listopada 21, 2017

Jezus i Zacheusz

Jezus i Zacheusz
 Nawrócenie Zacheusza 
Wtorek, XXXIII tydzień Okresu Zwykłego 

Słowa Ewangelii według św. Łukasza. Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.  Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Jerycho, to miasto pieniądza, miasto biznesu, miasto, w którym robi się dobre interesy. Wczorajsza scena opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym wtedy, kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha. Dzisiaj Jezus już jest w tym mieście. I oto, kiedy przechodzi przez miasto, którego symbolem jest pieniądz, robienie pieniędzy, spotyka się z człowiekiem, dla którego pieniądz na pewno był idolem, spotyka się z celnikiem, kolaborantem z okupantem rzymskim, kimś pogardzanym przez pobożnych Żydów, przez ludzi; spotyka się z człowiekiem, który już słyszał o Jezusie, który chciał spotkać się z Jezusem, który już wcześniej o Nim się dowiedział.
Zanim bezpośrednio z Nim się spotkał, to słowo już pracowało w jego sercu. Bo słowo słuchane z wiarą, jest słowem, które przemienia serca. I dlatego słowa Bożego trzeba słuchać z wiarą. Słowo Boże ma moc przemiany twojego i mojego serca. Jest ono proklamowane do konkretnej osoby, do ciebie, w konkretnej sytuacji, w konkretnej historii życia. I dlatego dzisiaj Zacheusz jest w stanie podjąć trud i wysiłek, by spotkać się z Jezusem.
Odmawiając Credo w czasie Mszy św., dajemy wyraz zdecydowanej wierze, dajemy wyraz temu, że wiemy do czego zdążamy. W aklamacji po Przeistoczeniu również zaświadczamy swoje ukierunkowanie na Pana Boga i życie wieczne: „…i oczekujemy Twojego przyjścia w chwale”. W codziennym życiu natomiast brak nam tego zdecydowania, jasności, dynamizmu. Przeżywając w środowisku obojętnym swoja wiarę, lub między ludźmi niewierzącymi, doznajemy jakiegoś wewnętrznego zahamowania: kierujemy się nieuzasadnionymi obiekcjami, nie mamy swojej twarzy, udajemy przed otoczeniem, że nie jesteśmy związani ani z religią, ani z Kościołem. Udawaniem, taką grą aktorską, dzieleniem życia na sferę prywatną i publiczną, ośmieszamy się również wobec tych, którzy na nas patrzą z boku, wobec wrogów Chrystusa, a przede wszystkim nie otwieramy się w sposób pełny i zdecydowany na Chrystusa. Przez naszą letniość, nijakość, każemy Mu długo pozostawać na zewnątrz, choć On puka do drzwi naszego serca.
Z jakich właściwie racji mamy się kierować względem na ludzi? Kogo mamy się wstydzić, albo obawiać? Czyż nie zachwyci nas, wychodząca naprzeciw, miłość Chrystusa? Chrystusa, o którym pisze św. Jan: „Oto Ja, stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy Mój głos i otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”.
Zdumiewające wręcz zdecydowanie wykazał bogaty celnik, Zacheusz. Rozumiemy chyba dobrze, że tego rodzaju ludziom jest bardzo trudno się nawrócić, a on nie dbał zupełnie o to, że się narazi na ironiczny śmiech ze strony tylu znających go ludzi wielkich – wdrapał się na drzewo sykomory, aby ułatwić sobie kontakt z Chrystusem. Chrystus, zaproszony do domu bogatego faryzeusza, nie poszedł w środowisko tylko takiej udawanej kurtuazji, lecz wynagrodził tę zdecydowaną postawę nawróconego grzesznika.
„Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Od spotkania z Chrystusem zaczyna się nowe życie, zaczyna się „dziś”, które jest równocześnie otwarciem na „jutro” – „wczoraj” już się nie liczy. Chrystus nazywa Zacheusza po imieniu i pragnie gościny w jego domu. Nazwanie po imieniu oznacza bliskość, przyjaźń, przyjęcie do grona swoich przyjaciół i naśladowców. Chrystus chce być blisko człowieka, jak prawdziwy przyjaciel, „albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. W tym zdaniu zawarta jest główna myśl dzisiejszej Ewangelii.
Na przykładzie Zacheusza, uczymy się także radosnej nowiny, którą można by sformułować w zdaniu: Jezus każdemu i zawsze daje szansę, nie wyłączając z tego celników i grzeszników, i ludzi bogatych – wszystkim daje szansą, i nam też. Zacheusz skorzystał z tej szansy, odczytał czas nawiedzenia Bożego. Doskonale zrozumiał, że spotkanie ze Zbawicielem domaga się zmiany życia, domaga się nawrócenia: „Panie, oto połowę swego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.
Spotkanie z Chrystusem zmienia sposób wartościowania. Ten, który dawniej widział tylko pieniądze i bogactwa, teraz dojrzał wreszcie człowieka. Prawdziwe spotkanie z Chrystusem musi być równocześnie spotkaniem z człowiekiem. Aby skorzystać z tej szansy, dzisiaj, teraz, trzeba, jak Zacheusz wyjść ochoczo i z pośpiechem na spotkanie z Panem; trzeba wyciągnąć swe ręce po łaskę – bo jest ona rzeczywiście w zasięgu naszych rąk – która jest naszą szansą. Wtedy życie nasze stanie się inne: bardziej bogate, piękniejsze, bardziej radosne, pełne pokoju; zmieni się miara wartości, wtedy wszystko będzie na swoim miejscu; otrzymamy siłę i odwagę, by rozpocząć życie na nowo. Pomyślmy o tym! 

Czytaj także: Wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny 

 

listopada 21, 2017

Nawrócenie Zacheusza

Nawrócenie Zacheusza
Wtorek, XXXIII tydzień Okresu Zwykłego
Nawrócenie Zacheusza

Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło». (Łk 19,1-10) 

Refleksja nad Słowem Bożym


Odmawiając Credo w czasie Mszy św., dajemy wyraz zdecydowanej wierze; dajemy wyraz temu, że wiemy do czego zdążamy. W aklamacji po Przeistoczeniu również zaświadczamy swoje ukierunkowanie na Pana Boga i życie wieczne: „i oczekujemy Twojego przyjścia w chwale”. W codziennym życiu natomiast brak nam tego zdecydowania, jasności, dynamizmu. Przeżywając w środowisku obojętnym swoją wiarę, lub między ludźmi niewierzącymi, doznajemy jakiegoś wewnętrznego zahamowania: kierujemy się nieuzasadnionymi lękami, nie mamy swojej twarzy, udajemy przed otoczeniem, że nie jesteśmy związani ani z religią, ani z Kościołem. Udawaniem, taką grą aktorską, dzieleniem życia na sferę prywatną i publiczną, ośmieszamy się również wobec tych, którzy na nas patrzą z boku, wobec wrogów Chrystusa, a przede wszystkim nie otwieramy się w sposób pełny i zdecydowany na Chrystusa. Przez naszą letniość, nijakość, każemy Mu długo pozostawać na zewnątrz, choć On puka do drzwi naszego serca.
Z jakich właściwie racji mamy się kierować względem na ludzi? Kogo mamy się wstydzić, albo obawiać? Czyż nie zachwyci nas, wychodząca naprzeciw, miłość Chrystusa? Chrystusa, o którym pisze św. Jan: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy Mój głos i otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).
Zdumiewające wręcz zdecydowanie wykazał bogaty celnik, Zacheusz. Rozumiemy chyba dobrze, że tego rodzaju ludziom jest bardzo trudno się nawrócić, a on nie dbał zupełnie o to, że się narazi na ironiczny śmiech ze strony tylu znających go ludzi wielkich – wdrapał się na drzewo sykomory, aby ułatwić sobie kontakt z Chrystusem. Chrystus, zaproszony do domu bogatego faryzeusza, nie poszedł w środowisko tylko dla takiej udawanej kurtuazji, lecz wynagrodził tę zdecydowaną postawę nawróconego grzesznika.
Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Od spotkania z Chrystusem zaczyna się nowe życie, zaczyna się "dziś", które jest równocześnie otwarciem na "jutro" – "wczoraj" już się nie liczy. Chrystus nazywa Zacheusza po imieniu i pragnie gościny w jego domu. Nazwanie po imieniu oznacza bliskość, przyjaźń, przyjęcie do grona swoich przyjaciół i naśladowców. Chrystus chce być blisko człowieka, jak prawdziwy przyjaciel, „albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. W tym zdaniu zawarta jest główna myśl dzisiejszej Ewangelii.
Na przykładzie Zacheusza, uczymy się także radosnej nowiny, którą można by sformułować w zdaniu: Jezus każdemu i zawsze daje szansę, nie wyłączając z tego celników i grzeszników, i ludzi bogatych – wszystkim daje szansą, i nam też. Zacheusz skorzystał z tej szansy, odczytał czas nawiedzenia Bożego. Doskonale zrozumiał, że spotkanie ze Zbawicielem domaga się zmiany życia, domaga się nawrócenia: „Panie, oto połowę swego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.
Spotkanie z Chrystusem zmienia sposób wartościowania. Ten, który dawniej widział tylko pieniądze i bogactwo materialne, teraz dojrzał wreszcie człowieka.
Ewangeliczne wezwanie skierowane do Zacheusza, wezwanie do nawrócenia, jest skierowane do mnie i do ciebie. Jest to wezwanie do pójścia drogą wiary, do pełni szczęścia. Potrzebna jest tylko nasza zgoda, nasza decyzja pójścia za Chrystusem. „I dał mi Pan poznać (pisze św. Siostra Faustyna), że cała tajemnica ode mnie zleży, od mojego dobrowolnego zgodzenia się na tę ofiarę z całą świadomością umysłu. W tym akcie dobrowolnym i świadomym, jest cała moc i wartość przed Jego Majestatem. Chociażby mnie nic z tego na com się ofiarowała nie dosięgło, jednak przed Panem jest jakby już wszystko dokonane. W tym momencie poznałam, że wchodzę w łączność z Majestatem Niepojętym. Czuje, że Bóg czeka na moje słowo, na moja zgodę. Wtem, duch mój pogrążył się w Panu i rzekłam: czyń ze mną, co ci się podoba, poddaje się woli Twojej. Wola Twoja św. od dziś jest mi pokarmem. Wierna będę żądaniom Twoim, przy pomocy Twojej łaski. Czyń ze mną co Ci się podoba. Błagam Cię, o Panie, bądź ze mną w każdym momencie życia mojego”. (Dz 135-136)
A ja? Czy chcę ujrzeć Jezusa? Czy czynię wszystko, co jest moż­liwe, aby móc Go ujrzeć? Problem ten po dwóch tysiącach lat pozostaje tak samo aktualny, jak wówczas, kiedy Jezus przemierzał miasta i wsie swojej ziemi. I jest on aktualny dla każdego osobiście: czy rzeczywiście chcę Go oglądać? A może unikam spotkania z Nim? Czy wolę nie widzieć Go i żeby On mnie nie widział? A jeśli już w jakiś sposób Go dostrzegam, czy wówczas nie wolę widzieć Go z daleka, nie podchodząc za blisko, nie stając przed Jego oczyma, żeby nie musieć przyjmować całej prawdy, która jest w Nim, która pochodzi od Niego, od Chrystusa?
Aby skorzystać z tej szansy, dzisiaj, teraz, trzeba, jak Zacheusz wyjść ochoczo i z pośpiechem na spotkanie z Panem; trzeba wyciągnąć swe ręce po łaskę – bo jest ona rzeczywiście w zasięgu naszych rąk – która jest naszą szansą. Wtedy życie nasze stanie się inne: bardziej bogate, piękniejsze, bardziej radosne, pełne pokoju; zmieni się miara wartości, wtedy wszystko będzie na swoim miejscu; otrzymamy siłę i odwagę, by rozpocząć życie na nowo. Pomyślmy o tym! 

 

listopada 20, 2017

“Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.

“Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.
Uzdrowienie niewidomego pod Jerychem

Uzdrowienie niewidomego pod Jerychem

Poniedziałek, XXXIII tydzień Okresu Zwykłego
Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał». Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu. Łk 18,35-43)

Refleksja nad Słowem Bożym


Dzisiaj św. Łukasz ukazał nam ciekawe spotkanie z Jezusem. Dlaczego ciekawe?
Ciekawe dlatego, że takich spotkań było wiele, a jednak nie wszystkie kończyły się tak, jak to przedstawia dzisiejsza ewangelia; nie wszystkie kończyły się otrzymaniem daru, na który oczekiwali przychodzący na spotkanie z Panem. Wielu spotykało się z Jezusem, ale widzieli w Nim tylko Jezusa z Nazaretu. Niewidomy natomiast od razu wyznaje wiarę w to, że Ten Jezus jest Potomkiem Dawida, zapowiedzianym kiedyś Maryi w dniu Zwiastowania. Dlatego ten dar, na który oczekiwał, stał się jego udziałem. „Wiara twoja cię uzdrowiła” – usłyszał od Jezusa. Ten człowiek wykorzystał szansę spotkania z Bogiem bogatym w miłosierdzie i odchodzi z tego spotkania ubogacony.
Jednak, nie tylko tamten człowiek, siedzący przy drodze, był ślepy. W mniejszym lub większym stopniu, wszyscy jesteśmy ślepymi, jesteśmy ślepymi duchowo. Nasze spojrzenie na Boga, na Chrystusa, na wieczność, na rzeczywistość w której żyjemy jakże często jest spojrzeniem ślepego. Jak niewidomi, patrzymy również na samych siebie; nie dostrzegamy swoich wad, swoich błędów, swoich różnych potknięć, chociaż inni może pokazują je palcami. Jakże wielu jest takich, którzy wierzą w swój geniusz, w swoją nieskazitelność, nieomylność, chociaż może ludzie “pękają ze śmiechu”, spotykając się niemal codziennie o przejawami ich głupoty. Nie widzimy wreszcie prawdziwego oblicza otaczającego nas świata, otaczającej nas rzeczywistości. Środki masowego przekazu, moda, zaciągnięte różne nałogi wyczuliły nasz wzrok na niektóre tylko szczegóły, które bierzemy za całą istniejącą rzeczywistość. W tym spojrzeniu takiego duchowego ślepca, zdrowie, bogactwo, przyjemności, władza, znaczenie u ludzi wyrastają do rangi jedynych dóbr, za którymi warto w życiu gonić, za które warto nawet życie poświęcić.
Chociaż od wydarzenia, opisanego w dzisiejszej Ewangelii, upłynęło już blisko dwa tysiące lat, to jednak i my, ci właśnie ślepcy duchowi, mamy możliwość przeżycia podobnego spotkania. Gromadzimy się przecież w świątyni w tym celu, aby się spotkać z Jezusem, ażeby z Nim rozmawiać, ażeby Go o coś prosić. Za pośrednictwem Jego Ewangelii, możemy Go spotkać, słuchać; mamy możliwość przekonania się, ile i co czyni w świecie swoim słowem, swoją łaską. Jednak chyba zbyt często widzimy w Nim tylko jakiegoś tam Jezusa, a nie dostrzegamy, że jest to Ten, który uzdrawia, że jest to Ten, który ma moc uzdrowić i nas z tej duchowej ślepoty.
Ewangelia dzisiejsza mówi, że ten niewidomy otrzymał od Jezusa wszystko, o co prosił. Jeżeli będziemy się modlić tak jak on, to i my otrzymamy wszystko. A jak on się modlił? Kiedy usłyszał, że Jezus przechodzi drogą, przy której siedział i żebrał, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. To wołanie musiało być bardzo natarczywe i przejmujące, skoro wielu, idących za Jezusem, zaczęło na niego nastawać, ażeby się uciszył, ażeby umilkł. Jednak on, nie zrażony tym nastawaniem, wołał jeszcze głośniej. Kiedy więc czujemy się biedni, duchowo ślepi, upokorzeni brudem naszych grzechów, powinniśmy wołać, jak tamten niewidomy: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.
Tak powinni wołać szczególnie ci, którzy są ślepi na wszelkie wartości duchowe; którzy widzą tylko jakąś dobrą posadę, konto w banku, a nie dostrzegają człowieka, nie widzą ludzkiej biedy i niedostatku, nie widzą nawet swojej ojczyzny, gotowi ją sprzedać, ażeby tylko dostać jakąś lepszą posadę; ażeby to ich konto się zapełniało. „Jezusie, Synu Boży, ulituj się nade mną” – powinien wołać człowiek opętany przez różne nałogi, które niszczą jego życie, które są przyczyną różnych dramatów w rodzinach, a często doprowadzają nawet do rozbicia tych rodzin. „Jezusie, Synu Boży, ulituj się nade mną” – powinien wołać człowiek, którego zżera pycha, nienawiść do ludzi, który sam nic dobrego nie czyni, ale krytykuje tych, którzy próbują czynić dobro.
Jezusie, Synu Boży, ulituj się nade mną” – każdy z nas jest w mniejszym, lub w większym stopniu ślepy. Mamy jednak możliwość uleczenia. Trzeba tylko tak, jak ten niewidomy z Ewangelii, podejść do Jezusa i z wiarą prosić Go o uleczenie. On może przywrócić wzrok nie tylko naszym oczom, ale także, gdy zajdzie potrzeba, może przywrócić wzrok naszej duszy; może uwolnić od tej ślepoty naszych grzechów, naszych nałogów. Dlatego dziś modlimy się: Panie, jesteśmy ślepi, jak tamten żebrak przy drodze do Jerozolimy; nie widzimy dlatego, że pozawalamy swój wzrok kierować na to, co nie jest Twoje, na to, co nie prowadzi nas do Ciebie. Ulituj się nad swoimi, duchowymi ślepcami. AMEN.

listopada 20, 2017

Uzdrowienie niewidomego pod Jerychem

Uzdrowienie niewidomego pod Jerychem

Słowo Boże na dziś

 

uzdrowienie niewidomego
Poniedziałek, XXXIII tydzień Okresu Zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał». Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu. Łk 18,35-43)

Refleksja nad Słowem Bożym


Czytamy dziś Słowo o przejrzeniu, o nawróceniu. Słowo dziś czytane, które każe nam czynić refleksję, czy czasem i my nie wpadamy w lenistwo duchowe, które może iść w parze z zewnętrznym aktywizmem, działaniem, ale działaniem, które może być nawet jakąś ucieczką, albo jakąś alienacją.
Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła.
Nimb sławy Jezusa dotarła do Jerycha – miasta, którego nazwa już dużo mówi o nim samym: ciemność rządzi nocą. Znajduj ą się w nim różni ludzie, a pośród nich wymieniony jest przez Ewangelistę człowiek, który żyje w ciemności. Żyje w ciemności, ale słyszy.
Bezimienny człowiek w ciemności słyszy słowo Boga – Dobrą Nowinę. Usłyszawszy, potrafi przyjąć owo słowo Boga.On – niewidomy, a dostrzega Jezusa przechodzącego opodal. Potrafi nawet nazwać Go po imieniu, jako kogoś ważnego i rozpoznawalnego.
Jak to możliwe?
W sercu niewidomego z dzisiejszej Ewangelii, który przyjmuje Dobrą Nowinę, rodzi się osobista relacja do Boga. To ta relacja sprawia, że powstaje z bezruchu i idzie do Jezusa. On już nie tylko słyszy Mistrza z Nazaretu, idzie w Jego kierunku, ale nawet patrzy na Jezusa dzięki wierze. Wiara tego człowieka leczy jego serce, jego ciemności, jego wnętrze i zewnętrze.
Spotkanie Boga nie pozostawia człowieka obojętnym. Przemiana życia możliwa jest jedynie przy udziale wiary. Ponieważ każdemu dana jest łaska wiary, a przyjęcie jej leży po naszej stronie, widzimy, że Bóg nie wymusza na nas decyzji, ale szanuje ofiarowaną człowiekowi wolną wolę.
Dzisiaj Jezus przechodzi tak samo, jak wtedy, kiedy szedł koło Jerycha, gdzie przy drodze siedział niewidomy; przechodzi dzisiaj podczas Eucharystii, i stawia pytanie: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Czy w ogóle czegoś chcesz, aby On ci cokolwiek uczynił? Z czym przychodzisz na tę Eucharystię? Co jest w twoim sercu? Jakie jest wołanie? Jakie jest to twoje Jerycho? Co cię paraliżuje? Co ciebie niszczy? Czy może w ogóle widzisz, albo nie widzisz, jaka jest twoja rzeczywistość? Z czego Jezus ma cię wyzwolić? Z czego ma cię uleczyć? Jezus Chrystus nazywany jest Odkupicielem. Czy masz takie fakty w swoim życiu, że cię z czegoś odkupił, że cię z czegoś wyzwolił, że przemienił twoje życie? Bo może jesteś tak przyzwyczajony do tej rutyny religijnej, do rytów religijnych, a w głębi serca na nic nie oczekujesz? Może nawet nie wierzysz, że On jest w stanie cię wyrwać z tej ślepoty?
Jest taka piękna modlitwa serca, modlitwa z dzisiejszej Ewangelii: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jesteśmy zaproszeni do tej ufnej i nieustannej modlitwy. Modlitwa, która pomaga człowiekowi przyjąć postawę pokory wobec Boga; postawę pokory i zaufania, by Jezus Chrystus nad nami się pochylił. Jesteśmy zaproszeni do tego, by wołać w swoim życiu, by Chrystus przyszedł i dotknął nas, i przemienił.
Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła.
Dziś postawię sobie pytanie o moją wiarę: Czy moja wiara to jedynie przyzwyczajenie religijne? Jaka jest moja osobista wiara? Jakie jest to moje osobiste pragnienie spotkania się z Jezusem, to moje osobiste wołanie do Chrystusa, by On przyszedł i mnie uleczył z mojej ślepoty, z tego co mnie niszczy? Spójrzmy głębiej, w nasze serce. Co tam jest? Czy jest tam owa pierwotna gorliwość? Czy jest tam miłość? Czy jest to życie w wymiarze krzyża? Czy w nas dokonuje się ta tajemnica paschalna – umierania “starego człowieka”, i pojawienia się tego “nowego człowieka”, człowieka, który jest silnym człowiekiem, “nowym stworzeniem”, stworzeniem Ducha Świętego? Jeżeli widzimy jeszcze w sobie grzech; jeżeli jesteśmy ludźmi, którzy czują, że powinni się nawracać, to uczyńmy to jak najszybciej z pomocą Ducha Świętego.

Czy przyjmuję do serca Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie i Jego zbawczej mocy?
Czy pomimo ciemności, przerastających mnie sytuacji, pamiętam, że Jezus może te mroki rozjaśnić, Jeśli Jemu bezgranicznie zawierzę?


 

listopada 19, 2017

33. Niedziela Zwykła (A) – Talent ludzkiego życia

33. Niedziela Zwykła (A) – Talent ludzkiego życia
Nie potrzeba wam, bracia, pisać o czasach i chwilach” (1 Tes 5, 1) - mówi do nas św. Paweł Apostoł. O czasach, w których żyjemy, napisano wiele; o chwili obecnej powiedziano bardzo dużo. Bo chwile przełomowe, czasy wielkich przemian, były zawsze przedmiotem ludzkich zainteresowań; a takimi są niewątpliwie bieżące lata i dni.
Zakręty dziejów niosą ze sobą burze, zamęt i dezorientację. Odczuwamy to na sobie. Dlatego wschodnie powiedzenie: „obyś żył w ciekawych czasach”, przywykliśmy nazywać najgorszym życzeniem.
Jakkolwiek by jednak oceniła historia ostatnie dziesiątki lat wieku dwudziestego, są to, bez wątpienia, nasze czasy. Nie wybieraliśmy ich dla siebie. To dziś nas postawiono na świecie. Nie są naszym udziałem dni panowania Piastów. Jagiellonów, królów elekcyjnych czy ponad stuletniej niewoli. My dziś tworzymy historię, piszemy ją teraz i tu, na tej ziemi, którą nazywamy naszą ojczyzną.
Nie na wiele zdadzą się porównania czy wykrętne odpowiedzi w rodzaju: „gdybym żył w innym kraju, gdybym żył w innych czasach, mógłbym być lepszym człowiekiem”. Wielki talent życia ludzkiego dano nam do pomnożenia właśnie tu i teraz.
Czasy przełomów można nazwać nocą i dniami udręki. Ale nas św. Paweł zapewnia, że nie jesteśmy w ciemności, „Wy wszyscy, bracia, jesteście synami światła, synami dnia, nie jesteście synami nocy, ani ciemności!” (1 Tes 5, 5).
Niewątpliwie wiara ma być dla nas światłem i mocą, aby rozwinąć i pomnożyć niepowtarzalny talent żyda ludzkiego, dany nam dziś i tu! Wiara ma nas przemieniać, abyśmy, mimo wszystko, stawali się synami światła, aby czasy, w których żyjemy, można było nazwać czasami chrześcijańskimi; aby wreszcie ta ziemia, która jest naszą ojczyzną, była chrześcijańska nie tylko z imienia. Jakże słusznie mówi się, że czasy chrześcijańskie to czasy wspólnoty, że społeczeństwo chrześcijańskie to ludzie spieszący sobie wzajemnie z pomocą.
Wobec piętrzących się trudności człowiek zawsze potrafi się usprawiedliwić, że nie kieruje się w życiu światłem wiary. Zakopuje Boży talent na lepsze czasy, na spokojne dni, gdy odsunięty od nurtu życia, będzie się cieszył zasłużoną emeryturą. Będzie obwiniał Pana Boga za to, że go postawił w takich trudnych warunkach, że domaga się plonów tam, gdzie nie posiał, i że w ogóle jest Panem twardym, który wymaga ponad miarę.
Spójrzmy prawdzie w oczy! Czy żyjemy w czasach chrześcijańskich? Są to czasy niedostatku, braku podstawowych środków do życia. Wyzwalają one w człowieku odruchy zwierzęcia: złapać co się da, schować, wyszarpać innemu, za wszelką cenę zabezpieczyć siebie, za wszelką cenę, nawet za cenę zatratowania drugiego człowieka. Gdy dosięgają nas trudności, cofamy się jak ślimak w skorupę obojętności i twardego egoizmu.
Zakopujemy talent naszego człowieczeństwa. Obumieramy jako ludzie, poddajemy się warunkom, które nas spychają w świat zwierzęcych odruchów. Rezygnujemy z mocy i światła wiary. Ogarnia nas noc! Pan Jezus jednoznacznie ocenia taką klęskę człowieka: „Sługo zły i leniwy …” (Mt 25, 26).
Nawet nasze starannie układane tłumaczenia, że jest ponad miarę wymagający, będą tylko naszym oskarżeniem. Bo wiedząc o wymaganiach Pana, tak niewiele uczyniliśmy, aby pomnożyć otrzymany od Niego dar życia ludzkiego.
Ale to nie jest cała prawda o naszych czasach. To nie jest cała prawda o naszym pokoleniu. Powiedziano, że czasy chrześcijańskie, to czasy wspólnoty i wzajemnej pomocy.
My dziś tworzymy historię chrześcijańskiego narodu. To my n. i uczyliśmy się cenić światło wiary wobec chaosu, dezorientacji i nocy. Staramy się w obliczu życiowych przeciwności dorastać do oczekiwań Pana, który dał nam do pomnożenia talent ludzkiego życia. Chcemy w obliczu trudności reagować po ludzku. A reakcją człowieka jest: dostrzec załamanych, zrozpaczonych, zniechęconych, samotnych i opuszczonych.
Trzeba z całym przekonaniem powiedzieć, że jest na tej ziemi ludzkie serce! Gdyby nagle zabrakło wśród nas dobroci ludzkiej stwierdzilibyśmy, że życie jest niemożliwe. Bo dobro rozsiane wśród nas jest niedostrzegalne, ale tak konieczne do życia, jak powietrze, którym oddychamy. Dlatego wyrok Pana jest naszą nadzieją: „Sługo dobry … byłeś wierny w małym, postawię cię nad wieloma, wejdź do wesela Pana twego” (Mt 25, 21).
Zapytajmy znowu: czy żyjemy w czasach chrześcijańskich? Czy jest w nas duch wzajemnej pomocy? Czy pomnażamy dar ludzkiego życia w sobie? Czy w życiu naszym ludzkie reakcje górują nad odruchami zwierzęcia? Przyjdzie Pan i swoim wyrokiem da prawdziwą odpowiedź na te pytania.
Zanim to nastąpi, już dziś wielbimy, wraz z Księgą Przysłów, dobroć człowieka, przejawiającą się w małych codziennych sprawach, dobroć, która swą ceną przewyższa wartość pereł. Dobroć, która wyciąga ręce do nędzarza, otwiera dłoń ubogiemu, czyni dobrze, a nie źle, przez wszystkie dni życia (Prz 31, 10-13).

listopada 18, 2017

Jezusowe pytanie o wiarę!

Jezusowe pytanie o wiarę!

Słowo Boże na dziś

Sobota, 32 tygodnia Okresu Zwykłego

Z Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18,1-8)
 

Refleksja nad Słowem Bożym


Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”
To Jezusowe pytanie jest jakby podszyte nutą wątpliwości. A może nie znajdzie tej wiary, kiedy przyjdzie? Czyżby Bóg już nie wierzył we wiarę człowieka? Bo to rzeczywiście tak trochę wstyd, jeśli raczej jesteśmy skłonni wierzyć w litość nieuczciwego sędziego, który na domiar tego nie boi się ani Boga, ani człowieka, a z taką trudnością przychodzi nam wierzyć w to, że Bóg jest prawdziwą, przeogromną, wielką Miłością. To pytanie jest podszyte nutą wątpliwości. Może właśnie dlatego trzeba by nam tak przez moment wejść w misterium wiary, by próbować zobaczyć, o co w niej tak naprawdę chodzi, i by wyzwolić z siebie, z własnego serca ten ruch czystej wiary; takiej wiary, która już Boga w wątpliwościach nie pozostawi.
Wiara zaczyna się zawsze od Boskiego wejrzenia. Nie inaczej. Nie jest ona zasługą człowieka. I źle czyni ten, kto się wiarą swoją chlubi, jeżeli się nią nie chlubi w Panu. Wiara zaczyna się od Bożego wejrzenia; od tego wejrzenia, które ma moc wyrywania i moc ocalenia. Bóg wyrywa swoim spojrzeniem człowieka z jego powszedniości, z jego życia byle jakiego. Bóg wyrywa człowieka z tego, co małe, z tego, co głupie. Bóg wyrywa człowieka z jego pychy, z jego samozadowolenia. Nie na darmo powie gdzieś Jezus: „Jeżeli chcesz iść za Mną, zostaw wszystko”, to co masz, bo jeśli cokolwiek dla siebie zostawisz, to nigdy, nigdzie nie wyruszysz.
To Boskie wejrzenie ocala. I nie na darmo mówi Jezus z taką mocą: „Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych: tych, którzy dzień i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?”. Boskie spojrzenie ocala. I pewnie dlatego Jezus będzie wołał z taką mocą: „przestańcie się lękać”, wyzujcie waszą wiarę z obaw, z trwogi; przestańcie się bać waszej przeszłości; przestańcie się bać tego, co dzieje się dzisiaj wokół was; przestańcie się bać tego, co ma nadejść. „Czyż Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych?”.
Wiara zaczyna się od Boskiego wejrzenia. No więc, skąd to Jezusowe pytanie? Co się tak właściwie stało? Czy to Boskie wejrzenie osłabło? Czy też może jest jakiś problem w nas? Czego nam zabrakło? Odwagi? Ufności? A może tak po prostu wrażliwości ducha. Może tak po prostu prawdziwej wrażliwości ducha, która to nie jest czułością, która to nie jest egzaltacją. Ta wrażliwość ludzkiego ducha, to nieustanne oczekiwanie na Boga, to nieustanne spodziewanie się Boga, który ingeruje w każdy moment mojej codzienności. Ta wrażliwość ducha, to wielka odwaga, by dopuścić Boga do tego wszystkiego, co dzieje się wokół mnie, bym przypadkiem nie popadł w taką kuszącą pułapkę, które to każe mnie, człowiekowi, wyznaczać Bogu ścieżki po których ma chodzić. Może nam tej wrażliwości ducha trochę zabrakło. Może zbyt wiele tej pychy, tego samozadowolenia, tej wszechwiedzy.
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Czy znajdzie ludzi, którzy mają ducha wrażliwego? Może warto, w kontekście tego Boskiego pytania, tak się na moment nad swoją wrażliwością ducha zadumać? Kto wie, może właśnie o tę wrażliwość powinniśmy zapytać my, którym się tak często wydaje, żeśmy już Boga „za nogi chwycili”. AMEN.


listopada 17, 2017

33. Niedziela Zwykła (A) – Gospodarowanie talentami

33. Niedziela Zwykła (A) – Gospodarowanie talentami
Ukochani bracia i siostry.
Dzisiejsza Ewangelia, przeczytana przed chwilą, mówi nam o talentach. Talent w starożytności był największą jednostką monetarną. Jeden talent wynosił od 24 do 40 kg złota albo srebra, zależnie od czasu i miejsca. Chrystus posługując się w przypowieści obrazem talentu, chciał nam powiedzieć, że takim talentem jest wszystko, co otrzymujemy od Boga poprzez rodziców i społeczeństwo, a więc ciało, rozum, wola, różne uzdolnienia i lata naszego życia. Przypowieść ta weszła tak głęboko w ludzką kulturę, że dziś nikt już nie traktuje talentu jako jednostki monetarnej, ale jako ludzkie uzdolnienia. 
Pan, który jest obrazem Boga, dał, jak mówi przypowieść, jednemu ze sług jeden talent, drugiemu dwa, a trzeciemu pięć. Ta nierówność wypływa z planów Bożych wobec każdego z nas, ze zadań, które są nam powierzone. Każdy otrzymał jednak tyle, że zadania te może wypełnić i za nie jest odpowiedzialny. 
Po daniu tych talentów, Pan poleca sługom wykorzystywać je poprzez pracę, a sam wyjeżdża gdzieś daleko. Ten odjazd jest symbolem niewidzialności Boga. 
Swoboda w korzystaniu z talentów może łatwo spowodować w nas wrażenie, że jesteśmy ich jedynymi właścicielami i zapomnienie, że kiedyś musimy zdać rachunek z ich używania. Po co ta przypowieść? Co ona nam mówi? Jezus przestrzega nas przed dramatem zakopanego i nieużywanego talentu: 
Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, że jesteś człowiekiem twardym: żniesz tam, gdzie nie posiałeś, i zbierasz tam, gdzie nie rozsypałeś. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że żnę tam, gdzie nie posiałem, i zbieram tam, gdzie nie rozsypałem. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”».

Jaka jest reakcja? Reakcja obecnych na polecenie: „zabierzcie mu ... dajcie temu, który ma dziesięć” (Mt 25,28) jest spokojna. Tak u św. Mateusza. Św. Łukasz, który opowiada prawie identyczną przypowieść (por. Łk 19,22n), notuje protest: „Panie, ma już dziesięć”. U niego też znajdujemy jaśniej wyrażoną myśl kończącą: „Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane, a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma” (Łk 8,18). Widać ten tok rozumowania nie trafiał do przekonania słuchaczy. Dziś tak­że mamy jakieś odczucia, że niesłusznie, że niesprawiedliwie. Bo jak to? Prawda, że ten trzeci nie był produktywny, ale przecież żaden oszust, prze­chował talent w całości, oddał bez uszczerbku. A że nic nie zarobił? No cóż, może miał swoje racje obiektywne; ludzie wokół nas też nic nie robią i jakoś żyją. Zawsze im coś tam wypłacą za samą obecność... za podpisanie listy w miejscu pracy... Mówi się i pisze, że teraz ma być inaczej. Oby! Tyl­ko, że od dziesięcioleci już tak do tego stanu społeczeństwo przywykło. Niełatwo więc przyjąć i to orędzie ewangeliczne, że każdy sam, na własną odpowiedzialność, własnym wysiłkiem, gorliwie współpracując z łaską Bożą dorasta do nagrody wiecznej.
W powieści B. Marshalla „Chwała córy królewskiej” mamy taki frag­ment: „Kiedy ksiądz Bonnyboat podniósł się, by wygłosić kazanie, biskup przestraszył się, że zacznie on wykrzykiwać swe ulubione frazesy, zachowane na wielkie okazje: »Drodzy bracia w Jezusie Chrystusie, żaden z was nie obudzi się nagle w niebie dziwiąc się, jakim cudem dostał się tutaj«”. Ale ta­kie sformułowanie, często i w taki sposób powtarzane, iż może stać się fra­zesem, jednak nie przestaje być prawdą. O niej to warto pomyśleć w atmos­ferze obrachunku, bo to i Zaduszki za nami, i rok kościelny zbliża się do końca, i życie coraz szybciej nam ucieka.
Otóż z tego, cośmy dzisiaj ze sło­wa Bożego usłyszeli, nie ulega wątpliwości, że według nauki Pana Jezusa: 1. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej; 2. Każdy odpowiadać będzie oso­biście za swoje własne postępowanie, każdy zda sprawę z włodarstwa swe­go własnego żywota; 3. Odpowiedzialność będzie zróżnicowana w zależno­ści od wyposażenia, które zostało nam dane. Trudno jest mieć pretensje, że jeden otrzymał więcej, drugi mniej, a ktoś inny całkiem mało. Ważny jest wkład własnego wysiłku, proporcjonalny do darów otrzymanych; 4. Nikt też nie będzie się mógł tłumaczyć ani obawą ryzyka, ani innymi trudnościa­mi, że nie warto, że się nie opłaca, że wystarczy zwrócić: oto masz swoją własność; 5. Liczy się wysiłek własny, choćby nieudolny, ciągle na nowo podejmowany, choćby się życie ciągle rozsypywało, choćby człowiek dobi­jający do drugiego brzegu stwierdzał z przerażeniem - jak mi napisano niedawno: „Życie utraciło wszelki sens, treść, bo zniweczono i zdeptano we mnie to wszystko, bez czego nie sposób żyć. A jednak żyję, ale to katorga duchowa, bez wyjścia, ślepy tor. Nie mam 20 lat, a 60, życie zaś kończy się tak marnie, tak marnie...”. Nawet wtedy, gdyby ktoś czuł się „zdeptany na proch”, nie traci szansy na pochwałę: „Dobrze, sługo dobry i wierny... byłeś wierny w niewielu rzeczach”... (Mt 25,21). Byleby tylko nie zrezyg­nować, nie machnąć ręką, nie powiedzieć: jest mi wszystko jedno. Bo wte­dy wchodzi się w ciemność zwątpienia i łatwo zgubić swój własny maleńki okruch talentu, zdobyty z takim wysiłkiem... Oto kilka chwil zamyślenia nad dzisiejszym Słowem.
Ukochani Bracia i Siostry, czego nas jeszcze uczy dzisiejsza Ewangelia?
W dzisiejszej Ewangelii Jezus poucza nas wyraźnie, jak powinniśmy oczekiwać Jego powtórnego przyjścia. Nasze czu­wanie nie może być bezczynnością. Nie możemy bezczynnie wy­patrywać końca świata. Jezus zachęca nas do aktywnego bycia w świecie. Opowiada w tym celu przypowieść o talentach. „Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w pod­róż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu we­dług jego zdolności” (Mt 25,14-15). Owym człowiekiem, który udaje się w podróż, jest oczywiście Pan Bóg. My zaś jesteśmy Jego sługami. Otrzymujemy od Boga "talenty", to znaczy różnego ro­dzaju dary. Darem Bożym jest nasze życie, zdrowie. Darem Bożym są dobra materialne, które posiadamy. Nasza mądrość, wiedza, umiejętności. Jezus przypomina nam, że to wszystko, co od Boga otrzymaliśmy, powinniśmy właściwie w życiu wyko­rzystać. Powinniśmy pomnożyć otrzymane dary. Dlatego Jezus w dzisiejszej Ewangelii pochwala pierwszych dwóch ludzi, którzy przynoszą swemu panu więcej talentów, niż otrzymali. Każdemu z nich pan rzecze: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana” (Mt 25,21). Byśmy mogli usłyszeć od Jezusa podobne słowa, gdy przyjdzie powtórnie na ziemię - a wiemy, że przyjdzie na pewno - musimy już teraz czynić dobro w zakresie możliwości, które od Boga otrzymaliśmy. Żyć znaczy żyć dla innych. Z myślą więc o innych wykorzystujmy właściwie nasze zdolności, nasze dobra materialne; to wszystko, co posiadamy i czym jesteśmy.
Sługa, który czekał bezczynnie na przyjście pana i nie wyko­rzystał powierzonego mu talentu, zostaje nazwany przez Jezusa „sługą złym i gnuśnym” (Mt 25,26). Należy on do tej kategorii osób, które nie ufają Bogu, które zawsze narzekają. Jakże często spotykamy ludzi, którzy nie potrafią myśleć pozytywnie i widzą wszystko w czarnych kolorach. Myślą, że nie warto czynić dobra, że lepiej troszczyć się tylko o siebie i że czymś absurdalnym jest służba innym. Przed taką postawą przestrzega nas dzisiaj Jezus bardzo wyraźnie. Myli się więc ten, kto mówiąc: „nie czynię nic złego, nie zajmuję się sprawami innych ludzi”, jest przekonany o własnej świętości. Nie. Nie wystarczy unikać tylko zła. Jezus ocze­kuje od nas życia aktywnego – czynienia dobra w nas i wokół nas. Oczywiście każdy z nas, zależnie od możliwości i miejsca, w którym żyje, znajduje własną drogę pomnażania talentów. Nie ma tutaj rozwiązań uniwersalnych. Potrzebna jest jednak zawsze wrażliwość serca i szczera chęć bycia darem dla innych.
We właściwym wykorzystaniu otrzymanych darów i zdolności niezmiernie pomocne są nam - trochę zapomniane dzisiaj - cnoty. Czym są cnoty? Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego: „cnota jest trwałą dyspozycją do czynienia dobra” (KKK 1803). Pozwala osobie nie tylko wypełniać dobre czyny, ale także dawać z siebie to, co najlepsze. Rozróżniamy cnoty teologalne: wiary, na­dziei i miłości, które odnoszą się bezpośrednio do Boga. Uzdal­niają one chrześcijan do życia w jedności z Trójcą Świętą. Są też cnoty ludzkie, które regulują nasze czyny, porządkują nasze uczu­cia i kierują naszym postępowaniem zgodnie z rozumem i wiarą. Zapewniają one łatwość, pewność i radość w prowadzeniu życia moralnie dobrego. Pośród cnót ludzkich wyróżniamy roztropność, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie. Roztropność byłaby na przykład umiejętnością rozeznania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i wyboru właściwych środków do jego peł­nienia. Roztropność jest niezmiernie ważna, ponieważ czasem pod pozorem dobra może ukrywać się zło. Musimy być roztropni, by nie wybierać zła. Nie należy mylić roztropności ani z nieśmia­łością czy strachem, ani z dwulicowością czy udawaniem. Jest ona umiejętnością rozeznania dobra, które należy czynić i zła, którego należy unikać.
Cnoty wymagają pracy nad sobą. Kształtujemy je przez całe życie. W trudzie, bardzo powoli. Jeśli stajemy się roztropni, mę­żni, sprawiedliwi, zaczynamy traktować czynienie dobra jako coś oczywistego. Wówczas nie jesteśmy już „sługami gnuśnymi i zły­mi” - jak mówi dzisiejsza Ewangelia - ale tymi, którzy pomnażają otrzymane od Boga dary i budują królestwo Boże na ziemi.
Módlmy się w tej Mszy świętej o to, abyśmy potrafili docenić to wszystko, co dał nam Bóg. Niech nasze życie nie będzie bezczynnym oczekiwaniem końca świata. Niech będzie dzieleniem się z innymi tym, co w nas najpiękniejsze i najcenniejsze. Amen.


listopada 16, 2017

„Królestwo Boże pośród was jest”.

„Królestwo Boże pośród was jest”.

Słowo Boże na dziś

Czwartek, 32 tygodnia Okresu Zwykłego

  Łk 17,20-25

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: «Królestwo Boże nie przyjdzie w sposób dostrzegalny; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo: „Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest». Do uczniów zaś rzekł: «Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: „Oto tam” lub: „Oto tu”. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, jaśnieje od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Bardzo często w Ewangeliach przejawia się temat królestwa Bożego. Właściwie całe życie Jezusa, to głoszenie Dobrej Nowiny o królestwie Bożym, o królestwie które jest zarezerwowane dla każdego człowieka, dla każdego narodu, które jest jak drogocenna perła, skarb do zdobycia.
Dla nas, chrześcijan, ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa, królestwo Boże jest właściwie zasadniczym celem, do którego zmierzamy. Dlatego warto dzisiaj może zweryfikować ten cel, i zadać sobie pytanie: Czy ja mam jasny cel w życiu? Czy wszystko jest podporządkowane temu celowi? Bez jasnego celu zawsze będziemy się rozpraszać, tracić naszą energię na sprawy drugorzędne. Pismo św. mówi: “Wasz wzrok kierujcie ku nagrodzie”. Co stanowi naszą nagrodę? Naszą nagrodę stanowi życie wieczne, a więc królestwo Boże: życie z Bogiem i życie w Bogu.
Jezus zresztą jasno ogłosił nam ten cel, kiedy powiedział do Nikodema: “Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”.
Kiedy jednak popatrzymy na nasze życie, zauważymy, że wcale nie jest tak łatwo mieć wzrok utkwiony w życie wieczne, zwłaszcza w świecie, który ciągle próbuje nas przekonywać, że istnieje cały szereg innych, bardziej doraźnych celów, spraw, na których trzeba się nam koncentrować. Nie ma dnia, w którym nie byłoby spraw oddalających nas od naszego celu – takie jest nasze doświadczenie. Wystarczy dzisiaj wyjść na ulicę, a każde słowo dopomina się naszej uwagi, narzuca się różnorodnością kształtów, kolorów, ruchów, dźwięku. Wystarczy włączyć telewizor, radio, spojrzeć na reklamę: każde słowo krzyczy: „zjedz mnie”, „kup mnie”, „wypij mnie”, wypożycz mnie”, „patrz na mnie”, „śpij ze mną”. Czy tego chcemy, czy nie, nie możemy przejść spokojnie, nie będąc pochłoniętymi przez słowa, przez obrazy, które niemal przemocą wdzierają się do naszych umysłów. I tak powoli, nawet nieświadomie, nasze umysły stają się takim “śmietnikiem świata”.
Czy zatem chcemy, by nasze umysły, serca napełniały się rzeczami, które nas przygnębiają, wprowadzają zamęt, podniecają, pobudzają, albo odpychają? Czy rzeczywiście chcemy, by to inni decydowali za nas, co ma wchodzić do naszych głów, i co ma określać nasze myśli i uczucia? Oczywiście, że tego nie chcemy. Pragniemy, by to Bóg był Panem naszego życia, a nie świat. Ale to z kolei wymaga od nas pewnej dyscypliny, dyscypliny, która polega na kierowaniu naszego wzroku ku nagrodzie, do której zmierzamy, po to, byśmy jasno widzieli cel, i potrafili wszystko podporządkować temu celowi. A tym naszym celem – jak mówi Jezus Chrystus – jest królestwo Boże.
Możemy pytać – tak, jak pytali w dzisiejszej Ewangelii faryzeusze Jezusa – gdzie jest to królestwo Boże i kiedy ono przyjdzie? Wydaje się, że każdy z nas ma jakieś swoje wyobrażenia, czy teorie na ten temat. Ale z drugiej strony, czy te wyobrażenia o życiu wiecznym, królestwie Bożym, nie prowadzą do fałszywej troski i do rozproszenia? Jeśli moim celem jest życie wieczne, królestwo Boże, to owo życie musi być osiągalne teraz, tu gdzie ja jestem, bo życie wieczne jest życiem z Bogiem i życiem w Bogu. A przecież Bóg jest tutaj, gdzie ja jestem: tu i teraz.
Tajemnica królestwa Bożego pośród nas polega na tym, że nie czekamy na nie jako na coś, co się wydarzy kiedyś, w przyszłości, a my mamy w sposób bierny na nie oczekiwać. Nie. I o tym mówi dzisiaj jasno Jezus w Ewangelii. Chodzi po prostu o to, aby Bóg był w centrum naszego życia. Gdy żyć w Bogu będziemy, należeć do Niego będziemy i wtedy nikt nie powie nam: oto tu jest, albo tam, albowiem królestwo Boże będzie pośród nas, w nas. AMEN.


 

listopada 13, 2017

Obowiązek przebaczenia

Obowiązek przebaczenia

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 32 tygodnia Okresu Zwykłego

  Łk 17,1-6

 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu dla jednego z tych małych. Uważajcie na siebie! Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli będzie żałował, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwrócił się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego”, przebacz mu». Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Gdyśmy byli jeszcze grzesznikami, zanurzonymi w mroku śmierci, w jej lodowatym uścisku, posłał Bóg swego Syna, by Ten na drzewie krzyża przebaczył każdemu z nas. Zanim Boga rozciągnięto pomiędzy niebem i ziemią, zanim mogli zobaczyć Tego, którego zabili, przechadzał się między wsiami, miastami; spotykał ludzi i gdziekolwiek pojawił się, niósł przebaczenie.
Przyprowadzono do Niego kobietę i wszyscy ją potępili. A On, pełen miłości i zrozumienia, powiedział: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej”. I każdy, kto spotykał się z Mistrzem z Nazaretu, otrzymywał przebaczenie, przebaczenie swych niewierności, swoich grzechów. I tak też Jezus Chrystus nauczał swoich uczniów, tych, których wybrał spośród świata, by byli źródłami światła w tym świecie, by dzięki nim miłość wzrastała.
A niepodobna wyobrazić sobie miłości bez przebaczenia. Bo i na co dzień jest sobie co wybaczać, jest za co mówić przepraszam, i mówić nie gniewam się. Każdy z nas doświadcza słabości, doświadcza grzechów, upadków. I wtedy niejednokrotnie ta modlitwa Ojcze nasz, modlitwa prośby, całkowitego powierzenia się najlepszemu Bogu, zakwita na ludzkich ustach: I odpuść mi moje winy tak, jak i ja odpuszczam moim winowajcom. Wypowiadam te słowa codziennie, ale czy zdaje sobie sprawę z ich wagi? Bo może tymi słowami podpisuję na siebie wyrok potępiający? Bo Bóg stanie kiedyś przede mną i powie: Dziecko Moje, tak jak ty przebaczałeś, tak i Ja tobie przebaczam. A może powie: Tak, jak ty byłeś nielitościwy, tak i dla ciebie litości nie znajduję.
Być źródłem światła, przebaczenia, akceptacji drugiego człowieka – z jego małością, z jego upadkami; pokochać go właśnie tak. A kiedy nadchodzi konieczność przebaczenia, spojrzeć na własne życie, grzeszne, upadłe, i powiedzieć: Ja jestem podobny do tego człowieka. A skoro Bóg, który jest bez grzechu, przebacza, to może i ja pochylę się i przebaczę.
Ale żeby przebaczyć drugiemu, trzeba najpierw wybaczyć samemu sobie. I pojawia się kobieta u kratek konfesjonału, mówiąc: Proszę księdza, wiele lat temu popełniłam błąd – zabiłam w sobie życie. I ja wiem, że Bóg mi przebaczył, ale ja przy każdej spowiedzi ten grzech wyznaję, bo nie umiem przebaczyć sobie. Nie potrafię. Pozwól w tym wszystkim zadziałać Panu Bogu, Jego miłości. Chrześcijanin, to człowiek, który pozwala w swoim życiu działać Bogu, który z Niego czerpie moc do przebaczania, i który cieszy się z tego: iż mój Ojciec, taki wspaniały, taki cudowny, wybaczył mi mój grzech, moją słabość. I tutaj jest źródło przebaczenia sobie – zrozumienie, że jeżeli żałuję, to Bóg mnie nie potępi, to Bóg mnie nie odrzuca, ale w pełni miłości przygarnia mnie do siebie. A kiedy już wybaczę sobie, będę umiał przebaczać tym, których na co dzień spotykam, i którzy proszą o moje przebaczenie, którzy o nie błagają. I odpuść mi moje winy tak, jak i ja odpuszczam wszystkim, którzy mnie zawinili. AMEN. 

 

 

listopada 09, 2017

32. Niedziela Zwykła (A) – Czuwanie i gotowość

32. Niedziela Zwykła (A) – Czuwanie i gotowość
Drodzy bracia i siostry! To już druga niedziela listopada. Przeżywaliśmy piękne uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Żyjemy jeszcze atmosferą tych dni. Takie „Dni”, takie uroczystości są nam szczególnie potrzebne, gdyż myśl naszą kierują ku wieczności, ku niebu. A my w chaosie współczesnego życia tak łatwo zatracamy duchową równowagę, poczucie hierarchii wartości. Dziś do nas Pan woła: Czuwajcie i bądźcie gotowi! (Mt 25,13) Czuwa ten, kto się boi... ale i ten, kto kocha. Czuwa mi­łość – bo to jest jej właściwością. Czuwa matka nad dziećmi, by się im krzywda nie stała. Czuwa lekarz, pielęgniarka, by nieść ulgę chorym. Całe nasze życie upływa pod znakiem czuwania. Mamy czuwać na wzór „panien mądrych", które były przygotowane na spotkanie z Oblubieńcem.
To nasze czuwanie, oczekiwanie – nie może być jednak bierne, bez­czynne. Do istoty oczekiwania należy bowiem dążenie. Mamy odkrywać Boga w zdarzeniach, które przeżywamy i w ludziach, których spotykamy. Bóg przychodzi do nas szczególnie wtedy, gdy my do Niego idziemy. Po­winniśmy zrobić wszystko, by tę rzeczywistość przybliżyć. Takie oczekiwa­nie mobilizuje nas wewnętrznie. Tym bardziej aktywne, tym bardziej czuj­ne powinno być oczekiwanie na to, co decyduje o naszym wiecznym losie. Ten stan mobilizacji wewnętrznej powinien być stanem ciągłym. Żyjąc w świecie widzialnym – winniśmy pamiętać o świecie niewidzialnym. Żyjąc na ziemi – powinniśmy być stale świadomi istnienia wieczności. Dlatego nasza postawa powinna charakteryzować się tym, aby umiejętnie wycho­dzić poza doczesne, przemijające, tak absorbujące dzisiaj życie człowieka. Taka postawa nie oznacza demobilizacji wobec naszych codziennych spraw i powinności. Wprost przeciwnie, uwrażliwia nas na nie i potęguje naszą ak­tywność. Oczywisty staje się fakt, że na spotkanie z Panem nie możemy przyjść z pustymi rękami. Muszą one być wypełnione dobrymi uczynkami. A plecy nasze powinny mieć ślad krzyża – od codziennych wyrzeczeń, ofiar, służby dla innych.
Bóg czeka, nachyla się, zachęca, nie zraża się rogatą postawą, owszem, stoi u drzwi serca i delikatnie prosi o możność wejścia. Trzeba zrozumieć tu swój własny interes: Bóg będzie bez nas szczęśliwy. Nie szuka dobra swojego, bo jest samym Dobrem, ale nam chce świadczyć dobro, bo kocha. Stawia nam wprawdzie twarde wymagania, ale zarazem ukazuje niebo. Nie ma tu przymusu, jest miejsce tylko dla wolnej decyzji: alterna­tywna współpraca z łaską – lub rezygnacja z nieba... Dlatego ciągle trzeba nam Bożej pomocy i światła. A światłem tym – Bóg sam. Prośmy więc z poetą:
Światło łagodne, prowadź mnie przez mroki.
Światło Odwieczne!
Noc ciemna, dom mój tak bardzo daleki,
więc Ty mnie prowadź!
Nie pragnę wcale przyszłości widoku,
ale bądź blaskiem dla jednego kroku...
Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,
puszcze, pustynie błąkał się dumny,
więc czuwaj nade mną, aż noc przeminie.
Aż świt ukaże mi wieczne mieszkanie —
i będę z Tobą, a Ty ze mną Panie”... (J.H. Newman)
Podstawą naszej czujności – jest wiara. Dzięki niej nieustannie kieruje­my naszą miłość do Chrystusa, który „nas do końca umiłował”. Realizuje­my tę miłość przez pełnienie dobra. Sam Chrystus mówi: „Cokolwiek uczy­niliście jednemu z tych najmniejszych – Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Wszystko, co czynimy bliźniemu, czynimy samemu Chrystusowi. Żyjąc w stanie łaski, jesteśmy żywymi nosicielami Chrystusa, wnoszącymi Go we wszystkie przejawy współczesnego życia, w ten sposób zwyciężymy świat Jego miłością. Jednocześnie musimy pamiętać, że w tej czujności na spot­kanie z Chrystusem potrzebna jest nam praca nad sobą, nad rozsądnym wykorzystaniem czasu, abyśmy nie byli zaskoczeni jak „niemądre panny”. Przyjaciele zapytali kiedyś Norwida: Mistrzu, ty tak pięknie i umiejętnie dobierasz słowa, powiedz, które ze słów jest najtragiczniejsze, przerażają­ce? Norwid odpowiedział: Słowem tym jest: „Za późno”.
Siostry, bracia! Bóg daje nam czas – wielki skarb, który jednak nam sta­le ucieka, wypala się jak świeca. Ile mi jeszcze czasu zostało? Jeszcze nie jest za późno. Wykorzystajmy go do realizacji celu największego – zba­wienia i ... bądźmy gotowi! Wróg naszego zbawienia, szatan – doskonały psycholog – zakłóca w człowieku tę równowagę aktywnego czuwania. Bu­dzi nieufność, że sam człowiek zaczyna pytać siebie: czy warto pracować nad sobą? Czy warto służyć drugiemu człowiekowi gdy nie ma nawet żad­nej uchwytnej ziemskiej korzyści? Stąd potrzebna nam moc, którą daje Chrystus przez modlitwę, a zwłaszcza sakramenty. Potrzebna ucieczka do Wspomożycielki Maryi, naszej Matki. Kto nie czuwa, ten mało kocha... W życiu mamy wiele okazji do zbadania naszej czujności, naszej miłości do Chrystusa. Spotykamy biednych, potrzebujących naszej pomocy, chorych, smutnych, opuszczonych, więzionych... Czy zastanawiamy się wtedy nad na­szą postawą? Czy dostrzegamy w nich Chrystusa, który przez nich spotyka się z nami? Adam Chmielowski, znany powszechnie jako św. Brat Albert – przechodząc przez najnędzniejszą dzielnicę Krakowa odkrył w ludziach nieciekawej reputacji – Chrystusa. Pozostał wśród biedaków, nędzarzy. Zaczął im służyć, pomagać. Tym zaakcentował swoją postawę gotowości na ostateczne spotkanie z Chrystusem. Św. Jan Bosko – widząc młodych ludzi, jak schodzą na manowce, poświęcał im siebie bez reszty – stając się wychowawcą, nauczycielem, ojcem, lekarzem, sportowcem, aktorem... wszystkim. A umierając, mówił do nich zapłakanych: nie prze­stanę was nadal kochać i oczekuję was teraz w niebie. Pozostawił dwa zgro­madzenia zakonne, aby prowadziły nadal dzieło wychowania młodzieży, którą tak bardzo ukochał. I to jest odpowiedź świętych na wezwanie Chry­stusa: Czuwajcie i bądźcie gotowi (Mt 25,13).
Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie: skoro moment przyjścia Pana jest tak decydujący i skoro jest to przyjście dobrego Boga... to dlaczego nas nie ostrzeże: jutro przyjdę, lecz przychodzi niespodziewanie? Przecież gdyby człowiek wiedział, mógłby się przygotować. Dobry ojciec przestrzega dzie­ci przed niebezpieczeństwem. No tak, ale czy wtedy Bóg nie stałby się nauczycielem chytrości, a sam człowiek życiowym kombinatorem? Całe życie złe, nijakie, dopiero w ostatniej godzinie gwałtowny zwrot ku Bogu, dodaj­my – ze strachu czy dokładnego wyrachowania. Pan jednak nie obiecał nieba chytrym, lecz świętym, tym, którzy z ogromnym wysiłkiem, choć nie­raz z różnym efektem, starają się w swoim życiu o dobro, jakim jest współ­życie z Bogiem, troska o to, by w duszy człowieczej obecna była zawsze ła­ska uświęcająca. Prawdziwy uczeń Chrystusa, przyjaciel Boga – zawsze jest czujny. Nie tylko dlatego, że przyjście Pana jest czasem niewiadomym, ale przede wszystkim dlatego, że przyjaciel nie chce zdradzić. Chrystusowe stwierdzenie, że nie można dwom panom służyć: nie możecie Bogu służyć i mamonie – staje się dewizą jego życia. Uliczny handelek: całe życie świa­tu – mamonie, a ostatnią godzinę Bogu, nie jest godny wyznawcy Chrystu­sa. Czy zresztą ostatnia godzina będzie nam dana?
Czuwajcie więc i bądźcie gotowi! Wyrazem naszej czujności jest i to eucharystyczne zgromadzenie, w którym uczestniczymy tu w kościele. Pragniemy wszys­cy łączyć naszą ofiarę serdecznej modlitwy, czynu, cierpienia z ofiarą Chrystusa i za chwilę wołać: „Głosimy śmierć Twoją Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy... i oczekujemy Twego przyjścia w chwale” (Modl. Euch.).
Wielu jest, Jezu, takich, którzy naprawdę wyczekują Ciebie: jak staruszka, parafianka, której noszę Ciebie w komunii, a tak serdecznie Cię zawsze wyczekuje... jak babunia niewidoma, ściskająca stale w dło­niach różaniec, której jedyną radością tygodnia to oczekiwanie na mszę ra­diową... jak dziadek, którego astma „zatyka”, a idzie w niedzielę prawie godzinę do Twojej świątyni z ogromnym wysiłkiem... jak wielu, wielu, któ­rzy niosą na co dzień krzyż i choć czasem upadają, to jednak – jak Ty – powstają, by go nieść wytrwale do końca. Tej wytrwałości, wierności i czuj­ności potrzeba nam wszystkim. Bo tylko ci, którzy czuwają i są gotowi na spotkanie z Chrystusem będą zaproszeni do Jego królestwa.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger