sierpnia 15, 2017

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

sierpnia 15, 2017

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Tyle mamy powodów do dziękczynienia w dzisiejsze święto: za dar Ojczyzny – przecież nie wolno nam zapomnieć tamtego cudu z 1920 roku, bez którego historia Polski zapewne potoczyłaby się zupełnie inaczej – i wypada nam się przyłączyć do dziękczynienia naszych braci rolników za tegoroczne zbiory, przyłączyć się, zwłaszcza modlitewnie za ich trudną sytuację ekonomiczną – krótko mówiąc: powodów do dziękczynienia jest wiele. Ale my pochylmy się szczególnie nad tajemnicą dzisiejszego święta, największego święta Maryjnego.
Otóż tylko w perspektywie miłości da się sens dzisiejszego święta ogarnąć. Wszystko zaczyna się od tego, że nasza wiara, jeżeli ją traktujemy na serio, jest jednym wielkim dziękczynieniem za ten dar, jaki otrzymaliśmy w osobie Jezusa Chrystusa od Przedwiecznego Ojca: “Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto wierzy w Niego nie zginął, ale miał życie wieczne”. Wcielenie Syna Bożego było wydarzeniem absolutnie jedynym w ludzkiej historii. Przyszedł On do nas po to, ażeby szukać i zbawić ludzi wszystkich pokoleń, ras i narodów. Przyszedł szukać i zbawić nawet tych ludzi, którzy historycznie żyli przed Nim. To właśnie tych ludzi szukał, kiedy po swojej zbawczej śmierci wstępował do piekieł, jak to wyznajemy w Składzie Apostolskim. Krótko mówiąc, miłość Boga do nas, ludzi, posunęła się aż tego, że sam Syn Boży, przez którego świat został stworzony, przyjął nasze człowieczeństwo, ażeby stać się Zbawicielem – najdosłowniej – całej ludzkości. To wszystko musimy sobie przypomnieć, ażeby zrozumieć sens dzisiejszego święta.
Pomyślmy, skoro Syn Boży stał się jednym z nas, to Maryja jest absolutnie jedynym człowiekiem ze wszystkich pokoleń ludzkości, której powołaniem życiowym było macierzyństwo wobec Syna Bożego. Wiele ludzkich pokoleń przeszło już przez naszą ziemię. Nie wiemy, ile jeszcze pokoleń będzie na niej żyło – na pewno są to miliardy, miliardy ludzi. Otóż, wśród tych miliardów ludzi, nie było i nie będzie nikogo kto miałby powołanie równie wzniosłe, jak Maryja. Tylko Ona została powołana do tego, żeby być Matką Syna Bożego. I słusznie nazywamy Ją Matką Bożą, bo chociaż urodziła i wychowała Syna Bożego w Jego naturze ludzkiej, to przecież posługa macierzyńska skierowana jest ku Osobie dziecka. Człowiek, Jezus Chrystus, jest Tą samą osobą Syna Bożego, przez którego świat został stworzony. Syn Boży i Syn Maryi jest tą samą Osobą. Tysiące i miliony ludzi znalazło w Jezusie Chrystusie swoje “wszystko”, związało się z Nim najmocniejszą miłością, ale Matką była tylko Ona jedna. Dlatego tak serdecznie Ją kochamy i z takim przekonaniem Ją czcimy.
Przyjmując człowieczeństwo, Syn Boży dobrowolnie przyjął nasz ludzi los, w świecie zdeformowanym przez nasze grzechy. Jednak On sam był Człowiekiem doskonałym i bezgrzesznym. Przyszedł zaś do nas po to, ażeby wszystkich, którzy w Niego uwierzą, i będą się Go mocno trzymać, wyzwolić z grzechu i napełnić świętością. Otóż pierwszą osobą, którą Syn Boży najpełniej i ponadobficie ogarnął swoją świętością, była Maryja. Dlatego zaś ogarnął Ją swoją świętością; dlatego uczynił – najdosłowniej – bezgrzeszną, bo przecież miała Ona zostać Jego Matką. Nie mogła być tego godna sama z siebie, więc On uczynił Ją godną Bożego macierzyństwa. “Łaskiś pełna, Pan z Tobą” – mówił o tym Anioł Gabriel podczas Zwiastowania, gdyż Bóg przygotował Ją sobie na Matkę od momentu poczęcia. Tak, jak słonce udziela światła jutrzence już przed swoim wschodem, tak Bóg napełnił świętością Maryję, zanim jeszcze została Matką Syna Bożego.
Już w Ewangelii zapisany jest zachwyt z powodu tej niepowtarzalnej posługi, jaką Maryja spełniła dla nas wszystkich: “Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś” – spontanicznie woła do Jezusa jakaś kobieta z tłumu. “Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” – zapowiada Duch Święty ustami Maryi Jej przyszłą chwałę w Kościele.
Każde pokolenie chrześcijan kontemplowało Maryję jako Arkę Nowego Przymierza, nieporównywalnie wspanialszą od arki starotestamentalnej, w której przechowywano tablice Bożych przykazań. W Maryi przecież Ojciec Przedwieczny złożył największy skarb, jakim chciał nas obdarzyć, swojego własnego Syna. To z jej ciała zostało wzięte i w jej ciele ukształtowało się ciało Syna Bożego. Toteż nie można nam mieć za złe tego, że tak bardzo Ją kochamy.
Niepowtarzalna była nie tylko Jej posługa w dziele zbawienia nas wszystkich – również miłość, jaką kochała Jezusa, jest nieporównywalna z miłością największych nawet mistyków i świętych. Rzecz jasna, nie miała jej Ona sama z siebie – została nią obdarzona, zwłaszcza ze względu na swoje niepowtarzalne powołanie. Chodzi o to, że spośród ludzi była Ona najświętsza: “Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” – woła do Niej Elżbieta podczas Nawiedzenia. Natomiast w Kanie Galilejskiej, Maryja potrafiła przekonać również innych do podjęcia swojej postawy całkowitego zwierzenia Jezusowi, mówiąc: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Maryja była więc pierwszą osobą wierzącą w Jezusa, i pierwszą Apostołką, która innych uczyła zawierzenia Jezusowi. Co więcej, jeśli uważnie wsłuchamy się w hymn Magnificat, jaki został nam przypomniany w dzisiejszej Ewangelii, to musimy zauważyć, że nie jest on tylko osobistym dziękczynieniem Maryi. Ona, za dar zbawienia dziękuje w nim Bogu w imieniu nas wszystkich; w imieniu całej odkupionej ludzkości.
Dopiero – jeżeli się o tym wszystkim pamięta – można troszeczkę zrozumieć prawdę Jej Wniebowzięcia. Ona już na tej ziemi kochała Boga dosłownie całą sobą: całą swoją duszą i całym ciałem. Ta miłość, już na tej ziemi, zaniosła Ją w niewyobrażalnie bezpośrednią bliskość Boga.
Już podczas swojego historycznego życia, Maryja była idealnym obrazem Kościoła, poniekąd jego uosobieniem. Powtórzmy jeszcze raz – tego wszystkiego nie miała Ona sama z siebie, ale Bóg Ją obdarzył tak bardzo ze względu na Jej absolutnie niepowtarzalne powołanie do Bożego Macierzyństwa.
Po swojej śmierci, Maryja z duszą i ciałem znalazła się w niebie, bo nie godziło się, żeby to ciało, z którego zostało wzięte ciało samego Syna Bożego, pozostało w grobie i doznało rozkładu. Zarazem, była Ona w pełni dojrzała do tak wielkiego wyniesienia – przez swoje życie przeszła bowiem bez grzechu i przepełniona miłością. W ten sposób jest Ona żywą gwarancją, że również my wszyscy, którzy złożyliśmy nadzieję w krzyżu i zmartwychwstaniu Chrystusa, będziemy zbawieni również w naszych ciałach, jeśli tylko w naszej nadziei wytrwamy do końca.
Łatwo więc zrozumieć, dlaczego pouczenia moralne, jakie Kościół kieruje do swoich wiernych w Uroczystość Wniebowzięcia NMP, tradycyjnie idą w dwóch kierunkach: Najpierw Kościół usiłuje nas w ten sposób pobudzić do zachwytu nad wiarą i miłością Maryi, żebyśmy nabrali ochoty do naśladowania Jej, zwłaszcza żebyśmy starali się naśladować Jej całkowite zawierzenie Bogu oraz całą osobową bezwarunkową miłość. Drugi wielki temat moralny, jaki od wieków podnoszony jest w to największe święto Maryjne, to przypomnienie o szczególnej godności naszego ludzkiego ciała. Maryja, już teraz, ale kiedyś my wszyscy, jeżeli tylko znajdziemy się w gronie zbawionych, będziemy zbawieni cali, również w naszych ciałach. “Ciało nie jest dla rozpusty, lecz dla Pana” – poucza Apostoł, Paweł. “Czyż nie wiecie, że ciała wasze są świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?”. W świecie, który jest kształtowany tak, jakby Boga nie było, ludzkie ciało jest poniżane nie tylko przez: pornografię, pijaństwo, narkomanię, prostytucję, czy różnorodną rozpustę. Niestety, a wciąż podnoszą się głosy na rzecz eutanazji, widzimy coraz więcej pogardy dla ludzkiego ciała, kiedy jest ono schorowane, stare, czy niedołężne. Dlatego, niech dzisiejsza Uroczystość przyczyni się do tego, że odnowi się w nas szacunek dla ciała własnego, ale również dla ciał naszych bliźnich. Przecież nasze ciała, a nie tylko dusze, przeznaczone są do życia wiecznego.
Niech duchowym owocem przeżycia dzisiejszej Uroczystości Matki Bożej Wniebowziętej będzie wewnętrzne otwarcie się na te dwa przesłania tejże Uroczystości. Odnówmy nasze pragnienie, aby na wzór Matki Najświętszej kochać Boga absolutnie na pierwszym miejscu; kochać Boga tak bardzo, jak tylko za łaską Bożą będziemy do tego zdolni. I bardzo mocno sobie postanówmy, że nie chcemy należeć do cywilizacji śmierci, którą cechuje brak szacunku dla ludzkiego ciała, zarówno dla ciała własnego, jak dla ciała drugiego człowieka. Gorąco módlmy się o to, żeby nasze dzisiejsze świętowanie nie było duchowo puste. Niech się tak stanie.


sierpnia 14, 2017

"Muszę być świętym jak największym".

sierpnia 14, 2017

"Muszę być świętym jak największym".

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 19 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 17, 22-27
 
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy Jezus przebywał w Galilei z uczniami, rzekł do nich: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie». I bardzo się zasmucili. Gdy przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy didrachmy z zapytaniem: «Wasz Nauczyciel nie płaci didrachmy?» Odpowiedział: «Tak». Gdy wszedł do domu, Jezus uprzedził go, mówiąc: «Szymonie, jak ci się zdaje: Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub podatki? Od synów swoich czy od obcych?» Gdy Piotr powiedział: «Od obcych», Jezus mu rzekł: «A zatem synowie są wolni. Żebyśmy jednak nie dali im powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą złowioną rybę, a gdy otworzysz jej pyszczek, znajdziesz statera. Weź go i daj im za Mnie i za siebie».
 

Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus jest świadom swej misji, którą ma wykonać na ziemi. Dziś słyszymy w Ewangelii, jak kreśli przed uczniami wizję niedalekiej przyszłości, aby przygotować ich na te chwile, które mają nadejść. Te słowa wywołują smutek wśród uczniów. To takie – można rzec, oczywiste – bo każdy z nas zareagował by podobnie.
Ale ta prawda jest potrzebna uczniom i każdemu człowiekowi, nam też, by z jednej strony przygotować nas na spotkanie z tą rzeczywistością, a z drugiej też wprowadzić nas na tę drogę, uświadomić nam, że to i nasza droga – bo mamy podążać za Chrystusem zgodnie z Jego słowami: Jeśli kto chce pójść za Mną (...), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mk 8,34).
W dniu dzisiejszym wspominamy wielkiego człowieka, świętego Ojca Maksymiliana, franciszkanina. To jeden z największych świętych XX wieku, w którym nam przypadło żyć. Wspomnienie Ojca Kolbe wiedzie nas nieubłaganie ku golgocie naszych czasów, do miejsca, gdzie masowo zabijano ludzi, odzierając ich ze wszystkiego co ludzkie, pozbawiając nawet najmniejszych okruchów miłości. A mimo to, ta nieludzka ziemia, stała się 14 sierpnia 1941 roku, jednocześnie i Bożą, i ludzką. Wszystko to, dzięki człowiekowi, dla którego pragnienie świętości okazało się najsilniejsze. To obraz Maksymiliana, męczennika, który wobec świata okazuje się nam jak znak sprzeciwu.
Patron dnia dzisiejszego tak wspaniale upodobnił się do Chrystusa, realizując Jego słowa: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Z drugiej zaś strony, gdy prześledzimy życie św. Maksymiliana – to bardzo intensywne życie – dostrzegamy w nim także wszystkie te możliwości, które stwarza dla przekazu wiary nowa kultura i technika. Ojciec Kolbe dostrzegał je bardzo dobrze, i umiejętnie z nich korzystał. Wraz z budową klasztoru w Niepokalanowie, wznosi wydawnictwo dla druku Rycerza Niepokalanej. 8-go grudnia 1938 roku przemawia w pierwszej audycji z nowo zbudowanej radiostacji nadawczej “Radia Niepokalanów”. Dostrzegamy w nim także wielkiego misjonarza. To on udaje się na Daleki Wschód i przewodzi franciszkańskiej misji w Japonii. Nade wszystko, dostrzegamy w Ojcu Kolbe człowieka wielkiego skupienia i żarliwej modlitwy, pełnej zawierzenia i oddania – szczególnie do Matki Najświętszej Niepokalanej. Pisał na ten temat następująco: „Dozwól mi, Panno Przenajświętsza, bym własnym kosztem Cię chwalił; bym dla Ciebie żył, pracował, wyniszczył się i umarł; bym do Ciebie cały świat przywiódł; bym Ci przyniósł taką chwałę, jakiej jeszcze nikt Ci nie przyniósł”.
Zdumiewa nas postać dzisiejszego Patrona. Korona męczeństwa i chwały, którą dane mu było zdobyć, była z pewnością owocem jego świętego, do końca oddanego życia. Dzisiejszy Święty, którego wspominamy, tak bardzo mocno żył chwilą obecną: pracą, kora jest w tej chwili do zrobienia; świętością, która jest teraz zadana. W swoich notatkach rekolekcyjnych pisał: „Czyń, co czynisz. Na wszystko inne – dobre czy złe – nie zwracaj uwagi. Czego teraz nie uformujesz w sobie, tego nigdy nie zrobisz. Dziś zacznij służyć Panu Bogu – może to dzień ostatni w twoim życiu. Jutro jest niepewne. Wczoraj – do ciebie nie należy. Dziś tylko jest twoim”. W swoim regulaminie życia, który czytał co miesiąc, na pierwszym miejscu zapisał: „Muszę być świętym jak największym. Każdego miesiąca, każdego dnia, każdej minuty, teraz”.
Takie jest świadectwo życia św. Maksymiliana: wierność na co dzień, która nie czeka wielkich może okazji, ale jest zawsze pokorna. Taka wierność potrafi przenieść poza granice śmierci. Dzięki tej wierności i wytrwałej pracy nad sobą, zdecydował się na heroiczne ofiarowanie swojego życia za bliźniego.
Uczestniczymy w Eucharystii, najdoskonalszej Ofierze Jezusa Chrystusa. Ilekroć sprawowana jest Najświętsza Eucharystia, to On, prawdziwie, choć w sposób cudowny, wydaje się za nas, i pragnie, abyśmy także swoje ofiary, trudności i problemy dnia codziennego, to wszystko co przeżywamy, starali się razem z Nim ofiarować Bogu. Może dzisiaj nie żąda Chrystus od nas tak bezpośredniego oddania życia za drugich, jak to uczynił św. Maksymilian. Chciejmy jednak na jego wzór uczyć się tej pokornej wytrwałości przy Bogu na każdy dzień. Obyśmy umieli wybierać w życiu miłość trudną, ofiarną. Uczmy się tego od Chrystusa, od Jego Matki. Uczmy się tego od Ojca Maksymiliana. AMEN.


 

sierpnia 01, 2017

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…

sierpnia 01, 2017

18. Niedziela Zwykła (A) - Dajmy się Jezusowi poprowadzić na górę…
Z Ewangelii według świętego Mateusza
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie». Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się». Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie».


Refleksja nad Słowem Bożym

Jezus wziął ze sobą trzech swoich Uczniów – tych, o których się mówi, że byli Mu najbliżsi – wziął osobno i wziął na górę. Zauważmy, Kochani, tę triadę: Jezus wziął ze sobą,
wziął osobno, wziął na górę… A kiedy się to dokonało – nastąpiło jedyne w swoim rodzaju spotkanie i jedyne w swoim rodzaju objawienie, któremu podobnego nie ma w całym Piśmie Świętym.
Oczywiście, różnych objawień Boga było więcej, ale to jedno było takie właśnie wyjątkowe, bo oto oczom zdumionych Piotra, Jakuba i Jana ukazał się Jezus, z którym w końcu przyszli i którego dobrze znali, jednak tym razem był On otoczony jakimś nadzwyczajnym blaskiem! A do tego jeszcze – Mojżesz i Eliasz… Coś niesamowitego!
Trudno się zatem dziwić reakcji Piotra, który poruszony takim wydarzeniem, zaczął coś bełkotać o jakichś namiotach. Niektórzy komentatorzy dopatrują się w tym nawet jakichś głębszych treści, wskazując na namiot jako miejsce zatrzymania, miejsce spotkania, a zatem widzą w wypowiedzi Piotra uzewnętrznione głębokie pragnienie zatrzymania tej chwili, utrwalenia jej i jakiegoś głębszego przeżycia. Osobiście nie jestem pewien, czy można aż tak dalekie wnioski wyciągać, czy jednak – jak wskazuje Ewangelista – nie jest to po prostu zwykły strach, który jest w takiej sytuacji czymś naprawdę normalnym i zrozumiałym, a który spowodował, że Piotr wygadywał „trzy po trzy” jakieś dziwne rzeczy…
Nie ma jednak wątpliwości, że dokonało się coś nadzwyczajnego, coś szczególnego… A kiedy się dokonało? Kiedy Apostołowie dali się Jezusowi poprowadzić ze sobą, kiedy dali się poprowadzić osobno, kiedy dali się poprowadzić na górę… Sam Piotr w dzisiejszym pierwszym czytaniu relacjonuje to wydarzenie, wskazując jednocześnie na to, iż ma ono przełożyć się na życie zarówno jego samego, jak i wszystkich wierzących w Chrystusa. Bo wydarzenie to samo w sobie nic by wręcz nie znaczyło, gdyby nie stanowiło potwierdzenia prorockiej mowy, którą Piotr określa jako mocniejszą!
Tak, bo wszystkie cuda i nadzwyczajne znaki Jezusa dawane były po to i tylko po to, aby potwierdzały Jego naukę, Jego misję. One nie były po to, aby zaszokować, zdziwić, wzbudzić sensację czy tanią popularność. One były i dzisiaj są po to, aby ludzie coś zrozumieli – aby coś więcej zrozumieli – a następnie żyli tym, co zrozumieli. Abyśmy to my zrozumieli – i my według tego żyli! A będzie to możliwe tylko wtedy, gdy – żeby to jeszcze raz powtórzyć – damy się poprowadzić Jezusowi ze sobą, damy się poprowadzić osobno, damy się poprowadzić na górę… Co to znaczy?
To znaczy, że uwierzymy tylko Jezusowi i tylko Jego zasady będziemy wprowadzali w życie, nie czyjeś inne… Że uwierzymy Mu bezgranicznie i we wszystko, co nam powie. A nade wszystko – że w ogóle zechcemy w Niego uwierzyć, że naprawdę chętnie za Nim pójdziemy, a nie dla zasady, dla tradycji, czy jedynie „na wszelki wypadek”…
A pójście osobno oznacza oderwanie się od całego zgiełku świata i hałasu, w jakim na co dzień żyjemy. Oczywiście, nie chodzi tu – bynajmniej – o bujanie w obłokach i zaniedbywanie obowiązków, ale o to, by starać się w tym swoim zabieganym życiu tworzyć przestrzeń ciszy, spokoju, refleksji… Chociaż czasami, raz na jakiś czas – aby odpocząć, porozmawiać z Bogiem, powziąć jakieś dobre myśli, postanowienia…
Takim czasem powinna być każda modlitwa, ale mogą to być także rekolekcje, na które warto się gdzieś wybrać, a propozycji teraz jest coraz więcej… I nie tylko dla ludzi należących do różnych wspólnot, bo zaproszenie skierowane jest do wszystkich chętnych… Chętnych – i odważnych! A nawet, Kochani, zwykły urlop i wyjazd z rodziną gdzieś poza dom może być okazją do spokojnego spaceru, czy innych chwil wyciszenia, w czasie których naprawdę Bóg może dużo powiedzieć…
I wreszcie – wyjście na górę oznacza w Biblii zawsze wejście w bliższy kontakt z Bogiem. Góra jest symbolem wyjścia ponad poziom ziemi, a więc ponad swoją codzienność, zwyczajność, powszedniość, a skierowanie się do Boga, do którego z wysokości góry jest w jakimś sensie – oczywiście sensie metaforycznym – bliżej. Przeto wejście na górę oznacza w tym wymiarze jednostkowym to, o czym tu sobie mówimy, a więc nawiązanie kontaktu z Bogiem i oderwanie się w tym momencie od swojej codzienności, zaś w wymiarze całościowym oznacza – ustawienie w życiu właściwej hierarchii wartości i ważności, co będzie się wyrażało tym, że Bóg i spotkanie z Nim, kierowanie się Jego zasadami i uznawanie Jego wartości zawsze będzie priorytetem, a codzienność i związane z nią sprawy będą owym wartościom wyższym podporządkowane.
Zatem, Kochani, dajmy się poprowadzić Jezusowi, aby się przekonać, że On naprawdę jest z nami, że naprawdę działa, że ukazuje nam blask swojej chwały i moc swego ramienia, czyniąc w ten sposób nasze życie mądrzejszym, piękniejszym i łatwiejszym!
I właśnie te refleksje mając na uwadze, pomyślmy w głębi serca: 
Jak w praktyce swego życia daję się poprowadzić Jezusowi ze sobą? 
Czy mam odwagę pójść z Jezusem osobno?
Czy daję się Jezusowi poprowadzić na górę?

sierpnia 01, 2017

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

sierpnia 01, 2017

Bóg rozmawia z Mojżeszem w Namiocie Spotkania

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego
Wj 33, 7-11; 34, 5-9. 28 ; Mt 13, 36-43
 
 
Czytanie z Księgi Wyjścia
Mojżesz wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem.
Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał u wejścia do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu. Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem. Potem wracał Mojżesz do obozu, sługa zaś jego, Jozue, syn Nuna, młodzieniec, nie oddalał się z wnętrza namiotu. A Pan zstąpił w obłoku, i Mojżesz zatrzymał się koło Niego, i wypowiedział imię Jahwe. Przeszedł Pan przed jego oczyma i wołał: «Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz niepozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia». Natychmiast Mojżesz skłonił się aż do ziemi i oddał pokłon, mówiąc: «Jeśli darzysz mnie życzliwością, Panie, to proszę, niech pójdzie Pan pośród nas. Jest to wprawdzie lud o twardym karku, ale przebaczysz nasze winy i nasze grzechy, a uczynisz nas swoim dziedzictwem». I był tam Mojżesz u Pana czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i nie jadł chleba, i nie pił wody. I napisał na tablicach słowa przymierza – Dziesięć Słów.  
Oto słowo Boże.
 
Refleksja nad Słowem Bożym
 
Zadziwiające, jak wiele możemy nauczyć się, odnośnie naszego życia wewnętrznego, w sytuacji w jakiej znalazł się Mojżesz, a o której przed chwilą słyszeliśmy w I. czyt. z Księgi Wyjścia, w dzisiejszej liturgii słowa. Mojżesz z Narodem Wybranym zmierza do obiecanej im przez Boga ziemi, ich ziemi; zmierza w sytuacji wyjątkowo trudnej, ekstremalnej, bo wędrują długo przez pustynię. Możemy zaryzykować takie powiedzenie: Znają cel swojej wędrówki, ale nie znają drogi, którą należy wybrać, którą należy podążać.
Ich drogą jest droga Mojżesza, a jest to droga bezgranicznego zaufania Bogu – tak jak czytaliśmy przed chwilą, Pismo św. mówi: “Wykonał Mojżesz wszystko tak, jak mu to Pan nakazał uczynić”. Co zatem Mojżesz wykonał? Buduje swoisty przybytek – świątynię, buduje namiot spotkania Boga z człowiekiem; namiot spotkania człowieka z Bogiem. I właśnie to swoiste sanktuarium, z bardzo prymitywnych materiałów wykonane, staje się drogowskazem dlatego, że zostało zbudowane na fundamencie zaufania i zawierzenia Bogu. Czytamy: „Obłok bowiem Pana za dnia zakrywał przybytek, a w nocy błyszczał, jak ogień w oczach całego domu izraelskiego w czasie całej ich wędrówki”.
Ów namiot spotkania, jako miejsce spotkania człowieka z Bogiem, staje się równocześnie bezpieczną drogą dla człowieka. Ale tenże przybytek ukazuje nam jeszcze jedną prawdę, prawdę współodczuwania Boga z człowiekiem; prawdę, którą możemy nazwać prawdą solidarności Boga z człowiekiem. Bóg pozostaje zawsze wierny i zawsze solidarny z człowiekiem. Zwłaszcza wtedy, gdy tenże wkracza w “ciemną dolinę” samotności, bólu, rozpaczy, w ciemną dolinę własnej bezradności.
Każdy człowiek pielgrzymuje w czasie i przestrzeni własnego życia, życia jakże często naznaczonego wielkim trudem, cierpieniem, i chyba tym, co jest najgorsze: poczuciem osamotnienia. Wiemy, tak jak Naród Wybrany, dokąd zmierzamy. Dla nas ludzi wierzących jest to dom naszego Ojca. Ale, czy znamy drogę? Czy wybieramy właściwą drogę? Zwłaszcza wtedy, kiedy przychodzi nam cierpieć, gdy ogarniają nas swoiste ciemności. Co w takiej sytuacji mamy czynić? Trzeba nam, jak Mojżesz, wsłuchać się w to, co mówi do nas Bóg. Wykonać to wszystko tak, jak nam Bóg nakazuje.
Bóg kieruje do każdego z nas specjalne zadanie, zleca bardzo osobistą budowlę: budowanie sanktuarium naszego ludzkiego serca, budowania bardzo osobistego namiotu spotkania, który będzie służył Jemu. Sobór Watykański II nazwie to sanktuarium człowieczego serca bardzo prostym słowem: sumienie. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia odnajdujemy właściwą drogę w naszym życiu. Przez sanktuarium dobrze uformowanego sumienia doświadczamy obecności Boga, który wyprowadza nas z samotności. Przez nasze sumienie Bóg w sposób szczególny solidaryzuje się z każdym człowiekiem, zwłaszcza tym, który cierpi, który czuje się opuszczony i samotny. Przecież to nie ręce dają dar naszym braciom i siostrom, ale sanktuarium naszego sumienia spieszy im z pomocą.
I wydaje się, że kryterium z dzisiejszej Ewangelii, które zostanie kiedyś zastosowane przez Aniołów Bożych wobec każdego z nas, gdy przyjdzie czas sądu ostatecznego, aby oddzielić złych od dobrych, będzie kryterium ludzkiego sumienia. Budujmy zatem uczciwie i rzetelnie, tak jak na to Bóg nakazuje, ten nasz osobisty namiot spotkania. I prośmy Maryję, Matkę, która zachowywała wiernie wszystko w swoim sercu, która staje się przez to szczególną Patronką ludzkiego sumienia, aby nam w tej budowie w szczególny sposób dopomagała. AMEN.


lipca 31, 2017

Czy moja wiara jest jak ziarnko gorczycy?

lipca 31, 2017

Czy moja wiara jest jak ziarnko gorczycy?
Z Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść:
«Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, większe jest od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki podniebne przylatują i gnieżdżą się na jego gałęziach». Powiedział im inną przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło». To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: «Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata». (Mt 13,31-35)
To, co małe w oczach ludzkich, jest wielkie w oczach Boga
„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś posadził w swoim
ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem”. Trzeba przyznać, że brzmi to trochę dziwnie i zaskakująco. Bo jak to możliwe, by coś, co tak małe i niepozorne, najmniejsze z najmniejszych, mogło stać się obrazem królestwa? Jak to możliwe, by to, co jest takie liche, mogło się stać symbolem prawdziwego życia, i prawdziwej miłości?
A można by przecież to pytanie odnieść do każdego z nas, do tego, co się zwie tajemnicą życia. Jak to możliwe, by to wszystko, co dzieje się wokół mnie dzisiaj, to, co jest często właśnie takie liche i niepozorne, co czasem wywołuje radość, czasem gniew, czasem przeogromny smutek, czy to wszystko ma sens? Jak to możliwe, by te proste, zwykłe sprawy mogły kogokolwiek obchodzić? Jak to możliwe, by moje życie, które zostało związane ze szpitalnym łóżkiem, było dla kogokolwiek coś znaczące? W to czasem bardzo trudno uwierzyć. I tak łatwo wtedy popaść w zniechęcenie, tak łatwo się wtedy zamknąć, odgrodzić od wszystkiego i od wszystkich. A ziarno, które zostaje samo; a ziarno, które się od wszystkiego i od wszystkich odgradza, obumiera. I stąd już tylko o krok od zniechęcenia; i stąd już tylko o krok od zgorzknienia. I wtedy pozostaje już tylko zgryźliwość, przenikająca przez ironiczny uśmiech. Ziarno, które zostaje samo; ziarno, które nie chce rodzić życia, które się od życia odgradza, zostaje skazane na ogień nieugaszony.
Czy warto rodzić z siebie życie? Czy warto się poświęcać? Czy warto nadstawiać głowę, nawet za cenę utraty stanowiska, znaczenia? Czy warto nieść krzyż, który czasem jest tak okrutnie doskwierający? Czy warto?
Był kiedyś Ktoś, kto w samotności szedł na Górę. Szedł na Górę, którą – o ironio – nazwano: Miejscem Czaszki, to znaczy: siedzibą trupa. Szedł Ktoś mozolnie i bardzo wytrwale na mękę taką trochę zbyt okrutną, na mękę taką trochę zbyt złowieszczą. Małe, liche, niepozorne ziarno, które chciało dać życie wszystkim, i to dać je w obfitości.
Był kiedyś Ktoś, kto zechciał się wychylić ku życiu, ku prawdziwemu miłowaniu, ku prawdziwemu poświęceniu. Owszem, byli tacy, którzy mówili: nie warto. Był też Jego uczeń, który powiedział: „Panie, nigdy nie przyjdzie to na Ciebie”. I tak z wytrwałości powstało ogromne drzewo, w którym znalazły schronienie setki, miliony ludzi.
Czy warto? Trzeba mieć odrobinę wiary, wiary w to, że każdy gest prosty, zwyczajny, ale nasycony dobrocią, zostawia w świecie gdzieś jakiś ślad. Trzeba mieć odrobinę nadziei, by nie zwątpić w to, iż po krzyżu jest zmartwychwstanie. Trzeba też mieć odrobinę miłości, by życia nie zmarnować, i by nie być człowiekiem, który zionie pustką.
Czy warto? „Królestwo Boże podobne jest do ziarna gorczycy, które ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Ono wyrosło i stało się wielkim drzewem”. Czy warto? Na pewno warto!

Czym mierzyć wartość naszej wiary?
Bardzo często uważamy, że to co większe jest lepsze: większy samochód, większe mieszkanie, większa pensja, większa sława. Ale tak nie jest w życiu duchowym; w życiu duchowym jest odwrotnie: to, co mniejsze, jest lepsze. Jezus mówi dzisiaj: „Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”, a w innym miejscu: „Gdybyście mieli wiarę, jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: «Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze», a byłaby wam posłuszna”. Gdyby nasza wiara była taka maleńka, jak ziarnko gorczycy, w naszym życiu działyby się rzeczy cudowne. I, kiedy Jezus mówi do Apostołów: „małej wiary”, to faktycznie mówi: nie macie wiary, nie wierzycie Mi, i dlatego nie rozumiecie, i dlatego się lękacie.
„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Ta maleńka wiara, jeżeli człowiek ma ją w sobie, jeżeli człowiek ufa Jezusowi, jeżeli człowiek buduje na Nim swoje życie, rozrasta się w nas. Bo ziarnko gorczycy, takie maleńkie, staje się potężnym drzewem. I mimo, że w ogrodzie naszej duszy jest może wiele różnych nasion, bo różni ludzie próbują zasiać w nas swoje przekonania, swoje widzenie świata, to jeśli to ziarnko będzie pielęgnowane, wyrośnie i stanie się potężnym drzewem, tak, że „ptaki powietrzne będą się gnieździć w jego gałęziach” – ta wiara będzie tak mocna, że inni ludzie będą czerpać siłę, będą mieli wskazaną drogę poprzez nasze życie, poprzez naszą wiarę; będziemy dla nich światłem; będziemy dla nich solą.
„Z czym mam porównać Królestwo Boże?”. Musimy bardzo uważać, abyśmy nie przykładali do drugiego człowieka, który jest w Kościele, miary czysto naturalnej. Ziemska misja Jezusa rozczarowała bardzo wielu ludzi, bo spodziewali się cudów, spodziewali się, że Jezus pokona okupanta rzymskiego, że Jezus zaprowadzi królestwo Boże na ziemi – królestwo dobrobytu, sprawiedliwości, pokoju, gdzie nie będzie prześladowań, gdzie nie będzie chorób, gdzie nie będzie śmierci, a Jezus mówił o królestwie Bożym. I to wszystko, czego oczekiwali słuchający Go, spełni się, o ile człowiek uwierzy w Jezusa Chrystusa, o ile człowiek wejdzie w Jego śmierć, aby razem z Nim umrzeć, wtedy będzie mógł doświadczyć zmartwychwstania, i śmierć nie będzie ostatnim słowem, które nas przeraża, ale będzie przejściem do nowego życia.
Musimy się strzec, abyśmy nie gardzili żadnych z tych „małych” w Kościele; abyśmy nie uważali, że ci, którzy mają głosić Chrystusa, to mają być ludzie bardzo inteligentni, to mają być ludzie pod każdym względem sprawni, to mają być ludzie znaczący, bo Jezus w Kościele dokonuje niezwykłych cudów poprzez wiarę tych „maluczkich”, tych ubogich, tych, którzy mówią: Panie, przecież ja nic nie potrafię, ale wierzę, że Ty mnie wspomagasz, że Ty mnie wspierasz, że Ty we mnie działasz.
„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Dzisiaj chcemy otwierać nasze serca na przyjęcie Bożego królestwa. Jezus wybrał zwyczajnych, prostych ludzi, niewykształconych rybaków, celników, nierządnice, ponieważ oni w Niego uwierzyli, stali się Apostołami, stali się świadkami Chrystusa wobec pogańskiego świata. my również jesteśmy zaproszeni do wiary. Zapytajmy siebie: Czy mamy wiarę w Jezusa Chrystusa? Tu nie chodzi o to, żeby wypowiedzieć wszystkie możliwe definicje katechizmowe – łącznie z tą, że na chrzcie św. otrzymaliśmy dar wiary – bo to jest prawda, ale: Czy ja mam wiarę? Czy ja naprawdę wierzę Jezusowi Chrystusowi? Jeżeli tak, to patrzę na siebie i inni patrzą na mnie: Czy moja wiara rośnie? Jeżeli moja wiara karłowacieje, a w starszym wieku zachowuję się tak jakby Boga nie było, to choćbym mówił cudowne rzeczy katechizmowe – nikt mi nie uwierzy. Prośmy Boga o wiarę, jak ziarnko gorczycy. Niech się tak stanie. 

lipca 29, 2017

17. Niedziela Zwykła (A) – Gdzie skarb Twój...

lipca 29, 2017

17. Niedziela Zwykła (A) – Gdzie skarb Twój...
Nad Epitafium Fryderyka Chopina w kościele Św. Krzyża w Warszawie widnieje napis wzięty z dzisiejszych czytań: „Gdzie skarb Twój, tam i serce Twoje”.
Przed każdym z nas stanęło lub stanie pytanie: co jest w moim życiu najważniejsze, co jest skarbem, perłą, za którą mogę oddać wszystko? Dla króla Salomona, najważniejszą była mądrość. Mógł prosić Boga o bogactwa, potęgę, a on prosił o mądrość: „racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do (...) rozróżnienia dobra od zła” (1 Krl 3,9). I to był najwłaściwszy wybór. Mając mądrość, rozsądek - cieszył się królestwem. Bo kto posiadł mądrość, ten będzie umiał właściwie dokonywać wyboru. Tylko człowiek mądry rozpozna co jest wartością.
Jakże często mówimy w życiu codziennym: niech pan, niech pani będzie rozsądna. Prośba i zarazem różne skojarzenia. Ludzie różnym mianem określają rozsądek.
Czasem jest to ktoś, kto umie się dobrze zamaskować. Dla drugiego rozsądny, bo podpisał. Jeszcze inny rozsądny, bo wie, z której strony wiatr wieje. Złodziej jest rozsądny, gdyż potrafi ukryć coś przed sądem. Rozsądny obserwator ulicznego zajścia - bo umie nabrać wody w usta. Rozsądny, bo wie, ile trzeba zostawić na wszelki wypadek. Rozsądny, gdyż nie śpieszy się, przechodząc przez ulicę. Rozsądny znajdzie na wszystko sposób.
Można od tej litanii ludzi rozsądnych dostać zawrotu głowy i - podobnie jak ze szczęściem - widząc wiele, nie widzieć nic. Gorzej. Gdy kończy się czarne, a zaczyna białe. I można rozmyć najwyższe wartości i skojarzenia...
Dlatego rozsądek - domaga się ewangelicznej rewizji. Rozsądek w znaczeniu biblijnym jest cnotą, potrzebną człowiekowi do umiejętnego odróżnienia (salomonowego rozsądzenia) dobra i zła. Rozsądek pozwala dokonać wyboru odpowiedniej hierarchii wartości: pomiędzy dobrem a złem.
Świat ludzki, w którym żyjemy, stanął „na rozdrożu”. Ludzie sporu o hierarchię wartości, ludzie ciągłego wyboru, nieustających pytań... co jest najważniejsze.
Wiele jest nieprawdziwych, fałszywych skarbów. Trudno czasem odróżnić prawdziwą perłę. Można zapłacić za sztuczne, fałszywe złoto czy klejnoty. Są nic nie warte.
I trzeba mądrości salomonowej, aby odróżnić dobro od zła. Mądrość jest wyborem dobra, tym samym jest podporą sumienia, które opiera się na rozumie. Dobro i wybór właściwych wartości domaga się w tym wypadku poznania.
W rozeznaniu prawdziwych wartości potrzebna jest człowiekowi prostota serca. Jeśli jej zabraknie, Ewangelia będzie zawsze dla innych. Kojarzyć się będzie ze wszystkimi, tylko nie z moimi osobistymi decyzjami. Dzięki prostocie serca - ufności i miłości - jaką żywi do Boga, Ewangelia przyjmowana jest jako Słowo Życia.
Tak przyjęte Słowo Boże chroni przed subiektywizmem, który jest chorobą. Subiektywizm typu: to jest dobre, co dla mnie korzystne. W subiektywizmie można wszystko łatwo sprzedać: młodość, urodę, dobroć oczu... Można sprzedać łatwo wszystko, szybko i za byle co i byle komu i już nigdy nie odzyskać. Można też z dziecięcą naiwnością dać się oszukać tym, którzy proponują fałszywe wartości, fałszywe szczęście, fałszywe obietnice... Takich oszustów jest sporo. Szkoda tych twoich skarbów - nie daj się nabrać, bo są większe wartości, które są Bożym darem.
Dobro trzeba pokochać, inaczej człowieka nie pociąga. Trzeba się cieszyć dobrem swoim i moich bliskich. Mówiąc językiem św. Pawła: jest to postawa starania się „o większe dary”. Gdy wygasa pragnienie dobra, wygasa rozsądek. Cnota ta pozostaje w człowieku, tylko w formie szczątkowej jako instynkt samozachowawczy.
Rozsądek domaga się jeszcze (na co wskazywała od dawna tradycja chrześcijańska) pewnych ćwiczeń duchowych, czyli ascezy. Wymagania od siebie. Działania woli. Stąd św. Paweł radzi każdemu: „Wszystko badajcie, a co szlachetne, zachowujcie. Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5,21-22).
Po tych rozważaniach o rozsądku, nasuwa się pytanie: co to wszystko ma wspólnego z Ewangelią o perle i o skarbie?
Ano ma. Ponieważ przeciwieństwem rozsądku jest głupota. A głupiemu choćby siłą wciskał skarb do torby, a perłę do mieszka - i tak wyrzuci. A skarbem największym, który może zdobyć człowiek - to Boże Królestwo, a w konsekwencji sam Bóg. Człowiek mądry będzie umiał poświęcić wszystko to, co posiada, aby zdobyć skarb największy - Boga.
Zrozumie, że to co ma, co zdobył i uważał za domniemaną wartość, okazało się mniej wartościowe niż to, co miał posiąść. Perła Królestwa Bożego, skarb w niebie, są czymś nieskończenie cennym, wielkim i pięknym, że, aby go nabyć, trzeba oddać wszystko. Rozumieli to święci i choć nie kalkulowali po kupiecku, umieli badać, co szlachetne, wybierać i płacić wszystkim za wszystko, bo tu żaden wkład nie jest za wielki. Mądry, rozsądny, dojdzie do wniosku, że to wszystko co zdobył (majątek, sławę, pieniądze, konto...) jest dobre i pożyteczne, ale niejako cel sam w sobie, lecz jako środek do czegoś wznioślejszego - aby posiąść Boga i jego Królestwo, bo to jest największa perła, skarb.
Jakże wielu Polaków, pokazało swoim życiem, że nauczyli się mądrości. Udowodnili czynami, że trzeba poświęcić nawet życie, aby dochować wierności Bogu i Ojczyźnie. Dzisiaj pochwalamy tę mądrość Narodu. Żyjemy w wolnej Polsce, dzięki krwi naszych braci i dzięki ich odwadze i właściwym wyborom.
Jesteśmy odpowiedzialni za Polskę, za dziedzictwo pokoleń. Dla zdobycia perły trzeba zdobyć się na wyrzeczenie, na trud. I chociaż, jako kapłan, do polityki nosa nie wtykam, to jednak mam prawo zabrać publicznie głos i zadać pytanie - moim rodakom - jak my się obecnie prezentujemy na oczach świata, jako naród od przeszło tysiąca lat chrześcijański. Ten naród, który do niedawna śpiewał: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Który w latach reżimu chował się pod opiekuńcze skrzydła Kościoła - dziś popadł w sklerozę narodową...
Postradaliśmy mądrość. Na litość - trochę elementarnej ludzkiej przyzwoitości nam potrzeba na co dzień, troszeczkę ludzkiej wdzięczności... bo to takie ludzkie, że jeżeli się od kogoś - czy z czyjejkolwiek strony - doznało życzliwości i pomocy w trudnościach, to po prostu jest szokujące, jeżeli się później poniewiera skarbem i pluje na perłę.
To, cośmy zdobyli z trudem: wolność, suwerenność, nie może być zabawką w rękach malutkiego dziecka, które tak się tą zabawką bawi, tak manipuluje, że w końcu ją zepsuje.
Mądry król Salomon przeżywając bezradność i zagubienie, zaczął się modlić. Wiedział i odczuwał wyraźnie, że nie można budować królestwa na sobie. Odwołał się do Pana Boga. Zrobił to tak zwyczajnie, spontanicznie: „Panie, Ty możesz mnie wesprzeć. Proszę Cię: racz dać swemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia (...) do rozróżnienia dobra i zła” (1 Krl 3,9). I wybrał dobro. Tylko warunek: oddać całe serce. Daję ci serce mądre i rozsądne. Wtedy mogę odkryć skarb w roli swojego serca, jak ten kupiec, który znalazł drogocenną perłę. Gotowym być oddać wszystko, aby pozyskać wszystko. Nie jest to piękna i wzniosła teoria.
Życie, nasza kultura, dzieła myśli, wyszukane propozycje świata - to niezwykle głęboka ziemia, w której rozeznać można z trudem i rozwagą skarb.
Skarb powołania - dla tych, którzy porzucili wszystko, aby posiąść wszystko.
Skarb Chrztu - ale nie taki, który nic nie kosztuje, bo inni nam go podali, tak że do dziś nie mamy wrażenia skarbu. Lecz Chrzest - skarb - który w życiu niesie trud konsekwencji i radości. Skarb wiary - ale nie tej wiary, którą wzięliśmy, bo była w naszym domu, ale tej wiary, którą wzięliśmy i niesiemy w życiu, po różnych przygodach i trudach.
Skarbem i perłą - może być człowiek najbliższy, dany mi przez Boga, przyjaciel, podopieczny, wychowawca, wychowanek. Myślę i wiem, że słuchają mnie dzieci, które zostawiłem na kolonii letniej w podgórskiej okolicy. Niektóre z nich nie mają rodziców, opuszczone... czekają na powrót. Ich życie jest skarbem w naszych rękach. Po raz pierwszy niekiedy jesteśmy z ludźmi jak przygodni i przypadkowi przechodnie - jak chorzy na wakacjach z ich opiekunami - oni wszyscy - są uderzeniem w struny duszy, aby stało się coś ważnego, aż dla nieba. Idziemy razem, dalej i zdobywamy skarb jak podniesiony kamyk.
Skarb modlitwy - ludzi chorych, szept cierpiących warg, które w bólu wypowiadają słowa: Jezus! Maryja! Wyrażają ufność, że Jezus i Maryja są z nimi, że nie są sami, obcy, opuszczeni, że ich cierpienie nie pogrąży się w beznadziejność, że tam mieszka sens i uzasadnienie.
Jak wiele skarbów ukrywa się w ziemi ornej, ciężkiej, wydajnej, Pańskiej. Trzeba tylko umiejętnie szukać tych Bożych skarbów.
Skoro istnieje skarb, dla zyskania którego warto wszystko sprzedać, skoro istnieje jakaś najpiękniejsza perła, warta wszystkich innych pereł, to warto podjąć ryzyko szukania, aby chodząc wśród skarbów, nie być nędzarzami. Aby ludzie nie żyli w smutku bez Boga. Tragiczni, nie widzący...
Znacie skarby, posiadacie, strzeżcie ich i rozdawajcie.


lipca 24, 2017

Znak Jonasza i znak Salomona.

lipca 24, 2017

Znak Jonasza i znak Salomona.

ZNAK JONASZA

Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza 
Niektórzy z uczonych w Piśmie i faryzeuszów rzekli do Jezusa: «Nauczycielu, chcielibyśmy zobaczyć jakiś znak od Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je, ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili; a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon». Oto słowo Pańskie. 

Refleksja nad Słowem Bożym 
To działo się w Magadan, miasteczku położonym nad jeziorem Genezaret. Choć widzieli wiele znaków, domagali się nowego. Chrystus nie chwali tych ludzi. Rzecz dziwna się dzieje: ukazał się gniew Boga na ziemi – uniósł się gniewem. Wyobraźmy to sobie: ściągnięte brwi, a twarz Jego była morzem ognia: “Plemię przewrotne i cudzołożne” – krzyczał Jezus, a faryzeusze i Apostołowie zdrętwieli, bo nigdy jeszcze dotychczas nie widzieli Męża Bożego w takim podnieceniu i oburzeniu. “Plemię złe, wiarołomne, domaga się znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. A jak on był przez trzy dni i trzy noce we wnętrznościach ryby, tak będzie Syn Człowieczy w łonie ziemi”. Ten znak będzie wam dany – mówi Jezus – a oni cudów chcieli. Kusili Go ustami kłamstwa i obłudy; kusili Go przewrotnością swojego oblicza; kusili Go pustką swoich grzesznych serc – domagali się znaku, jak gdyby znak Boży był sługą ich niecnej pożądliwości. On da znak temu plemieniu jaszczurczemu, niewiernemu; da znak, od którego niebo zaryczy jak lew, ziemia jęczeć będzie jak niewolnica, a morze odsłoni swą otchłań aż do dna.
Apostołów pewnie, jak i nas, zastanowiło zachowanie Jezusa. Dlaczego tak postąpił? Właśnie powinien uczynić cud – błysnąć, by wreszcie przekonać tych niewiernych, opornych, i udowodnić, że jest Mężem Bożym, że jest Bożym Synem. A On uniósł się gniewem. Dlaczego nie uczynił znaku? Trudno powiedzieć – nie nam sądzić wyroki Boże. Ale wydaje się, że chyba dlatego, iż to jaszczurcze plemię i tak by nie uwierzyło – nie wierzy zresztą do dziś.
Wydaje się, że także i w dzisiejszy czas ukazał się gniew Boga na ziemi. Jan, prawdopodobnie i dziś, podkreśliłby zdanie, które napisał kiedyś: “Cały świat jest w złu pogrążony”. A przecież on nie był pesymistą. Jest źle i nie mamy powodów do radości i zadowolenia. Cały świat zagrożony terrorem, a przecież cechą tego terroru jest absolutna podłość, według której wszystkie chwyty są dozwolone, a nawet rzekomo szlachetne.
Chrześcijanie, którym zło pisze codziennie swoje zwycięstwa, nie na papierze, ale na grzbiecie, coraz bardziej opuszczają ręce w jakiejś beznadziei, albo szukają współczesnych Salomonów i u nich szukają rady, szukają znaku, a przecież On jest tu, na ołtarzu, w Tabernakulum. A przecież nikomu nie będzie dany żaden znak, oprócz znaku Jonasza. I Salomon dzisiejszy ma wyniki – Chrystus nie. Ukazał się chyba gniew Boga na ziemi, a ci od terroru, to chyba mają coś z głową... A św. Teresa z Avila, jest patronką cierpiących na ból głowy. A przecież kogo dziś głowa nie boli? Dlatego św. Tereso, kobieto szlachetnego serce, ciebie prosimy: Ty, która byłaś pełna pokory, życia Bożego i szczególnego mocnego głosu, który podnosiłaś nawet na papieża, prosimy mocno, byś ten głos swój mocno, z wielką siłą przebicia, mogła zanieść w naszych intencjach tam, do Ojca dziejów ludzkich; byśmy byli mądrzy Bożą mądrością. AMEN.

lipca 15, 2017

Odwaga w dawaniu świadectwa

lipca 15, 2017

Odwaga w dawaniu świadectwa

Słowo Boże na dziś

Sobota, 14 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 10, 24-33

Jezus powiedział do swoich apostołów: «Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana. Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak jego nauczyciel, a sługa – jak jego pan. Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, to o ileż bardziej nazwą tak jego domowników. Nie bójcie się więc ich! Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie».

Refleksja nad Słowem Bożym


Dziś Chrystus, po raz kolejny, wskazuje nam tę wielką prawdę, o której jakże często zapominamy w czasie naszego życia: to nie ludzi trzeba się bać, ale Boga. Bo człowiek, oprócz tego, że zniszczy to śmiertelne, ludzkie ciało, nic więcej uczynić ci nie może. Jego obelgi; jego kłamstwa; jego pomówienia względem ciebie, tak naprawdę nie mogą cię dotknąć. Oczywiście, będą ci uprzykrzały życie, będą ci dodawały nerwów, ale Bóg jest na tyle mocny, by wyrwać cię z ręki człowieka.
Niejednokrotnie stajesz w sytuacji opowiedzenia się – jasnego i konkretnego – za prawdą, lub przeciw niej. I często bywa tak, że opowiadając się przeciw prawdzie, zyskujesz poklask u ludzi, i wiesz o tym doskonale, i jesteś rozdarty: No, bo co uczynić? I czasem brak jest tej naszej wiary, bo mówimy sobie: Boże, Ty jesteś tak daleko, a ci ludzie są tak blisko; ci ludzie mogą mnie zranić, a Ty przecież im wybaczysz. I w ten sposób można z dnia na dzień sprzedawać prawdę, wartości – w końcu Boga - jeżeli nie zapamiętamy tych słów, które dziś Jezus powiedział: Nawet wróbel nie spadnie na ziemię bez woli Ojca niebieskiego. A cóż dopiero ty, który jesteś stworzony na Jego obraz, i na Jego podobieństwo. Czy masz się bać ludzi? Czy też miłować Boga i postępować według Jego Prawa? Co wybrać?
Są i tacy, którzy przewrotnie mówią: To przez jakiś czas ja pożyję sobie tak zwyczajnie, po ludzku, usuwając Pana Boga w cień, na drugi plan, a jak przyjdzie wiek podeszły, starość, to ja to wszystko Panie Boże nadrobię, ja wtedy swoją gorliwością i swymi modlitwami nadrobię ten cały stracony czas, czas bez Ciebie. Do kogo porównać takiego człowieka? Czyż nie do faryzeuszów, u których wszystko na zewnątrz było takie piękne i poukładane? Ale Bóg, który widział ich serca, w osobie Jezusa Chrystusa woła do nich: Obłudnicy, chcecie odbierać tylko chwałę ludzką, a tak naprawdę na Bogu wam nie zależy.
I znowu staję na rozdrożu. Co wybrać? Opowiedzenie się za prawdą, które niejednokrotnie w konsekwencjach jest przykre, bo mogę stracić pracę, bo ktoś może przestać mnie lubić, bo mogę stracić poważanie w pewnych kręgach? Czy też opowiedzenie się za kłamstwem, za niedomówieniami, za obmowami, i zyskać u ludzi, i tak po ludzku stanąć wysoko w hierarchii, nie wybijać się, nie odcinać się od innych, bo przecież wszyscy tak robią?
I serce człowieka jest rozdarte, i niejeden z nas boi się, i pyta: Boże, co ja mam zrobić? Bo ci ludzie..., takie gremium, takie społeczeństwo nie daje mi spokoju, kiedy opowiadam się za Tobą. A ja nie chcę być przeciwko Tobie. Co ja mam zrobić? Niejednokrotnie tai człowiek, nie znajdując odpowiedzi, zamyka się w sobie, ucieka w swój świat, i już nie jest świadkiem Jezusa Chrystusa; jest jakby samotną wyspą. Co ja mam zrobić, Panie? Za czym się opowiedzieć? Bo ludzie nalegają; bo ludzie chcą, bym był do nich podobnym, a w moim sercu pulsuje miłość do Ciebie. A może uchwycić się tej miłości? Św. Paweł mówi, że „miłość wszystko przetrzyma” - miłość jest wieczna. Miłości nie można zniszczyć. Prawdziwej miłości nie można zabić.
Nie bójcie się ludzi, którzy nic wam nie mogą uczynić. Bójcie się Boga, bez Którego możecie spędzać swoją wieczność, jeżeli opowiecie się przeciw Niemu. I nawet nie tyle bójcie się, co Go kochajcie, bo miłość wypędza wszelki strach, i miłość nie robi krzywdy drugiemu. Spróbuj, tak codziennie, ciągle od nowa i od nowa, miłością i cierpliwością zwyciężać tych, dla których świat jest taki prosty, jednoznaczny, taki wygodny, dawać świadectwo.
A może by tak bardzo indywidualnie dzisiaj powiedzieć do Boga: Widzisz, Panie, że jestem grzeszny, że jestem niedoskonały, że boję się ludzi, ale oto jestem, poślij mnie, bym był Twoim świadkiem, i pozwól mi usłyszeć te słowa, które usłyszał św. Paweł, kiedy bał się, że nie starczy mu sił: „Wystarczy ci mojej łaski”. Nie pozwól mi, Panie, o tych słowach zapomnieć, Ty, który jesteś moim Bogiem; Ty, którego tak ukochałem, którego przyjmuję w Sakramencie Eucharystii. AMEN.

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger