czerwca 24, 2018

Homilia na Uroczystość Narodzenia Św. Jana Chrzciciela - Dlaczego czcimy jego narodziny?

czerwca 24, 2018

Homilia na Uroczystość Narodzenia Św. Jana Chrzciciela - Dlaczego czcimy jego narodziny?
Dziwny jest Bóg w świętych swoich – tak rzekł król prorok Dawid, rozważając dobra i łaski, jakich użycza Bóg tym, którzy Go miłują. Wszystko, co Bóg czyni, dziwnym jest; wszystko nam głosi Boga, który nieskończony jest w mądrości, potędze, miłosierdziu i miłości. Powiedzieć można, że w swoich świętych jakby zajaśniał tymi cnotami, które przyniósł na ziemię Chrystus i według nich żył.
Dziś przed nami staje Jan Chrzciciel. Ten wielki święty był jakby gwiazdą poranną, która zwiastuje wschód słońca ogrzewającego ziemię i ożywiającego naturę. Niebo uczciło świętego Jana, bo jego przyjście oznajmił Anioł. Jan począł się z matki świętej, a jego narodzenie było więcej chyba działaniem łaski niż natury, gdyż rodzice byli w podeszłym już wieku. Święty Augustyn pyta: „Dlaczego czcimy narodzenie św. Jana, gdy u innych obchodzimy dzień śmierci? Bo inni przez życie stali się doskonałymi; on nim światło dzienne zobaczył był wybranym prorokiem. Jego narodzenie podobne do zorzy porannej, która przynosi światu radość i wesele”. Rzeczywiście, gdy na świat przyszedł, wszyscy pytali: „Kim będzie to dziecię?”.
Był wielkim, wielkim przez imię. Imię u Żydów odpowiadało ściśle charakterowi tego, który je nosił, a oznacza: łaskę, błogosławieństwo i nadzwyczajne przywileje.
Jan jest wielkim przez łaskę. Święty Ambroży mówi, że „Bóg umiłował go zanim otrzymał życie, że go już w niebie umieścił, choć jego nogi nie dotknęły jeszcze ziemi; dał mu ducha Bożego przed używaniem rozumu, i obdarzył łaską, zanim natura jego ciało udoskonaliła”. Maryja z Jezusem idzie przez góry judzkie i szuka Jana. Maryja brała to dziecię na ręce. Ileż musiała mu udzielić i wyprosić łaski?
Jest wielkim przez posłannictwo: zwiastuje przyjście Zbawiciela, jest głosem mówiącym, że „przybliżyło się królestwo Boże”, że Zbawiciel zstąpił na ziemię. Jana podnosi do nieskończoności chrzest Bożego Syna – to korona jego zaszczytnego posłannictwa. „Mój Boże – woła św. Augustyn – czyż może być większy zaszczyt dla sługi nad to, że chrzci swego Zbawiciela i Mistrza? Jakiż zaszczyt dla stworzenia, że widzi Stwórcę u stóp swoich?”.
Jest wielkim przez swe wzniosłe cnoty: pokutę, niezmordowaną gorliwość, męstwo, zaparcie się – przecież domem stała mu się pustynia – mówił z ogniem i zapałem, wprawiał w zdumienie, zwalcza występek, gromi grzeszników, grozi gniewem Bożym: „Czyńcie pokutę... siekiera przyłożona..., drzewo będzie wycięte..”. W zapale gorliwości idzie na dwór króla, jakby słyszymy echo adwentu.
Jest wielkim przez wyrzeczenie się dóbr ziemskich, i pogardę życia; przez pokorę. Przecież chwali go sam Chrystus. Chrystus wiele wydał pochwał, ale o Janie szczególnie: „Coście przyszli widzieć?” – pytał.
Jest także wielkim przed ludźmi. Izajasz przedstawił go jako „głos wołający na pustyni”, a Jeremiasz porównuje go do muru spiżowego i strzały gorejącej. Lud przecież szedł za nim, i go słuchał. Św. Augustyn nazywa go „szkołą cnoty, wzorem świętości, miarą sprawiedliwości, męczennikiem dziewictwa, przykładem czystości, kaznodzieją pokuty, głosem Apostoła, światłem świata i świadkiem Boga samego”.
I wreszcie, jest wielkim przy śmierci. Chrystus wskazał drogę do nieba, a Janowi kazał iść przed sobą. Przed Nim szedł, jako niepokojący głos nawrócenia.
„Kim będzie to dziecię?”. Tym, co raz na zawsze zdecydował za co dać głowę. Miał jednaką i tą samą dla wszystkich; dla wszystkich taką samą prawdę. Pozostał wiernym swoim przekonaniom i swemu powołaniu. Nie ugiął się i nie zadrżał przed Herodem; wygarnął gorzką prawdę człowiekowi, który miał przecież władzę i mógł odebrać mu życie. Nie strapiło go też nienawistne spojrzenie Herodiady, która zaprzysięgła zemstę.
Tak więc módl się święty Janie za nas, gdy nie mamy zasad za które gotowiśmy oddać życie, i także wtedy, gdy brak odwagi stanąć w obronie prawdy, bo jakiś „Herod” może nam nie odciąć głowę, a premię; bo jakaś „Herodiada” może nas obnieść na języku; bo komuś się to nie podoba; bo możemy stracić zwolenników; bo wreszcie wątpimy: na cóż może się przydać pojedynczy głos człowieka Bogu, który jest wszechmocny, i sam potrafi sobie ze wszystkim poradzić. Ratuj święty Janie, gdy człowiek zapomina: która z jego twarzy jest prawdziwym obliczem; bo wobec groźnego Heroda stroi się w skórę potulnego zająca, wobec Herodiady jest układnym liskiem, a wobec silniejszego – łagodnym barankiem. Prosimy także, Janie, abyśmy my, głosząc prawdy Boże, nie ulegli pokusie: przyprawić je do smaku, złagodzić ich czasem drastyczną otwartość, upiększyć i osłodzić, zapominając, że mamy być solą. Módl się za ludzi „w miękkie szaty odzianych”, abyśmy zrozumieli, że Bóg nasz jest Bogiem wymagającym, że wiara wymaga konsekwencji, a konsekwencja nawrócenia, zaś nawrócenie – pokory i miłości. Spraw, Panie, abyśmy chcieli dołączyć swój pojedynczy głos do „głosu wołającego na pustyni”, wierząc gorąco, że w ten sposób przygotujemy drogę do przychodzącego Boga; wierząc, że przez naszą wierność prawdzie możemy sprawić, że drogi kręte staną się prostymi, a „wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boga”. AMEN.


czerwca 19, 2018

Homilia na zakończenie roku szkolnego i katechetycznego

czerwca 19, 2018

Homilia na zakończenie roku szkolnego i katechetycznego
Drogie dzieci, droga młodzieży!
Zgromadziliśmy się dziś w kościele, aby podziękować Bogu za miniony rok szkolny i katechetyczny i prosić o błogosławieństwo na czas wakacji. Najpierw trzeba nam podziękować. To słowo dziękuję tak rzadko pojawia się na naszych ustach, a jest to piękne słowo. Trzeba, aby człowiek umiał dziękować; dziękować Bogu i dziękować ludziom. Trzeba, aby dzieci dziś dziękowały za miniony rok szkolny Bogu i ludziom. I po to się to dziś zgromadziliśmy w tej świątyni.
Trzeba nam sobie uświadomić, że Pan Bóg kieruje wszystkim i wszystko jest w jego rękach. Dlatego podziękuj Bogu za to wszystko, czego się w tym roku nauczyłeś, czego doświadczyłeś, za wszelkie dobro, jakie od Boga otrzymałeś, za wiadomości które zyskałeś, za to że stałeś się lepszym, że poznałeś wiele nowych informacji, że spotkałeś wiele nowych innych ludzi. Podziękuj za to wszystko w modlitwie: Boże dziękuję ci za cały ten rok szkolny, który się kończy: za wszystkie lekcje, za pomoc w nauce, za nauczycieli katechetów, którzy pracowali nad moim wychowaniem, za kolegów i koleżanki z którymi byłem w klasie, i przepraszam Cię, Boże, że nie zawsze uważałem na lekcjach, że nie odrabiałam starannie zadań, przepraszam. że byłem nieraz niegrzeczny wobec nauczycieli i wychowawców. że wobec kolegów i koleżanek nie zawsze byłem dobry, przepraszam za wszystko co było złe w ciągu tego roku.
Drogie dzieci, droga młodzieży - przychodzą wakacje, czas waszego odpoczynku. Nie będziesz chodził do szkoły, nie będziesz pisał zadań, możesz dłużej pospać, możesz spotykać się z kolegami koleżankami, grać w piłkę, bawić się, chodzić na wycieczki, zwiedzać okolicę... To ma być twój odpoczynek! Ale niech to będzie odpoczynek z Bogiem. Starajcie się poznawać i wielbić Boga w przyrodzie, umieć Go dostrzec w pięknie wschodu i zachodu słońca, majestacie gór, szumie morskich fal, wśród lasów i pól. Jan Kasprowicz pisze w swym wierszu tak:
„Ta jedna licha drzewina,
nie trzeba dębów tysięcy,
szeptem się ku mnie przegina.
Jest Bóg i czegóż ci więcej”.
Tak, jest Bóg i tego Boga można spotkać niejako „z bliska”; spotkać można Boga, który jest obecny w pięknie przyrody, w pięknie otaczającego nas świata... I trzeba zobaczyć Go przez zieleń traw, przez błękit nieba,w kwiatach i górach, we wschodach i zachodach słońca. A gdy będziecie patrzeć na ten wspaniały świat, dostrzegając w nim wspaniałość Boga, niech z waszych serc popłynie modlitwa: Boże jaki Ty jesteś potężny w dziełach Twoich; jakie ogromne jest morze – Tyś jest obecny w ogromie morza; jakie olbrzymie są góry – Tyś jest obecny w ogromie gór; jak bezkresne jest niebo, ile gwiazd – Tyś jest obecny w bezkresie nieba; jak piękne są kwiaty i drzewa – Tyś jest obecny w pięknie świata.
Kochanie dzieci, droga młodzieży, wakacje to jest czas waszego odpoczynku, odpoczynku z Bogiem. Ale to także czas z dawania świadectwa o twojej wierze i miłości do Boga. W czasie wakacji niech towarzyszy wam modlitwa, a więc ten pacierz poranny i wieczorny - tej podstawowej modlitwy nauczyli was wasi rodzice, lub inne najdroższe osoby. Modlitwę trzeba odmawiać również wtedy, gdy inni nas patrzą, gdy patrzy nawet cała grupa. Swych przekonań religijnych nigdy nie należy się wstydzić. Pan Jezus mówi: „Kto mnie wyzna przed ludźmi i ja wyznam go przed Ojcem, a kto się mnie zaprze przed ludźmi, tego i ja zaprę się przed Ojcem”.
Kochane dzieci, najważniejszą modlitwą jest Msza święta, bo jest to modlitwa samego Chrystusa. My do niej dołączamy naszą modlitwę, nasz trud, naszą codzienność - siebie. Msza święta jest uobecnieniem Ostatniej Wieczerzy i uobecnieniem ofiary Pana Jezusa na krzyżu. Czas wakacji, to nie jest czas wolny od modlitwy, to nie jest czas wolny od Mszy świętej. Nie ma wakacji od modlitwy i Mszy świętej.
A zatem proszę was, aby Msza święta, ta najdoskonalsza modlitwa, z której nie wolno nam nigdy rezygnować, z którą nigdy nie wolno nam się rozstawać, towarzyszyła wam również podczas tych wakacji. Niech więc wasze wakacje będą „wakacjami z Bogiem”. Szukajcie i spotykajcie się z Nim w przyrodzie, w bliźnim, w odpoczynku, w modlitwie, we Mszy świętej. Niech przez ten czas wakacji świeci nad wami słońce i towarzyszy wam Boże błogosławieństwo. Amen.

czerwca 19, 2018

"Miłujcie nieprzyjaciół waszych"

czerwca 19, 2018

"Miłujcie nieprzyjaciół waszych"

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 11 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 5, 43-48 
 
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski».

Refleksja nad Słowem Bożym


„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują (...). Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?”.
Jezusowe słowa zaskakują i prowokują. Co tu dużo mówić: jakże trudno jest miłować nieprzyjaciół, skoro nawet miłowanie przyjaciół przychodzi nam czasem z taką trudnością.
Jezusowe słowa zaskakują. Bo przecież tak to jakoś jest, że nieprzyjaciel, to ten, przed którym raczej się ucieka; nieprzyjaciel, to ten, który niesie ze sobą jakiś rodzaj szkody, jakiś moment zagrożenia; nieprzyjaciel, to ten, którego jakoś w naturalny sposób staram się unikać. A tymczasem Jezus mówi: Nie uciekaj! Przeciwnie, zrób w kierunku nieprzyjaciela krok do przodu.
Jezusowe słowa prowokują. Rzeczywiście tak jest, bo jeśli kogoś stać na taką chwilę szczerości, i jeżeli są tacy, którzy potrafią, a może lepiej powiedzieć: chcą wystawić głowę trochę wyżej, ponad panujący w świecie zaduch, również i ten religijny zaduch, to jeśli kogoś na taką odrobinę szczerości stać, to chyba przyzna, że gdzie jak gdzie, ale właśnie na tym terenie miłości do nieprzyjaciół mamy dzisiaj bardzo rażące braki.
Przyjaciel. Kim on jest? Przyjaciel, to ktoś, kto jest mi bliski. Głosi stare powiedzenie, że kto przyjaciela znalazł, ten skarb znalazł. Przyjaciel, to ten człowiek, z którym chcę przebywać, przed kim mogę otworzyć świat moich radości i smutków, moich sukcesów i moich porażek. Przed przyjacielem nie lękam się otworzyć moje serce. Nawet jeśli gdzieś na dnie tego serca pojawia się moment słabości, czy nawet grzechu, to przed przyjacielem serce mogę otworzyć.
Kim jest nieprzyjaciel? Jest kimś, kto odpycha; jest właśnie tym „kimś”, kto niesie ze sobą zagrożenie; jest kimś, kto sprawia ból; jest kim, kto potrafi zdeptać, sponiewierać. Kiedy nadciąga nieprzyjaciel, to natychmiast pojawia się w sercu taki moment niepokoju, taki moment okrutnego lęku. Przed nieprzyjacielem nie otwiera się serca; przeciwnie, przed nieprzyjacielem stawia się barykady; przed nim zamyka się drzwi swego serca bardzo precyzyjnie.
Biblijny nieprzyjaciel. On jest dopiero zagrożeniem. Biblijny nieprzyjaciel to ten, który mówi Bogu: „Nie będę służył”. Nieprzyjaciel to ten, który stawia Bogu-Jahwe buńczuczną odpowiedź: „nie”. Kiedy Naród Wybrany grzeszy, wówczas – jak mówi Pismo: „wydany zostanie w ręce nieprzyjaciół”. A kiedy nadchodzi Bóg, pełen zbawienia – jak mówi Pismo: „wyrywa swój lud z ręki nieprzyjaciela”.
I tu nagle – ni stąd, ni zowąd – jak grom z jasnego nieba, jak błyskawica, która rozświetla i niepokoi, rozbrzmiewają Jezusowe słowa: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych”. Przedziwne Jezusowe słowa.
Czemu mam miłować mojego nieprzyjaciela? Czemu nie wystarczy taka postawa obojętności? Czemu nie mogę przyjąć takiej życiowej postawy, w której tylko nie będę odpowiadał złem na zło? Czemu nie wolno mi przejść obok nieprzyjaciela szerokim łukiem, czy – co gorsza – postawić przed nim wysoką barykadę?
Miłuj nieprzyjaciela! Nie wolno ci spocząć tak długo, jak długo wiesz, że żyją na świecie ludzie chodzący po manowcach. Miłuj nieprzyjaciela, bo nie zbawiasz się sam; bo nie idziesz do nieba w samotności; bo nie tylko swoją duszę masz uratować, ale również duszę swego nieprzyjaciela. Miłuj nieprzyjaciela, bo może gdzieś kiedyś, nawet o tym nie będziesz wiedział, w sercu nieprzyjaciela wydarzy się cud nawrócenia. Kto tak nie miłuje; kto nie chce miłować nieprzyjaciół swoich; kto potrafi wywoływać na swoich ustach tylko słowa pełne cynizmu, i pełne obojętności wobec nieprzyjaciół, pełne pogardy wobec nieprzyjaciół; kto tak nie miłuje, że wydaje swoje życie na rzecz drugich, ten spłonie w ogniu nieugaszonym.
I kiedy się tak człowiek trochę głębiej zaduma nad tymi naszymi dziwnymi czasami, i kiedy tak człowiek uczyni głęboką refleksję nad naszym miłowaniem nieprzyjaciół, to przychodzi nam na myśl błogosławiony Michał Kozal, biskup i męczennik, patron dnia dzisiejszego, który ostatnie lata swojego życia spędził na bardzo trudnej drodze, bo z obozu do obozu. II wojna światowa zastała go we Włocławku, gdy jeszcze w 1939 r. trafił do więzienia razem z klerykami i kapłanami. Potem Niemcy uwięzili go w Lądzie nad Wartą, a potem więziony był w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Norymberdze – i wszędzie ze względu na swoją świętość, miłość doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań. Zakończył życie w Dachau. Taka była jego droga do świętości: droga ewangelicznej miłości; miłości trudnej, ale możliwej.
"Niech będzie on jeszcze jednym patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który do końca umiłował" – mówił Ojciec Święty Jan Paweł II ogłaszając w roku 1987 biskupa Michała Kozala błogosławionym.
Panie, Jezu, daj nam mocniej przylgnąć do Ciebie i pomóż nam kochać nie tych, których sami sobie wybraliśmy, ale tych, których Ty sam dajesz nam do kochania i naucz nas iść zawsze Twoją, nie naszą drogą. Niech się tak stanie!

czerwca 16, 2018

11. Niedziela Zwykła (B) – Czy starasz się podobać Bogu?

czerwca 16, 2018

11. Niedziela Zwykła (B) – Czy starasz się podobać Bogu?
Bracia i Siostry!
Przede wszystkim Bogu staramy się podobać! - napisał Apostoł Paweł w Drugim Liście do Koryntian. Wielu ludzi wierzących w Boga w ogóle nie myśli o tym, żeby podobać się Bogu. Ktoś może nawet co niedzielę chodzić do kościoła, może przestrzegać ogólnych zasad uczciwości, a zarazem obce mu jest samo nawet pragnienie, żeby podobać się Bogu.
Postawmy sobie proste pytanie: O czym to świadczy?
Świadczy to o tym, że Bóg dla tego człowieka jest kimś bardzo dalekim. Człowiek taki Boga uznaje, liczy się z Nim, ale nie szuka przyjaźni ani zażyłości z Bogiem. W życiu codziennym takiego człowieka Bóg jest praktycznie nieobecny. Nawet niedzielną Mszę Świętą traktuje się wtedy raczej jako wypełnienie obowiązku, niż jako odnowienie w sobie miłości Bożej i swojej jedności z Chrystusem.
Tymczasem natura nie znosi próżni. Kto mało myśli o tym, żeby podobać się Bogu, będzie zbyt wiele wagi przykładał do tego, żeby podobać się ludziom. Nie mówię o sytuacji, kiedy ludziom podoba się to, co podoba się Bogu. Każda taka sytuacja świadczy o tym, że rośnie wśród nas Królestwo Boże. Toteż jeśli ludziom podoba się nasze czynienie dobra i nasza wierność Bożym przykazaniom, dziękujemy za to Bogu.
Ale ja mówię o czymś innym. Mówię o takich sytuacjach, kiedy tak bardzo pragniemy podobać się ludziom, że gotowiśmy nawet przyłożyć ręki do zła, byle by nie utracić czyjejś przychylności albo uzyskać jakąś pochwałę.
Podam konkretny przykład. Oto przychodzi do ciebie ktoś, kto zaczyna myśleć o swoim rozwodzie albo ktoś właśnie kuszony do pozbycia się swego poczętego dziecka. Ty widzisz, że decyzja na rozwód byłaby czymś pochopnym, dobrze też wiesz, że zabicie dziecka jest czymś złym. Ale widzisz zarazem, że ten człowiek wcale nie szuka u ciebie rady. On raczej oczekuje, że ty go rozgrzeszysz z tej jego złej decyzji. Czujesz, że jeśli mu powiesz to, co o tym myślisz naprawdę, zawiedziesz jego oczekiwania, a może nawet zrazisz go do siebie gruntownie.
Gdybyś pamiętał o tym, że masz się bardziej Bogu podobać niż ludziom, próbowałbyś tego człowieka powstrzymać od zła. Ale ty w tej chwili o Bogu nie pamiętasz. Nie myślisz też o prawdziwym dobru tego człowieka. Zależy ci tylko na tym, żeby się jemu podobać, a przynajmniej żeby mu się nie narazić. Toteż przystępujesz do gry. Zaczynasz mówić mu rzeczy, które wcale nie płyną z twojego sumienia, ale z twojej słabości. Może gdyby starczyło ci spokojnej odwagi, żeby powiedzieć owemu człowiekowi, co o tym myślisz, uratowałbyś jego duszę. Tymczasem stałeś się współuczestnikiem zła twego bliźniego.
Bracia i Siostry!
Jeśli ktoś w dzisiejszym kazaniu usłyszy tylko to jedno, że muszę podobać się Bogu, prawda ta stanie się w nim ziarnem gorczycznym, które będzie w nim rosło i rozrośnie się w drzewo wielkie, i życie tego człowieka wypełni się obecnością Boga i będzie się przyczyniało do rozwoju Królestwa Bożego na ziemi.
Spróbujmy zrozumieć, że to jest ogromnie ważne, żeby każdy z nas chciał się podobać Bogu: żeby chciał się podobać Bogu na każdy dzień, każdym swoim czynem i całym postępowaniem.
Bracia i Siostry!
Dziś w roku liturgicznym jest wspomnienie św. brata Alberta. Świętość jego daje nam pewność, że życie jego nie było drogą donikąd, lecz drogą Jezusa, że wielbił on Boga zawsze, nawet w warunkach trudnych, w jakich żył, starał się zawsze podobać Bogu, że wielbi Boga teraz w niebie; a my, odczytując ślady Bożej drogi Adama Chmielowskiego, brata Alberta, możemy się uczyć autentycznego, nie­pomniejszonego życia katolickiego – podobać się Bogu. Widzimy go jako siedemna­stoletniego chłopca w szeregach powstania styczniowego. Zapła­cił za udział w powstaniu wielką cenę: ciężko rannemu ampu­towano nogę. Był studentem Akademii Sztuk Pięknych w Kra­kowie i Monachium. Próbę życia zakonnego uniemożliwił mu słaby system nerwowy. Podole i Kraków to dalsze etapy jego służby Bogu w posłudze biednym duchowo i materialnie. Nie załamał się kalectwem, które jest rzeczywistością straszliwą. Kie­dyś pewna staruszka — kaleka od urodzenia — żaliła mi się, że o swoim kalectwie nie może zapomnieć ani przez jedną chwi­lę. Brat Albert wiedział, iż jest on kaleką, wiedział w każdej minucie, lecz wielkie sprawy miłości Boga w ludziach kazały mu o tym zapomnieć. I sprawa słabego systemu nerwowego. Kto z was spotkał się z kimś, co chociażby na krótko przeżywał załamanie systemu nerwowego, mógł poznać, jakie nieuleczalne prawie zranienie nosi taki człowiek w sobie. Brat Albert i o tym zapomniał, gdy w Ogrzewalni, w Krakowie, w nędzarzach, a potem w każdym biednym człowieku, potrzebującym pomocy, widział obraz Chrystusa, rzeczywistość świętą! I chociaż w Kra­kowie i ówczesnej Galicji było wiele dzieł miłosierdzia, zrozu­miał, że on sam, ale na swój sposób — on sam i stworzone przez niego Zgromadzenie Braci Albertynów i Sióstr Albertynek, podobnie jak księża salezjanie w Oświęcimiu, jak ks. Br. Markiewicz, założyciel księży michalitów w Miejscu Piastowym, musi swą „duszę dać nędzarzom”, starając się dla nich, w mia­rę swoich możliwości, o chleb i... o Pana Boga. I duszę dał „jak brat naszego Boga”, dawał ją w każdej sekundzie swego utrudzonego życia, on „najpiękniejszy człowiek swego pokole­nia”.
Od 1916 r., od śmierci Brata Alberta, zmieniły się uwarun­kowania czasowe, ale program Ewangelii jest zawsze aktualny — jak wtedy. Każdy z nas winien służyć Bogu żywemu i praw­dziwemu (1 Tes 1, 9), odczytując swoje powołanie, w którym drugi człowiek, szczególnie człowiek potrzebujący jakiejkolwiek naszej pomocy, odgrywa niezastąpioną rolę. Zmieniły się czasy, lecz pro­gram brata Alberta, by każdy z nas był jakby bochenkiem chle­ba dla drugich ludzi, szczególnie dla ludzi uważanych za nie­potrzebnych, jest zawsze aktualny! Może ty będziesz takim chle­bem? Zmieniły się czasy, ale i dzisiaj, właśnie dzisiaj potrzeba takich uczniów Chrystusa, którzy by chcieli „duszę dać” — jak brat Albert — biednym duchowo i materialnie.
Zgromadzenia założone przez brata Alberta — braci alber­tynów, sióstr albertynek — czekają na ciebie, gdybyś chciał, gdybyś chciała „duszę dać”, jak św. Paweł, jak św. Franciszek, jak właśnie on, brat Albert, Adam Chmielowski, bo Chrystus dzisiaj szuka przyjaciół serdecznych, jakich mógłby posłać na pracę swojego żniwa, swojej winnicy do najbiedniejszych — zapomnianych, odrzuconych, wyizolowanych. Wszyscy jednak, w miarę naszych możliwości, urzeczywistniajmy program brata Al­berta: „dla drugich ludzi stawać się chlebem”, a przez to podobać się Bogu. Amen.



czerwca 04, 2018

Przypowieść o dzierżawcach winnicy

czerwca 04, 2018

Przypowieść o dzierżawcach winnicy

Poniedziałek 9 tydzień Okresu Zwykłego

Słowo Boże na dziś

 

Słowa Ewangelii według Świętego Marka
Jezus zaczął mówić w przypowieściach do arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych: «Pewien człowiek założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał tłocznię i zbudował wieżę. W końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał.
Gdy nadszedł czas, posłał do rolników sługę, by odebrał od nich należną część plonów winnicy. Ci chwycili go, obili i odprawili z niczym. Wtedy posłał do nich drugiego sługę; lecz i tego zranili w głowę i znieważyli. Posłał jeszcze jednego, i tego zabili. I posłał wielu innych, z których jednych obili, drugich pozabijali. Miał jeszcze jednego – umiłowanego syna. Posłał go do nich jako ostatniego, bo mówił sobie: „Uszanują mojego syna”. Lecz owi rolnicy mówili między sobą: „To jest dziedzic. Chodźcie, zabijmy go, a dziedzictwo będzie nasze”. I chwyciwszy, zabili go i wyrzucili z winnicy. Cóż uczyni właściciel winnicy? Przyjdzie i wytraci rolników, a winnicę odda innym. Nie czytaliście tych słów w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił i jest cudem w naszych oczach”». I starali się Go ująć, lecz bali się tłumu. Zrozumieli bowiem, że przeciw nim opowiedział tę przypowieść. Pozostawili Go więc i odeszli.
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym



Chrystus Pan, wyjaśniając tajemnicę Kościoła, przywołuje liczne obrazy i przypowieści, np. o owczarni, o roli uprawnej, o budowli Bożej, o ziarnie gorczycy. Wśród tych porównań i obrazów szczególną głębią wyróżnia się porównanie Kościoła do winnego krzewu i latorośli: “Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie niż nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony i uschnie”.

Symbol winnego krzewu w pierwszej kolejności dotyczy Narodu Starego Przymierza. Naród Wybrany został wyróżniony przez Boga i otoczony troskliwą miłością. Jednak Izrael, źle kierowany przez swoich religijnych przywódców, nie wykorzystuje należycie otrzymanych przywilejów. Dobry Bóg posyła swoich wysłańców – proroków – ale Izrael ich nie słucha, co więcej, prześladuje ich, a nawet uśmierca. W ostatnim i najwyższym porywie miłości, Bóg posyła własnego Syna, aby nauczył rolników, jak dobrze uprawiać winnice Boga, czyli jak dobrze żyć. Kiedy i ta największa miłość Boga zostanie zlekceważona, kiedy Syn Boży zostanie odrzucony i na śmierć skazany, Bóg postanowił powierzyć winnicę komuś innemu. “Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane Narodowi, który wyda owoc”. Groźba wypełniła się i chrześcijanie zajęli miejsce Żydów.

Bóg jednak nie odwołał swego Przymierza z tym Narodem, ale dalej wzywa go do wiary w Jezusa Chrystusa, obiecanego Mesjasza i Jedynego Zbawiciela świata. A zatem, spadkobiercą i zarazem kontynuatorem obietnic Starego Przymierza jest Lud Nowego Przymierza zwany Kościołem Powszechnym. I w dalszym ciągu Bóg jest troskliwym właścicielem winnicy. Posłany Syn Boży, Jezus Chrystus, przez swoje Wcielenie, życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie oraz Zesłanie Ducha Świętego, wchodzi w bardzo ścisła związki z tym Nowym Ludem Bożym, czyli z tymi, którzy uwierzą w Jezusa Chrystusa, i którzy z wiarą i miłością przyjmą dar zbawienia.

Owe więzy są niezbędne do tego, aby człowiek mógł wydać dobre i zbawienne owoce. “Beze Mnie – mówi Jezus – nic nie możecie uczynić” i nie możecie przeżyć nic głębszego, sensowniejszego, prawdziwszego; nie możecie przeżyć tej więzi z Bogiem Ojcem, ani więzi między sobą. Bez Jezusa, bez łaski Bożej, bez tych ożywczych soków życia Bożego – jesteśmy tylko uschłą latoroślą.
I tu powraca ostrzeżenie: Jeżeli współcześni dzierżawcy winnicy Bożej zrywają więzy wiary i miłości z Jezusem Chrystusem, to również stają się uschłymi gałęziami. Św. Paweł w Liście do Hebrajczyków ostrzega tych, którzy zasmakowali w słowie Bożym i doświadczyli cudownych przejawów mocy Bożej, a później odpadli od wiary, to jakby drugi raz krzyżowali Jezusa i wystawiali na pośmiewisko Syna Bożego.

Słynny malarz, Harry Andersen, wykonał obraz pt. Chrystus pukający do ONZ. Obraz przedstawia Pana Jezusa, jako Dobrego Pasterza, z laską pasterską w lewej dłoni, a prawą puka do ogromnego gmachu ONZ. W dole widać przejeżdżające samochody i przechodzących pospiesznie ludzi. To wymowny obraz współczesnego świata, w którym nie ma miejsca dla Chrystusa, dla Jego Ewangelii, dla Kościoła, a jest miejsce dla organizacji przestępczych, dla pornografii, pijaństwa, korupcji, cwaniactwa, awantur politycznych, zabijania dzieci nienarodzonych i prześladowań religijnych. Tam, gdzie człowiek odcina się od Jezusa, od Tego Winnego Krzewu, nie może przynieść dobrych owoców.

Rozważanie słowa Bożego, podawanego na przez Kościół na różne sposoby, niech będzie zachętą do nawrócenia, do odnowienia tej więzi z Jezusem przez modlitwę, przez post i jałmużnę, przez pojednanie w sakramencie Pokuty, przez udział w Eucharystii. Oby i dzisiejsza Eucharystia jeszcze ściślej zespoliła nas z Jezusem Chrystusem; obyśmy dzięki Niemu stawali się żywymi latoroślami, wydającymi zbawienne owoce. AMEN.

 

kwietnia 04, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – Niedziela Miłosierdzia Bożego

kwietnia 04, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – Niedziela Miłosierdzia Bożego
Po skończonym święcie wracali do codziennych zajęć. Warsztatów, pól, winnic, sklepów. W tej krzątaninie zapewne mało kto zauważył biegnących do pałacu Piłata żołnierzy i przemykającą uliczkami Marię Magdalenę. Wieść o zmartwychwstaniu bardziej była plotką niż spotkaniem. I – jak to z plotka bywa – wielu zapewne puściło ją mimo uszów.
W przeciwieństwie do uczniów. Drzwi były zamknięte nie tylko z obawy przed Żydami. Strach i owszem, ale i niespełnione nadzieje, i to głębokie przekonanie, że nie mają dokąd wracać. Przecież bez Tego, który nadał sens ich życiu już nic nie będzie takie same. Ani domy, ani rybackie łodzie… I te drwiące spojrzenia. Te szepty za plecami.
Paradoks wielkanocnego poranka. Zmartwychwstanie jest darem dla nie mających dokąd wrócić. Dla wydziedziczonych. Dla poranionych. I pychą (miejsce po prawej i lewej stronie). I zdradą. I ucieczką. Zranionych przyjaźnią. Tak łatwo otrzymaną i tak łatwo zdradzoną.
Pokój wam! Dotknij ran! Spotkanie ze Zmartwychwstałym to przede wszystkim uzdrowienie. 
W poranek Zmartwychwstania, z wyjątkiem pewnych zawodów służebnych, nie pójdziemy do pracy. Pójdziemy do domów i zasiądziemy przy rodzinnym stole, doświadczając kolejnego paradoksu ludzi, mających dokąd wrócić. Rodzinne świętowanie coraz częściej zamiast rozmową okraszone wspólnym oglądaniem telewizji, próby poważnej rozmowy przerywane co chwila zaproszeniem do spożywania sałatki, jajeczka, świątecznej baby i mazurka. A gdzieś na dnie serca przekonanie o kolejnej zmarnowanej szansie. Bo liczyliśmy, że z tego rodzinnego spotkania coś wyniknie, coś się pogłębi a może zapoczątkuje. A znów było powierzchownie, byle jak, bez wchodzenia w głąb, z rozdrapaniem – co prawda niechcący – starych ran, żalów i animozji. By wieczorem, w ciszy serca, znów pytać o pokój i radość głoszoną od pierwszego bicia wielkanocnych dzwonów.
Ten wieczór, nie poranek, pytań i dotykania ran, to idealne miejsce na spotkanie ze Zmartwychwstałym. Pokój! Dotknij ran!
To nie są rany Wielkiego Piątku. Budzące wstręt i odrazę. To rany pełne Bożej mocy i miłości, rany miłosierdzia, rany uzdrowienia, rany nowego początku.
Dotknij ran swymi ranami, swoja pustka i beznadzieją, swoją goryczą i zwątpieniem. Uczyń coś wbrew logice. Może nawet wbrew samemu sobie. Może nawet niedowierzając.
Dotknij ran. Wyciągnięta dłoń Jezusa, odsłonięty bok. Znów Bóg uczynił pierwszy krok. Następny, czyli dotknięcie, to już kwestia naszej wolności, naszego wyboru. Czasem wbrew logice. Bo w tym wszystkim, w Zmartwychwstaniu i poszukiwaniu uczniów, przyjaciół, starych miłości, naprawdę nie ma żadnej logiki. Tej ludzkiej. Wszystko jest Boże po to, by zostało Boże na zawsze.
Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana”. Przez zmartwychwstanie Jezusa to, co Boskie, nadprzyrodzone i wieczne, połączyło się na zawsze z tym, co ludzkie, ziemskie i czasowe. Przykład uczniów z Emaus, niewiernego Tomasza z dzisiejszej Ewangelii, wielu z nas i tylu milionów ludzi na całym świecie, przekonuje nas, że rzeczywistość wiary nie jest aktem automatycznym i jednostkowym doświadczeniem, lecz długofalowym i wieloetapowym procesem uwzględniającym zwątpienia, odejścia i oczywiście radosne odkrywanie całkowicie innej rzeczywistości, która ich i nas przerasta nowością treści i zakresem życiodajnego oddziaływania. Myślę, że w doświadczeniu wiary mojej, osobistej, dochodzi do czegoś, co można przyrównać do „przewrotu kopernikańskiego”. W jednej chwili zawala się nasz dobrze znany i uporządkowany świat, uważany dotychczas za jedynie możliwy i realny. Nowa i przekraczająca dotychczasowe wyobrażenia rzeczywistość Zmartwychwstałego staje się wielkim wyzwaniem dla zmysłów, rozumu i mentalności świata. Dotychczasowe filozofie, paradygmaty, przemyślne logiki, a zwłaszcza socjotechniki przekłamywania rzeczywistości, tracą swoją jedyną i niepodważalną obowiązywalność i pierwsze miejsce w mass mediach. „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Od tego momentu tylko Ewangelia Zmartwychwstania staje się najważniejszą, najradośniejszą i prawdziwie Dobrą Nowiną, która przemieniła i wciąż przemienia ludzi i świat.
Widzieliśmy Pana!”. Tak, myśmy Go widzieli i „pokazał” nam Swoje przebite ręce i Swój przebity bok. Nie ma żadnych wątpliwości: to On, nasz Pan i Mistrz. Lecz wielu z nas, tak jak Tomasz, stawia Bogu swoje wymagania czy kryteria wiary: „jeżeli nie zobaczę”, „jeżeli nie włożę mojego brudnego palucha”, „jeżeli nie zobaczę cudu w Lourdes, Fatimie, Rzymie…” – nie uwierzę. I masz rację! Wtedy wiara jest i będzie zawsze na twoją, małą i doniczkową miarę. Ale wszystko się zmieni, kiedy On sam przyjdzie do mnie i do ciebie. Bo wiara to nie „jakaś nauka”, opinia, przekonanie czy kalkulacja matematyczno-fizyczna, lecz spotkanie z Osobą. „Podnieś tutaj swój palec i zobacz”. Bóg i prawdziwa wiara nie boją się żadnej konfrontacji. Tomasz nie sprawdzał już „swojej wiary” na miarę dotyku swojego palca czy ręki. „Pan mój i Bóg mój!” Wszystkie wątpliwości przestały istnieć w obliczu Osoby, której zawierzył, za którą poszedł i za którą wkrótce umrze męczeńską śmiercią na kontynencie indyjskim.
Dzisiejsza Ewangelia mówi również o nas: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Tak, myśmy uwierzyli, najpierw naszym kochanym dziadkom i rodzicom, którzy na co dzień pokazywali nam Boga. Potem naszym katechetom, wychowawcom i wspaniałym świadkom wiary, takim jak: Jan Paweł II, Maksymilian M. Kolbe, Jerzy Popiełuszko, Faustyna Kowalska.
Ewangelia Miłosierdzia przekonuje najszybciej i najbardziej. Wie o tym doskonale papież Franciszek, ogłaszając 13 marca 2015r. nadzwyczajny czas łaski dla Kościoła i świata. Oficjalne i uroczyste ogłoszenie Nadzwyczajnego Roku Świętego – Jubileuszu Miłosierdzia (Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny – Łk 6, 36) odbyło się w Niedzielę Miłosierdzia podczas uroczystości wprowadzonej przez św. Jana Pawła II. Papież Franciszek, stojąc przed Drzwiami Świętymi w Bazylice św. Piotra na Watykanie, ogłosi oficjalnie Bullę ustanawiającą Rok Święty. „Potrzeba dziś miłosierdzia i istotnym jest, aby wierni świeccy żyli nim i zanieśli je do różnych sfer społecznych. Naprzód! Przeżywamy czas miłosierdzia

kwietnia 03, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – „Słabość" Boga — miłosierdzie

kwietnia 03, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – „Słabość" Boga — miłosierdzie
Umiłowani bracia i siostry! Dziś w ostatni dzień oktawy Zmartwychwstania Pańskiego jesteśmy zaproszeni jakby do podsumowania naszej refleksji nad tajemnicą zmartwychwstałego Chrystusa, szczególnie do wniknięcia w tę Bożą tajemnicę. Oglądamy Jezusa w Wieczerniku, jak wychodzi naprzeciw słabej, za­łamanej, a czasem nawet już nie istniejącej wierze swoich uczniów. Jezus liczy się z trudnościami, jakie ze swoją wiarą ma człowiek przyjmujący tylko to, co dotykalne, sprawdzalne, doświadczalne. Dlatego choć wypowiada błogosławieństwo o tych, którzy nie widzieli, a uwierzyli, to jednak nie rezygnuje z pokazania siebie uczniom. Nawet więcej, do najbardziej wątpiącego kieruje słowa zachęty, aby dotknął Jego boku i w ten sposób stał się człowiekiem wierzącym.
Scena z dzisiejszej Ewangelii pokazuje, jak bardzo Chrystuso­wi zmartwychwstałemu zależy na tym, aby spotkać się z każ­dym człowiekiem, a zwłaszcza z tymi, którzy wątpią, mają za­strzeżenia, załamują się. Chce rozwiać ich wątpliwości i zastrze­żenia, odbudować ich wiarę. Najbardziej wątpiącym chce pokazać swój bok, aby mogli wejść w tajemnicę Jego przebitego serca z którego na krzyżu wypłynęła krew i woda. Jest to bowiem tajemnica wielkiej Jego miłości, wielkiego Bożego miłosierdzia. Tego miłosierdzia, które jawi się w całej historii zbawienia. Te­go miłosierdzia, które głosi zarówno Stary jak i Nowy Testament. „Stary Testament — zauważa Ojciec św. Jan Paweł II w swojej Encyklice Dives in Misericordia — który ludziom pogrążonym w niedoli, a nade wszystko obciążonym grzechem… każe odwoływać się do tego Miłosierdzia” (21).
Miłosierdzie Boże to jeden z głównych tematów nauczania Jezusa i znak Jego mesjańskiego posłannictwa (Dives in Miseri­cordia 13). Jezus głosi, że Ojciec w niebie jest pełen miłosier­dzia, a sam o sobie powiada, że przychodzi szukać i zbawić przede wszystkim to, co było zginęło (Łk 9, 19), że nie przy­chodzi do sprawiedliwych, ale do tych, którzy się źle mają. Kulminacyjnym jednak momentem objawienia się miłosierdzia Bożego światu jest zmartwychwstanie Chrystusa. Zdaniem Ojca Św., zmartwychwstanie wieńczy „całokształt objawienia się Miłości Miłosiernej w świecie poddanym złu” (Dives in Misericordia 13). Bez zrozumienia tej tajemnicy właściwie nie znamy Boga, Bo­ga, który pochyla się nad człowiekiem, Boga, który karmi głod­nych, który uzdrawia chorych, który odpuszcza grzechy.
Według Ojców i teologów Kościoła, miłosierdzie to główna pobudka działania. „Wszystko, co Bóg czyni — powiada św. Jan Chryzostom — pochodzi z Jego Miłosierdzia” (Mignę, PI 55, 468). Miłosierdzie Boże, według św. Tomasza z Akwinu, to motyw wszelkiego Bożego działania (I q 21 a 3 c). Szczególnie widoczne jest ono w odpuszczeniu grzechów. Bóg sam zapewnia: „Choćby grzechy wasze były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją” (Iz 1, 18). Dlatego to Jezus ku zgorszeniu faryzeuszów, staje się przy­jacielem grzeszników i celników (Mt 11, 19). Jako Dobry Pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, aby szukać jednej, któ­ra zginęła. Cieszy się z całym niebem, gdy człowiek się na­wraca. Im większa jest nędza człowieka, tym większe jest po­chylenie się Boga nad człowiekiem, tym większe Boże miłosier­dzie. Jeżeli jestem bardzo biedny, przybity do łoża boleści, poz­bawiony należnej opieki, opuszczony, bliski załamania, to Bóg wychodzi przede wszystkim do mnie, abym doświadczył Jego miłości i zmiłowania. Jakże często potrzebuję tej Bożej obec­ności! Jakże często potrzebuję tego znaku! Jakże często nie wy­starcza mi tylko słowo. Zwłaszcza gdy chwieje się moja wiara, potrzebuję, aby Jezus prawdziwie stanął przede mną, jak niegdyś stanął przed Tomaszem. Gdy doświadczam obecności Boga wy­rywa się z serca wołanie: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28). Rodzi się pragnienie, aby za miłość i miłosierdzie odpłacać miłością. Skoro On mnie tak umiłował, skoro zlitował się nade mną, to co ja powinienem uczynić dla Niego?
To prawda, że powinienem dziękować, że powinienem Go wielbić, że powinienem zaufać niezachwianie Jego dobroci! Ale moja wdzięczność byłaby niepełna, gdybym za miłosierdzie nie odwdzięczył się miłosierdziem. Nie dlatego, że Bóg potrzebuje mojego miłosierdzia, ale dlatego, że człowiek potrzebuje miło­sierdzia Bożego, że Bóg utożsamił się z najbardziej potrzebują­cymi i że każdą przysługę którą wyświadczam potrzebującym traktuje jako przysługę, którą wyświadczam Jemu samemu. Bóg chce, aby Jego miłosierdzie objawiło się światu poprzez Jego uczniów, a także przeze mnie. „Żebyście wiedzieli — zwierza się swoim uczniom — co znaczą słowa: miłosierdzia chcę” (Mt 9, 13). Właściwie mówiąc nie ma dla mnie ważniejszej sprawy. Nie mogę bowiem lepiej uczcić Boga. Nie mogę lepiej ukochać bliź­niego. Bóg pragnie ujrzeć we mnie obraz swojego miłosierdzia. Miłosierdzie decyduje o wartości mojego życia. Od jego pełnie­nia zależy moje zbawienie. Tych, którzy nie pełnili miłosierdzia, nic nie usprawiedliwi. Bo nie można kochać człowieka, nie okazując mu miłosierdzia. Bo nie ma sprawiedliwości poza mi­łosierdziem. Życie bez miłosierdzia praktycznie jest nie do uspra­wiedliwienia, ani przed Bogiem, ani przed ludźmi i praktycznie takie życie nie ma sensu. Bez miłosierdzia nie ma opieki nad chorymi, starszymi, ich istnienie uważa się za ciężar społeczny. Istniały i istnieją po dziś dzień ideologie, które traktują miło­sierdzie jako słabość ludzką. Wszystkie systemy siły i przemocy uważają miłosierdzie za wyraz słabości. Tak, rzeczywiście, miło­sierdzie to wielka „słabość” Boga do człowieka. Wskutek tej „słabości” istniejemy i ciągle doświadczamy Bożej dobroci, mimo naszych słabości i grzechów, tak jak niejednokrotnie małe i sła­be dziecko jest dla swoich rodziców bardzo wymagające. Wsku­tek tej „słabości” Bóg, mimo wciąż powtarzających się grzechów człowieka, lituje się, odpuszcza i troszczy się o człowieka, okazuje mu swoje miłosierdzie.
Bóg chce, abym postępował podobnie. Na Sądzie Ostatecznym zapyta mnie tylko o to jedno. Nic innego nie będzie Go inte­resowało. Być miłosiernym to dawać człowiekowi to, co mu jest najbardziej potrzebne. Niekoniecznie to, o co on prosi. Człowie­kowi proszącemu o jałmużnę odpowiada Piotr: „Nie mam złota ani srebra, ale co mam to ci daję: w Imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź” (Dz 3, 6). Czy jestem człowiekiem miło­sierdzia? Człowiekiem, który wychodzi naprzeciw ludziom naj­bardziej potrzebującym, człowiekiem, który wzorem Ojca Nie­bieskiego obejmuje swoją miłością nie tylko sprawiedliwych, ale i niesprawiedliwych? A może moja miłość, moje miłosierdzie odnosi się tylko do ludzi miłych, sprawiedliwych, pobożnych — tych, którzy mało lub wcale mnie nie potrzebują? „Być miłosiernym to czuć potrzeby drugiego człowieka jak swoje własne, to chcieć dobra dla innych, tak jak chcemy go dla siebie” (św. Tomasz z Akwinu, De molo q 10 a 2 c). W tym duchu pisze nasz poeta Jan Kasprowicz: „Pali mnie surdut niezdarty na ciele, gdy widzę łachman na ciele nędzarza, widok głodnego gasi me wesele, jeśli się kiedy w mym oku zajarzy”.
Czy czuję drugiego człowieka tak, jak czuję siebie, czy go rozumiem? Czy mam z nim wspólny język? Czy jestem wyrozumiały, cierpliwy, współczujący? Czy w razie konfliktów jestem gotowy do pojednania? Czy mam miłosierdzie w sercu; czy okazuję je w słowach i czynach? To są pytania, które stawia przede mną dzisiejsza liturgia, stawia Chrystus, który dziś mówi. do nas: „Jak mnie posłał Ojciec, tak i ja was posyłam” (J 20, 21). A świat, który jak podkreśla św. Paweł Apostoł: „…oczekuje z tęsknotą objawienia synów Bożych” (Rz 8, 19), czeka niecierpli­wie na tych Bożych wysłańców, czeka na ludzi miłosierdzia. Od tego, czy tacy ludzie się znajdą zależy, czy świat dziś ujrzy Boże zbawienie, czy ujrzy Boże miłosierdzie, czy ujrzy Zmartwych­wstałego. Amen.


kwietnia 03, 2018

Rozważania wielkanocne - Ukazanie się Zmartwychwstałego Marii Magdalenie

kwietnia 03, 2018

Rozważania wielkanocne - Ukazanie się Zmartwychwstałego Marii Magdalenie

Słowo Boże na dziś

Wtorek w Oktawie Wielkanocy
J 20, 11-18

Maria Magdalena stała przed grobem, płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: «Niewiasto, czemu płaczesz?» Odpowiedziała im: «Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono». Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś, sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę». Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Mój Nauczycielu! Rzekł do niej Jezus: «Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”». Poszła Maria Magdalena i oznajmiła uczniom: «Widziałam Pana», i co jej powiedział.
 

Refleksja nad Słowem Bożym


Kiedy uczestnicy zgromadzenia wysłuchali publicznego wystąpienia Piotra, przejęli się do głębi serca i pytali jego i innych Apostołów: „Co mamy czynić bracia?”.
Jaką treść zawierało przemówienie Piotra, tak mocno poruszające serca słuchaczy? Otóż Piotr, w sposób jasny i zdecydowany oznajmił, że „Tego Jezusa, którego przywódcy żydowscy wyparli się, i rękami bezbożników ukrzyżowali, Bóg wskrzesił z martwych i uczynił Go Panem i Mesjaszem”. Na pytanie słuchaczy: „Co mamy czynić bracia?”, odpowiedź jest oczywista: „Nawróćcie się i przyjmijcie chrzest, i uznajcie Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela”. Słuchacze uwierzyli słowom Piotra, przyjęli jego naukę i przyjęli chrzest w liczbie około trzech tysięcy dusz; dostąpili opuszczenia grzechów; otrzymali dary Ducha Świętego, które pozwoliły im lepiej zrozumieć tajemnicę królestwa Bożego.
Sukces apostolski św. Piotra zdumiewa po dzisiejsze czasy – poruszyć serca słuchaczy tak, aby byli gotowi uznać Jezusa za swego Pana, to zamierzenie i marzenia każdego misjonarza. Nawrócenie, czyli zmiana dotychczasowego sposobu myślenia i ludzkiego systemu ocen, jest niezwykle trudnym procesem wewnętrznym. Dlatego owo wejście na poziom logiki Bożej, a nie ludzkiej, może dokonać się tylko dzięki szczególnemu działaniu Ducha Świętego. Dla współczesnych Piotrowi Żydów, nawrócenie polegało na tym, aby uznać, że Bóg Abrahama, Jakuba i Izaaka, w którego przecież wierzyli, jest także Bogiem wszystkich ludzi, i że każdy człowiek jest obmyty krwią Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, i wezwany do przyjaźni z Bogiem.
Podobny proces nawrócenia dokonał się w sercu i umyśle Marii Magdaleny. Wprawdzie ona już wierzyła Jezusowi, uznała Go za Mesjasza, jednak w niej pozostało jeszcze wiele ludzkich, ziemskich skojarzeń i związków myślowych. Jej ludzki sposób myślenia przejawił się chociażby w tym, że dalej uparcie poszukuje ciała Jezusa, aby je uczcić i jeszcze opłakać. Kiedy ukazuje się jej zmartwychwstały Pan, to początkowo ma duże trudności w Jego rozpoznaniu. Dopiero usłyszane zawołanie po imieniu, upewnia Marię w przekonaniu, że to rzeczywiście Jezus zmartwychwstały.
W tym wydarzeniu można odczytać podwójną prawdę. Po pierwsze: w wierze niezbędny jest impuls Bożej łaski, a po drugie: do wiary dochodzi się najszybciej przez serce, czyli przez miłość.
Tak, jak za czasów apostolskich zmartwychwstały Jezus zjawiał się oczom ludzkim i wzywał do siebie po imieniu, tak i dziś woła ludzi i objawia im miłość Ojca. Tak samo, jak Apostołom, przynosi prawdziwy pokój serca i obdarza łaską wiary. A na potwierdzenie tej prawdy, przytoczę świadectwo jednego z artystów rockowych, Tomasza Budzyńskiego, który mówi: „To jest tak, że Jezus mnie woła, a na Jego głos nie sposób nie odpowiedzieć. To tak, jakby wołała cię najukochańsza i najpiękniejsza osoba. Człowiek wymięka totalnie. Miałem taki głos w sercu, że gdy śpiewałem Podróż na Wschód, to tym Wschodem jest Jezus. Takie miałem poznanie. Albo śpiewając Światłość świeć, Światło prowadź mnie, jakiś głos mi mówił, że tym Światłem jest Jezus Chrystus. – I dalej zwierza się: Tak Bóg dobrał się najpierw do moich emocji, dopiero później przyszedł czas na rozum i serce. Pomyślałem sobie, że skoro śpiewam piosenki o Jezusie, to odważę się i zmienię tekst; będę śpiewał Niech cię strzeże, niech cię wspiera Jezus Chrystus, a nie światło – jak śpiewałem dotychczas – i zmieniłem tekst. Na jednym z koncertów w Łodzi zaśpiewałem: Jezus Chrystus. I tu nagle okazało się, że publiczności, która przyszła na ten koncert, to się nie spodobało. Ktoś krzyczał, że Jezus to jest cham, a mnie nagle coś tknęło i po raz pierwszy powiedziałem na głos: Człowieku, Jezus Chrystus jest Panem. Powiedziałem to po raz pierwszy w życiu. Myślałem wtedy, że no teraz to mnie chyba tylko zabiją. Dograliśmy jakoś ten koncert do końca, ale ja zostałem zmiażdżony. Byłem wtedy wielką gwiazdą rocka, ale Jezus jest Panem. Nagle powiedziane zostało coś takiego – to był przełom w moim życiu. Dokładnie wtedy, gdy publicznie powiedziałem, i to w sytuacji gdy zostałem zbity i zdeptany”.
Również i w dzisiejszych czasach takie przełomy zdarzają się nieraz i łaska Boża Jezusa zmartwychwstałego działa ustawicznie, przemieniając ludzkie serca, obdarzając miłością, łaską przebaczenia, pokojem serca. I my rozpoznajmy Jezusa w tych wydarzeniach, doświadczeniach; ogłaszajmy Go Panem swojego życia. AMEN.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger