października 31, 2023

Homilia na Uroczystość Wszystkich Świętych - Świętość to codzienność.

października 31, 2023

Homilia na Uroczystość Wszystkich Świętych - Świętość to codzienność.

Dzisiejsza uroczystość ma swój początek w pierwszych wiekach Kościoła, kiedy wielu uczniów Pana Jezusa oddawało swoje życie za wiarę. Wielu nie znano z imienia, ale wierzono, że ich świadectwo jest powodem tego, by zamieszkali na zawsze w niebie. Potem przez całe wieki Kościół niektórych świętych ogłaszał po imieniu ukazując piękno ich życia. Jednocześnie też Kościół był świadomy, że wielu przechodzi przez tę ziemię w sposób cichy i pokorny. Są znani tylko Bogu i za swoją codzienną wierność na pewno są w Jego królestwie. Stąd ta dzisiejsza uroczystość gromadzi nas, aby tym wszystkim świętym oddać chwałę. Dzisiaj również dziękujemy Bogu, że Jego tron otaczają niezliczone rzesze aniołów i świętych. Przychodzimy dzisiaj dziękować, że my również powołani jesteśmy do tego samego. Bóg przygotował dla nas miejsce w niebie, a święci są dla nas przykładem, że trzeba tak iść, by znaleźć się tam, gdzie Bóg nas oczekuje. Święci otaczają nas modlitwą, towarzyszą nam zachętą, abyśmy nie ustawali w tym staraniu się, by się Bogu podobać każdego dnia.

Ta wspaniała uroczystość ukazuje nam wielkość miłości Boga i wielkość człowieka. Ukazuje nam jak wielką miłością obdarzył nas Bóg. Mówi św. Jan: ,,Zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi". Bóg objawił swoją chwałę, ale jeszcze pełniej objawi się nam, gdy będziemy z Nim razem przebywać w niebie.

W czym się przejawia miłość Boga do nas, ta wielka miłość? Swego jedynego Syna dał, stał się człowiekiem, podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. Przez swój krzyż i Zmartwychwstanie otworzył nam bramy nieba, odkupił nas umarł na krzyżu, zamiast ciebie i mnie, byśmy mogli być zbawieni przez Jego Krew i zmartwychwstanie. Popatrzcie jak wielką miłością obdarzył nas Ojciec. Powie św. Jan: ,,Nie ma większej miłości jak ta, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich". Taką miłością Bóg nas umiłował. Zamiarem Boga jest to, abyśmy wszyscy byli świętymi. Do tego powołał nas Bóg od początku i po to posłał swego jedynego Syna, abyśmy my, zranieni przez grzech, przez Niego byli uleczeni i przez Niego uświęcani. Mocą Jego laski, przez dar świętych sakramentów. Wszyscy jesteśmy powołani do tego by być świętymi. Tę prawdę trzeba nosić głęboko w sercu, żyć nią każdego dnia. Mam być święty. Taka jest wola Boża wobec mnie. Taka jest wola Boża wobec każdego z nas na naszej konkretnej drodze, tam gdzie jesteś, tam gdzie żyjesz. Bóg nas prowadzi swoimi drogami. Prowadzi nas jak ojciec, który bierze dziecko za rękę, przez konkretne wydarzenia, przez konkretne sytuacje, po to, byśmy byli świętymi. Zobaczmy dzisiaj. O świętości jest wiele powiedziane w różnych miejscach tego słowa. To nie jest takie życie infantylne, jakaś religijna naiwność.

Św. Jan widząc ten tłum otaczający tron Boga mówi: „Kim oni są i skąd przychodzą?" Kim oni są, ci przyodziani w białe szaty? Panie, ty wiesz, to ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Przychodzą z wielkiego ucisku. Czyż Chrystus nie mówi do nas, że brama, która wiedzie do życia jest wąska i niewielu nią idzie, a szeroka na zatracenie i wielu w nią wchodzi? Św. Paweł powie do nas, że ktoś, kto walczy o świętość jest jak zawodnik, który biegnie do mety. Codziennie trenuje, aby uzyskać wieczną nagrodę. Chrystus powie: ,,Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne". To jest codzienna walka z pokusami, przeciwnościami, z grzechem, w końcu z tym co nas od Boga odrywa. Jest to również troska o to, aby nie zatracić relacji z Bogiem. Konkludując, jest to wszystko, nie tylko pokusy, zło, które nas dotyka, ale nieraz i cierpienie, które przychodzi i stawia człowiekowi pytania o sens życia, o cel życia. Przechodzimy konkretną drogą. Jak mówi św. Jan: ,,Idziemy często pośród wielkiego ucisku". Dochować wierności Bogu, to często wyrzec się tego, co proponuje świat. Wybrać wolę Boga, to odrzucić często swoje pożądania i swoją pychę. Przychodzą z wielkiego ucisku, ale też płuczą swe szaty we krwi Baranka, czyli korzystają z wielkiego daru miłości zbawienia danego nam w Jezusie Chrystusie. Z Nim przeżywają swoje życie. Ewangelia w wielu obrazach mówi, że człowiek błogosławiony, należący do Boga, często żyje inaczej jak żyje świat.
 
Błogosławieni, którzy się smucą. I rzeczywiście człowiek duchowy ma powody do smutku. Nie tylko, gdy patrzy na swoje słabości, na swoją niewierność, ale również na tyle istniejącego w świecie cierpienia, zła i niesprawiedliwości. Ma prawo do smutku. Patrzy na zniszczone rodziny, na zagubioną młodzież. Smuci się w sposób Boży. Przeżywa to wszystko z Bogiem, Bogu to wszystko polecając. W ten sposób uobecnia w świecie Boże miłosierdzie, przez swój smutek i swoją modlitwę.

Błogosławieni cisi. Dzisiaj w świeci jest tak modne pokazywać swoje racje, głośno krzyczeć, walczyć o swoje prawa. Zająć postawę pokornego, cichego, ostatniego nie jest łatwo.

Błogosławieni miłosierni, którzy nie odpłacają złem na zło znosząc cierpienia i niesprawiedliwość. Znoszą utrapienia, odpłacają dobrem na zło. Miłosierni, miłosierni tą miłością jaką Bóg nas miłuje. To jest miłosierni wobec nas.

Błogosławieni czystego serca. Człowiek, który walczy o czystość swojego ciała, swojej duszy ze względu na Boga, z miłości do Niego, ponieważ jest Jego dzieckiem i nosi w sobie godność dziecka Bożego. Walczy o czystość. Jakie jest to niełatwe dzisiaj. Błogosławiony jest ten, kto tak żyje.

Błogosławieni, którzy znoszą prześladowania z powodu Jezusa Chrystusa. Ilu jest takich naszych braci i sióstr każdego dnia na całym świecie? Więzionych, torturowanych, zabijanych? Mających podpalone i zniszczone świątynie? Ukrywających się? To jest codzienność. Zobaczmy, że świętość dotykam niektórych tylko - spraw - to nie jest żadne infantylne życie. Jest to ważne zmaganie dochować wierności Chrystusowi. Wymaga to nieraz, aby przyjąć ze strony świata niesprawiedliwość, prześladowanie, a może nawet i śmierć. 
 
Świętość to być w jedności z Chrystusem, bo On nas Nasze życie nie jest tutaj na ziemi, ponieważ do innego życia prowadzi do życia wiecznego. Jesteśmy tutaj tylko przechodniami. idziemy, tam gdzie Bóg nas oczekuje w niebie. Chciejmy naprawdę iść tą drogą, którą Bóg nam wytycza każdego dnia. Chciejmy pełnić każdego dnia wolę Boga. Zobaczmy, że Kościół ma w tej rzeszy świętych przykłady osób ze wszystkich rodzajów i stanów. Począwszy od dzieci z Fatimy. Maleńkie dzieci podejmują modlitwę, aby błagać Boga o miłosierdzie dla świata. Odeszły wcześnie z tego świata, ale umiały odczytać ten Boży zamiar. Ilu młodych ludzi nastoletnich oddało życie broniąc czystości. Maria Goretti, Karolina Kózkówna, czy wielu innych. Ilu małżonków pielęgnowało świętość rodząc dzieci, przekazując im wiarę, budując jedność i miłość. Na przykład rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Wszystkie ich córki poszły do klasztorów, a oni sami są dzisiaj błogosławionymi. Ile osób dla świata zapomnianych, prawie nieznanych umiłowało Chrystusa całym sercem. Jak choćby służąca bł. Aniela Salawa, którą mało kto znał. Zagubiona, zapomniana, miłująca Boga. Ilu zakonników i zakonnic przeżywało swe życie w pokorze, ukryci dla Boga. Życie pełne modlitwy i miłości do Boga i do ludzi.

Każdy z nas znajdzie świętych. Tych, którzy będą dla niego przykładem. I ty możesz być świętym. Przeżywaj swoje życie poważnie. Szukaj woli Boga każdego dnia. Oczywiście rozumiemy dobrze jak nieodzowne jest we wzrastaniu w świętości codzienne pielęgnowanie modlitwy. Jak ważne jest stałe przyjmowanie świętych sakramentów. wyznawanie grzechów, błaganie Boga o miłosierdzie, Eucharystia, słowo Boże. Wszystko to co, w Kościele mamy dla naszego uświęcenia. Jesteśmy powołani do tego, by być świętymi. A święty w tym pokoleniu - jak w każdym - jest jak światło, które świeci w ciemności, jak sól ziemi. Święci zbawiają pokolenia. Święci ratują świat. Święci pokazują ludziom zagubionym piękno i prawdę życia. Bóg chce, by w każdym pokoleniu byli święci.

Zobaczmy jak jest w jakimś sensie dramatem to, że w szkołach gdzie odbywa się katechizacja, gdzie się uczy wiary, sama szkoła i nauczyciele szerzą dzisiaj Halloween, który jest obcy polskiej kulturze. Zobaczmy jak ośmiesza się wśród dzieci i młodzieży powagę śmierci i powagę życia. Ze wspomnienia zmarłych i kultu świętych robi się jakąś groteskę. Jak zubaża się patrzenie na piękno i głębię ludzkiego życia przez tę całą głupkowatość w dancingu z duchami i kpinach ze śmierci. Jak jest to dalekie od powagi dzisiejszego słowa Bożego.

Święty przychodzi z wielkiego ucisku i utrapienia
. On ciągle oczyszcza siebie we krwi Chrystusa. On znosi utrapienia tego świata i ponad wszystko pielęgnuje jedność z Bogiem. Świętość to nie jakaś śmieszność i groteska. Dzisiaj wstałem rano, dochodziła 6.00 godzina, szykując się na tę Mszę św., zauważyłem na ulicy całe hordy młodych ludzi wracających z tzw. imprez Halloween, wyjących i krzyczących jak dzikusy. W czasie kiedy wszyscy po- ważni ludzie przeżywają powagę śmierci i fakt, że w naszym życiu jesteśmy wezwani by być świętymi. Zobaczmy jak Halloween jest obce kulturze, która rodzi się z wiary. Tym bardziej jest to dla nas mocne wezwanie, aby w naszym życiu, naszym przykładem pielęgnować piękno chrześcijańskiego życia. I naprawdę pragnąć z całego serca chodzić drogami Boga, wzrastać w świętości, żyć nadzieją przyszłej chwały.

Polecajmy się wszystkim świętym. Oni nam dzisiaj towarzyszą modlitwą i przykładem abyśmy byli wszyscy świętymi przez nasze życie zgodne z wolą Boga. Amen.


października 31, 2023

Rozważania Codzienne - Przypowieści o ziarnku gorczycy i o zaczynie

października 31, 2023

Rozważania Codzienne - Przypowieści o ziarnku gorczycy i o zaczynie

 

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 30 tygodnia Okresu Zwykłego

 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
(Łk 13,18-21)

Jezus mówił: «Do czego podobne jest królestwo Boże i z czym mam je porównać? Podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem, tak że ptaki powietrzne gnieździły się na jego gałęziach». I mówił dalej: «Z czym mam porównać królestwo Boże? Podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż wszystko się zakwasiło».
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 
 
"Ziarenko gorczycy wyrosło i stało się wielkim drzewem(...), a zaczyn zakwasił wszystko". A zaczęło się od trzech miar mąki. Ziarenko gorczycy i zaczyn to symbole królestwa Bożego, które przyniósł na ziemię Jezus. Ziarenko było małe, niepozorne, może nawet niewidoczne, a stało się wielkim drzewem, rozrosło się na cały świat, stworzyło wartości i kulturę chrześcijańską. Ziarno gorczycy rosło, rozwijało się, podobnie zaczyn zakwasił mąkę.
Tak dzieje się i dziś, jeśli ktoś trwa w miłości Bożej, w miłości Chrystusa. Ona wzrasta, promienieje, rozprzestrzenia się. Jest jak promienie słońca - gdzie padną, tam rozkwita życie.
Warto przyjąć do swojego serca królestwo Boże, królestwo Jezusa, warto czynić Jego dobro, razem z Nim, ponieważ to dobro promieniuje i przemienia świat.
ZIARENKO GORCZYCY
Królestwo Boże przychodzi do człowieka w ziarenkach, takich nikłych, niepozornych, a przecież ogromnie cennych drobinach Łaski. Pada ziarenko słowa czytanego, mówionego, modlitwy w książce, gestu w liturgii, rozmowy przyjaznej, cichego natchnienia w kaplicy, spotkanego cierpienia, bliskości z jakimś człowiekiem.
A potem, dzięki sile, jaką Bóg chciał w nim zmieścić, zaczyna się człowiek nowy, pełniejszy, bogatszy, bardziej Boży.
Ale w dzisiejszym tekście zauważmy jeden szczegół: otóż, to ziarenko ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Właśnie ten osobisty udział człowieka który zaznaczył się w troskliwości palców, gdy maleńkie gorczyczne nasiono obejmuje palcami, przyjmuje, otula ciepłem rąk. A potem idzie do ogrodu, wypatruje dobrą ziemię, poruszy miejsce, aby było miękkie i pulchne dla ziarna. Musi to ziarenko tam ułożyć ze znajomością gospodarza. Wiedzieć jak głęboko, jak obsypać i wyrównać powierzchnię. Później odpędzać pta- ki, żeby nie wydziobały i dbać, żeby przechodnie nie deptali.
Właśnie to sobie podkreślmy i zapamiętajmy.
Ziarno przychodzi z łaski Boga obficie. Ziarenka są cudowne i rodziły prze- cież najwspanialszych świętych. Rzecz w tym, aby je przyjąć i stworzyć warunki do wzrastania. Ziarenko zastaje nas nieprzygotowanymi, bezmyślnymi, znużonymi. Nasze myśli są gęstwiną nieprzenikliwą. Zapatrzeni w swoje sprawy, zagubieni w ludzkich problemach. Wbiegamy w ostatniej chwili, jak ci, którzy chcieli wysłuchać pięknej muzyki, ale wbiegają akurat z dzwonkiem. Zanim usiądą, pomyślą, uciszą myśli, nastroją - ileż czasu upłynie. Przychodzimy, niczego nie oczekując, znudzeni powszechnością czynności. To samo miejsce, ci sami odprawiają, tego głos znam, znowu ten czyta... ludzkie wrażenia, zasłona przyzwyczajenia. Wybiegamy, byle sprawnie, żeby zdążyć. Już w drzwiach myślimy o czym innym, co będzie, kto przyjdzie, muszę powiedzieć, podać, przygotować... ziarenko dla biedaków... Nie marnujmy ziaren, które są skarbami łaski i darem dla gorczycy, cudowne dzieło, z którego mogło wyróść drzewo i schronienie znękanych ptaków.
Czy chcę przyjąć dziś Królestwo Boże, Królestwo Jezusa, samego Jezusa do mojego serca?

października 30, 2023

Rozważania Codzienne - Jezus ma moc nad Złym!

października 30, 2023

Rozważania Codzienne  - Jezus ma moc nad Złym!

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 30 tygodnia Okresu Zwykłego
  Łk 13, 10-17
 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
 Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy». Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: «Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu!». Pan mu odpowiedział: «Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?». Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego.
 

Refleksja nad Słowem Bożym

 
Jezus znów dokonuje cudu. Tym razem zauważa chorą kobietę. Jej wygląd zwrócił Jego uwagę. Zatem mając moc uzdrowienia, wykorzystał tę moc, aby jej pomóc. Nie myślał, co na to powiedzą inni, przesadnie dbający o zachowanie zasad tradycji. Raczej starał się wykorzystać sytuację, aby wyprowadzić z błędu tych, którzy starają się bezmyślnie, bez empatii, stosować się do litery Prawa, zamiast kierować się współczuciem, miłosierdziem.
Zdarza się, że ludzie szukają kontaktu z szatanem, bo myślą sobie, że pakt z nim zawarty daje specjalne możliwości. Zło bardzo się nadyma i rzeczywiście przybiera wielkie rozmiary. Szatan też wydaje się niektórym potężny i chcieliby z tej potęgi skorzystać. Takie postawy i próby znajdujemy - jeśli nie w życiu - to przynajmniej w literaturze. Przypominamy sobie doktora Fausta, czy chociażby naszego rodzimego Pana Twardowskiego. Wszystkie opowieści o czarownicach również zawierają przeświadczenie o potędze szatana i o tym, że różne urocze panie mogą z tej potęgi korzystać, aby szkodzić ludziom.
W dzisiejszej Ewangelii pojawia się kobieta, która miała ducha niemocy. Kiedy odszukamy w Ewangelii miejsca, gdzie jest mowa o duchu głuchym i niemym (por. Mk 9,25), wtedy ukaże się nam inny obraz szatana i ten właśnie obraz jest prawdziwy. Zły duch nie daje człowiekowi żadnych możliwości, tylko je odbiera. Wszelkie działania, które człowiek podejmuje służąc złu, są działaniami pozornymi. Z takiej działalności nic nie wynika, nikt z niej nie ma korzyści, nawet ten, kto posługuje się szatańskimi metodami. Nie należy się temu dziwić, jeśli przyjmiemy naukę Akwinaty, według której zło nie jest żadnym bytem, lecz jego brakiem, a sam szatan egzystuje jedynie jako tragiczny fakt sprzeciwu względem Boga. Trudno to nawet nazwać istnieniem, a co najwyżej, balansowaniem na krawędzi istnienia. Potęga szatana jest wielkim oszustwem, a jego poplecznicy, a tym bardziej czciciele, są ludźmi najbardziej oszukanymi i pokrzywdzonymi na świecie.
Zły duch jest duchem niemocy i ten fakt staje się oczywisty i zauważalny, kiedy ten wielki pozorant staje wobec prawdziwej mocy, która jest w Chrystusie. Wtedy wśród wrzasków i konwulsji musi ustąpić.
Rzadko się zdarza, aby ludzie szukający kontaktu z szatanem otrzymali od niego jakąś moc. Przypuszczam, że takie przypadki można znaleźć tylko w literaturze i w ludowych gadkach o Rokicie i Borucie. Bardzo często jednak duch niemocy poraża ludzi mu oddanych niemocą. Ta niemoc odbiera im możliwość robienia czegokolwiek dobrego na tym świecie. Porażenie niemocą odbywa się w sposób paradoksalny. Niemoc kobiety z dzisiejszej Ewangelii objawia się w tym, że "była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować" (Łk 13,11). Opętanie polega na tym, że człowiekowi zostaje odebrana godność dziecka Bożego, które nawet postawą wyprostowaną wskazuje kierunek swego życia, który wyraża się słowami "Sursum corda". Szatan łamie człowieka i zgina go do ziemi. Nie mogąc się wyprostować, nie może już zobaczyć Boga, a widzi tylko ziemię. Paradoks polega na tym, że mając tak ograniczone pole widzenia i tak ograniczone pole działania, złamany przez szatana człowiek nawet na tak małym terenie nie może nic dobrego dla ziemi zrobić. Jedyną rzeczą, na którą stać człowieka porażonego duchem niemocy, to tę ziemię niszczyć.
Duch niemocy, który opanował wielu ludzi, zagnieżdżą się w ludzkiej duszy. Poraża umysł, który nie chce szukać prawdy, paraliżuje wolę, sprawiając, że opanowanemu przez niemoc, niczego się nie chce. Konsekwencją tego są spętane ręce i nogi. Nie przypadkiem słowa "opętanie" i "spętanie" pochodzi od tego samego rdzenia.
Na ducha niemocy jest jednak sposób. Nachylenie ku ziemi nie jest kwestią przymusu, lecz wyboru. Szatan, który jest duchem niemocy, nie może człowieka do niczego zmusić wbrew jego woli. Może wywierać swój wpływ tylko wtedy, gdy człowiek tego chce. Jeżeli ktoś chce, może przez całe życie chodzić w postawie pochylonej, ale też, jeżeli ktoś chce, może się wyprostować i chwalić Boga. To jest moment uzdrowienia i uwolnienia od ducha niemocy.
Czy i ja bezmyślnie nie przyłączam się do tych, którzy prawo ludzkie przedkładają nad prawo naturalne lub prawo Boże? Czy ja, który być może wiem więcej niż inni, gdyż czytam i staram się rozważać Ewangelię, nie oceniam pochopnie lub niemiłosiernie innych ludzi? Czy litera prawa mnie nie zaślepia na to, co jest naprawdę ważne, na miłość do drugiego człowieka, na działanie Boga w mojej obecności? Czy potrafię cieszyć się z powodu łask, które otrzymują od Boga inni ludzie? Czy może jestem zazdrosny lub pomniejszam sukcesy innych ludzi? Czy zawsze staję po stronie dobra pochodzącego od Boga?

października 29, 2023

30. Niedziela Zwykła (A) - "Będziesz miłował...!"

października 29, 2023

30. Niedziela Zwykła (A) - "Będziesz miłował...!"

 



Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza (Mt 22, 34-40)
 
Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał, wystawiając Go na próbę: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?». On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy».
 
Refleksja nad Słowem Bożym
 
Miłować to znaczy otworzyć się przed Bogiem i poddać. Być do dyspozycji. Udostępnić Bogu swoją mądrość, ażeby mógł z niej robić użytek, jaki uważa za stosowny. Żeby rozdał tym, którym uzna On, i dal tyle, ile będzie wiedział, że potrzeba.
 
Udostępnić swój czas, dzisiejszy dzień i wszystkie następne, żeby mógł nim obdzielać potrzebujących mojej obecności i bliskości ze mną. Nie wiem ile czasu Bóg złożył w moje posiadanie, ale cały - jaki jest, niech będzie w Jego władaniu. Czas mojej radości niech daje tym, którzy takiego czasu potrzebują. Czas bólu niech da tym, którym akurat w takim nastroju byłbym przydatny.
 
Udostępniam swoje zdrowie, siły fizyczne i duchowe, psychiczne wartości i zdolności przeżywania. Chciałabym, aby On wybierał miejsce dla zużycia moich sił, żeby On kierował ludźmi, którzy po nim przyjdą. Niech wykorzysta moje zdrowie w takim miejscu i w tych sytuacjach, w których będę pożyteczny. Udostępniam mój dom, sprzęty, dobra materialne, pieniądze, które trzymam w ręku, ale niech On rozdziela, komu uzna za konieczne, żeby posiadając, posiadać zawsze dla innych, którzy przyjdą od Niego. Bo miłować to znaczy udostępnić temu, kogo się umiłowało. Ale nie tylko udostępnić, trzeba jeszcze umiłowanemu przygotować obfitość.
 
Miłować więc to znaczy ubogacić dar dla umiłowanego. Dlatego moje zdrowie nie jest tylko moje, ale jest do dyspozycji Boga, musi być sprawne. Muszę je otaczać troską. Mądrość, jeżeli ma służyć Bogu, musi mieć całą możliwość posiadania wiedzy. Czas, który chcę dać Bogu, musi być uporządkowany. Narzędzie, które gotowe jest służyć - jak człowiek dla sprawy Bożej, musi być sprawny i wartościowy. Nad tym musi pracować, aby dać Bogu narzędzie godne dzieła.
 
Miłować to znaczy jeszcze wytrwać w geście otwarcia i udostępnienia siebie. Niech Bóg nami rozporządza według Swej woli, a my w trudzie pracy nad sobą postanowimy być sprawni i wytrwali do końca.
 
Pan Jezus wyraźnie wskazuje, jakie są największe i najważniejsze przykazania. Nie przeszkadza Mu to, że pytający wystawiają Go na próbę, wręcz wykorzystuje tę okazję, by streścić cały Dekalog, w który wpisana jest miłość Boga i bliźniego.
 
Miłość Boga, który kocha człowieka i oczekuje takiej samej odpowiedzi dla nas. Nie jakiejś powierzchownej i płytkiej, ale z całego serca, z całej duszy i całym umysłem. Znaczy to, że wszystko, co w nas jest i co nas tworzy, łączymy z Bogiem, żyjemy dla Boga, z Nim są związane nasze pragnienia, nasze tęsknoty - i te doczesne, i te duchowe, przenikające w wieczność. I Miłość bliźniego jak siebie samego.
 
Jezus w obu przypadkach używa formy nakazującej będziesz; więc skoro masz świadomość, człowiecze, że jesteś kochany przez Boga - to właśnie z tego źródła wypływa też zdolność kochania siebie - tak jak Bóg mnie kocha. Mam z tą miłością wyjść do mojego bliźniego.
Czy zawsze pamiętam o tym, że Bóg mnie kocha i posyła mnie z tą miłością do drugiego człowieka, pragnąc otrzymać taki dar z powrotem przez niego?

sierpnia 14, 2023

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

sierpnia 14, 2023

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny


Bracia i Siostry, dziś wielka uroczystość. Świętujemy z radością Wniebowzięcie Matki Bożej. Gromadzimy się na tej uroczystej Mszy św. w tej świątyni. Radują się wierzący. Także wszyscy ludzie dobrej woli, którzy szukają, pytają o sens życia, czują się trochę zagubieni, mogą się dzisiaj zatrzymać i przez chwilę pomyśleć nad sobą i swoim życiem. Kartka w kalendarzu od niedawna czerwona przypomina, że dziś dzień wolny od pracy. Pozostaje więc dyskretna zachęta: "...zatrzymaj się i pomyśl, po co żyjesz". Na wspólne nam wszystkim pytania o sens życia i śmierci pada dzisiaj światło z nieba. Maryja Wniebowzięta ofiaruje nam odpowiedź.

Radują się dzisiaj pielgrzymi, którzy z różnych zakątków Polski dotarli na Jasną Górę. I wszyscy, którzy pielgrzymują w ten dzień do licznych sanktuariów na całej naszej ziemi. Nawet kwiaty, zioła i kłosy dojrzałych zbóż przynoszone do naszych świątyń oddają pokłon Maryi, która na tej ziemi wyrosła. Na tej ludzkiej ziemi żyła, była jedną z nas. Dzisiaj nam patronuje z nieba i uczy jak żyć prawdziwie po chrześcijańsku. Jak wędrować po tej czasami "nieludzkiej" ziemi, by w końcu stanąć w domu Ojca, do którego zło i śmierć nie mają przystępu. 

Ostatnie chwile Maryi na tej ziemi, tak opisuje poetyckim językiem ks. J. Twardowski: 

"Nikt nie biegł do Ciebie z lekarstwem po schodach
nikt nie zamknął Twych oczu nie zasłonił twarzy 
Pan uchronił do końca i zdrową zostawił 
tylko kiedy pukano Ciebie już nie było 
nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała 
jeśli miłość jest prawdą to ciała nie widać" 
(Ks. J. Twardowski, Wniebowzięcie).


Dlaczego taka radość? Przecież ktoś bardzo bliski odchodzi. Przyzwyczajeni jesteśmy wtedy, raczej smucić się niż weselić. Kościół jednak zachęca nas do radości. Zwycięstwo zostało odniesione. Ostatni wróg człowieka został pokonany, śmierć nie ma już nad nami władzy. Te radosną nowinę objawia nam Bóg przez Maryję. Została nam dana jako znak. Była jedną z nas a śmierć Jej nie dotknęła.

Nasza radość ma źródło w tak wielkim wyróżnieniu Maryi. Dzisiejsza uroczystość przypomina nam prawdę o naszym wyniesieniu i godności. Zaprasza do spojrzenia w górę, tam gdzie jest nasza prawdziwa ojczyzna. Jest wezwaniem: popatrz chrześcijaninie, jaka jest twoja godność i na czym polega twoją wielkość. Widzisz, dokąd twa droga prowadzi. Twoje życie ma głęboki sens, chociaż niekiedy wydaje się takie trudne na co dzień. Patrzysz dzisiaj na Maryję Wniebowziętą, ale też spojrzyj na samego siebie. Wsłuchaj się w najgłębsze pragnienia, które znajdują się w twym sercu, a odkryjesz, że ty także jesteś wezwany, abyś stawał się wielkim i wspaniałym. Ze droga do nieba, którą przeszła Maryja jest także twoją drogą.

Czy jest naprawdę możliwe, abyśmy mogli iść tak jak Maryja? Była co prawda jedną z nas, ale została wybrana, zachowana od grzechu. Matka Zbawiciela, wzięta do nieba z duszą i ciałem, ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Patrzymy dzisiaj w niebo, ale jesteśmy trochę onieśmieleni. Słyszeliśmy przed chwilą, że jest "Niewiastą obleczoną w słońce, na głowie korona z gwiazd dwunastu, pod stopami księżyc...", obraz wielki i wspaniały. Jesteśmy przyzwyczajeni oddawać Jej hołd i cześć, pielgrzymować do sanktuariów, śpiewać pieśni do Niej, ale iść w Jej ślady, uczyć się od Niej jak żyć, czy to jest możliwe? Dobrze przecież czujemy własną grzeszność i słabość, szare, zwyczajne ziemskie życie przeplatane różnymi biedami, cierpieniami, niezrozumieniem i odrzuceniem. Jak tu myśleć o niebie, kiedy na usta ciśnie się nieraz przekleństwo jako jedyna odpowiedź na wszystko, co nas spotyka tu na ziemi. Czy ten dzień dzisiejszy nie jest tylko chwilowym pocieszeniem się, wzruszeniem na kilka chwil, a potem szarość i monotonia codzienności odsunie myślenie o niebie...

Może spróbujmy spojrzeć na Maryję jako Matkę. Chociaż wzięta do nieba nie przestaje być Matką. Czego chce nas uczyć dzisiaj nasza i Jezusowa Matka?

Matka, dla której serce jest istotą powołania. Kochać, czuwać nad innymi, być dyskretną, ale troskliwie, obecną oto cały sens życia każdej matki, Matki Jezusa także. By pojąć takie życie i naukę jaką ofiaruje swoim dzieciom trzeba przyłożyć miarę serca.

Wsłuchajmy się uważnie w serce Matki Wniebowziętej. Z dziecięcą prostotą i ufnością popatrzmy jakie to serce było i jakim nadal pozostaje, mimo że jest w niebie, a my ciągle na ziemi.

Widzimy, że to serce ziemskie i niebieskie splata się z paradoksów. Zamieszkują w nim obok siebie wielkość i małość, potęga i słabość, wiara i zaufanie obok bólu i niepokoju...
 

Mówimy: Niepokalane serce Maryi. Już sam tytuł nas chociaż dobrze wiemy, że Jej serce powinno być zachowane od zła i grzechu, gdyż ono właśnie będzie formować serce Zbawiciela. I widzimy ogromną przepaść między Jej Niepokalanym sercem a naszymi sercami. Jak wiele w nas słabości bardziej czy mniej zawinionej, uwikłania w grzech, głupotę, egoizm. onieśmiela,

Ale obok tej świętości bez skazy zamieszkała w jej sercu zwykła ludzka słabość i kruchość. Słyszymy, że serce Matki wypełnione jest bólem i cierpieniem, "...oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie..." Taka jest logika matczynego serca, każdego serca, które kocha - wydać swoje serce na przyjęcie bólu i cierpienia. Im bardziej wrażliwe serce, tym łatwiej je zranić. Jak bliska jest nam Wniebowzięta ze swoim bólem szukania Jezusa. Jak podobna tylu matkom czekającym z niepokojem na powrót swych dzieci. Jak nie odkryć Jej matczynego oblicza w twarzach matek i ojców niespokojnych o przyszłość swych synów i córek. Ból serc, które oddziela od najbliższych przepaść złości i nienawiści, obcości i zapomnienia. Jak nie odczytać w Jej pełnych bólu oczach tysiące matek spoglądających na nas z ekranów telewizorów. Zastygłe w bólu po stracie swych najbliższych matki i żony z Czeczeni, Białorusi, Ukrainy, z Rwandy i wielu miejsc na świecie.

Jeżeli składamy dzisiaj hołd sercu najbardziej wrażliwemu spośród ludzkich serc, to powinniśmy pamiętać, że było to serce najbardziej zranione i najbardziej cierpiące. Dzięki temu najbardziej nam bliskie, rozumiejące i współczujące. I dzisiaj Ona - Wniebowzięta przeżywa razem z nami każdy ból, każdą biedę, która dotyka i rani nasze ludzkie serca. Uczy nas, że taki ból szukania może być drogą do nieba.

Dzisiaj wysławiamy Maryję wziętą do nieba, oddajemy cześć Jej matczynemu sercu, które przekracza dystans między niebem a ziemią. Chcemy Jej dziękować i prosić, aby formowała nasze serca i uczyła nas cierpliwości w długim nieraz i bolesnym szukaniu tego, co najważniejsze.

Są w nas odwieczne tęsknoty za wielką i piękną miłością, która przetrwa różne przeciwności życiowe. O takiej miłości marzą, piszą, śpiewają ludzie wszystkich czasów. W ten uroczysty dzień przyglądamy się naszej miłości i pytamy się, co z tych wielkich marzeń spełniło się w naszym życiu. Miłość krótkiego wzruszenia, przelotnych wzruszeń, czasem słabości, która przemieniła się w obcość? Maryja z dzisiejszej Ewangelii uczy nas, że miłość zawarta w Jej sercu jest mocna i zdecydowana, konkretna i praktyczna, uboga i prosta. Serce wypełnione miłością - Ona przyjmuje ją jako dar Pana - wzywa do działania. Wrażliwa miłość wzywa do śpiesznej wędrówki w góry, by pomóc krewnej Elżbiecie.

Serce wypełnione Tajemnicą Boga, pragnie się dzielić swym szczęściem z drugim człowiekiem.

Prawdziwa miłość do człowieka musi czerpać ze Źródła. W przeciwnym wypadku szybko się wypali, wyczerpie i skończy. Bez odniesienia do Boga nie sposób dobrze i godnie pokochać człowieka. Dlatego spotkanie z Elżbietą rozpoczynają słowa: "Wielbi dusza moja Pana..." Możemy się spotkać ze sobą najgłębiej i podjąć wspólną wędrówkę, jeżeli między nami będzie Pan. Tak więc Maryja uczy nas, że do nieba prowadzi podwójna droga: do Boga i do człowieka. Te dwie linie powinny się przecinać: od Boga do człowieka i od człowieka do Boga.

Ucz nas, Maryjo, miłości mocnej i konkretnej, abyśmy patrząc na człowieka umieli zobaczyć Boże oblicze. Choć chwilami chciałoby się odwrócić i pójść w swoją stronę, zapomnieć, wymazać z pamięci. A Ty przypominasz, że trzeba się śpieszyć, nie można odtrącać człowieka, zapominać, bo u Boga wszystko jest możliwe. Nawet umarłą miłość może On wskrzesić do życia.

Śpiewa Maryja przez wieki hymn uwielbienia, że "Wszechmocny uczynił Jej wielkie rzeczy..." Jak wiele zaufania do Boga musiało się kryć w Jej sercu podczas wędrówki do Betlejem, w czasie poniewierki na wygnaniu w Egipcie. Przecież Wszechmocny nie uczynił żadnego wielkiego znaku, aby dopomóc, ułatwić przeżycie trudnych chwil. Wędruje Matka naszego Pana pośród wątpliwości i niepokojów. Na czym się oprzeć pośród tego mroku? Pozostaje tylko słowo Odwiecznego i wiara, że On- Bóg - widzi lepiej i dalej, choć serce rozdarte jest między zaufaniem do Boga, a ludzkimi rozterkami i niepokojem.

Przynosimy dzisiaj do Ciebie, Matko Boża Wniebowzięta, nasz pielgrzymi trud, nasze wędrowanie ku niebu. Przychodzimy z tym, co ofiaruje codzienne życie. Jaki jest ten nasz pielgrzymi szlak? Męczymy się nierzadko pomiędzy trwogą i nadzieją, zniechęcamy się wskutek naszej małości, ale odkrywamy w sobie nieskończone pragnienia. Przeżywamy zamęt ducha, rozdarcie serc i niepewność umysłu wobec zagadki śmierci. Udręczeni samotnością gorąco pragniemy wspólnoty z innymi. Maryjo Wniebowzięta, uczysz nas przez różne wydarzenia Twego życia, że nadzieja odniesie zwycięstwo nad trwogą, wspólnota nad samotnością pokój nad zamętem, radość i piękno nad zniechęceniem i odrazą, życie nad śmiercią (por. Marialis cultus, p. 57).

Prosimy Cię, Maryjo, wypraszaj nam wiarę tak mocną, że się można na niej oprzeć pośród mroków życia. Ucz nas, że droga do nieba prowadzi pośród niepewności i niepokoju.

W cichym, ubogim i zwyczajnym życiu w Nazarecie miłość serca Maryi dojrzewa jak w ogniu. Monotonia codzienności, lata prostego życia. Codzienne gotowanie, sprzątanie, zmęczenie, ból głowy. Niepokój czy na jutro wystarczy. Żadnego nadzwyczajnego znaku i cudownej pomocy z nieba. Jak wiele trzeba mieć zaufania do Boga, by widzieć głęboki sens tego co się robi, chociaż na zewnątrz niewiele można zobaczyć... Spójrzmy, Bracia i Siostry, na samych siebie i na swoje szare, codzienne życie. Prośmy z Maryją, abyśmy odkryli, że jest ono drogą do nieba. sens tego

Kiedy stajemy z Maryją pod krzyżem, pochylamy się ze czcią nad ogromnym cierpieniem Matki. Podziwiamy wielkość i moc serca, które nie pękło od tak wielkiego bólu. Jak bliski jest nam ten obraz! Zwłaszcza Wam, Drodzy Bracia i Siostry chorzy, i cierpiący. Jak wytrwać pod krzyżem trudnych pytań? Patrzymy na Maryję, która uczy nas jak stawać pod krzyżem. Do krzyża została przybita miłość Jej życia, Syn umiłowany. Od takiego krzyża nie można uciec, gdyż od miłości się nie ucieka. Przy miłości się wiernie trwa, chociaż to bardzo boli.

Przypomina nam Matka Jezusowa, że trzeba nasze serca ciągle wychowywać i wciąż na nowo uczyć je prawdziwej miłości. Nieraz jest to bardzo trudna nauka, kiedy wszystko boli i brak jakiejkolwiek pociechy. Jak zrozumieć niekończące się pasmo udręki, którego końca nie widać? Co z tym wszystkim zrobić, gdy ciężar krzyża wydaje się być naprawdę ponad nasze siły? Maryja podpowiada swoim życiem odpowiedź - "Ona chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu" (Łk 2,51). Serce matki jest pamięta, troszczy się, jest odpowiedzialne.

Zobaczmy Wniebowziętą z sercem przebitym mieczem boleści. Ona z matczyną czułością szuka i zbiera to wszystko, co człowiek uważa za nic nie warte i wyrzuca na śmietnik. Serca zbolałe, porzucone, wypełnione goryczą, zapomniane przez wszystkich, serca złamane i według rachunków i wyceny tego świata - niepotrzebne. Oto Jej matczyne ręce podnoszą te nasze biedne serca i składają je w zranionym sercu Jej Syna. Tam jest miejsce dla wszystkich ludzkich serc. Więcej, to co wydawało się całkiem bez sensu, zaczyna być skarbem w ręku Boga. Z tego wszystkiego Zbawiciel tworzy swoje Ciało - Kościół. Jakie to ważne, byśmy pamiętali, że jesteśmy Bogu potrzebni z naszą małością i wielkością, z naszymi biedami i cierpieniami, z całym naszym zwyczajnym, prostym życiem. Taka jest bowiem droga do nieba. Przeszła nią najpierw Maryja i teraz przewodzi nam w pielgrzymce do nieba.

Maryja Wniebowzięta wskazuje nam, pielgrzymom tej ziemi, na swego Syna. Zaprasza, abyśmy teraz, na tej Mszy św. nasze dojrzałe kłosy bólu cierpienia, osamotnienia, zwyczajnego życia - złożyli na ołtarzu.Niebo się nad nami pochyla, przyjmuje nasze życie, przemienia je i karmi nas swoją miłością. By nam sił nie brakło na nasze dalsze wędrowanie. Abyśmy sami mogli się stawać dla innych drogowskazem ku niebu, tak jak Maryja jest nim dla nas. Niech się tak stanie. Amen.


sierpnia 14, 2023

Uroczystość Wniebowzięcia NMP - Weź nas do nieba Matko kochana!

sierpnia 14, 2023

Uroczystość Wniebowzięcia NMP - Weź nas do nieba Matko kochana!
 

Kochani moi!
Dziś 15 sierpnia,
uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny,
a u nas święto Matki Boskiej Zielnej.

Piękne jest to święto,
ale bardzo trudne w swojej treści.
Maryja, Najpiękniejszy Kwiat tej Ziemi
wybrana od początku przez Ojca Niebios 
jest pełna łaski, 
błogosławiona między wszystkim niewiastami,
a więc zachowana od grzechu,
nawet od grzechu pierwszych rodziców,
Niepokalana, Nowa Ewa, 
Matka nas wszystkich wierzących, 
Wierna Służebnica Pańska, Matka Zbawiciela,

Matka Kościoła,
Zasypiająca, Wniebowzięta, 
uczestnicząca w chwale Trójcy,
a dla nas znak niezawodnej nadziei, 
że po pielgrzymkach tej ziemi
wszyscy pójdziemy do Matki,
z dożynkowymi wieńcami,
aby uczestniczyć w chwale Ojca,
z Matką Boską Anielską,
Królową nieba i ziemi.

Pewnie dlatego
z całej Polski szły rzesze pielgrzymów,
aby przypomnieć sobie
i przeżyć tę prawdę,
że życie nasze jest pielgrzymowaniem
do Matki Wniebowziętej, 
do nieba, gdzie Ojciec przygotował nam miejsce.

Każda z pielgrzymek jest dla mnie cudem
i każdy z pielgrzymów jest dla mnie 
znakiem wiary i tęsknoty 
za Matką Boga i naszą Matką, 
za innym życiem, którego oczekujemy.

Biały Ojcze,
Czcigodny Paulinie, Księże Czcigodny, 
Siostro Wielebna, Żołnierze Kochani, Pielgrzymi,
przecież to za gorąco, za gorąco Wam 
w tych strojach upiętych, 
w habitach, w sutannach, w mundurach. 
Żołnierze to Wy chcecie swoje święto 
świętować na Jasnej Górze?
 
Tak jest! 
To Was podziwiam i kocham! 
Przecież można inaczej?

Można, ale my pątnicy 
chcemy iść do Matki
w szatach naszego powołania. 
Niech się człowiek trochę zmęczy,
aby dusza była wybielona we Krwi Baranka.

Nie rozumiem Was,
nie umiem naśladować.
Podziwiam tylko niepełnosprawnych i ich opiekunów.
Tyle kilometrów prowadzicie wózki z chorymi,
przewijacie ich jak niemowlęta,
karmicie z troską matki. 
Podziwiam starszych, chorych idących po cud.
Podziwiam żołnierzy, lekarzy, pielęgniarki, młodzież, dzieci. 
Wy młodzi, jesteście dla mnie muzyką, 
radością, uśmiechem dla tego świata. 
Dlatego idziecie z nadzieją.

I skąd Wam to wszystko?
Wiem.
Inni jesteście niż ci, którzy czynią szkody i grzeszą.
Dlatego ludzie dają Wam noclegi, 
dach nad głową, dzielą się chlebem
i wodą czystą.
O sen zdrowy modlą się dla Was,
abyście nie ustali w drodze.
 
Przed Jubileuszem Zbawienia, 
przed rokiem dwutysięcznym uprzedziła Was 
na Jasną Górę Matka Boska z Nazaretu. 
A dlaczego jeszcze jedna Wędrowniczka?
Jeszcze jedna figura? 
Skąd przychodzi i po co?
 
Na prośbę Ojców Franciszkanów z Ziemi Świętej 
i Braci Mniejszych Kapucynów z Loreto 
wyrzeźbili figurę Dzieweczki z Nazaret 
Vinzenzo i Gregor Messnnar - ojciec i syn,
rzeźbiarze z Ortisei. 
Figura jest przepiękna.
Maryja jest po Zwiastowaniu. 
Jest Brzemienną.
Biegnie do Elżbiety (jak dziś w Ewangelii) 
i do nas wszystkich
przez góry.

Ogłasza światu, że:
,,Bóg uczynił nam wielkie rzeczy", 
że spełnił daną nam obietnicę, 
że Jego „Słowo stało się Ciałem 
i zamieszkało pośród nas". 
A ja - Służebnica Pańska, noszę Je.

Maryja ta Nazaretańska 
jest Królową nieba, mórz i ziemi,
dlatego ma welon niebieski jak niebo, 
płaszcz koloru złocistej ziemi 
i zielonkawą suknię, jak morze.

17 kwietnia 1998 roku 
Ojciec Święty Jan Paweł II
ukoronował Ją subtelnym diademem, 
z gwiazd dwunastu. 
Odtąd wędruje przez wszystkie kraje.
Modlą się przed Nią:
katolicy, prawosławni, protestanci, 
muzułmanie i niewierzący. 
Dziwne.

30 kwietnia 1999 roku 
Pątniczka z Nazaretu 
stanęła w Jasnogórskiej kaplicy - cudnie! 
jak Królewna przy Królowej,
a Ksiądz Prymas 
w uroczystość Matki Boskiej Królowej Polski 
zawiesił Jej srebrne serduszko, od Polaków 
i zawierzył los naszej Ojczyzny, 
Wędrującej Nazaretance.

„Opalona Cudzoziemko, 
Z dwoma warkoczami,
A znasz Ty zapach polskiej lipy,
Z miodem i pszczołami? 
Weź do domu nasze kłosy. 
Z chabrem, z rumiankami...
Gdy będziemy z Tobą w niebie,
Najpiękniejszy Kwiatku Ziemi,
Dokończymy Magnificat 
z Aniołami, ze Świętymi"  (ks. Tymoteusz, z Kalendarza SS. Loretanek na rok 2000).

W sierpniu, 
w uroczystość Matki Boskiej Wniebowziętej
nie sposób nie wspomnieć 
jeszcze jednego Pielgrzyma,
który wędrował przez naszą Ziemię
i mówił nam: Dzieci moje, miłujcie się!
Bóg jest miłością!

Płakaliśmy, śpiewaliśmy, 
krzyczeliśmy z radości.
Dzieciaki z Nim rozmawiały 
jak przyjaciel z przyjacielem. 
Zdawało się nam, że to teraz
odmieni się oblicze Tej Ziemi, 
że już „przyjdą nowi ludzie
jakich dotąd nie widziano" (por. Z. Krasiński), 
że to „z naszych ramion, czy tak, czy siak, 
wyrośnie Polska wolna jak ptak" (por. K. K. Baczyński).

O nie, Krzysiu Baczyński, 
jeszcze się długo nie spełnią 
Twoje słowa.
Nie!

,,No cóż, należymy do narodu,
którego losem jest 
strzelać do wroga z brylantów" (St. Pigoń).

Jeśli prawa nam nie staje, 
to jeszcze zostało przecież sumienie. 
Co winien ten, 
który daje mi chleb z polskiego pola,
a dziś nakryli mi go kirem. 
Mój ojczysty chleb niechciany! 
Zapomnieliśmy już ,,do kraju tego, 
gdzie kruszynę chleba
podnoszą z ziemi przez uszanowanie,
dla darów nieba, tęskno mi, Panie" (C. K. Norwid - Moja Piosenka) 
Mnie też jest tęskno.

„Polacy...
Nazwijcie wreszcie Polskę - Polską, a nie krzywdą, 
a miłość miłością". (K. K. Baczyński)
 
Modlił się Ojciec Święty w Radzyminie
tam, gdzie poległ ksiądz Skorupka, 
pośród snopów nie zebranych,
w sierpniu, przy miedzy. 
To na jego zawołanie:
Za Boga i Ojczyznę!
Stał się cud.
Dobrze, iż Polska zbudowała Mu pomnik.
Wreszcie!
„Im jedna szarża - do nieba wzwyż
i jeden order nad grobem krzyż"... 
„Czy nam postawią, z litości chociaż"... (K. K. Baczyński)

Przecież Krzysztof Baczyński, którego wiersze cytuję
zginął mając 23 lata,
największy z poetów minionego stulecia,
a jego żona Basia zginęła 
będąc w trzecim miesiącu ciąży.
Wyśnili sobie dziecko,,całe czerwone od krwi".

O Wniebowzięta,
o Powstańcza,
o Pielgrzymkowa!
"Nagnij pochmurną broń naszą, 
Gdy zaczniemy walczyć miłością". (K. K. Baczyński)

I jeszcze.
Gdy oglądaliśmy zaćmienie słońca 
my ludzie z wiedzą XXI wieku, 
zachowywaliśmy się jak tam z czasów, 
"gdy słońce było bogiem" (J. Parandowski).
 
Nie interesują mnie zdania wróżek, wróżbitów,
przepowiednie sekt, 
ale nie jest mi obojętne zdanie z ewangelii, 
że na końcu czasów:,,Słonce się zaćmi (samo) 
i księżyc nie będzie świecił". (por. Mk 13,24)

Wiem, że tak będzie, na pewno, 
bo to powiedział Pan.
Kiedy to będzie?
Nie wiem! 
I nie chcę wiedzieć!

Gdy czytałem dziś ewangelię o Zwiastowaniu 
i o Nawiedzeniu Świętej Elżbiety przez Matkę Bożą, 
to jest jedno zdanie,
które czyni mi wciąż niepokój: 
,,Duch Święty zstąpi na ciebie 
i moc Najwyższego Cię zacieni". (Łk 1,35)

Jak to jest z tym zaćmieniem, zaciemnieniem? 
Pomógł mi trochę w zrozumieniu tej tajemnicy 
Roman Brandstaetter swoim opisem Zwiastowania. Pisze o tym tak:
,,Miriam wyszła przed dom.. 
Usiadła przy drodze w pełnym słońcu.
Spojrzała w czyste niebo, 
błękitne, bez żadnej chmury...
Nagle poczuła na sobie cień, 
który ją coraz szczelniej otulał.
Otworzyła oczy i spostrzegła,
że pada na nią cienista smuga... 
Przecież na niebie nie było żadnego obłoku,
a mimo to cień padał od obłoku, 
sam cień był obłokiem...
cienisto obłocznym JESTEM, 
który wpłynął w krew Miriam...
aż do ostatnich granic Jej jestestwa...
Co Ci jest, Miriam?
Po Jej wargach i powiekach 
przesuwał się fioletowy cień" (R. Brandstaetter - Jezus z Nazaretu)
To ten Obłok,
który prowadził Izraelitów w czasie dnia 
i słup ognia,
który prowadził ich nocą.

Bardzo mi się podoba 
witraż w świątyni mojej parafialnej. 
Mówię to w Święto Wniebowziętej. 
Wniebowzięta jest w krakowskim stroju 
i we wianku z sierpniowych kwiatów.

Lubię taką Wniebowziętą.
„Bo moja matuś tak się stroiła. 
Dlatego kocham te stroje 
krasne i czyste, piękne i proste proste 
jak życie jest moje".

Poświęcę z radością i wzruszeniem 
Wasze wieńce i Wasze wianki
z polskich kwiatów 
i ten snop z kirem.
Może będzie dla kogoś wyrzutem sumienia. 
A to wszystko Wniebowziętej w podzięce.

I jeszcze wrócę do swojego domku na wsi, 
blisko taty i mamy kochanej,
którzy w Niebie już są 
od dawna przy Jej boku...
Z okna mojego widać daleko,
Ciebie, Matuchno kochana,
jak stoisz i parzysz z miłością i troską, 
w znaku fatimskiej Figury.
Wniebowzięta jest naszą patronką 
i opiekunką.

Więc wszystkich nas, 
o, Matko Boska Wniebowzięta,
Weź w swoją obronę...
Amen.


                               Copyright by Ks. Tymoteusz


sierpnia 11, 2023

Jezus chodzi po jeziorze - Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!

sierpnia 11, 2023

Jezus chodzi po jeziorze - Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!

Słowo Boże na dziś

Niedziela, 19 tygodnia Okresu Zwykłego
Mt 14, 22-33
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?» Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym». 
.

Refleksja nad Słowem Bożym


Dzisiejsza Ewangelia ukazuje wspaniałe zawierzenie Piotra Jezusowi. Jest w tym coś fascynującego: mimo strasznej burzy, nie boi się opuścić łodzi i iść do Jezusa. Gdy tylko Go poznał, z właściwym sobie zapałem reaguje: “Panie, jeśli Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po falach”, a Jezus natychmiast rozkazuje: “Przyjdź!” Piotr wychodzi z łodzi i kroczy po wodzie, jak po twardej grudzie. Zawierza całkowicie Jego słowu. Kiedy jednak już przebył połowę drogi, wtedy nagle zwątpił, i przyszła pokusa – widocznie spojrzał na swoje stopy i w obawie, że oto znajduje się nad głębiną, dojrzał ruch fal – doszło do głosu codzienne doświadczenie, i w tej chwili zwątpił w moc Jezusowych słów, o czym dowiadujemy się chwilę później – Jezus ujmie go za rękę ze słowami: “Dlaczego zwątpiłeś człowieku małej wiary?” Kiedy zaczął tonąć, nie próbuje się już sam ratować, lecz woła: “Panie, ratuj mnie bo ginę”. W ten sposób wyraził swoją głęboką wiarę i ufność, jakby pragnął powiedzieć Jezusowi, że mimo chwilowego zwątpienia jednak nadzieję pokłada w Nim, w Jego słowie. Zawierzył i nie doznaje zawodu. Bezpieczna dłoń Jezusa przynosi mu ratunek.
Taka postawa, jak św. Piotra, powtarza się nieraz i w naszym życiu. Każdy z nas przeżywa trudne chwile i wydarzenia, które niszczą i odbierają siły; ogarnia nas często niepokój, zniechęcenie, czujemy się przygnieceni przez los, buntujemy się, wydaje się, że jesteśmy jak Apostołowie na łodzi, do której wlewają się strugi wody i grożą zatopieniem. I w takich chwilach może pytamy z wyrzutem: Boże, dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego to moje życie jest takie trudne, pełne cierpienia? Dlaczego mnie, Boże, opuściłeś? Takie wyrzuty może stawiamy Bogu, gdy przyszła nieuleczalna choroba, gdy naszych bliskich, przyjaciół spotkało jakieś nieszczęście, gdy zawodzą wszelkie ludzkie starania. Co więc w takiej sytuacji czynić? Jak się ratować? Chyba jeden jest ratunek wtedy: wyjść na spotkanie Pana i zawołać z głębi serca: Panie, ratuj, bo ginę; Panie, ratuj, bo ginie mój mąż, moja żona, mój syn, moja córka, mój przyjaciel. Trzeba podjąć szczerą pokutę i modlitwę o łaskę ratunku. Taka modlitwa jest pełna mocy. Ona jedynie może przynieść pokój, pewność i zaufanie. Przecież dla Boga nic nie jest możliwe; przecież jest to dłoń Tego, który woła: “Nie lękajcie się, odwagi, Ja jestem”. Stań więc przed Bogiem i wołaj z ufnością, a On na pewno cię nie zawiedzie. Uczyń tylko ku Niemu krok wiary, a On podejdzie blisko do ciebie.
Po drugie, uwierzcie, że nie wszystko jeszcze stracone. Choćby ciebie lub twoich bliskich spotkało wielkie nieszczęście, uwierz, że trudne doświadczenia, które przeżywasz, mogą stać się dla ciebie łaską i błogosławieństwem. Dzięki temu doświadczeniu pogłębi się twoja wiara, rozpali się nadzieja, a te trudne chwile, które przeżywasz, mogą cię zbliżyć do Chrystusa. A to już w dużej mierze zależy od twojej postawy. Przez te doświadczenia możesz jeszcze skuteczniej zbliżyć się do Boga, po warunkiem, że Mu zaufasz, że nie ulegniesz pokusie zniechęcenia i załamania. I to chyba jest najważniejsze, by nie ulec zniechęceniu w takich trudnych chwilach.
Błogosławiony Michał Kozal lapidarnie ujął jeden z tragicznych skutków groźnej choroby ducha, jakim jest zwątpienie i często powtarzał: “Wątpiący, zniechęcony, załamany człowiek staje się, mimo woli, sojusznikiem szatana”. Każda sekunda zwątpienia jest klęską. Człowiek przez swoją małoduszność: ja nie potrafię, ja nie chcę – oddaje się w ręce szatana. Jak długo się zmaga, tak długo szala zwycięstwa może być przeważona na jego stronę. Gdy w jego sercu zrodzi się zwątpienie, następuje klęska, wada otrzymuje sojusznika i dlatego ponosi zwycięstwo. Człowiek ciągle musi się zmagać, bo wielu wrogów czyha na moment jego słabości, na chwilę zwątpienia i załamania. W każdym z nas jest wiele wad, i zwycięstwo nad nimi w wielkiej mierze jest uzależnione od wiary w siebie i łaskę Bożą. Trzeba każdemu z nas, w obliczu tych zagrożeń, wielkiej wiary, by nie tylko ocalić siebie od zniechęcenia i załamania, ale też naszych bliźnich, którym trzeba dać świadectwo głębokiej wiary, że tylko Jezus przynosi wybawienie ze wszystkich naszych nieszczęść, w jakie popadliśmy wskutek naszej nędzy, winy czy też na wskutek złośliwości innych ludzi; tylko Jezus gwarantuje zwycięstwa nad wszelkimi wrogami, uzależniając je jednak od mocy naszego zawierzenia. Ta moc zawierzenia czyni człowieka niezwyciężonym.
Chrystus dziś chce nas wyleczyć z choroby zwątpienia; pragnie nas przekonać, że nigdy nie wolno stać się sprzymierzeńcem szatana. Kościół, wzywając nas do głębokiej wiary i zawierzenia bezgranicznego Chrystusowi, zwalcza zwątpienie, jako jedną z najgroźniejszych chorób ludzkiego ducha. Prośmy dzisiaj Jezusa obecnego pośród nas, aby nas ustrzegł od tej choroby zwątpienia, i prośmy o łaskę głębokiej wiary i bezgranicznego zaufania Jezusowi w każdej chwili naszego życia.

 Refleksja modlitewna

Pewnie i ja bym się bał, gdybym zobaczył Ciebie kroczącego po jeziorze.
Trudno byłoby tak po prostu uwierzyć, że to Ty.
Takie już mam bojaźliwe serce.
Ale dzisiaj pragnę usłyszeć, jak mówisz do mnie: 

To Ja jestem, nie bój się.
Nie musisz się bać, gdy Ja, twój Pan, jestem blisko.
Zawsze wyciągnę do ciebie rękę, uratuję cię z największej otchłani grzechu.
Zawsze będę szedł do ciebie po falach twojego wzburzonego czasami życia.
Obyś tylko Mnie zauważył i usłyszał: «To Ja jestem»”.

„On zaś rzekł do nich: To Ja jestem, nie bójcie się!”(J 6,20)
Tyle rzeczy ich przerażało.
Bali się szalejącej na jeziorze gwałtownej burzy.
Przerażał ich fakt, że w tej trudnej chwili Jezus pozostawił ich samych.

I wreszcie przerazili się niespodziewanie widząc Mistrza, kroczącego po wzburzonych falach.
A On rzekł: „Nie bójcie się!” i nagle ich niepokoje gdzieś znikły.
I mnie często przeraża wiele rzeczy i niespodziewanych sytuacji.
Przeraża mnie nieraz myśl, że nie podołam zadaniu, które stawia przede mną nadchodzący dzień.

Czuję się niepewnie słysząc w mas-mediach o szerzącej się w kraju przestępczości.
I wtedy – jak w czytanym dziś ewangelicznym opisie – zjawia się Jezus ze swoim uspakajającym: „Nie bójcie się!”
Wystarczy nieraz krótka chwila modlitwy, czasami konieczna jest Eucharystia, aby wrócił znowu spokój i abym znowu widział świat na różowo.
Jezus naprawdę jest ze mną zwłaszcza w trudnych chwilach mego życia.
On mnie naprawdę nigdy nie opuszcza.
Chwała Mu za to!

sierpnia 11, 2023

19. Niedziela Zwykła (A) - Moc wiary

sierpnia 11, 2023

19. Niedziela Zwykła (A) - Moc wiary

Żywioły takie, jak woda, siła wiatru, ogień, trzęsienia ziemi, potężne burze, tajfuny i cyklony - zawsze budziły lęk w człowieku. Człowiek od zarania dziejów zmagał się z żywiołami i siłami przyrody. Mimo wielkiego postępu - jak dotychczas, nie znalazł takiej siły, w której mógłby się oprzeć tym żywiołom. Nie ma takiego statku, który oparłby się wielkiej nawałnicy morskiej. Z żywiołem nie było i nie ma żartów.
 
Poganie często sądzili, że Bóg jest obecny w burzy, błyskawicy lub trzęsieniu ziemi: stąd czcili bogów słońca, ziemi, morza, wiatru. Już prorok Eliasz, żyjący w ósmym wieku przed Chrystusem, utwierdzał wiarę w jednego Boga, Stwórcę nieba i ziemi. "Pan nie był w wichurze, Pan nie był w trzęsieniu ziemi i w ogniu", nie utożsamia się z siłami przyrody, jest nad materią, ale jest wszędzie obecny. I Eliasz doświadczył tego, że Wszechmocny może być obecny "w łagodnym powiewie wiatru". Co więcej, jest to najczęściej stosowany przez Boga sposób obecności Jego majestatu w naszym życiu: kochająca i milcząca Obecność.

Można by się zapytać: "Kim jestem wobec Ciebie, Boże?" Artysta Michał Anioł na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej przedstawia palec Boży Stwórcy wyciągnięty ku chwiejnej dłoni pierwszego człowieka. Wyraża tym samym głęboką prawdę o wyjątkowym miejscu człowieka w dziele stworzenia z miłości. Jedynie człowiek, ten z fresku Michała Anioła, jest zdolny poznać swojego Stwórcę, jest w stanie odkryć i zrozumieć prawdę: prawdziwie - to jest mój Ojciec.

Przestać być człowiekiem to wielka przed Bogiem Stwórcą i przed ludźmi odpowiedzialność. Człowiek, który wyrzeka się tego, co jest w nim święte, który zamazuje w sobie obraz Boga, czyni się niezdolnym do tego, by po prostu być człowiekiem. Człowiek, który rezygnuje z prawdy o sobie zakorzenionej w Bogu - Stwórcy i Tajemnicy Chrystusa, zgadza się na niewolę, poddaje się wszystkim anonimowym determinacjom Kosmosu. Łatwo jest wtedy usłyszeć „małej wiary, czemuś zwątpił".

Wątpiącemu Piotrowi i zalęknionym uczniom daje Jezus nowy znak sprawia, że wiatr cichnie i ustaje burza na jeziorze. W ten sposób Jezus objawił swoją władzę nad żywiołem morskim, nad wiatrem przeciwnym i groźnymi falami. Jak Bóg Ojciec z Kaplicy Sykstyńskiej, tak Jezus na Jeziorze Genezaret wyciąga rękę i ratuje Piotra: „Małej wiary, czemuś zwątpił"... usłyszy naganę, gdyż siła wiatru była większa niż jego wiara, a zwątpienie pogrążyło go w wodzie. Zwątpienie podcina skrzydła i usuwa grunt spod nóg dlatego tak niekiedy ciężko jest człowiekowi wątpiącemu dojść do Boga. Pozostaje nam tylko wołać: „Panie, ratuj mnie!".

Doświadczenie Piotra wskazuje, w jaki sposób Bóg wychowuje nas do dojrzałości w wierze. Bywa niekiedy tak, że nasz postęp w wierze dokonuje się w naszym życiu w sytuacji granicznej, która wzywa nas do wzniesienia się ponad to, co ludzkie. Sytuacja Piotra może stać się i naszym udziałem. I nam może Pan kazać wyjść z życia spokojnego, bezpiecznego i niezagrożonego. Drogi Boże nie zawsze są ludzkimi drogami, nieraz prowadzą daleko poza granice, do których przyzwyczaiły się ludzkie oczy i ludzkie nogi. Wezwanie Boże może wykraczać poza doczesne struktury, może rozsadzać struktury i układy, do których przywykliśmy. I tu rodzi się niekiedy nasza małoduszność i niezrozumienie Bożej woli. Taka mała stabilizacja życiowa. Ludziom wystarcza ulica, stadion, dom... Przeraża mnie, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i wszystko staje się koniecznością. Przeraża mnie, że można się przyzwyczaić do przelewu krwi, do procesów, głodówek, protestów, nałogów, kłamstwa i demagogii. Przeraża mnie taki stan, który staje się również przyzwyczajeniem. Natomiast wierzę w sens działania, pisania, niesienia otuchy, nadziei, gestu i wiary.

Kto nie ma wiary, nie przetrzyma burz, które przynosi życie. Niewierzący i nieszczęśliwy Nitzsche powiedział o niektórych współczesnych mu chrześcijanach:"Nie robią wrażenia, że są dostatecznie zbawieni". Nie widział mocnej wiary u chrześcijan, wiary mocnej i niezłomnej także w czasie burz. "W pomyślności łatwo jest dobrym być, w cierpieniu dają się poznać junacy" - powie poeta.

Gnębi nas kompleks Syzyfa. Jak długo jeszcze przyjdzie nam zaczynać od nowa. Tak jest z wiarą. Czasem jest potrzebny krzyk o ratunek wiary, szczególnie w gąszczu rozpaczy po stracie osób najbliższych, po ludzkich katastrofach, po moralnych krzywdach - jest potrzebny krzyk o cud, o ratunek. Chrystus zna moje niepokoje i te ścieżki i do wołających o litość powie: "niech wam się stanie według waszej wiary".

Wiara jest także, a może przede wszystkim zawierzeniem, wiernością Bogu, którego istnienie raz się uznało; wiernością Jego Słowu i naszemu oddaniu się Jemu. Jest to wierność w każdej chwili. To życie liczące się z Bogiem świadczy o tym, że moja wiara jako wyraz osobistej decyzji jest postawą całej osobowości, a nie tylko zewnętrznej deklaracji. Obserwując życie chrześcijan możemy zaobserwować pewne trud
ności naszej wiary. 
 
Wiara dlatego jest trudna, bo wymaga od nas: po pierwsze -  uznania czegoś czego nie można dotknąć. 
Ale to nie jest największa trudność. Wiara nasza ma największy słaby punkt, ponieważ zabiera za młodu mnie ludzki czas. A człowiek dzisiejszy jest skąpcem. I skąpstwem czasem obejmuje wszystko - Boga też. Dlatego są trudne praktyki religijne, bo nam się wydaje, że za znak krzyża, którego kiedyś nauczyła matka, trzeba teraz płacić haracz Panu Bogu i że Pan Bóg ma różne sposoby na opornych. Więc lepiej na wszelki wypadek być w porządku z Panem Bogiem. I zaczyna się wiarę traktować jako kontyngent, oddanie zboża dla państwa. Tak rozumie wielu ludzi. W Stanach Zjednoczonych rodzimy katolik uważa się w porządku, jeśli odda tamtejszemu proboszczowi czek na akcje charytatywne i skwitowana sprawa między mną a Panem Bogiem. Jakaś gwarancja zbawienia jest. A rodzimy katolik znad Odry i Wisły wykroi z ogromnej płachty rocznego czasu kilka godzin na Pasterkę, Rezurekcję i kiedyś tam jeszcze i odda systemem ratalnym Panu Bogu. Gdzież tu jest mowa o moim spotkaniu z Bogiem, o przylgnięciu do Niego.

Jeszcze inna trudność wiary naszej to wymaganie moralne. To trudne, nie wolno ci, nie wypada, nie godzi się i człowiek się zżyma i człowiek by wolał jakąś swoją drogą pójść. Taka jest niekiedy reakcja człowieka na Boże wymagania. Nie to, że nie wierzę, mnie się nie chce wierzyć. To zbyt trudne, zbyt wymagające.

Zresztą czy to nie przypomina słynnego Sienkiewiczowskiego "Quo vadis" - kiedy to Sienkiewicz wkłada w usta Petroniusza bardzo znamienne słowa. Otóż Winnicjusz zwraca się do Petroniusza, pełen zachwytu i entuzjazmu jak wspaniała jest religia chrześcijańska, że ty taki inteligentny i światły na pewno ją przyjmiesz. A Petroniusz odpowiada spokojnie i cynicznie: ja, ja jej nie przyjmę, choćby w niej tkwiła prawda i mądrość zarówno ludzka jak i boska. To wymagałoby trudu, a ja nie lubię się trudzić. To wymagałoby wyrzeczeń, a ja nie lubię niczego w życiu się wyrzekać.

Powiedzmy sobie szczerze: jesteśmy wszyscy dziećmi swojego wieku. Jesteśmy narażeni na jedną wielką chorobę - chorobę łatwizny życiowej, pójścia po linii najłatwiejszego oporu przez życie. Wiara nasza dlatego, że jest trudna, jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Zagraża jej wysoka fala. Tylko trzeba wiedzieć i ciągle wierzyć, że na tych wysokich falach od dwóch tysięcy lat stoi Chrystus. I nasze Credo nie może być wyizolowane z życia, nie może być zamknięte w świątyniach (to nie te czasy). Nie można z Chrystusa uczynić tylko pięknej postaci historycznej, którą z sentymentem wspominamy, ale która już nie jest obecna w aktualnym życiu. Ludzie z barokowego kościoła zepchnęli Chrystusa z naszego życia do historii... aby wejść tanio do Europy... A chrześcijanin, ubolewa, popłacze do następnej niedzieli...

Otóż Chrystus wchodzi w rzeczywistość. Przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o swoim Ojcu. Nauczyciel nie jest daleko. Nie zostawi nas samych w walce z falami zła. Twoja wiara musi być wiarą żywą, wiarą podobną do tej, która prowadziła Piotra do Jezusa. Sam musisz wybrać Jezusa jako Mistrza twojego życia. Im bardziej odczuwasz burzę dziejów, która się przewala przez ziemię, tym bardziej zdecydowanie masz wyciągnąć rękę do Pana i mówić: „Każ mi przyjść do Ciebie!. Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!". Amen!





Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger