sierpnia 23, 2018

Słowo Boże na dziś - Przypowieść o zaproszonych na ucztę

Słowo Boże na dziś - Przypowieść o zaproszonych na ucztę
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: "Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawi ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: «Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę». Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: «Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie». Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: «Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego?» Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: «Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz w ciemności. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów». Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych".  Oto słowo Pańskie.
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 
Dzisiejsza ewangeliczna przypowieść Jezusa rysuje przed naszymi oczyma obraz uczty, na którą król zaprosił wybranych. W Izraelu znany był zwyczaj powiadamiania gości, zaproszonych na ucztę, że przygotowania zakończono i gospodarz oczekuje ich przybycia. Zlekceważenie takiego powiadomienia było wielką ujmą dla zapraszającego! A tak właśnie potraktowany został król z dzisiejszej przypowieści. Dlatego zapewne – uznając, że zaproszeni nie okazali się godni – wezwał na ucztę wielu przygodnych ludzi.
            Ewangeliczna uczta jest zapowiedzią wiecznego zbawienia. Stary Testament bardzo często ukazywał je jako ucztę mesjańską. Dowód tego odnajdziemy chociażby w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Proroka Izajasza, w którym usłyszeliśmy opis uczty, przygotowanej przez Pana Zastępów na świętej górze, dla wszystkich narodów. Ukazany przez Jezusa w Ewangelii obraz uczty wyraźnie do tego nawiązuje.
            Jak zatem ewangeliczny król zaprosił gości, tak Bóg zaprosił swój naród do pełnej jedności ze sobą. Niestety, Izrael wielokrotnie odrzucał to Boże zaproszenie, także wtedy, gdy było ono wielokrotnie ponawiane przez proroków, a w końcu – definitywnie zostało potwierdzone przez Jezusa Chrystusa. Zostało odrzucone! Wobec tego, zaproszeni zostali poganie, a więc wszyscy spoza Izraela, którzy z otwartym sercem gotowi byli przyjąć dar zbawienia.
            Ale – uwaga! – zaproszenie do Królestwa nie jest gwarancją jego zdobycia! Bo potrzebny jest jeszcze właściwy strój, a więc osobiste zaangażowanie, osobisty wkład, wysiłek, staranie…
            Dostrzegamy zatem, że zbawienie wieczne w Królestwie niebieskim to taka jedyna chyba rzeczywistość na świecie – a właściwie: poza nim – której nie zdobywa się na drodze znajomości, pochodzenia, przynależności do określonej grupy, czy posiadanego majątku. Zbawienie wieczne to rzeczywistość, do której trzeba być zaproszonym i o którą jednocześnie trzeba się postarać, zapracować. Z tym pierwszym akurat problemu nie ma, bo zaproszeni jesteśmy wszyscy, bez wyjątku. Z tym drugim – bywa różnie. Bo owych zaproszonych ciągle coś zatrzymuje: jakieś pole, jakieś kupiectwo, jakieś sprawy – zawsze najważniejsze, najbardziej pilne…
            Więc może trzeba odszukać w kieszeni, wśród tysiąca papierów i papierków, kart kredytowych i wizytówek, czeków i banknotów – to jedno zaproszenie, które kiedyś tam, w dzieciństwie, zostało włożone i o którym może „z tego wszystkiego” to się i zapomniało… Może dzisiaj jest najlepszy czas, żeby sobie o nim przypomnieć, odkurzyć je, a jednocześnie – odnowić odświętny strój, a więc swoje zaangażowanie, swoje staranie, swój osobisty wysiłek…
            Ktoś może zapyta teraz: dlaczego właśnie dzisiaj? Jakie to święto przeżywamy, że akurat teraz powinniśmy się tym zająć? Przeżywamy tak zwany Dzień Papieski, ukazujący Jana Pawła II jako człowieka modlitwy. Może to i dobrze, że taki dzień przeżywamy, bo przypominamy sobie postać Błogosławionego Papieża. Nie chciałbym tu uchodzić za malkontenta, który się wszystkiego – mówiąc kolokwialnie – czepia, zastanawiam się jednak, czy nie lepiej by było, żeby każdy nasz dzień był takim dniem papieskim, a więc dniem, w którym będziemy zgłębiali naukę Jana Pawła II?
            Bo to jest tak – chociaż to daleka analogia – jak z akcją sprzątania świata. W jakiś wyznaczony dzień wyciąga się młodzież ze szkoły i wszyscy, na komendę, sprzątają świat. Najczęściej – las. To nic, że później od tej młodzieży nikt nie wymaga nawet elementarnego porządku, pozostawionego po sobie w swoim pokoju, czy w klasie, bo mama, lub pani sprzątaczka wszystko po dziecku posprząta. To nic. Ale jak jest akcja, to wszyscy sprzątamy świat! A może lepiej by tak było wyrobić w dzieciach – i nie tylko w dzieciach – nawyk nieśmiecenia, nawyk porządku, pozostawianego po sobie! Wtedy rozliczne akcje nie będą potrzebne.
            I tak samo z tym Dniem Papieskim: jeżeli my każdego dnia będziemy żyć według tego, czego Jan Paweł nauczał, to nie trzeba będzie organizować takiego specjalnego dnia, bo w takiej sytuacji grozi nam, że w ten dzień pogadamy o Papieżu, wręczymy „Totusy” – czy jakieś tam inne: pobawimy się na imprezach, pozbieramy pieniążki do puszek, a potem temat Papieża, a już tym bardziej – jego nauczania, odłożymy na półeczkę, do przyszłego roku i przyszłego Dnia Papieskiego… A przecież w tym wszystkim nie imprezy i ich zewnętrzna okazałość jest najważniejsza, ale głębsze wejście w nauczanie Papieża i wprowadzenie je w praktykę życia.
            Skoro jednak przeżywamy ów Dzień, to może takim prezentem, jaki sprawimy Papieżowi, będzie to, że weźmiemy do ręki to jedyne – wspomniane wcześniej – zaproszenie i zaczniemy się przygotowywać na ucztę. Tak, właśnie dzisiaj! Teraz! Natychmiast!
            Właśnie dzisiaj z większym, niż dotąd, przekonaniem powtórzymy za Świętym Pawłem jego słowa z drugiego dzisiejszego czytania: Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony. […] Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia. Jeżeli takie słowa każdy nas pewnie i świadomie będzie mógł powiedzieć, a tę swoją pewność i świadomość będzie wyprowadzał z wiary i z głębokiego wczytania się w Ewangelię i w nauczanie Jana Pawła II, to naprawdę większego prezentu naszemu Papieżowi nie możemy sprawić.
            Bo my w Polsce ciągle jesteśmy katolikami „świątecznymi”. Bardzo pięknie przeżywamy wielkie święta i uroczystości, przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą do konfesjonałów ustawiają się kolejki. Na Rezurekcję i Pasterkę kościoły nasze są pełne. Tylko nie zawsze widać to w codziennych postawach, wzajemnych relacjach – i dokonywanych wyborach, także politycznych. Nie zawsze także atmosfera rodziny jest potwierdzeniem wiary jej członków. I również to, że tak wielu ludzi, szczególnie młodych, nie przejmuje się w ogóle nauką Jezusa i potwierdzającą ją nauką Jana Pawła II, gdy idzie o wspólne mieszkanie przed ślubem, przedmałżeńskie współżycie – i wiele innych wymiarów życia osobistego i rodzinnego zdaje się potwierdzać tę smutną obserwację.
            Także coniedzielna Msza Święta to dla wielu pieśń zamierzchłej przeszłości, albo jakiejś odległej przyszłości – kiedyś tam, może na emeryturze. No tak, tylko doświadczenie życia pokazuje, że wcale nie ma pewności dożycia do emerytury. Tempo życia wielu „współczesnych nowoczesnych” powoduje, że tak szybko, jak całe życie pędzą, tak szybko odchodzą, bardzo często – niespodziewanie… I co wtedy?…
           Jezus mówi jasno w Ewangelii. I wcale nie chodzi o jakieś straszenie, tylko o usłyszenie tego, co Jezus wyraźnie mówi! A On takim właśnie zapędzonym, zajętym, zapracowanym będzie musiał wskazać miejsce na zewnątrz. A właśnie tam, na zewnątrz, w ciemnościach, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów, znajdzie się – niestety! – wielu takich, którzy „jeszcze mieli czas”… I milion ważniejszych spraw na głowie…
            W tym kontekście pomyślmy:
·      - Co ostatnio czytałem z nauczania Jana Pawła II?
·      - Czy moje dobre postanowienia realizuję od razu, czy ciągle „mam na to jeszcze czas”?
·      - Czy moja wiara to codzienność, czy tak naprawdę tylko Pasterka i Rezurekcja?
Oto przygotowałem moją ucztę! […] Przyjdźcie!

sierpnia 22, 2018

Słowo Boże na dziś - Przypowieść o robotnikach w winnicy

Słowo Boże na dziś - Przypowieść o robotnikach w winnicy

Słowa Ewangelii według św. Mateusza. Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: "Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: «Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam». Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: «Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?» Odpowiedzieli mu: «Bo nas nikt nie najął». Rzekł im: «Idźcie i wy do winnicy». A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: «Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych». Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: «Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty». Na to odrzekł jednemu z nich: «Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?» Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi". Oto słowo Pańskie. 

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Przypowieść o „robotnikach w winnicy” szokuje tak chrześcijan jak również niechrześcijan.
Może być niezrozumiała. Nasuwa się bowiem pytanie, czy nie jest to przykład niesprawiedliwości. Robotnik, aby mógł żyć godnie, powinien otrzymać słuszną i sprawiedliwą zapłatę, za dobrze wykonaną pracę. Powinien otrzymać słuszne wynagrodzenie za rodzaj wykonywanej pracy, za jakość wykonywania, a także stosownie do czasu pracy. Często robotnik walczy o sprawiedliwość i ma rację, bo to jest jego obowiązkiem.
Jakże bliskie to są problemy dzisiaj, kiedy tak wielu ludzi poszukuje pracy, narzekają – używając języka przypowieści ewangelicznej – „nikt ich nie najął”.
Dla jednych jest to dramatem – codziennie stać i wyczekiwać na pracę, dla drugich może to być wymówka – nie chce się pracować systematycznie.
Gospodarz – Bóg – Stwórca – powołuje każdego człowieka do swojej winnicy, aby pracował i „czynił sobie ziemię poddaną”. Każdemu wyznaczył jakieś stanowisko pracy, każdemu wyznaczył indywidualne cele i zadania.
Tych zdań jest wiele, gdyż Królestwo Boże na ziemi jest tak rozległe jak cały świat. I wiele jest w nim do zrobienia na różnych odcinkach: w rodzinie, w miejscu pracy, w kontaktach międzyludzkich, w życiu ściśle osobistym i społecznym.
Zapłata umówiona jest jednak dla wszystkich – za jednego denara -to znaczy dla wszystkich, którzy skorzystają z zaproszenia Gospodarza za cenę obcowania z Bogiem w jego Królestwie.
Ludzie przychodzą do owej winnicy o różnych godzinach swojego życia. Jedni pracują dla Królestwa Bożego od wczesnego ranka – od młodości – jak chociażby wczorajszy św. Stanisław Kostka. Inni młodość marnują. Byli wprawdzie zaproszeni do Winnicy Pańskiej, ale później dużo w tym opowiadaniu ewangelicznym pojawiło się elementów typowo polskich. Ten „słomiany zapał” i to: „Idę panie, do winnicy pracować” – I Komunia Św., ślub w kościele, jubileusze, uroczystości i święta… a potem?
Jest coś, co można nazwać i uporem. Nie chcę, nie pójdę. Może kiedyś po namyśle – jeszcze spróbuję, może dopiero o 9 godzinie, a może pod wieczór? Tylko, czy nawet u schyłku naszego życia możemy powiedzieć, że każda nasza myśl, każde słowo, każdy czyń pozostają w zgodzie z myślą z wolą i z planem Właściciela Winnicy?
W winnicy Pana (w Kościele) można przebywać – jak ktoś napisał – i można pracować. Nigdzie nie ma tyle wspaniałych okazji, żeby sobie poprzebywać. Mamy wielkie wspólnoty, podzielone funkcje, miłosierdzie w słowach, delikatność w rozliczaniu, mistrzowskie wzory pozorów, wzniosłe określenia, którymi wszystko można osłonić.
Od samego początku mamy w kościele tych co pracują, którzy są gotowi na wezwanie Encykliki „Christi fideles laici” – podjąć się zadań odpowiedzialnych, i tych drugich. Powstaje obecność chwilami uciążliwa. Może być obecność pusta, bezład obowiązków. Zanika zaradność. Ludzie zmęczeni pustymi przebiegami. Można być zajętym przez cały dzień i nie ruszyć pracy. Gorzej, można być przekonanym o wyniszczeniu pracą i przeciążeniu.
Z drugiej strony widzimy wspaniałą okazję, aby naprawdę popracować dla Królestwa Bożego. W Służbie Zdrowia – Siostry – w wielu sytuacjach pracują bez rozgłosu, bez pochwały, bez uznania (nie stać ich na kosztowną reklamę) – pracują na zapleczu instytucji i nie Uczą na nagrodę dostojników. Tym pracownikom – Siostrom – zakonnym i świeckim – Bóg powierza wyjątkowo trudne odcinki, gdzie trzeba siebie samego, nie tylko coś, ale wszystko poświęcić.
Najtrudniejsze sale chorych, najgorsze godziny lekcyjne, wszystkich, których odrzuci nawet najbliższa rodzina – tych uczą kapłani katecheci. Tych uczą, leczą i miłują Siostry. Nie, nieważne, która akurat godzina, dobrze, że są w winnicy. Zdaję sobie sprawę – jak wszyscy słabi – że trzeba jeszcze swoją pracę uporządkować, może pochylić się troskliwiej – ale oni nie przebywają, lecz pracują dla Królestwa.
Winnicą jest Kościół. Kościół, który żyje dwa tysiące lat. Żywy, mimo, że po ostatnie dni wolontariusze chirurgii Kościoła kładą na stole chirurgicznym jego makietę i krają jak torcik i czasem używają sobie do woli. Kiedyś ten Kościół był monolitem i nikt rozsądny by go nie krajał. Teraz -nadarzyła się sposobna okazja – można wykroić z Kościoła Kościół instytucjonalny. Co pozostaje po tym wycięciu? Kościół Ludu Bożego? To brzmi jeszcze ładnie. Ale można by wyciąć skalpelem: „Mistyczne Ciało Chrystusa”, „Wspólnotę wiernych pod najwyższym przewodnictwem papieża”… Któreś zasadnicze Prawdy wiary… po czym wszystkie te kawałki układamy w tej winnicy i mówimy o rozpadzie Kościoła. Selekcjonerzy uczący się na pseudozwłokach Kościoła dla dobra społecznego – zapominają o istocie Kościoła – że to nie „trup”. Że choćby był poćwiartowany, to te części – na szczęście – żyją samodzielnie.
I ludzie winni ćwiartowania – mają specjalne długi względem Boga -i my możemy na to patrzeć obojętnie. Nie warto zachęcać do rozbicia Kościoła w imię „dobra Ojczyzny”.
W tej winnicy Pańskiej – pragnie się nagiąć Kościół, aby zmienił swą naukę, aby stał się popularny. Aby w tej winnicy za denara – jednakowo -nie tak jak każą tańczyć, jak mu określone kręgi zagrają – będzie równy, wolny we wszystkim co nie jest złe.
Gospodarz winnicy – dając wszystkim jednakową zapłatę – tym samym dał posłanie Kościołowi – aby był tam gdzie trzeba wybrać Boga. Być tam i wybierać tam, gdzie wchodzi w grę kwestia moralności i etyki, gdzie grzech w życiu politycznym może być również grzechem przeciw Bogu. I w tym zakresie Kościół ma obowiązek interesowania się polityką i wypowiadania się na określone tematy. Nie zajmuje się natomiast życiem partii i stronnictw, a jeżeli niektóre z nich są bliskie Kościołowi, to one zbliżyły się do Niego, a Kościół nikogo kto się zbliża nie odtrąca. W tej winnicy Gospodarz – którym jest sam Chrystus – wie co musi. Kościół może skorzystać z rad, ale nie musi, a całe życie Kościoła jest dialogiem, który nigdy nie został przerwany – „czyż nie umówiłeś się ze mną za denara…”.
Obietnica została spełniona, zobowiązania dotrzymane. Kto wie, czy nie jest to przypowieść o dziejach ludzkości, o ludziach każdego czasu, o każdym z nas z osobna. I o zapłacie. O tym, że niektórzy z nas przychodzą wcześnie, pracują wiernie i u krańca dni mają za sobą wiele dzieł dobrych – a mniemali, że więcej otrzymają. Inni zaś ręce prawie puste, a może tylko żal. A jednak zapłata może być taka sama. Mogłaby to być opowieść o tym, że łotr, który na krzyżu umierania ledwie zdążył wyznać i zaufać – otrzymać może to samo co święty: wszystko.
Jest to także przypowieść o Bogu i Jego sprawiedliwości, która nie jest jak sprawiedliwość człowieka. „Albowiem myśli moje nie są myślami waszymi, ani drogi wasze drogami moimi mówi Pan”.
Słowo Boże dzisiejszej liturgii przypomina nam zapomniany temat o dobroci Boga. Ta dobroć Boga wobec człowieka objawiła się już w stworzeniu świata: „Chwalcie Pana, bo jest dobry” (1 Kor 16,34). W sposób szczególny dobroć Boga objawiła się w przebaczeniu. Dobroć Ojca nie mierzy się miarą zasług lecz miarą dobroci i szczodrobliwości. Bóg jest nieograniczoną dobrocią, która się udziela ludziom.
Nagroda jaka nas czeka, będzie miała źródło w dobroci. Nagroda jest łaską. Św. Paweł wprost stwierdza w liście do Efezjan, że zbawienie grzeszników (Żydów i pogan) dokonało się dzięki dobroci Boga objawionej w Chrystusie. „A Bóg będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia…” (Ef 2,4-7).
Dobroć Boża postawiona jest na tym samym poziomie, co miłosierdzie, miłość, łaska. Zostaliśmy zbawieni, dzięki dobroci Boga, objawionej w Chrystusie.
Mamy obowiązek (na wzór Jezusa) mówić o dobroci Boga. Żyjemy w szczególnych czasach i szczególnym świecie, który można by nazwać pustynią bez Boga.
Jak człowiek na pustyni pragnie wody, bez której umiera, tak współczesny człowiek, żyjący na pustyni dzisiejszego świata, pragnie Boga. Mało się mówi o Bogu. A jeżeli się mówi, to bardzo rzadko i płytko. Wielki Augustyn pisał: „Biada milczącym o Tobie, Boże, ponieważ przy całej swojej gadatliwości są jednak tylko niemowami…”
Mamy nie bać się jesieni, – czasu na refleksję, czasu zadumy i powrotów. Ale smutno w sercu, gdy się widzi słabnący zapał i kiedy wszyscy widzimy, co się nam porobiło w tej „polskiej winnicy”. I chociaż winne grona wolności piękne i soczyste, to jednak ciężkie, gdy w koszach noszone do składowania, a ciężka praca i wysiłek pracujących w winnicy jakby ich poróżnił, a nie zespolił.
My jednak jesteśmy narodem wierzącym i mającym nadzieję. Nie wynika z tego, że – po swojemu fałszywie rozdzielając Sprawiedliwość i Miłosierdzie – zaczniemy liczyć tylko na Miłosierdzie i powiemy sobie: mam jeszcze czas, wezmę się za robotę dopiero wieczorem. Gdyż byłaby to już świadomie zła wola i moglibyśmy się nie znaleźć wśród tych ostatnich. Skąd my zresztą wiemy, kiedy ta jedenasta czy dwunasta godzina dla nas wybije? A może już za 5 minut dwunasta. Jeśli zwlekamy do wieczora, to cóż my chcemy Panu Bogu ofiarować? Resztki z przeceny. Wieczorny chłód wypalonego serca, w którym ostatnie blaski ideałów wygasły, z którego nie można już wykrzesać ani jednej iskry entuzjazmu? To chcemy Bogu ofiarować.
Przeciwnie. Widząc, że niektórzy w zapale słabną, my przychodzimy do winnicy i trwamy na modlitwie. Ciągle robimy dobre postanowienia i każdy nowy dzień chcemy wypełnić ufnością i prawdą, solidną pracą i miłością.
Przecież ciągle żyją nasze sumienia i serca. Przecież do Boga i do ludzi nie zawsze idziemy główną bramą. Czasem na przełaj, trochę naokoło od tyłu, poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz, przez biedne, pokraczne ścieżki, z każdego miejsca, skąd On – nasz Pan – wzywa nas nie umarłym sumieniem.
Bo nasz Pan ma swój sposób działania. On celników i nierządnice przygarnia nie za wszystkich, a najbardziej za tych spóźnionych składa Samego Siebie w nieustającej Ofierze.
Zanim ich osądzi – daje im wielkie szanse. Tylko pod tym warunkiem nawet ostatni mogą stać się pierwszymi. Amen!

sierpnia 21, 2018

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie
Kochani moi, dzisiaj jest uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej. Kiedy wypowia­damy ten tytuł „Matka Boska Częstochowska'”, to staramy się spojrzeć na Matkę Jezusa Chrystusa poprzez pewien szczególny aspekt. Bo wiecie dobrze, że jest jedna Matka Boska. I wszystkie narody na ziemi, które wierzą w Jezusa Chrystusa — wierzą w Jego Matkę. Wszyscy nazywają Ją swoją Matką. Moglibyśmy tutaj wyliczać całą litanię ludów chrze­ścijańskich, od wschodu do zachodu, od północy do południa, i poszcze­gólne tytuły, jakie te narody Jej nadają. Jest nie tylko Królową Polski, ale jest również Królową Italii, Królową Węgier, Królową dalekiej Ja­ponii...
Również i w Polsce tytułów ma Ona wiele. W jakiś sposób dominuje tytuł częstochowski — od sześciuset lat świeci Jasna Góra. Ale również świecą inne góry: obok nas Kalwaria Zebrzydowska, trochę dalej — Kal­waria Pacławska. Pani ziemi przemyskiej. Pani Łaskawa. Króluje Matka Boska kaszubskiej ziemi w Tumie Gdańskim, na Piasku we Wrocławiu, w katedrze Opola, w Piekarach Śląskich, na Warmii dalekiej, w Warsza­wie, w Krakowie, w Ludźmierzu i Limanowej. Nie zliczyłby tytułów. To są sanktuaria, to są święte miejsca, gdzie od wieków gromadzi się lud polski, aby poprzez wiarę doszukiwać się własnej tożsamości.
Czynił to i czyni już tysiąc lat. Tysiąc lat śpiewa naród „Bogurodzi­ca Dziewica” — i w tym jednym skrócie ujmuje to, co wiemy na temat Tej, którą nazywamy Theotokos — Dziewiczą Matką Boga, Matką Je­zusa Chrystusa, Matką Kościoła i Matką naszą.
Ale skoro to święto dzisiaj nas zgromadziło, nasza myśl biegnie do sanktuarium częstochowskiego. Ma ono szczególny rys, który zaważył na dziejach naszego narodu. Może zauważyliście, że ten rys właśnie pod­kreśla modlitwa, którą tu przed chwilą we własnym i w waszym imie­niu głośno sformułowałem: „Wszechmogący, wieczny Boże, który dałeś narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną po­moc i obronę a Jej święty obraz jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych, spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem przez Chrystusa, Pana naszego". Mówi więc ta modlitwa, że w Jasnej Górze był i jest dla naszego narodu symbol. O tym nie trzeba mówić, bo o tym każdy z nas jest przekonany. Ale ten symbol równocześnie mo­bilizuje naszą wiarę, naszą nadzieję i naszą miłość do pewnej postawy wewnętrznej — zwartej i odpowiedzialnej. Postawy moralnej. Postawy, która kształtuje profil człowieka mieszkającego nad Wisłą.
Jest coś w nas, co wyróżnia nas od innych. I ta modlitwa precyzuje nam pewne sugestie, które dzisiaj mają nam pomóc w dalszym życiu: „Spraw, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką...". O jakiejże walce tu mowa? „Abyśmy odnieśli zwycięstwo nad złośliwym wrogiem". O ja­kim tu wrogu jest mowa? Przede wszystkim jest tu mowa o złu, które się sprzeciwia dobru, o fałszu, który się sprzeciwia prawdzie, o brzydo­cie, która się sprzeciwia pięknu. Nawet nie wiemy, jak łatwo jest za­tracić właściwą ocenę prawdy, dobra i piękna, żyjąc na tym świecie!
Drodzy Bracia i Siostry!
Wiemy dobrze, że każda kochająca matka i każdy kochający ojciec stawia wymagania swoim dzieciom, ma wobec nich określone oczekiwania. Skoro Maryja jest naszą Matką, z pewnością i Ona stawia nam pewne wymagania. Zadajmy sobie zatem pytanie: Jakie oczekiwania wobec każdego z nas – ma Maryja, Matka Chrystusa i nasza Matka?
Maryja oczekuje od nas tego samego, co Chrystus. Maryja oczekuje:
miłości większej i dojrzalszej: nie tylko pobożna modlitwa, liczy się konkretny czyn wobec drugiego człowieka, „Nie można bowiem miłować Boga, którego się nie widzi, jeżeli nie miłuje się bliźniego, którego się widzi”,
miłości wytrwałej: nie tylko od święta do święta, od pielgrzymki do pielgrzymki, pragnie uczucia trwałego, „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze mną?”,
odpowiedzialności: za małżeństwo, rodzinę, parafię, naród, nie krytykanctwo i narzekanie, ale ciche upominanie i modlitwa. „Postępuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga”.
Drodzy Bracia i Siostry!
W naszą Matkę – Maryję musimy się zapatrzeć, bo Ona jest wzorem dla swoich dzieci. Tak, jak ziemska matka prowadzi od początku swoje dziecko za rękę, pokazuje mu świat, mówi o Bogu i o wszystkich sprawach, tak również Maryja, jako nasza Matka, chce nam wskazać to, co jest najważniejsze. Prowadzi nas do swojego Syna, ukazuje drogę do Niego prowadzącą przede wszystkim przez Kościół i jego sakramenty, począwszy od chrztu świętego, skończywszy na Eucharystii.
Matka Chrystusa, Pani Jasnogórska – tak, jak na weselu w Kanie Galilejskiej – jest wyczulona na potrzeby ludzi. Ona nie jest boginią i nie zajmuje miejsca należnego Chrystusowi. Ona zawsze wskazuje na Chrystusa, prowadzi do Niego, uczy pokory i posłuszeństwa Bożym natchnieniom i przykazaniom. We wszystkich objawieniach (Lourdes, Fatima, La Salette, Medjugorie) stale przypomina i nawołuje, tak jak w Kanie Galilejskiej: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Syn mój wam powie”.
Zasłuchani w zachętę Maryi chcemy obudzić w sobie postanowienie naśladowania Jej cnót. Pragniemy tak, jak Ona:
być zasłuchanymi w Boże Słowo (zwiastowanie),
być dyspozycyjnymi wobec bliźnich (nawiedzenie św. Elżbiety),
być spostrzegawczymi wobec potrzeb bliźnich (Kana Galilejska),
wspierać bliźnich w sprawach duchowych (obecność z Apostołami w Wieczerniku).
Trzeba nam z tej odpustowej Eucharystii uczynić lekcję bycia prawdziwymi uczniami Chrystusa i dziećmi Maryi. Nasza miłość bowiem do Maryi ma zawsze ostatecznie prowadzić do miłości wobec Chrystusa.
Maryja oczekuje od nas wiary, która wyraża się w wierności Chrystusowi i posłuszeństwie wobec Niego. Niech Boże i kościelne przekazania nie będą dla nas tylko uciążliwym dodatkiem, ale niech stanowią treść naszej wiary. Niech nasza mowa będzie: tak, tak, nie, nie… Bez światłocienia. Niech białe zawsze będzie białe, a czarne zawsze czarne.
Nie bójmy się Chrystusowej prawdy. Pewnie, że za wierność tej Prawdzie płaci się często wysoka cenę. Ale warto. Bo ostatnie słowo należy do miłości. Ostatnie słowo należy do Boga.
Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie mój Syn” – apelowała Maryja w Kanie Galilejskiej. Do tego apelu przyłączam się również ja i wołam do was, tutaj obecnych: Zróbcie wszystko, co jest w waszej mocy, aby nasze rodziny,nasza ojczyzna i świat bardziej przypominały Chrystusowe królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. AMEN.

sierpnia 21, 2018

Słowo Boże na dziś - U Boga wszystko jest możliwe

Słowo Boże na dziś - U Boga wszystko jest możliwe
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. Jezus powiedział do swoich uczniów: "Zaprawdę powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: "Któż więc może się zbawić?"  Jezus spojrzał na nich i rzekł: "U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe". Wtedy Piotr rzekł do Niego: "Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?"  Jezus zaś rzekł do nich: "Zaprawdę powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzyście poszli za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi". Oto słowo Pańskie.
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 
Czy bogactwo jest jakimś złem? Jest darem Bożym. Jednak każdy dar może być źle użyty, albo w niewłaściwy sposób zdobyty, np przez kradzież, oszustwa itp. Ewangeliczny bogacz został potępiony nie dlatego, że był bogaty, ale że te bogactwa trzymał tylko dla siebie. Bogaci ludzie inwestują, tworzą nowe miejsca pracy i przyczyniają się do społecznego rozwoju. Jeżeli jednak motywem ich działania jest tylko zysk i chciwość, wtedy przestają być włodarzami, a stają się ździercami.
 
Bogactwo także przysłania Boga, gdyż człowiek bogaty z powodu swego bogactwa staje się pysznym i nie chce uznać swojej zależności od Boga. Prorok Ezechiel w ten sposób określił władcę Tyru: „Dzięki swej przezorności, dzięki swoim zdolnościom kupieckim pomnożyłeś swoje majętności i serce twoje stało się wyniosłe z powodu twego majątku” (Ez 28, 5).
 
O pysze się wiele mówi, ale tak naprawdę nikt do niej się nie chce przyznać, bo instynktownie czujemy, że to poważna przywara. Ludzie mogą się chlubić swoim bogactwem lecz nie pychą. Wielu ludzi może być nawet nieświadomymi tego, że są pyszni i będą mylić pychę z obroną swojej ludzkiej godności.
 
Skąd możemy wiedzieć, że jesteśmy ludźmi pysznymi? Najbardziej prostym testem na pychę jest nasza reakcja na krytykę innych. Ludzie pokorni przyjmują krytykę spokojnie, nie oburzają się i nie próbują się odegrać, choćby nawet te krytyczne uwagi były niesłuszne i niesprawiedliwe. Pyszni odwrotnie. Oburzają się, że ktoś ośmielił się ich krytykować. Jednak nikt z nas nie rodzi się pokornym. Przecież lubimy tych, co nas chwalą a unikamy ludzi, którzy nas krytykują i ganią. Pysznymi jesteśmy już z urodzenia, a pokornymi stajemy się przez różne przykre doświadczenia losowe i przez pobożne życie, gdyż najlepszym lekarstwem na pychę są: modlitwy, życie sakramentalne i medytacje.
 
Kim jest człowiek wobec potęgi Boga? W Jego rękach jest nasze życie i śmierć, słyszymy w dzisiejszym czytaniu: „Ja, Pan, śmierć daję i Ja sam ożywiam”(Pwt 32, 39). Gdy człowiek medytuje nad wielkością Stwórcy, że wszystko zostało stworzone z niczego i że we wszystkim jesteśmy zależni od Boga, to czym się wtedy pysznić? Trafnie to wyraził św. Paweł Apostoł: „I niech nikt w swej pysze nie wynosi się nad drugiego. Któż będzie się wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4, 6 -7).
"Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego."(Mt 19,24)
I to nie dlatego, żeby bogactwa były jakimś złem same w sobie, ale mają one tę właściwość, że potrafią całkowicie zniewolić człowieka i przesłonić mu Boga. Tak było z tym ewangelicznym bogatym młodzieńcem, o którym wczoraj czytałem - to przecież jego bogactwa sprawiły, że nie poszedł za Jezusem, że odszedł zasmucony.
A co ja zrobiłbym, gdyby mi Jezus kazał sprzedać wszystko, rozdać ubogim i pójść za Nim?
Nie mam wiele, ale zawsze coś mam.
Czy potrafiłbym zrezygnować dla Jezusa ze swego mieszkania czy swego komputera?
Raczej w to wątpię. Bez Bożej pomocy na pewno tego nie zrobiłbym.
"U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe."
Niemożliwe, abym o własnych siłach uwolnił się z niewoli, w jaką wciągają mnie dobra doczesne, od chęci ich posiadania. Ale przecież Bóg może wszystko uczynić.
A ponieważ coraz częściej stwierdzam u siebie tę niezdrową chęć posiadania, proszę dziś Boga o łaskę wyzwolenia z tego, o dar prawdziwej duchowej wolności.

sierpnia 20, 2018

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Obszary wolności

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Obszary wolności
Przeżywamy dziś święto Matki Bożej Częstochowskiej – święto naszej Matki. Ona jest z nami w każdy czas. W tym tak bardzo znanym Wizerunku „wyraziła się Jej macierzyńska obecność w życiu Kościoła i Ojczyzny” (Jan Paweł II, 4 czerwca 1979, Jasna Góra).
Ewangelia dzisiejsza przypomina gody w Kanie Galilejskiej. Obecny jest na nich Jezus. Jest również Matka Jezusowa. Maryja widząc kłopot gospodarzy – brak wina. kieruje prośbę do Jezusa: „Nie mają już wina” (J 2, 3)… a do sług mówi: „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2,5). Jezus wysłuchuje pokornej prośby Matki. Dokonuje cudu. „Objawił Swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2. 11). Jasną Górę nazywamy często polska Kaną. Tu spotykamy się w klimacie rodzinnym – jak ludzie na godach. Spotykamy się w obecności Matki Jezusa, która nas wszystkich oraz nasze problemy i kłopoty powierza Synowi. Mówi też: „zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2. 5).
Jakie problemy pragniemy Jej dziś przedstawić i przez Jej ręce skierować do Jezusa? Co pragniemy z pomocą Chrystusa przemienić, dając z siebie wszystko, na co nas stać… i czyniąc wszystko, co On – Chrystus nam powie…?
Jesteśmy pokoleniem, które doświadcza wolności. Wolność ta przyszła tak nagle, że nawet tego faktu nie zauważamy w pełni, myśląc o codziennych kłopotach.
Nie umiemy się nawet cieszyć tą wolnością. Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział na spotkaniu z młodzieżą: „że wolności nigdy nie można posiadać… Wolność trzeba stale zdobywać. Wolność jest właściwością człowieka. Bóg go stworzył wolnym. Stworzył go wolnym, dał mu wolną wolę bez względu na konsekwencję. Człowiek źle użył wolności, którą Bóg mu dał. ale Bóg stworzył go wolnym i absolutnie nie wycofa się z tego” (Jan Paweł II, Spotkanie z młodzieżą. Kraków 7 czerwca 1987).
Wydaje się, że w naszej Ojczyźnie płoną granice wolności…, że pragniemy czasem z wolności uczynić samowolę.
Myśmy kiedyś w przeszłości, my Polacy, nasi praojcowie zawinili wobec wolności. Nazwaliśmy to „złotą wolnością”, a okazała się zmurszałą…!” (Jan Paweł II). Musimy na nowo przemyśleć sprawę wolności: "Co to znaczy, że my jesteśmy wolni, jak my mamy być wolni, jak my chcemy i jak my mamy być wolni? Nikt się nie może z tego wyłączyć! Nie może powiedzieć: ja już mam na to receptę, ja już panuję nad sytuacją. To nie rozwiązuje jeszcze sprawy, ponieważ wspólnota, jaką jest naród, składa się z ludzi i każdy z nich musi swoją świadomość wolności podjąć, i każdy z nich tę swoją świadomość wolności musi określić zarówno od strony tego co ma, jak też i od strony tego. co mu jest zadane. W każdym razie inaczej nie może być zdrowego społeczeństwa” (Jan Paweł II, Spotkanie z młodzieżą, Kraków 10 VI 1987).
Obszary wolności nie mogą być puste. Należy je zapełnić prawdą, mądrością. Maryja – Stolica Mądrości wzywa nas słowami z Księgi Przysłów: „Więc teraz synowie słuchajcie mnie, szczęśliwi co dróg moich strzegą. Przyjmijcie naukę i stańcie mądrzy, pouczeń mych nie odrzucajcie. Błogosławiony ten. kto mnie słucha, kto co dzień u drzwi moich czeka, by czuwać u progu mej bramy, bo kto mnie znajdzie, ten znajdzie życie i uzyska laskę u Pana” (Prz 8. 22-35). Obszary wolności pragniemy zagospodarować sprawiedliwością oraz miłością. Sprawiedliwość realizo­wana w klimacie wolności jest wyrazem szacunku dla godności człowieka. Prawdziwa miłość wolnego człowieka wobec drugiego człowieka jest naj­wspanialszym darem, dobrem. Niepokoi to, że ludzie jak gdyby mniej się miłują, że do głosu dochodzi coraz częściej egoizm, że ludzie się zwalczają. Kiedyś bł. Matka Urszula Ledóchowska wołała: „Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy”. Jak bardzo są aktualne te słowa i w naszych czasach.
O to, byśmy obszary wolności zagospodarowali pracowicie prawdą, sprawiedliwością i miłością prośmy Jezusa za wstawiennictwem Matki Boskiej Częstochowskiej, która jest z nami, jest obecna, jest obecna dla nas wszystkich i dla każdego. My – wolni ludzie klęczymy w duchu przed Czarną Madonną na Jasnej Górze, dziękując za wolność. „Tutaj zawsze byliśmy wolni” wołał Ojciec Święty na Jasnej Górze w dniu 4 czerwca 1979 r.
Dziękując za wolność, pragniemy Ci dziś Matko przedstawić drugi problem. Problem ewangelizacji w naszej Ojczyźnie. Ty najlepiej z ludzi przyjęłaś Dobrą Nowinę, a także jako pierwsza włączyłaś się w dzieło ewangelizacji. Myślimy o ewangelizacji wszystkich dziedzin naszego życia.
W tym momencie chcemy zatrzymać się nad problemem katechezy i katechizacji, nad powrotem nauki religii do szkół i nad prawem obecności nauczania religii do szkołach. Stało się to dlatego, że „katechizacja dzieci i młodzieży niesie ze sobą podstawowe wartości etyczne i moralne w procesie wychowania. Z tego powodu uznano za niezbędne, by państwowe placówki oświatowe zapewniły możliwość pobie­rania nauki religii dla wszystkich uczniów, których rodzice wyrażają takie życzenie” (Komunikat PAP z dnia 28 czerwca br.) „…nauka religii jest nośnikiem podstawowych wartości w procesie wychowawczym, co oznacza, że otwarcie się na religię, oraz na chrześcijańskie wartości etyczne będzie istotnym wzbogaceniem tego procesu i przyczyni się do ukształtowania właściwych postaw młodego pokolenia Polaków” (Instrukcja).
Sprawa wychowania – to podstawowy problem dla narodu. Szkoła jest miejscem wychowania i przedłużeniem wychowawczej troski domu rodzin­nego, sprzymierzeńcem rodziny. Podejmuje zadania wychowawcze powie­rzone jej przez rodzinę. Pomaga rodzinie w takim zakresie, w jakim rodzina tego już uczynić nie może. Jest to więc zadanie podstawowe dla Kościoła. Kościół z natury rzeczy ma udział w wychowaniu. Przecież ci ludzie, którzy rodzą się w rodzinach, którzy chodzą do szkół, którzy stanowią społeczeń­stwo przyszłości, przez chrzest stali się dziećmi Bożymi. Kościół z woli wierzących rodziców podejmuje zadania religijno-wychowawcze wobec ich dzieci.
Wszyscy więc: rodzina, szkoła, Kościół - mobilizujemy swe siły, by for­mować umysły, serca, wolę, charakter, formować człowieczeństwo młodego pokolenia. Nie bójmy się, że religia w szkole zatraci swój sakralny charakter. Katecheza ze swej natury jest sakralna – „ma na celu nie tylko poznanie Jezusa Chrystusa, ale przede wszystkim zmierza do umiłowania Go i najgłęb­szego z Nim zespolenia” (Jan Paweł II, Łódź 1987). Od nas wszystkich zależy sakralny charakter religii w szkole. Cieszymy się, że nauczyciele innych przedmiotów spotkają się z nauczycielami religii. „Drogi Ewangelii i drogi prawdy idą razem” (Kardynał Karol Wojtyła, Kazanie, Kraków Znak. str. 491).
Pragniemy się wspomagać i pracować w atmosferze serdeczności i przyja­źni. Niech szkoła stanie się jeszcze bardziej miejscem wykształcenia i wychowania; niech formuje młodego człowieka, całego człowieka zgodnie z wolą i przekonaniami rodziców i jego samego. Pragniemy to czynić nie tylko w klimacie tolerancji wobec każdego człowieka, ale więcej, pragniemy to czynić w klimacie miłości.
Przynosimy Ci dziś Matko Boska Częstochowska te nasze problemy, kłopoty i nadzieje związane z wolnością oraz z obecnością religii w szkole. Świadomi naszych zadań, chętni do ich podjęcia, prosimy Cię Maryjo przedstaw je swojemu Synowi. Niech On pomoże nam zmienić nasze myślenie, jeśli tego potrzeba – ożywi zapał i da łaskę wierności w codziennych trudach.
Was Drodzy Bracia i Siostry na łóżkach szpitalnych. Was wszystkich, którzy cierpicie prosimy o modlitwę w wymienionych intencjach. O tę modlitwę prosimy dzieci i młodzież, rodziców, nauczycieli, katechetki i katechetów – wszystkich.
Niech Dobry Bóg za wstawiennictwem Najświętszej Rodzicielki uwolni nas od wszelkiego zła i niebezpieczeństwa i osłoni wszystkie nasze dobre dzieła swą ojcowską opieką (por. Modlitwa po Komunii).
Witaj Jezu Synu Maryi. Bądź moim pokarmem i napojem. Przyjdź do mnie w uczcie Eucharystycznej. Ty, Który jesteś Miłością, dodaj mi siły, abym czynił wszytko cokolwiek mi powiesz. Amen.

 

sierpnia 20, 2018

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Królowo ratuj

Homilia na Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej – Królowo ratuj
Przed kilkunastu laty mogliśmy przeczytać w prasie o pewnym epizodzie: do apartamentów królowej Anglii wbiegł nieznany człowiek. Chciał koniecznie rozmawiać z królową.
Ponieważ nie był umówiony i nie miał zgody na wejście do pałacowych pomieszczeń, został zatrzymany przez ochronę. Przypadek sprawił, że królowa znalazła się w pobliżu. Gdy go wyprowadzano zaczął głośno wołać: „królowo ratuj, królowo ratuj…” Królowa usłyszała jego błagalne wołanie i zainteresowała się nim. Jak się okazało, według jego wersji, został bardzo skrzywdzony i niesprawiedliwie potraktowany przez państwowe urzędy. Postanowił zatem szukać pomocy i ratunku na własną rękę, w taki właśnie desperacki sposób.
Przytaczam ten przykład, ponieważ w podobny sposób zachowuje się wielu z nas: gdy jest nam ciężko, gdy nie radzimy sobie z problemami, gdy zawodzi medycyna, gdy po ludzku patrząc, nikt nam nie może już pomóc. Wtedy przypominamy sobie, że jest zakątek na tej ziemi, gdzie powracać każdy chce, aby powierzać swoje troski Matce Bożej Częstochowskiej z zaufaniem, szczerością, ufnością i wielką wiarą.
Tak czynili ludzie prości i uczeni, królowie, hetmani, generałowie, przywódcy narodu, prezydenci. To zaufanie do Maryi możemy tez odnaleźć w utworach poetów:
Mickiewicza:
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy…
Słowackiego:
Wejdź w nasze serca i duszy potrzeby…
spraw cud nad nami.
Krasińskiego:
Niegdyś Cię, Mario, w świętej Częstochowie
O lud swój polscy błagali królowie…
To zaufanie do Matki Boskiej Częstochowskiej wynikało nie tylko z wielkiej Maryjnej pobożności, ale i z doświadczenia, że Ona pomoże, zaradzi, ocali, uratuje.
Tego zaufania do Maryi uczyli wielcy święci mężowie: św. Benedykt z Nursji, św. Dominik, dając nam niejako różaniec do ręki, czy też święty Bernard, który zostawił takie oto przesłanie:
Jeśli gniew lub zawiść poruszy cię – spojrzyj na Maryję.
Jeśli ciężar win twoich przygniata cię – pomyśl o Maryi.
W niebezpieczeństwach, trudnościach, w wątpliwościach – myśl o Maryi, wzywaj Jej imienia.
Niech Ona nie schodzi z myśli, z ust i serca twego…
Idąc za Nią, nie zbłądzisz…
Prosząc Ją, nie będziesz zawstydzony.
O niej myśląc, nie zejdziesz na manowce.
Jej się trzymając, nie upadniesz.
Pod Jej opieką strachu nie doznasz.
Idąc za Nią, nie zmęczysz się.
Za Jej wstawiennictwem dojdziesz do celu…
Myślę, że wszyscy, jak tu jesteśmy, mamy osobiste doświadczenia opieki i miłości Matki Bożej.
Chciałbym, abyśmy w ten szczególny dzień przenieśli się oczami wyobraźni przed Jej Jasnogórski wizerunek, do kaplicy Matki Bożej i zwrócili uwagę na dwa znaki, jakie przed tym wizerunkiem pozostawił wielki czciciel Maryi, Jan Paweł II. Abyśmy na te znaki spojrzeli i właściwie odczytali ich znaczenie – dla nas, ludzi dwudziestego pierwszego wieku.
Pierwszym jest pas papieski przestrzelony w czasie zamachu, w dniu 13 maja 1981 i poplamiony krwią papieża. Ofiarowany Matce Bożej 19 maja 1983r.
Znak ten można właściwie odczytać patrząc na życie tego świętego papieża. Od rozpoczęcia pontyfikatu tylko dwa i pół roku cieszył się dobrym zdrowiem. Po zamachu już nigdy nie powrócił do pełni sił i zdrowia. Jego życie było odtąd „życiem pomimo”, pomimo krzyża i cierpienia. Jednak, jak jesteśmy przekonani, było to życie człowieka świętego i zapewne był to jeden z najwspanialszych pontyfikatów w historii papiestwa.
W tym dniu, stojąc przed Matką Bożą, widzimy ten znak i uświadamiamy sobie, że i nasze życie również jest życiem pomimo czegoś: pomimo niepowodzeń, choroby, cierpienia, trudności, niezrozumienia. Cała filozofia polega na tym, aby umieć żyć z krzyżem codzienności, nie załamywać się, nie narzekać, zadręczając siebie i innych.
Okazuje się, że ci, którzy zaakceptowali krzyż, w jakiś sposób wpisany w ich życie, potrafili dokonać rzeczy niezwykłych.
Przykładem może być sługa boży Kardynał Stefan Wyszyński. W 1924 roku wyświęcony został na kapłana. Święcenia przyjął sam. Był tak chory, że marzył, aby odprawić chociaż jedną Mszę św.
Mszę św. odprawił w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej. Dał się wkrótce potem poznać jako człowiek niezwykle silnej woli – mimo choroby pracował dla Boga i Kościoła jak potrafił najlepiej. Zdobył stopień doktora, został profesorem Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Całą resztę jego działalności można podsumować jednym wyrażeniem – „Prymas Tysiąclecia”.
Inną dobrze nam znaną postacią z mass mediów jest nastolatek Jaś Mela – porażony prądem traci rękę i nogę. Jednak przy odpowiednim wsparciu i motywacji, z polarnikiem Markiem Kamieńskim, potrafił zdobyć oba bieguny. Osiągnął to wszystko pomimo strasznego krzyża kalectwa i niepełnosprawności.
Po jednej z jego wypraw mogliśmy przeczytać w prasie:
To takie światełko w ciemności dla wszystkich chorych,
to dowód na to, że można z każdego miejsca na ziemi odnieść sukces. Jaś Mela to wspaniały człowiek, który swoją postawą motywuje ludzi do walki z chorobą czy też innymi przeciwnościami.
Można jeszcze wspomnieć o amerykańskim sportowcu, kolarzu Lance Amstrongu, u którego w 1997 r wykryto chorobę nowotworową. Przeszedł dwie operacje i cztery cykle chemioterapii. Gdy po tym postanowił wrócić do sportu, wszyscy krytykowali jego postanowienie. On jednak znalazł motywację i siedmiokrotnie wygrał Tour de France, jeden z najtrudniejszych wyścigów kolarskich świata.
Wspominam te osoby, abyśmy nie narzekali, nie zawodzili: „jakie to straszne życie, jakie trudne czasy, co to z nami będzie”. Taka postawa prowadzi do przegranej na starcie.
Patrząc na papieski przestrzelony pas, musimy powiedzieć za Norwidem:
Nie wolno kłaniać się okolicznościom…
Nie wolno stylu nastrajać ulicznie
I Ewangelii brać przez rękawiczkę.
Więc z nadzieją patrzmy w przyszłość. Chociaż z krzyżem idziemy przez nasze życie, możemy dokonać wielkich rzeczy
i zdobyć to, co najważniejsze – osobistą świętość.
Drugim znakiem jest papieska złota róża wdzięczności, ofiarowana Matce Bożej przez Jana Pawła II w 1989 r.
Właściwie są tam dwie złote róże, drugą umieścił tam papież Benedykt XVI. Ten znak jest dla nas wezwaniem do okazywania wdzięczności Bogu i ludziom.
Już Seneka powiedział:
Okazywanie wdzięczności jest miarą naszego człowieczeństwa. Na tyle jesteśmy ludźmi, na ile umiemy okazywać wdzięczność.
Życie nie jest nigdy takie, jakim chcielibyśmy je mieć. Są wzloty i upadki, a także krzyże do poniesienia. Bądźmy wdzięczni za to, co mamy. Za:
  • wiarę,
  • dobre zdrowie,
  • pomagającego współmałżonka,
  • pracę,
  • posłuszne i zdrowe dzieci,
  • pilnych pracowników,
  • powodzenie finansowe,
  • lojalnych przyjaciół,
  • a nawet za wygrywające drużyny sportowe.

Kiedy jesteś wdzięczny to tak, jakbyś trzymał zapaloną świecę, a inni mogą odpalać swoje świece od twojej. Świece wdzięczności. Kończy się wtedy narzekanie na powszechną niewdzięczność.
To nie my „wymyśliliśmy” ten świat, to nie nasza zasługa,
że jesteśmy. Naszą „zasługą” może być wdzięczność kierowana w stronę Stwórcy i ludzi, naszych braci.
Do wdzięczności Bogu zachęca Pismo Św.
Dobrze jest dziękować Panu i opiewać imię Twe, o Najwyższy, Obwieszczać z rana łaskę twoją, a w nocy wierność twoją
Ps. 92,2-3
W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża
w Jezusie Chrystusie względem was.
1 Tes. 5,18
Wdzięczności do Boga uczy nas Najświętsza Maria Panna, wypowiadając słowa: Magnificat wielbi dusza moja Pana.
Wdzięczność okazujmy również ludziom przez dobre słowo, modlitwę, dobre czyny.
Ks. Bogusław Kokotek, w jednym ze swoich artykułów o wdzięczności, pisze, jak tej cnoty uczyli go rodzice. Zawiesili oni w jadalni nad stołem dwie reprodukcje obrazów Jeana Milleta: Kobiety zbierające kłosy i Wykopki. Każdy, kto spożywał posiłek, widział, jak wiele trzeba się napracować zanim pożywienie znajdzie się na stole. Miały skłaniać ku refleksji, modlitwie i uczuciu wdzięczności względem ludzi.
Niech te dwa znaki, o których wspomniałem w tym kazaniu, które znajdują się przed naszą Matką i Królową, pomogą nam pokonywać wszelkie trudności z wdzięcznością
w sercu.
Nasze rozważanie zakończmy modlitwą z poezji Jana Lechonia:
O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej komnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego, cudnymi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami…”



sierpnia 20, 2018

Słowo Boże na dziś - Czego uczy nas spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem?

Słowo Boże na dziś - Czego uczy nas spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem?
Słowa Ewangelii według św. Mateusza. Pewien człowiek zbliżył się do Jezusa i zapytał: "Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?" Odpowiedział mu: "Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania". Zapytał Go: "Które?" Jezus odpowiedział: "Oto te: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego jak siebie samego".
Odrzekł Mu młodzieniec: "Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?" Jezus mu odpowiedział: "Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną". Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Oto słowo Pańskie.
 
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 Gdy Jezus wybierał się w drogę, zbliżył się do Niego pewien młody człowiek. W jaki sposób ten człowiek zostaje scharakteryzowany w Ewangelii? Przez jedno słowo, że “był bogaty”. Jan Paweł II rozważa w Liście do młodych tę Ewangelię, i stwierdza, że “już młodość jest bogactwem człowieka poprzez fakt, że jest on młody, że jest zdrowy, że ma przed sobą wiele możliwości – może wybrać taką a nie inną pracę, rozeznaje swoje powołanie – następne lata, to już tylko realizacja drogi, którą się wybrało”.
Młodość jest bogactwem. Ale ten człowiek był również bogaty w sensie materialnym, miał bogatych rodziców, a więc był człowiekiem – można powiedzieć – zabezpieczonym; nie miał problemów, jak dzisiejsi młodzi, z podjęciem nauki; nie miałby problemu ze zdobyciem pracy, a gdyby nawet jej nie miał, mógłby przejąć majątek swoich rodziców i go pomnażać; był człowiekiem, który nie musiał się kłopotać o swoją przyszłość. I zbliża się do Jezusa, bo ma jakiś problem, bo mimo że jest bogaty, mimo że jest młody – czegoś mu w życiu brakuje. Może szukał u wielu nauczycieli tajemnicy szczęścia i przychodzi teraz do Jezusa: “Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?”.
Zauważmy, że kobieta kananejska z wczorajszej Ewangelii, gdy zbliża się do Jezusa, mówi: “Ulituj się nade mną Panie, Synu Dawida”. W tym pierwszym zdaniu już wyznaje wiarę w to, że Jezus jest Mesjaszem. Natomiast ten młody człowiek nie uwierzył, że Jezus jest Synem Bożym, że Jezus jest Mesjaszem, uważa Go tylko za jednego z nauczycieli.
Tak się może dziać w naszym życiu, kiedy szukamy wciąż odpowiedzi na pytanie o szczęście, i szukamy coraz to nowych nauczycieli. Tak się dzisiaj dzieje – są mody na różnych nauczycieli, przez jakiś czas słuchamy jednego, bo jest na fali, bo jest pokazywany w mediach, później słuchamy innych. I człowiek nie znajduje odpowiedzi na najgłębsze pytania o sens swojego życia. “Nauczycielu dobry – pyta ów młody człowiek – co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, co mam czynić, aby być człowiekiem szczęśliwym? Jezus mu odpowiada: “Zachowuj przykazania”. – “Które?” Jezus podaje sześć przykazań z “drugiej tablicy” Dekalogu: «Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę, miłuj bliźniego jak siebie samego». Zadajmy sobie pytanie: Dlaczego Jezus nie mówi o tych pierwszych trzech przykazaniach? Jezus chce pokazać, że gdyby ten człowiek naprawdę zachowywał przykazania, co do których jest pewny, na pewno by rozpoznał Tego, który jest u początku; gdyby naprawdę z serca kochał drugiego człowieka, gdyby nie zabijał swoim słowem, gdyby nie sądził swoich bliźnich, gdyby nie próbował stosować zasady: “oko za oko, ząb za ząb”, musiałby spotkać się z prawdziwym Bogiem, musiałby w Niego uwierzyć. Można powiedzieć, że przykazania dotyczące drugiego człowieka są trudniejsze, ale też bez przykazań dotyczących Pana Boga, nasza miłość do drugiego człowieka jest pozorna. Bo możemy bardzo dużo dać drugiemu człowiekowi, poświęcić dla niego nawet całe swoje życie, i mieć w tym jakiś interes, i nasze intencje mogą być nieczyste – być człowiekiem popularnym, być na ustach wszystkich, być sławnym.
Ów młodzieniec odpowiada: “Wszystkiego tego przestrzegałem od swojej młodości” – nie zna ten człowiek swojego serca, ale – możemy powiedzieć – to jest jego kolejne bogactwo: urodził się w rodzinie, która dała mu dobre wychowanie, jest człowiekiem porządnym, rodzice dbali o jego religijne wychowanie, dawali mu dobry przykład, starali się, by był w świątyni, by się modlił i on mówi: “Wszystkie te przykazania zachowywałem od mojej młodości”. I wtedy Jezus chce zobaczyć, gdzie jest jego serce: “Jeżeli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co posiadasz, rozdaj ubogim, a potem przyjdź i chodź za Mną”. Jezus zaprasza tego religijnego młodzieńca, tego porządnego człowieka, do wiary; Jezus zaprasza go do chrześcijaństwa.
Chrześcijaństwo, to jest postawienie na pierwszym miejscu Jezusa Chrystusa; to jest uwolnienie serca od tego, co nie syci, co nie jest Bogiem. Stajemy dzisiaj w obliczu nowoczesnego humanizmu, który ma wszelkie pozory miłości do człowieka, ale “dzisiaj usiłuje się tak żyć – mówił Ojciec św. na krakowskich błoniach 18 sierpnia 2002) – jakby Boga nie było; usiłuje się czynić Boga Wielkim Nieobecnym”. Jeżeli człowiekowi zabraknie tej motywacji najgłębszej, duchowej; jeżeli człowiekowi zabraknie wiary w Boga – Dawcy życia – to ten nowoczesny humanizm się skompromituje poprzez aborcję, eutanazję, manipulacje genetyczne, poprzez podważanie nierozerwalności małżeństwa, bo zabraknie mu najgłębszych motywów miłowania drugiego człowieka, a są nimi: Bóg, godność człowieka wynikająca ze stworzenia go przez Boga na swój “obraz i podobieństwo”.
Chcemy i trzeba się modlić się, by była w nas ta radykalna postawa ludzi, którzy idą za Jezusem Chrystusem – “Jeżeli chcesz być doskonałym, sprzedaj co posiadasz, rozdaj ubogim i chodź za Mną”, to znaczy: uwolnij swoje serce od tego, co nie jest z Boga. Chcemy być ludźmi, którzy naprawdę stawiają na piedestale drugiego człowieka, nie ubóstwiając go bez Boga, ale widząc w nim “obraz i podobieństwo” Boże, i przez niego dostrzegając obecnego w każdym z nas Jezusa Chrystusa. Niech się tak stanie.

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger