grudnia 31, 2016

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (A) – W Nowy Rok z Maryją

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (A) – W Nowy Rok z Maryją
Kochani moi, przed kilku godzinami – ziemia nasza była świadkiem dziwnego powita­nia i zarazem pożegnania. Zamknęły się „bramy” starego roku, a otworzyły się pora dla roku nowego. Rok stary, jak mówimy, zakończył swą ziemską wędrówkę i stoi przed „wagą” sprawiedliwego Boga, aby otrzymać nagrodę lub karę za czyny ludzkiego pokolenia. Miniony rok należy już nie­odwracalnie do wieczności i nigdy nie wróci. Wielu chrześcijan -katolików dokonało refleksji podczas wczorajszych nabożeństw wieczornych, śpiewając: „Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy”.
Dziś zastanówmy się, dlaczego tylko człowiek będzie osądzony i jedynie on otrzyma nagrodę lub karę. Czyż nie służyła Bogu wspaniale wiosna z kwiatami i śpiewem ptaków? Czyż nie służyło mu lato, przynosząc urodzaj­ny i dojrzały kłos? Czy słońce i gwiazdy nie służyły Panu wiernie? A jednak tylko człowiek będzie sądzony za miniony rok i tylko człowiek będzie rozliczony za obecny 2017 rok – za każdy dzień, miesiąc, godzinę. Bo tylko człowiek ze wszystkich istot na ziemi i pod niebem jest stworzeniem uczynionym na obraz i podobieństwo Boże (Rdz 1,26).
Nastał dla nas nowy rok. A z nim utartym torem przyjdą wschody i zachody słońca, wiosna i lato, przyjdą nowi ludzie, a inni odejdą. Wszystko potoczy się drogą wyznaczoną przez Boga od wieków. Dla nas jednak nowy jest zawsze zagadką. Pytamy, co nam przyniesie ten rok? Jaki dla nas będzie? Życzymy sobie nawzajem: „Szczęśliwego nowego roku”. A czym szczęście, którego pragniemy jak wody i słońca? Tego słowa „szczęście” już się prawie na co dzień nie wymawia. W literaturze staropolskiej mówiono: Do siego roku! Myślano wtedy o doczekaniu w zdrowiu i dostat­ku roku następnego. Dziś myślimy raczej o roku obfitym, zarówno w dobra duchowe – pełne łaski i błogosławieństwa Bożego, jak i w dary doczesne – codzienne. Wiadomo, że człowiek posiadający dobra duchowe, będzie umiał sięgnąć rozumnie po dobra doczesne!
Serce ludzkie z natury swej dąży do szczęścia. Dlatego dzisiaj idziemy do siebie, życząc jeden drugiemu – tymi czy innymi słowy – szczęśliwego no­wego roku! Tego samego życzyli sobie ludzie wzeszłym roku i przed kilko­ma laty, i przed wiekami, zawsze, odkąd istnieje człowiek. Mówili o tym wszyscy, wszyscy marzyli o szczęściu w nowym roku. A czy naprawdę był dla nich szczęśliwy? Ludzie życzyli sobie zdrowia – ale wielu z nich w ciągu roku chorowało. Życzyli sobie długiego życia – ale wielu pomarło. Życzeń szczęśliwego nowego roku słuchali uczciwi – ale za parę dni popadali w występek. Tych samych życzeń słuchali wierzący – ale nieraz ich serca buntowały się przeciw Bogu. Patrząc na to wszystko czy warto w ogóle ży­czyć sobie szczęścia?
Drodzy moi! Chociaż dotychczas przeżyliśmy tyle rozczarowań i zawo­dów, doznaliśmy w życiu wielu przykrości, mimo to wciąż żywimy nadzieję, i życzymy sobie – szczęścia. Choć nie wiemy, co nas czeka w przyszłości, chociaż zdajemy sobie sprawę, że stoimy wobec licznych trudności – jed­nak z podniesioną głową zwracamy się do Boga, wołając pełni nadziei: „Panie, daj nam szczęśliwego nowego roku! Daj nam trochę tej nadziei cze­kania na to, co przyjdzie – jak wędrowiec przyniesie dobrą nowinę”. Jeżeli ludzie patrzą w przyszłość bez ufności i nadziei – jest im źle. Człowiek nie może żyć bez nadziei. Nadzieja chrześcijańska, dzięki Jezusowi Chrystuso­wi, jest nadzieją przekraczającą śmierć. Tylko taka nadzieja, nadzieja przezwyciężająca śmierć, zasługuje ostatecznie na swoje miano. Nikt nie pragnie choroby, nikt się z niej nie cieszy, nikt jej nie oczekuje. Nikt na nią nie skinie ręką, żeby przyszła, ale kiedy się wszystko zrobiło w życiu, a ona jest – wiara każe mi się do niej uśmiechnąć. Nie wiem, czy umiałbym cier­pieć z uśmiechem na twarzy, ale spotkałem już w swoim życiu kogoś, rówie­śnika, może młodszego, który mi pokazał, jak wygląda uśmiech wiary. Wszedłem do niego z sakramentami świętymi, przekonany, że tam w szpitalnym łóżku znajdę strzęp młodości, gdzie nawet wspomnienie nie zostało po uśmiechu. Jakże nisko ceniłem człowieka. To nie był strzęp młodości. Tam w łóżku było duże dorosłe dziecko, które w uśmiechu upokarzało, że umie się bawić w ciężką chorobę. To było takie wielkie i takie piękne! Tego nie da się wytłumaczyć w kategoriach medycyny czy biologii. To można zrozumieć tylko w kategoriach Bożych, gdzie się widzi nie tylko samą cho­robę i ból, ale gdzie się widzi coś więcej – jej ostateczny, głęboki sens. Na­sze doświadczenie życiowe uczy, że szczęście jest raczej dążeniem, walką, niż osiągnięciem jakiegoś stanu, jest raczej drogą niż metodą. Szczęście po­znaje się często dopiero wtedy, gdy przeminie. Ludzie zawsze wracają do czasu, kiedy czuli się szczęśliwi, opłakując czasem swą pozorną stratę, cza­sem pokonani obecnymi niepowodzeniami.
Kochać i być kochanym – to nieuświadomione elementy szczęścia – rzadko w pełni poznane, gdy się je najgłębiej przeżywa. Szczęście nie stoi nieruchomo. Nie jest też zjawą, która kusi, a potem nigdy nie wraca. Bło­gosławieństwa z Kazania na Górze przypominają, że szczęście należy do tych, którzy dość ukochali, żeby boleć, do tych, którzy nie są cyniczni wo­bec miłości. Tacy ludzie mogą być nawet źródłem szczęścia dla reszty świa­ta. „Miłość jest silniejsza niż śmierć” – mówi św. Paweł. Miłość umożliwia pokonanie wszystkiego najgorszego, co przynieść może życie przez choro­bę, kalectwo, krzywdę i rozczarowanie. Gdy się ma serce przepełnione mi­łością – wie się o szczęściu. Tam, gdzie nie ma pozornie nadziei: w rozpa­czy, grzechu, opuszczeniu, w samotności, starości i śmierci, może zrodzić się nadzieja. Jest to najtrudniejsze „spodziewanie”, gdy wszystko już za­wiodło. Nadzieja musi być trudna, aby była naprawdę nadzieją, a nie mdłym pocieszaniem. Nadzieja nie jest osłoną od ciosów losu, ciepłym po­czuciem bezpieczeństwa – lecz ufnością, że zło nie będzie triumfować za­wsze, że ostatecznie zwycięży dobro. Jest ona światłością w ciemnościach. Ma w sobie coś z heroizmu, coś z przerastania siebie – jak powiedziałby Ojciec św. Jest mądrością, która pozostaje, gdy wszystkie inne mądrości zawiodą.
Dziś na progu nowego roku życzę wam, drodzy moi – takiej pełnej na­dziei. Życzę wam najpierw tych „małych nadziei” w życiu codziennym: lep­szego zdrowia, zgody i miłości w rodzinie, może upragnionego własnego mieszkania. Tych nadziei, które mogą polepszyć nasze samopoczucie, aby o Polakach nie mówiono, że chodzą smutni, że się do siebie nie uśmiechają w autobusach, na ulicy. Życzmy sobie nawzajem umiejętności współżycia – umiejętności podania drugiemu ręki, podsunięcia dobrej lektury, wska­zania drogi do kościoła, umiejętności budowania mostów między ludźmi – nierezygnowania z tego, co prawdziwe i sprawiedliwe. Każdego dnia mo­dlimy się: „Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”, prosząc Boga o chleb, o czystą wodę, nieskażone powietrze, aby nie było między nami głodnych, biednych i pogrążonych w smutku. Wszyscy chcemy sobie życzyć spełnienia się wielkich nadziei: owocnego przeżycia Roku Świętego Brata Alberta, nadziei na zapanowanie Bożego pokoju na świecie; umocnienia nowych więzi pokoju w braterskiej solidarności między ludźmi. A także – aby spełnienie tych nadziei przyniosło odrodzenie moralne naszego narodu – jego jedność i świętość.
Idziemy w ten nowy rok z Maryją, Świętą Bożą Rodzicielką, która wska­zuje owoc swojego żywota, Jezusa Chrystusa. Ona, Matka Łaski Bożej, rodzi nas dla Boga i dla wiecznego życia. Staje nam przed oczyma obraz Tej, karmiącej i Tej, trzymającej na ręku Syna Bożego. Wydarzenia nocy betlejemskiej – Maryja zachowywała i rozważała w swoim sercu. Ona zdawa­ła sobie sprawę, że rola matki to nie panowanie, ale służba. Te macierzyń­skie posługi Matki Bożej nie ustaną do końca świata. Bo Jej Syn nadal żyje w nas. Ona, która z czułością pochylała się nad żłóbkiem Syna w Betlejem – nie przestaje przez dwadzieścia wieków spełniać macierzyńskich posług wobec całej ludzkości – wobec każdego człowieka: wobec ojczyzny, Koś­cioła i świata.
Niech to będzie rok pomyślny i rok szczęśliwy. Amen.



grudnia 31, 2016

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (A) - Zaufała Bogu

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (A) - Zaufała Bogu
Kochani moi, w pierwszym dniu nowego roku prowadzi nas św. Łukasz znów do Betlejem, jak w Boże Narodzenie, na spotkanie z Ma­ryją, Józefem i Dzieckiem. Dziś bowiem kończymy oktawę uro­czystości wcielenia, która trwa liturgicznie osiem dni.
Ta kolejność osób nie jest przypadkowa: Maryja – Józef – Niemowlę. To etapy drogi do spotkania z Jezusem. Bo najpierw było zwiastowanie, pierwsze zwiastowanie. „Nie bój się Maryjo” (Łk 1, 30). Jak opanować lęk, gdy słyszy się takie słowa: „Pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś” (Łk 1, 28). Jak uciszyć serce, gdy słyszy się orędzie niezwykłe: „Oto poczniesz i poro­dzisz Syna... będzie nazwany Synem Najwyższego” (Łk 1, 31, 32). Jak pojąć wyjaśnienie: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35). Jest chwila zastano­wienia, zanim padnie odpowiedź: „Niech mi się stanie według słowa Twego – oto ja służebnica Pańska” (Łk 1, 38). Jak ogrom­na ofiara, jak wielka ufność: Odwieczne Słowo Ojca mogło za­mieszkać, w łonie Maryi.
A wkrótce było drugie zwiastowanie. Oto św. Józef, prawny małżonek Maryi przeżywa rozterkę: „wpierw nim zamieszkali razem” dostrzega, że Maryja oczekuje dziecka. Postanawia możli­wie najdelikatniej, sale po ludzku rozwiązać tę sprawę. Ale i on słyszy: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki, albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20). Jak się nie bać, kiedy trudno uwierzyć, a jeszcze trudniej za­ufać? Św. „Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie” (Mt 1, 24).
Potem była noc nad Betlejem, grota i narodzenie. I znów pa­sterze czuwający nad stadem, przerażeni jasnością słyszą: „Nie bójcie się, zwiastuję wam radość wielką... dziś się wam narodził Zbawiciel” (Łk 2, 10, 11). Uwierzyli, zaufali, „znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie” (Łk 2, 16). Przerażenie zamieniło się w radość; wrócili wielbiąc i wysławiając Boga.
Świętujemy Boże Narodzenie. Wnikamy w okoliczności doty­czące tajemnicy wcielenia, rozważamy losy i przeżycia ludzi, którzy byli pierwszymi uczestnikami tego wydarzenia, dotykamy konkretnych spraw i problemów. Coraz głębiej chyba pojmuje­my, co się wtedy wydarzyło, jak bardzo prawdziwie wszedł Bóg w ludzkie sprawy, problemy, zwyczaje. Tak bardzo, że stał się jednym z nas, po prostu człowiekiem, podobnym nam we wszyst­kim prócz grzechu. I nic, co ludzkie nie jest mu obce, bo sam tego doświadczył: dotknął konkretów i materialności naszej egzy­stencji, od twardego żłobka do bolesnego ciężaru krzyża. Fakt tak wielki, że postanowiono od narodzenia Chrystusa liczyć lata, powstał nowy kalendarz naszej ery, naszej – to znaczy chrze­ścijańskiej.
Rok Pański 2017, który dziś rozpoczynamy, jest nie tylko pro­stym liczeniem czasu. To także wejście w to misterium, które trwa: „Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty” (Ga 4, 4). Jego Syn stał się naszym bratem, dzięki Niemu możemy wo­łać do Boga: Ojcze! To, co św. Paweł napisze w liście do Galatów, jest tylko powtórzeniem, echem nauki samego Chrystusa, który ucząc nas modlić się, pozwolił Ojca swojego nazywać Oj­cem naszym.
Na święta Bożego Narodzenia listonosze mają pełne torby. Piszą do siebie ludzie, których życie rozdzieliło, ale pora stosow­na do wspomnień – piszą. Czasem krótkie, nic nie mówiące, kon­wencjonalne kartki, a czasem płyną słowa z potrzeby serca. I ta­kie listy cieszą, zarówno wtedy, kiedy przychodzą od rówieśni­ków wspominających stare, dobre czasy, gdy teraz już stwierdzić trzeba, jak nieustannie wchodzi się w smugę cienia. Cieszą rów­nież, gdy przychodzą od ludzi młodych, którzy niedawno byli dziećmi. Uczyłem ich wiary, nie wiadomo kiedy stali się dorośli, pozakładali rodziny, mieszkają gdzieś w Polsce, gdzieś w świecie. Też się odzywają.
Kochani moi, przeżywamy wielorakie trudności – duchowe i materialne. A do tych trud­ności wynikających z kłopotów bytowych, mieszkaniowych, do­chodzi sytuacja, która zaciążyła nad całym światem: nie da się ukryć – straszą nas z tej i owej strony. Jak tu się nie bać, gdy czujemy całą bezradność, bo też jaki możemy mieć wpływ na wielkie decyzje? I ogarnia nas zniechęcenie, nieufnie wchodzimy w rok 2017. Zbyt wielkie horyzonty i za bardzo ciekawe czasy jak na nasze możliwości. Z tym niepokojem przychodzimy dziś na spotkanie z Bogiem w Eucharystii.
Mówimy Bogu o naszych lękach i jaką mamy odpowiedź? Bo­żonarodzeniowe uspokojenie: „Nie bójcie się”; „Nie bój się!” (Łk 1, 30; 2, 10). To jest biblijny refren, który powtarza się na kar­tach Starego Przymierza siedemdziesiąt siedem razy, a Ewangelia Pana Naszego jest Dobrą Nowiną także dlatego, że otrzymaliśmy obietnicę samego Jezusa, żebyśmy się nie bali nawet tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą..., bo jesteśmy ważniej­si, niż wiele wróbli... a przecież żaden z nich bez woli Ojca nie spadnie na ziemię” (Mt 10, 28–31). A poza tym, jeśli jesteśmy bezradni wobec wielkich spraw tego świata, to przecież zostaje mały zakątek naszego własnego życia, gdzie bardzo dużo zależy od nas samych. Bo w końcu od kogo to zależy, byś został wierny Bogu, wierny sobie? Kto zadecyduje o tym, czy zostaniesz człowiekiem trzeźwym, czy też włączysz się w tę milionową rzeszę rodaków codziennie pijanych? Kto zagwarantuje, że będziesz nie­zawodny jako mąż, ojciec, pracownik, kolega? Okoliczności? Ukła­dy? warunki? Nie, ty sam! Nie mów więc: Nie warto, nie opłaci się, nie dam rady... Z nowym rokiem zbierz nowe siły i nową odwagę. Przygotuj się na trudy, bo czasy są trudne. I usłyszysz to, co natchniony uczeń Pański pisał do Kościoła w Smyrnie, pi­sał do ciebie: „Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał. Oto diabeł ma niektórych spośród was wtrącić do więzienia, abyście próbie zostali poddani, a znosić będziecie ucisk przez dziesięć dni (tzn. krótko). Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec ży­cia” (św. Ignacy Antiocheński).
Takiej prawdziwej nadziei, od­wagi, uspokojenia, że wszystko jest naprawdę w ręku Boga ży­czę wam wszystkim - ukochani Bracia i Siostry . Niech was wspomaga Maryja, święta Boża Rodzicielka, która pierwsza przestała się bać, ponieważ zawierzyła Bogu. Amen.


grudnia 31, 2016

Ostatni dzień Roku, ostatnia godzina i Jego Słowo

Ostatni dzień Roku, ostatnia godzina i Jego Słowo
Siódmy dzień oktawy Bożego Narodzenia


Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Wszystko przez nie się stało i bez niego nic się nie stało”. (J 1,1)


Myśląc dzisiaj wraz ze św. Janem o ostatniej godzinie skracamy perspektywę. Jan mówi o ostatniej godzinie historii świata. Jest ona tak długa jak cała epoka, bo zaczęła się już za życia świętego Jana, trwa obecnie, i końca jej nie widać. Nasze myśli o ostatniej godzi­nie nie mają tak rozległych wymiarów, bo my myślimy po prostu o ostatniej godzinie kończącego się roku kalendarzowego. Co praw­da, w tak rozumianej godzinie wielu nie jest zdolnych do myślenia z powodu zawrotów głowy, rozkręcanych przez tańce i kielichy szampana, dlatego na myślenie trzeba wykorzystać naszą obecność na Mszy świętej.
Mimo różnic, nasze myślenie o ostatniej godzinie na pewnym odcinku biegnie równolegle do myślenia św. Jana. Na wspólnej drodze myślenia towarzyszy nam – pesymizm. Kiedy Jan rozpoznaje ostatnią godzinę po tym, że pojawiło się wielu antychrystów, my również konstatujemy, że czas między pierwszą i ostatnią godziną kończącego się roku wypełniony był sukcesami niejednego anty­chrysta. Kiedy dzisiaj dokonujemy bilansu i próbujemy podliczyć nasze aktywa i pasywa, wydaje się nam, że ostateczny rachunek wykazuje wielki deficyt dobra. Takie wyniki wychodzą nam w roz­liczeniach, które dokonujemy w różnych rubrykach: w życiu społecznym, rodzinnym i osobistym... Kiedy próbujemy rozliczyć Kościół z jego działalności duszpasterskiej w ciągu minionego roku, to też nie możemy doszukać się specjalnych sukcesów, szczególnie gdy rozpatrujemy je na tle ogromu zła i upodlenia człowieka, ukazywanych nam z taką lubością w środkach masowego przekazu.
Trzeba jednak otrząsnąć się z tego pesymizmu. Jego źródło nie jest za bardzo obiektywne. Powody do pesymizmu mniej tkwią w otaczającej nas rzeczywistości, a bardziej w nas samych. Zło zwraca na siebie uwagę jako odstępstwo od normy, do której jes­teśmy przyzwyczajeni. Gdy siedzimy nad czystą wodą o gładkiej powierzchni, bo nie porusza nią najmniejszy wietrzyk, nie zwracamy uwagi na piękno krystalicznej toni, odbijającej w sobie wszystkie kształty i barwy ziemi i nieba. Kiedy jednak ponad powierzchnię wody wyskoczy z pluskiem jakaś ryba, to patrzymy z ciekawością, aż koliste fale dotrą do brzegu i znowu nastanie „płaska cisza”.
Przy podsumowaniu naszych osobistych doznań również bar­dziej pamiętamy o pasywach niż o aktywach. Prawie wszyscy my­ślimy w ten sposób, że straty które ponosiliśmy i cierpienia, których doznaliśmy, były zbyt wielkie; a szczęście, które było naszym udziałem było zbyt małe, natomiast chwile szczęścia zbyt krótkie.
Najlepszym lekarstwem przeciw pesymizmowi, który ogarnia nas w ostatniej godzinie roku jest Ewangelia o Początku. Słyszymy, jakby w przeciwstawieniu do słów z Listu św. Jana: „Dzieci, jest już ostatnia godzina”, pierwsze słowa jego Ewangelii: „Na początku było Słowo...” Bez niego nic się nie stało. Również wszystkie wyda­rzenia kończącego się roku nie dokonały się wbrew Słowu. Jest w tym wielka tajemnica dziejów. Ludzie mają prawo wyboru i tak często wypowiadają się przeciwko dobru, a więc przeciwko woli Boga. Nic jednak woli Bożej nie może zniweczyć. Bóg wypowiada swoje słowo na początku i na końcu. Bóg ma pierwsze i ostatnie słowo. I to napawa otuchą tych, którzy Słowo przyjęli i dzięki niemu stali się dziećmi Bożymi. 
Ukochani Bracia i Siostry!
W ostatnim dniu roku kalendarzowego, stajemy jakby w progu. Coś się kończy w naszym życiu. Zamyka się kartka zapisana naszymi znakami. W głębi duszy trzeba miniony tekst podpisać swoim imieniem i złożyć w święte księ­gi życia. Minął wprawdzie ale pozostał u Pana, aby świadczyć o nas, aby stać się dla nas przyczynkiem chwały u Boga, albo też stroną niepokoju i świad­kiem małości człowieczej.
W takiej chwili przypomni nam Kościół o słowie, które staje na początku wielu wspaniałych, nawet największych wydarzeń człowieczych i potem ro­śnie ziarnem, rodzącym plon.
U początku planu zbawczego, Bóg położył Słowo Boże. Wspaniałe, które stworzyło nową ziemię i niebo nowe. Nowe dzieje ludzi i inne przeżycie dziejów z Bogiem. Ci, którzy Je przyjęli, stali się dziećmi Bożymi. Ci, którzy Je przyjmują, stają się Jego własnością i domownikami nieba. To Słowo wypełnione Bogiem, oświeciło wszystko i wypełniło całe dzieło. Ale pomyślmy, jak to Słowo żyje i rośnie w wydarzeniach zupełnie osobistych człowieka: w chwili Chrztu świętego stało się Słowo, które wy­pełniło życie człowieka i przemieniło rodzinę w dom Boga i w świątynię religijną. Potem następuje wypełnienie życia, którego źródłem było słowo sakramentu. Słowo przyszło w sakramencie przebaczenia: Ja ciebie rozgrze­szam... i stało się pierwszym kamieniem nowej budowli i pierwszym krokiem w kierunku zamierzonym przez Pana. Wypełnienie tego słowa decyduje o ca­łym toku wydarzeń, aż do spotkania w niebie.
Słowo przyszło w sakramencie chrztu i bierzmowania, małżeństwa i kapłaństwa, w ślubach składanych przed Bogiem, w przymierzu powołania, każdego powołania.
Człowiek, który swoimi zdaniami określił drogę, prawdę i życie samego siebie, aby róść w zasiew Boży, którym będą żyli i karmili się pielgrzymi ziemi, w drodze do domu Ojca...
Wspomnij na słowo pierwsze. Na początek stronnicy tego roku...
Oto jest chwila pytań o owoc słowa i o jego spełnienie...


grudnia 30, 2016

Święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa - Głowa rodziny

Święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa - Głowa rodziny
Dzisiejsze święto jest jeszcze bardzo młode. Wprowadzono je do kalen­darza liturgicznego w ubiegłym wieku. Niesprawiedliwości społeczne XIX wieku, szybkie uprzemysłowienie, urbanizacja chaotyczna, katastrofalne stosunki mieszkaniowe (powoli zapominamy, w jakich warunkach miesz­kali ludzie pracy przed pierwszą i przed drugą wojną światową, np. w mieście Łodzi – Ziemi Obiecanej, skazani na pracę zarobkową). To wszystko wskazywało na niebezpieczeństwo, że rozpadną się wszystkie formy życia społecznego. Wtedy Leon XIII, papież, który był wyjątkowo wyczulony na problematykę socjalną, postawił w swoich śmiałych encyklikach także na war­tości chrześcijańskiej rodziny. Z jego inicjatywy wprowadzono dzisiejsze to Rodziny Nazaretańskiej jako wzór dla rodziny wierzącej. I tu od razu problem. Bo można zapytać: czy rzeczywiście tę Rodzinę z Nazaretu, żyjącą ponad dwadzieścia wieków temu w zupełnie innym świecie, można uznać za model do naśladowania? Przecież św. Józef, nazywany przez ludzi ojcem, wiedział, że ojcem nie jest. Przecież Maryja przeżywała swoje macierzyństwo jednak inaczej niż jej rówieśniczki. A Jezus, którego wychowywali i kochali jak własnego syna? Wiedzieli również, że jest Synem Najwyższego. A więc Rodzina niepowtarzalna, którą można podziwiać, ale naśladować? A jednak mimo wszystko: rodzina ludzka; niczego z ludzkich problemów jej nie zaoszczędzono.
A wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie: Józef i Maryja zawarli związek małżeński. Według ówczesnych zwyczajów, przez rok po ślubie mieszkali oddzielnie, zapewne u swoich rodziców, przygotowując swój własny dom, w Nazarecie, w którym w rocznicę ślubu odbędzie się uczta weselna. Oblubieniec przybywał wtedy z orszakiem do domu swych teściów, gdzie czekała oblubienica z druhnami. Uroczysta przeprowadzka kończyła się przyjęciem wesel­nym. I już pozostali u siebie, w swoim własnym domu w Nazarecie. Niewiele z tych zwyczajów zostało do dziś, może tylko okres narzeczeński, który ma jednak inny status prawny, inne zobowiązania. A zresztą i ten piękny czas, kiedy młodzi są już „po ślubie” (cywilnym) i czekają na siebie, też się bardzo zmienił, uważany jest za staroświecki. Ale czy to, co współczesne jest lepsze i mądrzejsze? Św Mateusz wyjaśniał nam w ostatnią niedzielę adwentową, że właśnie w tym czasie „nim zamieszkali razem”, Maryja poczęła syna i Józef wkrótce zdziwił się, że oczekuje dziecka. Bił się z myślami, co robić, niczego nie rozumiał, nie mógł Jej oskarżyć, wierzył prawdziwie w Jej uczciwość, więc potajemnie chciał Ją opuścić. Uspokojony przez posłańca Bożego, uwierzył słowu, przyjął „swoją małżonkę do siebie”, podjął się roli ojca i wychowawcy Emanuela. Odtąd stanie się wzorem dla każdego ojca, gdyż nic nie zostanie mu oszczędzone. Dzięki jego trosce i zapobiegliwości Syn Przedwiecznego będzie miał najlepsze warunki, jakie mogą być, będzie wzrastał w rodzinie. To przecież św. Józef stanie się głową tej rodziny. To on otrzymuje pierwsze polecenia, aby ratować Dziecko: wstań, weź Dziecię, uchodź do Egiptu, pozostań tam... A on wstał, nie czekając brzasku, wziął w nocy Dzieci Matkę jego i udał się do Egiptu. I powrócił dopiero wtedy, gdy usłyszał rozkaz: „Idź do ziemi Izraela”. On zdecydował, że w Judei nadal niebezpiecznie, wrócił do swego miasta Nazaret. Potem zapada wielka cisza. Ewangelista opowiada dopiero o poszukiwaniu i znalezieniu dwunastoletniego Jezusa – jak im trudno było zrozumieć, co się stało, bo Chłopiec wrócił z nimi do domu i był im poddany. A potem już ani słowa o tym ojcu, który w milczeniu (zwrócono uwagę, że ewangelie nie odnotowały ani jednej wypowiedzi św. Józefa) spełnia swoje wielkie zadanie. To dzięki niemu Jezus mógł wzrastać w łasce u Boga i u ludzi, czekać, aż nadejdzie jego godzina.
Jak strasznie daleko odeszliśmy we współczesnej rodzinie od tego wzor­ca męża i ojca. Ojciec przestał być głową rodziny. Sąd orzekający rozwód z reguły przyzna prawa wychowawcze matce, ojciec może dzieci najwyżej odwiedzać. Samotne matki są czymś tak normalnym, że nikogo to nie dzi­wi. Kiedy zdarza się, że samotny ojciec wychowuje syna, to kręci się o nim filmy, tak to jest niezwykłe. Jest dziś prawie normą w życiu rodzinnym, że sprawy wychowawcze, także w zakresie religijnym, też przejęła matka, bardzo często z konieczności, gdyż ojcowie nie mają wiele do przekazania. Jak więc mogą być głową? Tymczasem Św. Paweł Apostoł, ten sam, który dziś czytany, dawał rady, jak w rodzinie żyć mądrze i roztropnie, stawia na ojca i jemu przyznaje pierwszą rolę w rodzinie. W Liście do Efezjan ukazu­je niesłychanie śmiałą koncepcję małżeństwa, mianowicie te więzi, jakie istnieją między mężem i żoną porównuje do powiązań Chrystusa z Kościo­łem. I pisze tak: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus głową Kościoła... Jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom - we wszystkim" (Ef 5,22-24). Cóż to była za wrzawa na spotkaniach w ostatnich klasach licealnych, przygotowu­jących się do życia w rodzinie, gdy czytałem ten fragment. Jakie protesty - oczywiście dziewcząt, jakie aplauzy - oczywiście chłopców. A wielka cisza robiła się natychmiast, gdy czytałem następne zdania: „Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół... Kto miłuje swoją żonę, siebie sa­mego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje jak i Chrystus - Kościół" (Ef 5, 25,28-29). Cisza robiła się wielka, bo każdy, nawet małe dziecko z pierw­szej klasy wie, kim jest Chrystus dla Kościoła. Jest Głową tego mistycznego Ciała, a my jego członkami. Głową, która myśli, troszczy się, kocha, daje życie. Która kobieta nie zdecyduje się zawierzyć całkowicie i uznać za gło­wę mężczyznę, który jest dla niej jak Chrystus: troszczy się, kocha, odda życie, gdyby to było konieczne. Który naprawdę jest głową, a nie czym in­nym. Tajemnica to wielka: opuści mężczyzna ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją i będą dwoje jednym ciałem (Mt 19,5).
Kochani moi, miało być dziś rozważanie o rodzinie, wyszło rozważanie o ojcu. Mo­że dlatego, że teksty biblijne tak dużo dziś mówiły o mężu, który boi się Pana. A może dlatego, że ciągle widzę małego chłopca, który w ostatnią niedzielę przyszedł ze swoim ojcem na wieczorną mszę św. Usiedli na pierwszej ławce tuż przed ołtarzem. W czasie pierwszego czytania ojciec założył nogę na nogę. Malec, który siedział ładnie, natychmiast to powtó­rzył. W czasie wyznania wiary „poprawił” ręce prosto złożone: splótł palce, bo tak trzymał ojciec. Obaj uklękli na podniesienie. Synek ładnie na oba kolana, ale zaraz się dostosował, ojciec klęczał tylko na jednym kolanie... Ojcze drogi, czy ty nie widzisz, jak twoje dziecko nieustannie cię naśladuje, jak ciągle dajesz mu przykład. Błogosławiony jesteś, gdy dajesz przykład dobry. Błogosławiony jesteś, jeśli przykładem swego życia wskazujesz swemu dziecku drogę do prawdziwego szczęścia. Amen.


grudnia 28, 2016

Święto Świętych Młodzianków Męczenników

Święto Świętych Młodzianków Męczenników
Środa w Oktawie Narodzenia Pańskiego

Z Ewangelii według świętego Mateusza
Gdy mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: «Z Egiptu wezwałem Syna mego». Wtedy Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: «Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma». (Mt 2,13-18)

Przypadek Heroda
Mamy dzisiaj okazję pomyśleć uważnie nad tragedią człowieka, który uwikłany przez władzę, znaczenie i zbrodnię, staje się nieszczęściem dla otoczenia i niszczy samego siebie.
To, co osiągnął, nie było żadnym stanowiskiem. Uzależniony od władców w Rzymie, zarządza! prowincją podległą imperium, wykonywał cudze roz­kazy. Znienawidzony przez własny naród i pogardzany przez mocodawców. To, co miało pozory honoru, było tylko odrobiną wymuszonego posłuszeń­stwa. Utrzymanie się na stanowisku wymagało ciągłej czujności, posługiwa­nia się zastrzeżeniem, a nawet zbrodnią, która nie omijała najbliższej rodziny Heroda.
Postać ta przychodzi do nas jakby ostrzeżenie. Można uwikłać się w pozory znaczenia, władzy, posiadania. Można narzucić na własne sumienie takie ciężary, powikłania, że współżycie stanie się udręką osobistą i osób bliskich. Można zasnuć sobie głowę marzeniami, złudzeniami, pozorami znaczenia i rządzenia. Stać się ciężarem i utrapieniem. Można tak utaić głęboko w so­bie odruchy zawiści, podstępu, że nawet własne sumienie ma kłopot nazwać prawdziwie wszystkie zachowania dręczące innych i zatruwające, własną radość. Można długie lata chodzić z pochyloną głową i nosić niechęć, żal, smutek, a czasem wręcz nienawiść do rzekomych odsunięć, pomijań, nieprzyjaźni. Można tak splątać swoje życie z byle miejscem, byle znakiem, byle godnością, że stanie się to kołem tortur dla otoczenia i obsesją życia. Tutaj widać, jak wielkie znaczenie ma fakt ślubów, jakie składają ludzie posługi apostolskiej. Właśnie poprzez ten fakt religijny zobowiązuje się oczyścić swoje życie od walki o władzę, o uznanie i o posiadanie bogactw. Praca nad uwolnieniem serca i myśli od potężnych i tragicznych wartości jest największą wartością człowieka Bożego.

Współuczestnictwo
Na ekranie telewizyjnym można obecnie często zobaczyć grupę dzieci chorych na białaczkę, które reklamują imprezę znaną pod nazwą "Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Dzieciom". Chociaż cel tej imprezy jest niewątpliwie szlachetny, trudno nie mieć zastrzeżeń do sposobu osiągania tego celu, tym bardziej, gdy do propagandy używa się chorych dzieci. Spece od reklamy, wiedzą co robią. Wiedzą, jak zagrać na ludzkich uczuciach. Widok tych dzieci, zupełnie pozbawionych włosów, ich stan spowodowany chorobą, jest wstrząsający. Jeszcze większe wrażenie (tym razem zupełnie nie­zależnie od propagandy i jej celów) budzi widok chorych dzieci w Szpitalu Dziecięcym. Serce ściska ból i rodzi się protest przeciwko cierpieniu niewinnych. Nasze czasy mają też Niewinnych Młodzianków Męczenników. Pisze o nich w Liście do Dzieci Papież św. Jan Paweł II: „Wiele dzieci w naszych czasach w różnych częściach świata cierpi i podlega wielorakim zagrożeniom. Cierpią głód i nędzę, umierają z powodu chorób i niedożywienia, padają ofiarą wojen, bywają porzucane przez rodziców, skazywane na bezdom­ność, pozbawione ciepła własnej rodziny... Czyż można przejść obojętnie wobec cierpienia tylu dzieci, zwłaszcza, gdy to cierpienie w jakiś sposób jest zawinione przez dorosłych?”
Zarówno wobec cierpienia Młodzianków z Betlejem, jak rów­nież wobec cierpienia współczesnych dzieci, pragniemy wykrzyczeć pytanie: "Dlaczego?"
Odpowiedzią na wszystkie pytania dotyczące człowieka - rów­nież człowieka małego - jest Chrystus. On jest naszym Rzecznikiem wobec Ojca, jak czytamy dzisiaj w I Liście św. Jana. On jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, a z wszelkiego grzechu oczyszcza nas Jego Krew. Całe życie Jezusa jest ofiarą przebłagalną za grze­chy. "Tota vita Christi crux fuit et martyrium" (Całe życie Chrystusa było krzyżem i męczeństwem) - nauczali Ojcowie Kościoła. Całe życie, od samego początku! Przepowiedział to już starzec Symeon, a Herod był zagrożeniem najpierw dla Jezusa, a potem dla innych dzieci w Betlejem. Dlatego nie wolno oddzielać losu Młodzianków od losu Dzieciątka Jezus. Ich męczeństwo już było uczestnictwem w krzyżu Chrystusa. Św. Jan mówi nam, że to Krew Jezusa oczysz­cza nas z grzechu i dzięki temu chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, a wtedy mamy jedni z drugimi współuczes­tnictwo. Współuczestnictwo we Krwi daje współuczestnictwo w światłości.
Apostoł Paweł w Liście do Koloseum naucza, że udręki Chrys­tusa dla dobra Jego Ciała dopełnia on sam i cały Kościół w swoim ciele (por. Kol 1,24). Cały Kościół, czyli wszyscy ochrzczeni, a więc również dzieci. Jest to dowód, że dziecko Boże, niezależnie od wieku, ma prawo do świętości: do współudziału w Krwi Chrystusa – Papież w swoim Liście przypomina Młodocianych Męczenników: św. Agnieszki i św. Tarsycjusza, bł. Karoliny Kózka i wielu innych – jak również do udziału w świat­łości, w której On sam trwa. 
Trzeba dodać, że w sposób szczególny Współuczestnictwo we Krwi Chrystusa mają te dzieci, które  - zanim jeszcze ujrzały ten świat - zostały zamordowane w łonach własnych matek. Te dzieci są zbawione z racji tego, że ich dusze zostały obmyte chrztem krwi. I trzeba sobie jasno powiedzieć, że to jest najliczniejsza grupa męczenników naszych czasów, ofiar współczesnych Herodów, całego mechanizmu zła. W tym kontekście, jest to dramat, który odciska bolesne piętno na sumieniach ich ojców i matek, na rodzinach, społeczeństwach i Narodach. Jest to dramat także w tym sensie, jaki miały słowa św. Jana Pawła II: "Naród, który zabija własne dzieci, jest Narodem bez przyszłości" - prorocze słowa, pełne bólu i przestrogi.
Bracie, Siostro - niech dzisiejsze święto św. Młodzianków Męczenników będzie okazją do zadumy i modlitwy. Módl się do tych Młodzianków Męczenników, którzy oddali swe życie za przyczyną współczesnych Herodów. Módl się także za tych, którzy mają zamknięte serca i wypaczone sumienia, aby dostrzegli Blask Prawdy płynący z Betlejemskiego Żłobka. 


grudnia 27, 2016

Pójdźmy wszyscy do stajenki i do grobu

Pójdźmy wszyscy do stajenki i do grobu
Wtorek w Oktawie Narodzenia Pańskiego – Święto Św. Jana, Apostoła i Ewangelisty

Z Ewangelii według świętego Jana Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena pobiegła i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: «Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono». Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. (J 20,2-8)
Refleksja nad Słowem Bożym

W czasie, kiedy śpiewamy: „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, kiedy rzeczywiście tam pielgrzymujemy w naszych myślach i modlitwach, Kościół święty czyta nam w trzecim dniu Oktawy Bożego Narodze­nia, w którym czcimy św. Jana Ewangelistę, opowieść o pielgrzymce Piotra i Jana do grobu Chrystusa. To powinno nam uświadomić, że Liturgia uobecnia całe dzieło zbawcze, a różne święta są tylko podkreśleniem pewnych szczegółów, których jednak nie wolno wy­rywać z tej zwartej całości. Przecież i w Boże Narodzenie kulmi­nacyjnym momentem naszych religijnych przeżyć jest przeistocze­nie, po którym wołamy: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”. Czy pielgrzymujemy do szopki, czy do grobu, zawsze znajdujemy tego samego Chrystusa, a w Nim nasze zbawienie i zba­wienie świata. Od żłobka do grobu nie jest wcale tak daleko. To nie tylko odległość 33 lat, ale to również bliskość spowodowana tą samą miłością, która Go położyła w żłobie, tak mocno złączyła z krzyżem i "zapędziła" do grobu. Od Jana, który do grobu Chrys­tusa pielgrzymował z taką samą żarliwością możemy się nauczyć, jak w tych dniach podążać do stajenki. Jan sam dał świadectwo o tym, jak przeżył wejście do pustego grobu Zmartwychwstałego: „Wszedł do wnętrza także ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył”. Z całej Ewangelii św. Jana do­wiadujemy się, w co Jan uwierzył i jak uwierzył.
W samą uroczystość Bożego Narodzenia i kilka razy w całym tym okresie odczytuje się Prolog tej Ewangelii. W tych kilku zdaniach zawarte jest wyznanie wiary, która w Jezusie widzi Chrystusa. Wiara ta widzi Jezusa w wymiarze, który przekracza wszelkie granice, a jednocześnie Nieskończonego zamyka w granicach ludzkiej natury, a nawet jednej określonej Osoby. „Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami”. W tym jednym Ciele, w którym stało się Słowo, w tym jednym Człowieku, który był Wcielonym Bogiem, Jan widzi centrum i sens całego kosmosu i his­torii. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo... Wszystko przez nie się stało”. Jan w tym Ciele – w Ciele nowonarodzonego dzieciątka, w Ciele Ukrzyżowanego i Zmar­twychwstałego – dostrzega wielką moc. Tej mocy Wcielone Słowo udziela wszystkim, „aby się stali dziećmi Bożymi”. W Jezusie Jan widzi światłość, która w ciemnościach świeci i ciemności jej nie ogarnęły i nie ogarną. Oto wiara Apostoła, która sięga tak daleko i tak głęboko. Wiara, która zrodziła się podczas pielgrzymki do pustego grobu. Z takim szerokim widzeniem i głębokim przeko­naniem i my podążajmy za Chrystusem i wtedy, gdy idziemy do stajenki, i wtedy, gdy stajemy pod krzyżem, gdy nawiedzamy grób pański, a przede wszystkim, gdy stajemy przy ołtarzu – przy stole słowa i Eucharystii.
A kiedy już przybędziesz do ubogiej stajenki i staniesz w duchu wiary przy ołtarzu – pomyśl o Patronie dnia dzisiejszego, umiłowanym uczniu Pana. Dzisiaj, gdy św. Jan Ewangelista obchodzi swoje święto, przynosi nam opis wydarzenia napewno jedynego, niezatartego, najważniejszego: opowiada o pustym grobie Jezusa.
To było coś niesamowitego w życiu młodego człowieka, który swoje wszy­stkie plany życiowe związał z Jezusem.
Niedawny tragizm śmierci i pogrzebu, pieczęci i strażników, a teraz spełnie­nie się zapowiedzi. Przecież On im mówił, że będzie Panem życia i śmierci. On ich uprzedzał, że tak będzie. Wczoraj jeszcze niełatwo było wierzyć, dzisiaj już nie trzeba wierzyć, wszystko stało się faktem. To było światło. W życiu niektórych ludzi świętych znajdujemy takie godzi­ny, w których życie zaczynało się na nowo.
Patronka Sióstr Miłosierdzia, św. Ludwika de Marillac, wręcz nazwała takie wydarzenie „światłem Zielonych Świąt” – gdy w skołatanej duszy, w rozter­ce życia, rozpoznała drogę, która odtąd będzie tak oczywista, że można nią iść z zamkniętymi oczami, byle trzymać Boga za rękę. To jest ważne dla ludzi wiary, by nie przeoczyli chwil wyjątkowej łaski, jaką czasem Bóg daje duszom znękanym, ale wiernym.
Niekiedy jest to tekst prze­czytany wśród innych, niby taki sam, a jednak trafia, jak objawienie i zostaje skarbem życia.
Może to być spotkanie z człowiekiem, niby przypadkiem danym przez los, a przecież tutaj postawionym z wymyślności miłującego Ojca.
Może być nastrój w ciszy modlitwy, albo olśnienie czymś wielkim i wspaniałym.
Może być tyle ujawnień, ile jest bogactwa w Bogu, którego nieskończone miłosierdzie szuka i wspiera tych, którzy gotowi byliby iść za prawdą.
Niech Bóg pozwoli ci przeżyć twoje światło i ułatwi ci odpowiedź.

grudnia 26, 2016

„Miejcie się na baczności przed ludźmi...”

„Miejcie się na baczności przed ludźmi...”
Z Ewangelii według świętego Mateusza
Jezus powiedział do swoich Apostołów: «Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić. Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony». (Mt 10, 17-22)

Refleksja nad Słowem Bożym

Miejcie się na baczności przed ludźmi” (Mt 10,17).
Ostrzeżenie. Ważne i praktyczne.
Były chwile, gdy Jezus jakby przemykał się wśród tłumu, gdy jeszcze nie nadeszła Jego godzina. Był czas, gdy św. Józef budził się w nocy, brał Dzieciątko i Maryję i uchodził do Egiptu. Był czas, gdy Apostołowie schronili się do wieczernika i drzwi zamknęli przed prześladowcami. Był czas, gdy św. Szczepan unikał konfrontacji z przewrotnymi nauczycielami narodu.
Był czas, gdy wielcy święci żyli w skupieniu, odosobnieni, żeby wrosła wiara głęboko, a mądrość zakorzeniała się tak, aby przetrwała wszystkie próby.
Trzeba się strzec, kiedy trzeba, aby być znakiem skutecz­nym, gdy tego zażąda chwila. Strzeż się pustych ludzi, bo łatwo samemu opustoszeć. Ludzi rozbitych, bo łatwo się samemu rozsypać. Niewierzących, ordynarnych programów, czasopism, rozmów, które niszczą... Bo i ty jesteś człowiekiem kruchej wia­ry. Strzeż siebie samego.
Dzisiaj powie: „Miejcie się na baczności przed ludźmi” (Mt 10,17).
Tak, to jest zupełnie dziwne, co powiedział Jezus w pierwszym zdaniu, jakie dzisiaj czyta się wierzącym. Zwykle mówi: Miłujcie, przebaczajcie, pomagajcie ludziom...
A jednak, ileż w tym ostrzeżeniu prawdy.
Mieć się na baczności, to nic innego przecież, jak tylko z rozwagą traktować drugiego człowieka. Służyć człowiekowi, ale z mądrością. Wspomagać ludzi, ale roztropnie. Dźwigać upadłych, ale z rozwagą i uważnie. Pocieszać strapionych, ale widzieć których, kiedy, na ile można podjąć ich krzyż, żeby za­miast jednego strapionego nie było poprostu dwóch strapionych. Nauczać nieumiejących, ale znowu wiedzieć których, kiedy. Znać sposoby, żeby zamiast pouczania, nie było większego jeszcze zamętu i zagubienia. Ileż to razy w najlepszej wierze podjęta pomoc spowodowała klęskę ucznia i nauczają­cego. Ratować tych, którzy giną na marginesie życia, w złych domach, na niebezpiecznych ulicach. I znowu mieć się na baczności, bo wielu wyszło do zagubionych i stamtąd nie powróciło. Nie tylko nie wnosząc dobra w śro­dowisko zniszczone, ale i samym zatracając to, co posiadali. Uważajcie, miejcie się na baczności wobec naprawdę cierpiących, którzy nie potrafią dać wam takich znaków, jakich oczekujecie. Ani wdzięczności, ani zrozumienia, ani sprawiedliwości. Zdarza się, że zniszczeni przez życie nie wierzą w dobro, które do nich przychodzi. Nazwą wasze ręce swoim zwyczajem, określą w swój sposób wasz wysiłek, będziecie cierpieć z powodu niesprawiedliwości.
Łatwo wtedy o zniechęcenie, o odejście. Bądźcie mądrzy wiarą. Miejcie się na baczności! Bądźcie ostrożni!
Mniej znacie siebie, niż myślicie i mniej wiecie o ludziach, niż wam się zdaje. A jednak idźcie do nich, ale czujnie i rozważnie, ale idźcie.


grudnia 26, 2016

Święto Św. Szczepana – Pierwszy świadek

Święto Św. Szczepana – Pierwszy świadek

Dzisiejsza liturgia – męczeństwo św. Szczepana – to trochę jak zejście z nieba na ziemię. Z cudownej rzeczywistości dobra i pokoju na ziemię trudną. To tak, jak opuścić przytulny pokój, w którym przeżyło się udany wieczór wigilijny, gdzie pojednanie i nadzieja. To dzień Bożego Narodzenia, wspaniałości, w której Boża miłość staje się chlebem dobra dla całego świata i idzie po krzyż odkupienia, aż do ostatniego „Ojcze, przebacz im ...” Tak, bo wielka rzecz Ewangelii rodzić się będzie na tym świecie. Na takim, jaki był, jest i prawdopodobnie będzie, do końca swojego trwania. Na świecie wszystkich tragicznych nieporozumień. I taki świat będzie Ewangelia podnosić do nieba. I rzeczywistość Ewangelii spełniać się będzie przez ludzi, którzy stali się światłem i solą. Pozostają takimi w dniach łatwych oraz w godzinach ciemności i najwyższego ryzyka.
Święty patron dzisiejszego rozważania, pierwszy, który odda życie za wiarę Chrystusową, jest człowiekiem świeckim, młodym, który ma własne doświadczenie wiary. Świadomość celu życia. Głosi jako diakon słowo Boże w mądrości, której nie mogli sprostać. Rozmowa na temat Jezusa Chrystusa kończy się tragicznie: postanowili go obrzucić kamieniami. Użyto argumentu śmierci, ale przecież ten argument pojawi się, niestety, jeszcze nieraz w historii ludzkich dysput. Szczepan nie odchodzi ze swego miasta, nie porzuca swego stanu, nie szuka ziemi bardziej życzliwej, nie czeka na lepsze czasy. Pozostaje sobą do końca, od pierwszego kamienia po kres życia. I w tej niecodziennej postawie, człowieka ukamienowanego, zastaje nas każdego roku, zmuszając do własnych refleksji.
Wydawało się, że jestem z Nim, z Jezusem Chrystusem na zawsze, że stać na wiele, że świadectwo wiary, że postawa ufności, że świadczenie dobra, uczciwość, wrażliwość, kultura chrześcijańska, że niemal Piotrowe: Panie, choćby wszyscy...
Zdarzyło się, że padł kamień zaledwie pierwszy. Zdenerwowali się, zatrzasnęli drzwi za sobą, odwrócili plecami; wystarczyło, było dość, żeby niemal odwołać, żeby niemal przepraszać za własną wiarę, religijną postawę... Może nawet chwilami było żal, bo to syn, córka, przyjaciele, ale oni pierwszy raz się zdenerwowali, może się pogniewają, może...
Zdarzyło się, że w rozmowie zadrwili, rzucili zdanie cyniczne, zjadliwe, śmieszne, zaledwie zabolało, nawet nie więcej, wystarczyło, by się osłonić, ukryć, wycofać, udawać, aż dziwnie jak prędko, po tym pierwszym kamyku...
Zdarzyło się, że postawił obrazek święty przy swoim łóżku szpitalnym, a ktoś inny umieścił krzyżyk nad biurkiem, przy którym pracuje 8 godzin dziennie – i wszystko było, aż do pierwszego pytania kolegi, aż do pierwszego spojrzenia szefa, aż do pierwszego dlaczego...
Zdarzyło się, że sprawy wielkie, święte, zażądały zwykłego wysiłku myśli, trzeba było poświęcić trochę czasu, poznać parę pojęć, zwyczajna książkowa, podstawowa wiedza, minimum uczciwej informacji. Gdy chodzi o najprostsze przygotowanie do zawodu, wiemy, co to siódme poty i nocne studium; tutaj, pierwszy próg – pierwszy trud – i ostatni, już koniec ... dla zbawienia...
Zdarzyło się, że ukazał się nowy świat, nowa twarz rzeczywistości: ktoś zmarł, trzeba iść do szpitala, trzeba usłyszeć trudną diagnozę, przeżyć zawód, zdradę. I wszystko się posypało jak dziecinne klocki, jakby wtedy łatwiej było przeżyć kolejne, jeszcze nie jedno, jeszcze nie ostatnie ...
W ilu to jeszcze sprawach i odcieniach życia wiary przegrało się po pierwszym kamieniu; odeszło po pierwszej przykrości: odstąpiło po pierwszej propozycji. A jednak, iluż wspaniałych ludzi przed nami, iluż codziennie idzie i trwa. Oni są nadzieją świata. Oni pozostaną nadzieją naszej ojczyzny i przyszłości. Czy jest w tobie postawa św. Szczepana, którego stać na wyznanie wiary, nawet za wielką cenę...? Czy stać cię na dawanie świadectwa o Nowonarodzonym w swojej codzienności? Świat potrzebuje świadków na miarę świadków naszych czasów – świadków, którzy swoją codziennością dają świadectwo – świadectwo prawdy i miłości, sprawiedliwości i pokoju, świadectwo wiary w Tego, który dla nas stał się Chlebem. Wszak św. brat Albert przypomina: „Powinno się być dobrym jak chleb. Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”. Pytam więc: Czy stać cię na takie świadectwo?


Ja i Szczepan

Święty Szczepan
męczennik pierwszy
pośród tego
padołu ludzkiego

nie przeżył

Błotem w niego rzucano
kamieniami linczowano
opluwano…
bo uwierzył.

a ty człowieku?
kim jesteś?
jaką wiarę posiadasz?
potykając się
o własne problemy
na kolana upadasz

w łańcuchu ostateczności
w sidłach niewoli
na łańcuchu nienawiści
w kagańcu konieczności

konasz i jęczysz
prosząco o litość
unosząc dłonie
w modlitwie klęczysz

lecz do twojego ucha
nie dobiega żaden
dźwięk
głos
szept
jedynie jęk
płacz
potem cisza głucha

i tylko serce wypełnione
lękiem
strachem
miota tobą wciąż

niespełnione marzenia
ukryte pragnienia
i myśli zlęknione
oplatają cię
jak drzewo wąż…

już myślisz o sobie:
żeś wyjątkowy
sam pełzniesz
cierpisz
konasz
swój krzyż niesiesz

dębowy

spójrz za siebie
tysiące dusz
męczenników
na pozór innych
lecz takich samych
identycznych
próbują oszukać czas
uciec przed własnym
cieniem
lecz nikt z nich nie wie

że naśladują siebie
nawzajem
jeden drugiego popycha
depczą sobie
po piętach
nie widzą niczego

porywisty wiatr
sumienia
ich spycha...

Jeśli
jesteś bez grzechu,
rzuć i ty kamieniem….

człowieku
czy potrafisz?
czy rzucisz
czy na pewno
żaden grzech
nie ciąży ci
i masz czyste sumienie?

Kiedy Boga kochasz…
podnieś do góry dłonie!
choć stracisz
dla Niego swe życie
w miłości Jego utoniesz!

                              Ks. Józef Tabor, 26 Grudnia 2016.



grudnia 25, 2016

Uroczystość Narodzenia Pańskiego. Msza w dzień (A) – Oczarowani delikatnością Boga

Uroczystość Narodzenia Pańskiego. Msza w dzień (A) – Oczarowani delikatnością Boga
Kochani Moi. Tyle razy spoglądaliśmy na stajenkę betlejemską. Zachwycało nas bijące z niej ciepło. Ludzie różnie reagują na światło, które bije od Betlejem. Herod odczytuje je jako zagrożenie dla swego małego świata, swojej władzy, swojej codzienności, swoich przyzwyczajeń. Mieszkańcy Betlejem zamykają bardziej serca niż domy, by nie pozwolić oczarować się dobroci, szczerej i prostej. Królowie ponoszą trud, by nadejść z daleka i uklęknąć w pokorze przed Bogiem prostym, choć niezrozumiałym. Pasterze - zbudzeni, trochę przestraszeni dziwnym biegiem nocy - idą, aby podzielić się radością z obecności Dziecięcia.
Wśród nich jesteśmy i my. Pielgrzymujemy do Betlejem. Czujemy się jakby lepsi w blasku i cieple Gwiazdy Betlejemskiej. Jest to jedyna, ale tak potężna, że na firmamencie całej drogi mlecznej, iż tylko ona przyciąga naszą uwagę.
Stajemy na progu stajni urzeczeni prostotą daru. Światło płynące od tego żłóbka ośmiela w nas pragnienie dobra. Jest jakaś tajemnicza moc w szczerości. Ona jest mocniejsza od naszego zmęczenia, od naszych rozczarowań, potężniejsza od naszych zagapień odejść, od lodu naszych pustych nocy... Małe Dziecię rozbraja w nas nagromadzone uprzedzenia, każe zapomnieć o okrucieństwie świata, pozwala łudzić się - chociaż przez chwilę - że jest inaczej, i csię zmieniło, nabrało sensu...
Dzisiejsze święto, które jest powodem tak bardzo ludzkiej radości, niejako zmusza nas do milczenia. Jest tak potężnym znakiem, tak zachwycającym i pięknym, że trudno ludzkimi słowami wyrazić nasze doznania. Dotyka najdelikatniejszych strun naszego serca. Rodzi ciepło, którego brak nam w inne dni roku.
Zastanówmy się przez chwilę nad tym, co poprzez narodzenie się tego Dziecięcia mówi nam Bóg o sobie i o nas.
Co mówi Bóg o sobie?
Narodzenie Jezusa jest objawieniem się Boga. Wypełnia się starożytna przepowiednia proroka Izajasza: Bóg nawiedza swój lud i zamieszkuje w nim. Jest Bogiem wielkim. Przerasta stwo­rzenie. Ziemia i niebo nie są w stanie Go objąć. Jest potężny: mó­wimy o Panu Bogu, że jest Stworzycielem nieba i ziemi. Czytamy nieraz starotestamentalne opisy objawień się Boga. Podkreślają potęgę, tajemniczość i inność Pana Boga. Autorzy natchnieni za pomocą obrazów pragnęli podkreślić Jego transcendencję. Bóg objawiał się za pomocą potężnych znaków i cudów. Tym obja­wieniom towarzyszyła zawsze groza. Jawił się On jako misterium, które pociąga i przeraża - Bóg święty.
W Betlejem Bóg objawia jakby swoje "drugie oblicze". Uka­zuje się w znaku Dziecięcia. Tutaj nie ma miejsca na grozę. Rodzi się nowy obraz Boga. Tego, który jest delikatny i bezbronny jak Dziecię. Tego, który pragnie spocząć w sercu człowieka niczym w ramionach matki. Obraz Tego, który niejako ukrywa swe bóstwo, aby ośmielić człowieka.
Antoine de Saint-Exupery w Małym Księciu umieszcza cie­kawą rozmowę Księcia z lisem. Lis prosi go: "oswój mnie". Co to znaczy "oswoić"? - "Oswoić - to znaczy stworzyć więzy". Bóg dzi­siaj pragnie nas "oswoić" - to znaczy stworzyć więzy. Jakie więzy? Braterstwa i miłości. W Jezusie Chrystusie jest naszym bratem. Bóg stał się człowiekiem. Przyjął nasze ludzkie ciało. Cóż zatem oznacza to wcielenie Syna Bożego, jeśli nie braterstwo Boga z wszystkimi ludźmi? Śpiewamy w jednej z piosenek religijnych: "Bóg kiedyś stał się jednym z nas". Jak mówi święty Paweł, "Stał się podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu" (Flp 2,5). Braterstwo Boga wyraża się w tym niezwykłym wyniesieniu natury ludzkiej. Zycie człowieka staje się miejscem spotkania tego, co Boskie, z tym, co ludzkie. To, co Boskie, nie niszczy, ale wy­wyższa, uszlachetnia, przemienia to, co ludzkie.
Narodzenie Dziecięcia - jest znakiem łaskawości Boga. Jezus rodzi się dla nas, "dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba" (Wyznanie wiary). Święta Narodzenia Pańskiego są świętami nadziei. W tym momencie Bóg mówi nam: "nie jesteście Mi obo­jętni. Nie jestem «Wielkim Zegarmistrzem», który uruchomił me­chanizm kosmosu, który dał wam początek, i obojętny zostawił was waszemu losowi". Jesteśmy troską Boga. Jego najważniejszą myślą. Żyjemy w Jego sercu. Jezus rodzi się, ponieważ Ojciec nie­bieski nie chce nas zostawić samym sobie. Interesuje się nami. Bóg wchodzi w nasze życie, aby zbawić. Daje nam w swoim Synu życie wieczne.
Narodzenie Dziecięcia odsłania więc to ośmielające oblicze Boże. Manifestuje w pełni Bożą delikatność. Bóg kocha prostotę. Daje poznać swą potęgę poprzez słabość. Odsłania swoją wielkość za pomocą tego, co małe. Narodzenie Chrystusa odsłania nam pokorę Boga. Chrystus rodzi się, można by rzec, "na marginesie". Nie w centrum wielkiej cywilizacji, nie w centrum wielkiego mia­sta, nie na centralnym placu... Przychodzi na świat osłonięty nocą, rodzi się poza małym miasteczkiem. Można by powiedzieć, na marginesie historii.
Jest jednak zdolny zmienić historię.
Jest miłością, która pragnie się ofiarować. Nie paraliżuje swoim pięknem, ale pociąga niczym blask Gwiazdy nad Betlejem. Bóg jest miłością, która nie onieśmiela, nie utrzymuje dystansu. Czyż można bać się dziecka?
Narodzenie Pańskie objawia także prawdę o nas. Dzisiaj Pan Bóg mówi nam bardzo dużo dobrego o nas. Odsłania nam naszą godność. W Chrystusie staliśmy się wszyscy dziećmi Bożymi. Wy­gnani z raju ziemskiego, który nieraz nieudolnie próbujemy odtworzyć na ziemi, staliśmy się dziedzicami obietnicy królestwa niebieskiego.
Św. Leon Wielki wołał: "Poznaj chrześcijaninie godność swo­ją" (Leon Wielki, Kazanie I o Narodzeniu Pańskim). Chcemy dzi­siaj, oczarowani pięknem Dziecięcia, przypomnieć sobie to, kim jesteśmy. Kim jesteśmy w oczach Boga. Chcemy podziękować za wywyższenie naszej ludzkiej natury, za dar przybrania za synów, za godność dziecięctwa Bożego, otrzymaną w Chrystusie.
Czujemy się zobowiązani tym darem do tego, aby żyć praw­dziwie po ludzku i chrześcijańsku.
"Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Święty w was mieszka?" (1 Kor 3,16). Wiemy. Wiemy, że jesteśmy świą­tynią Bożą. Wiejmy, że jesteśmy Synami Bożymi i że w Duchu
Świętym możemy wołać do Boga "Ojcze" (por. Rz 8,14-16). Dla­tego, "pełni radości z odnalezionego zbawienia" będziemy się sta­rali żyć uczciwie i pobożnie. Dlatego będziemy się starali zrobić miejsce wśród nas Dziecięciu narodzonemu "na marginesie" mia­sta i historii. On będzie w centrum naszego życia. Z Nim chcemy pracować i odpoczywać. Z Nim chcemy się modlić. Z Nim chcemy cierpieć. Z Nim pomagać innym.
Pozwólmy się oczarować delikatnością Boga. Pokochajmy ofiarowaną nam Miłość.



Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger