Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus ucisza burzę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus ucisza burzę. Pokaż wszystkie posty

czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Chrześcijanin w niebezpieczeństwie

czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Chrześcijanin w niebezpieczeństwie

Trzej ewangeliści opisują burzę na morzu. Każdy z nich notuje rozmowę uczniów z Jezusem nieco inaczej. Św. Mateusz: „Panie, ratuj, giniemy!" — „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?" (Mt 8,25-26). Św. Marek: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?" (Mk 4,38). — „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary". Św. Łukasz: „Mistrzu, Mistrzu, giniemy". — „Gdzie jest wasza wiara?" (Łk 6,24-25). Wszyscy trzej ukazują nam tę samą sytuację: oto uczniowie Jezusa są w niebezpieczeństwie, reagują rozpaczliwie, gdy im śmierć zajrzała w oczy. Ukazują nam także Jezusa, który jest Panem. Panem także potężnych sił przyrody; rozkazuje im, ucisza, panuje nad nimi. Natura nie jest wrogiem człowieka. Dzięki prawom przyrody ustanowionym przez Stwórcę, żyć może także człowiek, który jest jej cząstką. Dzięki tym nakazom, które złamały jej groźną potęgę, dzięki temu, że są wrzeciądze i brama, że padł rozkaz: „aż dotąd, nie dalej!" A mimo to przecież człowiek przegrywa z siłami przyrody: rybacy nie wracają z połowu, zaskoczył ich sztorm; trzęsienia ziemi przynoszą nieszczęścia i śmierć — czasem trudno je przewidzieć; giną ludzie pod lawinami śnieżnymi — zlekceważyli tablice ostrzegawcze; tornado, wybuchy wulkanów — niosą straszliwe zniszczenia. To prawda. Ale to nie jest największe zagrożenie dla współczesnego człowieka. Największym zagrożeniem dzisiaj, prawdziwym niebezpieczeństwem jest naruszona równowaga sił w przyrodzie, głównie przez zanieczyszczenia ekologiczne. I to w tempie zawrotnym.

Kilkanaście lat temu można było oglądać martwe lasy w rejonie Puław. Dziś mówi się o tym, że 70 % wszystkich lasów w Polsce umiera. Przed dwudziestu laty mówiono, że niektóre rzeki są tak zatrute, że nie ma już w nich żadnego życia. Dziś nie ma już w naszym kraju ani jednej rzeki, która by miała wodę pierwszej czystości. Są duże miasta w Polsce, gdzie dzieci masowo chorują na przewlekłe zapalenie oskrzeli. Zjawiają się inne schorzenia, nowe, których nazwy zapamiętać trudno. Lekarze mówią: to takie współczesne choroby. Skąd się wzięły! Jaka jest ich etiologia? Nie wiemy? Wiemy. I wiemy również, co czynić należy, aby tej burzy, która nadciąga zapobiec. Teoretycznie. A jak jest w praktyce? Oto notatka prasowa z ostatnich tygodni: „Japończycy są znani z grzeczności, więc japoński ekspert, prof. Hitoshi Katsuga, nie krytykuje, nawet się nie dziwi. Obserwując polskie absurdy w dziedzinie ochrony środowiska, uznaje, że taki już los. Wydaje mi się — mówi japoński profesor w końcowej części rozmowy drukowanej w „Polityce" (Nr 19/88) — że polski rząd i organizacje odpowiedzialne za środowisko są dobrze zorganizowane. Ale dlaczego działają tak słabo, na najniższym poziomie swoich możliwości — nie wiem. Po prostu, panie profesorze, pewne sprawy są nie do zrozumienia w krajach Zachodu, do których (wbrew geografii) zalicza się Japonia. Taki już los. Koniec notatki. Taki już los... Naprawdę? Czy mamy prawo skarżyć się niebiosom: „Panie, nic Cię to nie obchodzi?" Nie! Nie trzeba tu niepokoić sił nadprzyrodzonych. Są środki i metody już wypróbowane na tej ziemi i bardzo skuteczne. Ale jeśli będziemy ciągle czekać... Kraków ocalony przez armię Koniewa powoli się rozsypie, nie pomogą żadne rewaloryzacje. I nie tylko Kraków!

Inne zagrożenie: drugi człowiek. Niedawno w „Czterech porach roku" przez dwie godziny rozmawiano na temat kariery, jej pozytywów w rozwoju człowieka. Są na pewno w tej dziedzinie bodźce dodatnie, które zachęcają do wysiłku i osiągnięcia poziomu ponad przeciętność. Atoli jedna z uczestniczek tej rozmowy zwróciła uwagę na to, że od słowa kariera pochodzi także określenie karierowicz, a ma ono już wydźwięk ujemny. Wiadomo, co się dzieje, gdy robi się karierę za wszelką cenę, po trupach, gdyż wtedy każdy, kto się zjawi na drodze, jest śmiertelnym wrogiem...

Zatrważająca jest u nas ilość wypadków drogowych. Najczęstszą przyczyną pozostaje wciąż alkohol i niestosowanie się do przepisów drogowych. Wymuszanie pierwszeństwa prowadzi do poważnych kolizji, gdyż kierowca na drodze z pierwszeństwem przejazdu czuje się pewniej i jedzie szybko, czasem za szybko. Gdzie dziś można czuć się pewnie? W zakładzie pracy, w którym przepracowało się wiele lat? Czemu więc tylu ludzi marzy o tym, by tylko dożyć do emerytury? Są zmęczeni, ale przecież nie nadmiarem pracy. W kręgu przyjaciół? Czemu więc osłabło życie towarzyskie? Mówi się, żeśmy zamknęli się w sobie... W gronie najbliższej rodziny? Tak, to być powinien najpewniejszy azyl. I to jest prawdziwe błogosławieństwo, gdy wraca się do domu, który jest domem pokoju i wytchnienia. Bywa też inaczej — jest czasem miejscem wojny domowej. Nawet sąsiedzi nie mają spokoju, gdy burze przewalają się jedna za drugą... Nie można ostrzec przed niebezpiecznym człowiekiem, jak się ostrzega przed lawinami w Tatrach. Człowiek niebezpieczny zjawia się niespodziewanie. Jak nam wtedy bliska jest modlitwa psalmisty:

„Wymierz mi, Boże, sprawiedliwość i broń mojej sprawy
przeciw ludowi, co nie zna litości,
wybaw mnie od człowieka podstępnego i niegodziwego.
Przecież Ty jesteś Bogiem mej ucieczki, dlaczego mnie odrzuciłeś?
Czemu chodzę smutny, gnębiony przez wroga?" (Ps 43,1,2). 

Zagrożenie trzecie: ja sam. To tylko bardzo młodemu człowiekowi może się marzyć, że życie upłynie mu spokojnie i bez wstrząsów — bez burz. Może to sprawia w okresie młodości dynamika wzrostu, dość szybkich sukcesów, ukończenie szkoły, zdobycie zawodu... Na tej fali awansów i powodzenia łatwo i beztrosko podejmuje się poważniejsze decyzje, ślubuje się wierność małżeńską naprawdę z przekonaniem, że tak będzie. Życie rysuje się pogodnie, bez burzy... A jak się te sprawy widzi z drugiego końca? Otrzymałem niedawno list od kogoś, kto przeżył już lat sporo. Oto jego refleksje: „Właściwie to chyba żadnego życia ludzkiego nie ominie burza, często niejedna, a każda niepowtarzalna. Nie musi się kończyć nieszczęściem, ale nie ma takiej, która by w człowieku czegoś nie poprzestawiała. Może stać się po niej gorszy lub lepszy, ale na pewno inny. Zależy to od niego... Ewangeliczna burza jest groźnym wydarzeniem dla apostołów. Nie zdali egzaminu. Często go nie zdawali. Ale ich reakcja stała się lekcją. W pierwszej chwili żywiołowe przerażenie, lęk o życie, a w następnej — błagalny wybuch: „Panie, ratuj nas, giniemy". I to wołanie uczniów w obliczu zła-burzy stało się odtąd wołaniem ludzkości..."

Burza — groza — niebezpieczeństwo... Jest udziałem każdego człowieka, także ucznia Chrystusowego. Św. Paweł, gdy był jeszcze Szawłem, prowadził jako dostojny faryzeusz żywot godny i uporządkowany. Kiedy stał się sługą Chrystusa sam w Drugim Liście do Koryntian opisał trudy apostołowania: „Często w podróżach, w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od zbójców, w niebezpieczeństwach od własnego narodu, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach od fałszywych braci" (2 Kor 11,26). Ze wszystkich opresji wychodził szczęśliwie, ale też wiedział komu to zawdzięcza. „Wszystko mogę w tym — powtarzał — który mnie umacnia" (Flp 4,13). Wiedział , że ten Jezus, który stanął na jego drodze pod Damaszkiem, jest z nim stale. Ten sam Jezus, mój Zbawiciel, jest ze mną. Nie śpi, choćby mi się tak zdawało. Jest tak blisko, że wystarczy wyciągnąć rękę, by Go dotknąć. Byleby nam tylko nigdy tej wiary nie zabrakło, że On jest. Amen.

 

 

 

czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Nie lękajcie się !

czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Nie lękajcie się !

Któż nie znalazł się kiedyś w trudnej sytuacji - w jednej z tych nocy, w których nie ma nadziei na świt? Już wydawało się, że wszystko skończone, że nie uda się wyjść obronną ręką. Umarła nadzieja, wzeszło zaś rozczarowanie, strach i rozpacz. A tu niespodzianie nadchodzi wybawienie - w najmniej oczekiwanym momencie. Wówczas rewidujemy naszą ocenę sytuacji i stwierdzamy, iż pomyliliśmy się. Niepotrzebnie zwątpiliśmy w możliwość nastania poranka.

Wybawienie przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, często w ostatniej chwili, w beznadziejnej sytuacji. To dowód, że Bóg ujmuje się za nami, kiedy wszyscy i wszystko inne zawiodło. Kiedy znikąd nie ma już nadziei, interweniuje Bóg.  

Antoine de Saint-Exupéry, francuski pisarz, poeta i lotnik, w książce Ziemia, planeta ludzi opisuje nocny lot samolotem z Tunisu do Egiptu. Zniżając nieświadomie pułap lotu zaczepił kołami o wzniesienie i utknął pośród piasków Sahary. Nie mając nawet  jednego litra wody przeżył ze swym kolegą kilka dni. Pustynia to wrogi człowiekowi świat, który nie wybacza popełnionych błędów. Szukał pomocy przemierzając dziesiątki kilometrów. Trzeciego dnia zaczął tracić nadzieję. Pisze o tym jakby kreśląc testament: „Grałem i przegrałem. To należy do mojego zawodu", zawodu lotnika. Obrany kierunek szukania pomocy okazał się jednak właściwy. Wybawienie przyszło w chwili pogodzenia się z losem. Kiedy u kresu sił nieszczęśnik dostrzegł Beduina, nie był już w stanie ani się poruszać, ani krzyczeć. Mógł tylko liczyć na to, że Beduin również go dostrzeże, ale ten patrzył w innym kierunku. Czekał zatem, aż zwróci się w jego stronę. Do pełni szczęścia brakowało tylko ćwierć obrotu głowy. W chwili kiedy Beduin wykonał te ćwierć obrotu i dostrzegł go, odmieniło to jego świat. Wybawienie było już faktem.

Czy to łut szczęścia? Przypadek? Czy raczej ktoś za tym stoi? Dla dwóch lotników nie był to przypadek. Oni tego tak nie tłumaczyli. Według nich zadziałały siły wyższe. Kiedy gotujesz się na śmierć i cudownie nadchodzi wybawienie, to trudno jest uwierzyć w przypadkowość zbieżności wielu zdarzeń, bez których nie nastąpiłoby wybawienie z opresji.

Chrześcijanin nie wierzy w przypadkowość zdarzeń. W naszym życiu nie ma przypadków - wszystkim kieruje Opatrzność. Powiedzieć, że coś jest przypadkiem, to przyznać, że wymyka się Bogu spod kontroli, że nad czymś nie panuje. Godzi to w Jego wszechmoc i jest odebraniem Mu należnej chwały. Dlatego nie tylko sama rozpacz, ale już brak ufności w Bogu jest odebraniem Mu należnej czci. Detronizujemy wówczas Pana wszechrzeczy i czynimy Go takim malutkim i bezsilnym - skoro nie jest w stanie zaradzić naszym problemom. Wybawienie przychodzi często w beznadziejnej sytuacji, gdyż Bóg ujmuje się za nami, kiedy nikt inny nie może przyjść nam z pomocą. Kiedy nie ma już innych możliwości, do akcji wkracza On sam.

Jak pouczająca jest dzisiejsza Ewangelia. Uczniowie Jezusa wpadli w panikę, prawie że stracili nadzieję, a Jezus spał spokojnie. To, co uczniom wydało się tragedią, sytuacją bez wyjścia, według Jezusa nie zasługiwało na najmniejszy niepokój. Wobec potęgi żywiołu wystarczyło Jego jedno słowo: „Ucisz się!". Jako Pan wszechrzeczy jednym słowem ucisza rozszalałe jezioro i zaprowadza w sercach uczniów spokój. Człowiek traci nadzieję, gdyż ocenia sytuację na miarę swych możliwości zaradzenia jej. Kiedy coś przerasta je na możliwości, dochodzi do wniosku, że to sytuacja bez wyjścia - wtedy pojawia się lęk przed tym, co może się zdarzyć. Ale to, co przerasta ludzkie siły, jest dziecinnie proste dla Boga.

Sprawa ma się trochę tak jak z oceną sytuacji przez rodzica i jego małe dziecko. To, co w dziecku wywołuje lęk, jak szczekający pies czy nagła zmiana pogody, nie stanowi problemu dla dorosłego. Wtedy rodzic tuli swe dziecko, uspokaja je i próbuje wyjaśnić, że nie ma się czego bać. Lęk jest naturalną reakcją na zagrożenie, ale nie powinien przerodzić się w panikę i rozpacz. To brak ufności w Bogu. Dajemy wtedy dowód braku wiary w możliwość Jego przyjścia z pomocą. Akceptacja życiowych trudności bez buntowania się przeciwko Bogu jest jak ufne wtulenie się dziecka w ramiona rodzica. Wtedy dziecko jest najbezpieczniejsze, a taki rodzic zrobi wszystko, aby ochronić dziecko, które mu bezgranicznie zaufało.

Wypływając na bezkresne akweny życia trzeba wsiąść do łodzi, którą płynie Jezus – żeglować z Nim. Przy Nim jesteśmy bezpieczni. Gdyby nawet rozszalały się wszystkie żywioły świata i sprzysięgły przeciwko nam, wystarczy Jego jedno słowo, a wszystko wróci do normalności. Żeglowanie z Jezusem nie oznacza braku problemów, ale pewność ich rozwiązania. Na Jeziorze Galilejskim, położonym 200 m poniżej poziomu morza, zstępujący zimny wiatr z góry Hermon bardzo często porusza taflę wody i wywołuje szkwał. Jezus nie uchronił uczniów przed burzą, lecz przed jej skutkami. Nie ingerował w prawa natury, lecz zagwarantował bezpieczne wyjście z trudności.

Czasami potrzebujemy takich doświadczeń, jak to na Jeziorze Galilejskim, doświadczeń, które nami wstrząsną. Gdy ich nie ma, zaczynamy zbytnio ufać sobie i myśleć, że nad wszystkim panujemy, że jesteśmy panami naszego życia. Kiedy uczniowie Jezusa wsiadali z Nim do łodzi po dniu nauczania i dokonywania cudów, rozważali z pewnością świetlaną przyszłość ich Mistrza i swój w niej udział. Wszystko na to wskazywało. Mieli żywo przed oczami zachwyt tłumów. Przyszłość, jaką prognozowali, rysowała się w ich przekonaniu wspaniale. A tu nieoczekiwany obrót sprawy. Nagła burza na jeziorze i konieczność zweryfikowania dotychczasowego myślenia. Jeszcze przed chwilą spodziewali się chwały, a teraz trzeba stawić czoła okrutnej śmierci. Jaką wartość mają wówczas sny o przyszłości? Przelicytowane przez strach tracą całkowicie na wartości. Uczniowie wpadli w panikę, gdyż nie ocenili Jezusa na miarę tego, Kim rzeczywiście był. Popełniamy ten sam błąd, kiedy tracimy nadzieję czy popadamy w rozpacz. Nie doceniamy wtedy możliwości Boga, Jego wszechmocy.

Na tym samym Jeziorze Galilejskim z podobnych szkwałów wyszło obronną ręką wiele łodzi, wiele też zatonęło. Człowiek nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, że jeden zostaje cudownie ocalony, a drugi ginie. Pozostaje to dla nas tajemnicą. Lecz nie jest to kwestia przypadku. Nic nie wymyka się Bogu spod kontroli. Bóg każdemu zabezpiecza optymalną drogę do nieba. Nie zawsze rozwiązanie, jakie proponuje nam niebo, jest tym, którego byśmy sobie życzyli. Zaufanie Bogu jest tu absolutnie konieczne. Nie wiemy bowiem, która droga jest dla nas najlepsza. Nie wiemy, którą łodzią płynie Jezus. Być może nie luksusową fregatą, lecz starym rybackim kutrem. Każdy odruchowo wybrałby pierwszą, ale bezpieczniej jest na tym drugim. Stąd przyjęcie Bożej woli jest najbezpieczniejszym i najrozsądniejszym rozwiązaniem. Tam na pewno będzie Bóg.

Apostoł Paweł tak pisze o losie, jaki może spotkać chrześcijanina: „Czy w życiu czy w śmierci należymy do Pana" (Rz 14, 8b). Czy nasz statek zostanie ocalony czy zatonie, nasze życie nie jest związane z losem statku. Zatonie tylko statek, my zaś ocalejemy z Jezusem. Mając ufność w Bogu, zwłaszcza bezgraniczną ufność, trzeba oczywiście zachować zdrowy rozsądek. Kiedy podczas powodzi podpływa ponton, a my mówimy: „Nie" i liczymy na cud z nieba: że zstąpi sam anioł i przeniesie nas kilometry dalej na suchy ląd, to jest to kuszeniem Boga i brakiem rozsądku. We wszystkim trzeba za- chować zdrowy rozsądek. Żeglowanie na własną rękę jest ryzykowne, jak ryzykowne jest kuszenie losu. Jeżeli bowiem znajdziemy się w trudnej sytuacji, możemy jej nie sprostać i przypłacić to życiem. Bóg przychodzi z pomocą, to prawda, lecz głupiec niech zbytnio na to nie liczy, gdyż nie umiałby nawet tego docenić i prawdopodobnie przypisałby ocalenie sobie. W latach 80. ubiegłego wieku grupa młodych Włochów, około dwudziestu osób, wynajęła większą łódź i wypłynęła nią na pełne morze. Tam postanowili zakosztować morskiej kąpieli. Jeden po drugim wskakiwali do wody. Nieopisana radość trwała krótko. Szybko zorientowali się, że do wody wskoczyli wszyscy i że nie będzie miał im, kto pomóc we wspięciu się na pokład. Kąpiącym się nie miał kto zrzucić drabinki czy liny. Radość w mgnieniu oka przerodziła się w niepokój, a następnie w rozpacz. Na drewnianych burtach łodzi pozostały ślady krwi, kawałki paznokci i ciała - tak mocno i beznadziejnie usiłowali wspiąć się do góry. Wielu z nich nie doczekało nadejścia pomocy. Kiedy później eksperci oceniali całe zdarzenie, doszli do wniosku, że nieszczęśnicy wspomagając się wzajemnie mogli się na nią dostać, ale panika pozbawiła ich zdolności współdziałania i rozsądnego myślenia.

Na tej łodzi zabrakło sternika, Jezusa. Żeglowali na własną rękę; bawili się również na własną rękę. Człowiek sam przysparza sobie problemów. Warto dlatego zastanowić się przez chwilę, czy łodzią, do której wsiadamy płynie też Jezus.

Kościół jest jak łódź żeglująca po morzach świata. Tą łodzią może trząść na wszystkie strony. Przeciwko niej mogą się rozszaleć sztormy i uderzyć z całą siłą. Nic się nie stanie. Stawi opór największym wichurom, bo jej sternikiem jest Chrystus. W tej łodzi jesteśmy bezpieczni. Wystarczy Jego jedno słowo: „Ucisz się!". I nastanie głęboka cisza. Papież Innocenty III w trudnych dla Kościoła czasach miał sen. Widział walącą się bazylikę Laterańską, wówczas symbol Kościoła. Ale mały biedaczyna swymi rękami podtrzymał walącą się budowlę. W młodzieńcu ze snu rozpoznał Franciszka z Asyżu. Znajdujemy się nieraz w sytuacjach, które nas przygniatają i tracimy nadzieję. A Bóg zna z nich wyjście, wyjście bez szwanku. Potrzeba tylko ufności.

Wiktor Hugo w swej powieści Nędznicy opisuje biały szkwał, który niszczy 64-metrowy żaglowiec i przełamuje olbrzymi maszt. Potęga żywiołu może okazać się niewyobrażalna dla człowieka. Transatlantyk Titanic miał być statkiem niezatapialnym. Dowodzony był przez jednego z najlepszych kapitanów, Edwarda Smith'a, a zatonął już piątego dnia swego dziewiczego rejsu. Człowiek nie może liczyć tylko na siebie, bo zginie. Nie zawsze jest w stanie sprostać potędze żywiołów. Potrzebuje wsparcia z góry. Licząc zaś dumnie tylko na siebie zginie szybko, gdyż w swej pysze wybierze łódź bez sternika.

Bracia i Siostry! Każdy z nas zaznał z pewnością radości, których nic nie zwiastowało i to wtedy, kiedy wszystko wydawało się sprzysiąc przeciwko nam. Dziś może z nostalgią wspominamy minione trudności, zapowiadające nieopisaną radość. Świt docenia się tylko po doświadczeniu nocy. Kto nie doświadczył mroku nocy, tego nie cieszy światło poranka. Nie uważa go za dar. Nie popadajmy dlatego w przygnębienie w obliczu życiowych trudności. One zapowiadają radość poranka. Kiedy Saint-Exupéry i jego kolega pili wreszcie wodę, ta nigdy wcześniej im tak nie smakowała.

Dzięki Ci Panie za to, że płyniesz z nami. Wprawdzie od czasu do czasu coś wzbudza w nas lęk, jednak przy Tobie nasze życie zawsze jest bezpieczne. Choćby zerwał się wicher i uderzył w nas, nie zatoniemy, gdyż Ty jesteś naszą Łodzią i Sternikiem. W naszych uszach brzmią stale Twe słowa: JAM ZWYCIĘŻYŁ ŚWIAT (J 16, 33). Twa wszechmoc, Panie, pozwala z ufnością wypatrywać portu. Poranek nastanie na pewno, a słońce zaświeci każdemu. Amen.

22 czerwca 2024 r.


czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Jezus ucisza burze !

czerwca 22, 2024

12. Niedziela Zwykła (B) - Jezus ucisza burze !


Bracia i Siostry! Uciszenie burzy na morzu jest w Starym Testamencie jednym ze znaków Bożej wszechmocy. Na przykład w Psalmie 107 znajduje się przejmujący opis tego, co odczuwają ludzie podczas burzy na morzu: „Rzucało ich aż pod niebo, spadali aż do głębi, ich dusza truchlała w nieszczęściu. Zataczali się na statku i chwiali jak pijani, cała ich mądrość zawiodła" (w. 26n).

I Psalmista w następujących słowach opisuje uciszenie tej burzy: „W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. Zamienił burzę w wietrzyk łagodny, a fale morskie umilkły. Radowali się z tego, że nastała cisza, i że On przywiódł ich do upragnionej przystani" (w. 28-30).

W samych tylko Psalmach jeszcze w trzech innych miejscach pojawia się motyw burzy na morzu – zawsze dla podkreślenia, że ten potężny i wydawałoby się nieokiełznany żywioł podlega bez reszty Bożej wszechmocy (46,3n; 65,7n; 89,10n). Apostołom dobrze były znane te sformułowania Psalmów o Bożej władzy nad morską burzą, słyszeli je dziesiątki i setki razy. Teraz jednak byli świadkami niesłychanego wydarzenia. Oto na własne oczy zobaczyli, że Jezus jednym słowem uciszył burzę - burzę, która jeszcze przed chwilą tak ich przerażała.

Wobec tak niepojętego wydarzenia spontanicznie zaczęło Apostołów ogarniać pytanie: „Kim właściwie On jest, że nawet wichry i morze są Mu posłuszne?" Wkrótce potem Piotr jako pierwszy z Apostołów wyzna Jezu- sowi: „Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego!"

Burza na morzu jest poniekąd ogólnokulturowym symbolem chaosu, czyli bezdusznej, gwałtownej i nie uporządkowanej potęgi, gotowej zniszczyć wszystko, nawet to, co najbardziej na istnienie zasługuje. Niszczycielskich sił chaosu doświadcza niekiedy człowiek nawet we własnym wnętrzu.

Mądrość Kościoła zawsze z wielką starannością odróżniała atak takich czy innych namiętności na nasze duchowe życie, od tego, że jakieś ciemne namiętności nad kimś już zapanowały. Czym innym jest pokusa do grzechu, a zupełnie czym innym jest to, że człowiek pokusie ulegnie. Sama pokusa nie brudzi człowieka, ani nas nie niszczy, jeżeli tylko nie wystawiamy się na nią z własnej winy. Nawet jeżeli pokusa przybiera postać burzy, nawet jeżeli jest to pokusa skierowana przeciwko samemu Bogu, nic się złego nie dzieje, dopóki człowiek stara się być blisko Pana Jezusa i szuka u Niego pomocy i ratunku.

Prawdziwa katastrofa ma miejsce wówczas, kiedy burza chciwości, nienawiści, rozpusty, egoizmu, albo jakaś inna niedobra burza pochłonie człowieka, kiedy człowiek jej ulegnie. Da się to porównać z zatonięciem podczas burzy na morzu, człowiek ulega wówczas śmierci duchowej.

Otóż dzisiejsza Ewangelia wzywa nas do nadziei nawet w sytuacjach najtrudniejszych. Jezus, Syn Boży, jest Panem całego stworzenia i nie ma takich sił niszczycielskich, które mogłyby wymknąć się spod Jego władzy. To, że boimy się różnych burz życiowych – to jest więcej niż zrozumiałe, bo przecież jesteśmy tylko słabymi ludźmi. Ale nawet jeżeli na kogoś z nas przyjdzie jakaś burza, nie upadajmy na duchu, ale tym więcej wzmacniajmy w sobie nasze zawierzenie Panu Jezusowi, trzymajmy się Pana Jezusa mocno, obu rękami, a na pewno ta burza nas nie pochłonie.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii nie tylko uciszył burzę, ale ponadto skarcił swoich uczniów za małą wiarę. Dlatego we wszelkich sytuacjach niebezpiecznych dla naszego życia duchowego nie zapominajmy o tym, ażeby możliwie całkowicie zawierzyć siebie Panu Jezusowi. Czasem człowiek czuje, że ta oto sytuacja jest naprawdę ponad moje siły, albo z niepokojem obserwuje, że wiara w nim słabnie. Ale wtedy żarliwie powtarzajmy prośbę tego ojca z Ewangelii, który wstawiał się u Pana Jezusa za swoim chorym dzieckiem: Wierzę, Panie, ale wzmacniaj moją wiarę! Wierzę, Panie, ale Ty sam zaradzaj niedowiarstwu memu! Nie zapominajmy o tym, że wierny jest Bóg i nie dopuści kusić nas ponad nasze siły, że jeżeli nawet taką próbę dopuszcza, to niewątpliwie udzieli nam sił, żebyśmy przez tę próbę bezpiecznie przejść mogli.

Na przykładzie zachowania uczniów podczas burzy można zobaczyć jeszcze jedną prawdę o nas samych: że moja wiara, jej wzrost lub zmniejszanie się, dotyczy nie tylko mnie samego, ale ma również swój wymiar społeczny. Jeżeli ja jestem człowiekiem mocnej wiary, jeżeli moja wiara będzie mocna mocą Bożą nawet w sytuacji przekraczającej ludzkie siły, wówczas moja wiara będzie bardzo realnie udzielała się innym. Z kolei jeżeli we mnie wiara słabnie, również innym będzie trudniej trwać w wierze. Po prostu Bóg, który jest Miłością, stworzył nas w taki sposób, żebyśmy wzajemnie mogli się obdarzać dobrem. Ale też jeżeli dobra w nas zabraknie, wówczas tym brakiem dobra będziemy się wzajemnie osłabiać. Jesteśmy jakby naczyniami połączonymi: to, co się dzieje w jednym z nas, jakoś realnie się udziela tym, co są w pobliżu. Słyszeliśmy przed chwilą, że podczas burzy całą wspólnotę apostolską ogarnął kryzys wiary. Uczniowie zaczęli się jakby wzajemnie indukować swoim niedowiarstwem. A przecież mogło być zupełnie inaczej: mogli się wzajemnie umacniać w wierze.

Zastanówmy się jeszcze, co to znaczy, że w jakimś trudnym momencie mnie i tobie Bóg udzieli tej łaski, że wiara w nas wzrośnie i że to przyczyni się do umocnienia innych w wierze. Otóż znaczy to, że Pan Jezus zwyczajnych ludzi chce powoływać do uczestnictwa w swojej władzy uciszania burzy na morzu. Przypomnijmy sobie sprzed kilkudziesięciu laty przyjazd do nas Ojca świętego. Przecież Papież był tylko zwyczajnym człowiekiem, który na równi z nami wszystkimi dążył do zbawienia. Otóż ten stary, słaby człowiek przyjechał do nas, do społeczeństwa różnorodnie skłóconego i podzielonego. Ale przyjechał pełen mocy Bożej i z autorytetem płynącym z samego Jezusa Chrystusa. I stał się cud podobny do uciszenia burzy na morzu. Jakiś dobry duch nas ogarnął, zaczęliśmy patrzeć na siebie z większą życzliwością, zaczęliśmy rozumieć słowa mądrości Bożej, a wiele dobrych skutków tamtych naszych przeżyć trwa w nas po dziś dzień.

Bracia i Siostry! Ktoś na to powie: No tak, ale Ojciec święty ma zupełnie wyjątkowe możliwości dobrego oddziaływania na bliźnich. Nikt z nas nie ma nawet jednej setnej takich możliwości. To prawda, ale nie zapominajmy o tym, jak wysoko Pan Bóg ceni sobie wdowi grosz. Jeśli ja lub ty przyczynimy się choćby tylko do tego, że jednego jedynego człowieka uratujemy przed zwątpieniem, albo jeśli pozwolimy Panu Bogu użyć siebie do uciszenia burzy, grożącej rozbiciem choćby tylko jednego małżeństwa - może się to okazać wdowim groszem, szczególnie dla Boga cennym. 

Zatem zwłaszcza te dwie nauki wyciągnijmy z dzisiejszej Ewangelii. Po pierwsze, całym sercem zawierzajmy siebie Panu Jezusowi. Może się zdarzyć, że będziemy przechodzić przez różne burze. Ale jeśli tylko będziemy się mocno trzymali Jezusa, w żadnej z tych burz nie zginiemy. Razem z Jezusem na pewno dopłyniemy do portu zbawienia.

A po drugie: Pomyślmy czasem o tym, że może Pan Jezus chce się nami posłużyć do uciszenia burzy w życiu jakiegoś drugiego człowieka, może nawet kogoś nam bardzo bliskiego.

Na koniec warto sobie uprzytomnić, że swoje burze przechodzi również Kościół. Nieraz burza przyjdzie na jakąś parafię, a nieraz się zdarza, że burza ogarnie cały Kościół katolicki i różni ludzie spodziewają się wówczas, że cały Kościół lada chwila ulegnie rozbiciu, i że nastąpi koniec chrześcijaństwa. W całej historii Kościoła nie było chyba ani jednego pokolenia, w którym jacyś chrześcijanie nie ulegliby przerażeniu, że chyba już nadchodzi koniec Kościoła, i nie wołaliby do Pana Jezusa: „Zbawicielu nasz, czy Cię nic nie obchodzi to, że giniemy?"

Otóż jeśli kogoś z nas ogarnia niepokój o przyszłość Kościoła, jeśli ktoś lęka się o to co będzie z Kościołem, jedną rzeczą trzeba się cieszyć i o jedną rzecz trzeba się starać. Jeśli niepokoisz się o Kościół, jest to dobry znak, że Kościoła nie opuściłeś, że zależy ci na dobru Kościoła i że Kościół kochasz. Zatem ciesz się z tego, że Kościół jest dla ciebie matką, z którą czujesz się głęboko związany.

Ale przypomnijmy sobie, że Pan Jezus skarcił Apostołów za to, iż zlękli się tego, że ich łódź zatonie podczas burzy. Łódź, w której znajduje się Pan Jezus, nie może przecież zatonąć. Toteż jeśli tylko przyjdzie kiedyś na nas lęk o przyszłość Kościoła, badajmy przede wszystkim swoją wiarę: czy ja naprawdę wierzę w Pana Jezusa; i swoją miłość: czy zawierzenie siebie Bogu jest naczelną wytyczną mojego życia? – i o resztę się nie martwmy. Pan Jezus jest Synem Bożym i Panem ludzkich dziejów. Jeśli zechce, w jednym momencie może uciszyć burze, które niepokoją Jego Kościół. Jeżeli zaś różne burze na nas dopuszcza, nie lękajmy się, tylko jeszcze więcej się do Niego nawracajmy. Jeszcze więcej zawierzajmy Mu samych siebie.

Drodzy Bracia i Siostry, Drodzy Chorzy, zwłaszcza wy zawierzajcie siebie Panu Jezusowi. Zawierzajcie Mu wszystkie wasze lęki i nadzieje, zawierzajcie Mu przede wszystkim samych siebie. Amen.

22 czerwca 2024.



Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger