września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Grzech zgorszenia

września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Grzech zgorszenia
zwyciężać zło
Drodzy bracia i siostry. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii wypowiada surowe słowa ostrzeżenia pod adresem gorszycieli: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza (Mt 18,6). Przez złe życie człowiek może zniszczyć łaskę uświęcającą w sobie, ale też jego antyświadectwo nierzadko przyczynia się do utraty skarbu łaski u innych. Unikanie zgorszenia powinno więc być wewnętrznym nakazem katolika, wynikającym z miłości bliźniego. Na czym polega grzech zgorszenia? W jakich sytuacjach najczęściej gorszymy innych?
Jezus mówi wyraźnie: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. (Mk 9,45) W innym miejscu Ewangelii, niż przytoczony powyżej fragment, czytamy takie słowa Jezusa: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą (Łk 17,1). Dlaczego Zbawiciel zapowiadał zgorszenia? Bo człowiek jest wolny i został obdarzony możliwością dokonywania wyboru. Może więc wybrać nawet zło, a po grzechu pierworodnym nie stwarza nam to jakoś specjalnej trudności…
Karygodne jest, gdy ktoś świadomie prowadzi innych do grzechu, zwłaszcza do utraty łaski wiary w Boga. Jezus ostrzega przed człowiekiem, który może okazać się gorszycielem. Właśnie przed kimś takim roztacza tę dość przykrą perspektywę zawieszenia na jego szyi kamienia młyńskiego i utopienia.
W Ewangelii znajdujemy słowa zachęty do radykalnego odrzucenia od siebie wszystkiego, co jest powodem grzechu. W obrazowy sposób podkreślają to słowa mówiące o konieczności odcięcia swej ręki czy wyłupania oka: lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła (Mt 5,29). To ostrzeżenie Jezusa powinniśmy odnosić przede wszystkim do siebie samych, żeby nie stać się współautorami zła i tym samym przyczyną czyjegoś grzechu ciężkiego.
Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę na to, że szczególną odpowiedzialność za swe słowa i czyny ponoszą ci, którzy z racji pełnionych funkcji powinni odznaczać się autorytetem, bowiem siła ich oddziaływania na innych jest wyjątkowo duża. Co innego jest, gdy mamy do czynienia ze złem dokonanym przez jakiegoś drobnego rzezimieszka, a co innego, gdy chodzi o kogoś na wysokim stanowisku państwowym czy kościelnym. Zgorszenie spowodowane przez taką osobę bulwersuje bardziej, bo od kogoś takiego oczekuje się, że najpierw sam pokaże dobry przykład, a dopiero potem będzie stawiał wymagania innym.
Grzech zgorszenia dotyczy także ludzi, o których Pan Jezus powiedział, że przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami (Mt 7, 15). To może być choćby wychowawca, który zamiast dawać innym dobry przykład, pod osłoną pełnionego stanowiska czyni szkodę.
W czasach komunizmu mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy zło mogło rodzić się z powodu źle skonstruowanego i niesprawiedliwego prawa, niezgodnego z Bożymi przykazaniami. Nasuwało się bowiem przypuszczenie, że jeśli prawo na coś zezwalało, to tak właśnie można było postępować. Dziś to zjawisko też występuje, choć już w innym wymiarze i w innej skali.
Zgorszenia mogą powodować także reprezentanci różnych instytucji. Katechizm wymienia np. dyrektorów zachęcających do oszustwa, nauczycieli pobudzających do gniewu swoich uczniów, ludzi manipulujących opinią publiczną. Wielkie zło dzieje się również za sprawą nierządu, pornografii, prostytucji i gwałtu.
Jak należy postępować, aby nie być przyczyną zgorszenia dla innych? Ważne jest, aby wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje, odważnie przeciwstawiać się panującym tendencjom i rozpowszechnionym poglądom, umieć powiedzieć prawdę tym, którzy nie są jej świadomi.
Czasami ludzie mają taki bałagan w głowie, iż nie rozróżniają już, co jest dobre, a co złe, bo wyrośli w środowisku, w którym zachwiana była hierarchia wartości. Pamiętam opublikowany przed laty w „Rycerzu Niepokalanej” wywiad z czterdziestoparoletnim mężczyzną, który w USA został skazany na karę śmierci za zamordowanie na tle seksualnym ponad stu kobiet. Okazało się, że był katolikiem, pochodził z pełnej rodziny i właściwie niczego mu w życiu nie brakowało. Było jednak pewne „ale”, związane z tym, że na ulicy, na której mieszkał, znajdował się sklep z pornografią. Kiedy ów człowiek go mijał, za każdym razem szczególnie mocno poruszały jego wyobraźnię zdjęcia, ukazujące przemoc seksualną, prowokując w nieodparty sposób do dokonywania podpowiadanych tak sugestywnie czynów. Podczas wywiadu przeprowadzonego tuż przed wykonaniem wyroku zapytano mordercę, czy społeczeństwo ma prawo eliminować takich, jak on. Skazaniec odpowiedział twierdząco, żałując dokonanych zbrodni. Pozostawił jednak niepokojące zdanie: Ja jutro idę na krzesło elektryczne, a ten sklep z pornografią nadal funkcjonuje na mojej ulicy. Ważne jest zatem, aby nie tylko usuwać skutki zgorszeń, ale przede wszystkim ich przyczyny.
Dwa miesiące temu, podczas ostatnich wakacji, byłem na Ukrainie. Tam, wraz z moimi kolegami, pomagaliśmy księdzu jednej z katolickich parafii na Wołyniu. Gromadziliśmy dokumentację dla Stolicy Apostolskiej o stanie kościołów, kaplic, cmentarzy i innych “pozostałości” katolicyzmu w reerygowanej diecezji łuckiej. Do dziś przetrwały tylko te kościoły, które były wykorzystane w ostatnim 50-leciu na magazyny, filharmonie, muzea, biura, zakłady produkcyjne. Wszystkie te obiekty utrwalaliśmy na zdjęciach, które trafią do Rzymu. Jednak jeden obraz na długo pozostanie w mojej pamięci. W jednej miejscowości nieopodal Kowla, kościół katolicki został zamieniony na młyn gospodarczy. Tylko fasada budynku świadczy, że kiedyś był to kościół. W środku grupa robotników zamieniała ziarno na mąkę, z której będzie chleb. Na zewnątrz, pod oknami świątyni leży oparty wielki, stary  k a m i e ń   m ł y ń s k i, którego nie mogą zakryć liche pokrzywy porastające okoliczny teren. Taki to kamień młyński, wykorzystał Chrystus, aby przybliżyć nam wielkość winy, jaka obciąża tych, którzy sieją zgorszenie. Obraz człowieka, który topi się w morzu z kamieniem młyńskim u szyi, był dla Żydów szczególnie drastyczny, ponieważ uznawali oni śmierć przez utonięcie za najbardziej poniżającą. Ponieważ Chrystus wiedział, że nie da się usunąć zgorszenia z życia człowieka, wkomponował je w Ewangelię. Świadczy o tym czyn Judasza, a także św. Piotra. Czy chcemy czy też nie, stanowi ono część tajemnicy człowieka. Dobitne słowa Pan Jezus wypowiedział o gorszycielu: Byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Z pewnością wielu z nas nie odnosi tych słów do siebie, bo niby jakie my możemy dawać zgorszenie innym? A może w ogóle nie wiemy co to takiego jest zgorszenie? Gorszyć, to znaczy sprawiać, by drugi człowiek stawał się gorszym. To znaczy być powodem grzechu drugiego człowieka. Wówczas jesteśmy odpowiedzialni za grzech drugiego człowieka. Chociaż niebezpieczeństwo zgorszenia trwa nieprzerwanie od wielu setek lat, to wydaje się, że wielu z nas zapomniało o tym, iż my również ponosimy konsekwencje grzechów naszych bliźnich. I chociaż już dzisiaj na katechezie rzadko mówi się o tak zwanych grzechach cudzych, to tym bardziej trzeba nam przypomnieć je teraz. To właśnie grzechy cudze sprawiają, że i my ponosimy za nie odpowiedzialność. Grzeszymy, gdy doradzamy komuś grzech lub go nakazujemy, gdy przyzwalamy na grzech lub do niego namawiamy. Grzeszymy, gdy chwalimy cudzy grzech lub w nim współdziałamy, gdy milczymy wobec cudzego grzechu i w nim dopomagamy, a nawet, gdy bronimy cudzego grzechu. Jakże często te cudze grzechy są i naszymi grzechami. Wszyscy bowiem jesteśmy odpowiedzialni za szczęście i nieszczęście drugiego człowieka, za jego potępienie i za zbawienie. Jesteśmy winni wielu grzechów popełnionych przez innych. Szkoda, że tak mało zdajemy sobie z tego sprawę. Psalmista pyta dziś nas: Kto jednak widzi swoje błędy? I dlatego musimy sobie dzisiaj uświadomić, że często dzieci są odpowiedzialne za grzechy rodziców, a jeszcze częściej rodzice są odpowiedzialni za grzechy dzieci. Młodzi są odpowiedzialni za grzechy starszych, a starsi za grzechy młodych. Młodzi uczą się wielu rzeczy od starszych. Wiele dzieci, które nie potrafią jeszcze poprawnie mówić z wielką wprawą przeklinają. Skąd one to wzięły? Często jeden zły przykład lub kilka nieostrożnych słów mogą zburzyć wiarę, szczęście i wieczność młodego człowieka. Kiedyś ojciec znanego niemieckiego poety Grillparzera zaprosił przy jakiejś okazji w gościnę swoich przyjaciół. Kiedy towarzystwo było już wesołe, przeniosło się do studenckiego pokoju młodego poety. Właśnie pilnie się uczył. Nawet go nie zauważono. Jego ojciec wzniósł toast: Radujmy się, dopóki jesteśmy razem! Kto wie, czy będziemy tak weseli na tamtym świecie? Wtrącił się jeden z przyjaciół: Kto wie czy jest w ogóle tamten świat? Wtedy właśnie zauważyli młodzieńca i zmienili temat rozmowy, ale było już za późno. Dzień ten był początkiem smutnych dni życia poety, jak sam później wyznał. Głupie słowa ojca i przyjaciela zburzyły jego wiarę i szczęście. I my, Drodzy Bracia i Siostry musimy zrobić rachunek sumienia, czy nasz zły przykład, słowa i zachowanie nie spowodowały u kogoś utraty wiary i szczęścia? W jakim stopniu jesteśmy współodpowiedzialni za grzechy bliźnich? O wiele większym grzechem jest doprowadzenie do grzechu jednego człowieka, niż zamiana kościoła na młyn gospodarczy. Chrystus bowiem nie umarł na krzyżu za kamienne kościoły, ale za żywe świątynie, którymi sami jesteśmy. I chociaż trudno znaleźć przy kościele kamień młyński, a spod Tatr jest daleka droga do morza, to niech obraz kamienia młyńskiego pozostanie na zawsze w naszej pamięci, co więcej, w naszych sercach. AMEN

września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Zwyciężać złe duchy

września 25, 2018

26. Niedziela Zwykła (B) - Zwyciężać złe duchy
Drodzy Bracia i Siostry zgromadzeni w tej świątyni! Różne mogą być postawy czło­wieka wobec Słowa Bożego. Mówił o tym już sam Pan Jezus, wy­jaśniając apostołom przypowieść o siewcy (Mk 4, 1–9. 14–20). Wielu spośród słuchaczy nie pojmowało nauki Pana. Często Go opuszczali (J 7, 60–69). Podobnie było na przestrzeni całej hi­storii Kościoła. A dzisiaj? Czy wszystko, co Kościół podaje do wierzenia, co zostało mu przekazane, spotyka się ze zrozumie­niem? Czy przyjmowane jest otwartym sercem? Czy dzisiaj niezmienne prawdy przez Boga objawione, które są zawarte i wy­rażone w Piśmie świętym, a które spisane zostały pod natchnie­niem Ducha Świętego przyjmowane są z żywą wia­rą?
Fragment dzisiejszej Ewangelii według św. Marka rozpo­czyna się słowami wypowiedzianymi przez Apostoła Jana: „Nau­czycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w imię Twoje wyrzucał złe duchy...” (Mk 9, 38). Co kryje się za tym określeniem: złe duchy? Czy rzeczywiście one istnieją? Na ile my w ich istnienie i działanie wierzymy? A może – jak wielu współczesnych, nawet i teologów – skłonni jesteśmy uznać, że byty anielskie są tylko produktem prymitywnej wiary ludzi pier­wotnych, są nierzeczywistymi istotami jak czarnoksiężnicy lub jak święci mikołajowie? Ci, którzy jednak tak myślą, to ludzie zwiedzeni przez Złego, którzy znikczemnieli w myślach swoich i którzy prawdę Bożą zamienili w kłamstwo (Rz 1, 21–25).
Niewątpliwie, jednym z największych sukcesów Złego du­cha w XXI wieku nie jest negacja Boga, nie masowy praktyczny ateizm, lecz negacja szatana, wmówienie ludziom, że on nie ist­nieje. A przecież istnienie świata duchów jest jednym z podstawowych kanonów naszej wiary! Bóg ich stworzył z miłości! Nie jako duchy złe, lecz dobre. Jako aniołów światłości, a nie ciemności. Na początku, zanim pojawił się człowiek, zanim ziemia została przygotowana na jego przyjęcie, Bóg Wszechmocny stwo­rzył z niczego czyste duchy. „Bo w Nim zostało wszystko stwo­rzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol 1, 16). Przez Niego i dla Niego! Niestety, powołane z niebytu do istnienia stworzenie przeciwstawiło się Bogu – swo­jemu Stwórcy. „Non serviam! Nie będę służył!” – powiedział najpiękniejszy z nich, którego imię było Niosący Światło. A za nim poszli inni, jak on pyszni, samolubni, zbuntowani, pragnący cel swój osiągnąć poza Bogiem. Cóż się stało? Bóg – odwieczna Miłość, Dobro, Piękno – po raz pierwszy spotkał się z nie­nawiścią. W harmonię stworzonego Wszechświata nagle wdarł się przeraźliwy akord fałszu. W tym, co „było bardzo dobre” (Rdz 1, 31) pojawił się ogrom zła. I nic dziwnego, że „nastąpiła walka na niebie” (Ap 12, 7). Wierni Bogu „Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się dla nich miejsce w niebie nie znalazło" (Ap 12, 7–8). Zbuntowane duchy poniosły pierwszą klęskę – utraciły Boga! Na zawsze! Utraciły szczęście nie­ba! „Wielki Smok, Wąż starodawny, który się zwie diabeł i sza­tan... został strącony na ziemię, a z nim strąceni zostali jego aniołowie” (Ap 12, 9).
Drodzy Bracia i Siostry! Jakże ważną prawdę w tych sło­wach Pisma św. Bóg objawia, a Kościół wszystkim pokoleniom przekazuje. Szatan i złe duchy istnieją i działają! Niezależnie od naszej wiary. A choć bezpośrednio ich nie widzimy, jakże często i jak boleśnie doświadczamy ich obecności. Przy czym wcale nie musimy udawać się za druty kolczaste obozów kon­centracyjnych. Złe duchy są wszędzie, na całej zamieszkałej zie­mi (Ap 12, 9). Jak lwy ryczące krążą, szukając kogo pożreć (1 P 5, 8). Niszczą dobro, szkodzą człowiekowi nie tylko na ciele (Job 1, 6–2, 10; Łk 8, 26–36), bardziej jeszcze na duszy (Mt 12, 43–45). Nade wszystko pragną pozbawić go szczęścia, które sami utracili. W tym celu posługują się bronią, którą zawsze dysponują i którą jest podstęp połączony z kłamstwem. Posługują się też ludźmi. Człowiek bowiem do wszystkiego się nadaje, na­wet do współpracy z diabłem. Już św. »Jan pisał o dzieciach Boga i dzieciach diabła (1 J 3, 10). A historia, łącznie z naj­nowszą, może to potwierdzić licznymi przykładami.
Kościół głosi również, że Jezus Chrystus Syn Boży pokonał szatana „na drzewie Krzyża” (Pref. o krzyżu). Swoją śmiercią i zmartwychwstaniem wyrwał nas z mocy złego, uwolnił od śmierci oraz przeniósł do królestwa Ojca. Przez chrzest ludzie zostają wszczepieni w paschalne misterium Chrystusa: z Nim współumarli, współpogrzebani i współzmartwychwstali. Otrzymu­ją też ducha przybrania za dzieci, „w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8, 15), i stają się prawdziwymi czcicielami, jakich Ojciec szuka (J 4, 23). Dlatego św. Paweł zachęca nie tylko Efe­zjan: „Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie peł­ną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych za­kusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rząd­com świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła... Stańcie więc do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i ob­lókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość” (Ef 6, 10–14). Po­dobne słowa otuchy otrzymujemy od naszych aniołów stróżów. Do Ojca Pio jego Anioł Stróż powtarzał: „Broń się, odrzucaj zawsze i zwyciężaj pokusy, a tam gdzie twoje siły nie mogą podołać, Jezus cię wspomoże. Nie trap się, umiłowany mego serca, jestem blisko ciebie!” (Życie i wybrane pisma O. Pio,Kraków 1984, s. 119).
Dzień 29 września poświęcony jest czci Archaniołów: Mi­chała, Gabriela i Rafała. Prośmy ich dzisiaj, by pociągali nas zawsze ku poszukiwaniu i miłowaniu tego, co prawdziwe i dobre. W trudnych czasach zmagania się dobra ze złem wołajmy z ufnością do św. Michała i jego aniołów modlitwą Kościoła: „Święty Michale Archaniele! Broń nas w walce. Przeciw niegodziwościom i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech mu rozkaże Bóg, pokornie prosimy, a Ty, Książę wojska nie­bieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła. Amen”.

września 24, 2018

Rozważania codzienne – Przypowieść o lampie

września 24, 2018

Rozważania codzienne – Przypowieść o lampie

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, XXV tydzień Okresu Zwykłego

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus powiedział do tłumów:
«Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz umieszcza na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło.
Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą nawet to, co mu się wydaje, że ma».

Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem, ani nie stawia pod łóżkiem, lecz na świeczniku”.
Słowa Jezusa wydają się być bardzo czytelne, bo rzeczywiście: zapalonej lampy ani nie przykrywa się garncem, ani nie stawia się pod łóżkiem, ale na świeczniku. Lampa jest po to, aby świecić, aby swoim światłem rozpraszać ciemności. Lampa nie zatrzymuje światła dla siebie samej, ale służy niejako otoczeniu, w którym się znajduje.
I do tej pory wszystko jest jasne i zrozumiałe, aż dziw bierze, że Chrystus posługuje się takim prostym obrazem. Właśnie wielką sztuką Mistrza z Nazaretu było to, że wszystko zaczynało się od nieskomplikowanego obrazu, a potem dopiero nabierało innej wymowy i znaczenia.
Jaka jest więc wymowa lampy i światła z dzisiejszej Ewangelii?
Światłem jest słowo Boże, lampą jest człowiek. Lampa ze światłem, to człowiek, który przyjął słowo Boże, to ten, który został napełniony nauką Jezusa Chrystusa, czyli Ewangelią. Taki człowiek, z sercem przepełnionym Bożym słowem, ma też świecić, taki człowiek ma rozpraszać ciemności, które wkradają się do życia moralnego, religijnego; ciemności, które wkradają się do ludzkiego serca.
Ale, jak lampa nie świeci dla samej siebie, tak człowiek nie powinien zatrzymywać Ewangelii dla siebie samego, ale promieniować nią na swoje otoczenie, w którym żyje, działa, pracuje. Taką lampą, że światłem Bożego słowa są rodzice dla swoich dzieci. To właśnie oni, jako rodzice, mają promieniować Ewangelią na serca wszystkich członków swej rodziny, a szczególnie na serca swoich dzieci. Czy, jako rodzic, interesujesz się swoimi dziećmi od strony religijnej? Czy raz na jakiś czas stać cię, by powiedzieć swojemu dziecku: Pójdziemy dziś razem do Kościoła – czy stać cię na to?
Taką lampą są także chorzy i cierpiący w naszych domach, czy w szpitalach. Czy właśnie tacy ludzie mogą promieniować światłością Jezusa, na leżąco i w boleściach? Jak najbardziej. Trzeba tylko spojrzeć na krzyż wiszący na ścianie; nie tylko spojrzeć, ale zapatrzeć się na Niego. On promieniuje dwa tysiące lat i zbawia świat. Choroba i cierpienie, czyli krzyż, są najboleśniejszym promieniowaniem, ale równocześnie bardzo skutecznym i owocnym, bo też wysługują nawrócenie i zbawienie, i tobie, i bliźnim.
Bracie, siostro, niezależnie od tego, gdzie się teraz znajdujesz, niezależnie od tego, co czynisz, zechciej sobie uświadomić, że jesteś napełniony Bożym światłem od chwili chrztu św., ale nie tylko napełniony – jesteś ciągle przez Boga obdarzany różnorakimi łaskami płynącymi z sakramentów św., które to umacniają twoje serce, byś mógł promieniować na swoje otoczenie. Czy wykorzystujesz te wszystkie dary Boże? A może tak żyjesz, że trzeba powiedzieć, iż wartości ewangeliczne przykryłeś garncem i schowałeś pod łóżko? Odpowiedz sobie – ale szczerze! AMEN.


września 22, 2018

25. Niedziela Zwykła (B) - Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich

września 22, 2018

25. Niedziela Zwykła (B) - Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich
W sprawach Bożych sekretem pierwszeństwa jest miejsce ostatnie, postawa służby. Najlepszym przykładem jest sam Pan Jezus, o którym powiedziano, że w Nazarecie zajął ostatnie miejsce.
Dać się zepchnąć na ostatnie miejsce, to dowód nieporadności życiowej, ale zajmowanie ostatniego miejsca z całą świadomością naśladowania Jezusa, to wielka wygrana naszego życia.
Może nawet nie zauważyliśmy, jak gorzko przeżył Pan Jezus zachowanie swych uczniów. Oto mówi im wprost o swym poniżeniu wielkim, o aresztowaniu, wydaniu w ręce ludzi, którzy go zabiją. Słuchali tego niczego nie rozumiejąc. A zaraz potem zajęli się swoimi sprawami, sprzeczając się, kto z nich jest najważniejszy. Mistrz mówi o sobie, że będzie potraktowany jak ostatni, oni marzą o tym, kto będzie pierwszy...
A może byli przekonani, jak ludzie swego pokolenia, że Mesjasz będzie potężnym wodzem, który wyzwoli Izraela ze wszystkich udręk.
Dał temu wyraz właśnie Piotr, który przecież wyznał: "Ty jesteś Mesjaszem", ale zaraz odwołał Mistrza na bok i coś mu żarliwie szeptał. Był przerażony tą wizją o cierpieniu, odrzuceniu, zabiciu. To przecież nie tak! Dlatego uważał za konieczne, by go upomnieć.
Mesjasz był zwycięski, potężny, ale nie odniesie przecież zwycięstwa ponosząc klęskę. Słyszeliśmy odpowiedź Chrystusa: "Zejdź mi z oczu, szatanie". Jak mocno tkwiło w uczniach to przekonanie, jak potężne było oczekiwanie na tego, którego Bóg pośle, aby wyzwolił...
Ale takie są drogi ludzkiego myślenia. Nie pokrywają się często z Bożymi planami. Wielokrotnie będzie Pan Jezus zapowiadał, tłumaczył, wyjaśniał, że to odkupienie, wyzwolenie z niewoli szatana, nie dokona się z zewnątrz, przez interwencję z góry. Nie, ten proces odnowy dokona się przez wewnętrzne odrodzenie, zmianę zupełną stylu życia, naśladowanie Tego, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia.
I to jest zwycięstwo. Tak zobaczył zwycięskiego Jezusa św. Paweł. Pisał: "On to bytując w postaci Bożej, nie obstawał nieugięcie przy tym, by trwać w równości z Bogiem, a raczej wyniszczył siebie i przyjął postać sługi, stając się podobnym do człowieka. A gdy zjawił się w postaci ludzkiej upokorzył się i stał się posłusznym, aż do śmierci na krzyżu" (Flp 2,6-8).
I zachęca nas: "Bądźcie przejęci tym samym duchem", który ożywił Chrystusa Jezusa". Sam Jezus też będzie nas pouczał, co ma uczynić ten, kto chce być pierwszym. Woła do nas: uczcie się ode mnie, że jest cichy i pokornego serca. A my słuchamy tych wezwań i przyznajemy: skóra nam cierpnie. Bo mamy tych wezwań już dosyć, bo ciągle nas upominają, wzywając do pokory ludzie powołani i niepowołani.
A poza tym nasz obraz człowieka pokornego jest mocno zdeformowany, jak w krzywym zwierciadle. Trochę tak, jak w swej poczcie przedstawił niegdyś Ojciec Malachiasz:
"Człek bez własnego zdania, odstępujący łatwo od swych opinii, przyjmujący każdorazowo punkt widzenia swego rozmówcy, nadmiernie posłuszny i uległy - każdemu. Człek bez pragnień i bez ambicji. Sentymentalnie słaby i poczciwy, obrzydliwie potulny; można go obudzić o drugiej w nocy i posłać po papierosy na dworzec. Wystraszony lizus, rozpamiętywający bez końca, czy aby wystarczająco grzecznie zachował się wobec swego szefa" (Poczta T.M I, 208).
Tylko, co to ma wspólnego z tym wzorcem pokory, który nam Pan Jezus daje wskazując na siebie. Bo przecież tylko On, nikt inny, ma być dla nas wzorem i tylko On ma prawo wymagać od nas, byśmy nie zajmowali sami pierwszego miejsca, jeśli nas oto nie poproszą, bo mogą być kłopoty i trzeba się będzie przesiadać.
Ma prawo wymagać od nas, byśmy nie zadzierali nosa i nie spoglądali z góry na otoczenie, skoro On, wiedząc kim jest św. Józefa nazywał swoim ojcem i przez lata pracował w Nazarecie, jako sługa. Zabrania nam krzyczeć: "Panie, pan wie, kto ja jestem", bo sam ujawnił swą godność dopiero w ostatnich godzinach swego życia, zmuszony wezwaniem arcykapłana.
A przedtem pozwalał się domyślać, zachęcał do własnych przemyśleń, własnych sądów.
Każe nam być ostrożnym w postępowaniu wobec ludzi, uczy delikatności, bo sam knotka tlącego się nie zgasił, trzciny nadłamanej nie złamał.
Ale kiedy trzeba było, Ten, który był cichy i pokornego serca z biczem w ręku wprowadził porządek na dziedzińcu świątyni, bo zrobiono z niego jaskinię zbójców. Chodziło bowiem o godność Domu Bożego. W tych sprawach był stanowczy.
Ale kiedy trzeba było, nie przebierając w słowach, podniósł głos przeciw faryzeuszom, bo w swoim nauczaniu zachowując literę prawa, zabijali ducha. Był niepokorny?
Nie chodziło tu o jego sprawy osobiste, ale o deformację dróg prowadzących do Ojca. W tych sprawach był nieubłagany i chciał, by Boże drogowskazy były czytelne, wyraziste, nikogo nie wprowadzały w błąd.
To jest wielka sztuka: umieć rozgraniczyć między tym, co stanowi moje ja", a sprawą, która jest wartością nadrzędną, jak dobro Ojczyzny, Kościoła, samego Boga, któremu chcę służyć i spraw Jego chcę bronić. Bo ja mam się umniejszać, a jego chwała ma wzrastać. I to jest postawa pokory, bardzo chrześcijańskiej cnoty, która prowadzi do spotkania z Bogiem i sprawia, że nawet ludzie, którzy dopiero idą do Boga, stają się wolni od głupoty pychy.
Pokora jest prawdą, jest prostotą w najlepszym gatunku. Bez kombinacji przewidywań, przeliczeń, jest postawą: tak - to tak, nie - to nie. Taką postawę mają dzieci, małe dzieci, bo gdy podrosną, zaczynają naśladować dorosłych i zaczyna się gra.
To chyba nie przypadek, że to pouczenie, o którym nam dziś św. Marek opowiedział, kończy się spotkaniem Pana Jezusa z dziećmi. Dziecko w ramionach Chrystusa, przytulone do jego serca, pokazane nam dorosłym jako wzór:
"Jeśli się nie staniecie jak dzieci...". Wiemy, o co chodzi. O to, byśmy nawet wtedy, gdy nas starość dosięgnie, zachowali coś z postawy dziecka, którą ono ma, a potem powoli traci, obserwując otoczenie starszych od siebie.
Chodzi o tę ufność, zawierzenie bez sprawdzania, o czystość zamiarów, niesprowokowaną nabytym doświadczeniem. To jest konieczne w kontaktach z Panem Bogiem, w modlitwie nieagresywnej, żądającej za wszelką cenę, bo ta ufność dziecięca uspakaja nas, że Jego decyzja będzie i tak najlepsza, choć może być dla mnie w pierwszej chwili niezrozumiała.
Gdy tego pokornego zawierzenia braknie, zaczyna się dyktat, stawianie warunków. Św. Jakub Apostoł po prostu powiedział, że wtedy modlimy się źle. Ale ta odrobina ufności dziecięcej potrzebna jest w kontaktach z ludźmi. Gdy jej braknie, jest równie źle.
Zaczynają się dyskusje, które zamieniają się w kłótnie i walki prowadzące donikąd.
Na naszych oczach te procesy się dzieją, przegrywają skłócone grupy polityczne dzielą się partie, jakby ktoś pociągał za sznurek.
Afera goni aferę, sądy mają dużo roboty, a winnych najczęściej nie ma. Na to trzeba prawdziwej pokory, by powiedzieć: "Przepraszam, to moja wina".
A jak się nie znajdzie winy w sobie, to trzeba jej szukać gdzie indziej. I wtedy od góry w dół. Od papieża i biskupów, od prezydenta, premiera i ministrów - wszystkim jesteśmy skłonni stawiać zarzuty, proponować, co powinni robić, a czego unikać. Pycha łatwo podpowiada, nigdy nie bierze odpowiedzialności za to, co podpowiada.
I co? Odnosimy zwycięstwo? Coś się od tej gadaniny zmienia na lepsze?
Coś podobnego obserwujemy na własnym podwórku życia kościelnego, religijnego. Czasem tracimy zupełnie orientację, co się dzieje. Gdy się deklarują odmiennymi poglądami ludzie, którzy są innej wiary lub zupełnie niewierzący, to możemy jeszcze pojąć. Gorzej, gdy ludzie przyznający się do Kościoła, lub oficjalnie reprezentujący nasz naród, składają w naszym imieniu oświadczenia, które są obłędne, stajemy jak wryci.
Sposób jak na to reagujemy, jest miarą naszej wierności, jest sprawdzianem, czy idziemy drogą Chrystusową, czy schodzimy na bezdroża.
Bracia i siostry,
jeszcze raz uwierzymy i zaufajmy, że warto pójść tylko śladem Tego, którego "Bóg wywyższył ponad wszystko i nadał mu to imię, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolana, w niebie, na ziemi i w piekle". (Flp 2,9)

września 22, 2018

25. Niedziela Zwykła (B) – Niezrozumiałe słowa?

września 22, 2018

25. Niedziela Zwykła (B) – Niezrozumiałe słowa?
Dziwić się możemy, że uczniowie Pańscy byli tak mało pojętni, że „nie rozumieli tych słów". Dlaczego wiec nie zapytali, nie poprosili o wyjaśnie­nie, dlaczego bali się pytać? Spróbujmy być odważniejsi i zapytajmy, co to oznacza, to słowo Boże skierowane dziś do nas. Po kolei. Zacznijmy od pierwszego czytania, które jest fragmentem Księgi Mądrości. Jej autor me­dytuje nad problemami życia przyszłego, wiecznej nagrody dla sprawiedli­wych i wiecznej kary dla grzeszników. Na tle tych rozważań kreśli sylwetkę sprawiedliwego, prześladowanego przez niezbożnych. Już pierwsi Ojcowie Kościoła byli przekonani, że w tym cierpiącym sprawiedliwym była zapo­wiedź przyszłego Mesjasza. Rzeczywiście, jeśli zestawimy tekst dzisiaj czy­tany ze słowami, które padły z ust oprawców stojących pod krzyżem Chry­stusa, to zbieżność jest niezwykła. Słowa z Księgi Mądrości: „Jeśli bowiem sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników" (Mdr 2,18) powtarzają się jak echo w obelgach miotanych przeciw wiszącemu na krzyżu Jezusowi. Nic mu już więcej złego uczynić nie mogli, więc dobijali go słowami: „Innych ocalał, siebie nie może ocalić. Jest królem Izraela: Niech teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy mu. Zaufał Bogu: niechże go teraz wybawi, jeśli go miłuje. Przecież powiedział: Jes­tem Synem Bożym (Mt 27,42-43).
Tak, ta zbieżność postaw i słów jest istotnie zastanawiająca. Nie można jednak z całą pewnością twierdzić, że autor Księgi Mądrości miał na myśli tylko Mesjasza-Zbawiciela. Zastanawiał się nad losem każdego człowieka, który łaknie i pragnie sprawiedliwości, rozważał, jaki los może go spotkać w tym świecie nieprawości. I znów następuje sprzężenie zwrotne. Los ta­kiego człowieka wiąże się z losem Chrystusa, który „nic złego nie uczynił" (Łk 23,41). „Przeszedł przez życie dobrze czyniąc". „Trzciny zgniecionej nie złamał ani knota tlejącego nie dogasił" (Mt 12,12). Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywracał i niemym mowę (Mt 7,37). I ten najsprawiedliwszy sprawiedliwy, bo święty przeżyć musiał straszną , noc, poniewierany i wyszydzony przez strażników, gdy czekał na wyrok śmierci i egzekucję, wiedząc, że ostatecznie usłyszy swoje przeznaczenie: „Pójdziesz na krzyż!" Za co? „Jahwe, mój Boże, za dnia wołam, nocą się żalę przed Tobą... Niech dojdzie do Ciebie moja modlitwa, nakłoń swego ucha na moje wołanie. Bo dusza moja jest nasycona nieszczęściem, a życie moje zbliża się do Szeolu" (Ps 88).
Tak mógł się modlić Chrystus do swego Ojca w godzinie udręki, tak mo­dlili się ci, którzy niesprawiedliwie, często bez rozprawy sądowej wtrąceni do więzienia i skazani na śmierć, miesiącami czekali na wykonanie wyroku. Jak przedziwnie przedłuża się męka i śmierć Chrystusa w losach ludzkich, jak wyraźnie spełnia się słowo Apostoła, który w Drugim Liście do Koryn­tian pisał: „Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpie­niu, żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy, znosimy prześladowanie, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa obja­wiało się w naszym ciele" ( Kor 4,8-11) To przekonanie pozwala uznać, że tylko Pan podtrzymuje całe moje życie, tylko On swoją mocą może bronić mojej sprawy. I tylko On wymierzyć może sprawiedliwość tym, którzy mnie krzywdzą.
A nie można inaczej? Można. Można na własną rękę dochodzić swego, planować odwet i zemstę, rewanżować się prawem, które obowiązywało przed Chrystusem. „Oko za oko, ząb za ząb". Ale taka postawa nie gwa­rantuje, że sprawiedliwości stanie się zadość, natomiast staje się ona źró­dłem niepokojów i nieładu wewnętrznego w człowieku, który się tym prag­nieniom poddał. Stąd to przypomnienie św. Jakuba: „Gdzie zazdrość i żą­dza sporu, tam też bezład i wszelki występek" (Jk 3,16). Ciekawe, że ten uczeń Chrystusa, który szczególnie wrażliwy był na zgodność wiary z prak­tycznym postępowaniem, na te dwie wady zwraca naszą uwagę. Na zazd­rość morderczą, która rodzi pożądanie i na żądzę sporu, która prowadzi do walki i kłótni. Dwie destrukcyjne siły, niczego niezdolne zbudować, pop­suć mogą dużo. O sporze smutnym, tragicznym opowiada nam dziś także św. Marek Ewangelista. Oto Pan Jezus przygotowuje swych uczniów do wielkiej tajemnicy paschalnej, zapowiada swoje aresztowanie, mękę i śmierć, głosi swoje zmartwychwstanie. Mówi o wielkich sprawach. Ale oni musieli mieć głowy zaprzątnięte czym innym, bo nic z tego nie pojęli: tego dnia co innego było dla nich ważniejsze — kłócą się „kto z nich jest naj­większy". To jest dla nich ważne: jak w tej małej społeczności zorganizo­wać maleńką chociaż nomenklaturę i jak zostać w niej pierwszym. Wiele spraw może być dla nas niejasnych, ale tu nie mamy wątpliwości, o co idzie. Rzecz niby ludzka, ale jakby wstydliwa. Dziś też niechętnie mówi się o „uprawnieniach" grupy uprzywilejowanej. Uczniowie Pańscy też milczeli. Woleli na ten temat porozmawiać na boku, nie wprost.
Problem jednak został. I Pan Jezus go rozwiązuje. Prosto, jednym zda­niem: Kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim i sługą (Mk 9,35). Sam o sobie powiedział, że przyszedł „ażeby służyć" (Mt 20,28). Przyjął ty­tuł mesjański: Sługa Jahwe. I wiemy, że nie są to deklaracje słowne. I nie tylko gesty, gdy jak sługa pochyla się przed Piotrem, by mu nogi obmyć. Jego postawa służebna łączy się z zadaniem, by swe życie „dać na okup za wielu" (Mt 20,28). Na to zadanie wskazuje także dzisiaj: „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi" (Mk 9,31). Niczego nie zrozumieli, bali się py­tać — pustka, samotność... Samotność nauczyciela, który nie znajduje zro­zumienia u uczniów.
Tak było wtedy, gdy Jezus i jego uczniowie podróżowali przez Galileę. Tak jest i dzisiaj, gdy Jezus i jego uczniowie podróżują przez świat. Przez ten świat, w którym nam przyszło żyć, gdzie wszyscy chcieliby być ważni, pierwsi, gdzie nawet ekspedientka w sklepie zachowuje się jak księżniczka. Stanął kiedyś także Chrystus przed pokusą wielkości na tym świecie, gdy go ludzie chcieli wybrać królem. Usunął się wtedy, wybrał sam swój los, ofia­rował siebie, bo sam chciał. Gdyby przyjął wtedy wybór i został królem, świat by o nim wkrótce zapomniał. Ale On wierny swemu powołaniu „nie skorzystał ze sposobności, by na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobny do ludzi... uniżył sa­mego siebie, stawszy się posłuszny aż do śmierci..." (Flp 2,6-8). „Uczcie się ode mnie" (Mt 11,29) — mówi dziś Zbawiciel do każdego z nas. Uczmy się od Niego, by także nasze imiona nie zostały zapomniane. Amen.


września 22, 2018

Rozważania codzienne - Przypowieść o siewcy

września 22, 2018

Rozważania codzienne - Przypowieść o siewcy
Słowa Ewangelii według św. Łukasza. Gdy zebrał się wielki tłum i z miast przychodzili do Jezusa, rzekł w przypowieści: "Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny". Przy tych słowach wołał: "Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha". Wtedy pytali Go Jego uczniowie, co znaczy ta przypowieść. On rzekł: "Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego, innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli. Takie jest znaczenie przypowieści: Ziarnem jest słowo Boże. Tymi na drodze są ci, którzy słuchają słowa; potem przychodzi diabeł i zabiera słowo z ich serca, żeby nie uwierzyli i nie byli zbawieni. Na skałę pada u tych, którzy gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, lecz nie mają korzenia: wierzą do czasu, a w chwili pokusy odstępują. To, co padło między ciernie, oznacza tych, którzy słuchają słowa, lecz potem odchodzą i przez troski, bogactwa i przyjemności życia bywają zagłuszeni i nie wydają owocu. W końcu ziarno w żyznej ziemi oznacza tych, którzy wysłuchawszy słowa sercem szlachetnym i dobrym, zatrzymują je i wydają owoc przez swą wytrwałość". Oto słowo Pańskie.
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 
Bóg nieustannie mówi do człowieka
 
Przypowieść o siewcy, to nowa ewangelizacja skierowana do wszystkich ludzi na wszystkich miejscach świata. Jezus objawia trud Boga, który nieustannie mówi do człowieka; nikogo nie pozbawia On swojego słowa – posyła je nawet tam, gdzie wydawałoby się, że nie ma nadziei na przyniesienie owocu.
 
Niestety słowo, zasiane przez Boga, nie w każdym sercu znajduje żyzną glebę potrzebną do wzrostu. Przypowieść o siewcy i ziarnie jest nie tylko jeszcze jedną szansą i wezwaniem dla człowieka, ale jest także wspaniałym obrazem miłości i cierpliwości Chrystusa, który posłany na świat przez Ojca, aby otworzyć ludziom do Królestwa, nie ustawał w trudzie: chodził ścieżkami Palestyny, aby zanieść Objawienie każdemu człowiekowi; czynił cuda, uzdrawiał, pomagał w nawróceniu się.
 
Niektóre pouczenia Jezusa przerastały myślenie Apostołów, zdawały się zbyt trudne. Dlatego Jezus dodatkowo im wyjaśnia znaczenie przypowieści. Bo nauka Jezusa była w tamtym czasie czymś rzeczywiście nowym, przekraczającym pojęcia, ówczesną filozofię życia i sposób realizacji. Dlatego Jezus – jak to powiedział w dzisiejszej Ewangelii – liczy na tych, którzy sercem szlachetnym i dobrym zatrzymują słowo Boże i wydają owoc przez swoją wytrwałość. Ci stają się szczęśliwymi i błogosławionymi, którzy współpracują z łaską, broniąc dostępu do serca i duszy wszystkiemu, co dziś mogłoby zagłuszyć życie duszy.
 
Chcąc oglądać plon pracy, wysiłku, należy najpierw głęboko uwierzyć Jezusowi, a mocni wiarą – nie poddać się przeciwnościom, nie pozwolić przytłoczyć się wybujałym cierniom kłamstwa i propagandy. Całkowite zawierzenie słowu Jezusowi Chrystusa, wytrwała praca i wysiłek św. Pawła, Apostoła, jest dla nas przykładem i wzorem wierności Jezusowi do końca. Do takiej wierności zachęca nas są Apostoł w dzisiejszym I. czytaniu, jak zachęca swego najmilszego ucznia Tymoteusza, aby wytrwać w wierności Chrystusowi aż do Jego przyjścia. Paweł, po nawróceniu, tę swoją wierność Jezusowi przypieczętował życiem i męczeńską śmiercią. I wciąż ten nas właśnie uczy. Liczne trudności życiowe nie zniechęcały św. Pawła do pracy, przeciwnie, jeszcze wzmacniały, potęgowały jego gorliwość, zapał i poświęcenie. W swoich Listach mówi o wielu przeciwnościach, które przeżył dla sprawy Jezusa Chrystusa. Wspomnijmy choćby to, że był biczowany, kamienowany, więziony, cierpiał od bliźnich, także od fałszywych braci. Wciąż jednak ufał miłosierdziu Bożemu, owocnie współdziałał z łaską Bożą, co sam stwierdza, że ta łaska nie była w nim daremna.
 
Czy staramy się podobnie postępować, jak św. Paweł Apostoł? Aby wydawać dobry plon, oprócz wiary, trzeba codziennie oddawać się Bogu, i Jemu całkowicie zaufać. Znakomicie uczy nas tego św. S. Faustyna, uczy przez jej zawołanie: “Jezu, ufam Tobie”, i przez wierną współpracę z łaską Jezusa miłosiernego. Sama siostra Faustyna stwierdza, że już w 7 roku życia usłyszała pierwszy raz głos Boży w duszy, czyli zaproszenie do życia doskonalszego, do większej wierności, choć dodaje zarazem, że nie zawsze była posłuszna głosowi tej łaski. Nawrócenie w życiu S. Faustyny było procesem, który zmierzał do wyboru tego, co doskonalsze, do całkowitego przylgnięcia do Osoby Jezusa. Dążyła do świętości nie własną drogą, nie według swojego modelu, ale tą drogą, którą prowadził ją sam Bóg. Siłę czerpała do tego ze słowa Bożego, Eucharystii, nabożeństwa do Matki Najświętszej.
 
“Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”, niech słucha tego, co mówi Jezus, i tego, co mówi Apostoł Jezusa – św. Paweł do Tymoteusza, a także do każdego z nas. AMEN.
 
 

września 21, 2018

Rozważania codzienne - Powołanie Mateusza

września 21, 2018

Rozważania codzienne - Powołanie Mateusza
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: "Pójdź za Mną". On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: "Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?" On, usłyszawszy to, rzekł: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary». Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników". Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

„Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkim, przez wszystkich, i we wszystkich”.
Temu, Wszechmocnemu Bogu, spodobało się wybrać na swojego ucznia człowieka pogardzanego przez wszystkich. Bo być celnikiem w Izraelu, to być odsuniętym od swojego Narodu, to zaprzedać się na usługi rzymianom, to być pogardzanym, to stać w świątyni jerozolimskiej z samego tyłu – dziś powiedzielibyśmy – pod chórem. Stać i czekać na zmiłowanie Boże. Być celnikiem, to nie usłyszeć od swoich ziomków żadnego dobrego słowa, nie poczuć żadnego gestu miłości. W pewnym momencie nawet wielkie pieniądze, które celnik posiadał, nie mogły przesłonić rozgoryczenia, żalu. Wykonywał swoją pracę. Ktoś musiał ją robić. A może Mateusz był bardziej litościwym dla innych, niż każdy inny celnik? A może w jego sercu zadrgała jakaś nuta żalu, kiedy przychodziła uboga kobieta, składając pieniądze na podatek, i mówiła: nie mam więcej, nie potrafię więcej dać? Co czuł, siedząc na komorze celnej? Na pewno czuł nienawiść, która emanowała w jego kierunku od jego rodaków przychodzących. Słyszał złośliwe szepty i uwagi. Ale może było też miejsce w jego życiu, był taki czas, kiedy cichutko, kiedy najmniej było ludzi, szedł do świątyni, stawał tak, by nikt go nie zobaczył, by nikt z niego się nie śmiał, i rozmawiał ze swoim Bogiem, i prosił Go o łaskę.
I w tym wszystkim nie mógł nawet przewidzieć, nawet wyobrazić sobie, że pewnego dnia Bóg stanie przed nim, i powie mu: “Pójdź za Mną”, że Ten Bóg, którego wszyscy czczą, który jest Stwórcą nieba i ziemi, przyjdzie i powie: naśladuj Mnie, zostaw to wszystko, co budzi w tobie niepokój, co jest przyczyną twego gniewu, twej zgryzoty, twego żali, i pójdź za Mną, a ja wskaże ci drogę doskonalszą, drogę, z której nie będziesz już chciał zawrócić. Ty, poniżany przez wszystkich, staniesz się Moim świadkiem.
Co musieli czuć prawowierni Żydzi, gdy dowiedzieli się, że jednym z uczniów Jezusa Chrystusa stał się celnik, grzesznik przez nich potępiany i wyśmiewany? Pewnie zawód, rozgoryczenie, a później złość i nienawiść, już nie tylko do Mateusza, ale również do Jezusa. Tylu sprawiedliwych chodziło, a On powołał grzesznika. Tylu modlących się w świątyni, a On przyszedł do tego i powołał tego, który do tej świątyni może ukradkiem wchodził, i wybrał go do wielkiego dzieła. Wielu chciało, by Mistrz z Nazaretu stanął przed nimi i powiedział: “Pójdź za Mną”, tak bardzo fizycznie, bardzo cieleśnie chodź za Mną, patrz na Moje cuda, słuchaj Mojej nauki. Wielu sprawiedliwych nie usłyszało tego, ale ten, w którego sercu było miejsca na Boga, który – mimo wszystko – nie stracił człowieczeństwa, nie sprzedał go za pieniądze rzymian.
Mateusz przez chwilę pewnie się zawahał. Dwie wizje świata: bogactwo, dobra pozycja, a z drugiej strony niepewność, ubóstwo Jezusa, o którym słyszał, brak stałego miejsca zamieszkania, niepewność jutra. Co wybrać? Za czym się opowiedzieć? Ale kiedy spojrzał w oczy Mistrza, zrozumiał, że jeżeli nie pójdzie za Nim, popełni największy błąd w swoim życiu; jeżeli nie zawierzy Mu zupełnie, to nigdy sobie tego nie daruje, że żadne pieniądze świata nie są godne ani zdolne zastąpić tego spojrzenia, tej dobroci, która emanowała od tego Człowieka. Słyszał o Nim wiele. Teraz On pochyla się nad nim i mówi: “Pójdź za Mną”; mówi bez wyrzutów, z łagodnością. A stojący dokoła dyszą nienawiścią, bo wybrał celnika. Jak mogłeś tak uczynić? Dlaczego tak otaczasz się celnikami i grzesznikami? Ja do nich przyszedłem, dla nich. Wy, sprawiedliwi, zawsze jesteście przy Mnie. Czyż nie przypomina nam to przypowieści o synu marnotrawnym i wyrzutów sprawiedliwego syna: Ojcze, całe życie ci służę, nigdy nic mi nie dałeś, żebym urządził sobie chociaż ucztę z moimi przyjaciółmi, a kiedy przyszedł ten grzesznik, to przyjąłeś go. Ten twój syn, to już nie jest mój brat. Twój syn przyszedł, a ty go przyjąłeś, chociaż on wszystko stracił.
Miłość Boga jest niezmierzona. I w tej miłości przychodzi do najuboższych, do nas, których serca są niejednokrotnie zranione, poszarpane, i mówi: “Pójdź za Mną”, a Jego miłość zaczyna leczyć nasze wnętrze. Nie dziwmy się temu, że ktoś po wielu latach nawraca się, że wraca do Boga, nawet jeżeli wiódł życia godne potępienia. Dziwić się należy, jeżeli chrześcijanin nie chce i nie umie zrozumieć, jak wielką miłością Bóg obdarzył grzeszników, że dla grzeszników przyszedł. Sprawiedliwi nie potrzebowali Go aż tak bardzo, ale ci odsunięci na margines.
Bóg, z leczącą miłością, staje dzisiaj przede mną i mówi: “Pójdź za Mną”, już nie tak fizycznie, ale naśladuj Mnie: nie pokładaj całej nadziei w bogactwie, w dorobku swego życia, bo i tak na drugą stronę życia niczego, oprócz miłości, ze sobą nie zabierzesz. Jaką odpowiedź dam Bogu, gdy dzisiaj pochyli się nade mną i wypowie swoje pełne łagodności i miłości “Pójdź za Mną”? Czy zawaham się?
“Jeden jest Bóg i Ojciec, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich”. Ojcze, zadziałaj dzisiaj w moim sercu! AMEN.

września 20, 2018

Rozważania codzienne - Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała

września 20, 2018

Rozważania codzienne -  Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała

Słowo Boże na dziś

Czwartek, XXIV tydzień Okresu Zwykłego

Słowa Ewangelii według św. Łukasza.
Jeden z faryzeuszów zaprosił Jezusa do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła oblewać Jego nogi łzami i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą". Na to Jezus rzekł do niego: "Szymonie, muszę ci coś powiedzieć". On rzekł: "Powiedz, Nauczycielu". "Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?" Szymon odpowiedział: "Sądzę, że ten, któremu więcej darował". On mu rzekł: "Słusznie osądziłeś". Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje". Do niej zaś rzekł: "Twoje grzechy są odpuszczone". Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: "Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?" On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju".
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym 

.

Gdyby On był prorokiem, wiedziałby co za jedna, jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą”. I jeszcze ten fragment: „Szymonie, mam ci coś do powiedzenia(...). Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwu. Który z nich będzie go bardziej miłował? A Szymon, odpowiadając rzekł: «Sądzę, że ten, któremu więcej darował». A zwróciwszy się ku kobiecie, rzekł: «Odpuszczają ci się grzechy twoje»”.
Musiało chyba być jej bardzo trudno wierzyć, a potem zawrócić z tej drogi. Tak przecież daleka droga. Nie do uwierzenia daleka, jeśli prowadziło się takie życie. Bo w życiu bywa inaczej, niż w sentymentalnych powieściach. I trzeba było też wiele odwagi, aby z tą swoją wielką wiarą wejść między tych uczonych w Piśmie, tak dalece zajętych teologią, że nie widzieli już ani Boga, ani człowieka. „Wszedłem do domu twego, nie podałeś mi wody do nóg, a ona łzami swymi je obmyła i włosami otarła”. W domu Szymona nie było żadnych tłumaczeń, usprawiedliwień, zaklinań, jęków i babskiego wielosłowia; były tylko te fakty jakże ryzykowne, najprostsze i jedynie możliwe.
Gdyby zmuszono tę kobietę do mówienia, zapewne przez łzy wydusiłaby z siebie tylko tamte słowa, które kiedyś wypowiedział wielki król Dawid: „Zgrzeszyłem Panu”. I zapewne – jak on – pozostawiłaby resztę w milczeniu, bo nic więcej tutaj nie było do powiedzenia. Powiedział jej: „Idź w pokoju” – więc poszła. A zaraz w następnym urywku Ewangelii Łukasza widzimy Marię Magdalenę idącą także za Nim. No bo dzież niby miałaby pójść?
Był taki czas, kiedy układano złote średniowieczne legendy: o św. królach i królewnach, potem zaś opowieści o świętych nędzarzach. Był czas, kiedy pisano o świętych dziewicach i wiele czytaliśmy także opowieści o omalże świętych paniach swawolnych. Tylko, że to wszystko było literatura. A dzisiejsza Ewangelia i ta kobieta, to przecież samo życie, i to niezbyt budujące. Tylko kobieta z dzisiejszej Ewangelii, stanąwszy przed obliczem Pana, potrafiła być aż tak wielka, aby zachować się jak ubogi prostak, który nie ma nic, ale to zupełnie nic na swoje usprawiedliwienie. Tylko, że biblijna jawnogrzesznica potrafiła być także aż tak mała, aby – wróciwszy z daleka – niemodnie, prawdziwymi łzami obmyć stopy swego Króla, nie oglądając się ani na własne życie, ani też na cudzy sceptycyzm. Kobieta ta nie ma złudzeń; zna siebie, buduje wszystko na przebaczeniu Jezusa i miłości, jakiej oczekuje.
Przy naszym wspólnym stole jest i Ten, którego nie bezczeszczą pocałunki zbezczeszczonej; który chętnie podnosi do swojego poziomu, niż zniża; który raczej wyrównuje moralną przepaść, niż ją pogłębia, a swoim miłosierdziem pobudza i wzywa do bezpośredniej bliskości ze sobą tych wszystkich, którzy doświadczyli ciężaru swoich win. AMEN.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger