września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Przebaczenie

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Przebaczenie
Nie ma wątpliwości: słowo Boże jeszcze raz przypomniało nam podstawową prawdę naszej wiary, że „Bóg nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie od­płaca” (Ps 103, 10). Z jaką nadzieją nową wsłuchujemy się w tę Dobrą Nowinę, że Bóg odpuszcza wszystkie winy, leczy wszyst­kie choroby, życie ratuje od zguby. Ta prawda nie podlega kon­testacji. Dobrze, że tak jest. Pan jest łaskaw, pełen miłosierdzia (Ps responsoryjny, refren). Nikt tego nie kwestionuje. To dla nas oczywiste. Zwątpienie w miłosierdzie Boże jest ostatnim zwąt­pieniem człowieka. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy usłyszę i do siebie zastosuję siłowa Chrystusa: „Czyż i ty nie powinieneś był ulitować się... jak ja ulitowałem się nad tobą?” (Mt 18, 33). W teorii – tak. Dopiero, gdy nas to dotyczy bardzo konkretnie, zaczynamy mieć wątpliwości, czy to aż tak jest na­prawdę...
W tym miejscu podzielę się wspomnieniami mojego ojca. Był rok 1942. Nadchodziła Wielkanoc. Grupa rodaków, z którą znalazł się w Austrii, zaczęła głośno marzyć o spowiedzi „przynajmniej raz w roku”. Ale jak? Każdy modli się i spowiada tylko w ojczystym języku. A z księ­dzem, który by mówił po polsku, były kłopoty. Przypadek zda­rzył, że spotkał w tramwaju starego ojca franciszkanina, który się nie bał, polecił w najbliższą niedzielę przyjechać do siebie, do klasztoru. Pochodził ze Śląska, mówił śliczną, typową dla tego regionu polszczyzną. Wszyscy umówieni zjawili się w wyznaczo­nym terminie. Była wśród nich młoda Polka, która już po drodze tłumaczyła się, że do spowiedzi nie pójdzie, bo nie może przeba­czyć. Nie mogła darować mordercom swego ojca. Zginął on 11 września 1939 r. wraz z mężczyznami wioski Biała pod Zgie­rzem. Zebrano ich razem w jednym domu i tam wrzucono wiązkę granatów. Miała to być represja za niepowodzenia frontowe nad Bzurą. Poradzono jej, by przynajmniej poszła na rozmowę. Długo trwała ta rozmowa. Zakończyła się spowiedzią i rozgrzeszeniem. A nauka, którą im potem powtórzyła, była prosta: „Zostaw po­mstę Panu Bogu, a wkrótce na własne oczy zobaczysz, jaka kara przyjdzie na tych, którzy tak strasznie skrzywdzili ciebie i twój naród”.
Zostaw pomstę Panu Bogu”. To jest pierwszy warunek, który spełnić trzeba, by nie zatracić swego człowieczeństwa. Bo co się dzieje z człowiekiem, który doznał krzywdy i planuje zemstę? Toczy go robak nienawiści; od środka. Wżera teię w jego serce, w mózg – niszczy w nim to, co dobre, szlachetne. Nie wiadomo nawet, czy dojdzie do odwetu, czy zemsta sięgnie krzywdziciela, a już jej siły destrukcyjne niszczą tego, co rewanż planuje. Może też dlatego Pan Jezus wszystkim swoim uczniom odebrał prawo do zemsty: „Słyszeliście że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb! A ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5, 38). Niewygodny to tekst, trudna mowa. Lecz to jest Ewangelia Pana naszego. Sam wprawdzie uderzony w twarz przez sługę arcykapła­na bronił się, ale z jaką godnością: „Jeżeli źle powiedziałem, udo­wodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 23). Tak jest. Odebrał Pan Jezus wszystkim swoim uczniom prawo rewanżu raz na zawsze. Co więcej: polecił nam miłować na­wet nieprzyjaciół i modlić się za tych, którzy nas prześladują (Mt 5, 44). To jest warunek, byśmy się mogli stać synami Ojca, który jest w niebie. Tego Ojca, którego codziennie sami prosimy, aby nam winy odpuścił. Czy wolno nam więc stawiać pytanie, ile razy mamy przebaczać? Nie. To pytanie już padło. I słyszeliś­my również odpowiedź. Innej nie ma. I mamy również uzasad­nienie: jesteśmy sami ciągle dłużnikami niewypłacalnymi – ży­jemy tylko dlatego, że nam darowano. A może to przekracza nasze możliwości? Może trzeba być Chrystusem, by zdobyć się na modlitwę: „Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).
Czyż nie tak samo modlił się dobijany kamieniami za swe przekonania Szczepan, pierwszy męczennik? Czyż nie tak umierał, płonąc jak żywa pochodnia, Glaukos-lekarz? „Żył jeszcze. Twarz miał zbolałą i pochyloną, jakby chciał po raz ostatni przypatrzyć się swemu katowi, który go zdradził, pozbawił go żony, dzieci, nasadził na niego zabójcę, a gdy to wszystko zostało mu w imię Chrystusa odpuszczone, raz jeszcze wydał go w ręce oprawców. Nigdy człowiek człowiekowi nie wyrządził straszniejszych i bardziej krwawych krzywd. I oto ofiara płonęła teraz na smolnym słupie, a kat stał u jej stóp. Oczy Glauka nie odwracały się od twarzy Greka. Chwilami przesłaniał je dym, lecz gdy dmuchnął powiew, Chilo widział znów te utkwione w siebie źrenice. Pod­niósł się i chciał uciekać, lecz nie mógł... Czuł tylko..., że otacza go jakaś bezdenna, straszna i czarna pustka, w niej zaś widać tylko te oczy męczennika, które wzywają go na sąd. A tamten schy­łając coraz niżej głowę patrzył ciągle. Obecni zgadli, że między tymi ludźmi coś się dzieje, lecz śmiech zamarł im na ustach, w twarzy bowiem Chilona było coś strasznego: wykrzywiła tak trwoga i taki ból, jak gdyby owe języki ognia paliły jego własne ciało. Nagle zachwiał się i wyciągnąwszy w górę ramiona zawołał okropnym rozdzierającym głosem: – Glauku! W imię Chrystusa! Przebacz!
Uciszyło się naokół: dreszcz przebiegł obecnych i wszystkie oczy mimo woli podniosły się w górę.
A głowa męczennika poruszyła się lekko, po czym usłyszano z wierzchołka masztu podobny do jęku głos:
Przebaczam!...
Chilo rzucił się na ziemię... podniósł się po chwili z twarzą tak zmienioną, iż augustianom wydawało się, że widzą innego człowieka. Oczy płonęły mu niezwykłym blaskiem; ze zmarszczone­go czoła biło uniesienie; niedołężny przed chwilą Grek wyglądał teraz jak jakiś kapłan, który nawiedzony przez bóstwo, chce od­kryć prawdy nieznane” (H. Sienkiewicz, Quo vadis, Warszawa 1959 s. 641–642). I był to rzeczywiście już inny człowiek. Dopiero te­raz zdobył się na odwagę, by mówić prawdę, dopiero teraz przy­jął naukę Apostoła Pawła, dopiero teraz zaczął się modlić: „Chryste!... Chryste!... Odpuść mi! I przyjął chrzest i nie odwo­łał niczego, choć zamęczono go na śmierć.
Ten temat był Sienkiewiczowi bardzo bliski. Poruszał go w przeróżny sposób w swoich utworach doskonale rozumiejąc, że przebaczenie działa jak węgiel żarzący na głowie, dokonuje wstrzą­su u tego, któremu darowano winę.
Ale może powiesz: cóż, to literatura. Licentia poetka! Pięk­na wizja pisarza. Dobrze, spójrzmy więc na postawę ludzi z na­szego kręgu, z naszego świata. Otwieram Zapiski więzienne ks. kardynała Wyszyńskiego. Czytam, co napisał po trzech miesiącach więzienia w Stoczku Warmińskim: „Pragnę być jasny. Mam głębokie poczucie wyrządzonej mi przez Rząd krzywdy. ... Pomimo to nie czuję uczuć nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nau­czył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela, zamieniać w uczuciach na braci.
Sic volo – tak chcę. Z tym uczuciem mogę zamknąć ten rok ...” (31.12.1953).
I wreszcie jeszcze jedno świadectwo. Oto z okazji świąt Bo­żego Narodzenia 1983 roku Ojciec św. Jan Paweł II odwiedził rzymskie więzienie. Wszedł też do celi swego niedoszłego mordercy – skazanego na dożywocie i rozmawiał z nim przez 20 minut. Bez świadków, w cztery oczy. Ofiara i zbrodniarz. Zdjęcia obiegły cały świat. Dla ludzi były powodem zdziwienia, zadumy, a także wielką lekcją, bardziej przemawiającą do współczesnego człowieka niż nie jedna encyklika. To już nie jest literatura. To żywe świadectwo człowieka (dziś już oficjalnie świętego), którego nie sposób zapomnieć.
Moi Drodzy, tak sobie myślę głośno: ilu jest takich uczniów Chrystusa, którzy naśladując Mistrza, umieją się na to zdobyć: – „Niech ci Pan nie pamięta krzywdy, którą mi wyrządziłeś. Ja ci też przebaczam”. Mam nadzieję, że jest ich więcej, niż się nam wydaje. Amen.

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Uczyć się wciąż przebaczać

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Uczyć się wciąż przebaczać

Ukochani Bracia i Siostry! Jakże jasne i zdecydowane są wezwania liturgii słowa, które słyszeliśmy przed chwilą: daruj obrazę; przestań nienawidzić; odpuść winę bliźniemu! Te kategoryczne wymagania Księgi Syracydesa potwierdził sam twórca dwu największych przykazań miłości – Chrystus. On to na pytanie Piotra: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?” – odpowiedział: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. (Mt 18,21–22). A to w języku biblijnym zna­czy: zawsze! Więc trzeba zawsze przebaczyć, darować – choć buntuje się zraniona ambicja, choć pięści zaciskają się w pragnieniu zemsty. Zawsze i wciąż na nowo – bo wciąż na nowo przebacza nam nasze winy najmiłosierniejszy Bóg. Zawsze i całkowicie, aby zarzewie urazy i niechęci, niby nie­wygasła iskra w popiele, nie rozpaliło się znowu niespodzianie płomieniem ślepego gniewu.


1. Dwutysiącletnie dzieje Kościoła – to chyba w pierwszym rzędzie pasjonująca historia zmagania się poszczególnych osób, grup ludzi czy całych narodów z wielkością zdania, jakie Chrystus powierzył swoim wyznawcom, przekazując im w testamencie przykazanie miłości. Zadaniu temu były wierne aż do końca, aż do strasznej śmierci na arenach cyrków rzymskich tysiące bohaterskich męczenników spośród pierwszych chrześcijan. Im to właśnie stworzył trwalszy od spiżu pomnik literacki nasz H. Sienkiewicz, kreując w „Quo vadis?” nieśmiertelną postać Glaukosa. On to, płonąc żywcem jako jedna z „Pochodni Nerona”, przebacza zrozpaczonemu Chilonowi – temu, który wydał go na tak potworną kaźń. Iluż takich wiernych naśladowców Chrystusa przebaczającego miał Kościół wieków średnich. Należała do nich i nasza, oddana bez reszty swemu ludowi, królowa Jadwi­ga, wybaczająca bolesne krzywdy wyrządzane jej przez oszczerców, po zer­waniu zaręczyn z austriackim księciem Wilhelmem.
Jak wielu ludzi zdolnych do podjęcia podobnych decyzji żyje i teraz wśród nas. Wspomnijmy jedno, bliskie nam wydarzenie. W roku 1966 przygotowywaliśmy się w Polsce do wielkiej rocznicy tysiąclecia chrztu. Nasi biskupi zapraszali na uroczystości jubileuszowe katolików z wielu kra­jów. Wysłali także list do Niemiec. Zawierał on również przypomnienie ciągnących się przez stulecia tragicznych konfliktów sąsiedzkich oraz krzywd i zbrodni, których ofiarą był nasz naród. W liście znalazło się głoś­ne zdanie: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. To odważne i do głę­bi chrześcijańskie stwierdzenie wywołało początkowo oburzenie w wielu środowiskach. Ale czas bardzo szybko potwierdził jego słuszność. List stał się początkiem ożywionych kontaktów nie tylko religijnych, ale też politycznych. Przyszła chwila, w której głównemu autorowi, Prymasowi Tysiąclecia, wzniesiono pomnik w Warszawie, na Krakowskim Przedmieś­ciu.

2. Drodzy bracia i siostry! Stykając się wciąż z wieloma ludźmi, często popadamy w różne konflikty: doznajemy krzywd, ale i my także nieraz krzywdzimy innych. Aby, mimo tego, życie i wspólna praca w rodzinie, w sąsiedztwie i w wielu innych środowiskach były w ogóle możliwe, trzeba wciąż rozbrajać powstające napięcia, wygaszać sytuacje zapalne, napra­wiać wyrządzone szkody, umieć wiele darować i wybaczyć. Innej drogi – po prostu nie ma. Kościół, który wciąż nam przypomina Chrystusowe przy­kazanie miłości, chce nas chronić przed tym wszystkim, co wypacza nasze spojrzenie na drugiego człowieka, zamyka możliwość porozumienia i współpracy z nim.
Zwróćmy uwagę przynajmniej na jedno z takich zjawisk, wywierających dziś destruktywny wpływ szczególnie na ludzi młodych, kształtując u nich postawę, którą możemy nazwać punkowsko-skinerską. Spotyka się i u nas pewne kręgi młodzieży, które identyfikują się z modnymi dziś w wielu kra­jach grupami punków, skinersów, rastamanów, metalowców i jeszcze in­nych. Poznajemy ich na ulicy, w kinie, w sali koncertowej, po stroju i róż­nych rekwizytach. Czarne skórzane kurtki nabijane nitami, ciężkie podku­te buty, czarne koszule zadrukowane szokującymi symbolami. Spotykamy wśród nich trupie czaszki, różne ziejące ogniem potwory, rogate diabelskie głowy z wyszczerzonymi kłami. Niektórzy mają ogolone głowy lub wielo­kolorowe grzywy Apaczów, tatuaże, a czasami noszą odwrócone krzyże, wskazujące na jakieś związki z satanistami. Wszystkie grupy fascynują się muzyką, która przy swym zróżnicowaniu ma to wspólne, że jest gwałtow­na, agresywna, „nasycona” zmysłowością. Teksty piosenek są często bru­talne, prowokujące, cyniczne. Pod wpływem tej muzyki słuchacze niszczą sprzęty, rzucają różnymi przedmiotami, zaczynają staczać formalne bitwy z fanami innych ugrupowań. Trudno byłoby w tej chwili dokładnie ocenić postawę moralną członków tych różnych grup. Poprzestańmy więc na jed­nym kryterium i zapytajmy, czy ich ideologia i styl życia ułatwiają spełnia­nie pierwszego i najważniejszego dla każdego chrześcijanina przykazania miłości? Odpowiedź jest negatywna: nie tylko nie ułatwiają, ale bardzo utrudniają. Dzielą ludzi na „swoich” i wrogów, których trzeba zwalczać. Przytępiają wrażliwość i naturalną potrzebę pomagania innym, prowadzą do nihilizmu moralnego. Grupy te przynoszą wartości dość wątpliwe, obce zarówno naszej kulturze chrześcijańskiej jak i narodowej. Dlatego powinniśmy i siebie, i innych bronić przed ich oddziaływaniem. A wielu oszoło­mionym dzikim rytmem można by zalecić, aby powtarzali nieraz znaną modlitwę poetycką Marka Antoniego Wasilewskiego:
Wargi moje są wąskie.
Gdy mam zacięte usta,
Spójrz na mą małość, Panie,
Wargi mi w uśmiech ustaw.
Serce moje jest gniewne.
Serce me bije ciemno.
Rozjaśnij serce moje,
Zawieś swój spokój nade mną.
Oczy moje są złe.
W mych oczach gra pożądanie.
Zakryj mi oczy Twą wizją.
Daj mi nie widzieć, Panie.

3. Nasza postawa i odnoszenie się do drugiego człowieka zależy od tego, kim on jest dla mnie, za kogo go uważam. A może być konkurentem w wy­ścigu po lepsze zarobki, może być tylko narzędziem, którym chcę się posłu­żyć dla zdobycia przyjemności, pieniędzy, władzy. Może być wreszcie wro­giem, który zagraża moim planom, którego trzeba poniżyć, usunąć z drogi, zniszczyć. Trzeba odrzucić takie okaleczone pojmowanie i traktowanie drugiego człowieka. Trzeba patrzeć na niego w świetle wiary, oczyma Chrystusa. W każdym dostrzegać istotę obdarzoną duszą nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boże, przeznaczoną do życia wieczne­go. Pamiętać, że Bogu na każdym z nas bardzo zależy, że dla wszystkich jest najlepszym, kochającym Ojcem, który smuci się z powodu naszych upad­ków, ale chętnie daruje nam i przebacza. A jednym z najważniejszych wa­runków uzyskania Bożego miłosierdzia jest przebaczenie i odpuszczenie tym, którzy wobec nas zawinili.

4. Nie wszyscy podjęliśmy dalszą naukę w rozpoczętym niedawno no­wym roku szkolnym. Dla większości dawno już skończył się ten okres ży­cia. Ale wszyscy: dzieci, młodzież i starsi, zdrowi i chorzy, wykształceni i niewykształceni – wszyscy przez całe życie jesteśmy uczniami i uczennica­mi w szkole Chrystusa. A jednym z najważniejszych jej „przedmiotów” jest to, o czym dziś rozważamy: przykazanie miłości. Jego „lekcje” muszą od­bywać się każdego dnia. Pomyśl więc życzliwie o drugich już przy rannym pacierzu. Polecaj swemu Mistrzowi Nauczycielowi szczególnie tych, z któ­rymi trudno ci żyć. Naradź się z Nim, komu i jak należałoby dziś pomóc, poświęcić trochę czasu. Przy pacierzu wieczornym zadaj sobie pytanie: jak dziś myślałem i mówiłem o drugich? Czy nie skrzywdziłem kogoś? Czy nie gniewam się na kogoś? Wobec dobrego Ojca i własnego sumienia od razu daruj i przebacz, abyś mógł spać spokojnie, znowu w pełnej wspólnocie z Chrystusem i braćmi. Msza św. niedzielna z „Ojcze nasz” i „znakiem poko­ju” niech będzie dla ciebie bardziej uroczystą lekcją. Niech będzie uroczy­stym, dokonanym wobec całego zgromadzenia powiedzeniem najlepszemu Ojcu, że chcesz wszystkim darować zło wyrządzone. A swoim życzliwym spojrzeniem i uściskiem dłoni przy „znaku pokoju” obejmij nie tylko obec­nych w kościele, ale wszystkich tych, z którymi żyjesz, pracujesz, których spotykasz przez cały tydzień. Niech promień Chrystusowego pokoju i łaski rozjaśni i ogrzeje ich serce.


września 16, 2017

Dobre i złe drzewo. Dobra i zła budowa.

września 16, 2017

Dobre i złe drzewo. Dobra i zła budowa.

Słowo Boże na dziś

Sobota, 23 tygodnia Okresu Zwykłego

  Łk 6,43-49 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia, ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. Czemu to wzywacie Mnie: „Panie, Panie!”, a nie czynicie tego, co mówię? Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, wezbrana rzeka uderzyła w ten dom, ale nie zdołała go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto usłyszał, a nie wypełnił, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. Gdy rzeka uderzyła w niego, od razu runął, a ruina owego domu była wielka».
Oto słowo Pańskie.
.

Refleksja nad Słowem Bożym


W dniu liturgicznego wspomnienia św. Męczenników, Korneliusza, papieża i Cypriana, biskupa, w sposób szczególny brzmią słowa dzisiejszej Ewangelii; słowa proste, ale jakże bardzo obrazowe, bogate w treść, słowa głębokie. Spróbujmy więc zatrzymać się nad nimi na chwilę, i jeszcze raz rozważyć to, co Chrystus ma nam dziś do powiedzenia; i mnie i tobie, niezależnie czy jesteś człowiekiem bardzo wierzącym, czy też twoja wiara jest jeszcze płytka i chwiejna.
Chrystus mówi dziś do każdego, a szczególnie do ciebie, człowieka zagubionego, słabego, może nawet wątpiącego w Boga, w Jego dobroć i miłość do każdego człowieka. Może właśnie przeżywasz trudności w wierze, może szukasz właściwej drogi życia, może twoje serce pełne jest buntu, bo życie cię doświadczyło, ale przecież jesteś człowiekiem wierzącym. Tę wiarę przekazali ci twoi rodzice, ale przede wszystkim otrzymałeś jej zaczątek w Sakramencie Chrztu św., kiedy to Bóg uczynił cię swoim dzieckiem, przyjął cię z miłością i pragnie twojego dobra i szczęścia, pragnie twego zbawienia.
W tym miejscu należy postawić sobie pytanie: Jakim jestem dzieckiem Bożym? Czy dla mnie rzeczywiście Bóg jest najlepszym Ojcem? Jakim jestem, właśnie ja, który uważam się za wierzącego, więcej, za katolika i za takiego uchodzę w oczach innych? To właśnie dziś Chrystus pomaga nam odpowiedzieć na powyższe pytania, stwierdzając jednoznacznie, że „Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocach bowiem poznaje się każde drzewo. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło”.
Dziś Kościół stawia nam przed oczyma świętych: Korneliusza i Cypriana, męczenników za wiarę. Oni są dla nas przykładem owego ewangelicznego drzewa, które wydało dobry owoc; przykładem ludzi, którzy nie tylko mówili: „Panie, Panie”, ale swoim życiem poszli za Chrystusem, i swoją wierność przypieczętowali męczeństwem. To właśnie oni stają dziś przed nami, jako ci, którzy swój dom życia zbudowali na skale, jak ów ewangeliczny człowiek.
Wpatrzeni w męczenników pierwszych wieków chrześcijaństwa, Patronów dnia dzisiejszego, musimy sobie uświadomić i tę prawdę, że miniony wiek XX, to wiek męczenników, to wiek świadków wiary. W ostatnim stuleciu więcej przelało się krwi męczeńskiej, niż w ciągu pozostałych 19- tu stuleci istnienia chrześcijaństwa. Miniony wiek XX, to wiek męczenników: ludzi, którzy poważnie potraktowali swoją wiarę, swoje życie, którzy uwierzyli Chrystusowi, którzy do końca Mu zaufali, którzy nie bali się być świętymi. „Jeżeli dziś mówimy o świętości, o jej pragnieniu i zdobywaniu – wołał ojciec św. Jan Paweł II w Starym Sączu – to trzeba pytać: W jaki sposób tworzyć właściwie takie środowisko, które sprzyjałoby dążeniu do niej? Co robić, aby dom rodzinny, szkoła, zakład pracy, biuro, wioski i miasta, w końcu cały kraj, stały się mieszkaniem ludzi świętych, którzy oddziałują dobrocią, wiernością nauce Chrystusa, świadectwem codziennego życia, sprawiając duchowy wzrost każdego człowieka?” I Ojciec św. odpowiada: „Wszyscy święci i błogosławieni dają nam odpowiedź: potrzeba świadectwa, potrzeba odwagi, aby nie stawiać pod korcem światła swej wiary; potrzeba wreszcie, aby w sercach ludzi wierzących zagościło to pragnienie świętości, które kształtuje nie tylko życie prywatne, ale wpływa na kształt całych społeczności”.
Chrystus pragnie naszej świętości, która nie tylko dla księży, sióstr zakonnych, ale również i dla ciebie jako ojca, matki, dziecka. Nieważne, kim jesteś i jaki wykonujesz zawód, On pragnie twojego zbawienia. Ale czy ty również tego pragniesz? Co robisz, aby być ewangelicznym drzewem, przynoszącym dobre owoce, aby być człowiekiem wydobywającym dobro z dobrego skarbca swego serca? Co robisz, aby być jako ten, który swój dom życia, swoją przyszłość, swoje szczęście, swoją wieczność buduje na mocnej gruncie, skale? Nie chodzi tu o wielkie czyny, wielkie słowa, ale o te najdrobniejsze, najprostsze, najzwyklejsze, z których składa się ludzka codzienność, to nasze szare życie pełne trosk, niepewności o jutro, a może nawet i cierpienia. Chrystus nie wymaga od ciebie męczeństwa, w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale pragnie twojej wierności, twojej uczciwości – jednym słowem – tego wszystkiego, co prowadzi do świętości. Niech świętość zaowocuje i w naszym życiu, abyśmy wydali owoce godne ludzi wierzących, co więcej, godne dzieci Bożych. AMEN.


września 15, 2017

Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej

września 15, 2017

Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej

Słowo Boże na dziś

Maryja pod krzyżem Chrystusa
  J 19,25-27
 
Słowa Ewangelii według świętego Jana
Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja».
I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Przeżywamy dzisiaj wspomnienie Matki Bożej Bolesnej. Co nam to wspomnienie chce powiedzieć? Na co chce wskazywać? Oczywiście na Maryję, która stała pod krzyżem. Co znaczy stać pod krzyżem? Kiedy wszyscy uciekali, kiedy wszyscy w krzyżu, w cierpieniu widzą przekleństwo, nie widzą obecności Pana Boga, kiedy krzyżem się gorszymy, kiedy uważano, że krzyż, cierpienie, trud jest czymś absurdalnym – Ona stoi po krzyżem. Co to znaczy? To znaczy, że Ona akceptuje te wydarzenia, Ona zgadza się na te wydarzenia.
Jaką trzeba mieć wielką wiarę, żeby zgodzić się na współcierpienie? A jakże jeszcze większą trzeba mieć wiarę, żeby się zgodzić na cierpienie innego człowieka? Maryja, stojąc pod krzyżem, akceptuje te wydarzenia.
Czego nas uczy? Czego nas uczy to wspomnienie? Ona jest nam dana za Matkę. Ta Matka chce nas uczyć wiary, prawdziwej wiary, głębokiej wiary, wiary, która wyraża się w posłuszeństwie Panu Bogu. Powiedziała fiat, kiedy przyszedł do Niej Anioł. Już później nigdy do Niej Anioł nie przyszedł. Już później nigdy niejako namacalnie Jej nie umacniał. Później już były same problemy. Musiała rodzić nie w luksusowych warunkach, ale w bardzo trudnych warunkach. Czyż w sercu człowieka nie mógł się narodzić wtedy jakiś bunt? Jeżeli jest Synem Bożym, czy nie mógł się narodzić w bardziej godziwych warunkach? Później rzeź niewiniątek – taki dramat, takie wydarzenie – wreszcie ucieczka do Egiptu. Same trudności w życiu Tej izraelskiej Niewiasty. A z Jej słów nie słyszymy żadnych pretensji. I wreszcie: szczyt Jej cierpienia, to jest krzyż, to jest Kalwaria, i drugie fiat, i drugie zgadzam się, akceptuję.
Pobożność chrześcijańska rozważając siedem Boleści Matki Najświętszej czci Maryję jako Królową Męczenników. Boleści Maryi sławi znany hymn Stabat Mater Dolorosa.
Bolejąca Matka stała
U stóp krzyża, we łzach cała,
Kiedy na nim wisiał Syn”.
W końcowej zwrotce tego hymnu znajdują się następujące słowa:
Chcę pod krzyżem stać przy Tobie,
Z Tobą łączyć się w żałobie
I wylewać zdroje łez”.
Obarczeni różnymi krzyżami codziennego życia pragniemy razem z Maryją stać pod krzyżem Chrystusa.
Serce ludzkie jest często smutne, nieraz bardzo smutne. Z tej przyczyny szuka ono pociechy. A pociechę znajdzie przede wszystkim u Matki, bo wie, że Ona kocha szczerze i najgoręcej. Stąd w chwilach ciężkich cierpiące usta ludzkie wzywają Matki.
Serce ludzkie potrzebuje pociechy i dlatego potrzebuje matki. Wie o tym Bóg, najlepszy znawca duszy ludzkiej. Dlatego postanowił, aby pocieszeniem i umocnieniem dla człowieka była nie tylko ziemska matka, lecz również obdarzona niezwykłą dobrocią i potęgą Matka Boga, Bolesna Maryja.

Kościół daje nam Maryję za wzór, mówi, że jest Ona najpiękniejszą, najwspanialszą drogą do Chrystusa. Czy Ona jest jeszcze pośrednikiem między nami a Chrystusem? Nie jest pośrednikiem, bo jest tylko jeden Pośrednik – Jezus Chrystus, ale jest Ona przykładem, jak wierzyć w Pośrednika, jak zaufać Chrystusowi, jak oddać swoje życie Chrystusowi – żeby Chrystus mógł nas obdarowywać tymi darami, tak, jak Ją obdarował. Popatrzmy, zróbmy rachunek sumienia dzisiaj: Jaka jest nasza wiara, w zderzeniu, w konfrontacji z Jej wiarą? Jakże my często buntujemy się na wszelkiego rodzaju krzyże, uciekamy od wszelkiego rodzaju krzyży, prosimy często, żeby nam krzyże odebrano. A Ona – stoi pod krzyżem. Uczmy się Jej wiary. Uczmy się Jej zawierzenia!
Człowiek wiary, człowiek zawierzenia, jeżeli jest człowiekiem prawdziwego zawierzenia, będzie też musiał przejść przez próby, przez trudności. Patrząc na życie Najświętszej Maryi Panny, Matki Bolesnej, widzimy wiele trudności. Ona jest Królową męczenników. Ale widzimy również, że Bóg jakże wspaniale zrealizował plan w Jej życiu. Zapragnijmy dzisiaj, by Ta najpiękniejsza z matek, Ta najpiękniejsza z kobiet, uczyła nas prawdziwej, głębokiej wiary. AMEN.
 

września 14, 2017

ŚWIĘTO PODWYŻSZENIA KRZYŻA ŚWIĘTEGO

września 14, 2017

ŚWIĘTO PODWYŻSZENIA KRZYŻA ŚWIĘTEGO

Słowo Boże na dziś

J 3, 13-17
 

Słowa Ewangelii według świętego Jana
Jezus powiedział do Nikodema: «Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Oddajemy dzisiaj cześć krzyżowi, na którym zawisło Zbawienia świata. Ten krzyż, znak zbawienia, jest obecny niemal od początku historii naszego Narodu. Pod krzyżem wawelskim modliła się św. Królowa Jadwiga, by podjąć odważną, i jakże brzemienną w skutki, decyzję poślubienie Księcia Litwy, a w ten sposób, by ten Naród mógł wejść w orbitę narodów chrześcijańskich. Przed tym samym krzyżem modlił się, podczas trzeciej pielgrzymki do Ojczyzny, możemy powiedzieć – niemal w przeddzień odzyskania niepodległości, Jan Paweł II. Krzyż jest obecny na polach Grunwaldu, na grobach Polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, na cmentarzu pod Monte Casino, na oświęcimskim żwirowisku i przy bramie stoczni gdańskiej, czy na tamie we Włocławku.
A dzisiaj możemy zobaczyć krzyż nie tylko w świątyniach, ale w urzędach, szkołach, i innych miejscach – wszędzie tam, gdzie żyją i pracują ludzie. Cieszymy się z odzyskania wolności, ale pamiętamy słowa poety: “wolność krzyżami się mierzy”.
Dzisiejsza Uroczystość Podwyższenia Krzyża, to jednak nie tyle wizja Narodu ukrzyżowanego, umęczonego, ale to zobaczenie, co ten krzyż przynosi. A przynosi ten krzyż wyzwolenia. Słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii: „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. Bóg dopuścił dla swojego Syna trudną drogę krzyża, by wyzwolił człowieka, by wyzwolił go z grzechu i śmierci, by stoczył walkę z siłami zła. I Jezus – wiemy – wyzwala w sposób najgłębszy, bo wewnętrzny. Taką drogę Bóg wybrał również dla Izraela, w jego jakże trudnej historii, i wybiera taką drogę dla nas.
Owocem zbawczej Ofiary Chrystusa jest najgłębsza wolność od grzechu i śmierci. Wiele naszych wysiłków i pragnień załamuje się w obliczu trudności, w obliczu – wydawać by się mogło – beznadziejnych sytuacji. Krzyż pokazuje, że czasami długie dziesiątki lat niewoli, cierpienia, bólu mogą zaowocować zwycięstwem, jeśli przyjmiemy tę rzeczywistość, jako rzeczywistość zbawczą. Chrystus jest dla nas Znakiem. W sytuacji największej niewoli, wydany w ręce nieprzyjaciół, bezsilny, przybity, znieważony, fałszywie oskarżony, pozbawiony czci, wreszcie – zabity, głosi wolność. On właśnie taki i wtedy w najwyższy sposób jest wolny. Na krzyżu woła: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Pamiętamy słowa Jana Pawła II, który powiedział o św. Maksymilianie Kolbe, że „Maksymilian oddał swoje życie i to jest najwyższy wymiar wolności, kiedy człowiek sam decyduje, oddając siebie”.
Jezus oddaje się dzisiaj nam i pragnie, abyśmy byli ludźmi wolnymi; abyśmy zaczęli oddychać atmosferą wolności; byśmy w sytuacjach przekraczających nasze możliwości i niezrozumiałych, a czasem jawnie niesprawiedliwych, dali świadectwo wiary i nadziei w zwycięską moc krzyża. Gdy znajdzie się wielu ludzi, którzy wejdą na tę drogę, zaczniemy oddychać atmosferą wolności. Nie zmarnujmy zatem tego daru, który przyniósł Jezus Chrystus: daru wyzwolenia. AMEN.



września 12, 2017

Modlitwa Jezusa a nasza modlitwa

września 12, 2017

Modlitwa Jezusa a nasza modlitwa

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 23 tygodnia Okresu Zwykłego

  Łk 6,12-19

Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Pewnego razu Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc trwał na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, któremu nadał imię Piotr, i brata jego, Andrzeja, Jakuba, Jana, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Szymona z przydomkiem Gorliwy, Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie; był tam liczny tłum Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. (Łk 6, 12-19)

Refleksja nad Słowem Bożym 


CHRYSTUS MODLI SIĘ ZA NAS

Jezus wyszedł na górę, aby się modlić i całą noc spędził na modlitwie do Boga”.
Człowiek do pełnego rozwoju potrzebuje ciszy, refleksji, modlitwy, kontemplacji. Jezus wychodzi na górę, aby się modlić i przez całą noc trwa na rozmowie z Ojcem. Modlitwa, kontemplacja wymagają uciszenia zewnętrznego i wewnętrznego. Jezus czynił tak bardzo często. Każda ważniejsza decyzja, każdy czyn o charakterze zbawczym, poprzedzony był modlitwą do Ojca „na osobności”.
Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam modlitwę Jezusa, która również taki miała charakter – „na osobności” – bowiem poprzedzała wybór Apostołów, którzy Dobrą Nowinę ponieść mieli aż na krańce ziemi.
Jezus jest naszym Mistrzem i Nauczycielem. Czego więc uczy nas Jezus, modląc się na górze przez całą noc? Uczy nas najpierw, że przed każdą ważną decyzją życia nie tylko trzeba się radzić mądrych ludzi, przyjaciół, ale również trzeba się radzić i pytać samego Boga, i to na modlitwie. Jezus uczy nas następnie, że cisza, skupienie, modlitwa, kontemplacja są człowiekowi potrzebne jak chleb powszedni. Zgiełk, krzyk, szalone tempo życia rozbijają człowieka wewnętrznie – wręcz czynią go bezmyślnym automatem.
Za przykładem Jezusa, musimy znaleźć czas na spotkanie w ciszy z samym sobą i z Ojcem, naszym Bogiem. Jak powiedział ktoś, jesteśmy naprawdę sobą wtedy, kiedy się dobrze modlimy. Zaś człowiek, który wcale się nie modli, to ktoś, kto próbuje uciec od samego siebie. Modlitwa napełnia nas przedziwną mocą, która działa na innych, innym pomaga, innych zmienia. Modlitwy więc trzeba się uczyć wciąż na nowo, przyswajając sobie tę sztukę od samego Jezusa Chrystusa. A więc, trzeba nam wciąż wołać: „Panie, naucz nas modlić się”.
Modlił się Jezus na górze, spędzając całą noc na rozmowie z Bogiem. Niestety, nie znamy treści tych słów tych modlitw, czy tej modlitwy. Znamy natomiast inne modlitwy Jezusa wypowiedziane przy różnych okazjach. Zacytuję niektóre fragmenty i chciejmy pomyśleć, co akcentuje ta modlitwa, jaki jest właśnie duch tej modlitwy:
Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. – Czy nie akcentuje ta modlitwa Jezusa pewnej pokory, prostoty, otwartości, szczerości serca tych właśnie, za których modli się Jezus?
Albo inna modlitwa, nazywana: arcykapłańską – przed śmiercią Chrystus modlił się: Ojcze Święty, zachowaj w Twoim imieniu tych, których Mi dałeś, aby, tak jak My, stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim Imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął, z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo.
Inna modlitwa Jezusa o jedność wszystkich chrześcijan: Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie; aby i oni stanowili w nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.
Wspomnijmy także modlitwę Jezusa z Ogrójca: Ojcze Mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich; wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty. Ojcze Mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja.
Na kilka chwil przed samą śmiercią modli się Jezus: Boże Mój, Boże Mój czemuś Mnie opuścił? Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha Mojego.
W niebie Jezus Chrystus siedzący po prawicy Ojca wstawia się za nami, którzy jesteśmy członkami Jego Mistycznego Ciała – Kościoła, wstawia się za wszystkimi, i pozostaje naszym Orędownikiem i naszym Pośrednikiem. W jednym z komentarzy do Listu do Rzymian czytamy, że Jezus zawsze broni naszych spraw przed Ojcem i Jego prośba nie może być odrzucona. Prosi On Ojca, abyśmy mogli stale korzystać z zasług, które zdobył w czasie ziemskiego życia.

CHRYSTUS MODLI SIĘ W NAS

Jaka to wielka radość, iż Chrystus zawsze żyje, aby się wstawiać za nami! (Hbr 7,25), że możemy połączyć swoje modlitwy i swoją pracę z Jego modlitwą, a wówczas zdobędą wartość nieskończoną, wartość zasługującą na niebo.
Czasami naszej modlitwie brakuje niezbędnej pokory, ufności, wytrwałości. Wesprzyjmy więc ją modlitwą Chrystusową. Prośmy Go, aby skłaniał nasze serca do modlitwy w należyty sposób, według zamiarów Bożych, aby modlitwa tryskała z naszego serca i docierała przed oblicze Jego Ojca, byśmy stanowili z Nim jedno tu na ziemi, a kiedyś w wieczności. Co więcej, uczyńmy z całego naszego życia jedną wielką modlitwę. Tak. Nasze życie ma być modlitwą. Uczmy się tej modlitwy od Chrystusa.
Najlepiej uczymy się modlitwy wtedy, gdy się po prostu modlimy: osobiście czy we wspólnocie. W czasie każdej Mszy św. łączymy naszą modlitwę z najdoskonalszą modlitwą Jezusa Chrystusa. We Mszy św. wchodzimy z Jezusem „na górę”, by się modlić do Ojca.
Życzę ci, drogi Czytelniku, życzę i sobie, byśmy chcieli często przebywać na tych wyżynach, na których przebywał Chrystus Pan, nasz Zbawiciel, i modlił się; by była dobra nasza modlitwa; by były dobre nasze decyzje; by było dobre nasze życie.  



września 12, 2017

Najświętsze Imię Maryi

września 12, 2017

Najświętsze Imię Maryi

Słowo Boże na dziś


  Łk 1,39-45

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza
W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana». Wtedy Maryja rzekła: «Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

 
Błogosławiona jesteś, Panno Maryjo,
która uwierzyłaś, że spełnią się słowa
powiedziane Tobie od Pana. (Łk 1,45)

Jak to dobrze, że możemy wzywać Maryję po imieniu. Ludzie zawsze łatwiej nawiązują więzi, gdy znają swoje imiona. Zwracanie się do kogoś po imieniu ułatwia nam kontakt. Gdy ktoś nam się podoba, chcemy się koniecznie dowiedzieć, jak ma na imię. Ci, którzy się kochają, z radością wymawiają swoje imiona.
Dziś wspomnienie Imienia Maryi. Jest to, można powiedzieć, pierwszy klejnot tej świetlanej korony na Jej głowie; dźwięk tej pieśni, która tak często z ziemi płynie przed Tron Bogarodzicy.
Maryja, to imię ze wszystkich po Jezusie najczcigodniejsze; imię, które Trójca Przenajświętsza przeznaczyła dla Tej, która miała być zarazem Córką Ojca, Matką Syna i Oblubienicą Ducha Świętego.
Maryja, to wzniosłe imię, które jest: uweseleniem nieba, nadzieją ziemi i przerażeniem duchów nieczystych piekielnych.
Maryja, to imię najsłodsze: „Ty jesteś balsamem dla ust, które Cię wypowiadają, miodem dla języka, który Cię wymawia, i pieśnią dla serca, które Cię wzywa” – mówi św. Bernard.
Maryja, to imię naszej Matki; imię najukochańsze, które – jak śpiewa Psalmista – „Uwesela młodość naszą”.
Wielkie i głębokie jest znaczenie tego imienia, które niebo ziemi przekazało. Z całą prawdą można o nim powiedzieć, jak mówi Pismo św., że jest oni “dziwne”.
Według Ojców Kościoła, imię Maryja ma potrójne znaczenie. W syryjskim języku oznacza „panią”, „władczynię”, „królową”. W hebrajskim: Miriam, znaczy „gwiazda morza”, i wreszcie oznacza „morze łask” i „morze gorzkości”.
Komuż bardziej, niż Maryi, przysługuje tytuł królowej. Królową jest Ta, która powiła Dziedzica wszystkich narodów, Władcę postawionego nad wszystkimi księstwami i władcami. A jeśli Syn jest Królem nam królami i Panem nad panami, wtedy Matka jest Władczynią władców. „Przez fiat – niech mi się stanie – w tajemnicy Wcielenia, Maryja – mówi św. Augustyn – zespoliła swe serce z wielkością Boga. W tajemnicy zaś Wniebowzięcia, Bóg zespolił Maryję z wiecznością swej chwały i swej potęgi”.
Maryja po hebrajsku znaczy: Miriam, to znaczy Gwiazda morza. Stąd ta pieśń: „Witaj Gwiazdo Morza”. Podobnie jak Bóg przy biegunie ziemskim umieścił Gwiazdę, która dodaje otuchy i ożywa żeglarza rzuconego wśród wód oceanu, kieruje nim wśród skał, prowadzi bezpiecznie ku przystani, tak też postawił niejako przy biegunie łask swoich Maryję – Tę piękną i dobroczynną Gwiazdę, która wzniosła się ponad szerokie świata morze, by uweselała biednych żeglarzy ziemskich, i doprowadziła ich do przystani wiekuistego zbawienia.
A zatem, przebogate w treść jest imię Matki Bożej. Zamiast „Zdrowaś Maryjo”, możemy mówić: „Zdrowaś Najpiękniejsza”, „Zdrowaś Gwiazdo Morska”, „Zdrowaś Łaski Palna”, „Zdrowaś Umiłowana przez Boga”. Maryja słysząc swoje imię, wymawiane przez czcicieli, jeśli tak można po ludzku powiedzieć, przypomina sobie tę niepojętą miłość i łaskawość Boga, której doznawała w swoim życiu, i dzisiaj doznaje pełna chwały w niebie.
Dlatego zawsze ze zrozumieniem, i z wielkim szacunkiem, i miłością wymawiajmy imię Maryja. Św. Alfons Liguori nakazał swoim współbraciom, aby w każdym kazaniu przynajmniej wspomnieli imię Maryja. I stąd Radio Maryja pozdrawia swoich słuchaczy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica”. Starożytni historycy odnotowali pewien incydent związany z panowaniem króla Aleksandra Wielkiego. Otóż ten sławny król dowiedział się, iż w jego armii żył żołnierz, który również nosi imię Aleksander, ale nie odznacza się ani odwagą, ani walecznością. Król wezwał owego żołnierza przed swe oblicze i, karcąc go, nakazał mu zmienić obyczaje, albo imię.
Dziś, wspominając imię Maryi, Matki Bożej, jako Jej czciciele zadajmy sobie pytanie: Czy godnie reprezentujemy w swoim otoczeniu Jej imię? Czy, jak Maryja, staramy się być miłymi Bogu, i posłusznymi woli Bożej? Przecież wszyscy od chrztu św. nosimy zaszczytne imię chrześcijanina, czyli wyznawcy Chrystusa. Św. Paweł przypomina nam dziś to wielkie nasze wybranie przez Boga, przeznaczenie do wielkich rzeczy, do przyjaźni z Bogiem i trwania z Bogiem przez całą wieczność. Nośmy zatem to imię chrześcijanina z godnością i odpowiedzialnością, bo i my – jak Maryja – jesteśmy umiłowanymi dziećmi Bożymi. AMEN.

 

września 09, 2017

23. Niedziela Zwykła (A) – Braterskie upomnienie

września 09, 2017

23. Niedziela Zwykła (A) – Braterskie upomnienie
Obarczę ciebie odpowiedzialnością za twego brata!” Masz sprowadzić występnego z jego złej drogi (Ez 33,7–9 ). Upomnij brata w cztery oczy (Mt 18,15).
Przed niektórymi poleceniami Pisma św. chciałoby się uciec. Lepiej tego nie doczytać, pominąć, nie słyszeć. Tak właśnie jest z nakazem skierowa­nym do nas dziś. Przecież każdy ma swój rozum... Ludzie są za swe czyny odpowiedzialni... Czy można się wtrącać w sprawy innych? Tyle jest własnych kłopotów! A jednak: „Obarczę ciebie odpowiedzialnością za twego brata! Upomnij brata w cztery oczy!”
Jeszcze inaczej próbujemy ominąć Boże polecenie. Sam nie cierpię mo­rałów, wygłaszanych pod moim adresem, dlaczego więc mam się stać stró­żem moralności mojego bliźniego? Nie czyń bliźniemu tego, co tobie nie miłe! Czyż nie spotkaliśmy się z tym, że czyjaś uwaga nie wynikała z troski o nas. Jej motywem była czyjaś zarozumiałość, u jej źródła była czyjaś zło­śliwość, a mocą czyjeś zdenerwowanie i rozdrażnienie. Czasem bywa od­wrotnie: Uwaga, płynąca z dobrego serca, jest źle przyjęta. Wywołuje gniew, pozostawia uraz, niszczy więź przyjaźni i znajomości. Tyle niebez­pieczeństw czai się wokół nakazu: „Upomnij brata swego...” Naszym oba­wom sprzyja anonimowość współczesnego życia. Iluż ludzi mieszka w blo­kach, w wielkich osiedlach. Odizolowani od bliźniego drzwiami zaopatrzo­nymi w wiele zamków, nie chcą słuchać, co o nich inni mówią. Nie chcą na­wet wiedzieć, jak oceniane jest ich postępowanie. Każdą opinię o sposobie życia gotowi są uznać za targnięcie się na ich osobistą wolność. Powiedze­nie: „Wolność Tomku w swoim domku...” stało się powszechnie przyjętą zasadą. Chociaż ów domek to często bardzo akustyczne mieszkanie w blo­ku, a sposób życia w tym domku jest dla sąsiadów nie do zniesienia.
Tak bardzo chciałoby się przejść obok słów, które nas obarczają odpowiedzialnością za występki naszego brata. „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciwko tobie; idź i upomnij go w cztery oczy...” Nakaz Boży jest jednak tak wyraźny, że nie można się koło niego prześlizgnąć. Trzeba więc choć na chwilę zatrzymać się nad nim. Sprzyja temu okres, który przeżywamy. Po­czątek września to czas, w którym się mówi o szkole. To dni, w których o sprawach wychowania myśli się w sposób szczególny. Dla jednych, to sprawa nowej klasy, szkoły; dla innych, to starsi o przeżyte wakacje uczniowie. Dla jednych to wspomnienia szkolnego mundurka, dla innych wreszcie – stale aktualna rodzicielska troska. Nad tym wszystkim unosi się atmosfera uwag. Tych zwykłych „nie garb się”, „nie dłub w nosie”... i tych zasadni­czych, którym towarzyszą długie rozmowy; wreszcie tych, wpisywanych do dzienniczka, pod którymi powinien się znaleźć podpis opieki domowej.
Towarzyszy temu wszystkiemu zjawisko zwane konfliktem pokoleń. Je­dni w imię rodzicielskiego obowiązku instruują, pouczają, wygłaszają ka­zania, a inni uważają za punkt honoru odporność na tego rodzaju nacisk... W mniejszym lub większym stopniu dzieje się to zawsze u styku pokoleń. Dlatego nie warto w tej chwili drzeć szat i wołać, że w naszych czasach jest gorzej, że młodzież współczesna... itd. Polski wrzesień każe nam w szcze­gólny sposób patrzeć na sprawy dziejące się na styku pokoleń, żyjących na naszej ziemi. Dla nas wrzesień to początek strasznej nocy okupacji. Ci, któ­rzy odebrali nam wolność, wiedzieli dobrze, że nie wystarczy siła przemo­cy, siła militarna. Naród niewolników można mieć dopiero wtedy, gdy się zniszczy jego historę, gdy się zniszczy jego kulturę i uniemożliwi się jej przekazywanie. Gdy pokolenie dojrzałych Polaków nie będzie mogło kształtować ludzkiego oblicza tych, którzy będą po nich mieszkać nad Wi­słą. Dlatego nasze doświadczenie września uczyło, by konflikt pokoleń za­stąpić solidarnością pokoleń. Gdy nam zniszczono zabytki polskiej kultury, to starzy i młodzi z narażeniem siebie gromadzili to, czego ogień nie stra­wił. Gdy brutalnie fałszowano historię, to potajemnie, w atmosferze pie­tyzmu uczono się dziejów narodu. Nie trzeba też nikogo przekonywać, ja­kim nośnikiem chrześcijańskiej kultury narodu było przekazywane po­przez pokolenia doświadczenie, że w wielu momentach „ojczyzna była w Polsce Kościołem, a Kościół ojczyzną”.
A jak jest dziś? Na to pytanie można dać wyczerpującą odpowiedź po la­tach. Teraz chcę tylko powiedzieć o radości, jaką przeżyłem podczas waka­cji. Mogłem przez pewien czas pomagać księżom, prowadzącym pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Uczestnikami tej wielokilometrowej wędró­wki byli przede wszystkim ludzie młodzi. Mimo kolei, samochodów, auto­busów, zdecydowali się na pielgrzymkę pieszą. Szedłem razem z nimi pol­nymi drogami diecezji sandomierskiej i kieleckiej. Drogami naznaczonymi kapliczkami i krzyżami. Drogami, przy których mijaliśmy stare kościoły, cmentarze, mogiły tych, którzy poginęli w lasach, walcząc o wolność ojczyzny. Z szumem łanów zbóż wdychało się to, „co Polskę stanowi”. Działo się to w atmosferze solidarności pokoleń. Przed domami stali ludzie starsi, często ocierali łzy wzruszenia. Przez okna domów widać było twarze cho­rych, którzy nie opuszczają swoich czterech ścian. Myślę, że niektórzy z nich modlą się dziś z nami. Przysłowiowy kubek zimnej wody, podany pielgrzymowi, był znakiem tej więzi, która jest ponad wszelkie konflikty. Był po prostu miłością.
Docieramy do sedna sprawy. Przekazywanie życia jest w sposób istotny związane z miłością. Nie chodzi tu tylko o fizyczne rodzicielstwo. Spotka­nie, prawdziwe spotkanie człowieka z człowiekiem nie jest bolesnym zde­rzeniem samolubstwa z wygodnictwem (choćby przy tej okazji były wygłaszane podniosłe morały). Wszystkie upomnienia i przykazania – jak nas dziś poucza św. Paweł Apostoł – streszczają się w jednym nakazie: „Miłuj bliźniego swego, jak samego siebie” (Mt 22,39). Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem prawa (Rz 13,9–10). Spotkanie człowieka z człowiekiem nie jest pouczaniem i wygłasza­niem umoralniających przemówień, jest natomiast przekazywaniem życia. Jest przekazywaniem tego, co sami otrzymaliśmy od innych i pomnożyliś­my w naszym życiu.
Słowo Boże dziś skierowane do nas, każe nam uświadomić sobie, ile otrzymaliśmy od innych. Jakie wartości kultury przekazali nam ludzie. Ileż przejęliśmy od naszych rodziców, wychowawców, nie tylko przyjmując ich uwagi, ale obcując z nimi na co dzień. Bo wszędzie, gdzie spotyka się człowiek z człowiekiem, pozostaje w duszy ludzkiej ślad spotkania. W jakimś sensie jesteśmy sumą tych spotkań.
Słowo Boże dziś do nas skierowane poucza nas o odpowiedzialności za ślad, jaki pozostawiamy w naszych braciach. Mają to być spotkania, które „zła nie wyrządzają”. Jest to bardzo trudne, pomyśli sobie ktoś teraz. Na pewno! Odpowiedzialność za naszych braci jest wielkim ciężarem. Pamię­tajmy jednak o słowach Chrystusa. Obiecał nam, że tam, gdzie w Jego Imię, a więc w imię miłości dwaj lub trzej się spotkają, tam On sam jest obecny. To On nadaje kształt spotkaniom człowieczym, bo On jest Miłoś­cią, bo On jest dawcą życia.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger