stycznia 25, 2020

3. Niedziela Zwykła (A) – Światło Chrystusa

stycznia 25, 2020

3. Niedziela Zwykła (A) – Światło Chrystusa
Najmilsi! Pozwólmy na chwilę uciszyć się naszej myśli w Bo­gu. Otwórzmy serca na światło łaski. Niech odejdzie całotygod­niowe zabieganie i rozterki. Niech Boża mądrość zstąpi na nas jak pokój i światło. Słuchajmy nauki zawartej w tekstach, które dzisiaj przyniosła liturgia.
Naród kroczący w ciemności ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele” (Iz 9, 4–2). Tak widzi prorok świat po Bożym Narodzeniu. Światło, które wzeszło nad życiem ludzi – Jezus Chrystus obecny z nami. Jego bliskość daje odwagę i umac­nia. Jego nauka powoli rozświetla nawet najtrudniejsze, mrocz­ne zakamarki życia. W innym świetle stawia przed człowiekiem życie doczesne, mrok przemijania. W nowym świetle pozwala ocenić cierpienie, inaczej rozumieć umieranie. Ogłasza wieczność, zmartwychwstanie, niebo. Wyznacza inne wymiary tego, co war­te wysiłku, i tego, co jest złudzeniem w życiu człowieka. To światło – Jezus Chrystus, jeżeli przyjęte, stanie się ciepłem codziennego życia, odwagą rodzin, mądrością ustaw i praw na­rodów.
A światło nie przyjęte? „Naród kroczący w ciemności” – jak­by prorok ostrzegał przed kroczeniem po ciemnych drogach świa­ta. Jakże obrazowe określenie. Prawie człowiek widzi szeregi lu­dzi, kolejne lata, uporządkowane etapy 1956, 1970..., ale w ciemności. Krocząc w ciemności, łatwo wzajemnie siebie podep­tać. Ciemność może przesłonić cel drogi. Ciemność stwarza pozo­ry bezkarności, Ciemność pozwala nie widzieć rozpaczy w cu­dzych oczach. Ta szczególna ciemność, która oznacza pozostanie poza Chrystusem, dotyczy pogrążenia duszy, która rodzi cierpkie owoce opuszczenia. Mówi się czasem o ludziach, że z ich wejściem pojawia się światło, i mówi się o takich, którzy samym poja­wieniem się (przynoszą mrok. W relacjach o świętych – nie tylko tych wyniesionych na otłarze – powtarzają się opinie, że z nimi przychodziła jakaś poświata pokoju i mądrości, jak­by zatrzymana ze świateł wieczernika. Mówiąc o ludziach którzy nas opuścili wspominamy, że odeszło z nimi dobre ciepło co­dzienności, a o innych wspominamy ze smutkiem, bo żal, że godziny nieśli chłodne i nie tęskne. Tak chyba pomyślą kiedyś o każdym z nas. Może zatęsknią za dobrem, albo przejdą prę­dziutko do milszych myśli.
Ale, czytając dalej tekst liturgiczny, uczymy się, że światło – Jezus Chrystus – nie tylko dzieli się blaskiem dobra i mą­drości, ale daje więcej, przychodzi, aby pomnożyć radość i zwięk­szyć wesele. Czasem tekst święty, aż zaskakuje takim serdecz­nym sformułowaniem, żeby aż troska o radość, o wesele. A jednak tak. Przypomina słuchaczom, że przeżycie Ewangelii może być źródłem i warunkiem rzeczywistego wesela i optymizmu. Powie nawet, że w pewnym sensie sprawdzianem autentyczności religii jest optymizm w odczytaniu historii stworzenia. Może war­to, aby myśleli o tym fakcie ludzie religijni, których przeży­wianie wiary jest solidne, obowiązkowe, ale smutne. Nawet nie dlatego, że ból, choroba, opuszczenia, ale samo przeżycie praktyk posmutniaiło. Nie, nie chodzi o szczebiot, który bywa bliższy bezmyślności niż Ewangelii, ale o ten głęboki optymizm życia, któ­ry wie komu ufa i do kogo należy.
Rzeczywiście, aż dziwi, że można tak bez radości wierzyć w niebo, w szczęście wieczne, że nikt nie odgadnie prawdziwych treści tych rzeczywistości. Można tak bez nadziei, bez wiary w spełnienie się słowa, tak trzepotać się w strachu i niepew­ności ze wszystkimi, którzy wiary nie mają, że nikt nie będzie pragnął Dobrej Nowiny, która jest mocą życia. Czy dotyczy to nawet naszego czasu? Naszych zagrożeń, które zawisły, jak ja­strzębie, nad spłoszonym światem? Przede wszystkim właśnie ta­kich trudnych dziejów. Nic dziwnego, że św. Paweł, znawca mro­ków ludzkich, wręcz zaklina, abyśmy weszli wspólnie, ludzie od­kupieni, ludzie Chrystusowi – w światło. Abyście się nie roz­proszyli za światłami pozornymi, za iskrami, które wzlatują cza­sami z ogniska, i mogą nawet na tle czarnego nieba wydawać się prawdziwym światem, nawet czasem wyraźniejsze i pięk­niejsze od samego źródła światła i ciepła, ale pozostaną tylko ulotnym śladem, po którym zostanie rozczarowanie. Nie rozbie­gnijcie się, jak to określi tekst listu Pawiowego za Apollosem, Kefasem, czy Pawłem, bo jeden jest – Chrystus, a podziały są dziełem szatana,, ojca wszelkich podziałów, waśni i poróżnień.
Czyż karty historii nie dostarczają dosyć świadectw oderwa­nych iskier, wspólnot, grup, które jakiś czas żyją jeszcze ciep­łem macierzystego ogniska, a potem umierają i rozwiewa je wiatr. Czyż księgi kultur, wierzeń i dzieje myślicieli nie są dostatecznie wielkim cmentarzem błędnych świateł i gasnących zbawców świata. Jakże więc należy ocenić te chwile, gdy światło Boże przychodzi do nas w modlitwie, w Eucharystii, w mądrej księdze, w świątecznym nastroju liturgii, w natchnieniu ekume­nicznej jedności w Duchu Świętym. Przecież we wszystkich mie­szka Chrystus. Przecież wszyscy zostali odkupieni przez krzyż i zmartwychwstanie. I cóż, że różnica zajmowanych stanowisk? Że rozmaitość funkcji? Że z rozmaitych dzielnic i stron świata? We wszystkich oczach ludzi ten sam niepokój; we wszystkich duszach te same rozterki. To samo zalęknione myślenie o dniu jutrzejszym. Te same słowa mówią matki na całej kuli ziem­skiej. Nie dziwmy się, że ten światowy mrok skłócenia i po­działów, zapomnianej miłości Boga i tragicznej rozterki człowieka staje się niepokojem liturgii.
Nie dziwimy się, że w trzecim czytaniu, liturgia przywoła nas do światła, bliżej, prawdziwie, teraz. Wywoła nas tym imie­niem, które stało się symbolem: Piotrze! Człowieku-opoko, czło­wieku, który jesteś treścią świata; człowieku, który masz być rękami tworzenia, a nie zguby; człowieku mojego umiłowania – pójdź za mną, aby ludziom dać nadzieję. W Ewangelii obrazek, jak narysowany ołówkiem dziecka. Piotr zostawia sieci, poznaje Jezusa, idzie za Nim. A przecież iść za Nim oznacza tak wiele. Odważyć się zostawić zawód, opuścić znajomy dom, zmienić bez­pieczną neutralność na ryzyko dania świadectwa. Dlaczego Apo­stoł idzie? Życie odpowie za niego: aby narody kroczące w ciem­ności i mroku, aby ludzie zgubieni w domysłach, aby odrzuceni przez świat, abyśmy wszyscy mogli dzisiaj usłyszeć Jezusa Chrystusa, światło i życie nasze.
Dlaczego dłużej zatrzymaliśmy się nad tymi tekstami? Mija kolejny tydzień po Bożym Narodzeniu. Mieliśmy wynieść z tych dni światło. Czy nie byłoby żal, gdyby to wszystko przebiegło jak promień światła przez szybę, w której nic go nie zatrzyma? Dlaczego dłużej? Trwa w naszej ojczyźnie tydzień modlitwy o jedność chrześcijan; żeby nie stracić światła natchnień, świętych myśli i zbawczego nastroju. Aby rozpędzone wiatrem życia i noc­nych burz, dzieci Boże, poznały światło, które ich zrodziło i do którego należą.
Boże spraw, aby ten człowiek, który słyszy Jezusowe słowo, stał się światłem dla mroku swojego domu, swojego szpitala, swo­jej pracy, aby nad mieszkańcami kraju mroków – od Tatr do Bałtyku – zabłysło światło, radość i wesele. Amen.


grudnia 07, 2019

Homilia na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia – Niepokalana wzorem świętości

grudnia 07, 2019

Homilia na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia – Niepokalana wzorem świętości
Ojciec Święty Jan Paweł II w czasie pielgrzymki do ojczyzny, w Starym Sączu – w 1999 roku - mówił że, święci nie przemijają, żyją świętymi i pragną świętości. Jeśli tak, to na drodze do świętości potrzebują wzorów oraz źródeł siły. Dzisiejsza Liturgia ukazuje nam najwyższy po Bogu Ojcu i Chrystusie wzór świętości - Maryję - Niepokalanie Poczętą. W pierwszym czytaniu dzisiejszej Mszy Świętej ukazana jest Ona, jako Ta, która zwycięży źródło grzechu – Szatana: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie, a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo Jej: Ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15). Nato­miast w Liście do Efezjan Św. Paweł napisał: „...byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu, my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie” (Ef 1,11-12). Jeśli w Chrystusie, to również w Maryi, która nie tylko ukazuje nam ideał świętości, ale wyprasza łaskę potrzebną do jego osiągnięcia. Zarówno dawni święci: Kinga, Jan z Dukli, jak i współcześni: Maksymilian Kolbe, Edmund Bojanowski, byli wielkimi czcicielami Maryi.
Pierwsi rodzice w Raju, nie potrafili radykalnie zerwać z grzechem. Wprawdzie nie chcieli odrzucać Boga, ale też nie chcieli do końca zachować Jego woli. Wśród katolików najwięcej jest ludzi przeciętnych, którzy wprawdzie nie chcą świadomie odrzucać Boga i teoretycznie Go przyjmują, jednak selekcjonują Jego przykazania, dzielą je na łatwe i trudne, trudne odrzucają, a łatwe zachowują. Ojciec Święty Jan Paweł II, w czasie ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny przypomniał najtrudniej­sze przykazania: miłości Boga i bliźniego oraz najtrudniejsze wyma­gania Chrystusa z Kazania na Górze: „Błogosławieni ubodzy duchem”(Mt 5,3); „Błogosławieni czystego serca” (Mt 5,8). To ostatnie Błogosławieństwo odnosi się szczególnie do Matki Najświętszej, w tajemnicy Jej Niepokalanego Poczęcia. Przemawiając w Sandomierzu Ojciec Święty przestrzegał, zwłaszcza młodzież, przed zagubieniem tego ważnego elementu świętości, jakim jest czystość: „Nie lękajcie się żyć wbrew obiegowym opiniom i sprzecznym z Bożym Prawem propo­zycjom. Odwaga wiary wiele kosztuje, ale Wy nie możecie przegrać miłości! Nie dajcie się zniewolić! Nie dajcie się uwieść ułudom szczęścia, za które musielibyście zapłacić zbyt wielką cenę, cenę nieuleczalnych często zranień lub nawet złamanego życia własnego i cudzego!”. Ileż ludzkich dramatów bierze się stąd, że często szukamy szczęścia na drodze grzechu, a nie na drodze czystości. I odwrotnie ile szczęścia, radości, pokoju ducha, spokoju sumienia płynie z zachowania przyka­zań: „Nie cudzołóż”, „Nie pożądaj żony bliźniego twego” i z uwierzenia, że ludzie czystego serca są naprawdę „Błogosławieni", a więc szczęśliwi. Dzisiejsza Uroczystość niech będzie okazją do konfrontacji naszego życia z życiem Maryi Niepokalanej.
W życiu Matki Najświętszej widzimy nie tylko radykalne zerwanie z grzechem: była wolna od grzechu pierworodnego, nie popełniła żadnego grzechu osobistego. Wolność od grzechu jest fundamentem świętości. Jednak budując dom, nie można poprzestać na fundamencie, trzeba zbudować następne kondygnacje. Matka Najświętsza powie­działa: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego” (Łk 1,38). Przez całe życie, w najdrobniejszych szczegółach, w każdej dziedzinie życia, była wierna Bogu. Ojciec Święty często wskazuje na Maryję, jako wzór wierności w rzeczach małych.
Błogosławiony Roman Sitko, został wyniesiony na ołtarze nie tylko dlatego, że poniósł śmierć męczeńską, ale również dlatego, że przez wiele lat był kapłanem według Serca Bożego: rozmodlonym, gorliwym, pokornym. Gdyby proces beatyfikacyjny wykazał, że takim nie był, nie zostałby włączony do grona męczenników, mimo że poniósł śmierć za wiarę. Matka Najświętsza udowodniła swoją świętość nie tylko przez to, że stała pod krzyżem, że cierpiała, i nie tylko przez to, że Jej serce było Niepokalane, ale również dlatego, że służyła z miłością Jezusowi, Józefowi, Elżbiecie. Błogosławiony Edmund Bojanowski nie był męczennikiem, ale czynami, wykazał heroizm miłości służąc zaniedba­nym wiejskim dzieciom. Maksymilian Kolbe został świętym, nie tyle dlatego, że umarł w bunkrze głodowym, ale dlatego, że przez całe życie był zafascynowany Maryją i pragnął się do Niej jak najpełniej upo­dobnić.
„Święci nie przemijają” - Kościół ukazuje nam również Maryję, jako Tę, której świętość nie przeminęła, nie zdezaktualizowała się. Początek trzeciego tysiąclecia to czas, w którym powinniśmy do perfekcji doprowadzić nasze chrześcijaństwo. Rekolekcje, które odbywają się w wielu parafiach, są okazją do postawienia sobie pytania: Czy jestem święty na miarę początku trzeciego tysiąclecia? Na ile potrafiłem skorzystać z tego ogromu łaski, które Chrystus przed dwoma tysiącami lat przyniósł na świat, które zostawił nam w Eucharystii, w Sakramencie Pokuty, które złożył w ręce Matki Najświętszej, jako pośredniczki wszelkich łask?
Wśród ludzi, których Święty Jan Paweł II wyniósł na ołtarze byli przedstawiciele różnych stanów i zawodów, ludzie młodzi i starsi, wykształceni i prości. Matka Najświętsza była również prostą dziewczyną izraelską. Sobór Watykański II przypomniał to, co już wcześniej mówił św. Filip Neri, czy św. Franciszek Salezy, że świętość jest nie tylko dla kapłanów, zakonników i zakonnic, że świętość jest prawem i obowiązkiem każdego. Bóg Ojciec wybierając Maryję na matkę swojego Syna, nie zastosował w tym wyborze takich kryteriów, jak bogactwo, czy wykształcenie. Księżna Kinga, szlachcic Edmund Bojanowski i służąca Aniela Salawa, to bardzo pocieszające zestawienie. Mówi nam ono, że świętość nie jest przywilejem książąt, czy szlachty, jest dostępna dla wszystkich. Dzisiaj ludzie narzekają często na niesprawiedliwość, nierówny start, nierówne szansa na życiową karierę. Powinniśmy tym bardziej być wdzięczni Chrystusowi, że świętości nie zarezerwował dla elit intelektualnych, finansowych, czy innych.
Starajmy się wyjść dzisiaj z tej świątyni ze szczerym postano­wieniem „zakwitnięcia tam, gdzie posiała nas ręka Boża". Nie czekajmy na nastanie bardziej sprzyjających warunków do tego, aby się uświęcić. Świętość bowiem to taka roślina, która wschodzi i zakwita niezależnie od gleby, i która jest możliwa wszędzie.


listopada 28, 2019

1. Niedziela Adwentu (A) – Godzina powstania ze snu

listopada 28, 2019

1. Niedziela Adwentu (A) – Godzina powstania ze snu
Ukochani bracia i siostry! Kościół, który tydzień temu doprowadził nas do rozważania o potędze Chrystusa – Króla Wszechświata, pragnie wszystkich ludzi poddać temu królowaniu – mocnemu, a zarazem łagodne­mu. Bo królestwo Boże, jak mówił niezapomnianej pamięci słu­ga Kościoła, Prymas Stefan Kardynał Wyszyński, „to jest Kró­lestwo, które »trzyma ręce przy sobie«, a jeżeli wyciąga do kogoś dłoń, to tylko jako przejaw wewnętrznej przyjaźni, życzliwości, miłości braterskiej i oddania”. Takiego „uładzeni” rzeczywistości, o którą potyka się człowiek, chce Chrystus, a za Nim Jego Ko­ściół. Takiej uczy harmonii, która w imię Boga otwiera człowie­ka przed człowiekiem – i w imię dobra człowieka każe człowiekowi otworzyć serce przed Bogiem.
Moi drodzy! Znamy dobrze sens tej nauki o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, znamy też wysiłki Kościoła, który nam Chrystus przybli­ża i głosi, ale znamy również swoją niekonsekwencję, słabość i grzech. To, co ma być tak bliskie nas – Królestwo sprawie­dliwości, świętości, prawdy i pokoju – przez nas samych jest spychane na potem, na jutro. Zagubi się nam czasem w pielgrzy­mim ziemskim trudzie sens życia, osłabnie wiara i siły, zabłądzi gdzieś miłość. Dobrze wtedy przypomnieć sobie, że jest możliwość rozpoczęcia wszystkiego od początku.
Człowiek, jak dobry gospodarz, musi znać porę żniw i czas zasiewu. W tym nieustannym cyklu Bożego siania w sercu i du­szy człowieka, w wytężonym trudzie człowieczym, jest czas doj­rzewania do Królestwa obiecanego nam przy chrzcie św. Wezwany do świętości człowiek pozostanie w pewnym sensie zawsze spę­kaną, zeschłą ziemią, łaknącą Bożego zmiłowania, jak wody. Dla­tego Kościół wszystkim obwieszcza dziś na nowo czas Adwentu. Jeszcze raz można zacząć od początku; jeszcze raz usłyszeć czy­tane dziś słowa: „Teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” (Rz 13, 11).
Kościół, jak matka znająca zbyt dobrze swoje dzieci, zawsze w czasie Adwentu wołał mocno głosem proroków Starego Testa­mentu, głosem Jana Chrzciciela i wreszcie głosem samego Bożego Syna – Chrystusa. Tegoroczny Adwent woła do nas – drodzy bracia i siostry - wyjątkowo mocnym głosem: Idźcie i głoście. Co to oznacza? Oznacza to wezwanie do działania, do mówienia swoim życiem o wielkich dziełach Bożych, o tym co Bóg w Jezusie Chrystusie dokonał i wciąż dokonuje. Idźcie i głoście. Przyjrzyjmy się temu wołaniu Kościoła w dzisiejszych czytaniach mszalnych pierwszej niedzieli Adwentu.
Najpierw Ewangelia. Stawia nam za wzór Noego – człowieka wielkiej czujności. Nikt z jego otoczenia nie przewidywał ta­kiego rozwoju wydarzeń, nikt nie przeczuwał najmniejszego nawet niebezpieczeństwa. Wszyscy postronni obserwatorzy byli go skłon­ni posądzić raczej o szaleństwo – morza nie ma, wody nie ma – a on buduje arkę. Jednakże przyszedł potop i wygubił wszystkich. Ocalał Noe, ten pozornie szalony człowiek, płynący w arce ze swoją rodziną i dobytkiem. Odległy to dla nas w czasie przy­kład, ale ważny, bo stawia go nam wyraźnie i przybliża sam Chry­stus Pan mówiąc, że z Jego przyjściem będzie podobnie. Dla wie­lu przybędzie zbyt szybko, jak wody potopu. Dziś może dokład­niej niż kiedykolwiek widzimy, że potrzeba ludzi tak mocnych i czujnych, jak Noe. Moi drodzy - w tym szalejącym świecie zbudować arkę – to jest zadanie najpierwsze. Jak Noe, być czujnym i uwierzyć Bogu, że może jeszcze ocalić wszystko, co jest konieczne do życia człowieka. W tym miejscu Kościół musi wołać głośno, jak czyni­li to prorocy. Musi wołać wtedy, gdy krzywda się dzieje czło­wiekowi; gdy człowiek działa sam wbrew sobie przez podeptanie praw moralnych lub gdy poniewierany jest przez drugich. Musi wołać, gdy krzywda się dzieje najbardziej bezbronnym, bo jeszcze nienarodzonym; woła i wtedy, gdy gwałt jest zadawany przez nieludzkie warunki małżeństwu i rodzinie. Nade wszystko zaś musi wołać, gdy w zatraceniu i szaleństwie, w pogoni za ziem­ską wyłącznie stroną życia, człowiek nie chce słuchać głosu Boga. Czym trudniejsze są czasy dla pełnego rozwoju człowieka – jako wolnego dziecka Bożego i to pod każdą szerokością geograficzną, tym natarczywsze jest i będzie wołanie Kościoła, który musi speł­nić swoje zadanie do końca. Stąd się bierze w całej rozciągłości obrona uciśnionych, prześladowanych, głodnych, pozbawionych wol­ności, cierpiących z powodu łamania sumień i kupowania duszy za marne srebrniki. Stąd dzisiejsze wołanie liturgii Kościoła: „Te­raz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” (Rz 13, 11).
Tak też niech będzie i u nas, w naszym polskim domu, który chcemy ocalić, jak arkę, na wzburzonych falach losu.
Tu, u nas, wtedy silnym był człowiek, gdy silna i zdrowa by­ła rodzina. Matka zasłaniająca troskliwym sercem i ojciec o moc­nych dłoniach do pracy i obrony. Rodzina Bogiem silna, ze­spolona modlitwą. Tylko dzięki takiej rodzinie ostaliśmy się w la­tach niewoli i okupacji, tylko w takim domu można uratować czło­wieka. Jeśli więc pod taki dom podchodzi złodziej, by kraść, to czuwaj i nie pozwól włamać się do twego domu! Taki jest język Ewangelii i Kościoła stającego w pierwszej linii obrony ludzkich wartości. To jest adwentowe wołanie, wyjęte z Ewangelii dzisiej­szej.
Takim samym torem idzie prorok Izajasz i apostoł Paweł, któ­ry do rozważań zostawił nam pełne treści zdanie: „Teraz nade­szła dla was godzina powstania ze snu" (Rz 13, 11). Apostoł dalej podaje katalog występków takich jak: pijaństwo, rozwiązłość, kłót­nia, zazdrość, wskazując wyraźnie, że w tych sprawach już nie tylko poszczególnym ludziom, ale całym społeczeństwom trzeba przebudzenia. Cóż więcej w tym miejscu do dodania, nad to co zachowało się w Didache – Nauce Dwunastu Apostołów z przeło­mu I i II w.: „Na nic się zda cały czas waszej wiary, jeśli nie będziecie doskonali w ostatniej godzinie”.
Drogi bracie i siostro! Niech nas ten Adwent przebudzi i pobudzi cię do ewangelizacji, i pozwoli wymazać z reje­stru grzechów choćby jeden. Lekcją powstania ze snu są np. na­bożeństwa, podczas których składane są masowo zobowiązania okresowego albo całkowitego wyrzeczenia się alkoholu. Człowiek trzeźwy, przebudzony, nie będzie się chwytał tego, co nietrwałe. Będzie widział daleko i szeroko, jak Izajasz w pierwszym czytaniu, górę świątyni Jahwe – Pana, to znaczy dostrzeże znak zbawienia – Chrystusa. I dopiero wtedy nastanie to, co opi­suje dziś prorok: Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny ... przekują miecze na lemiesze, włócznie na sierpy (Iz 2, 4). Jeśli tylko dostrzegą Chrystusa i przychodzący w Nim ratunek.
Moi drodzy! Nie dajmy się zastraszyć wieściami o przewrotach, wojnach i zbrojeniach z tej, czy tamtej strony, których tak wiele... Nie bądźmy podobni do ludzi siedzących już na ruinach, którzy niczego z wydarzeń nau­czyć się nie mogą. Chrystus przyszedł naprawdę i jedynie w Nim jest ocalenie! Wierzysz w to?



września 01, 2019

22. Niedziela Zwykła (Rok C) – Aby stawać się człowiekiem

września 01, 2019

22. Niedziela Zwykła (Rok C) – Aby stawać się człowiekiem
Ukochani Bracia i Siostry! Wakacje się kończą, a słoneczne były jak rzadko i krótkie jak zawsze. Tak wiele wydarzeń dał nam przeżyć Pan: Ojciec św. był wśród nas, pola nam zbożem obrodziły, sejm się namozolił i ustaw nam wiele dostarczył, sportowcy zło­to przywieźli, a pielgrzymów na Jasną Górę doszło pieszo tyle tysięcy, że trudno policzyć; rolnicy przynieśli do kościoła najurodziwsze kłosy, pierwsze owoce i polskie kwiaty Matce Boskiej Zielnej.
Cudowny jest Pan Bóg, że czas nam podzielił na wakacje i rok nauki, na miesiące pracy i oczekiwania na urlopy; a wszyst­ko to po to, aby człowiek łatwiej sobie lata liczył i z każdym rokiem stawał się lepszym człowiekiem. My wszyscy przez Ojca Stwórcę jesteśmy powołani, aby przez dane nam życie kształto­wać swoje człowieczeństwo, na wzór Ojca, który jest doskonały. Sam Bóg stawszy się Człowiekiem nie tylko ukazał nam piękno człowieka, ale nauczył nas jak kształtować w sobie wewnętrz­nego człowieka. Piękno człowieka nie polega tylko na zewnętrz­nym wyglądzie, ale na pięknie ukształtowanej osobowości, na pięknie jego serca.
Można przecież wyhodować okazowe egzemplarze ludzkie, z harmonijnymi proporcjami ciała, z doskonałymi manierami, z per­fekcyjną sprawnością ciała, ale zawsze będziemy pytać, jaki to jest człowiek? Z uznaniem oglądamy gwiazdy filmowe, laurea­tów wszelkich konkursów, medalistów sportowych, mężów sta­nu, ale znów pytamy: na ile on jest człowiekiem?
W ostatnie niedziele zaskakuje nas Pan Jezus swymi naukami wobec faryzeuszów. Przecież to ludzie wykształceni, elita ówcze­snego społeczeństwa; a jednak wobec nich Pan Jezus mówi tak mocno, że aż dziwne, iż mówi to Dobry Nauczyciel. Dlaczego ich tak zaczepia? Przecież mają dobre maniery, są wykształce­ni, ubierają się pobożnie, a On do nich: groby pobielane! Na zewnątrz jesteście przyzwoici, a wewnątrz pełni zgnilizny, swoje kubki obmywacie z wierzchu, a w środku są pełne plugastwa. Unikacie nieczystych pokarmów, abyście się nie zabrudzili, a nie to paskudzi człowieka, co wychodzi na zewnątrz, lecz to, co po­chodzi z serca człowieka: pycha, nienawiść, cudzołóstwo, zazdrość – to czyni człowieka wstrętnym (Mt 23, 25–29). Mimo to Pan Jezus chodził do celników, rzymskich kolaborantów, był u Szymona – przewodniczącego faryzeuszów, a towarzysze Szy­mona Go podglądali. To filmowa prawie scena, gdy w tym to­warzystwie znalazła się Magdalena, która łzami obmywała sto­py Jezusa, ocierała je włosami, namaszczała drogim olejkiem (Łk 7, 37–49). A oni myśleli: gdyby On wiedział, kim ona jest? Wiedział. Wiedział, ale korzystając z tej sposobności poka­zał im, że są o wiele podlejszym gatunkiem niż ona. Patrz, Szy­monie – przyszedłem do twego domu, a ty mnie nie przywi­tałeś, a ona – odkąd weszła – całuje moje stopy. Nie dałeś mi sposobności, abym obmył ręce, a ona łzami stopy Mi obmyła. Nie namaściłeś Mi głowy, a ona stopy moje namaszcza (Łk 7, 44–47). No i cóż, wielki człowieku? Ona jest tylko jawnogrzesz­nicą i potrafi płakać, a ty zostałeś tylko chamowatym faryzeu­szem.
A dziś w Ewangelii: No i cóż panowie, tak się pchacie na pierwsze stołki? Te krzesła są nie dla was. Przyjdzie ktoś god­niejszy i każą ci przesiąść się na koniec, i będzie ci głupio wobec wszystkich biesiadników (Łk 14, 8–10). I cóż, kochany – słuchając tego wszystkiego powiesz: Ale ich Pan Jezus zrobił na szaro. Tak, ale to jest lekcja dla każdego z nas, On to do nas mówi.
Zaczyna się rok szkolny. Tyle milionów młodych ludzi roz­pocznie pracę nad kształtowaniem swego umysłu i swojego cha­rakteru. Wszyscy pragniemy, aby urosło nam pokolenie mądrych, pięknych ludzi, „nowych ludzi plemię, jakich dotąd nie widziano". W znalezieniu metody kształtowania pięknego człowieka niech nam pomogą trzy zdania:
– Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy poniósł szkodę? (Mt 16, 26). Po­śród was będzie inaczej: jeśli kto chce być wielkim, niech bę­dzie jako sługa (Mt 20, 26). To Pan Jezus.
– Beznadziejnym, ikarowym lotem byłby cały wysiłek kultury nowożytnej, gdyby przez nierozwagę straciła podporę tych skrzydeł, które przypiął jej geniusz kultury antycznej. To Boy-Żeleński.
– Najważniej­szym w wychowaniu socjalistycznego człowieka jest najpierw wychować człowieka. Gdybyśmy uczynili inaczej, mielibyśmy do czynienia z politycznie uświadomioną bestią. To Igor Neverly.
Dziś, gdy jest ostatnia niedziela wakacji, gdy rozpoczną się zajęcia w szkole, katechizacja, uczenie się w domu, my wszyscy: rodzice, nauczyciele, ksiądz, siostra katechetka, musimy sobie uczciwie odpowiedzieć, czy moim dzieciom każdą lekcją, każdym spotkaniem pomogłem, aby stały się lepsze? A je­śli nie pomogłem albo przeszkodziłem, to lepiej, żeby mi u szyi uwiesili kamień młyński i zanurzyli w głębinie morza. Tak, to bardzo wielka odpowiedzialność.
To niech ksiądz nam powie, jak te dzieci uczyć, aby nam dobrze urosły? Jestem księdzem i wiem dobrze o jednym: nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się modlił. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się spowiadał. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie nosił w sobie Chrystusa. A jeśli wszyst­ko to uczyni dobrze, to nie będzie stał na rynku cały dzień próż­nując z łatwym tłumaczeniem: nikt nas nie chciał nająć. To nie głupia panna, której braknie oliwy. Ludzie wychowani w szkole Ewangelii inaczej mówią, inaczej patrzą, inaczej chodzą, a choć­by grzechy mieli, to są dobrzy ludzie, bo potrafią płakać i zaczynać od nowa.
Więc cóż, kochani chrześcijaninie, powiedz mi: to dobrze, że my jesteś inny niż ten faryzejski, chamski motłoch. Oj, nie tak! Przyjdą inni ze wschodu i z zachodu, z północy i z połu­dnia i uprzedzą was do królestwa. To co mam księże robić? Bądź wobec siebie i wobec Boga prawdziwy, prawy, pokorny. Będzie nowy rok szkol­ny – wszystko stanie się nowe. I człowiek musi zacząć jeszcze raz od nowa, i tacy są chrześcijanie – każdego dnia stają się bardziej prawdziwi, lepsi, pokorniejsi. A pośród nas tyle taniego blichtru, tyle troski o fasadę, tyle dulszczyzny, konwenansów, ob­łudy, zakłamania, tyle chamskiego pchania się nawet w kolejce do nieba. To nie są chrześcijanie. Ci jeszcze nie zaczęli być ludź­mi. Chrześcijanin drugiemu poda rękę, w drodze pomoże, chle­bem się podzieli, miejsca ustąpi i stanie na końcu. Tacy są chrze­ścijanie, a idąc do nieba zmęczeni są jak żniwiarze.
Więc stanę kiedyś w drzwiach Twego nieba, Panie, i powiem: przyniosłem Ci po żniwach jak chłop spracowany najpiękniejsze kłosy i pierwsze owoce. Weź je, Panie, a kwiaty polskie – to dla Twojej Matki, naszej Pani Zielnej. I będzie niebo, a w nim sami piękni ludzie. Panie, a będzie tam dla mnie kawałek miejsca ? Tak, tylko teraz naucz się sia­dać na końcu, naucz się pokory.




września 01, 2019

22. Niedziela Zwykła (Rok C) – Ostatni będą pierwszymi

września 01, 2019

22. Niedziela Zwykła (Rok C) –  Ostatni będą pierwszymi
Umiłowani bracia i siostry! Kościół św. w dniu dzisiejszym chce nas nauczyć cnoty pokory. W pierwszym czytaniu mądrość Boża wskazuje nam drogę do prawdziwej wielkości, zasługującej na uznanie w oczach Boga i ludzi. A droga, która prowadzi do Boga, według św. Pawła, prowadzi przez Jezusa Chrystusa. Jest ona pewna, pod warunkiem, że będziemy Go naśladować we wszystkim.
W dzisiejszej Ewangelii Chrystus Pan nawiązuje do pewnego zdarzenia, które zaobserwował w swoim otoczeniu. „Wybierali so­bie pierwsze miejsca" (Łk 14, 7), a czynili to zapewne tak ener­gicznie, że nie uszło to uwagi Zbawiciela, i dlatego Jego nauka: bądź pokorny, zajmuj ostatnie miejsce, a ten który cię zaprosił będzie pamiętał o tobie i posadzi cię wyżej. „Każdy kto się wy­wyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony" (Łk 14, 11). Dochodzimy więc do sedna zagadnienia, które zostało przed nami postawione. Jest nim problem pokory. Pokora bowiem decyduje o wielkości człowieka. Już św. Franciszek z Asyżu, ten pokorny naśladowca Chrystusa powiedział: „Człowiek jest tym kim jest, i niczym więcej". Pokora bowiem nie urąga pragnieniu wielkości, poprzez którą człowiek chce utrwalić samego siebie, ale jest ona równowagą rozumu, który zna swoje miejsce, oraz ser­ca, które nie pragnie ponad miarę. To Bóg wyznaczył człowie­kowi miarę. Nie może on jej przekroczyć, bo wtedy zajmie cu­dze miejsce i może usłyszeć: Przyjacielu, przesiądź się niżej! (Łk 14, 9). Pycha jest przejawem głupoty. Burzy ona porządek, którego nie można burzyć bezkarnie. Na przełomie sierpnia i września, kiedy stajemy przed kolejną rocznicą straszliwej za­wieruchy wojennej, rozpętanej przez „nadludzi", owładniętych szatańską pychą panowania nad całym światem, wiemy do cze­go prowadzi zburzony porządek dany przez Boga! Człowiek, człowiekowi gotuje tak straszliwy los wówczas, kiedy obali porzą­dek wartości, zakodowany w jego sercu. Ileż krzywd wyrządziła bliźnim niepohamowana pogoń za bogactwem, za zdobywaniem w niegodziwy sposób zaszczytów i godności? Porządek oparty na subiektywnym prawie, bez liczenia się z prawem innych ludzi, a zwłaszcza z Bożym prawem, prowadzi nieuchronnie do groźnych konfliktów. Dlatego, boimy się ludzi, którym brak pokory! A lu­dzi naprawdę wielkich podziwamy za ich pokorę. To chyba dlatego wyrocznia delficka nazwała Sokratesa najmędrszym. Je­mu to przypisuje się słynne powiedzenie: „Wiem, że nic nie wiem..." To dlatego urzeka nas pokora, prawdziwa kultura bycia u ludzi naprawdę wielkich. Im więcej wiedzą, głębiej są prze­świadczeni, że wiele jeszcze im brakuje, stąd ta skromność i po­kora.
Drodzy bracia i siostry! Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Chry­stus Pan nie tylko mówił o wartości pokory, ale całym swoim życiem dawał przykład jak ją praktykować. Dlatego zwraca się do nas wszystkich: „Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i po­kornego serca" (Mt 11, 29). To wskazanie będzie miało zawsze wielu zwolenników. Nie można stać się świętym, dobrym czło­wiekiem, nie będąc pokornym. Porywającym przykładem wiel­kości i pokory jest Najświętsza Maryja Panna, pokorna Słu­żebnica Pańska. Włączyła się w zbawczy plan Ojca Niebieskiego z całą świadomością i pokorą. W domu Elżbiety wyśpiewa prze­piękny hymn „Magnificat" – „Wielbi dusza moja Pana", w któ­rym odda chwałę Panu ale też stwierdzi, że „odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż Pan wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy". Pyszniących się zamysłami serc swoich Bóg rozproszy, władców strąci z tronu, a bogatych z niczym od­prawi. Bóg, bowiem – mówi dalej Maryja – okaże moc swego ramienia tym, którzy się Go boją. Pokornych wywyższy i głod­nych nakarmi, bo Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie (Łk 1, 46–55). Wielkość niedościgła, ale zarazem pokora godna Matki Zbawiciela.
Tak będzie zawsze. Kiedy Matka Boża objawi się w La Salette dwojgu biednym dzieciom w dniu dziewiętnastym wrześ­nia 1846 r. – to całą swoją postawą i ubiorem, przypomni nam o tej zapomnianej cnocie, jaką jest skromność i pokora. Gdy stajemy na miejscu zjawienia w La Salette, 1800 metrów npm., w tej wspaniałej scenerii szczytów alpejskich, widzimy potęgę Stwórcy, a zarazem naszą małość. Wtedy przeżywa się prawdę wyznania poety: „Czymże jestem Panie, przed Twoim Obliczem – prochem i niczem" (A. Mickiewicz). W La Salette, w otoczeniu cudownej przyrody, padają ważkie słowa nawołujące ludzi do przestrzegania porządku wartości. Orędzie Matki Bożej z La Salette – powie później znany francuski pisarz Leon Bloy – jest wołaniem o powrót człowieka do ładu moralnego ustanowionego przez Boga!
Idąc za przykładem pokornej Służebnicy Pańskiej, wielu Polaków zdobyło szczyty świętości. Wspomnieć tu nam trzeba, choć­by św. Maksymiliana, męczennika z Oświęcimia, który w szkole Niepokalanej nauczył się, jak zwyciężać zło – dobrem i poko­rą. Na pewno spotkaliśmy ludzi szlachetnych, dobrych, którzy bezinteresownie świadczyli drugim dobro. Dobrych jak chleb, który wszystkim smakuje. Tak mówiono o św. Bracie Albercie, apostole dobroci. Spotkanie takich ludzi uważajmy za wielki dar Boży. Oni to czynią nasze życie bardziej znośnym i ludzkim. „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi" (Mt 30, 16). Jest w tym stwierdzeniu zawarta wielka mądrość Boża. Sprawiedliwy Ojciec Niebieski zadba, aby wszystkie krzywdy były naprawione, aby wszystkie nierówności były wyrównane, a wszystkie długi zwró­cone.
Drodzy bracia i siostry, zwłaszcza wy, którzy uważacie, że jesteście przez życie pokrzywdzeni, że nikt się Wami nie inte­resuje, że jesteście opuszczeni, słuchajcie co mówi nam Pan: „Ostatni będą pierwszymi". O nikim Pan nie zapomni! Błogosła­wieni jesteście, którzy dobrze czynicie, a wy – smutni, cierpią­cy, płaczący – będziecie pocieszeni.
Drodzy bracia i siostry! Za chwilę stanie wśród nas Chry­stus w Eucharystii. On niedościgły wzór miłości prosi nas, byś­my uczyli się od Niego, jak mamy być cisi i pokorni, by stać się wielkimi w oczach Bożych. Niech Najświętsza Maryja Panna, pokorna Służebnica Pańska dopomaga nam do zdobycia tych wiel­kich cnót: pokory, skromności i szlachetności, które sprawią, że życie w ojczyźnie naszej będzie pełne szczęścia i pokoju. Amen.


sierpnia 26, 2019

Na imieninach u Jasnogórskiej Pani.

sierpnia 26, 2019

Na imieninach u Jasnogórskiej Pani.
Przychodzimy dziś na imieniny do Jasnogórskiej Pani, bo wiemy jedno, że czego nie może uczynić człowiek, to może uczynić Boża Matka.
Już od zarania dziejów, kiedy człowiek utracił godność raju, upadającemu człowiekowi Bóg dał nadzieję: „...Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę”. I od zarania dziejów wszystkie niewiasty Izraela spodziewały się: może to właśnie ja będę Tą wybraną, która przyniesie światu Zbawiciela, Jezusa Chrystusa.
I, „gdy nadeszła pełnia czasów”, przed pokorną Niewiastą staje Wysłaniec i obwieszcza tę największą Dobą Nowinę: Bóg Ciebie wybiera, i Bóg chce, abyś przyniosła zbawienie poprzez Syna, Jezusa Chrystusa, Syna Boga. I Maryja od tego momentu rozpoznała misję, jaką Bóg Jej polecił – tak bardzo ukochała człowieka, że jest z nim przez cały czas.
Szczególnie mocno weszła Maryja w dzieje naszego Narodu. Pierwszy misjonarz, który przybył na ziemie Polski, przyniósł ze sobą krzyż, Ewangelię i Obraz Bożej Matki – Jej podobiznę, jak Jasnogórska Ikona, Matka, trzymająca na swym ręku Dziecko. I dziwi się cały świat, dlaczego my, Polacy, jesteśmy tak bardzo romantyczni? Jak mamy być nieromantyczni, skoro wpatrzyliśmy się w Matkę, trzymającą na swych ramionach Dziecko, a każda matka trzymająca na ręku dziecko jest bardzo romantyczna. I dlatego Polacy są bardzo romantyczni, bo wpatrzyli się w Obraz Jasnogórskiej Ikony. To właśnie z Jej podobizną idą przez swoje życie. Św. Jan Paweł II, kiedy przybył do naszej Ojczyzny po raz pierwszy, na wałach Jasnej Góry niemal wykrzyczał całemu światu, że jeżeli człowiek chce zrozumieć jakim rytmem bije serce Polaka, to musi przyłożyć ucho do Jasnej Góry, a usłyszy czuły szept modlitwy o miłość do Boga, o miłość do drugiego człowieka. To Ona buduje zręby polskości. To Ona nadaje kształt polskiemu ludzkiemu życiu. To Ona jednoczy wszystkich Polaków u swoich stóp na Jasnej Górze. Ona zawsze zwycięża, a dzięki Jej zwycięstwu, i zwycięstwu Jej Syna, zwycięża nasz Naród, każdy z nas.
Maryja nie jest jakąś uzurpatorką i nie chce żadnych hymnów bałwochwalczych, wielkich modlitw dla siebie – Jej radością jest, byśmy z Jej ręki wzięli Jezusa i postawili Go na pierwszym, poczesnym miejscu. To jest największa radość Jasnogórskiej Matki. I dlatego tak bardzo pragnie zgromadzić wszystkich Polaków u stóp Jasnej Góry. To z Nią zawsze zwyciężamy. To z Nią zwyciężaliśmy w naszej historii. Kiedy patrzymy w okres Polskiej historii, Ona zawsze pomagała, Ona zawsze pomaga. „Nigdym Ja ciebie Ludu nie rzuciła – pisze poetka – nigdym od ciebie nie odjęła lica. Jam po dawnemu twoja moc i siła, Bogurodzica”.
I dziś, kiedy przychodzimy na jej imieniny, przynosimy nasze serca, po to, by Ona dała nam Jezusa, by Ona w naszym życiu postawiła Go na poczesnym miejscu. Zawsze przegrywaliśmy, kiedy w naszym sercu nie było Chrystusa i Jego Matki. Pamiętamy czasy komunistyczne, bardzo trudne – czyniono wszystko, aby Polskie serce zapomniało o Matce Jasnogórskiej, kiedy wyszła ze swojego Grodu w kopii Obrazu Jasnogórskiego, aby popatrzyć w serca Polaków, aby popatrzyć w oczy swoich dzieci. I wtedy zajechano autami milicyjnymi, wyciągnięto ten Obraz, jak największą zbrodniarkę, zarzucono plandekami, obwiązano powrozami i zawieziono niemal do więzienia. A mówiono, że ten Obraz, to mit i legenda, wielka bujda. Czego oni się bali? Tych trzech desek ze sobą zbitych? Jaka to musi być moc i siła? Cesarscy żołnierze nazwali Ją „pierwszą rewolucjonistką”. Jakaż to musi być moc i jaka siła?
I dziś także uderzono w nas frontalnie, we wszelkich kierunkach: niszczy się nasze myślenie, niszczy się nasze serce, po to, żeby człowiek nie postawił Boga na pierwszym miejscu. Dziś, Maryja Jasnogórska, na nowo wskazuje każdemu z nas: Popatrz na Jezusa. To On ma moc, On ma siłę, byś ty był szczęśliwy. I czego nie może uczynić człowiek, to może uczynić Boża Matka. Dziś pragniemy podziękować Jasnogórskiej Pani, za Jej wstawiennictwo, obronę i pomoc, i dziś Ją prosimy: Ty na nowo bądź dla nas Matką, bądź dla nas Królową, prowadź nas do Jezusa. Niech się tak stanie. 



sierpnia 25, 2019

21. Niedziela Zwykła (Rok C) – Ciasne drzwi

sierpnia 25, 2019

21. Niedziela Zwykła (Rok C) – Ciasne drzwi
Kończą się, ale wciąż jeszcze trwają wakacje. Żyjemy na większym luzie. Wielu udało się nawet wyjechać. W telewizji pokazują nam jak obrodziły ogórki, że to niby taki ogórkowy sezon.
A w kościele przeczytano nam dziś teksty biblijne, które wcale nie relaksują. Pobudzają nas one do zastanowienia: jak to jest? Jeśli zba­wienie jest tak powszechne, że obejmie narody, o których nikt nie słyszał: Taraszisz, Put, Maszek i Rosz, Tubal i Jawan, dotrze nawet do wysp dalekich, to czemu Pan Jezus ostrzega nas, że drzwi do Królestwa Bożego są tak ciasne, iż wielu będzie chciało wejść, ale się nie zmieszczą.
A może są tacy, którzy wcale nawet próbować nie będą?
Kilka lat temu zamustrowałem się na frachtowiec ŁÓDŹ II jako pasażer i natychmiast zgłosiłem się u kapitana.
- Panie Kapitanie, jako pierwszemu po Bogu, melduje się sługa Boży. Kapitan łypnął na mnie okiem:
- Co takiego?
- Mam powtórzyć meldunek?
- Nie, usłyszałem. Mam rozumieć, że mamy księdza na pokładzie?
- Tak jest. I dlatego proszę o możliwość zorganizowania Mszy Św. w najbliższą niedzielę.
Kapitan się ucieszył. Polecił "Panu Radio" by wystukał i rozwiesił na wszystkich tablicach zawiadomienie gdzie i kiedy.
W niedzielę w salonie pasażerskim zebrała się mała grupa, mniej niż się spodziewałem, bo cała załoga odnosiła się do mnie przyjaźnie.
Odpowiedź znalazłem po kilku dniach. Na tej informacji o Mszy św. znalazł się dopisek w języku Cycerona: COELUM NON CURRO, INFERNUM NON TIMEO.
Informacja była dla mnie, bo nie sądzę, by wszyscy to zrozumieli: "Mnie niebo nie interesuje, nie dążę do niego, a piekła się nie boję", i takich jak ja jest tu więcej. Masz konkurencję. Tak przynajmniej głosiła ta deklaracja.
A z drugiej strony: stanowisko przeciwne - "Dziennik Zachodni" zapytał znaną piosenkarkę estradową o czym marzy. Ta odpowiedziała: "Mam tylko jedno marzenie, chciałabym zostać świętą. Staram się być dobrym człowiekiem, ofiarować innym swoje serce. Dlatego jeśli moje uczynki spodobają się Bogu, to może uda mi się. Tego właśnie naprawdę chcę" ("Agora" Nr 32 z 9.08.98 s. 21). Tygodnik, który to wyznanie przedrukował próbował opatrzyć tę wypowiedź jakimś komentarzem. Nie bardzo wiedział jak. Na wszelki wypadek obdarzył notkę tytułem "ŚWIĘTA" w cudzysłowie. Dwa skrajne stanowiska, poglądy. Jak się zdaje, oba nie dla nas. Bo nikt z nas obecnych tu w kościele i włączonych w naszą wspólnotę przez fale radiowe nie powie przecież, że niebo go nie obchodzi, a piekła się boi. Ale żeby zaraz marzyć o świętości?!
Nie wystarczy być porządnym uczciwym człowiekiem, co to nie jest chorągiewką na dachu, ma swój pogląd na świat, nie zmienia go, zna jego wartość. Może to wystarczy.
Bo to mieści się w normach zachowania Dekalogu.
A Pan Jezus na pytanie młodzieńca: "Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?" odpowiedział krótko: "Zachowuj przykazania".
Które? Przecież je znasz: "Nie kradnij, nie dawaj fałszywego świa­dectwa o bliźnim, nie cudzołóż, czcij ojca i matkę. Zachowuj je, a będziesz żył". To są normy postępowania dla wszystkich ludzi: dla Żydów i chrześ­cijan, dla mahometan i buddystów, i dla niewierzących także. Nie można mieć poprawnej postawy etycznej, godnej człowieka, nie uznając tych dziesięciu słów Boga wypisanych na kamiennych tablicach.
To jest minimum, ale przecież wystarczające, by żyć po ludzku i zasłużyć na Wieczną nagrodę.
A marzyć o świętości? Może to dobre dla dusz wybranych, specjalnie Bogu poświęconych, konsekrowanych? Dla tych, których stać na więcej, którzy potrafią się wyrzec zwyczajnego życia i zrezygnować z rzeczy dobrych, by sięgnąć po lepsze? To ich sprawa. Mnie wystarczy moje życie, lepszego nie chcę...
No tak. Tylko, że ten minimalizm nie zgadza się z duchem Ewangelii. Chrystus Pan uznał przykazania, bo przecież w jego nauce ani jedna kreska, ani jedna jota ze Starego Przymierza nie została uchylona. Ale kiedy zaczął świadomie tworzyć Nowe Przymierze, to powołał Dwunastu na wzór dwunastu pokoleń Izraela. Nazwał ich apostołami, bo miał ich posłać na cały świat, by głosili nowe przykazanie. Zebrał ich na górze, jak Mojżesz lud starego Przymierza pod górą Synaj. I do nich, swych uczniów wygłosił pierwsze kazanie. A kiedy otworzył swe usta, to pierwsze jego słowo było: Błogosławieni.
Tak, błogosławieni jesteście, którzyście usłuchali wezwania: "Pójdź za mną". Błogosławieni, którzy zdecydowali się na to, by przejść przez życie jako ubodzy w duchu, którzy płaczą i są cisi, łakną i pragną sprawiedli­wości, są miłosierni i czystego serca, wprowadzają pokój i cierpią prze­śladowanie. Tak jak On, Mistrz i Pan. Jemu warto zaufać, pójść Drogą, którą jest On sam. Powiedział przecież: "Ja jestem drogą", wiemy dokąd ona prowadzi. Wiemy też, jaki jest finał takiego życia. "Radujcie się, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie" (Mt 5,12).
Czy to jest program dla wybranych? Tak, bo liczne rzesze zostały na dole, a tylko uczniowie poszli za nim, gdy wstępował na górę. I do nich, do swoich uczniów skierował Pan Jezus te słowa. A oni byli zaczątkiem Kościoła. Dzisiaj całemu Kościołowi czytana jest jego Ewangelia, której zasady nie są łatwizną, ale dużym wymaganiem.
Wystarczy przeczytać z ewangelii Mateuszowej trzy rozdziały: 5, 6 i 7. W tych rozdziałach Św. Mateusz dokonał redakcyjnego zabiegu: zebrał wszystkie "logia", wypowiedzi Jezusa dotyczące norm postępowania dla tych, co uznali, że warto pójść za Nim.
Odwołując się do zasad Starego Przymierza, "Powiedziano starym", daje swoją wykładnię "A ja wam powiadam" stawiając wymagania większe. Proszę was, Bracia i Siostry moi najmilsi, macie przecież Ewangelię w domu, przeczytajcie uważnie sami te trzy rozdziały i przekonajcie się, że to do każdego z nas skierowane zostały te słowa. Bo wszyscy przecież, włączeni w to przeżywanie Wielkiej Tajemnicy wiary, uważamy się za uczniów Chrystusa. Czy jest to materiał do marzeń? Jest zbyt konkretny, zbyt wymagający, żądający rzeczy zda się niemożliwych. Ale to jest właśnie ta "ciasna brama i wąska droga, która wiedzie do żywota, a mało jest tych, którzy ją znajdują" (Mt 7,14).
I co? Znów powiesz: nie dla mnie, za trudne, wystarczy mi to, co jest niezbędnie potrzebne. Parterowy poziom... Tylko, że z tego poziomu tak łatwo spaść niżej - a to jest katastrofa. Poza tym każdy, kto nie podnosi sobie poprzeczki, cofa się w rozwoju. Tak jest w każdej dziedzinie, w za­kresie życia duchowego także.
Mój wierny korespondent pan Franciszek z Paderewka koło Sterdyni na Podlasiu przysyła mi od czasu do czasu „notki i wiersze spisane własnoręcznie". Oto fragmenty wiersza pt. "Nauka":
"Uczymy się Polski? - Uczymy
Liczymy pieniądze? - Liczymy
Patrzymy w ekrany? - Patrzymy
Tak schodzą nam lata i zimy.
I chociaż ciekawa nauka,
To każdy sam siebie tam szuka
Naiwnie podlicza on sobie:
A ile ja na tym zarobię?
Mądrzejszy to każdy jest z wiekiem.
Ale czy lepszym jest człowiekiem?
Czy umie ujarzmiać swe żądze?
Czy kocha ludzi - czy pieniądze?
Problemów wciąż mamy tysiące!
A kwestie czasami palące
Musimy rozwiązać rozsądnie,
By można żyć! Wreszcie porządnie".

Bracia i Siostry! Po Komunii św. modlić się będziemy, by nam Bóg miłosierny przywrócił pełne zdrowie duszy i tak nas przemienił swoją łaską i wspierał, byśmy się zawsze Jemu podobali. Wejdźmy w ten modlitewny nastrój i kontrolujmy swój modus vivendi, by drzwi do Królestwa nie były dla nas za ciasne. Wciąż nie jest za późno.




sierpnia 24, 2019

21. Niedziela Zwykła (Rok C) – Wąska droga do królestwa

sierpnia 24, 2019

21. Niedziela Zwykła (Rok C) – Wąska droga do królestwa
Liturgia zastawia nam dziś obficie stół Słowa Bożego. Z tej obfitości niech nas Pan nakarmi swoją hojną ręką. Idźmy zatem, krok po kroku, za myślą dzisiejszych czytań mszalnych. Żeby lepiej zrozumieć wymowę fragmentu księgi Izajasza, należy sięgnąć do Księgi Powtórzonego Prawa.
Z historii zbawienia pamiętamy, że naród, do którego Bóg skierował w pierwszym rzędzie swoje słowo, to Izrael. Jeszcze słychać ten tajemniczy głos Boży, bo do dziś jest żywy. W Powtórzonym Prawie czytamy: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym" (Pp 6,4). Konsekwencje tego jednego słowa - słuchaj, były dla ludu izraelskiego zobowiązaniem do wierności. Słuchaj, to inaczej - bądź posłuszny. W tym jednym słowie leży tajemnica Bożego wybrania. Dzieje tego narodu pokazują jak umiał być on konsekwentny w wierze, choć tyle razy niszczył go grzech, choć zdarzały się odstępstwa mniejsze i większe. Chociaż błądził wielokrotnie, to jednak wiedział, że może i musi powrócić, bo Bóg. który powiedział do niego - słuchaj, jest ojczyzną człowieka bardziej, niż najgoręcej miłowany zakątek ziemi, na którym wypadło żyć i pracować.
I taką właśnie wiarę wyznawał przez wieki ten naród wobec wszystkich swoich pogańskich sąsiadów. Wiarę bez pytań, bez dociekań; w której Bóg jest oczywisty i prawdziwy. Ale także taką wiarę, w której Bóg jest nie tylko czczony, lecz nade wszystko miłowany.
Mówi nam o tym dalszy fragment Księgi: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego twego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach" (Pp 6, 5-9).
Pozostanie dla nas tajemnicą, w którym momencie Pan Bóg zdecydował, że ów znak, o którym mówił tylko do narodu wybranego, będą mogły odczytać także inne narody.
Zastanów się w tym miejscu nad tym, jak wielka jest mądrość Stwórcy, który stopniowo, jak dobry nauczyciel i wychowawca odsłania z prawdy o samym sobie tylko tyle, ile uczeń jest w stanie pojąć i zrozumieć. Na przykładzie narodu wybranego pokazał nam Pan Bóg, że można dziś Jego chwałę rozważać jakby z oddalenia, a jutro w niej uczestniczyć. Jest to więc zaproszenie. Dlatego dziś prorok Izajasz nakreślił w pierwszym czytaniu tak wyraźnie tę wielką sprawę powszechności wezwania do oddawania czci Bogu na przykładzie narodów o dziwnie dla nas brzmiących nazwach - Tarszisz, Put, Meszek, Rosz i Tubal. Bóg przez proroka chciał pouczyć, że jest Panem historii każdego narodu i chce być obecny w świadomości każdego narodu, jak był obecny w historii Izraela.
Niezmiernie ważna to sprawa dla czasów późniejszych, w których Bóg w swojej odwiecznej mądrości zdecyduje, że nadeszła już „pełnia czasów", by nas pouczyć przez swego Syna i ukazać w ten sposób pełną prawdę o sobie w znaku Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.
Znak ten dla jednych jest zbawieniem, dla drugich zgorszeniem, dla innych zdziwieniem, a jeszcze inni nic z tego pojąć nie mogą, choć w swoich planach Bóg chce zbawić każdego.
Skoro dziś tak wyraźnie liturgia nam mówi o znaku, dobrze będzie przypomnieć sobie słowa Symeona wypowiedziane do Maryi nad maleńkim Jezusem: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą" (Łk,2, 34b). Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, jak wielka jest ludzka ignorancja i niechęć w stosunku do Boga odsłaniającego prawdę o sobie i objawiającego się w swoim Synu, Jezusie Chrystusie. Jezus jest Bramą, Znakiem dla narodów. W Nim Bóg przemówił do wszystkich pełnym miłości głosem. On do nas dziś powiedział: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli" (Łk 13, 24).
Izrael, naród niegdyś wybrany, sprzed tych drzwi zawrócił. Wielu o ten wymowny Znak Śmierci i Zmartwychwstania Bożego Syna się potknęło i nie zrozumieli go do końca. Dla wielu wreszcie, którzy nie ulękli się trudów wąskiej drogi i ryzyka przejścia przez ciasne drzwi, znak krzyża przyniósł życie i wprowadził do zmartwychwstania z Jezusem. Wielki mędrzec chrześcijański z IV wieku, św. Jan Chryzostom tak o tym pisze: „Krzyż odniósł zwycięstwo i to na całym świecie. Nauka krzyża nie dotyczyła spraw pospolitych, ale Boga, prawdziwej religii, życia według Ewangelii i przy­szłego sądu. Wszystkich niewykształconych i prostaków przemienia w mędr­ców. Popatrz, jak to, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a to, co jest słabe u Boga, mocniejsze jest od ludzi. W jaki sposób mocniejsze? W ten mianowicie, że krzyż rozszerzył się po całym świecie, że zawładnął wszystkimi, że niezliczeni wrogowie pragnąc wymazać imię Ukrzyżowanego, osiągnęli coś wręcz przeciwnego. To Imię jaśniało coraz bardziej, oni zaś upadli i zginęli" (z homilii św. Jana Chryzostoma do 1 Kor.). O tych wielkich sprawach naszej wiary przypadło nam rozważać pod koniec upalnego lata, przy końcu sierpnia, gdy tyle spraw ważnych dzieje się na naszych oczach. Otrzymujemy nieustannie, jako naród przez chrzest wpisany w wymiar krzyża, tyle znaków od Boga. Przed każdym z nas, jako dzieckiem tego narodu, staje wciąż pytanie o tę trudną, bądź co bądź, umiejętność czytania Bożych znaków. Drzwi jakby stały się ciaśniejsze, droga jest jakby jeszcze węższa. Wielu zawróciło sprzed tych drzwi, które wydają się im zbyt ciasne i niewygodne. Przyjęli z nauki Jezusa ile sami chcieli, okroili ją do swoich potrzeb, ciesząc się, że mają prawdę i prawdziwą pobożność. Jezus mówi do takich: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście" (Łk 13, 27).
Chrześcijanie ujmują swoje życie jako podróż do wiecznej ojczyzny, jako pielgrzymowanie do nieba, do domu. Jest to dom Ojca. Jezus Chrystus jest tego domu Panem. Wszyscy ludzie, do­póki żyją na ziemi, mogą osiągnąć ten cel wyznaczony nam przez Trójcę Przenajświętszą, jeśli idą – mówiąc językiem Ewangelii – wąską drogą i usiłują wejść do królestwa Bożego ciasnymi drzwia­mi. Czy zaraz na początku homilii nie przelękliście się tej wą­skiej drogi i ciasnych drzwi? Czy przypadkiem nie sądzicie, jak niektórzy, że należy tak przekazywać naszym czasom katolicki dogmat i etykę, „żeby katolicyzm był łatwiejszy do przyjęcia i przyjemniejszy do przeżycia?" (o. J. Mirewicz, Klio, Muza płaczą­ca, Londyn 1986 s. 126).
Nie lękajmy się! „Wąska droga", „ciasna brama" to symbole życia dekalogiem w stylu ośmiu błogosławieństw; życia, w któ­rym Bóg jest pierwszy, a człowiek, każdy człowiek, jest rzeczy­wistością świętą, świat zaś natury, cywilizacji i kultury – darem Boga i wezwaniem nas do współpracy ze Stwórcą i z ludźmi. Czyż można się tego lękać? Swoje królestwo, państwo Boże, nie­bo – przedstawia dzisiaj Pan Jezus w obrazie jakby starego dwo­ru, do którego od ulicy, od drogi prowadziła wysoka drewniana, główna brama, przez którą nie było nic widać, co się dzieje na podwórzu, a tym bardziej w mieszkaniu. Aby się znaleźć w środ­ku, trzeba było oczywiście przez nią przejść, nie zatrzymywać się na ulicy przy pogawędce z sąsiadami, przy łakomym jedzeniu fig i pomarańczy sprzedawanych na stoiskach bazaru. Należało uwa­żać, by się nie spóźnić na przyjęcie, na które się zostało zapro­szonym, ponieważ o oznaczonej godzinie bramę zamykano na za­wory.
Uważano za ogromny nietakt, jeżeli ktoś w czasie wyznaczo­nym na uroczyste spotkanie odbywał leniwe spacery, załatwiał swoje małe sprawy, a zwłaszcza gdyby oddawał się zajęciom zdro­żnym, np. pożyczaniu na lichwę pieniędzy, kradzieży, czy innym niegodziwym czynnościom.
Ewangelia wyrzuca Żydom, że oni, chociaż zaproszeni pierwsi, obyci z Bogiem w Jego Synu Jezusie Chrystusie, zamiast wcho­dzić w czasie łaski do królestwa Bożego, przez bramę wyznaczoną w przykazaniach, oznaczoną w ośmiu błogosławieństwach, „czy­nili to, co złe" i dlatego nie znajdą się w domu Bożym; a kiedy przyjdzie moment ich odejścia z tego świata, daremnie będą się powoływać nawet na znajomości z Mesjaszem. Drzwi będą za­mknięte na zawsze. „Odstąpcie ode Mnie – powie Pan Jezus – wy, którzy oddajecie się temu, co jest nieprawością, wy, robotnicy zła" (Łk 13, 27) – jak przełoży ten werset na język polski o. Ja­kub Wujek w swoim genialnym tłumaczeniu Nowego Testamentu. Pan Jezus przestrzega jednak nie tylko Żydów, ale wszystkich „robotników zła", żeby idąc przestronną, szeroką drogą przez ży­cic, nie zapomnieli o Jego drodze, o ciasnej bramie ośmiu bło­gosławieństw. Pan stawia przed każdym z nas możliwość wyboru życia: albo w Jego stylu, albo w stylu nijakim.
Pismo św. w Starym Testamencie, wprowadzając władców judzkich i izraelskich na tzw. widownię historii, podaje na wstę­pie podstawową charakterystykę każdego z nich, mówiąc o jed­nym: „Czynił to, co dobre przed oczyma Boga" (1 Krl 11, 38), a o drugim: „Czynił to co złe" (1 Krl 16, 19). Powyższa klasyfi­kacja jest również stosowana przez Pana Jezusa w Ewangelii, z podkreśleniem przez Niego możliwości przemiany nawet celni­ków, uchodzących w oczach prawowiernych Izraelitów za wyra­zistych przedstawicieli zła. Zbawiciel uwzględnia także fakty, iż nawet w najbardziej zakłamanych Jego słuchaczach, jakimi byli niektórzy faryzeusze i ówcześni uczeni, mogą współistnieć w jed­nym i tym samym sumieniu zło i okruszyny dobra, które jednak nie mogą rozświetlić ciemności, skoro Pan przekazał swoim in­formację, że jeśli sprawiedliwość ich nie byłaby większa niż faryzeuszów, nie weszliby do królestwa Bożego (Mt 5, 20). Do tych ciasnych drzwi prowadzi wąska droga, która naszemu życiu na­daje kierunek do nieba. Ksiądz J. Twardowski pisze o niej zro­zumiale dla każdego:
„Zaufałem drodze
wąskiej
takiej na łeb na szyję
z dziurami po kolana
takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka
- Nareszcie - powiedziała
- Martwiłam się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba - z nagrodą od ministra
i że cię diabli wzięli” (Na osiołku, Lublin 1986 s. 11).
Tą wąską drogą ciasną bramą ośmiu błogosławieństw idziemy do
domu Ojca.
Jak iść tą drogą – św. Paweł nam podpowie: Czynić prawdę w miłości (Ga 5, 6). Zaczynamy od prawdy słów. Już pewnie nie ma Polaka, który by nie znał modlitwy z Kwiatów polskich: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość" (J. Tuwim). O to samo błaga inna modlitwa drugiego wielkiego po­ety:
„Z gruzów podźwigną się domy...
Ale jak odbudować słowa
Ale jak dźwignie się mowa? ...
Zbombardowano ją straszliwiej
Niż Rotterdam i Warszawę ...
Zmiłuj się, Panie, nad nami ...
Uskrzydlij nas, podnieś słowami,
Przywróć nam słowo.
Jedna niech będzie miara, jak sylab jednaki rząd.
Niech wiara znaczy znów – wiara, a błąd niech oznacza błąd”. (A. Słonimski, Modlitwa, cyt. za: Jerzy Mirewicz, Klio, Muza płacząca, Londyn 1986 s. 133–134). Nie myślmy, że kryzysy etyczne wywołane przez zakłamanie mają usunąć politycy, czy choćby dziennikarze. Nasze słowa mają być zawsze prawdziwe. Nasze życie winno być prawdziwe, ludz­kie! A potem winniśmy uwierzyć w plany Boże względem każde­go oraz każdej z nas i je urzeczywistniać. Uczynki dobre, które gwarantują nam, że znajdziemy się pośród zaproszonych na Bo­że przyjęcie, obejmują jako pole działania własne sumienia, ale w pewnej mierze również przeogromny zakres wszystkich czasów. „Bóg stworzył mnie – pisze mądry i święty kardynał H. New­man – abym wypełnił dla niego jakąś określoną służbę; powie­rzył mi jakąś pracę, której nie powierzył nikomu innemu. Mam swoje posłannictwo – mogę nigdy nie poznać go w tym życiu, ale dowiem się o nim w życiu przyszłym. W jakiś sposób jestem niezbędny dla Jego zamiarów, tak niezbędny na swoim miejscu, jak archanioł na swoim ... On nie stworzył mnie dla niczego. Bę­dę czynił dobro, będę wykonywał Jego pracę ... na miejscu prze­znaczonym dla mnie, chociażbym tego nie pojmował – jeśli tyl­ko będę zachowywał Jego przykazania i służył Mu w moim po­wołaniu. Czymkolwiek i gdziekolwiek jestem, nie jest możliwe, abym był odrzucony. Jeśli choruję, moja choroba może Mu służyć; jeśli mam trudności, moje trudności mogą Mu służyć; jeśli jestem smutny, mój smutek może Mu służyć. Moja choroba, trudności, smutek mogą być niezbędne dla jakiegoś wielkiego celu, który znajduje się całkowicie poza naszym zasięgiem. Bóg zawsze wie, ku czemu zmierza" (Rozmyślania i modlitwy, Warszawa 1967 s. 1213).
Widzicie, jak zróżnicowane są uczynki dobre, jak dostępne dla każdego z nas, jak prawie czasami nieuniknione, więc idźmy przez życie wąską drogą, wchodźmy ciasnymi drzwiami dziesięciu przy­kazań w stylu ośmiu błogosławieństw, aby nas przyjęto do domu Ojca, gdzie Chrystus przygotował nam miejsce wiecznego zamel­dowania w szczęściu. Amen.



Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger