kwietnia 04, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – Niedziela Miłosierdzia Bożego

kwietnia 04, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – Niedziela Miłosierdzia Bożego
Po skończonym święcie wracali do codziennych zajęć. Warsztatów, pól, winnic, sklepów. W tej krzątaninie zapewne mało kto zauważył biegnących do pałacu Piłata żołnierzy i przemykającą uliczkami Marię Magdalenę. Wieść o zmartwychwstaniu bardziej była plotką niż spotkaniem. I – jak to z plotka bywa – wielu zapewne puściło ją mimo uszów.
W przeciwieństwie do uczniów. Drzwi były zamknięte nie tylko z obawy przed Żydami. Strach i owszem, ale i niespełnione nadzieje, i to głębokie przekonanie, że nie mają dokąd wracać. Przecież bez Tego, który nadał sens ich życiu już nic nie będzie takie same. Ani domy, ani rybackie łodzie… I te drwiące spojrzenia. Te szepty za plecami.
Paradoks wielkanocnego poranka. Zmartwychwstanie jest darem dla nie mających dokąd wrócić. Dla wydziedziczonych. Dla poranionych. I pychą (miejsce po prawej i lewej stronie). I zdradą. I ucieczką. Zranionych przyjaźnią. Tak łatwo otrzymaną i tak łatwo zdradzoną.
Pokój wam! Dotknij ran! Spotkanie ze Zmartwychwstałym to przede wszystkim uzdrowienie. 
W poranek Zmartwychwstania, z wyjątkiem pewnych zawodów służebnych, nie pójdziemy do pracy. Pójdziemy do domów i zasiądziemy przy rodzinnym stole, doświadczając kolejnego paradoksu ludzi, mających dokąd wrócić. Rodzinne świętowanie coraz częściej zamiast rozmową okraszone wspólnym oglądaniem telewizji, próby poważnej rozmowy przerywane co chwila zaproszeniem do spożywania sałatki, jajeczka, świątecznej baby i mazurka. A gdzieś na dnie serca przekonanie o kolejnej zmarnowanej szansie. Bo liczyliśmy, że z tego rodzinnego spotkania coś wyniknie, coś się pogłębi a może zapoczątkuje. A znów było powierzchownie, byle jak, bez wchodzenia w głąb, z rozdrapaniem – co prawda niechcący – starych ran, żalów i animozji. By wieczorem, w ciszy serca, znów pytać o pokój i radość głoszoną od pierwszego bicia wielkanocnych dzwonów.
Ten wieczór, nie poranek, pytań i dotykania ran, to idealne miejsce na spotkanie ze Zmartwychwstałym. Pokój! Dotknij ran!
To nie są rany Wielkiego Piątku. Budzące wstręt i odrazę. To rany pełne Bożej mocy i miłości, rany miłosierdzia, rany uzdrowienia, rany nowego początku.
Dotknij ran swymi ranami, swoja pustka i beznadzieją, swoją goryczą i zwątpieniem. Uczyń coś wbrew logice. Może nawet wbrew samemu sobie. Może nawet niedowierzając.
Dotknij ran. Wyciągnięta dłoń Jezusa, odsłonięty bok. Znów Bóg uczynił pierwszy krok. Następny, czyli dotknięcie, to już kwestia naszej wolności, naszego wyboru. Czasem wbrew logice. Bo w tym wszystkim, w Zmartwychwstaniu i poszukiwaniu uczniów, przyjaciół, starych miłości, naprawdę nie ma żadnej logiki. Tej ludzkiej. Wszystko jest Boże po to, by zostało Boże na zawsze.
Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana”. Przez zmartwychwstanie Jezusa to, co Boskie, nadprzyrodzone i wieczne, połączyło się na zawsze z tym, co ludzkie, ziemskie i czasowe. Przykład uczniów z Emaus, niewiernego Tomasza z dzisiejszej Ewangelii, wielu z nas i tylu milionów ludzi na całym świecie, przekonuje nas, że rzeczywistość wiary nie jest aktem automatycznym i jednostkowym doświadczeniem, lecz długofalowym i wieloetapowym procesem uwzględniającym zwątpienia, odejścia i oczywiście radosne odkrywanie całkowicie innej rzeczywistości, która ich i nas przerasta nowością treści i zakresem życiodajnego oddziaływania. Myślę, że w doświadczeniu wiary mojej, osobistej, dochodzi do czegoś, co można przyrównać do „przewrotu kopernikańskiego”. W jednej chwili zawala się nasz dobrze znany i uporządkowany świat, uważany dotychczas za jedynie możliwy i realny. Nowa i przekraczająca dotychczasowe wyobrażenia rzeczywistość Zmartwychwstałego staje się wielkim wyzwaniem dla zmysłów, rozumu i mentalności świata. Dotychczasowe filozofie, paradygmaty, przemyślne logiki, a zwłaszcza socjotechniki przekłamywania rzeczywistości, tracą swoją jedyną i niepodważalną obowiązywalność i pierwsze miejsce w mass mediach. „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Od tego momentu tylko Ewangelia Zmartwychwstania staje się najważniejszą, najradośniejszą i prawdziwie Dobrą Nowiną, która przemieniła i wciąż przemienia ludzi i świat.
Widzieliśmy Pana!”. Tak, myśmy Go widzieli i „pokazał” nam Swoje przebite ręce i Swój przebity bok. Nie ma żadnych wątpliwości: to On, nasz Pan i Mistrz. Lecz wielu z nas, tak jak Tomasz, stawia Bogu swoje wymagania czy kryteria wiary: „jeżeli nie zobaczę”, „jeżeli nie włożę mojego brudnego palucha”, „jeżeli nie zobaczę cudu w Lourdes, Fatimie, Rzymie…” – nie uwierzę. I masz rację! Wtedy wiara jest i będzie zawsze na twoją, małą i doniczkową miarę. Ale wszystko się zmieni, kiedy On sam przyjdzie do mnie i do ciebie. Bo wiara to nie „jakaś nauka”, opinia, przekonanie czy kalkulacja matematyczno-fizyczna, lecz spotkanie z Osobą. „Podnieś tutaj swój palec i zobacz”. Bóg i prawdziwa wiara nie boją się żadnej konfrontacji. Tomasz nie sprawdzał już „swojej wiary” na miarę dotyku swojego palca czy ręki. „Pan mój i Bóg mój!” Wszystkie wątpliwości przestały istnieć w obliczu Osoby, której zawierzył, za którą poszedł i za którą wkrótce umrze męczeńską śmiercią na kontynencie indyjskim.
Dzisiejsza Ewangelia mówi również o nas: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Tak, myśmy uwierzyli, najpierw naszym kochanym dziadkom i rodzicom, którzy na co dzień pokazywali nam Boga. Potem naszym katechetom, wychowawcom i wspaniałym świadkom wiary, takim jak: Jan Paweł II, Maksymilian M. Kolbe, Jerzy Popiełuszko, Faustyna Kowalska.
Ewangelia Miłosierdzia przekonuje najszybciej i najbardziej. Wie o tym doskonale papież Franciszek, ogłaszając 13 marca 2015r. nadzwyczajny czas łaski dla Kościoła i świata. Oficjalne i uroczyste ogłoszenie Nadzwyczajnego Roku Świętego – Jubileuszu Miłosierdzia (Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny – Łk 6, 36) odbyło się w Niedzielę Miłosierdzia podczas uroczystości wprowadzonej przez św. Jana Pawła II. Papież Franciszek, stojąc przed Drzwiami Świętymi w Bazylice św. Piotra na Watykanie, ogłosi oficjalnie Bullę ustanawiającą Rok Święty. „Potrzeba dziś miłosierdzia i istotnym jest, aby wierni świeccy żyli nim i zanieśli je do różnych sfer społecznych. Naprzód! Przeżywamy czas miłosierdzia

kwietnia 03, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – „Słabość" Boga — miłosierdzie

kwietnia 03, 2018

2. Niedziela Wielkanocna (B) – „Słabość" Boga — miłosierdzie
Umiłowani bracia i siostry! Dziś w ostatni dzień oktawy Zmartwychwstania Pańskiego jesteśmy zaproszeni jakby do podsumowania naszej refleksji nad tajemnicą zmartwychwstałego Chrystusa, szczególnie do wniknięcia w tę Bożą tajemnicę. Oglądamy Jezusa w Wieczerniku, jak wychodzi naprzeciw słabej, za­łamanej, a czasem nawet już nie istniejącej wierze swoich uczniów. Jezus liczy się z trudnościami, jakie ze swoją wiarą ma człowiek przyjmujący tylko to, co dotykalne, sprawdzalne, doświadczalne. Dlatego choć wypowiada błogosławieństwo o tych, którzy nie widzieli, a uwierzyli, to jednak nie rezygnuje z pokazania siebie uczniom. Nawet więcej, do najbardziej wątpiącego kieruje słowa zachęty, aby dotknął Jego boku i w ten sposób stał się człowiekiem wierzącym.
Scena z dzisiejszej Ewangelii pokazuje, jak bardzo Chrystuso­wi zmartwychwstałemu zależy na tym, aby spotkać się z każ­dym człowiekiem, a zwłaszcza z tymi, którzy wątpią, mają za­strzeżenia, załamują się. Chce rozwiać ich wątpliwości i zastrze­żenia, odbudować ich wiarę. Najbardziej wątpiącym chce pokazać swój bok, aby mogli wejść w tajemnicę Jego przebitego serca z którego na krzyżu wypłynęła krew i woda. Jest to bowiem tajemnica wielkiej Jego miłości, wielkiego Bożego miłosierdzia. Tego miłosierdzia, które jawi się w całej historii zbawienia. Te­go miłosierdzia, które głosi zarówno Stary jak i Nowy Testament. „Stary Testament — zauważa Ojciec św. Jan Paweł II w swojej Encyklice Dives in Misericordia — który ludziom pogrążonym w niedoli, a nade wszystko obciążonym grzechem… każe odwoływać się do tego Miłosierdzia” (21).
Miłosierdzie Boże to jeden z głównych tematów nauczania Jezusa i znak Jego mesjańskiego posłannictwa (Dives in Miseri­cordia 13). Jezus głosi, że Ojciec w niebie jest pełen miłosier­dzia, a sam o sobie powiada, że przychodzi szukać i zbawić przede wszystkim to, co było zginęło (Łk 9, 19), że nie przy­chodzi do sprawiedliwych, ale do tych, którzy się źle mają. Kulminacyjnym jednak momentem objawienia się miłosierdzia Bożego światu jest zmartwychwstanie Chrystusa. Zdaniem Ojca Św., zmartwychwstanie wieńczy „całokształt objawienia się Miłości Miłosiernej w świecie poddanym złu” (Dives in Misericordia 13). Bez zrozumienia tej tajemnicy właściwie nie znamy Boga, Bo­ga, który pochyla się nad człowiekiem, Boga, który karmi głod­nych, który uzdrawia chorych, który odpuszcza grzechy.
Według Ojców i teologów Kościoła, miłosierdzie to główna pobudka działania. „Wszystko, co Bóg czyni — powiada św. Jan Chryzostom — pochodzi z Jego Miłosierdzia” (Mignę, PI 55, 468). Miłosierdzie Boże, według św. Tomasza z Akwinu, to motyw wszelkiego Bożego działania (I q 21 a 3 c). Szczególnie widoczne jest ono w odpuszczeniu grzechów. Bóg sam zapewnia: „Choćby grzechy wasze były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją” (Iz 1, 18). Dlatego to Jezus ku zgorszeniu faryzeuszów, staje się przy­jacielem grzeszników i celników (Mt 11, 19). Jako Dobry Pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, aby szukać jednej, któ­ra zginęła. Cieszy się z całym niebem, gdy człowiek się na­wraca. Im większa jest nędza człowieka, tym większe jest po­chylenie się Boga nad człowiekiem, tym większe Boże miłosier­dzie. Jeżeli jestem bardzo biedny, przybity do łoża boleści, poz­bawiony należnej opieki, opuszczony, bliski załamania, to Bóg wychodzi przede wszystkim do mnie, abym doświadczył Jego miłości i zmiłowania. Jakże często potrzebuję tej Bożej obec­ności! Jakże często potrzebuję tego znaku! Jakże często nie wy­starcza mi tylko słowo. Zwłaszcza gdy chwieje się moja wiara, potrzebuję, aby Jezus prawdziwie stanął przede mną, jak niegdyś stanął przed Tomaszem. Gdy doświadczam obecności Boga wy­rywa się z serca wołanie: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28). Rodzi się pragnienie, aby za miłość i miłosierdzie odpłacać miłością. Skoro On mnie tak umiłował, skoro zlitował się nade mną, to co ja powinienem uczynić dla Niego?
To prawda, że powinienem dziękować, że powinienem Go wielbić, że powinienem zaufać niezachwianie Jego dobroci! Ale moja wdzięczność byłaby niepełna, gdybym za miłosierdzie nie odwdzięczył się miłosierdziem. Nie dlatego, że Bóg potrzebuje mojego miłosierdzia, ale dlatego, że człowiek potrzebuje miło­sierdzia Bożego, że Bóg utożsamił się z najbardziej potrzebują­cymi i że każdą przysługę którą wyświadczam potrzebującym traktuje jako przysługę, którą wyświadczam Jemu samemu. Bóg chce, aby Jego miłosierdzie objawiło się światu poprzez Jego uczniów, a także przeze mnie. „Żebyście wiedzieli — zwierza się swoim uczniom — co znaczą słowa: miłosierdzia chcę” (Mt 9, 13). Właściwie mówiąc nie ma dla mnie ważniejszej sprawy. Nie mogę bowiem lepiej uczcić Boga. Nie mogę lepiej ukochać bliź­niego. Bóg pragnie ujrzeć we mnie obraz swojego miłosierdzia. Miłosierdzie decyduje o wartości mojego życia. Od jego pełnie­nia zależy moje zbawienie. Tych, którzy nie pełnili miłosierdzia, nic nie usprawiedliwi. Bo nie można kochać człowieka, nie okazując mu miłosierdzia. Bo nie ma sprawiedliwości poza mi­łosierdziem. Życie bez miłosierdzia praktycznie jest nie do uspra­wiedliwienia, ani przed Bogiem, ani przed ludźmi i praktycznie takie życie nie ma sensu. Bez miłosierdzia nie ma opieki nad chorymi, starszymi, ich istnienie uważa się za ciężar społeczny. Istniały i istnieją po dziś dzień ideologie, które traktują miło­sierdzie jako słabość ludzką. Wszystkie systemy siły i przemocy uważają miłosierdzie za wyraz słabości. Tak, rzeczywiście, miło­sierdzie to wielka „słabość” Boga do człowieka. Wskutek tej „słabości” istniejemy i ciągle doświadczamy Bożej dobroci, mimo naszych słabości i grzechów, tak jak niejednokrotnie małe i sła­be dziecko jest dla swoich rodziców bardzo wymagające. Wsku­tek tej „słabości” Bóg, mimo wciąż powtarzających się grzechów człowieka, lituje się, odpuszcza i troszczy się o człowieka, okazuje mu swoje miłosierdzie.
Bóg chce, abym postępował podobnie. Na Sądzie Ostatecznym zapyta mnie tylko o to jedno. Nic innego nie będzie Go inte­resowało. Być miłosiernym to dawać człowiekowi to, co mu jest najbardziej potrzebne. Niekoniecznie to, o co on prosi. Człowie­kowi proszącemu o jałmużnę odpowiada Piotr: „Nie mam złota ani srebra, ale co mam to ci daję: w Imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź” (Dz 3, 6). Czy jestem człowiekiem miło­sierdzia? Człowiekiem, który wychodzi naprzeciw ludziom naj­bardziej potrzebującym, człowiekiem, który wzorem Ojca Nie­bieskiego obejmuje swoją miłością nie tylko sprawiedliwych, ale i niesprawiedliwych? A może moja miłość, moje miłosierdzie odnosi się tylko do ludzi miłych, sprawiedliwych, pobożnych — tych, którzy mało lub wcale mnie nie potrzebują? „Być miłosiernym to czuć potrzeby drugiego człowieka jak swoje własne, to chcieć dobra dla innych, tak jak chcemy go dla siebie” (św. Tomasz z Akwinu, De molo q 10 a 2 c). W tym duchu pisze nasz poeta Jan Kasprowicz: „Pali mnie surdut niezdarty na ciele, gdy widzę łachman na ciele nędzarza, widok głodnego gasi me wesele, jeśli się kiedy w mym oku zajarzy”.
Czy czuję drugiego człowieka tak, jak czuję siebie, czy go rozumiem? Czy mam z nim wspólny język? Czy jestem wyrozumiały, cierpliwy, współczujący? Czy w razie konfliktów jestem gotowy do pojednania? Czy mam miłosierdzie w sercu; czy okazuję je w słowach i czynach? To są pytania, które stawia przede mną dzisiejsza liturgia, stawia Chrystus, który dziś mówi. do nas: „Jak mnie posłał Ojciec, tak i ja was posyłam” (J 20, 21). A świat, który jak podkreśla św. Paweł Apostoł: „…oczekuje z tęsknotą objawienia synów Bożych” (Rz 8, 19), czeka niecierpli­wie na tych Bożych wysłańców, czeka na ludzi miłosierdzia. Od tego, czy tacy ludzie się znajdą zależy, czy świat dziś ujrzy Boże zbawienie, czy ujrzy Boże miłosierdzie, czy ujrzy Zmartwych­wstałego. Amen.


kwietnia 03, 2018

Rozważania wielkanocne - Ukazanie się Zmartwychwstałego Marii Magdalenie

kwietnia 03, 2018

Rozważania wielkanocne - Ukazanie się Zmartwychwstałego Marii Magdalenie

Słowo Boże na dziś

Wtorek w Oktawie Wielkanocy
J 20, 11-18

Maria Magdalena stała przed grobem, płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: «Niewiasto, czemu płaczesz?» Odpowiedziała im: «Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono». Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś, sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę». Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Mój Nauczycielu! Rzekł do niej Jezus: «Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”». Poszła Maria Magdalena i oznajmiła uczniom: «Widziałam Pana», i co jej powiedział.
 

Refleksja nad Słowem Bożym


Kiedy uczestnicy zgromadzenia wysłuchali publicznego wystąpienia Piotra, przejęli się do głębi serca i pytali jego i innych Apostołów: „Co mamy czynić bracia?”.
Jaką treść zawierało przemówienie Piotra, tak mocno poruszające serca słuchaczy? Otóż Piotr, w sposób jasny i zdecydowany oznajmił, że „Tego Jezusa, którego przywódcy żydowscy wyparli się, i rękami bezbożników ukrzyżowali, Bóg wskrzesił z martwych i uczynił Go Panem i Mesjaszem”. Na pytanie słuchaczy: „Co mamy czynić bracia?”, odpowiedź jest oczywista: „Nawróćcie się i przyjmijcie chrzest, i uznajcie Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela”. Słuchacze uwierzyli słowom Piotra, przyjęli jego naukę i przyjęli chrzest w liczbie około trzech tysięcy dusz; dostąpili opuszczenia grzechów; otrzymali dary Ducha Świętego, które pozwoliły im lepiej zrozumieć tajemnicę królestwa Bożego.
Sukces apostolski św. Piotra zdumiewa po dzisiejsze czasy – poruszyć serca słuchaczy tak, aby byli gotowi uznać Jezusa za swego Pana, to zamierzenie i marzenia każdego misjonarza. Nawrócenie, czyli zmiana dotychczasowego sposobu myślenia i ludzkiego systemu ocen, jest niezwykle trudnym procesem wewnętrznym. Dlatego owo wejście na poziom logiki Bożej, a nie ludzkiej, może dokonać się tylko dzięki szczególnemu działaniu Ducha Świętego. Dla współczesnych Piotrowi Żydów, nawrócenie polegało na tym, aby uznać, że Bóg Abrahama, Jakuba i Izaaka, w którego przecież wierzyli, jest także Bogiem wszystkich ludzi, i że każdy człowiek jest obmyty krwią Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, i wezwany do przyjaźni z Bogiem.
Podobny proces nawrócenia dokonał się w sercu i umyśle Marii Magdaleny. Wprawdzie ona już wierzyła Jezusowi, uznała Go za Mesjasza, jednak w niej pozostało jeszcze wiele ludzkich, ziemskich skojarzeń i związków myślowych. Jej ludzki sposób myślenia przejawił się chociażby w tym, że dalej uparcie poszukuje ciała Jezusa, aby je uczcić i jeszcze opłakać. Kiedy ukazuje się jej zmartwychwstały Pan, to początkowo ma duże trudności w Jego rozpoznaniu. Dopiero usłyszane zawołanie po imieniu, upewnia Marię w przekonaniu, że to rzeczywiście Jezus zmartwychwstały.
W tym wydarzeniu można odczytać podwójną prawdę. Po pierwsze: w wierze niezbędny jest impuls Bożej łaski, a po drugie: do wiary dochodzi się najszybciej przez serce, czyli przez miłość.
Tak, jak za czasów apostolskich zmartwychwstały Jezus zjawiał się oczom ludzkim i wzywał do siebie po imieniu, tak i dziś woła ludzi i objawia im miłość Ojca. Tak samo, jak Apostołom, przynosi prawdziwy pokój serca i obdarza łaską wiary. A na potwierdzenie tej prawdy, przytoczę świadectwo jednego z artystów rockowych, Tomasza Budzyńskiego, który mówi: „To jest tak, że Jezus mnie woła, a na Jego głos nie sposób nie odpowiedzieć. To tak, jakby wołała cię najukochańsza i najpiękniejsza osoba. Człowiek wymięka totalnie. Miałem taki głos w sercu, że gdy śpiewałem Podróż na Wschód, to tym Wschodem jest Jezus. Takie miałem poznanie. Albo śpiewając Światłość świeć, Światło prowadź mnie, jakiś głos mi mówił, że tym Światłem jest Jezus Chrystus. – I dalej zwierza się: Tak Bóg dobrał się najpierw do moich emocji, dopiero później przyszedł czas na rozum i serce. Pomyślałem sobie, że skoro śpiewam piosenki o Jezusie, to odważę się i zmienię tekst; będę śpiewał Niech cię strzeże, niech cię wspiera Jezus Chrystus, a nie światło – jak śpiewałem dotychczas – i zmieniłem tekst. Na jednym z koncertów w Łodzi zaśpiewałem: Jezus Chrystus. I tu nagle okazało się, że publiczności, która przyszła na ten koncert, to się nie spodobało. Ktoś krzyczał, że Jezus to jest cham, a mnie nagle coś tknęło i po raz pierwszy powiedziałem na głos: Człowieku, Jezus Chrystus jest Panem. Powiedziałem to po raz pierwszy w życiu. Myślałem wtedy, że no teraz to mnie chyba tylko zabiją. Dograliśmy jakoś ten koncert do końca, ale ja zostałem zmiażdżony. Byłem wtedy wielką gwiazdą rocka, ale Jezus jest Panem. Nagle powiedziane zostało coś takiego – to był przełom w moim życiu. Dokładnie wtedy, gdy publicznie powiedziałem, i to w sytuacji gdy zostałem zbity i zdeptany”.
Również i w dzisiejszych czasach takie przełomy zdarzają się nieraz i łaska Boża Jezusa zmartwychwstałego działa ustawicznie, przemieniając ludzkie serca, obdarzając miłością, łaską przebaczenia, pokojem serca. I my rozpoznajmy Jezusa w tych wydarzeniach, doświadczeniach; ogłaszajmy Go Panem swojego życia. AMEN.


marca 31, 2018

Homilia na Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego

marca 31, 2018

Homilia na Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego
Otrzyjcie już łzy płaczący,
Żale z serca wyzujcie,
Wszyscy w Chrystusa wierzący
Weselcie się, radujcie". 
 
Tak rozpoczął się dziś dzień, tak zaczął się nowy dzień świątecz­ny. Wielka noc i wielki dzień. Kościoły otworzyły się dzisiaj szeroko, gromadzą nawet mniej częstych gości. Zadzwoniły wcześniej niż zwykle dzwony na wieży, żeby mówić swoje niezwykłe kaza­nie: zmartwychwstał Pan, nadzieja nasza. Wielka noc – wielki poranek – przypomnienie, gdy smutne niewiasty szły do grobu Jezusa, bo jeszcze nie wiedziały, że On żyje. Drżąc z emocji uczniowie oglądali żałobne płótna. Uczyli się prawdy o bezsilności śmierci wobec życia, które się zmienia, ale się nie kończy. Wiel­ka noc – do kościoła idą ludzie skupieni, odświętni przeżyciem Wielkiego Postu, bliżsi sobie przez drogi krzyżowe i jedność wieczernika. Zatrzymają oczy na symbolach, które przywołują wzru­szenia od dzieciństwa: figura Zmartwychwstałego, świeca paschal­na, najładniejsza monstrancja z procesji rezurekcyjnej, dymy ka­dzideł i mądre wiarą pieśni: „Otrzyjcie już łzy płaczący”.

Wielka noc – po której przychodzi dzień wielkiej, jedynej nadziei. Wieści najważniejszej o życiu wiecznym. Najważniejszej, bo jednak w życiu myślących ludzi, wszystko zależy od tego, czy się umiera, czy się tylko odchodzi w nowe życie. Jednak wszystko: decyzja dobra i zła, podjęcie sprzeciwu czy uległości, wysiłek budowania, czy niszczenia, służenie tu, czy służenie tam; ra­dość przyjęcia i odwaga odrzucenia... Inaczej wita się świat i inaczej ten świat żegna. Inaczej przyjmuje się kołyskę i ina­czej kupuje wieniec. Inaczej zabrzmi odpowiedź na każde z ludz­kich pytań.

Wielka noc – wielki dzień, gdy wiem, że nie tylko do śmier­ci, ale, że na zawsze; i na ten czas życia, i na dni wieczne. Jak inaczej w tym świetle rysuje się świadomość, że nagromadził i starczy „aż” do śmierci! Aż, a może „tylko” do śmierci? A potem, a poza progiem nowego życia? Zapewniłem im wszystko, do samej śmierci wystarczy, zabezpieczyłem, pomyślałem o wszystkim... a potem? A w życiu nowym? Czy i na tamto wystarczy? Ułożymy sobie życie, i będziemy szczęśliwi do śmierci samej? Do, a po śmierci także? Czy to co dzisiaj stanowi dar radosnej miło­ści, rzeczywiście wypełni całą wieczną resztę?

Wielka noc – wielki czas nadziei – nadziei uczniów, wier­nych, bliskich Jezusowi. On żyje, On jest, On nie zna umierania. Jeśli widzieliście, jak Piłat podpisał wyrok, umył ręce i wydał Go dozorcy, to prawda, tak było; ale jeżeli będą mówić, że to koniec sprawy, że wyrok oznacza zwycięstwo, nie, w to nie wierzcie. On jest nieśmiertelny. Jeżeli pamięć przypomni, że był krzyż, grób, uciekający uczniowie, tak, to było. Ale, że On nie żyje, temu nie wierzcie. Jeżeli powiedzą, że widzieli Jego krzyż porzucony w ziemi, żeby nawet śladu nie zostało, tak, tak się stało. Ale potem było podniesienie krzyża, uwielbienie, miłość i mądrość krzyża.

Wielka noc – święty czas nadziei – dla naszych wygasających lat życia. Zwyczajnie, zabiera nas czas, jak płynąca rzeka zbie­ra piasek przy brzegu. A przecież dzień Wielkanocy wie, że od­chodzi ciało, to ciało, aby człowiek pełny i bogaty, nowy i odro­dzony, żył w odnowieniu ciała Chrystusowego. Z prochu powołał Bóg nasze ciała, w proch się sypie w chwili wyznaczonej, ale Bóg cię wskrzesi, abyś żył z Nim i w Nim. Nie, nie zamykajmy dzisiaj serca na wielką wieść, nawet gdyby była wspaniała jak marzenie. Ostatecznie przed każdym świtem nowego dnia przy­chodzi noc, w której rodzi się inny. Przed każdym kwiatem umie­rają pąki, w których mizernym kształcie krył się już cały, peł­ny barw i nowych zadań – kwiat. Przed każdym owocem umiera kwiat, w którym utaiło się inne, nie podobne, ale przecież całkowicie w nim zawarte życie owocu. Przecież umierają owoce, aby wydać drzewa, jak umierają ciała aby rodziły się nowe, niewy­obrażalne dzisiaj, a całe stamtąd i stąd i z nieba i ziemi, pełne tożsamości człowieka.

Wielka noc – święty czas nadziei – dla tych, którzy odpro­wadzili na cmentarne drogi. To dzień, który głosi ich życie. Na czas tylko przechowani w urnie ziemi. Złożeni w relikwiarzu gro­bu. Prochy, znani i zapomniani z całej historii. Myślimy z na­dzieją o niepojętym przebywaniu życia. Przebaczcie nam, że nie potrafimy dzisiaj wyobrazić sobie, jak żyjecie; wy, którzy odeszliście. Czekamy na ożywiające słowo Boga. To nic, że na ziemi pozostały smutne ślady na cmentarzach, że przy jednej dacie człowiek postawił krzyżyk. Niestety, świat nie umie inaczej mó­wić o ostatnim widzeniu się na tej ziemi. Świat nie może nam nic o was powiedzieć, dlatego tak uważnie słuchamy dzisiejszego święta. Uczymy się być z bliskimi, mieszkańcami wieczności. Mó­wimy sobie znowu: Jeżeli oczy powiedziały, że oni umarli, tak, to prawda, ale jeżeli chcą powiedzieć, że oni nie żyją, nie, to nie jest prawdą, temu nie wierzymy. Jeżeli nasza pamięć mówi, że tam jest ich grób, tak, to prawda, znamy i pielęgnujemy ich mo­giłę, ale jeżeli powie, że tam są oni, wasi, moi, nie, nie wie­rzymy; to nie jest prawdą, nie tam ich należy szukać, nie tam ich będziemy czekać. Jeżeli powiedzą, że się modlą, aby wiecz­ność była szczęśliwa, tak, o to modlę się każdym słowem człowieczego pacierza; ale jeśli powiedzą, żeby im ziemia była lekką, wtedy wiem, że to tylko pobłądziły smutne słowa, bo ziemia nad nimi nie zapanuje, chociaż do niej złożyli ciało na czas wyznaczo­ny przez Stwórcę; pozostali z Nim, w życiu nowym, na zawsze własnym. Jeżeli rozpaczasz, wiem, co to znaczy i rozumiem gorz­kie słowa, ale gdy mówisz, że opuścili, że przestali żyć, wtedy mogę tylko milczeć i dzielić się braterską bliskością oczekiwania na światło, które Pan daje, które czasem można wymodlić, z po­korą nazbierać z tajemnic Bożych, żeby, gdy przyjdzie ten czas ziemi – mówić o życiu z nimi, którzy już doświadczają jego drugiej tajemnicy.

Wielka noc – wielki czas nadziei. Nie, nie bójmy się żyć wielkim przeczuciem. Otworzyć dusze na wieczność to tak, jak otworzyć światło dla życia. Cały człowiek żyje mocą nieśmiertel­ności, choćby wcale nie zdawał sobie z tego faktu sprawy. Odcię­ty od nieśmiertelności, traci życie, jak roślina odłączona od świa­tła, zamiera, niszczeje. Świat dzieł człowieka, cała kultura i cy­wilizacja, dzieje myśli i rąk, to uobecnienie życia, które trwa i nie umiera. Cała odwaga tworzenia wyrasta z przeczucia, że żyje w rodzinie ludzkiej, chociaż zmienia się sposób istnienia tej ro­dziny. Tylko wtedy, gdy człowiek uwolni się od bezsensu umie­rania na zawsze, tylko wtedy potrafi miłować na zawsze, cier­pieć dla wiecznych treści, tworzyć dla życia ludzi. Nieśmiertel­ność, którą żyje człowiek, prowadzi myśli i ręce i serce ludzi. Jeżeli stracić, jeżeli zatrzeć w duszy ludzkiej tę świadomość wie­czną, wtedy rodzi się świat, który zamiast służyć człowiekowi, po­sługuje się człowiekiem. Wtedy, wcześniej czy później, rzeczywi­stość staje się ziemią znękania i zagrożenia, przychodzi cywiliza­cja umierania.

Najmilsi! Na starym obrazie średniowiecznego mistrza, pusty grób Jezusa Chrystusa oświetla jasny słup światła – grób pu­sty! Straże zasłaniają oczy. Światło jest zbyt jasne. Nie, my dzi­siaj nie bójmy się otworzyć oczu, nie osłaniajmy serc na światło laski. Żyje Pan – Nadzieja Nasza. Zmartwychwstał na świadec­two zmartwychwstania ludzi. „Otrzyjcie już łzy”! Życie zwyciężyło śmierć i tak już będzie zawsze. Światło zwyciężyło noc – i tak już będzie. Pokój zwyciężył przemoc – i tak będzie. Prawda zwycięża szatana – i tak zostanie. Niech nadzieja Boża zwycię­ży wasze przygnębienie. Niech do waszych serc wejdzie Wiel­kanoc.


marca 30, 2018

Rozważanie na Wielki Piątek - Zbawczy sens krzyża Chrystusa

marca 30, 2018

Rozważanie na Wielki Piątek - Zbawczy sens krzyża Chrystusa
Dzisiaj zbliżamy się ze czcią do krzyża. Do tego, który Pan Jezus wziął na swoje ramiona. Otrzymał go od człowieka. Wziął go nie po to, aby go zatrzymać dla siebie. Przyjął i oddał go nam wyzwoliwszy od przekleństwa. Od tej chwili krzyż ma tak wiele nowych znaczeń. Jest przemieniony odwagą przyjęcia go. Ma nowy sens. Zbawczy sens. Jest znakiem miłości, która ma odwagę całkowicie siebie ofiarować.
Dzisiaj patrzymy w osłupieniu na Chrystusa odartego z na­szej wiary i posłuszeństwa. Zepchniętego na margines. Bitego. Powalonego naszą nienawiścią lub obojętnością. Patrzymy na niego, jak na kogoś, kogo dawno skreśliliśmy z listy znajomych lub wykazu towarów, które chętnie byśmy nabyli.
On zawisł wyniesiony ponad niebo i ziemię. W imię miłości, która jest potężniejsza od śmierci. On rozpostarł swe ramiona, aby przygarnąć wszystkich. Tak sam chciał. Ten krzyż jest Jego oso­bistym wyborem. To nic, że cierpi w milczeniu i samotności. Jest tak, ponieważ On sam wybrał, a nie dlatego, że został do tego zmuszony. Wisi na krzyżu, bo tak chciało moje szaleństwo.
Rozpięty nad ziemią. Chrystus powołań i trudnych wyborów. W tym momencie jest tylko konsekwentny w swoich wyborach. Jest jedynie wierny temu, co głosił.
Swym niezmiernym cierpieniem potwierdza to, co nakazywał. Mówił:
- miłujcie waszych nieprzyjaciół;
- dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;
- błogosławcie tych, którzy was przeklinają;
- módlcie się za tych, którzy was oczerniają;
- dajcie każdemu, kto was prosi.
Czyż uklęknąwszy pod tym krzyżem, możemy jeszcze wątpić? Czyż możemy nadal wystawiać Boga na próbę prosząc o znaki?
Stajemy pod tym krzyżem i teraz już rozumiemy, że grzech jest sprawą poważną. Rani Serce Jezusowe. Zadaje ból. Bo czyż nie może boleć nasza niewierność i niestałość? Nasze duchowe lenistwo i lekkomyślność? Czyż może być bezowocne nasze egois­tyczne nastawienie i fałsz?
Słabość, uchybienie, grzech — dokonują w naszym życiu wiel­kiego spustoszenia. Dlatego zasmucają Serce Jezusowe.
Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: "Nie potrzebuję prze­baczenia". Byłby człowiekiem pysznym i zaślepionym. Albo świę­tym. Ale i święci modlili się: "Odpuść nam nasze winy".
Bóg jest Miłością. Jest Miłością przebaczającą. Jak mówi Seneka (O gniewie): "Okazuje grzesznikom łagodne i ojcowskie serce, gdy nie ściga ich, ale przywołuje. Nie znającego drogi i zbłąkanego wśród pól naprowadza na właściwy kierunek, a nie odpędza". Bóg temu, kto żałuje i powraca, chętnie przebacza grzech. Krzyż przypomina nam o tym. Jest czytelnym znakiem Bożego miłosierdzia. Bóg umie czekać na nas. Przywołuje nas cieniem krzyża. To także i nas zobowiązuje, byśmy w tym Go naśladowali.
Pismo św. mówi: "Zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Czy można te słowa pogodzić z naszą skłonnością do noszenia w sobie uraz i niechęci? Czy można być chrześcijaninem i jednocześnie przeliczać grzechy innych, jak srebrne monety?
"Człowiek nigdy nie jest tak piękny jak wtedy, gdy prosi o przebaczenie lub gdy sam przebacza" (Jean Paul).
Gdy więc jest nam ciężko. Gdy dotyka nas i rani grzech po­wracajmy pod krzyż. Wpatrujmy się w niego. Rozważajmy mękę Chrystusa. Prośmy Ukrzyżowanego o siłę znoszenia upokorzeń, niedostatków, trudów. Prośmy Ukrzyżowanego o to, abyśmy w doświadczeniach nie wątpili w Bożą Opatrzność. Aby krzyż przy­pominał nam o naszym zmartwychwstaniu, do którego jest drogą. Niech on uczy nas cierpliwości w nieszczęściach, mądrości przy podejmowaniu trudnych, nieraz bolesnych wyborów. Nade wszys­tko niech będzie dla nas przypomnieniem tego, że jest Ktoś, kto nas kocha tak mocno, że gotów był dla nas cierpieć i umierać.
"Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste" i dziękujemy Ci za zbawienie wysłużone nam przez krzyż. AMEN.

marca 29, 2018

Rozważanie na Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości

marca 29, 2018

Rozważanie na Wielki Czwartek - Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości
Kapłaństwo, Eucharystia i przykazanie nowej miłości. Właśnie dzisiaj zgromadziliśmy się tutaj po to, aby za te trzy dobrodziejstwa, dary, skarb — podziękować.
Kochani moi! Proszę was, abyście przez moment pomyśleli, jak bardzo te trzy rzeczywistości są związane z naszym życiem. Czym byłoby życie — nawet nas, ludzi XXI wieku — bez posługi kapłańskiej? Chrzest, bierzmowanie, pokuta, sprawowanie Eucharystii, małżeństwo, ostatnia posługa przy przejściu do Boga przez śmierć...
Ale przede wszystkim Eucharystia. Chrystus przez kapłanów spra­wujących Eucharystię przybliża i daje nam siebie samego. I daje swoje życie, swoją świętość, swoją miłość.
Ukochani Bracia i Siostry! Uczestnicy Tej Mszy Św. Wieczerzy Paschalnej.!
Dzisiaj, kiedy czytamy te wspaniałe teksty o konieczności pochyle­nia się do ludzkich stóp i posługi drugiemu człowiekowi, wiemy, że to właśnie rodzi się z tej miłości i jest jedynie wtedy możliwe, kiedy ogarnie nas Jego miłość. Dzisiaj przyszliśmy za to podziękować. Kiedy na początku mszy świętej zwróciłem wam uwagę, że właśnie za to ma­my dziękować, powiedziałem, że podziękujemy przez Jezusa w Duchu Świętym. Wszyscy jesteśmy już dzisiaj oczyszczeni w sakramencie poku­ty. Otrzymaliśmy w sakramencie pokuty dar, który chcemy dzisiaj zło­żyć z powrotem. Chcemy razem z Chrystusem podziękować Ojcu za to, że dał nam kapłaństwo, Eucharystię i prawo nowej miłości. I samemu Chrystusowi chcemy podziękować, za to po prostu, że jest dla nas — dla naszego zbawienia. Że życie nasze przez Niego, w Nim i z Nim — ma sens.
Moglibyśmy bardzo łatwo policzyć, który to raz z rzędu przeżywamy w naszym życiu Wielki Czwartek, wspomnienie godziny Jezusa, jak nam dzisiaj przypomniała ewangelia. Godziny Jego, ale i godziny naszej. My często w potocznym języku posługujemy się terminem „go­dzina". Myślimy też od czasu do czasu o „ostatniej godzinie". A oto właśnie wspomnienie godziny Jezusa i godziny naszej, która w Jego śmierci i zmartwychwstaniu jest ostatnią godziną.
To brzmi dość skomplikowanie, ale to jest bardzo proste. Dwa ty­siące lat temu w Wielki Czwartek Jezus Chrystus — Bóg-Człowiek właśnie w tej swojej godzinie ustanowił kapłaństwo hierarchiczne dla po­sługi wszystkim odkupionym we krwi Chrystusa. Ustanowił Przenaj­świętszą Eucharystię — pokarm czasów eschatologicznych, czasów osta­tecznych, pokarm ostatniej godziny, godziny, w której Bóg jest z ludź­mi — i promulgował odpowiedni dla takiego królestwa obyczaj: prawo nowej miłości. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się tak miłowali wzajemnie, społecznie, jak ja was umiłowałem" (J 13, 34). A miarą tej miłości, jaką On nas umiłował, jest miłość ukrzyżowana — miłość z Wielkiego Piątku. Ta właśnie miłość z Wielkiego Piątku została ukry­ta w kapłaństwie, w Eucharystii i w prawie nowej miłości.
I kiedy po dwóch tysiącach lat przychodzimy do kościoła — czy to w Wielki Czwartek raz w roku, czy w każdą niedzielę, kiedy jesteśmy blisko naszego domu czy na wakacjach, czy gdziekolwiek i w każdy zwykły dzień — kiedy msza święta się odprawia, wtedy dopełnia się misterium śmierci i zmartwychwstania. Wszędzie, gdzie gromadzą się ludzie na mszę świętą, na sprawowanie Eucharystii — tam uczą się te­go nowego przykazania. I kiedy uroczyście obchodzimy raz w roku to, co się powtarza każdej niedzieli i każdego dnia, aby przypomnieć sobie sens tych prostych, zwyczajnych obrzędów i gestów — wtedy przypomi­namy sobie też najistotniejszą treść tego, co zostało nam w Wielki Czwartek przekazane. Tutaj nam Chrystus przypomina o konieczności realizowania w naszym życiu kapłaństwa, tego co oznacza Eucharystia, w której mamy łaskę uczestniczyć — i tego co znaczy nowe przykazanie miłości. Po tośmy dzisiaj tutaj przyszli.
Moi Drodzy! To, co w tej chwili powiedziałem, można by ująć w formie pytania: czy wy wiecie, że wasze życie ma być życiem kapłańskim? Nie tylko nas, kapłanów; wasze również. Naszym obowiązkiem jest posługiwać wam — abyście Chrystusowe, kapłańskie życie doprowadzili w waszym życiu do pełni. Tym się tylko różnimy my od was. W imię Chrystusa was gromadzimy i w imię Chrystusa sprawujemy Eucharystię, w któ­rej razem uczestniczymy. A Eucharystia to jest Boska miłość Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który nam daje dynamizm nowej miłości.
Czy wiecie więc, że jesteście kapłanami zobowiązanymi do życia ka­płańskiego? Czy wiecie, że takie życie ma swoje bardzo fundamentalne pokłady i ma swoje szczyty? Idealny kapłan to — jak Jezus Chrystus — kapłan i ofiara. Chrystus po to złączył Wielki Czwartek z Wielkim Piąt­kiem. Doświadczamy tego — czy chcemy, czy nie chcemy — w naszym życiu. Kto coraz bardziej świadomie bierze w ręce swoje życie z Chry­stusem i ofiarowuje je z Chrystusem Bogu Ojcu, ten doświadcza przemia­ny cierpienia i bólu w radość i pokój, w szczęście. To dokonuje się w Eucharystii, gdzie przynosimy trud naszego życia, owoc pracy naszych rąk — i niejako wkładamy w dzieło paschalne Jezusa Chrystusa. I w każ­dej mszy świętej następuje w nas przejście od grzechu do świętości. Bo dając Chrystusowi i Bogu owoc naszej pracy — to wszystko, co się dzieje poza kościołem, to zmaganie codzienne o prawość, o szlachetność, o prawdę i dobro, o piękno — zostajemy nagrodzeni darem z góry. I kie­dy dzisiaj przy Komunii świętej usłyszymy „Ciało Chrystusa Amen", pamiętajmy, że to jest odpowiedź na nasz dar. Ten dar wyniesiemy zno­wu z kościoła, by go świadomie czy nieświadomie rozdawać. Bo miłość jest z natury promieniująca, rozdająca się, służebna, jak nam to dzisiaj ewangelia przypomniała na przykładzie Pana naszego, umywającego no­gi swoim Apostołom.
I chyba w ten wieczór nie potrzeba więcej słów. Tylko jedno pyta­nie: czy jesteśmy świadomi, że kapłaństwo, Eucharystia i miłość tworzą symbiozę, której nie można rozdzielić i że nasza ludzka miłość otrzymu­je od Boskiej swoją pełnię? Za to dzisiaj przyszliśmy Bogu przez Jezu­sa Chrystusa podziękować. Niech więc ta Eucharystia będzie najpiękniejszym i najważniejszym w naszym życiu DZIĘKCZYNIENIEM Bogu za wszystko, za co winniśmy Mu dziękować. AMEN.


marca 27, 2018

Wielki Wtorek - Tajemnica ludzkiego serca

marca 27, 2018

Wielki Wtorek - Tajemnica ludzkiego serca
Razem z Apostołami wchodzimy dzisiaj do Wieczernika, gdzie Jezus pragnie spożyć Paschę ze swymi uczniami. Dzisiejsza Ewangelia odkrywa przed nami wielką tajemnicę ludzkiego serca, serca Apostołów, a również odkrywa przed nami tajemnicę Serca Jezusa, Boskiego Serca, które jest sercem pełnym miłości. Dlatego Jezus jest wzruszony gdy oznajmia: “Jeden z was Mnie zdradzi”; jest poruszony, bo w dalszym ciągu kocha tego, który Go zdradzi. I w dalszym ciągu jest zdumiony postawą tego, któremu okazał tyle miłości, a on nie przyjął Jego osoby, Jego misji.
Tajemnica ludzkiego serca. Najpierw jest to serce św. Jana, Apostoła i Ewangelisty. Spoczywa w czasie tej Wieczerzy na piersi Jezusa, znajduje się w bliskości Jego Boskiego Serca, opiera się o Jezusa. Można powiedzieć, że jest tym Apostołem, który zaczyna mieć wątpliwości, że misja Jezusa nie dotyczy tylko tej ziemi, który może przeraził się, gdy Jezus powiedział, że będzie cierpiał, że będzie zabity. Ale ów uczeń nie ma tak zamkniętych oczu jak Piotr, który mówi: “Panie, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie”. Jan jest człowiekiem głębokiej modlitwy, jest człowiekiem, który rozważa słowo Pana tak, jak Maryja. I chociaż zaśnie w godzinie próby, chociaż będzie również człowiekiem słabym, to przecież stanie pod krzyżem razem z Maryją i niewiastami, to przecież wyzna swoją wiarę w moc Chrystusowego krzyża. Możemy powiedzieć, że w Janie jest już zalążek działania mocy Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego.
Reprezentantem skrajnie przeciwnej postawy jest Judasz Iskariota. Idzie za Jezusem, aby realizować swoje własne pomysły, zaspokajać swoje przyziemne potrzeby. Jezus miał mu służyć do krótkowzrocznych celów. Gdy się na Nim zawiódł, sprzedaje Go za trzydzieści srebrników. Te trzydzieści srebrników, to symbol całego jego szczęścia, wszystkich jego pragnień żeby się tu na ziemi zabezpieczyć. Niektórzy twierdzą, że zdrada Judasza była jego ostatnią rozpaczliwą próbą sprowokowania Jezusa, by zaczął walczyć, by z mocą ogłosił królestwo Boże. Zbawiciel jednak nie uległ tej prowokacji.
I wreszcie Piotr, człowiek o sercu otwartym dla Jezusa, ale to serce jest jeszcze bardzo zmienne, zdradliwe, kruche. Piotr wciąż nie zna siebie, dlatego wydaje mu się, że dla Jezusa jest gotowy uczynić wszystko. Piotr lubi porównywać się z innymi ludźmi, chełpi się swoją wiernością, ale w rzeczywistości opiera się tylko o samego siebie. Dlatego w godzinie próby zdradzi Jezusa wobec służącej, wobec ludzi, którzy nie mogli mu nic złego uczynić.
A jak zachowuje się Jezus wobec swoich uczniów? Jezus jest delikatny, ujawnia tajemnicę swojego Serca: Janowi odpowiada na jego pytania kto będzie zdrajcą, przestrzega Piotra przed pychą, przed wiarą we własne siły, jest dyskretny nawet wobec Judasza, który już powziął zamiar aby zdradzić swego Mistrza.
Te trzy postawy Apostołów, te trzy serca, chcą nam pokazać, gdzie my dzisiaj jesteśmy. Zapewne nie odnajdujemy siebie w Judaszu, ale może jeszcze nie odnajdujemy siebie w Janie – najbardziej jesteśmy podobni do Piotra. Jesteśmy ludźmi w drodze. Jesteśmy tymi, którzy są słabi, którzy się bardzo często opierają o samych siebie. Nie chcemy wchodzić w krzyż, w doświadczenia, których nie rozumiemy. Chcemy Jezusa zatrzymać dla siebie. Chcemy by zawszy był to Jezus uwielbiony, a nigdy to Jezus prześladowany, odrzucany; chcemy, żeby zawsze to był Jezus sukcesu, a nigdy Jezus porażek, przegranych, odrzucenia.
Przeżywamy Wielki Tydzień. W tym czasie musimy zobaczyć najpierw naszą rzeczywistość, abyśmy mogli przyjąć moc Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego. I dlatego ten tydzień zaprasza nas do głębokiej medytacji, do głębokiej modlitwy i czuwania, byśmy nie ulegli pokusie, tak jak uległ pokusie rozpaczy Judasz; byśmy nie ulegli pokusie, gdy przyjdzie nasza godzina. Może to będzie w tym roku choroba, śmierć bliskiej osoby; może to będzie zdrada przyjaciela; może to będzie działanie pewnych ludzi, którzy chcą nas skompromitować – byśmy nie ulegli pokusie. Oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do Serca Jezusa, który kocha; oby ten Wielki Tydzień upodobnił nasze serca do serca Jana, Apostoła, który rozważa słowo Boga i dlatego jest mocny, i dlatego nie ulegnie pokusie słabości, dlatego stanie pod krzyżem i będzie jednym z pierwszych uczniów, którzy doświadczą mocy zmartwychwstania, będzie wielkim Apostołem miłości. Obyśmy mogli przyjąć Bożą miłość, obyśmy ją zrozumieli, byśmy zrealizowali naszą chrześcijańską misję wobec świata. Mówi do nas dzisiaj Bóg przez proroka Izajasza: “Ustanowię cię światłością dla pogan, aby Moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”. Obyśmy mogli być taką światłością, jak Apostołowie po zmartwychwstaniu, po Zesłaniu Ducha Świętego, ale najpierw musimy zobaczyć gdzie jest nasze serce i jaka jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Do tego zaprasza nas misterium paschalne – celebracja liturgii Wielkiego Tygodnia. Wejdźmy w nią z wiarą. AMEN.


marca 27, 2018

Zamyślenia wielkopostne - Trzy postawy

marca 27, 2018

Zamyślenia wielkopostne - Trzy postawy

Wielki Wtorek

 


Zapowiedź zdrady Judasza i zaparcia się Piotra


Słowa Ewangelii według Świętego Jana
W czasie wieczerzy z uczniami Jezus wzruszył się do głębi i tak oświadczył: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie wyda». Spoglądali uczniowie jeden na drugiego, niepewni, o kim mówi. Jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: «Kto to jest? O kim mówi?» Ten, oparłszy się zaraz na piersi Jezusa, rzekł do Niego: «Panie, któż to jest?» Jezus odparł: «To ten, dla którego umoczę kawałek chleba i podam mu». Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wstąpił w niego Szatan. Jezus zaś rzekł do niego: «Co masz uczynić, czyń prędzej!» Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: «Zakup, czego nam potrzeba na święto», albo żeby dał coś ubogim. On więc po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: «Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie». Rzekł do Niego Szymon Piotr: «Panie, dokąd idziesz?» Odpowiedział Mu Jezus: «Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz». Powiedział Mu Piotr: «Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie». Odpowiedział Jezus: «Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym



Wkroczyliśmy w Wielki Tydzień zbawczej męki, śmieci, a nade wszystko chwalebnego zmartwychwstania Pana Jezusa Chrystusa. Wydarzenia, które wtedy miały miejsce, na trwałe odmieniły losy człowieka. Wypadki, które następowały po sobie w lawinowym tempie, odcisnęły swoje piętno w dziejach ludz­kości. Oto Bóg oddał swoje życie za człowieka. Oto Stwórca posłał na krzyż swego Jednorodzonego Syna, aby odkupić rodzaj ludzki. Oto najdroższa Krew Jezusa Chrystusa zmyła z du­szy człowieczej pradawną winę.
To, co przed wiekami, za czasów Poncjusza Piłata, dokonało się w Jerozolimie, jest doskonałym dowodem miłości Trójjedynego Boga do człowieka. Lecz człowiek - jak to człowiek - w różny spo­sób odpowiada na tę doskonałą miłość. Człowiek - jak to człowiek - różnie przyjmuje do swego serca prawdę o tym, iż dla swego Stwórcy jest kimś jedynym i wyjątkowym. Człowiek - jak to czło­wiek - pozostaje wierny, ale miewa też chwile słabości i stać go na zdradę swego Zbawiciela.
Te trzy jakże różne, lecz zarazem jakże ludzkie postawy wi­doczne są podczas ostatniej wieczerzy. Spośród grona Dwunastu przypatrzmy się dziś trzem uczniom Mistrza z Nazaretu, którzy wydają się pierwszoplanowymi aktorami scen męki i śmierci Syna Bożego. W ich zachowaniu i czynach jak w soczewce sku­pia się natura ludzka. Złożona, zadziwiająca, przewrotna, a za­razem zdolna do refleksji, wierności i uznania swych win.
Najpierw chciejmy przyjrzeć się Janowi, umiłowanemu ucz­niowi Pana Jezusa. To on spoczywał na piersi Chrystusa podczas ostatniej wieczerzy. Jego Zbawiciel najbardziej miłował. W nim też widział najczystszą, najwierniejszą miłość. Siła miłości Jana do Pana Jezusa okaże się potężniejsza niż ułomności ciała i strach przed niebezpieczeństwem. To Jan - mimo iż był najmłodszy z grona apostołów - pozostanie do końca wierny swemu Mi­strzowi. Pójdzie za Jezusem drogą krzyżową i stanie pod krzyżem. Miłość do Jezusa zwycięży strach przed własną śmiercią. Pokona lęki i obawy. Zmotywuje się do wierności mimo wszystko i mimo wszystkim. Nawet kiedy wszyscy inni apostołowie - zatrwożeni o swoje życie - uciekną, Jan pozostanie wierny.
Drugą, nie mniej ważną postacią dramatu męki Pańskiej, jest Piotr. Silny i stanowczy rybak, który ma w przyszłości stać się skałą, na której Jezus zbuduje swój Kościół. Kefas, który był świadkiem najważniejszych cudów dokonanych przez Syna Bo­żego, jak i Jego przemienienia na górze Tabor. Ten, który stał na czele Dwunastu, usytuowany tam przez Pana Jezusa. Gorliwym sercem zapewniał o swej wierności Mistrzowi: „Życie moje od­dam za Ciebie” (J 13,37). Lecz te deklaracje nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistym niebezpieczeństwem. „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz” (J 13,38). I tak się stało. Piotr, widząc krwawe przesłuchanie Jezusa, wyparł się Syna Bożego. Lęk o własne życie okaże się silniejszy. Lecz na­tychmiast przyjdzie opamiętanie i refleksja. Spoglądając w umę­czone oczy Chrystusa, zapłacze nad swoją zdradą. Piotr wycią­gnie wnioski ze swej porażki. Pytany później przez Zmartwych­wstałego: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” (J 21,15), odpowie zdecydowanie i z rozmysłem: „Pa­nie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,17). Do końca życia pozostanie wierny temu wyznaniu i odda życie za swego Pana i Boga w Rzymie.
Lecz dramat męki Pańskiej kryje w sobie jeszcze jednego bo­hatera. Jego imię po wsze czasy stanie się synonimem zdrajcy, nik­czemnika i niegodziwca. Judasz, obdarzony zaufaniem Pana Je­zusa i pozostałych apostołów, opiekował się pieniędzmi wspól­noty. Doświadczył miłości Chrystusowej. Widział cuda i znaki Syna Bożego. Lecz nie mógł zaakceptować, iż miłość kosztuje.
Buntował się na samą myśl, iż trzeba będzie ponieść ofiarę za wier­ność Panu. Oczekiwał od Jezusa spokojnego, dostatniego i szczę­śliwego życia. Kiedy zaś okazało się, że pójście za Zbawicielem domaga się ofiary i porzucenia wygodnego życia, zdradził. Jezus o tym wiedział. Dlatego zapowiedział Dwunastu: „Zaprawdę, za­prawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi” (J 13,21). Zbawiciel nie zmienił swej nauki, aby nie stracić Judasza. Syn Boży pozostał wierny prawdzie. Judaszowi zaś pozostawił wolny wybór: „Co chcesz czynić, czyń prędzej!” (J 13,27). Ten zaś zdra­dził, a potem nie potrafił przyjąć przebaczającego miłosierdzia Bo­żego, nie potrafił przebaczyć samemu sobie. Dlatego odebrał sobie życia i zatracił swoją duszę w piekle.
Odpowiedzmy sobie sami, w której z tych postaci dostrze­gamy samych siebie. Jestem Janem, Piotrem czy Judaszem? Czy stać mnie na wierność miłości Boga, na żal za swe upadki i na­wrócenia, czy może tylko na zatwardziałość i pychę? Każdy z nas może być jednym z nich. Każdy z nas zdolny jest do powielenia zachowania jednego z nich. Bądźmy więc wierni jak Jan, kiedy trzeba płaczmy nad swym grzechem jak Piotr. Nade wszystko zaś uważajmy, by nie pójść drogą Judasza!


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger