tamtej stronie. Chcemy, by trwali w naszej pamięci.
Myślimy o tych, którzy nas poprzedzili w drodze do niebieskiej Ojczyzny. Podczas uroczystości pogrzebowych zapewnialiśmy ich, że na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Teraz, w pędzie życia zatrzymujemy się nad ich grobami, przypominamy imiona, wydobywamy z mroku zapomnienia.
Jeszcze raz odkrywamy, jak wiele zawdzięczamy innym, tym, co już po tamtej stronie życia. Wspominamy rodziców i ich piękną, wielką miłość ku nam, dziadków z ich ciepłymi sercami, kapłanów z ich Bożą miłością, wychowawców, nauczycieli, którzy uczyli nas żyć. Dziś szczególnie przypominamy sobie, że w drodze do domu Ojca nie jesteśmy sami, że każdego dnia naszego życia otaczali nas ludzie, pragnący nieść nam pomoc, dawać nadzieję, budować naszą wiarę. Tyle im zawdzięczamy!
Siostry i Bracia!
Współcześnie wielu z nas wyznaje pogląd, że to kim są, co posiadają, jak żyją, zawdzięczają jedynie sobie samym. Takie zdanie to dowód wielkiej niedojrzałości ludzkiej. Kim byłbyś dziś, gdyby matka nie nauczyła cię znaku krzyża? Gdybyś w spracowanych dłoniach ojca nie widział różańca, modlitewnika?
Trzeba nam dziś popatrzeć jak mijają pokolenia, przechodzą przez ten świat ludzie, trzeba nam dziś pomyśleć jaki ślad zostawili w nas i jak nadal w nas żyją. Co z ich życia, wartości, którym służyli, miłości, jaką nam dawali, co pozostało w nas?
Oni są dziś u Boga. Dziś modlą się za nas, a my uwielbiając Boga za Jego Miłosierdzie, prosimy ich o wstawiennictwo. Istnieje jakaś prawdziwa, realna więź między nami a nimi, którzy patrzą w twarz dobrego Ojca albo czekają jeszcze w czyśćcu na to ostateczne spotkanie. Często chcemy im pomóc, by szybciej dostali się do niebieskiej Ojczyzny. Przywołujemy zatem na pamięć słowa Księgi Machabejskiej: „Dobrą rzeczą jest modlić się za zmarłych” i przez całe wieki wraz z powszechnym Kościołem modlimy się o wieczny odpoczynek i światłość dla nich.
Nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus powiedział nam, że ci, którzy od nas odeszli, nie wyruszyli   w drogę do nikąd, ale w drogę do domu Ojca, gdzie Jezus odszedł pierwszy, by przygotować nam miejsce. Dlatego w jednej z prefacji mówimy: „Życie Twoich wiernych o Panie zmienia się, ale się nie kończy”. Te słowa wyrażają naszą wiarę w życie pozagrobowe, w to, że istnieje lepszy świat, w to wreszcie, że śmierć nie jest ostatecznym końcem i przeznaczeniem człowieka. Dlatego właśnie nie przygniata nas i nie druzgocze myśl, że musimy odejść z tego świata, tak jak przytłaczała tych, którzy żyli przed przyjściem Chrystusa. Starożytni Grecy ustami Homera wypowiadali swój lęk przed śmiercią. Achilles, któremu Odyseusz gratulował panowania w krainie śmierci, wypowiada takie słowa: „Nie zachwalaj mi śmierci Odysie, wolałbym służyć na ziemi za parobka, niż królować nad tymi co odeszli ze świata”. Pobożny król żydowski Ezechiasz rozpłakał się jak dziecko, gdy prorok obwieścił mu nadchodzącą śmierć, a Damokles powiesił nad swoją głową miecz, zaczepiony na cienkim włosie, by pokazać jak kruche jest życie człowieka, żyjącego w ciągłym lęku przed śmiercią.
My, chrześcijanie, wraz z Jezusem odsłaniamy zasłonę, którą przed naszymi oczami rozsnuła śmierć, wchodzimy w świat zmartwychwstania, bo nasz Zbawiciel jest Zmartwychwstaniem i życiem. I to jest powód, by nie smucić się śmiercią bliskich, lecz radować z ich chwały w niebie.
Prawda o obcowaniu świętych, a więc łączności ziemi, czyśćca i nieba, ma nas uczyć jak postępować i żyć, by spotkać kiedyś Boga i naszych bliskich twarzą w twarz. Pytano Jezusa, co należy czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Jezus odpowiedział: „Znasz przykazania, zachowuj je”. Trzeba nam więc wyprowadzić wnioski z faktu, który Norwid poetycko przedstawił w wierszu „W pamiętniku”:
„Coraz to z ciebie jak z drzazgi smolnej
wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny,
czy to co twoje, ma być zatracone?
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
co idzie w przepaść z burzą? Czy stanie
na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
wiekuistego zwycięstwa zaranie.”
Właśnie. Co zostanie po nas? Jak będą nas wspominać ci, którzy po nas przychodzą na ziemię? Czy zostanie tylko popiół w grobie i szarość w pamięci czy też może diamenty miłości wyświadczonej innym, diamenty dobrych czynów, dokonań, modlitwy, myśli? I mimo że mamy świadomość, iż tu, na ziemi, nie będziemy żyć wiecznie, to pamiętamy, że jesteśmy stworzeni na obraz Boży. Nasz duch jest nieśmiertelny, a ciało zmartwychwstanie w myśl słów Chrystusa: „Każdy, kto wierzy we mnie, nie umrze na wieki”.
Nasze życie powinno być cały czas przepojone pamięcią o nieuchronnej śmierci. Dzisiejszy świat zdaje się zapominać, że kiedyś to wszystko, co ziemskie musi się skończyć. Mieli jakąś ogromną mądrość ludzie średniowiecza, którzy na każdym właściwie kroku przypominali MEMENTO MORI – pamiętaj, że umrzesz. Bez świadomości tego, że będziemy musieli zdać sprawę ze swoich czynów człowiek dziczeje, wynaturza się, bo wydaje mu się, że wszystko jest dozwolone. Tymczasem nasze życie ma być takie, by ci, którzy staną nad naszymi grobami, myśleli o nas dobrze. Ale nie tylko takie. Ono ma być takie, by mogło tu na ziemi być początkiem życia wiecznego, zbawienia. Nie wolno zatem zabijać w sobie tej świadomości, że kiedyś umrzemy, nie wolno jej odsuwać i oddalać, bo przez to oddalamy się od naszego celu, jakim jest życie wieczne.
Jest taka legenda żydowska, według której Pan Bóg stworzył człowieka wytapiając złoto. Wytapiał złoto, po czym wziął naczynie z rozgrzanym metalem i spojrzał w nie. Na powierzchni pływały jakieś paprochy. Bóg dmuchnął, ale powierzchnia nie była całkiem czysta. Dmuchnął trzeci raz i zobaczył w czystym złocie swój obraz, swoje odbicie. Ten obraz był tak piękny, że Bóg postanowił podarować go najdoskonalszemu ze stworzeń. I dał go człowiekowi.
Najmilsi!
Po co opowiadam tę legendę? Po to, żebyśmy uświadomili sobie czyj obraz nosimy w naszej duszy. Jeśli będziemy o tym pamiętać, łatwiej będzie nam nie zabijać go w sobie przez zło i grzech. Łatwiej będzie ten obraz utrzymać w czystości, zdmuchiwać te paprochy i brudy, które będą go przesłaniać.
A dziś szczególnie trzeba dbać o czystość Bożego obrazu w nas. Zobaczcie, drodzy, gdyby ktoś nie wiedzący nic o pochodzeniu człowieka od Boga przyglądał się ludzkiemu postępowaniu, nabrałby niechybnie przekonania, że ojcem i stwórcą człowieka jest ktoś zły, krwiożerczy, pazerny, mściwy, podły, zawistny… Tak bardzo człowiek zbrudził, zniszczył w sobie obraz tego, który go stworzył. Tak mocno zapomniał o tym, że będzie musiał zdać o sobie sprawę przed Sędzią.
Siostry i Bracia! Co najpewniej gwarantuje nam dojście do wieczności? Ewangelia świętego Jana powiada : „Kto spożywa moje ciało i krew moją pije, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. tak więc wieczność zaczyna się już tu, na ziemi, kiedy w Twoim sercu mieszka Bóg i kiedy Twoje serce jest Jego obrazem. Nie zaniedbujmy zatem tego największego daru – bo w nim Bóg daje nam już tu na ziemi możliwość spotkania z Nim samym, zadatek zbawienia.
Przed kilkunastu laty w Krakowie odbył się pogrzeb jednego z profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Żegnano Zmarłego słowami ciepłymi, pełnymi miłości. Jednak ostatnie pożegnanie utkwiło w pamięci wszystkich obecnych. Jeden z przyjaciół powiedział: „Do widzenia kochany kolego”. Chcemy dziś to zdanie powtórzyć: „Do widzenia, nasi ukochani zmarli , bliscy i nieznani”. Spotkamy się wszyscy w domu Ojca, by przez całą wieczność cieszyć się i radować przebywaniem w jego chwale, wierzymy bowiem, że i my usłyszymy słowa Jezusa: „Pójdźcie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo przygotowane dla was od założenia świata.” Amen.
 
 

października 27, 2018

30. Niedziela Zwykła (B) - Panie, spraw, abym przejrzał

października 27, 2018

30. Niedziela Zwykła (B) -  Panie, spraw, abym przejrzał
Dzisiejsza liturgia słowa prowadzi uważnego słuchacza do niepowtarzalnego spotkania z Bogiem. Przeczytana przed chwilą scena ewangeliczna, nakreślona żywo i dokładnie w najmniejszych szczegółach przez św. Marka, pozwala przeżyć niemal namacalnie to osobliwe pochylenie się Chrystusa nad cierpiącym człowiekiem. Ewangelista nie zapomniał przekazać imienia niewidomego nieszczęśnika, pamiętał również o tym, by poinformować słuchacza, że to był żebrak. I zapisany jeszcze szczegółowo dialog. Wszystko po to, aby pokazać, że sprawa toczy się w konkretnych warunkach i że chodzi też o konkretnego człowieka.
Dla bezpośrednich świadków tego wydarzenia i dla nas dzisiaj i dla wszystkich, którym kiedykolwiek ta Ewangelia będzie głoszona jest ważne, że to właśnie dla niewidomego żebraka Bartymeusza, siedzącego przy drodze, w pobliżu Jerycha, przechodzący tą drogą Chrystus okazał tyle uzdrawiającej łaski. I ważnym jest również to, że tę samą łaskę i ąłowa miłosierdzia kieruje Jezus i dziś do konkretnego człowieka. Iluż to chorym nie kto inny, tylko Chrystus, przywrócił radość i siły. Nikt nie potrafi podać liczby tych, którym jedynie On łzy ociera, przechodząc wśród tylu ludzkich nieszczęść i krzywd.
Dziś, kiedy czytana jest w kościele ta Ewangelia, warto pomyśleć o tych, do których jakoś w szczególny sposób jest kierowana: o chorych, opuszczonych, nieszczęśliwych. Może niejeden wnikliwy uczestnik liturgii dzisiejszej razem z Chrystusem pochyli się bezinteresownie nad ludzką biedą. To takie ważne. Pamiętać o drugich, o tym, że żyje w nich Chrystus, i to ważne, by nie zapomnieć samemu wyciągnąć ręki ku Niemu. To takie ważne w ciemnej nocy niepewności, kiedy ukrzyżowano tyle ludzkich nadziei, mówić z wiarą coraz natarczywiej: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną'' (Mk 10, 47).
Dla nas, chrześcijan, takie to ważne, by poddać się Temu, który oczy otwiera w sposób duchowy. Człowiek poddany Chrystusowi, uwrażliwiony być musi na grożącą 'zawsze ślepotę duchową, znacznie gorszą od cielesnej. W tym sensie nauczyć się trzeba wołać nieustannie do przechodzącego, to znaczy do wciąż obecnego Chrystusa: „Panie, żebym przejrzał" (Mk 10, 51). Na tyle spraw trzeba oczy otworzyć. Każde ze zdań Ewangelii, dobrze zapamiętać, i te, na które człowiek łatwo się godzi, i te, których przyjęcie budzi w nas sprzeciw. „Panie, spraw, żebym przejrzał" (Mk 10, 51) - trzeba tak powiedzieć, gdy się postawi przed sobą rejestr Bożych przykazań. Tyle tu problemów do wnikliwego patrzenia i we wszystkich „tak" musi być „tak", a „nie", musi oznaczać „nie".
Panie, spraw, żebym przejrzał" (Mk 10, 51) - i nie próbował naginać Twoich przykazań do sytuacji, do życiowych porażek czy sukcesów. Niech zbrodnia dzieciobójstwa nazywa się wykroczeniem przeciw przykazaniu Bożemu: „Nie zabijaj", ą, nie „zabiegiem". To wielka ślepota. Niech pogwałcenie praw człowieka, w jakiejkolwiek formie, będzie nazywane po imieniu, bez próby fałszerstwa czy dorabiania parawanu. To też wielkie kalectwo.
Bartymeusz, ślepiec spod Jerycha, jak mówi Ewangelia dzisiejsza, natychmiast przejrzał i szedł drogą za Jezusem. Jakże byłby niemądry ten ślepiec, gdyby zmarnował szansę uzdrawiającego spotkania z Jezusem, a zajął się tylko podliczeniem użebranych miedziaków. Ślepcem będzie każdy, kto nie chce uznać, że nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię (2 Tm 1, 10). Rzucił światło przez Ewangelię na życie poszczególnych ludzi. Rzucił światło również na życie całych społeczeństw i narodów.
W świetle Chrystusa chcemy widzieć, jak cenną i wychowawczą jest każda kartka Ewangelii i jak dzielnym jest człowiek, który nie tylko ją czyta, ale według niej postępuje. Podejmując życie zgodne z Ewangelią, może również naród cieszyć się i wysławiać Pana, który wybawia swój lud.
Pierwsze czytanie z księgi proroka Jeremiasza mówi nam o tej narodowej radości, przychodzącej czasem po wielkim udręczeniu i łzach. Pan Bóg zawsze chce uczynić wielkie rzeczy dla nas, potrzebne jest tylko to jedno: „Panie, spraw, abym przejrzał" (Mk 10, 51). Mam w tej chwili przed sobą niewielką narodową pamiątkę, związaną z wydarzeniami z ulic warszawskich i sprzed kościoła św. Krzyża. Mały, poczerniały krzyż, na nim palma męczeńska i kilka dat poprzedzających Powstanie Styczniowe. Lecz nie o daty tu chodzi, bo można by na ich miejsce wstawić tyle innych, ile o tę najważniejszą sprawę, że naród ten nauczył się pisać swoje dzieje na krzyżu.
Na skrawku ziemi, wyznaczonym krzyżem z Giewontu, i trzema krzyżami z Gdańska; na skrawku ziemi, zwanym Polską, ludzie nauczyli się patrzeć poprzez krzyż na swoją rzeczywistość. Wciąż uczą się ofiarować wszystko Chrystusowi, jako wiecznemu kapłanowi, by nasze pełne krzyża życie przemienił, by krzyż stał się nam bramą. Na tej ziemi nie można tego nigdy stracić z oczu.
Dlatego ciągle wołamy: „Panie, spraw, abym przejrzał" (Mk 10, 51). Amen.

października 27, 2018

30. Niedziela Zwykła (B) - Uroczystość rocznicy poświęcenia własnego kościoła

października 27, 2018

30. Niedziela Zwykła (B) -  Uroczystość rocznicy poświęcenia własnego kościoła
Dzisiaj obchodzimy rocznicę poświęcenia kościoła. Co to znaczy poświęcić kościół? Poświęcenie nawiązuje do sięgającej pierwszych wieków chrześcijaństwa tradycji przeznaczania budynków, czasem świeckich, do użytku chrześcijańskiego kultu. Dokonywano tego faktu w uroczysty sposób przez bogate obrzędy trwające niekiedy kilka godzin. Poświęcenie kościoła oznacza zatem oddanie budynku dla sprawowania kultu.
O tym, że dana budowla przeznaczona została na sprawowanie kultu, nie decyduje tylko sam jej architektoniczny kształt, ale właśnie owo uroczyste jej przeznaczenie, zwane poświęceniem.
Czym jest dla nas obchodzenie rocznicy poświęcenia kościoła? Przede wszystkim jest to odnowienie w sobie świadomości, że to my jesteśmy prawdziwym, bo żywym Kościołem, że świątynie budujemy po to, aby w niej móc gromadzić się na wspólne modlitwy i sprawowanie Eucharystii.
Polskie słowo „kościół” oznacza najpierw budynek o charakterystycznej architekturze i religijnym przeznaczeniu. Słowo to wywodzi się od łacińskiego słowa „castellum” – czyli twierdza, zamek obronny. Bywało bowiem w historii, że budynek kościelny służył także celom obronnym. Świadczy o tym architektura i wyposażenie wnętrza niektórych starych kościołów.
Określenie „świątynia” odwołuje się do przedchrześcijańskiej tradycji i podkreśla sakralny charakter budowli. Warto bowiem sobie uświadomić, że w historii ludzkości sakralne budowle były budowane nie tylko przez chrześcijan. Od dawna bowiem były wyrazem religijnej natury człowieka. Stąd też wszystkie narody cywilizowane budują obiekty, które my najczęściej nazywamy świątyniami. Zachwycają nas one swym pięknem, wielkością czy misternością wykonania. Służą celom religijnym, charakterystycznym dla danej religii czy regionu świata. Najbardziej znane w naszym kręgu kulturowym świątynie pogańskie grecko-rzymskie, wznoszone były jako miejsca czci i przebywania bóstwa. Do środka wchodzili jedynie kapłani, wierni stali natomiast na zewnątrz.
Izraelici do czasów królewskich nie posiadali świątyni. Gromadzili się w miejscach uświęconych znakami obecności Boga. Podczas wędrówki przez pustynię takim miejscem był Namiot Spotkania. Po wejściu do Ziemi Obiecanej – Arka Przymierza. Dopiero w czasach Salomona powstaje wspaniała świątynia. Posiadała ona Miejsce Najświętsze, Święte Świętych, w którym umieszczona była Arka Przymierza. Do tego miejsca wchodził jedynie arcykapłan i to tylko raz w roku. Świątynia izraelska była znakiem obecności Boga, miejscem oddawaniu Mu czci. W Izraelu znane były także synagogi jako miejsca modlitwy, czytania i wyjaśniania Prawa i Proroków.
Chrześcijanie początkowo nie odczuwali potrzeby specjalnych miejsc dla kultu. Początkowo chodzili do świątyni jerozolimskiej i do synagog. Na „łamanie chleba” czyli sprawowanie Eucharystii gromadzili się w prywatnych domach. Z czasem tym miejscom spotkań nadają nowy sens. Stają się one dla nich domus ecclesiae czyli domem, w którym zbiera się Kościół – rozumiany jako wspólnota, na wspólną modlitwę, a głównie dla sprawowania Eucharystii. Nie budują własnych świątyń, gdyż świątynią jest dla nich wspólnota chrześcijan – duchowa świątynia. Tak było w okresie pierwszych trzech wieków i to niezależnie od prześladowań.
Po ustaniu prześladowań, przy znacznym wzroście liczby chrześcijan, po przyznaniu im prawa do posiadania własnych miejsc kultu – rodzi się potrzeba większych pomieszczeń. Ciekawym faktem jest, że wzorem nie stają się świątynie pogańskie, ale świeckie budowle zwane bazylikami. Wydaje się, że stało się to z praktycznego względu. Po prostu mogły one pomieścić znaczną liczbę wiernych. Bazyliki były dla Rzymian miejscem, w którym odbywały się sądy, zebrania, spotkania z urzędnikami królewskimi (stąd i nazwa bazileus = król).
W dalszej kolejności nazwa budowanych pierwszych kościołów – to bazyliki. I tak mamy np. Bazylikę św. Piotra w Rzymie, Bazylikę św. Jana na Lateranie czy Bazylikę św. Pawła za Murami itd. Bazyliki, zwrócone ku wschodowi, miały przypominać, że gromadzący się wierni pielgrzymują ku prawdziwemu słońcu, którym jest Jezus Chrystus; przyjmując kształt krzyża pouczały, że w zgromadzonych tu musi zostać ukrzyżowany stary człowiek, grzeszny, a narodzić się nowy...
Przez cały okres starożytności chrześcijańskiej było żywe przekonanie, że kościoła nie wznosi się tylko jako „mieszkania Boga”, ale nade wszystko jako miejsce gromadzenia się chrześcijan, dla Eucharystii.
Kościół jest znakiem, że Chrystus pragnie być obecny pośród nas. Nie chce być zamknięty tylko w tabernakulum. Chce być w naszym sercu, naszych rodzinach, w miejscach naszej pracy, nauki, wypoczynku, wszędzie tam, gdzie jesteśmy... Nieustannie nas zaprasza, abyśmy brali udział w niedzielnym zgromadzeniu, we Mszy świętej.
Jednocześnie świątynia jest dla nas wyrzutem, jeśli z tego zaproszenia nie korzystamy. Na tyle Bóg będzie obecny w nas i w naszych domach, na ile będziemy tu przychodzić...

września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Grzech zgorszenia

września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Grzech zgorszenia
zwyciężać zło
Drodzy bracia i siostry. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii wypowiada surowe słowa ostrzeżenia pod adresem gorszycieli: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza (Mt 18,6). Przez złe życie człowiek może zniszczyć łaskę uświęcającą w sobie, ale też jego antyświadectwo nierzadko przyczynia się do utraty skarbu łaski u innych. Unikanie zgorszenia powinno więc być wewnętrznym nakazem katolika, wynikającym z miłości bliźniego. Na czym polega grzech zgorszenia? W jakich sytuacjach najczęściej gorszymy innych?
Jezus mówi wyraźnie: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. (Mk 9,45) W innym miejscu Ewangelii, niż przytoczony powyżej fragment, czytamy takie słowa Jezusa: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą (Łk 17,1). Dlaczego Zbawiciel zapowiadał zgorszenia? Bo człowiek jest wolny i został obdarzony możliwością dokonywania wyboru. Może więc wybrać nawet zło, a po grzechu pierworodnym nie stwarza nam to jakoś specjalnej trudności…
Karygodne jest, gdy ktoś świadomie prowadzi innych do grzechu, zwłaszcza do utraty łaski wiary w Boga. Jezus ostrzega przed człowiekiem, który może okazać się gorszycielem. Właśnie przed kimś takim roztacza tę dość przykrą perspektywę zawieszenia na jego szyi kamienia młyńskiego i utopienia.
W Ewangelii znajdujemy słowa zachęty do radykalnego odrzucenia od siebie wszystkiego, co jest powodem grzechu. W obrazowy sposób podkreślają to słowa mówiące o konieczności odcięcia swej ręki czy wyłupania oka: lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła (Mt 5,29). To ostrzeżenie Jezusa powinniśmy odnosić przede wszystkim do siebie samych, żeby nie stać się współautorami zła i tym samym przyczyną czyjegoś grzechu ciężkiego.
Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę na to, że szczególną odpowiedzialność za swe słowa i czyny ponoszą ci, którzy z racji pełnionych funkcji powinni odznaczać się autorytetem, bowiem siła ich oddziaływania na innych jest wyjątkowo duża. Co innego jest, gdy mamy do czynienia ze złem dokonanym przez jakiegoś drobnego rzezimieszka, a co innego, gdy chodzi o kogoś na wysokim stanowisku państwowym czy kościelnym. Zgorszenie spowodowane przez taką osobę bulwersuje bardziej, bo od kogoś takiego oczekuje się, że najpierw sam pokaże dobry przykład, a dopiero potem będzie stawiał wymagania innym.
Grzech zgorszenia dotyczy także ludzi, o których Pan Jezus powiedział, że przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami (Mt 7, 15). To może być choćby wychowawca, który zamiast dawać innym dobry przykład, pod osłoną pełnionego stanowiska czyni szkodę.
W czasach komunizmu mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy zło mogło rodzić się z powodu źle skonstruowanego i niesprawiedliwego prawa, niezgodnego z Bożymi przykazaniami. Nasuwało się bowiem przypuszczenie, że jeśli prawo na coś zezwalało, to tak właśnie można było postępować. Dziś to zjawisko też występuje, choć już w innym wymiarze i w innej skali.
Zgorszenia mogą powodować także reprezentanci różnych instytucji. Katechizm wymienia np. dyrektorów zachęcających do oszustwa, nauczycieli pobudzających do gniewu swoich uczniów, ludzi manipulujących opinią publiczną. Wielkie zło dzieje się również za sprawą nierządu, pornografii, prostytucji i gwałtu.
Jak należy postępować, aby nie być przyczyną zgorszenia dla innych? Ważne jest, aby wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje, odważnie przeciwstawiać się panującym tendencjom i rozpowszechnionym poglądom, umieć powiedzieć prawdę tym, którzy nie są jej świadomi.
Czasami ludzie mają taki bałagan w głowie, iż nie rozróżniają już, co jest dobre, a co złe, bo wyrośli w środowisku, w którym zachwiana była hierarchia wartości. Pamiętam opublikowany przed laty w „Rycerzu Niepokalanej” wywiad z czterdziestoparoletnim mężczyzną, który w USA został skazany na karę śmierci za zamordowanie na tle seksualnym ponad stu kobiet. Okazało się, że był katolikiem, pochodził z pełnej rodziny i właściwie niczego mu w życiu nie brakowało. Było jednak pewne „ale”, związane z tym, że na ulicy, na której mieszkał, znajdował się sklep z pornografią. Kiedy ów człowiek go mijał, za każdym razem szczególnie mocno poruszały jego wyobraźnię zdjęcia, ukazujące przemoc seksualną, prowokując w nieodparty sposób do dokonywania podpowiadanych tak sugestywnie czynów. Podczas wywiadu przeprowadzonego tuż przed wykonaniem wyroku zapytano mordercę, czy społeczeństwo ma prawo eliminować takich, jak on. Skazaniec odpowiedział twierdząco, żałując dokonanych zbrodni. Pozostawił jednak niepokojące zdanie: Ja jutro idę na krzesło elektryczne, a ten sklep z pornografią nadal funkcjonuje na mojej ulicy. Ważne jest zatem, aby nie tylko usuwać skutki zgorszeń, ale przede wszystkim ich przyczyny.
Dwa miesiące temu, podczas ostatnich wakacji, byłem na Ukrainie. Tam, wraz z moimi kolegami, pomagaliśmy księdzu jednej z katolickich parafii na Wołyniu. Gromadziliśmy dokumentację dla Stolicy Apostolskiej o stanie kościołów, kaplic, cmentarzy i innych “pozostałości” katolicyzmu w reerygowanej diecezji łuckiej. Do dziś przetrwały tylko te kościoły, które były wykorzystane w ostatnim 50-leciu na magazyny, filharmonie, muzea, biura, zakłady produkcyjne. Wszystkie te obiekty utrwalaliśmy na zdjęciach, które trafią do Rzymu. Jednak jeden obraz na długo pozostanie w mojej pamięci. W jednej miejscowości nieopodal Kowla, kościół katolicki został zamieniony na młyn gospodarczy. Tylko fasada budynku świadczy, że kiedyś był to kościół. W środku grupa robotników zamieniała ziarno na mąkę, z której będzie chleb. Na zewnątrz, pod oknami świątyni leży oparty wielki, stary  k a m i e ń   m ł y ń s k i, którego nie mogą zakryć liche pokrzywy porastające okoliczny teren. Taki to kamień młyński, wykorzystał Chrystus, aby przybliżyć nam wielkość winy, jaka obciąża tych, którzy sieją zgorszenie. Obraz człowieka, który topi się w morzu z kamieniem młyńskim u szyi, był dla Żydów szczególnie drastyczny, ponieważ uznawali oni śmierć przez utonięcie za najbardziej poniżającą. Ponieważ Chrystus wiedział, że nie da się usunąć zgorszenia z życia człowieka, wkomponował je w Ewangelię. Świadczy o tym czyn Judasza, a także św. Piotra. Czy chcemy czy też nie, stanowi ono część tajemnicy człowieka. Dobitne słowa Pan Jezus wypowiedział o gorszycielu: Byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Z pewnością wielu z nas nie odnosi tych słów do siebie, bo niby jakie my możemy dawać zgorszenie innym? A może w ogóle nie wiemy co to takiego jest zgorszenie? Gorszyć, to znaczy sprawiać, by drugi człowiek stawał się gorszym. To znaczy być powodem grzechu drugiego człowieka. Wówczas jesteśmy odpowiedzialni za grzech drugiego człowieka. Chociaż niebezpieczeństwo zgorszenia trwa nieprzerwanie od wielu setek lat, to wydaje się, że wielu z nas zapomniało o tym, iż my również ponosimy konsekwencje grzechów naszych bliźnich. I chociaż już dzisiaj na katechezie rzadko mówi się o tak zwanych grzechach cudzych, to tym bardziej trzeba nam przypomnieć je teraz. To właśnie grzechy cudze sprawiają, że i my ponosimy za nie odpowiedzialność. Grzeszymy, gdy doradzamy komuś grzech lub go nakazujemy, gdy przyzwalamy na grzech lub do niego namawiamy. Grzeszymy, gdy chwalimy cudzy grzech lub w nim współdziałamy, gdy milczymy wobec cudzego grzechu i w nim dopomagamy, a nawet, gdy bronimy cudzego grzechu. Jakże często te cudze grzechy są i naszymi grzechami. Wszyscy bowiem jesteśmy odpowiedzialni za szczęście i nieszczęście drugiego człowieka, za jego potępienie i za zbawienie. Jesteśmy winni wielu grzechów popełnionych przez innych. Szkoda, że tak mało zdajemy sobie z tego sprawę. Psalmista pyta dziś nas: Kto jednak widzi swoje błędy? I dlatego musimy sobie dzisiaj uświadomić, że często dzieci są odpowiedzialne za grzechy rodziców, a jeszcze częściej rodzice są odpowiedzialni za grzechy dzieci. Młodzi są odpowiedzialni za grzechy starszych, a starsi za grzechy młodych. Młodzi uczą się wielu rzeczy od starszych. Wiele dzieci, które nie potrafią jeszcze poprawnie mówić z wielką wprawą przeklinają. Skąd one to wzięły? Często jeden zły przykład lub kilka nieostrożnych słów mogą zburzyć wiarę, szczęście i wieczność młodego człowieka. Kiedyś ojciec znanego niemieckiego poety Grillparzera zaprosił przy jakiejś okazji w gościnę swoich przyjaciół. Kiedy towarzystwo było już wesołe, przeniosło się do studenckiego pokoju młodego poety. Właśnie pilnie się uczył. Nawet go nie zauważono. Jego ojciec wzniósł toast: Radujmy się, dopóki jesteśmy razem! Kto wie, czy będziemy tak weseli na tamtym świecie? Wtrącił się jeden z przyjaciół: Kto wie czy jest w ogóle tamten świat? Wtedy właśnie zauważyli młodzieńca i zmienili temat rozmowy, ale było już za późno. Dzień ten był początkiem smutnych dni życia poety, jak sam później wyznał. Głupie słowa ojca i przyjaciela zburzyły jego wiarę i szczęście. I my, Drodzy Bracia i Siostry musimy zrobić rachunek sumienia, czy nasz zły przykład, słowa i zachowanie nie spowodowały u kogoś utraty wiary i szczęścia? W jakim stopniu jesteśmy współodpowiedzialni za grzechy bliźnich? O wiele większym grzechem jest doprowadzenie do grzechu jednego człowieka, niż zamiana kościoła na młyn gospodarczy. Chrystus bowiem nie umarł na krzyżu za kamienne kościoły, ale za żywe świątynie, którymi sami jesteśmy. I chociaż trudno znaleźć przy kościele kamień młyński, a spod Tatr jest daleka droga do morza, to niech obraz kamienia młyńskiego pozostanie na zawsze w naszej pamięci, co więcej, w naszych sercach. AMEN

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger