marca 31, 2017

Jezus unika Judei?

Jezus unika Judei?
Piątek 4 tygodnia Wielkiego Postu

Z Ewangelii według Świętego Jana
Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi zamierzali Go zabić. A zbliżało się żydowskie Święto Namiotów. Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie. Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: «Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić? A oto jawnie przemawia i nic mu nie mówią. Czyżby zwierzchnicy naprawdę się przekonali, że On jest Mesjaszem? Przecież my wiemy, skąd On pochodzi, natomiast gdy Mesjasz przyjdzie, nikt nie będzie wiedział, skąd jest». A Jezus, nauczając w świątyni, zawołał tymi słowami: «I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam z siebie; lecz prawdomówny jest Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem i On Mnie posłał». Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła. (J 7,1-2.10.25-39)

Refleksja nad Ewangelią

Skoro Pan Jezus unikał Judei z tego powodu, że w tej krainie przygotowywano na niego zasadzkę, czyż należy się dziwić, że Jego uczniowie - zarówno duchowni, jak i świeccy - unikają różnych niebezpiecznych rejonów w swojej wędrówce przez cały świat z misją głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu? Takie niebezpieczne rejony można zaznaczyć na mapie świata. Ciągle na pierwszym miejscu pod tym względem są Chiny, a zaraz za nimi kraje, gdzie głos decydujący ma muzułmański fundamentalizm. Są takie rejony również w naszym kraju i w naszym mieście. Trudno sobie wyobra­zić głosicieli Ewangelii, którzy wmieszają się w tłum kibiców wracających ze stadionu. Kto odważy się głosić Ewangelię miłości tym pijanym dzikusom? Podniosą na Ewangelistę nie tylko głos, ale i ręce uzbrojone w kamienie, pałki i butelki. Kto odważy się dać świadectwo Chrystusowi na - "koncercie" muzyki rockowej - o wyraźnie satanistycznej proweniencji - na festiwalu w Fordonie? Fani rocka rozniosą go na nożach, jak uczynili to z jednym ze swych kolegów. Czy potrafimy sobie wyobrazić sabat czarownic, jaki może wywołać głoszenie Ewangelii w klubie parlamentarnym ko­biet? Niejedno mieszkanie omijamy po kolędzie, spodziewając się reakcji jego mieszkańców na widok księdza. Czasem takim niebez­piecznym miejscem jest dla głosicieli Ewangelii i dla świadków Chrystusa dom własnych dzieci i wnuków. Wspomnienie tam o ja­kichś zasadach moralnych, czy obowiązkach religijnych może wywołać całą lawinę kpin, wyzwisk, a w najlepszym wypadku, urażonego milczenia. Omijamy więc Judeę i staramy się ze swoją wiarą i pobożnością przebywać w łagodnym klimacie Galilei - w parafial­nym kościele, przy radiu "Maryja", wśród wypróbowanych przy­jaciół, którzy myślą i czują podobnie jak my.
Pan Jezus jednak nie odpisał Judei na straty. Najpierw udaje się do Judei skrycie, a kiedy nadeszła Jego godzina, wjechał do Jeruzalem - do stolicy Judei - całkiem jawnie: na osiołku, wśród entuzjazmu uczniów i tłumu, wśród głośnych okrzyków "Hosanna".
W czasie naszej misyjnej podróży i nam nie wolno omijać Judei. Jeśli nie da się wejść jawnie do jakiegoś domu, czy środo­wiska, trzeba to uczynić skrycie. Jeśli nie chcą słuchać Ewangelii, trzeba ją pokazywać swoim życiem. Przychodzi jednak i dla nas ta­ka godzina, kiedy do kibiców, rockowców, parlamentarnych kobiet, zobojętniałych dzieci i wnuków trzeba iść śmiało nie licząc się z konsekwencjami tej odwagi. Czy taką godziną nie jest czas wiel­kopostnych rekolekcji?
Pan Jezus przychodzi również i do nas. Także do nas posyła swoich uczniów. Czy moje serce jest dla niego niebezpieczną Judea? Trzeba nam zrobić wszystko, aby Pan Jezus w naszych sercach i domach czuł się jak na galilejskich łąkach, jak nad tyberiadzkim jeziorem, jak na Górze Ośmiu Błogosławieństw i jak na Górze Przemienienia. Jeśli w centrum Judei naszego serca znalazł Golgotę, niech znajdzie w nim również miejsce spoczynku, z którego trzeciego dnia zmartwychwstał...


marca 30, 2017

Pan jest moim Obrońcą!

Pan jest moim Obrońcą!
Czwartek 4 tygodnia Wielkiego Postu

Czytanie z Księgi Wyjścia
Pan rzekł do Mojżesza: «Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko zawrócili z drogi, którą im nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca odlanego z metalu, i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary, mówiąc: „Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej”». I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: «Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Pozwól Mi, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem». Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Pana, Boga swego, i mówić: «Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? Czemu to mają mówić Egipcjanie: „W złym zamiarze wyprowadził ich, chcąc ich wygubić w górach i zgładzić z powierzchni ziemi”? Odwróć zapalczywość Twego gniewu i zaniechaj zła, jakie chcesz zesłać na Twój lud. Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: „Uczynię potomstwo wasze tak licznym jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom i posiądą ją na wieki”». Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud. (Wj 32,7-14)

REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM

Pan rzekł do Mojżesza: «Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko odwrócili się od drogi, którą im nakazałem i utworzyli sobie posąg – cielca, ulany z metalu, i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary»”.
Skłonność do lepienia bożków, choćby w postaci złotych cielców, czy też w innych postaciach, jest dość powszechna pośród ludzi. To nie tylko wydarzenie wędrującego do Ziemi Obiecanej z niewoli egipskiej ludu żydowskiego, pod przewodnictwem Mojżesza. Jakoś, po grzechu pierworodnym, zawsze tak było, że człowiek mieni się być większy, wyższy od Boga. I dlatego też chce być autorem Boga. Bo jeżeli coś my stwarzamy, to, to coś, jest nam posłuszne, jest do naszej dyspozycji, możemy mieć na nim władzę.
Człowiek chce być większy od Boga. I to się kończy tragicznie. Bo taka chęć, i lepienie sobie złotych cielców, nie tylko w wędrówkach z ziemi egipskiej do Ziemi Obiecanej, ale również za naszych czasów, gdy ktoś prawdziwego Boga nie uznaje, a kłania się fałszywym bogom, popada w strefę ciemności, bowiem taka myśl i czyny idące za takim zamysłem, są autorstwa szatańskiego. A wiemy przecież, że szatan jest ojcem ciemności. Nie chce on, aby człowiek dobrze widział, aby człowiek wiele rozumiał, aby był bliski Światłości, która jest zawsze do dyspozycji, bliski prawdziwego Boga – my wierzymy w Boga w Trójcy Świętej Jedynego.
Jednak Pan Bóg nie odwraca się, niejako na interwencję Mojżeszową, od błądzącego ludu Bożego, ludu lepiącego sobie bożka, bo wydaje się temu ludowi żydowskiemu, że prawdziwy Bóg jest zbyt wymagający, że idzie zbyt szybko, że prowadzi nie taką drogą, jaką sobie człowiek wyobrażał. Ale, mimo wszystko, daje Pan Bóg temu ludowi, kochającemu cielca, bo składającemu przecież na jego cześć ofiary, dziesięć Bożych przykazań. Powróci Mojżesz z nowymi tablicami, bo te ze złości, te pierwsze, rozbił. I cały lud Boży, a wszyscy ludzie są przecież ludem Bożym, będzie miał wytyczne, co ma robić wobec swojego Jedynego Boga, Stwórcy, wobec braci w człowieczeństwie i we wierze. „Będziesz czcił swojego Boga...., Nie będziesz miał cudzych bożków, ani bogów..., Będziesz człowiekiem, który nie zabija, nie kłamie, nie cudzołoży, nie kradnie...”. Znamy przecież przykazania odmawiane niemalże codziennie w naszych pacierzach. I za to Bogu dziękujemy, iż przypomina swoje prawdziwe imię, iż daje wytyczne, jakimi drogami iść, aby być Mu blisko.
Po przypomnieniu sobie skłonności do fałszu, nasuwa się jeszcze myśl o autorytecie. Każdy człowiek jakoś chce mieć autorytet: wśród swoich najbliższych, w swoim środowisku, w otoczeniu dalszym także; w ogóle chce być kimś, o wielkim autorytecie. I dobrze opowiada, o sposobie nabywania autorytetu, Jezus Chrystus w dzisiejszej Ewangelii, którą czytamy i słuchamy. Oto autorytet prawdziwy, Jezusa Chrystusa, choć nie przez wszystkich i nie zawsze uznawany, wydobywa się z Jego kontaktu z Ojcem, który jest w niebie: „Oto On Mnie posyła..., oto Ja mam dzieła i czyny do wykonania z polecenia Ojca...”. Zatem, jeżeli chcemy mieć autorytet, taki prawdziwy, zbawczy i zbawiający nas i innych, trzeba nam żyć wciąż w przyjaźni z Bogiem Ojcem, być w kontakcie z Trójcą Przenajświętszą, która przecież z upodobaniem w nas zamieszka, jeżeli nie będziemy ofiar składać i czcić fałszywych bożków. Trzeba nam, jak Jezus Chrystus dziś mówiący, przylgnąć do pełnienia woli Ojca, a wtenczas i chwała Boża jest, i troska o zbawienie własne i zbawienie drugiego człowieka.

Miarą cywilizacji, kultury i demokracji w każdym państwie jest kształt sądownictwa. Tam, gdzie odbywają się sądy kapturowe, gdzie oskarżony nie ma prawa do uczciwego procesu, a przede wszystkim do obrony, trudno mówić o demokracji i kulturze. Spra­wiedliwe sądownictwo i instytucja obrońcy nie są jednak wymysłem i zdobyczą demokracji. Wzorem sprawiedliwego sędziego, który dokładnie bada wszystkie dowody i argumenty zarówno "przeciw" oskarżonemu, jak i "za" oskarżonym jest sam Bóg, który jest sprawiedliwy w najwyższym stopniu. Nie może być inaczej, skoro On jest tylko Prawdą i aż Prawdą. Bóg jednak jest jednocześnie Miłością i dlatego najwyższa sprawiedliwość jest wymierzana z nieskończonym miłosierdziem. Tak jak prawda i miłość w Bogu są czymś jednym, tak również jednym jest sprawiedliwość i miłosier­dzie. Dlatego przed sądem Boga każdy oskarżony znajduje obronę. Sam Bóg ustanawia obrońców z urzędu. W ludzkim sądownictwie obrona przeprowadzana nie na prośbę oskarżonego, lecz z pole­cenia sądu, nie jest wysoko ceniona. Bóg jednak ustanawia obroń­ców najwyższej klasy. Księga Wyjścia opowiada nam o tym, jak tę funkcję pełnił Mojżesz. W opowiadaniu tym zastosowano stylizację, której celem jest podkreślenie wyjątkowych walorów tego obrońcy. Dlatego Bóg jako sędzia przedstawiony jest jako zagniewany na swój lud i bardzo rozczarowany jego niewdzięcznością. Autor sugeruje, że Bóg gotów jest ten lud surowo ukarać, a w jego miejsce utworzyć z Mojżesza, jako nowego patriarchy, nowy lud, który dotrzyma przymierza. Na tym tle dopiero widać, jak wyjąt­kowego obrońcę ustanowił Bóg dla swojego ludu. Mojżesz, który sam doznał od tego ludu tyle zniewag, nie ulega pokusie wejścia do historii jako protoplasta nowego narodu, lecz wstawia się żarliwie za tym ludem o twardym karku.
Bywa jednak, że najlepszy obrońca nie zdoła obronić oskar­żonego, kiedy ten sam pogrąży się przed sądem, przecząc swoimi wypowiedziami i swoim zachowaniem temu, co obrońca przytaczał na jego obronę. Wtedy znakomita obrona może przemienić się w bardzo obciążające oskarżenie! Przypomnijmy sobie występy prokuratora na procesie zabójców Ks. Jerzego Popiełuszki. Wbrew swojej funkcji, zaczął bronić morderców, ale jego obrona, stała się tym cięższym oskarżeniem. Z innych powodów ten los spotkał rów­nież Mojżesza. Z powodu niewyobrażalnej zatwardziałości i ślepoty przywódców narodu wybranego, którzy odtrącili oczekiwanego Mes­jasza, właśnie Mojżesz stał się ich oskarżycielem. "Waszym oskar­życielem jest Mojżesz" - mówi Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii.
Możliwa jest jednak transformacja funkcji obrońcy i w innym kierunku. Jezus Chrystus podejmując się obrony grzeszników przed sądem Bożej sprawiedliwości poszedł tak daleko, że sam przyjął na siebie rolę oskarżonego. Sam poddał się osądowi i to sądu bardzo niesprawiedliwego, gdzie nie dano Mu żadnego obrońcy. To on za­miast winowajców przyjął na siebie wyrok i poddał się jego egze­kucji. Kiedy się weźmie pod uwagę, że Oskarżony Jezus z Nazaretu jest Synem Najwyższego, wtedy rozpoznamy, kto jest takim Obroń­cą. Pan jest moim Obrońcą! W Jezusie Chrystusie nieskończona sprawiedliwość stała się nieskończonym miłosierdziem.

Niechże Nowy Mojżesz, Jezus Chrystus, wstawia się za nami, aby grzechy fałszu były nam odpuszczone.

marca 29, 2017

5. Niedziela Wielkiego Postu (A) – Ja życie moje oddaję

5. Niedziela Wielkiego Postu (A) – Ja życie moje oddaję
Bracia i Siostry! Jezus wskrzesił Łazarza na krótko przed swoją własną śmiercią. Poza wszystkim innym był to z Jego strony akt pełnej suwerenności nad śmiercią. Rozkładającego się trupa Jezus budzi do życia z taką samą łatwością, z jaką my budzimy kogoś śpiącego. Ten fakt wskrzeszenia Łazarza rzuca istotne światło na śmierć Jezusa, która nastąpiła wkrótce potem. Ten, który wskrzesił Łazarza, z pewnością sam nie podlegał konieczności umierania. Z pewnością mógł, gdyby chciał, uchronić się od śmierci. Jezus umarł na krzyżu dlatego, że zgodził się na swoją śmierć z podobną suwerennością, z jaką dokonał wskrzeszenia Łazarza. Przypomnijmy sobie Jego własne słowa na ten temat. Mówił tak: „Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać”.
Owszem, my grzesznicy postanowiliśmy Go zabić i rzeczywiście Go ukrzyżowaliśmy. Ale nasza zła wola spełniła się nie dlatego, jakoby udało nam się zapędzić Go w sytuację bez wyjścia, ale dlatego, że On do tego dopuścił i dobrowolnie przyjął na siebie śmierć, na jaką Go skazaliśmy. A przyjął na siebie Jezus mękę krzyża dlatego, bo chciał dobrowolnie przejść przez najciemniejszą otchłań, jaką grzech potrafi stworzyć na tej ziemi i w jaką człowiek potrafi wpędzić swego bliźniego. Otchłań męki krzyżowej to były dla Jezusa nie tylko straszliwe cierpienia fizyczne, ale jeszcze bardziej straszliwe poczucie jakby opuszczenia przez Ojca. A przecież nawet na samym dnie tej otchłani Jezus był całkowicie oddany swemu Ojcu i potrafił się modlić: „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego!” W ten sposób dokonało się nasze odkupienie. Odtąd każdy, kto chce być bratem lub siostrą Jezusa, nawet jeśli się znajdzie w najciemniejszej otchłani, może liczyć na Jego pomoc. Nie ma już na tej ziemi takiego niepowodzenia ani takiego nieszczęścia czy prześladowania, które nie mogłoby być wypełnione obecnoś­cią Jezusa Zbawcy i stać się drogą do życia wiecznego. Bylebyśmy tylko się naprawdę Jezusa trzymali.
Otóż, Jezus stanął przy grobie Łazarza, a wkrótce sam miał znaleźć się w grobie. W jednym i drugim przypadku objawia początkowo swoją słabość, ale jest to słabość kogoś kochającego, który swoją potęgę chce objawiać tylko poprzez miłość. Nad grobem Łazarza Jezus zapłakał. Dlaczego zapłakał, skoro za chwilę miał przecież wskrzesić pogrzebanego w tym grobie? Otóż, Jezus wtedy nie nad Łazarzem płakał, ale nad ludzką śmiercią. Płakał nad tym, że porzucając Boga odeszliśmy od Źródła życia i sprowadziliśmy na siebie śmierć. A przez wskrzeszenie Łazarza Jezus chciał nas przekonać, że przyszedł do nas z potęgą mającą moc zwyciężyć potęgę zła i śmierci. Potęga zła i śmierci wydawała się niezwyciężona i wciąż niektórzy ją za taką uwa­żają. Ale Jezus przyszedł do nas z potęgą jeszcze większą.
Mianowicie przyszedł z potęgą miłości. Potężny swoją miłością do swego Ojca i do nas nie tylko przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc. Potrafił tę potężną swoją miłość zachować w sobie nawet podczas męki krzyżowej. Do jakiego stopnia potęga Jego miłości przekracza wszelkie nasze wyobrażenia, okazało się w Jego grobie: chociaż ukrzyżowany, zabity i pogrzebany, trzeciego dnia zmartwychwstał! Zauważmy, że zarówno przy grobie Łazarza, jak w swojej własnej śmierci Jezus najpierw objawia swoją słabość, słabość kogoś kochającego. Ostatecznie jednak w jednym i w drugim przypadku objawia nieskończoną potęgę swojej miłości. Czy my dzisiaj zechcemy otworzyć się na tę prawdę o słabości Jezusa oraz potędze Jego miłości? Marta powiedziała do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, nie umarłby brat mój!” My wierzymy w Jezusa razem z Martą. Wierzymy, że Jezus nawet naszą śmierć chce przenikać swoją kochającą obecnością. Słowa Marty odnosimy przede wszystkim do śmierci duchowej, śmierci straszniejszej niż śmierć ciała, bo oddzielającej nas od Boga. Straszna to rzecz, jeśli człowiek zniszczy w sobie zarodek życia wiecznego i zamknie się całkowicie w życiu doczesnym. Gdyby człowiek trzymał się Jezusa, nigdy by się to nie stało. „Panie, gdybyś tu był, nie umarłby brat mój”.
Na szczęście Jezus i kocha nas i jest wszechmocny. Ten, który wskrzesił już rozkładającego się Łazarza, z pewnością ma moc wskrzesić nawet tych. którzy pomarli duchowo. Obyśmy tylko zechcieli szukać Go naszą wiarą jako Kogoś Żywego i Kochającego. Obyśmy tylko uwierzyli, że Sakrament Pokuty jest czymś nieskończenie więcej niż czcigodnym obrzędem. Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, sam Jezus dotyka nas z miłością, i choćby nawet człowiek był duchowo umarły, żyć będzie. Przecież my wierzymy, że Jezus jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem, toteż prawdę mówią Jego słowa: „Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a komu zatrzymacie, są im zatrzymane”.
Z opisu wskrzeszenia Łazarza wynika ponadto, jak ważna jest modlitwa wstawiennicza. Trudno żeby nieboszczyk prosił Jezusa o wskrzeszenie, umarły jest przecież umarłym. Do ciężko chorego brata wezwały Jezusa jego siostry. Marta i Maria. One też przyprowadziły Go nad jego grób. Podobnie jest z człowiekiem umarłym duchowo. Sam z siebie jest on niezdolny do tego. żeby zaprosić Jezusa do siebie i błagać Go o cud duchowego wskrzeszenia. Jezusa muszą do niego zaprosić inni, przez swoją wytrwałą modlitwę wstawienniczą. Bracia i Siostry! Nie zapominajcie modlić się za siebie wzajemnie. Módlmy się zwłaszcza za tych naszych bliskich i znajomych, którzy żyją tak jakby ten świat nie był Boży i jakby życie człowieka miało się kończyć na tej ziemi.
Zauważmy jeszcze pouczenie dzisiejszej Ewangelii na temat tej śmierci, która kończy naszą doczesną pielgrzymkę. Wszechmocna miłość Jezusa nie usuwa z dróg naszego życia ani cierpienia ani śmierci. Na pewno Jezus lepiej od nas wie. co jest dla nas lepsze i próbujmy Mu zaufać. Ale miłość Jezusa do nas jest naprawdę wszechmocna, dlatego prośmy Go serdecznie, aby zechciał tą swoją miłością przenikać zarówno nasze cierpienia jak naszą śmierć. Otwórzmy się tak szeroko, jak tylko to potrafimy, na słowa, jakie Jezus wypowiedział do Marty: „Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Każdy, kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”. Swoją śmiercią i zmartwychwstaniem Jezus udowodnił, że to nie były puste słowa. Tak jest naprawdę: Kto w Niego wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.
Bracia i Siostry! W tym czasie Wielkiego Postu mieliśmy okazję ku temu, by zwrócić uwagę na to, co w naszej drodze duchowej jest absolutnie najważniejsze. Ożywiajmy naszą wiarą tak, żebyś­my byli ludźmi prawdziwie wierzącymi, a nie ludźmi udającymi wierzących. Pan Jezus, Syn Boży i nasz Zbawiciel, niech się stanic dla nas kimś naprawdę bliskim i kochanym. Miłość Boga i bliźniego niech będzie pierwszą wytyczną naszego życia i często sprawdzajmy siebie, czy naprawdę tak jest i czy do naszej miłości nie wkradło się coś nieautentycznego. Wielką wagę przywią­zujmy do modlitwy. Odkrywajmy coraz to na nowo wartość coniedzielnej Mszy Świętej: przecież tutaj mamy możność dosłownie zanurzenia się w tej miłości, jaka została nam okazana na Górze Kalwarii. Niech sakramenty święte staną się dla nas prawdziwie źródłami mocy Bożej.
Oby dobry Bóg rozlał na nas hojnie łaskę nawrócenia. Oby Święta Wielkanocne zastały nas jako prawdziwych przyjaciół Bożych. I módlmy się za siebie wzajemnie. Amen.


marca 27, 2017

Jezus wobec duchowej agonii człowieka

Jezus wobec duchowej agonii człowieka
Poniedziałek 4 tygodnia Wielkiego Postu

Z Ewangelii według Świętego Jana
Jezus odszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie, kiedy jednak przyszedł do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A był w Kafarnaum pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna, był on już bowiem umierający. Jezus rzekł do niego: «Jeżeli nie zobaczycie znaków i cudów, nie uwierzycie». Powiedział do Niego urzędnik królewski: «Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko». Rzekł do niego Jezus: «Idź, syn twój żyje». Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i poszedł. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, kiedy poczuł się lepiej. Rzekli mu: «Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka». Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, kiedy Jezus rzekł do niego: «Syn twój żyje». I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei. (J 4,43-54)

ŚMIERĆ PRZEDWCZESNA

Każda śmierć jest odbierana jako tragedia, ale śmierć przed­wczesna, sięgająca po życie młodego człowieka, wywołuje uczucia najboleśniejsze. Wszyscy, którym zdarzy się wizyta w szpitalu dzie­cięcym, ze szczególnym bólem i wzruszeniem przechodzą przez od­dział chorób nowotworowych, gdzie śmiertelność wśród młodych pacjentów jest taka wysoka. Dla wielu osób spotkanie z młodym człowiekiem chorym na AIDS jest źródłem wielkiego niepokoju i żalu. Zbliżanie się przedwczesnej śmierci powoduje protest i sprzeciw, wyrażający się nie tylko w gwałtownych uczuciach, lecz również w zdecydowanych działaniach podejmowanych dla ratowa­nia życia młodego człowieka, nawet w sytuacji beznadziejnej. Rodzice w takich wypadkach zdobywają się na heroiczne wysiłki, chwytają się każdej nadziei, szukają sposobów i środków, apelują do ludzkiej solidarności i współczucia i zazwyczaj spotykają się ze zrozumieniem. Prawie każdy potrafi wczuć się w dramatyczne poło­żenie młodego człowieka i jego bliskich.
Zupełnie inaczej wygląda sprawa, kiedy mamy do czynienia z przypadkami przedwczesnej duchowej śmierci młodego człowieka. A są to przecież wypadki spotykane częściej, niż dramaty spowo­dowane przez zbliżanie się śmierci cielesnej. Tylu młodych ludzi obumiera duchowo tracąc wiarę podczas ucieczki od myślenia o lo­sie człowieka, tracąc miłość w poszukiwaniach szczęścia tylko w doznaniach zmysłowych, tracąc kulturę gubiąc się we wrzasku subkultury. Młodych ludzi w stanie duchowej agonii spotykamy częściej niż chłopców i dziewczyny wysiadujących nad żebraczą miseczką, z tabliczką zawieszoną na szyi: „Jestem chory na AIDS”. Wczoraj, kiedy w niedzielę Wielkiego Postu modliliśmy się w naszej Bazylice, ścieżką obok przeciągały chmary młodych kibiców. Młodzi ludzie zachowywali się wyzywająco. Przechodząc przed frontonem kościoła głośno przeklinali i demonstracyjnie pili piwo z butelek. Kiedy zobaczyli księdza, sypały się niewybredne wyzwiska. Przy­łapałem się na tym, że dla tych dogorywających duchowo młodzień­ców, wcale nie odczuwam współczucia. Było to raczej uczucie zawodu i goryczy, ale – niestety – również z domieszką złości. Pojawiła się nawet chęć ukarania młodocianych chuliganów za zuchwałość. I wcale pewnie bym się nie martwił, gdyby stało im się coś złego, gdyby dopadli ich policjanci i stłukli ślicznymi, białymi pałkami. Kiedy tak się podniecałem, wymyślając różne mściwe sytu­acje, ogarnęło mnie Zawstydzenie. Sam chyba nie jestem lepszy od tych młodych ludzi, skoro bawią mnie takie myśli i uczucia. Na widok obumierającej w młodym sercu wiary, miłości i kultury powinien nas ogarniać wielki smutek. Zagrożenie, w którym znaj­dują się ci młodzi ludzie, powinno mobilizować do organizowania ratunku. Co jednak mamy robić w takiej sytuacji? Wiadomo, że wyciągnięta ręka zostałaby brutalnie odepchnięta. Skoro sami jesteśmy tacy bezradni, zróbmy przynajmniej to, co uczynił dworzanin królewski. Dogorywające dusze dzieci naszego narodu trzeba wytrwale polecać miłosierdziu Chrystusa, który o każdej godzinie może powiedzieć: „Idź, syn twój żyje”.
Analizując słowa dzisiejszej Ewangelii, można zauważyć niezwykłą precyzję miejsca, w którym nastąpiło spotkanie Jezusa z ojcem konającego dziecka – co wskazuje na historyczność zdarzeń towarzyszących Jezusowi żyjącemu w ludzkim ciele.
Dowiadujemy się, że wydarzenie opisane w Ewangelii miało miejsce po powrocie Jezusa z Jerozolimy do Galilei, gdzie kiedyś uczynił pierwszy znak – cud przemiany wody w winy podczas uczty weselnej. Zapewne w tej okolicy rozeszła się wieść o niezwykłym wydarzeniu, jak również o kolejnych cudach Jezusa, który uzdrawiał chorych. Zatem nic dziwnego, że kiedy urzędnik królewski z Kafarnaum dowiedział się o powrocie Jezusa, to właśnie u Niego szukał ratunku dla umierającego syna.
Znam ewangeliczne opisy uzdrowień. Czy jednak będąc chorym, lub w przypadku choroby kogoś bliskiego, szukam pomocy u Jezusa?
Czy wierzę, że Jezus może uzdrowić?
Czy wierzę, że Jezus zechce mi pomóc, jeśli się do Niego zwrócę?
Można zauważyć zarówno pokorę jak i zaufanie do Jezusa owego urzędnika królewskiego. Widać to choćby z dialogu. Kiedy Jezus powiedział: Idź, syn twój żyje, to ów człowiek nie protestował, nie dyskutował dalej, ale jak mówi Pismo: Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i poszedł. Zanim jeszcze zdążył wrócić do domu, to już w drodze słudzy donieśli mu, że rzeczywiście, syn jego żyje i opuściła go gorączka i było to o tej godzinie, o której Jezus rzekła do niego: «syn twój żyje». Chociaż syn ów nie spotkał się z Jezusem, to został uzdrowiony na prośbę ojca.
Czasem dzieci, lub nasi bliscy, są bliscy śmierci duchowej. Pogrążają się w grzechach, odrzucają sakramenty święte, tracą wiarę. Wszelkie tłumaczenia, prośby zawodzą. Cóż wtedy można zrobić?
Można skorzystać z nauki płynącej z tego fragmentu Ewangelii i modlić się za taką osobę, aby Jezus Chrystus ją uzdrowił i dał łaskę nawrócenia.

Panie Jezu, pomnóż moją wiarę, abym z ufnością powierzał moich bliskich. Uratuj, Panie, wielu ludzi z mojego otoczenia, którzy są w stanie duchowej agonii, a których spotykam na mojej drodze życia. Jezu, ufam Tobie!


marca 26, 2017

4. Niedziela Wielkiego Postu (A) – Aby światłość Boża rozświetlała nas

4. Niedziela Wielkiego Postu (A)  – Aby światłość Boża rozświetlała nas
Bracia i Siostry! Święty pustelnik Antoni kiedyś bardzo mądrze pocieszył niewidomego chłopca. Powiedział mu tak: „Mój drogi, ty wprawdzie nie masz takich oczu, jakie mają również kury i gęsi, a nawet muchy i komary. Ale za to masz takie oczy, jakie mają aniołowie – oczy, którymi można oglądać samego Boga i Jego światłość”. Chłopiec ten przeszedł później do historii jako jeden z wielkich myślicieli katolickich IV wieku. Dydym Niewidomy po dziś dzień jest wymieniany we wszystkich podręcznikach patrologii oraz w teologicznych encyklopediach.
I z całą pewnością również dzisiaj wielu jest takich niewidomych, których przepełnia jakieś nadziemskie, duchowe światło. Ale zauważmy, że możliwa jest również sytuacja odwrotna: ktoś może mieć wzrok świetny, wzrok na miarę pilota samolotu odrzutowego, a zarazem być pogrążony w ciemno­ściach, być ślepym duchowo.
Otóż istnieje wielka różnica między człowiekiem, który jest pozbawiony wzroku cielesnego, a człowiekiem zaślepionym, człowiekiem, któremu szwankuje wzrok duszy. Człowiek, któremu nie funkcjonują oczy cielesne, wie, że nie widzi. Czasem nawet potrafi to swoje nieszczęście przemienić w swoją szansę i tym więcej otwiera się na światło duchowe. Natomiast zaślepienie duchowe jest nieszczęściem tak głębokim, że nie da się go przemienić w szansę. Co gorsza, człowiek zaślepiony duchowo nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest zaślepiony.
Jeśli tak się rzeczy mają, to każdy z nas może być ofiarą jakiegoś zaślepienia i o tym nawet nie wiedzieć. Toteż staje przed nami niezmiernie ważne pytanie: W jaki sposób szuka się u Chrystusa ratunku od tego strasznego duchowego nieszczęścia, jakim jest zaślepienie? Ale przedtem warto się zastanowić, na czym konkretnie może polegać zaślepienie.
Na przykład mogę nie zauważać mojego bliźniego. Czasem człowiek jest tak zaaferowany różnymi swoimi sprawami, że nie zorientuje się nawet, iż jego własny współmałżonek czuje się bardzo samotny, albo że narasta w nim jakieś rozgoryczenie i poczucie krzywdy. Czasem człowiek bardzo się troszczy o różne potrzeby swojego dziecka, a nie zauważy, że dziecko jest zgłodniałe odrobiny rodzicielskiego ciepła i rodzicielskiej aprobaty.
Nie tylko mogę nie zauważyć potrzeb drugiego człowieka. Mogę rów­nież nie zauważyć i nie docenić darów, jakimi on mnie obdarza. I w ten sposób narasta obcość między ludźmi, czasem nawet między mężem i żoną, między rodzicami i dziećmi. A jeszcze łatwiej nam nie zauważać ludzi innych, ludzi spoza naszej rodziny. Źródłem tego zaślepienia, które czyni człowieka niewrażliwym na potrzeby i dary drugiego człowieka, jest egocentryzm.
Jak widzimy, nie tylko namiętności zaślepiają człowieka. Zaślepia człowie­ka nie tylko nienawiść, nie tylko chciwość, nie tylko niezdrowa ambicja, nie tylko rozpustna pożądliwość. Człowieka zaślepia również egoizm i lenistwo. To nie jest nawet tak. że człowiek zaślepiony uważa się za bezgrzesznego. Zauważył kiedyś z przekąsem La Rochefoucauld, że my nawet chętnie przyznajemy się do małych wad. bo chcemy w ten sposób przekonać samych siebie, że nie mamy wielkich. Tak, największe nieszczęście zaślepienia polega na tym. że człowiek swojego grzechu nie widzi. Jak czytamy w Psalmie 36: „Zaślepiony sam sobie schlebia i nie widzi swej winy. by ją mógł zniena­widzić”.
Często zaślepienie przybiera postać aktywną. Wówczas nie jest tak, że człowiek czegoś nie widzi. Owszem, widzi, ale widzi fałszywie, a jest święcie przekonany, że widzi prawidłowo. Człowiekowi czasem wydaje się wówczas, że jest mądrzejszy od Pana Boga. Wie. jakie jest Boże przykazanie, ale wydaje mu się. że znalazł drogę lepszą od tej. którą wskazuje Pan Bóg. Zarówno całe narody jak poszczególni ludzie już bardzo dużo ucierpieli od takich większych i mniejszych zbawicieli, co to lepiej od Pana Boga wiedzą, gdzie leży dobro i na czym polega szczęście.
Zatem jest nad czym rekolekcyjnie się zastanowić, jeśli w duchu wiary zechcemy wgłębić się w ewangeliczny opis uzdrowienia niewidomego. Zawsze kiedy czytamy o cudach Pana Jezusa, wiara nam mówi, że takie same cuda Pan Jezus chce dzisiaj czynić w nas, we mnie i w tobie. Chce nas uzdrowić również z naszych różnych zaślepień. Bo tutaj sama tylko nasza dobra wola. żeby wyzwolić się z naszych zaślepień, nie wystarczy. Owszem, ona jest niezbędna, bez niej Pan Jezus nie dokona w nas cudu. Ale dopiero cud może sprawić, że w naszych wnętrzach zajaśnieje światłość Boża i że będziemy umieli patrzeć na świat oraz na różne wydarzenia naszego życia naprawdę Bożymi oczyma.
Bracia i Siostry! Spróbujmy wziąć sobie do serca cztery wielkopostne sugestie, jakie wynikają z dzisiejszej Ewangelii. Po pierwsze, spróbujmy więcej zauważać obecność Boga w naszym życiu. Kiedyś świętego Teofila, biskupa Antiochii, ktoś zaczepił: „Pokaż mi tego twojego Boga, boja Go nie widzę”. Na to święty Teofil odpowiedział: Spróbuj pokazać, że ty naprawdę jesteś człowiekiem, a zobaczysz mojego Boga! Spróbuj zachować czystość i czynić sprawiedliwość, a całe twoje życie będzie przepełnione obecnością Boga. I przekonasz się wtedy, że cały świat jest wypełniony światłem obecności Bożej. Bo otworzą ci się wtedy oczy i uszy twojej duszy. Kochani Chorzy! Jak by to dobrze było. gdyby ciężkie doświadczenie waszej choroby pomogło każdemu w Was otworzyć się więcej na obecność Bożą w naszym codziennym życiu!
Drugie wielkopostne postanowienie niech dotyczy naszych bliźnich. Otwórzmy szerzej oczy na drugiego człowieka, bądźmy bardziej uważni. Starajmy się zauważyć radość bliźniego oraz jego lęki i oczekiwania, jego zapracowanie i jego kłopoty. Nie zapominajmy o tym. że moim bliźnim jest również mój własny współmałżonek, mój własny ojciec i matka oraz moje własne dzieci. Co do Was, Kochani Chorzy, starajcie się zauważyć i docenić to dobro, jakie obecnie jest Wam świadczone przez innych. Ale starajcie się również nie przysparzać bliźnim kłopotów niepotrzebnie. Nie dopuszczajmy do tego, żeby podczas choroby ujawniały się we mnie jakieś złe cechy. Niech raczej moja choroba i moja większa zależność od innych przyczyni się do tego, że miłość bliźniego we mnie wzrośnie.
Wśród naszych wielkopostnych postanowień niech się znajdzie również serdeczne pragnienie, ażebyśmy na wszystko, co dotyczy dobra i zła, na sens naszego życia oraz na nasze powinności, umieli patrzeć oczyma Pana Jezusa. Ilekroć w naszych poglądach odbiegamy od nauki Pana Jezusa, ulegamy złudzeniu. Ale nie wystarczy uznać to teoretycznie. Trzeba pozytywnie pragnąć tego, ażeby światło Jezusa rozjaśniało wszystkie sprawy mojego życia oraz wszystkie moje poglądy. Tak właśnie było u Matki Najświętszej. Wszystko w Jej życiu było prześwietlone światłem Jezusa Chrystusa.
Czwarte postanowienie, jakie wynika z dzisiejszej Ewangelii, będzie najważniejsze. Mianowicie, niech nam serdecznie zależy na tym, ażeby światłość Boża rozświetlała nas samych. Pamiętajmy jednak, iż żadnym postanowieniem tej światłości w swoje wnętrza nie sprowadzimy. Tą światłością Bóg rozświetla tych wszystkich, którzy oddają swoje wnętrza na świątynię dla Niego.
Nie możemy tej światłości Bożej sprowadzić w swoje wnętrza, ale możemy się o nią ubiegać. Zatem sprawdźmy samych siebie, jak przystępujemy do źródeł laski Bożej: Jaka jest nasza coniedzielna Msza Święta? Czy nie zaniedbujemy Sakramentu Pojednania? Czy nie należałoby czegoś pogłębić w naszym przystępowaniu do Komunii Świętej? Jak ożywić i pogłębić naszą modlitwę? Jak zachowywać w swoim sercu słowo Boże, aby ono w nas trwało i wydawało swoje owoce?
To są bardzo ważne pytania. Jeśli naprawdę chcę prosić Pana mojego Jezusa Chrystusa o wyzwolenie z moich ciemności, pytania te muszę potraktować poważnie. Wówczas On, Zbawiciel mój, z pewnością obdarzy mnie swoim światłem. Co daj Boże nam wszystkim. Amen.

marca 25, 2017

Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi” – to słowa modlitwy, do której wzywa nas codziennie bicie dzwonów na wieży kościoła. Dziś liturgia zatrzymuje naszą uwagę przy wydarzeniu, którego otoczenie zauważyć nie mogło, a które stało się kluczowe dla historii zbawienia. Ludzkość udręczona własnym grzechem z tęsknotą wyczekiwała Mesjasza – Zbawiciela. Bóg odpowiada na to pragnienie ludu przymierza poprzez proroka Izajasza – „Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi syna, i nazwie go imieniem Emmanuel, albowiem Bóg z nami”. I właśnie słyszymy w dzisiejszej Ewangelii o wydarzeniach, które są wypełnieniem Bożej obietnicy: Oto poczniesz i porodzisz Syna”.
Jest tylko pewna przeszkoda, na którą wskazuje sama Maryja: „Jakże się to stanie skoro nie znam męża?”. Przeszkoda, jak słusznie zauważa Maryja, po ludzku niepokonalna. Ale anioł potwierdzając rację Maryi równocześnie mówi, że „dla Boga […] nie ma nic niemożliwego”. To, co się dokona, będzie dziełem Ducha Świętego.
Oto ja, służebnica Pańska – niech mi się stanie według słowa twego”. Maryja świadomie słucha Bożego posłańca. Prosta kobieta z narodu izraelskiego, ludu obietnicy otwiera swoje serce na słowo Boże. Przyjmuje je z całkowitym oddaniem. I czyni to jako osoba w pełni wolna, w sposób całkowicie wolny i świadomy przyjęcia wszystkich konsekwencji wyboru: „/ poczęła z Ducha Świętego”. W ten sposób objawiając całej ludzkości, wszystkim pokoleniom, jakie skutki rodzi wolne przyjęcie słowa Bożego przez człowieka. Ta zwięzła odpowiedź Maryi to słowa, które odwróciły bieg historii.
Na półkach księgarskich leżą książeczki i opasłe tomy z imionami ludzi, którzy ukształtowali bieg historii. Niekiedy trafia się w spisie treści Jezus z Nazaretu, rzadko św. Paweł. A przecież pierwsze miejsce wśród ludzi zajmuje pokorna służebnica Pańska.
Jej wolny, świadomy wybór nieznanej przyszłości, ale z ufnością, że u Boga wszystko jest możliwe, otwiera nowy rozdział historii ludzkości. Czyn Ewy chcącej osiągnąć wiedzę równą Bogu, zostaje przezwyciężony decyzją Maryi składającej swój los w ręce Wszechmogącego. A przecież już wkrótce decyzja jej dozna niezrozumienia nawet ze strony najbliższego jej prawego Józefa.
Dlaczego dzieci Kościoła tak chętnie odmawiają tę modlitwę? Co oznacza dla mnie głos anioła, który pozdrawia Maryję: „Jesteś pełna łaski”, „Pan jest z Tobą”? Przecież czuję w swej naturze stale cień rajskiej decyzji Ewy. Decyzja Nowej Ewy przywraca mi wolność, otwiera drogę do zaufania Bogu. Jest to modlitwa wychwalająca Boga za dar życia. Dlatego dziś obchodzimy także Dzień życia – dzień opowiedzenia się za życiem, tym niezwykłym darem uczestnictwa w Stwórczej mocy Boga.
Czy mogę za Nią z wiarą powtórzyć te słowa, z wiarą chwalić Boga, który wybrał Maryję na matkę Boga? A skoro Maryja jest wybrana spośród wszystkich ludzi, skoro jest Niepokalana, to staje się dla mnie wzorem.
I poczęła z Ducha Świętego”.
To w dniu Zwiastowania rozpoczęło wypełnianie się Tajemnicy Wcielenia. Jej zgoda, jej akceptacja staje się dla nas szkołą życia chrześcijańskiego – życia ze słuchania słowa Bożego i wypełniania go. Stajemy przed jej wizerunkiem obecnym w każdym domu – bo ciągle tęsknimy za naśladowaniem jej „tak”. Tak jak Ewa pragnąc ubóstwić siebie swoim „nie” wypowiedzianym Bogu oddaliła się od Niego, tak Maryja swoim „tak” wprowadza nas na drogę posłuszeństwa, drogę wyzwalającą naszą ludzką naturę z niewoli grzechu.

Wcześniej, bądź później; o świcie, albo o zmierzchu; w roztańczeniu, albo w ekstazie – przyjdzie Pan. Przyjdzie do niedowiarka i do wierzącego. Przyjdzie i rozjaśni to, co zakryte, i tchnie nadzieje tam, gdzie jej już może dawno nie było.
Jest cichy, pokorny, spokojny. I pewnie też dlatego na wstępie powie: „Nie lękaj się”. Pewnie też dlatego tak często będzie powtarzał, te właśnie słowa do Piotra i Marii Magdaleny, przed i po zmartwychwstaniu. Dziwne, że właśnie owo wezwanie: „Nie lękaj się” zepnie klamrą całe posłanie Mesjasza.
Tak – przychodzi Bóg, jako Ten, „który nie łamie trzciny nadłamanej, który nie gasi knotka o nikłym płomieniu”. Przyjdzie i powie: Znalazłeś łaskę u Boga. On daje łaskę zawsze, każdemu; bez względu na to, kto kim jest, i co ze sobą przynosi. Powie każdemu: Przestań się lękać, bo właśnie znalazłeś łaskę.
A więc przestań się szarpać, a więc przestań się niepokoić, bo przecież nawet, gdyby uczynili zamach na twoje ciało, to duszy zabrać nie mogą.
Przyjdzie, jako Ten, który powierzy ci Siebie. I pewnie dlatego mówi: „Poczniesz i porodzisz...”. Zdumiewające. Bóg powierza się człowiekowi. Bóg oddaje się w ręce człowieka – tak, jak rzecz; tak, jak coś, co mogę ze sobą zabrać i ponieść daleko.
I wcale nie potrzeba Mu wielkich słów, ani wielkich deklaracji; raczej trzeba tylko serca prostego, czystego; raczej potrzeba Mu tylko uśmiechu i dobrego słowa.
I tak oto zamieszkuje Bóg w ludzkich sercach. I to chyba właśnie dlatego mówi przy Zwiastowaniu: „Bóg z nami” – „Emmanuel”. Ten, który się powierzył człowiekowi, od człowieka nie odchodzi. Bóg z nami, wbrew wszystkiemu i wbrew wszystkim, którzy się potrafią ciągle, cynicznie uśmiechać, i którym się wydaje, że ruszą z posad bryłę tego świata.
Bóg jest z nami. Emmanuel. I któż przeciw nam? I kto nas może odłączyć od miłości Jezusa Chrystusa?
Jak się to stanie?” – pytam ja, człowiek słaby, człowiek tak często się potykający, zanurzony w tym wiecznym, ciągłym upadaniu. A On mówi: Duch przyjdzie, zstąpi na ciebie. Bo każdy, kto został dotknięty przez Boga, ten też jest otoczony Jego miłością, i temu przecież już nic stać się nie może.
Fiat” – niech się tak stanie; niech tak będzie, że Bóg zacznie mieszkać w moim sercu. Niech się tak stanie, że serce zostanie przepełnione nadzieją, przeogromną nadzieją; taką, której nie wymażą żadne potęgi tego świata.
Fiat” – niech się tak stanie. „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”.
Takie jest to Zwiastowanie Roku Pańskiego 2017. Oto przyszedł Mesjasz do naszych serc. I aż się chce krzyczeć: „Oto idę... w zwoju księgi napisano o Mnie, abym spełniał wole Twoją, Boże”. Oto idę... Może niepozornie, może czasem upadając... i gdzieś tam, na dnie serca powoli dochodzi go głosu wielkie wołanie: „Wielbi dusza moja Pana...”. Niech się stanie, w moim życiu, tu i teraz, Zwiastowanie Pańskie. AMEN. 

 

marca 24, 2017

Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?

Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?
Piątek 3 tygodnia Wielkiego Postu

Z Ewangelii według Świętego Marka
Jeden z uczonych w Piśmie podszedł do Jezusa i zapytał Go: «Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?» Jezus odpowiedział: «Pierwsze jest: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Drugie jest to: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Nie ma innego przykazania większego od tych». Rzekł Mu uczony w Piśmie: «Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego znaczy daleko więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary». Jezus, widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: «Niedaleko jesteś od królestwa Bożego». I nikt już nie odważył się Go więcej pytać. (Mk 12,28b-34)

Rozważanie do Ewangelii

Pan Jezus rozpoczynał swoje publiczne nauczanie od wezwania do pokuty: „Nawracajcie się” (Mk 1,15). Powodem do nawrócenia i podjęcia pokuty jest to, że „Czas się wypełnia i bliskie jest królestwo Boże”. Te słowa Chrystusa powtarzamy nawet w pieśni liturgicznej: „Bliskie jest królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Wierzymy Paniki Jezusowi, ale odczuwamy to inaczej. Wydaje się nam, że królestwo Boże jest jednak bardzo daleko i to zarówno wtedy, gdy myślimy o nim w kategoriach przestrzeni jak i czasu. Gdzież jest bowiem takie królestwo, gdzie władza Boga nad światem byłaby całkowicie respektowana i wypełniana. Na pewno nie jest takim królestwem nasz kraj. Nie ma takiego kraju na wschodzie i zachodzie, na północy i południu. Nie ma Państwa Bożego, ani blisko, ani za oceanami. Żadne z państw na mapie politycznej globu ziemskiego nie zasługuje sobie na miano kró­lestwa Bożego. Czy znaczy to, że trzeba go szukać gdzieś w kos­mosie? Dotychczas nic nie wiadomo o istnieniu istot żywych w kos­mosie. Czy zatem granice królestwa Bożego przebiegają gdzieś poza tym światem? Również wtedy, gdy myślimy o królestwie Bożym w kategoriach czasu, wydaje się ono być bardzo daleko. Skoro nigdzie w pobliżu nie ma tego królestwa w jego doskonałej i ostatecznej formie, to znaczy, że ono dopiero się staje. Królestwo Boże powstaje już od dwóch tysięcy lat we wspólnocie Kościoła, a od chwili chrztu w każdym z nas. Jeśli chodzi natomiast o królestwo Boże w nas, to sami wiemy, jak da­leko nam do całkowitego oddania się i poddania się Bogu. Dlaczego więc Pan Jezus mówi, że „Bliskie jest królestwo Boże”, gdy my doświadczamy zupełnie czego innego doświadczając niepokoju, wojen, niesprawiedliwości, nienawiści i kłamstwa.
Jest bardzo prosty sposób na to, żeby królestwo Boże przybliży­ło się do nas. Wystarczy tylko spełnić pierwsze i najważniejsze przykazanie, o którym Pan Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii. Jest to przykazanie: „Będziesz miłował”.
Człowiek nie ma jeszcze takich instrumentów, które mogą sięg­nąć granic kosmosu. Tym bardziej, nie mamy takiego pojazdu, któ­ry mógłby nas przetransportować tak daleko. Mamy jednak sposób, aby sięgnąć Transcendencji, która jest poza widzialnym światem. Miłością możemy sięgnąć samego Boga i sprawić, aby Transcen­dencja stała się Immanencją, aby Bóg przerastający i przekraczający wszystko, pomieścił się cały w małym ludzkim sercu. Kto ma Wład­cę tego królestwa, ma również całe królestwo, bo On w tym kró­lestwie jest największym skarbem, a w Jego Sercu są wszystkie skarby: umiejętności i świętości i wszystkie inne.
Dzisiejsza Ewangelia jest fragmentem większej części, w której to św. Marek Ewangelista przedstawia spory przeciwników Jezusa z Nim samym. W większości owi przeciwnicy chcą Jezusa przyłapać na jakimś słowie. Wydaje się, że przynajmniej ten jeden z uczonych w Piśmie, o którym dziś czytamy, ma czyste intencje. Uczciwie pyta Jezusa, które z przykazań jest pierwsze. Pytanie to wcale nie było niezasadne, gdyż ówcześni Izraelici mieli setki przykazań – różnych nakazów i zakazów. Więc ten uczony chciał się upewnić. Jezus, widząc, że traktuje Go poważnie, odpowiada mu w pełni, tak, że ów uczony nie miał już wątpliwości i nie tylko przyznał Mistrzowi całkowitą rację, ale pokazał, że właściwie zrozumiał to przykazanie.
A więc najpierw jest miłość Boga, która ma być największą, taką, jaką człowiek może z siebie wykrzesać. Nie jest to zadanie łatwe, bo jak mówi to przykazanie, trzeba kochać Boga wszystkimi siłami, wszystkimi swoimi ludzkimi władzami: sercem, duszą, umysłem, mocą. Natomiast miarą miłości bliźniego ma być miłość do samego siebie. To również nie jest łatwe, choć pozornie wydaje się być proste.

Zobaczmy, ile jest jeszcze w nas egoistycznej miłości własnej, która nie zostawia w sercu miejsca dla bliźniego?
Ile jest w nas zazdrości, zawiści, nieumiarkowanej żądzy pieniędzy, dóbr materialnych, często za cenę krzywdy drugiego człowieka?
Zresztą ta tzw. miłość własna, która nie zostawia miejsca dla bliźniego, nie jest właściwą miłością, gdyż żądze i egoizm obracają się przeciwko takiemu człowiekowi – taki człowiek jest daleko od królestwa Bożego, jest poza tym królestwem. Taki człowiek staje się zgorzkniały, niezadowolony, smutny, zamknięty i zadufany w sobie, często jest nieznośny dla innych.
Na to wszystko zaś lekarstwem jest właściwa miłość bliźniego, nie musimy go kochać bardziej niż siebie samego, wystarczy, że będziemy go kochać tak samo, jak siebie samego. A wtedy – królestwo Boże będzie w nas.

marca 23, 2017

Co znaczy być z Jezusem?

Co znaczy być z Jezusem?
Czwartek 3 tygodnia Wielkiego Postu

Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus wyrzucał złego ducha z człowieka, który był niemy. A gdy zły duch wyszedł, niemy zaczął mówić i tłumy były zdumione. Lecz niektórzy z nich rzekli: «Mocą Belzebuba, władcy złych duchów, wyrzuca złe duchy». Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: «Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i Szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja mocą Belzebuba wyrzucam złe duchy, to czyją mocą wyrzucają je wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, to zabierze całą broń jego, na której polegał, i rozda jego łupy. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, ten rozprasza». (Łk 11,14-23)

REFLEKSJA NAD EWANGELIĄ

Stwierdzenie „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie” jest oczywiste, ale zarazem bardzo wymagające dla zwolenników Pana Jezusa, dla Jego uczniów i przyjaciół. Aby „być przeciw Niemu” nie musi się deklarować niechęci i złych zamiarów. Niekoniecznie trzeba dołączyć do zgrai, która wraz z Judaszem przyszła do Ogrój­ca, aby Go pojmać. Nie musisz stanąć w tłumie i wołać: „Precz z Nim! Ukrzyżuj Go!”. Aby „być przeciwko Niemu” wystarczy sama nieobecność przy Nim, wszędzie tam, gdzie On jest obecny.

Przypatrzmy się osobom, miejscom i sprawom, które cieszą się Jego obecnością, abyśmy wszędzie tam, dotrzymywali Mu towarzys­twa, abyśmy nie narazili się na zarzut, że jesteśmy przeciwko Niemu.

Najbardziej Jezus „jest” w swoim Ojcu. Ze wzajemnej bliskości Ojca i Syna pochodzi Duch Święty. Ten jest zawsze z Jezusem i za Jezusem, kto nieustannie, dzięki łasce uświęcającej, ciągle przebywa wśród Boskich Osób. Grzech śmiertelny, który nas wyrywa z tej Bos­kiej wspólnoty, który oddala nas od tej Bliskości, sprawia, że jesteśmy przeciwko Jezusowi. Nie wystarczy „bierna” obecność wo­bec Boga, czy lepiej: w Bogu. Im bardziej uświadamiamy sobie tę bliskość w modlitwie, w medytacji, adoracji, kontemplacji, tym bardziej jesteśmy z Jezusem. Kto nie modli się, kto do Boga nie ma żadnego stosunku, jest przeciw Jezusowi.

Pan Jezus jest również obecny przy człowieku. Można nawet powiedzieć, że w człowieku - najbardziej tym konsekrowanym przez chrzest, bierzmowanie, kapłaństwo, profesję, ale również w każdym głodnym, spragnionym, nieodzianym, chorym i więźniu. Kto chce być razem z Jezusem, i kto chce opowiedzieć się za Nim, ko­niecznie musi być również przy człowieku, przy ludziach, wśród ludzi - we wspólnocie Kościoła. Nie potrzeba daru bilokacji, aby być z Jezusem jednocześnie przy Bogu i przy ludziach. Nasza obecność wśród ludzi też musi być czynna. Naszym zadaniem jest razem z Jezusem gromadzić rozproszone dzieci Boże i prowadzić je w jednym kierunku - do Ojca. Kto chce prowadzić innych ku Bogu rozpraszając Boże stado, jest przeciw Chrystusowi.

Pan Jezus jest wszędzie tam, gdzie głosi się prawdę, gdzie zabiega się o sprawiedliwość, gdzie świadczy się miłosierdzie. Bojaźliwe milczenie, gdy trzeba bronić prawdy; leniwa bezczynność, gdy trzeba walczyć o sprawiedliwość; chłodna obojętność, gdy trzeba okazać miłosierdzie - jest opowiedzeniem się przeciwko Niemu. Trudna jest ta mowa i trudno być zwolennikiem Pana Je­zusa. Trudno jest być Jego uczniem i przyjacielem. Dlatego Pan pyta nas z niepokojem: „Czy i wy odejść chcecie?” - W odpowiedzi nie oczekuje od nas słów, tylko obecności przy Bogu i człowieku i w sprawach, które należą do Jego Ojca.

Cała działalność Jezusa, jego słowa i czyny są dowodem na to, że „przyszło już królestwo Boże”. Naszym zadaniem jest dostrzeżenie owego królestwa Bożego i jego przyjęcie. To, co czyni Jezus, przekracza nasze ludzkie granice i nasze intelektualne możliwości, bo któż z nas może własną mocą wyrzucić złego ducha, albo przywrócić mowę? Takie znaki i cuda Jezus dokonuje nie dla swojej sławy czy chwały, ale aby ulżyć cierpiącemu człowiekowi, który jest zniewolony i nękany przez złego ducha. Takie znaki Bożego działanie i Jego królestwa dzieją się i dziś. Iluż to ludzi uzyskuje uwolnienie od złego ducha, uzdrowienie na duszy ciele. Kluczem tego wszystkiego jest bezgraniczna miłość Boga do człowieka. Bóg nieustannie przypomina i potwierdza nam to, że królestwo Boże jest naprawdę wśród nas.

Czy potrafisz je dostrzec w swoim życiu i zachwycić się nim? W której grupie ludzi najbardziej siebie odnajdujesz? Jedni wpadają w zadumę, patrząc na to, co czyni Jezus. Drudzy, chcąc wystawić Go na próbę, domagają się jeszcze dodatkowych znaków z nieba. A trzeci, wbrew logice, posądzają Go, że czyni to mocą Belzebuba, władcę złych duchów i są przeciw Niemu. Jezus, który ma moc uzdrowienia i wyrzucenia złego ducha z człowieka, pragnie i Tobie też pomóc wyrzucić z siebie to, co nie jest dobre, co Cię niszczy, ogranicza, zniewala, odbiera pokój serca i radość. Zastanów się nad tym, co dzisiaj chcesz wyrzucić przy pomocy Jezusa ze swojego, może grzesznego, dotychczasowego życia. Może to być jakieś uzależnienie, zły, grzeszny nawyk, złość, nienawiść panująca w Twoim sercu czy coś innego. Jezus pragnie, abyśmy byli z Nim, a nie przeciwko Niemu. To dlatego zawsze możemy na Niego liczyć.


 

marca 22, 2017

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok A) – Bóg jest dobry

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok A) – Bóg jest dobry
Drodzy Bracia i Siostry! Trwają nasze rozważania wielkopostne. W poprzednich homiliach wielkopostnych zatrzymaliśmy się z Chrystusem na Górze Tabor i uznaliśmy konieczność naszej przemiany. W ostatnią niedzielę Chrystus w rozmowie z Samarytanką wskazał na źródło wody żywej. Dzisiejszy ewangeliczny opis przywrócenia wzroku ociemniałemu od urodzenia mówi o dobra ci Boga.
Bóg jest dobry. Chciałbym tak powiedzieć, byś się do tych słów kilku uśmiechnął i wyciągnął ręce jak do promieni słońca. Chciałbym tak powiedzieć, byś nie tylko usłyszał i zrozumiał, ale żebyś odczuł, że Bóg jest dobry.
Bóg jest dobry. A ty mówisz: tak, to prawda – tak uczy wiara, tak mówi katechizm. Bóg jest dobry. Nie rozgrzewają mnie te słowa. Nie każą krzyczeć ze szczęścia i radości, chociaż właściwie trzeba by było... A jednak nie odczuwam, że Bóg jest dobry, bo zanadto wrosłem we własne istnienie. Nigdy mi się nie zdarzyło popatrzeć na zachwycający w urokach świat jako podarunek Boga dla mnie. Nigdy nie pomyślałem o tym, że to dobry Bóg sprawił, że mają na czym rosnąć łany zbóż. Że to dobry Bóg zostawił drewno na ciepło i ogień i drugiego człowieka, żebym nie był sam. Nigdy nie pomyślałem tym, że nie śmiałbym się wcale w życiu swoim, gdyby Boża dobroć nie porozrzucała na ścieżkach, po których chodzę, kwiatów radości. Nie pomyślałem o tym, że jestem i widzę – to Bóg sprawił, że jestem jak dzieciak, który baraszkuje wśród owocowych drzew sadu, do którego pozwolono mu wejść... Dobroć można odczuć tylko prawem kontrastu. Kiedy się zna zło przeciwieństwo dobra. Kiedy się zna zło i jego smak. Nie odczuwam, że Bóg jest dobry. Nie rozgrzewają mnie te słowa, dlatego nigdy nie będę umiał dziękować.
Ale Bóg jakby o tym wiedział. Nie chciał moich podziękowań. Uczynił cud: przywrócił wzrok, rozmnożył chleb, wrócił do życia – i natychmiast znikał. Nie czekał na ludzkie podziękowanie. Nie chciał komplementów Nie przyszedł po nie. Taki był zawsze i taki pozostał. A to dlatego, że jest Ojcem. A już normalną pozostało rzeczą, że ojciec jest dobry i że ojcu za dobroć się nie dziękuje. Czy słyszał ktoś kiedyś, by w jakimś domu rodzinnym urządzono akademię ku czci dobroci ojca. Czy słyszał ktoś kiedyś, by w czyimś domu dziecko wygłosiło referat na temat: „Mój tatuś jest dobry i zasłużony”. Taki już jest los ojca, że mu za dobroć nie dziękują. A Bóg jest Ojcem. Dlatego lepiej będzie, jeżeli nie będę mówił o Bożej dobroci, choć tyle o niej wiem. Lepiej będzie, jeżeli dobroć Bożą przykryjemy urokiem milczenia.
Ale popatrzmy na dobroć z innej strony. Co człowiek nazywa dobrem? Osie współrzędnych dobra i zła przebiegają przez człowieka. Człowiek chce sobie sam wyznaczyć granice dobra i zła. Sam chciałby podzielić świat na dobry i zły. Wobec dobra ma postawę biorczą, postawę konsumpcyjną. Więc dobrym dla niego jest każdy, kto daje. Każdy lubi mieć swojego lokaja. Dlatego każdy „sługa” jest dobry, nadskakiwacz też. Subtelny i delikatny pochlebca – też. Fantastycznie dobry jest człowiek, który zgodzi się być tragarzem życiowych ciężarów. Bardzo dobry jest człowiek, który wkłada dobro do moich rąk. A ja jestem tym, który bierze. Dziwna rzecz. Ale te same kategorie przerzuca człowiek na Pana Boga. Jak dobry jest Bóg, kiedy moje plany podmuruje i fantastycznie dobry jest Bóg, kiedy rywala upokorzy. Kiedy go skutecznie pognębi. Jak dobry jest Bóg, kiedy rozwiązuje i wysłuchuje wszelkie prośby. Ale kiedy ten sam Bóg czegoś żąda, kiedy zechce zmusić, żebym teraz dał – ja, to ten Bóg już jest troszeczkę dobry. Chociaż wypadałoby mówić, że jest dobry. Dziwna rzecz, Bóg zaczął zmuszać, kiedy zażądał ułamka wyrzeczenia, miechu dla wroga, przebaczenia, szczypty rezygnacji, pewnej ofiary... – wtedy człowiek zaczyna grymasić i narzekać jak rozkapryszony dzieciak. Wtedy nawet ci, którzy dotychczas wznosili hymny ku dobroci Boga, spuszczają z wysokiego tonu i przestają nucić. Zapomina człowiek, że to dobro, które dotychczas wziął, też było od Boga. Tak bardzo byliśmy nastawieni na branie. I Bóg, który nagle zaczął żądać, przestał być popularny.
Ale to tylko my tak sobie Boga wyobrażamy. Bóg kiedy żąda – jest dobry bo chce, aby człowiek, to był ktoś, kogo na coś stać. Nie na bohaterskich czynach, ale przede wszystkim na rzetelności, na zrozumieniu sensu wszystko w życiu musi przyjść. Dziwnie dobry jest Bóg, kiedy żąda. To żądanie jest pewnym sensie trudne dla mnie, więc próbuję robić unik przed Bożym żądaniem. A co się stanie jeśli nie dam? Jeżeli przestąpię Boże przykazanie? Pierwsze próby przynoszą efekt. Nic się nie stało. Niebo na głowę nie spada. Oswajam się ze złem. Początkowo sumienie trochę ugniata jak ciasne buty, ale i ono z czasem wycisza się. Pozostaje jedynie mgliste wołanie, że za ten odsunięty Boży kodeks, będzie pewnie mandat to odległa sprawa, a nuż w ogólnym zamieszaniu jakoś tam będzie. Przechodzę na stronę zła. To odsunięcie Bożego prawa i kodeksu, to złamanie Bożego prawa, unik przed żądaniem, bym uczynił coś dobrego, nazywam po prostu – grzechem. Strasznie mało, bo to nie tylko odsunięcie Bożego kodeksu. Grzech to nie tylko zło, które uczyniłem w życiu i które kiedyś prawem odbicia przyjść musi do mnie. Grzech – to jest relacja. Stosunek mojej duszy do Boga. Do Jego niewidzialnej ręki, której zawdzięczam wszystko. To była ręka, która prowadzi mnie codziennie do pracy, od sukcesu do sukcesu, od siły do mocy... Wiem, to jest Jego ręka, choć nie widzę jej, ale ją czuję – i w pewnym momencie odrzucam tę dłoń. Ja nie wiem, co to jest. To jest nie tylko obrzydliwość duszy. To jest nie tylko niechlujność człowieka. To jest coś, na co nie ma określenia w ludzkiej mowie. Jedno słowo – grzech – które mi nic nie mówi – najlepiej oddaje ten stan. Jestem zbyt bystry. Zbyt inteligenty i czuły w obserwacji – żebym tej Ręki w swoim życiu nie odczuł.
Stoję przed tą dobrocią Boga i na usprawiedliwienie moje nie mam nic. Tylko to jedno mogę dobremu Bogu powiedzieć: Jestem człowiekiem. Wiem o swojej winie. I to jeszcze wiem, że między tą odepchniętą Ręką a mną – położyło się coś – co mnie nie dzieli: śmierć Jezusa Chrystusa, na którą zawsze mogę się powołać, krzycząc do swojego Boga tylko to jedno
przebacz! Tak! Krzyż jest tym, co mnie – człowieka – upoważnia, by nie załamać się, by mieć prawo jeszcze stanąć i mówić do Boga nawet w największej winie. Osądź mnie Panie, osądź moją winę. Jesteś sędzią żywych i umarłych. Zamiast wyroku, przypominają mi się słowa, zdanie, które do dzisiaj trzyma miliony ludzi na nogach w pozycji wyprostowanej, z twarzą zwróconą do Ciebie – Boga: „Ojcze – przebacz im, bo nie wiedzą co czy­nią” (Łk 23,34). W odpowiedzi na to zdanie Twojego Syna, posłane do Ciebie z krzyża – zamiast wyroku – mówisz – przebaczam! Czy może być dla mnie – człowieka – piękniejsze słowo – wtedy, kiedy zgrzeszyłem? Ja wiem, że wtedy, kiedy się ugną moje kolana, kiedy mnie rzucą w proch skrucha i tęsknota, to tylko jedno słowo – przebaczam, może mnie pod­nieść. Ja wiem, że przebaczenie, to jest to samo, co życie, to jest jedyne wyjście dla psychiki człowieka, który ma poczucie winy. Nie ma innego wyjścia. Albo przebaczenie – albo rozpacz.
Bracie, Siostro – te wielkopostne rozważania są jak rekolekcje. Każde rekolekcje kończą się spowiedzią. I najważniejszym momentem w nich jest spowiedź św. Nie chciałbym, byśmy na spowiedź patrzyli od strony rzemiosła, że spowiedź to jest kosz na brudy i śmieci ludzkiej moral­ności. Nie chciałbym, byśmy spowiedź traktowali jak magiczną pralkę du­szy, którą trzeba wziąć, żeby iść do Komunii Św., bo iść do niej wypada. Spowiedź św. to jest przyniesiony przed Boga cały balast człowieka, który załamał się. Kompleks, który każe patrzeć człowiekowi z wiarą poprzez krzyż w przebaczenie. Jak klinika – nie jest miejscem, gdzie się przychodzi zrzucić chorobę, ale gdzie przychodzi człowiek z kompleksem swojego cierpienia i z nadzieją, że wyjdzie zdrowym człowiekiem. Spowiedź św. – to jest przyjście do Boga po przebaczenie, bez którego nie sposób żyć. Spo­wiedź to jest świadomość, że Bóg mnie kocha. „Idźcie, ukażcie się kapła­nom” (Łk 17,14) – mówi Chrystus – abyście mogli przejrzeć jak ten nie­widomy. Otrzymał światło oczu, ale także światło duszy. Jak to dobrze, że żyję w kraju, gdzie są „słuchające” konfesjonały. Jak to dobrze, że jest za­wsze na zawołanie ktoś, kto w „zwyczajny” sposób rozdaje Boże przeba­czenie. Dziękuję wszystkim księżom, którzy mnie w życiu spowiadali. Dziękuję im, że ich słowami powiedziałeś mi, Ojcze, słowo, bez którego było by mi zbyt ciężko. Dziękuję im, bo dzięki ich obecności nie musiałem szukać Ciebie, Boże, tam, gdzie by mnie moje nogi zanieść nie zdołały. Dziękuję im i mam tylko jedno życzenie, jedną prośbą do Ciebie, Panie: gdy przyjdzie mi zejść na boczny tor, gdy zobaczę przed sobą linię mety, abym w swoim ostatnim momencie był przytomny, spokojny i myślący i żeby przyszedł do mnie kapłan, który by przyjął moje ostatnie wyznanie.
Nasze rozważanie wielkopostne dobiega kresu. Jeszcze spowiedź św. Cię czeka. Jeżeli ci ciężko podejść lub poprosić, popatrz na krzyż. Patrz długo. Jeżeli nie pomoże ci On – to już ci nie pomoże nikt. Nikt innej drogi nie pokaże, bo jej niema. Dużo z tego kościoła padało już słów i jeszcze pa­dać będzie. Szorstkich, niedołężnych i może raniących. Możesz je wszyst­kie zapomnieć. Tylko tego jednego nie zapomnij: Bóg jest dobry. Gdy bę­dzie Ci w życiu radośnie i wiosennie, i gdy będziesz miał ciemno w oczach, i noc w sercu – nie zapomnij: Bóg jest dobry. Podpisał to Chrystus najcięż­szym do utrzymania piórem – krzyżem! Amen.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger