Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus lekceważony w Nazarecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus lekceważony w Nazarecie. Pokaż wszystkie posty

lipca 06, 2024

14. Niedzela Zwykła (B) - On jest wśród nas!

lipca 06, 2024

14. Niedzela Zwykła (B) - On jest wśród nas!


Czy nigdy nie zaświtała wam, Bracia i Siostry, taka myśl - marzenie: szkoda, że nasze życie nie zostało zaplanowane przez Stwórcę w czasach współczesnych Jezusowi z Nazaretu. Bo może się nam wydawać, że gdybyśmy spotkali osobiście Pana Jezusa, gdy wędrował po Galilei, Samarii i Judei, i mogli usłyszeć jego głos, i ujrzeć go z bliska, i spojrzeć Mu w oczy, i dotknąć jego płaszcza jak kobieta z tłumu, to łatwiej byłoby przyjąć jego we­zwanie, po prostu łatwiej zawierzyć jego słowu.

Ale to się tylko nam wydaje. Wiemy przecież, że wielu było tych, co Jezusa słuchali osobiście i mogli mu spojrzeć w oczy, a nie przyjęli jego nauki. Nawet w grupie uczniów byli tacy, co głośno oświadczali: Twarda jest jego mowa, nie można jej słuchać. I odchodzili.

O tym trudnym zadaniu proroka, człowieka mówiącego w imieniu Boga, opowiadają nam wybrane fragmenty Pisma w dzisiejszej liturgii.

Ezechiel posłany do synów Izraela był realistą. Mocno stał na nogach. Nie miał złudzeń. Będzie mówił do ludu o bezczelnych twarzach i zatwardziałym sercu. Małe są szanse, że go usłuchają. Ale będzie mówił, przypominał prawo Boże, żeby przynajmniej wiedzieli, że Bóg o nich nie zapomniał.

Jak boleśnie przeżywał swoje powołanie św. Paweł. Skarży się dzisiaj w 2 Liście do Koryntian. Spotykają go zagrożenia podwój­ne. Przeżywał wewnętrznie pokusy niejasnego pochodzenia. Po­nadto ciągle mu groziły prześladowania zewnętrzne. Czuł boleśnie swoją bezsilność. I chyba w końcu zrozumiał: Ilekroć niedoma­gam, tylekroć jestem mocny. Apostoł otwiera się pokornie na zwy­cięską łaskę Chrystusa. On uczony faryzeusz i wymowny nauczy­ciel wie, że jest tylko narzędziem w ręku Boga.

W tym samym nastroju przeżywamy fragment Ewangelii. Święty Marek opowiada o niepowodzeniu Jezusa wśród swoich ziomków i krewnych. Znali go od dzieciństwa. Słyszeli o jego suk­cesach w innych stronach. A kiedy przyszedł do nich, do Nazaretu, okazało się, że właśnie powiązania rodzinne stały się powodem oporu. To dla samego Jezusa było zaskoczeniem. Dziwił się ich niedowiarstwu, nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, kilku chorych tylko uzdrowił. Opuścił Nazaret, sąsiednie miasto Kafarnaum uznał za swoje, bo tam został przyjęty. Jego słowo rozbrzmiewało wszę­dzie, gdzie znalazł życzliwych słuchaczy.

Kiedy w roku 1965 zebrał się II Sobór Watykański, to pierw­szym problemem, którym się zajął, była Liturgia", regularne spo­tkania w dzień Pański tych, „co przyjęli mowę Piotra", zostali ochrzczeni, trwają w nauce Apostołów i w uczestnictwie łamania chleba i w modlitwach... chwaląc Boga i zyskując łaskę u całego ludu (por Dz 2,41-42).

W tych zgromadzeniach widzi Sobór przedłużenie obecności Chrystusa, który chociaż wrócił do Ojca i siedzi po jego prawicy, to jednak spełnił swoją obietnicę: „Jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata" (Mt 28, 20).

ON, Jezus Chrystus, jest obecny w swoim Słowie, albowiem gdy w kościele czyta się Pismo święte, wówczas On sam mówi. Jest obecny, gdy Ko­ściół się modli i śpiewa psalmy, gdyż sam to obiecał: „gdzie dwaj albo trzej są zgromadzeni w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18, 20; por. Konstytucja o świętej liturgii, 7).

W ten sposób przygotowujemy się do przyjęcia świętych zna­ków eucharystycznych, które są żywą i realną Jego obecnością.

Należy słuchać dobrze, co nam jest głoszone jako przygotowa­nie do Komunii świętej, z powtarzającym się upomnieniem.: „Oto słowo Boże, oto słowo Pańskie".

Co to znaczy: słuchać dobrze? Zakładamy, że nasz duszpasterz zadbał o to, aby nagłośnienie było sprawne, żebyśmy mogli usiąść, bo słuchać można z uwagą, gdy nam nogi nie wrastają w posadzkę. Lektor czytający Pismo nie jest z łapanki i umie czytać trochę le­piej, niż go pani nauczyła w szkole podstawowej. A ponadto jest świadomy tego, że czyta słowa święte. Wtedy trzeba zamienić się w słuch w przekonaniu, że te święte teksty są przeznaczone dla mnie: „Mów Panie, bo słucha sługa Twój".

Bo wśród tych tekstów skierowanych do całego ludu Bożego jest także choć jedno zdanie, jedno słowo skierowane do mnie. Mam być tak uważny, bym go nie przeoczył.

Co miesiąc ilustrowany dodatek do Tygodnika Katolickiego stawia zawsze te same pytania: „Powiedz, jak to jest z twoją reli­gijnością?" Czy czytasz chętnie Pismo święte? Co ci się podoba w Kościele, co się nie podoba? Jakich lubisz świętych? Kogo uwa­żasz za ważną postać z historii Kościoła? A kogo w czasach współczesnych?

Wśród tej serii pada też pytanie: „Czy uważasz, że jest sprawą ważną, aby w każdą niedzielę przychodzić na Mszę świętą?"

Odpowiedź na to pytanie w jednym z numerów czytamy: „Tak, to jest bardzo ważne". „Nie możemy żyć bez świętowania dnia Pańskiego". Ta zasada pochodząca z czasów pierwszego Kościoła uzmysławia nam, że żyjemy jako chrześcijanie nie stawiając na własne siły, ale na mocy Jezusa Chrystusa. Być chrześcijaninem, uczestniczyć w Eucharystii, istnieć jako Kościół, to są pojęcia nierozdzielne. Przykazanie świętowania niedzieli jest zewnętrznym wyrazem wewnętrznej potrzeby" (CiG im Bild, VI, 2003).

Jak długo będzie to dla mnie sprawa ważna i będę strzegł, aby miejsce moje w kościele nie było puste, gdy się za mnie Pan Jezus ofiaruje i modli, jak długo otwieram się na słowo natchnione przez Boga, aby nie spadło na ziemię, ale bym je osobiście przyjmował jako dobre ziarno, tak długo jest nadzieja, że mi się życie nie po­płacze, bo trwam we wspólnocie, która się ze mną i za mnie ciągle wstawia do Boga. A ja jestem tą ewangeliczną, nie nazwaną z imienia kobietą, która wiedziała na pewno: Tylko On, Jezus z Nazaretu, może mi pomóc. Bylebym tylko do Niego dotarła.

Ja także, wiem to samo i świadom jestem słabości. I nikt mnie z niemocy nie uleczy, tylko Ten, który jest moją mocą i zbawie­niem moim. Mam tylko być stale niedaleko, na wyciągnięcie ręki. A On zawsze w czasie Najświętszej Ofiary zawsze jest blisko. Jest wśród nas. To nie jest nasze marzenie. To jest Jego decyzja.

Jeden Ewangelista donosił nam dziś, jakie kłopoty miał Pan Je­zus z własną rodziną, druga opowiada też o innym także rodzinnym epizodzie. Jezus naucza. Otoczony jest tłumem słuchaczy. Ktoś mu przerywa, bo sprawa wydaje się ważna: Matka twoja i bracia stoją na dworze. Chcą się z tobą zobaczyć. A Pan Jezus na to: „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wy­pełniają je" (por. Łk 8, 19-21).

A zatem: Czy dostrzegam w Jezusie Boskiego Nauczyciela, który chce przekazać mi mądrość niezbędną do właściwego przeżywania codzienności? Jaka jest moja relacja do Słowa? Czy noszę w sobie pragnienie nie tylko słuchania go, ale i wprowadzania w życie? Czy mam świadomość, że moje otwarcie na Słowo czyni ze mnie członka rodziny Jezusowych uczniów?


lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Jak być prorokiem w naszych czasch?

lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Jak być prorokiem w naszych czasch?

Drodzy Bracia i Siostry! W tę dzisiejszą wakacyjną niedzielę, pomimo wyjątkowo ciężkiej pogody, która tak bardzo się nam w tym roku daje we znaki, spróbujmy jednak wspólnie rozważyć przeczytane przed chwilą słowa Jezusa. „Tylko wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony" - mówi Jezus. Jak bardzo te słowa pasują do naszych sytuacji rodzinnych, domowych, zawodowych. Czy nie pamiętamy takich sytuacji, kiedy zbywano nas wzruszeniem ramion, albo milczeniem, kiedy próbowa­liśmy zacząć przy stole rodzinnym rozmowę o Bogu. Ileż to razy nasi bliscy zbywali nas żartem, albo agresją, kiedy próbowaliśmy podjąć poważniejszą rozmowę.

Współcześni Jezusowi powątpiewali o Nim. Chociaż słyszeli o Nim tyle dobrego. Być może niektórzy widzieli cuda, które czynił i słyszeli z jaką mocą przemawiał. A my Jego uczniowie jakże czę­sto jesteśmy mało wiarygodni. Jak mało przekonywujące jest świa­dectwo naszego życia. Zdarza się, że zawodzimy siebie samych i naszych bliskich, brak nam nieraz zwykłej życiowej mądrości. Nie­jednokrotnie nie dorastamy intelektualnie do naszych rozmówców, przewyższają nas swoim wykształceniem i różnymi zdolnościami lub życiowymi osiągnięciami. A nieraz po porostu zawodzimy moralnie.

Co mamy robić? Chcielibyśmy bowiem dzielić się tym darem wiary, który dla nas jest tak ważny i cenny a jednocześnie tak bardzo odczuwamy naszą nieporadność i słabość. Można powiedzieć, że nosimy w sobie pewien rodzaj bólu, że nie potrafimy tej pewności i tej radości naszej wiary przekazać innym, w szczególności swoim najbliższym.

Rodzina, znajomi i przyjaciele patrzą na nas z bardzo bliska i widzą jak na dłoni nasze słabości i nasze grzechy, złe cechy cha­rakteru, złości, brak przebaczenia, brak troski o innych, wszystkie nasze ograniczenia. I kiedy próbujemy z którymś z nich rozmawiać o Bogu, o Ewangelii być może myślą sobie: „Czego on czy ona ode mnie chce? Przecież widzę, jak żyje i jak kiepskie jest to życie. Jeże­li jego Bóg jest tak samo nieudolny i słaby, to ja Go nie potrzebuję". W taki oto sposób bliscy nam ludzie, zwłaszcza młodzi uzasadniają swoją niewiarę.

A nam się wydaje, że świat się wali i idzie ku zagładzie. Bo skoro sprawy dla nas najważniejsze, nadające sens naszemu życiu, dla in­nych się nie liczą, to znaczy, że koniec świata wydaje się być bliski. Popatrzmy jednak na Jezusa. On się nie zniechęcał brakiem wiary swoich bliskich. Dziwił się tylko temu, jak podaje Ewangelia, ale szedł dalej. I dalej nauczał o zbliżającym się Królestwie. Jeśli sam Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu wśród swoich bliskich i świat się nie zawalił, czyż nie powinniśmy i my wyciągnąć z tego nauki dla siebie?

Z pewną pomocą przychodzi nam w tych sprawach święty Paweł. Z jednej strony przyznaje się do tego, że on sam otrzymał ogrom objawień. A czy nam nie została dana łaska poznawania Boga, do­świadczenia Jego bliskości w naszym w życiu? Niejedna z osób tu obecnych i nas słuchających nie ma najmniejszych wątpliwości, że odczuła w różny sposób mniej lub bardziej bezpośrednio bliskość Boga. Mówimy niekiedy: gdyby Bóg nie był blisko mnie, gdyby mnie duchowo nie podtrzymał nie przeżyłbym tego wszystkiego, co mnie spotkało. Wierzymy bowiem, że Bóg jest Bogiem z nami i nas namacalnie dotyka. Przemawia do nas zarówno przez różne zdarze­nia. Przez wymodlone i nieoczekiwane rozwiązania, przez pociesze­nia i oświecenia. Te zdarzenia nieczytelne dla innych są oczywiste i przejrzyste dla nas. A jednocześnie ten sam święty Paweł mówi o tajemniczym, bolesnym „ościeniu dla ciała". Apostoł w sposób otwarty wyznaje, że ten „oścień" go upokarza, „policzkuje", dlatego błaga Boga, aby wyzwolił go z tego trudnego doświadczenia. Pan odpowiada na jego modlitwę. Paweł otrzymuje słowo nadziei: wy­starczy ci moje łaski. Będzie pewny jednego, że to łaska Pana prowa­dzi dzieło zbawienia, a nie jego osobista moc i mądrość. Będzie Apo­stoł dalej gorliwie głosił Jezusa mimo własnych słabości. Co więcej przekona się jak poprzez jego słabości objawia się moc Boga.

Podobnie jest z nami. Możemy prosić Boga, żeby usunął to nasze rozdarcie. Tak bardzo często chcielibyśmy, aby odsunął od nas nasze słabości, abyśmy mogli dać dobre świadectwo o swojej wierze. Rozdarcie jednak pozostaje, bo to jest droga, którą prze­szedł sam Jezus. To jest droga dla nas do przejścia. I jest to droga możliwa do pokonania dla każdego z nas.

Wczytajmy się w dialog świętego Pawła z Bogiem. Paweł nie zatrzymuje tego dialogu z Bogiem dla siebie. Dzisiaj pragnie się dzielić jego owocami z każdym z nas. Byśmy mogli w przyjąć oso­biście i zachować w swoim sercu zapewnienie Jezusa: wystarczy ci mojej łaski... Byśmy mieli odwagę stanąć w prawdzie i zgodzić się, że jesteśmy słabi i grzeszni. A jednocześnie by bliska stała się nam prawda, że moc Bożego miłosierdzia objawia się w naszej słabości. Mamy się stawać autentycznymi świadkami Jezusa nie przez naszą nieskazitelność, ale poprzez nasze codzienne zmaganie się z wła­snymi słabościami. Nasza bowiem wierność Jezusowi i Ewangelii pośród codziennych przeciwności życia może stanowić prawdziwe świadectwo naszej wiary.

Jeżeli będziemy tak jak Paweł, podejmowali jakiekolwiek dzia­łania czy rozmowy w naszym najbliższym otoczeniu, to zarówno nasze słabości jak i reakcje otoczenia nie powinny nas przygniatać. Jezus powiedział Pawłowi: „Moc w słabości się doskonali". Te sło­wa nabierają znaczenia wobec męki i śmierci Jezusa, które okazały się drogą do Jego zmartwychwstania. Wyznaje, że ma upodobanie w obelgach, niedostatkach, prześladowaniach i uciskach. Jest gotów znosić te wszystkie upokorzenia dla Jezusa. I dopiero w tym miejscu zderzamy się z naszym podstawowym problemem: Czy jesteśmy gotowi znieść upokorzenia, pobłażliwe uśmiechy i lekceważenie, w imię Jezusa? Czy jesteśmy gotowi znieść cokolwiek w Jego imię. Czy w jakikolwiek sposób płacimy cenę naszej wiary? Kilka miesię­cy temu w Indiach palono chrześcijanom domy i niszczono dorobek życia. Usłyszeliśmy odpowiedź wielu z nich - nie wyrzekniemy się Jezusa. I może tak należy patrzeć na walący się naszym zdaniem wokół nas świat. Czy rzeczywiście chwieje się w Polsce świat wia­ry? Czy raczej nie upada świat miłego zwyczaju, tradycji z dziada pradziada? Czy raczej nie odchodzi w przeszłość tylko świat powierzchownej religijności, z którą łączy ludzi pewien sentyment. A zostają na polu ci, którzy będą gotowi za nadzieję Dobrej Nowiny zapłacić wysoką cenę. Zdumiewa nas bezsilność Boga wobec ludz­kiej niewiary. Wolelibyśmy może usłyszeć, że Bóg potrafi przeła­mać ludzki opór. Tymczasem słyszeliśmy dzisiaj w pierwszym czy­taniu o ludziach o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach. Dzisiaj jesteśmy świadkami obojętności a nieraz wydaje się, że i ludzkiej bezczelności. Brak wiary towarzyszy ludziom przez poko­lenia i przenosi się z pokolenia na pokolenie.

Stąd tak ważne jest świadectwo każdego z nas. Świadectwo o Bogu, który nadaje człowiekowi sens życia tutaj na ziemi i daje nadzieję na życie wieczne, świadectwo o Bogu, który kocha i jest źródłem najgłębszej radości. To trudno, że świadczymy o Nim tak nieporadnie - ważne jest, żeby ludzie wiedzieli, że prorok jest wśród nich. Jeśli nie przemówimy, Bóg okaże się jeszcze bardziej bezsilny. Objawienie, które Bóg dał nam nie jest przeznaczone dla nas - On nas posłał do innych ludzi.

Tak trudno nam nieraz dostrzec, że Duch, który został nam dany i postawił nas na nogi - jak mówi Pismo - jest Duchem prze­znaczonym dla wszystkich i ma innych również postawić na nogi. Bóg nie żąda od nas rzeczy niezwykłych. Wystarczy, że będziemy wyznawać Go z radością tam gdzie jesteśmy - przykuci do łóżka wieloletnią chorobą, wykonując własne obowiązki, spędzając czas z rodziną. Wyznawać Go nie dlatego, że to my jesteśmy lepsi czy dobrzy, ale tylko dlatego, że On jest dobry i że On nam swoją do­broć okazał. Słowa modlitwy kardynała Newmana, którą Siostry Misjonarki Miłości z Kalkuty założone przez bł. Matkę Teresę odmawiają codziennie po Mszy św. niech i nam pomogą się zwró­cić do Boga z prośbą:

„Panie Boże, pomóż mi roztaczać Twoją woń, gdziekolwiek pój­dę. Napełnij moją duszę Twoim duchem i życiem. Przeniknij i zajmij bez reszty całą moją istotę, aby całe moje życie było tylko promieniowaniem Twojej istoty. Świeć przeze mnie i bądź obecny we mnie w taki sposób, żeby każda dusza, z którą się zetknę, mogła odczuć Twoją obecność w mojej duszy. Niech podniosą wzrok i ujrzą już nie mnie, lecz tylko Ciebie, o Panie! Zostań ze mną, a wtedy zacznę świecić jak Ty, świecić tak, żeby być światłem dla innych. Całe świa­tło, o Panie, będzie pochodzić od Ciebie, i nic z niego nie będzie po­chodzić ode mnie; to Ty będziesz święcił przeze mnie na innych. Pozwól mi zatem chwalić Ciebie w sposób, jaki jest Ci najmilszy -świecąc na otaczających mnie ludzi. Pozwól mi głosić Ciebie bez wygłaszania kazań, nie słowami, lecz własnym przykładem, siłą przy­ciągania, pobudzającym do naśladownictwa wpływem moich czynów, widoczną pełnią mojej miłości, jaką żywię w sercu do Ciebie. Amen".

 

lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Bóg we mnie wierzy, a ja?

lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Bóg we mnie wierzy, a ja?


Trudności w przyjęciu Jezusa

W książce pt. Sam bym tego nie wymyślił (Serafin 2002) znajdujemy opowieść perkusisty Jana Budziaszka z zespołu „Skaldowie” o narodzinach jego wielkiej muzycznej pasji, splecionej z historią polskiego big beatu i jazzu. To także świadectwo przemiany człowieka, który poszedł raz w klapkach na pielgrzymkę i od tej pory zaczął realizować w życiu scenariusz, którego – jak sam twierdzi, nie jest autorem. Jak powiedział o nim jeden z kolegów: „Janek jest znanym i cenionym muzykiem, ale w odróżnieniu od wielu innych, nie tylko konsumuje życie, ale stara się to życie przeżywać od strony metafizycznej i dzielić się tym z innymi. Żyjemy w XXI wieku, ale często odbiegamy od spraw ducha. Janek stara się o tym przypominać ludziom, z którymi przebywa na co dzień”.

Jezus, który przyszedł do synagogi w rodzinnym Nazarecie, stara się przypominać ludziom z narodu wybranego swoje prawdziwe posłannictwo: „Duch Pański spoczywa na Mnie, posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę”. Niestety, te słowa stają się powodem do odrzucenia, ponieważ Jego ziomkowie nie zrozumieli misji, którą zlecił Mu Ojciec Niebieski. Tekst, który czyta Jezus, według żydów miał się spełnić w erze mesjańskiej, lecz mieszkańcy Nazaretu nie widzieli przed sobą ani Mesjasza, ani Jego czasów. Dla wielu nic nie znaczył też fakt, że słowom Jezusa towarzyszą także znaki i cuda potwierdzające Jego wiarygodność.

Jeśli chcemy żyć Dobą Nowiną na co dzień, wcielać w czyn usłyszane słowa, potrzeba nam wiary zakorzenionej w Bogu i Jego Ewangelii. Św. Łukasz mówi, że Jezus nie mógł zdziałać w Nazarecie żadnego cudu, tylko na kilku chorych położył ręce i ich uzdrowił. Cuda są możliwe dla tego, kto wierzy. Wierzyć znaczy powierzyć siebie Bogu takim, jakim się jest. Ze swoimi zaletami i wadami, z dobrą i zła wolą, z tym wszystkim, co nas stanowi. W taki sposób otwieramy się na Chrystusa i przyjmujemy Boża łaskę do naszych konkretnych spraw. Inaczej pozostajemy zamknięci i Bóg nie może w naszym życiu nic uczynić. Gdy brakuje wiary, pojawia się lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Lęk przed życiem, lęk przed drugim człowiekiem, lęk przed odrzuceniem, poczucie niezrozumienia czy lęk przed przyszłością.

Warto w kontekście dzisiejszej Ewangelii zastanowić się, co nam – ludziom żyjącym dwadzieścia wieków po Chrystusie – przeszkadza przyjąć Jego zbawcze orędzie? Co w orędziu Jezusa nas niepokoi? Co wywołuje nasz wewnętrzny opór? W jaki sposób możemy stawać się uczniami i świadkami Jezusa w dzisiejszym świecie? Czy dzisiejsze spotkanie z Jezusem otworzy nasze „oczy wiary” i pozwoli nam zachwycić się swoim chrześcijaństwem? Z tymi i innymi pytaniami chcemy przyjąć deklarację św. Pawła: „Najchętniej więc będę się chełpił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”.

Biada prorokom!

 Przepowiadaniu Dobrej Nowiny towarzyszy sprzeciw. Paweł skarżył się, że policzkuje go wysłannik piekieł, gdy głosi Ewangelię. Ezechielowi towarzyszyła bezczelność i opór mieszkańców Jerozolimy. Jezus został źle przyjęty w synagodze w Nazarecie, gdy przestał mówić wdzięcznym głosem i dotknął wrażliwych miejsc sumień słuchających.

Wielu kapłanów wie, co to znaczy sprzeciw ciemności, kiedy tylko rzetelnie zabierają się do przepowiadania Słowa Bożego. Jest to trudne, gdy po udanych rekolekcjach przychodzi czas poniżającego kuszenia, albo pojawiają się listy z pogróżkami, czy też telefony z oskarżeniami. Takie znaki nie towarzyszą tym, którzy usypiają swoją trzodę nie tylko nudą wypowiedzi, ale amputowaniem ich z prawdy. Prawda jest trudna do wypowiedzenia, a jeszcze trudniejsza do przyjęcia. Najtrudniej znieść jej konsekwencje. Świątynie bywają sypialniami mózgów albo muzeami patriotycznych pamiątek. Każdy człowiek ma w sobie opór olbrzymi jak mur, ukrywający w sobie prawdę. Żyjemy fasadowo, stosując sztukę maskowania. Najlepszym ukryciem jest pobożność, która zdaje się usprawiedliwiać nasze mroczne żądze i grzechy. 

Biada prorokom!  Przyzwyczailiśmy się ukrywać prawdziwe zło i demonstrować imitację dobra. Nauczyliśmy się nie korzystać z usprawiedliwienia Chrystusa, ale sami się usprawiedliwiamy. Tłumaczymy sobie, że musieliśmy, albo że nic się nie stało, albo zwalając winę na innych. Czasem udaje nam się zobaczyć trochę prawdy o sobie, gdy pojawią się uczucia: gdy się zakochamy, albo wybuchniemy nienawiścią. Niekiedy cierpienie objawia nam, że wcale nie jesteśmy tacy szlachetni, za jakich się uważamy. Rzadko kiedy zdarza się, że mamy już dość tego pozerstwa. Zawsze jednak, gdy jest głoszone słowo prorocze, Słowo od Boga, następuje eksplozja poznania, które odsłania nam porażającą panoramę wnętrza. I wtedy, zamiast szukać w sobie skruchy, szukamy winnego. Niewielu ludzi może poszczycić się zdecydowaną uczciwością wobec siebie samych, odpowiedzialnością za swoje mroczne czyny i myśli, uczucia i słowa.

Kilka razy Jezus przez ludzi dał mi do zrozumienia, że jestem zarozumiały. W pierwszym odruchu uzewnętrzniał się mój gniew. Wstrząs prawdy najpierw ranił tych, którzy demaskowali moją dumę. Za każdym razem jednak, kiedy ostatecznie zgodziłem się, naprawdę odczuwałem wyzwalającą ulgę.

Życie przestaje być cudowne, gdy Jezus jest lekceważony. Życie przestaje być do zniesienia, gdy nie znosimy Jezusa i Jego nauki. Liczba gejów w procesji adorującej pośladki bywa większa niż liczba mieszkańców Sodomy, a przecież Bóg nie oszczędził Sodomy. Cudzołóstwo szerzy się, raniąc małżeństwa w coraz większym stopniu, a przecież Bóg umiłowanemu Dawidowi nie przepuścił grzechu z Batszebą. Aborcje wcale nie ustępują, a przecież wielu pierworodnych Egipcjan umarło w jedną noc, za zabijanie dzieci izraelskich. Dlaczego nie dotyka nas jeszcze sąd? „Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9).

Bóg jednak wierzy we mnie

Miłość Boga idzie nawet tam, gdzie spodziewa się odtrącenia. Czy sieje się ziarno na drogę? Czy opuszcza się niebo dla tych, którzy wyganiają za mury miasta? Czy porzuca się 99 owiec dla jednej szukającej zguby? Czy dotyka się z miłością tych, którzy mogą zarazić trądem? Czy odpuszcza się grzechy tym, którzy nawet nie potrafią ich wyznać? Czy przyjaźni się z najgorszymi, gdy z tego powodu zdobywa się opinię żarłoka i pijaka? Czy ofiaruje się życie wieczne tym, którzy pozbawiają doczesnego? Czy kocha się tych, którzy się zaparli?

Jezus dziwił się niewierze mieszkańców Nazaretu, ja się dziwię Bogu, który bardziej w nas wierzy, niż my w Niego. Intryguje niewiara najbliższych. Również nas stawia w świetle kłopotliwego pytania: czy ufamy Jemu totalnie, czy też stagnacyjna religijność pozbawiła nas spontaniczności wiary? Zdumienie mieszkańców Nazaretu nie stało się zawierzeniem Jezusowi, ponieważ zbyt dobrze znali Jego rodzinę, Jego dzieciństwo i młodość. Jezus manifestuje w sobie nieobliczalną miłość do ludzi i to jest niezwykle podnoszące na duchu. Życie udowadniało nam zapewne setki razy naszą niegodziwość. A On kocha. Ezechielowi każe prorokować wśród tych, o których wie, że i tak nie posłuchają. Pawłowi daje siłę, by w słabościach i odrzuceniu przygarniał z mocą zagubione dusze do serca Boga. Sam wędruje tam, gdzie nie znajduje wiary. Prorokowanie to bardziej przekonywanie o miłości Boga niż przewidywanie przyszłości.

Być może sam jestem słaby, a nawet bezsilny, ale jakże mi to dodaje otuchy i przynosi ulgę, że Bóg we mnie ciągle wierzy! Być może nie ma we mnie ani westchnienia miłości do Niego i do nikogo, a nawet do siebie. Tym bardziej jednak zdumiewa mnie Jego czuła miłość! Absolutnie nic nas nie może odłączyć od miłości Bożej. Niekiedy ciężko jest nam stawić czoła samym sobie, ponieważ nie znajdujemy niczego godnego miłości w sobie i wydaje nam się, że Bóg mógłby pokochać każdą istotę, oprócz nas. Ale to tylko iluzja. Bóg JEST miłością, a nie BYWA miłością. Potrzebna jest nam nie szlachetność bohatera, tylko wiara.

Jedynie brak wiary uniemożliwia Mu dotarcie do naszych serc, a nie nasza nędza. Jestem przekonany, że Paweł nie był wcale lepszym człowiekiem niż ja, ani Piotr nie był pobożniejszy niż ty. Jedyne, co może nas różnić od nich, to wiara, którą wierzyli w miłość Jezusa. Jeśli chcemy, by miłość Boga wyprowadziła nas z lochów smutku i niezadowolenia z siebie, potrzeba nam modlitwy wdzięczności za miłość. Możemy ją nazwać wielbieniem Go albo oddawaniem Mu chwały. Wtedy oddajemy Mu prawo do działania, do okazywania cudownej mocy, zdolnej uczynić z trędowatego czy obrzydliwego człowieka pięknego i zdrowego albo z bezczelnego kogoś wrażliwego, albo ze słabego mocnego.

Czy chcę należeć do rodziny Jezusa?

Na koniec chciałbym, abyśmy przypomnieli sobie perykopę dzisiejszej Ewangelii (Mt 12,46-50). Jezus otoczony jest tłumem słuchaczy. Nagle ktoś poinformował Go, że na dworze stoi Jego matka oraz Jego bracia. Chrystus spojrzał na słuchaczy, wyciągnął rękę w ich stronę i powiedział, że to właśnie oni stanowią Jego rodzinę. Matką, braćmi i siostrami Jezusa są ci wszyscy, którzy słuchają słów Bożych i je wypełniają w swoim życiu. W ten sposób Chrystus dał do zrozumienia, że więzy duchowe są ważniejsze niż więzy krwi.

Również my przynależymy do rodziny Jezusa, dlatego możemy wołać do Boga: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Papież Franciszek stwierdził, że ta modlitwa daje mu bezpieczeństwo i że dzięki niej nie czuje się osierocony. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest jedynym dzieckiem Boga. I tak jak grzeczne dzieci powinniśmy słuchać poleceń naszego ojca, który cały czas powtarza: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Czcij ojca swego i matkę swoją. Nie zabijaj. Nie cudzołóż. Nie kradnij. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Ani żadnej rzeczy, która jego jest”.

Skoro mamy wspólnego Ojca, to jesteśmy dla siebie braćmi i siostrami. Oczywiście nie przez więzy krwi, ale przez więzy duchowe. Moją siostrą jest nie tylko krewna, ale też znajoma, sąsiadka i każda kobieta, którą spotkam na drodze życia. Moim bratem jest nie tylko krewny, ale też znajomy, sąsiad, ksiądz proboszcz, ksiądz wikariusz i każdy mężczyzna, którego spotkam na drodze życia. Kochajmy i szanujmy siebie nawzajem, bądźmy dla siebie życzliwi i pomocni, uśmiechajmy się do siebie i nie rańmy siebie słowami. A wtedy ludzie, którzy będą spoglądać na nas z zewnątrz powiedzą: „Popatrzcie, jak oni się miłują!”



lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony przez swoich

lipca 06, 2024

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony przez swoich

Wprowadzenie

Chrystus Pan gromadzi nas dzisiaj w naszym kościele  na Eucharystii. Gromadzi nas Pan, byśmy wspólnie mogli przeżywać to szczególne spotkanie z naszym Stwórcą i Odkupicielem. Chrystus Pan zapewnia nas wszystkich o swojej bliskości. Czynił to już wielokrotnie z niezmienną cierpliwością i miłością. My natomiast tak bardzo jesteśmy osłuchani z Jego zapewnieniem, że nie czyni ono na nas już prawie żadnego wra­żenia. Odchodzimy często od Niego, by szukać innych wrażeń: On jednak czeka na każdego z nas. Otwórzmy teraz przed Nim nasze serca i zanim z wiarą wysłuchamy Słowa Bożego i złożymy Najświętszą Ofiarę wzbudź­my żal za to wszystko, co nie pozwala nam przybliżyć się do Niego.

PRZYJMIJ PROROKA ODRZUCONEGO „PRZEZ SWOICH"

Drodzy uczestnicy liturgii eucharystycznej zebrani tu w kościele we wspólnym uwiel­bieniu i dziękczynieniu Bogu Trójjedynemu! Drodzy bracia i siostry!

Lektura Słowa Bożego, którą proponuje nam dzisiaj Kościół do rozważenia, przypomina nam o jednym z istotnych wymiarów naszej wiary, a mianowicie o naszym uczestnictwie w misji prorockiej Chrystusa, którą nabyliśmy przyjmując sakramenty chrztu św. i bierzmowania.

Misja proroka

Kim jest prorok i jaka jest jego misja według Pisma świętego i w na­uczaniu Kościoła? Prorok to przede wszystkim człowiek wybrany przez Boga. Jemu Bóg objawia swoją świętą wolę: jemu pozwala lepiej widzieć swoje zbawcze zamiary względem człowieka. Prorok to człowiek, który przewiduje, dokąd może zaprowadzić nas grzech, nasz sprzeciw wobec Bożego planu zbawczego. Ponieważ otrzymał on od Boga zdolność prze­widywania niebezpieczeństwa płynącego z niezachowania woli Bożej, jest przez Boga posłanym, aby przestrzegać przed nim innych przez swoje słowo lub przynajmniej przez swoje odmienne zachowanie.

Śledząc los proroka Starego Testamentu widzimy, że wypełniając wiernie misję zleconą mu przez Boga narusza on spokój tych, do których go Bóg posyła, narusza spokój swojego otoczenia, psuje mu niektóre zabawy, potępia lekkie i nieodpowiedzialne życie, przestrzega, nawołuje do opamiętania, do zaniechania grzesznego życia oraz do powrotu do Boga i życia zgodnie z Jego wolą zbawczą.

Wypełniając swoją misję prorok staje się często nielubianym czy pogardzanym przez ludzi, a nawet znienawidzonym. Przez większą wier­ność Bogu prorok staje się obcym nawet wśród swoich. Dlatego, że prorok jest świadomy tego, że jako człowiek ma czas i siły w ograniczonej ilości, że świat jest szeroki, a zadania wielkie, staje się pielgrzymem, człowiekiem bez domu, bez odpoczynku, często bez pomocnika i przyja­ciela.

Prorok nie jest uznawany przez ludzi m.in. dlatego, że najczęściej Bóg wybiera go spośród tych najskromniejszych, nie mogących wykazać się np. tytułem naukowym, piastowanym wysokim urzędem czy wysokim urodzeniem. Dlatego spotyka się z pogardą, ludzie bagatelizują go, a jeśli tego nie mogą, to zazdroszczą mu. A wiemy, że od zazdrości do nie­nawiści jest już bardzo blisko. I pomimo doznawanego odrzucenia i po­gardy prorok z miłości do Boga i ludzi jest zawsze zrównoważony, spo­kojny, zdecydowany, a w przeciwnościach wytrwały.

Jezus - największym prorokiem.

Los proroków Starego Testamentu spotkał również największego wśród proroków - Jezusa Chrystusa, który przyszedł po to, by wypełnić zbawczą wolę Ojca do końca. Kiedy wypomniał swoim ziomkom ich nie­wiarę, tak się wzburzyli, że wypędzili Go z synagogi i z miasta i chcieli zrzucić Go w przepaść. Była to zapowiedź tego, co za jakiś czas zrobi z Nim cały Jego naród, który wyprowadził Go za miasto - tym razem będzie to Jerozolima - i ukrzyżował.

Była to również zapowiedź tego, co zrobimy z Nim i my sami - Jego duchowi bracia i siostry - kiedy nie chcemy wyzbyć się grzechu, kiedy On nie chce na pierwsze zawołanie czynić dla nas cudów dla jakichś oso­bistych naszych korzyści. W takich wypadkach wyrzucamy Go z serca, z domu, z rodziny i z miasta, a nawet pobudzamy innych, aby to samo czynili. I tak spełnia się to, co Jezus powiedział: „Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie... Tylko w swojej ojczyźnie wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony". To o Nim napisał umiłowany uczeń Jan w Prologu: „Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli" (J 1,11).

Dlaczego swoi nie przyjęli Jezusa? Dlaczego prorok nie jest mile wi­dziany w swojej Ojczyźnie? Św. Jan daje następującą odpowiedź: „ponieważ ludzie kochają bardziej ciemności niż światło; lękają się światła, gdyż ono ujawnia ich złe czyny" (J 1,5; 3,19n). Trudno posądzać miesz­kańców Nazaretu o to, że chcieli odrzucić światło, a wybierać ciemności. Raczej odrzucili nowość, którą ogłosił Jezus w swym pierwszym publicz­nym wystąpieniu w synagodze. Tą nowością było to, że Jezus ogłosił siebie prorokiem. A prorok to nowość pochodząca od Boga, gdyż narzuca czło­wiekowi Boży styl i wzywa do nawrócenia, tzn. do zmiany sposobu myśle­nia i w konsekwencji całego życia. A ludzie nie lubią nowości: lub raczej lubią nowości „wokół" siebie, ale nie „w" sobie. Aby tylko niczego nie zmieniać odwołują się do przeszłości, do uczucia spokoju i bezpie­czeństwa, jakie dają rzeczy, które dobrze się zna. Po co w ogóle coś zmieniać? Przecież zawsze tak było! I nie ma znaczenia, że postępując zawsze tak samo jest się niezadowolonym, nieszczęśliwym i niewolnikiem, bo można przecież przywyknąć do tego, iż jest się nieszczęśliwym i nie­wolę też można polubić.

Bóg posyłał proroków zawsze w dostatecznej ilości. I wszyscy oni byli podobni w tym, że budzili strach, że niepokoili tych, którzy szukali grze­sznego spokoju.

Urząd prorocki w Kościele

Oprócz takich wyjątkowych wypadków istnieje w Kościele oddzielny urząd prorocki. Są nimi pewni wybrani i powołani przez Boga ludzie, którzy mają przypominać wolę Bożą i uwrażliwiać na niebezpieczeństwa płynące z jej niezachowania. Jest to przede wszystkim papież, biskupi i kapłani, na których nieraz w sposób wyraźny powtarza się to, co stało się z Chrystusem w Nazarecie.

Szuka się u nich braków. Zasypuje się ich plotkami, nie dostrzega się ich i część ludzi pragnie wyłączenia ich spomiędzy siebie. I tak się dzieje, że nie rozumiany, ale nie załamany prorok Chrystusa wędruje cierpliwie dalej świadomy, że to właśnie należy do jego prorockiego urzędu.

Niedoścignionym wzorem świadomego uczestniczenia w misji proroc­kiej Chrystusa dla każdego biskupa, kapłana, katechety i każdego z nas jest niewątpliwie Piotr naszych czasów, Ojciec Święty, Jan Paweł II. W przesłaniu do polskich biskupów Ojciec Święty przypomniał: „Polskie społeczeństwo wymaga gruntownej nowej ewangelizacji. Nikogo nie mo­żemy uważać za straconego, bo Chrystus umarł za wszystkich, otwierając każdemu drogę do życia wiecznego. Potrzeba wiary w moc Chrystusowego Krzyża". I dalej Ojciec Święty stwierdza: „W tej chwili człowiek musi znaleźć w Kościele jakby przestrzeń do obrony poniekąd przed samym sobą: przed złym użyciem swej wolności, przed zmarnowaniem wielkiej szansy dla Narodu. O ile sytuacja dawniejsza zyskiwała Kościołowi ogólne uznanie - nawet ze strony osób i środowisk laickich - to w sytuacji obecnej na takie uznanie w wielu wypadkach nie można Uczyć, trzeba raczej Uczyć się z krytyką, a może nawet gorzej. Trzeba zdobyć się na «discernimento»: akceptować to, co w każdej krytyce może być słuszne. A co do reszty: jest rzeczą jasną, iż Chrystus zawsze będzie «znakiem sprzeciwu» (Łk 2,34). Ten «sprzeciw» jest dla Kościoła także jakimś potwierdzeniem bycia sobą, bycia w prawdzie".

Prorokiem może być każdy

Ale również wśród wiernych świeckich znajduje się wielu, których Bóg obdarzył charyzmatem bycia Jego prorokiem. Są oni obdarzeni przez Niego zdolnością bardziej realnego poznawania wszystkiego. Bóg posłał ich do środowiska, w którym żyją, niekiedy tylko do własnej rodziny. Także i ci muszą się liczyć z tym, że przez swoją wierność Bogu i swoje uwagi nie będą przez każdego kochani.

My wszyscy, którzy przyjęliśmy chrzest, jesteśmy przeznaczeni, by oznajmiać światu wolę Bożą przez nasze słowa, czyny i plany. Jesteśmy wezwani do tego, by pozbawiać świat jego grzesznego spokoju. Mamy wskazywać na niebo jako na właściwy nasz cel oraz na grzech jako zasad­niczą przeszkodę w jego osiągnięciu. I dlatego nie dziwmy się, jeśli z powodu naszego chrześcijańskiego życia i świadectwa nie będą nas poznawać bliscy, że będą usuwać nas z zajmowanych miejsc, pozbawiać urzędu, wyrzucać ze szkoły, może nawet wykluczą nas z rodziny. Tak postąpiono z Chrystusem. To było udziałem Jego proroków i tak będzie po wszystkie czasy.

Na zakończenie naszego rozważania powiedzmy sobie: Jeśli mamy przed sobą kogoś obdarzonego charyzmatem prorockim, kogoś, kto jest posłany, aby swoim życiem i słowem oznajmiać nam wolę Bożą, dbajmy o to, abyśmy go nigdy nie odrzucili, bowiem takich ludzi posyła nam Bóg. A jeśli w sobie dostrzeżemy ten niewdzięczny i nieprzyjemny dar Boży, nigdy nie dajmy się opanować zniechęceniu, jeśliby z tego powodu trzeba było znieść jakieś przykrości.

Człowiek dotknięty słabością, złem, niezrozumieniem, a może nawet pogardą ze strony najbliższych zaczyna czuć realnie, co to jest cierpienie. Ale to cierpienie może stać się początkiem oczyszczenia serc ze zgubnych przyzwyczajeń, z osadu kłamstwa, pychy, lenistwa i obstawania przy swoim. Rozpoczyna się krystalizowanie tego, co słuszne. Zaczyna roz­szerzać się przestrzeń, w której może działać łaska Chrystusowa.

Drodzy bracia i siostry, a szczególnie ci, którzy cierpicie! Wy macie swój szczególny udział w misji prorockiej w Kościele. To was Bóg wybrał do tego zadania, abyście świadczyli o Nim wobec tych, z którymi spotykacie się na drodze waszego cierpienia, waszej samotności i waszego bólu. Jesteście prorokami Chrystusa, który was nie opuszcza w waszym doświadczeniu. On was dzisiaj na nowo zapewnia, jak zapewnił św. Pawła, który skarżył się, że jest mu ciężko, że doświadczenia, które go spotykają są ponad jego siły: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali".

Kochani moi! Pamiętajcie, że wam wystarczy łaski Chrystusa. On jest szczególnie blisko każdego i każdej z was. W ewangelii dzisiejszej czytamy, że w Na­zarecie, swoim rodzinnym mieście, Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu z powodu braku wiary. Jednak „na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich",  gdyż ich serca były otwarte na Boga. Oni nie tylko wierzyli w Jezusa, ale również zaufali Mu. Drogi bracie i droga siostro! Jezus widzi i twoje serce. On chce również ciebie uleczyć, a szczególnie twoje serce, które może wciąż jeszcze za mało wierzy i ufa. Pozwól się dotknąć Jezusowi, a On cię uleczy. Amen.

 

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

lipca 03, 2021

14. Niedziela Zwykła (B) - Jezus lekceważony w Nazarecie

Ukochani Bracia i Siostry,
Słowa Jezusa, Jego mądrość i czyny wywołują zdumienie w słuchających. Postawy tych ludzi są jednak różne. Pojawiają się również pytania ironiczne: „Skąd On to ma?” Mieszkańcy Nazaretu posuwają się do słów obrażających Nauczyciela: „Czy nie jest to cieśla, Syn Maryi?”. Nazwanie Jezusa „synem Maryi” mogło być obraźliwe, ponieważ Żydzi mieli zwyczaj nazywania ludzi od imienia ojca, „syn Józefa”. W swoim rodzinnym mieście Jezus doświadczył gorszenia się Nim, a także obojętności i niechęci. Ich emocje wskazują na odrzucenie Pana, pozwalają zobaczyć ich niewiarę.
Mieszkańcy Nazaretu nie takiego znali Jezusa. Nie posiadali nowego obrazu tego człowieka, jaki stanął przed nimi, po rozpoczęciu publicznej działalności. Nie chcieli nowego obrazu kogoś, z którym żyli razem przez trzydzieści lat. Z tym obrazem wcześniejszym czuli się bezpieczni. Teraz pojawił się ktoś, kogo znają i nie znają zarazem. Dlaczego? Czy mówił wcześniej inaczej, niż mówi teraz, kiedy głosi naukę otrzymaną od Ojca? Czy posiadał przez trzydzieści lat inny system wartości, według którego żył? Tak się przyzwyczaili do Jezusa-człowieka, że nie odkryli w Nim Jezusa-Boga. Kiedy jest bliski, nie jest rozpoznany. Kiedy jest nierozumiany, staje się daleki i odrzucany.
Mieszkańcom miasteczka obce były słowa Jezusa, obce było to, iż zaczął mówić jako posłany przez Boga, jako Mesjasz. Bali się Jego, jako „nowego”. Znamienne jest to, że nie stawiają pytań pod właściwym adresem. Nie pytają Pana: „Skąd to masz? Skąd dana jest Ci ta mądrość? Co oznaczają cuda, które czynisz? Kiedy się tego nauczyłeś, od kogo?”. Nazarejczycy sobie wzajemnie stawiają pytania, które powinni postawić Panu. Nie pytali również Jego Matkę, aby im wyjaśniła zachowanie Syna. Brak odwagi w stawianiu pytań może wskazywać na to, że się Go bali.
Tego, którego nie rozumieli, odrzucili. Nie miało żadnego znaczenia to, że Jezus znał ich, rozmawiał z nimi, poruszał się wśród nich, chodził do ich domów, być może wykonywał zlecenia na sprzęt, który zamawiali u Niego. Rozpoczynając publiczną działalność, głosząc Ewangelię, stał im się obcy, wręcz zaczęli odczuwać wobec Niego uczucia wrogości.
 
Kochani moi!
Jezus przyszedł do swoich. A gdyby tak nagle, nieoczekiwanie przyszedł do nas jak do swoich w Nazarecie? Gdyby dziś stanął w twoim domu? Z jakim przyjęciem by się spotkał? Jakim słowem byłby przywitany? Może podszedłbyś z zakłopotaniem do półki z książkami, by odszukać Pismo Święte i powiedzieć Jezusowi — Patrz, Panie ja to wszystko znam i dobrze wiem, co i gdzie jest o Tobie napisane. Patrz, tu w tym miejscu napisał Paweł, Twój Apostoł: „Jeżeli ustami wyznasz, że Jezus jest Panem i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych — osiągniesz zbawienie" (Rz 10,9). Ja to wszystko wiem i znam od dawna. To takie proste. Albo patrz, Panie, tutaj, to Twoje słowa: „Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich" (Mt 6,28 n). Jakie to piękne, Panie! Ty potrafiłeś przemawiać. Ile w tym poezji. A ile cudów dokonało się przez Twoje ręce! Ale chyba ten z chlebami jest największy. To naprawdę cud na dobę kryzysu. Nam by się taki przydał. A już zupełnie nie rozumiem tych Twoich rodaków z Nazaretu. Ja, podobnie jak Ty, też dziwię się ich niedowiarstwu.

Można by dalej prowadzić tę domniemaną rozmowę z Jezusem, ale przerwijmy ją w tym miejscu i pozostańmy przy tych krótkich słowach z Ewangelii, które wyznaczają temat dzisiejszych rozważań: „Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta" — czyli, inaczej mówiąc, przyszedł do swoich. Na podstawie tych prostych i krótkich słów wysnujmy pierwszą refleksję: Bóg w Jezusie nieustannie przychodzi do nas, a chce przychodzić jak do swoich. Inaczej mówiąc — Pan Bóg, mimo swej niedostępności i tajemnicy, chce, byśmy odczuli Jego bliskość. A idąc za myślą ewangelii dzisiejszej można tak chyba powiedzieć, że w zamiarach Jezusa te więzy łączące nas z Ojcem miały mieć wymiar rodzinny; wszak przyszedł do swoich. I tu jesteśmy tak bardzo podobni do mieszkańców Nazaretu. Dla tylu ludzi ta bliskość Boga, bliskość Jezusa jest zbyt paraliżująca. Człowiek przestraszył się takiej bliskości Boga, bo ona zbyt go zobowiązuje. Dlatego wielu woli stać z daleka, w bezpiecznej odległości, nie przyjmując na siebie tych uzależnień, które mają domownicy. Bywa tak również nie tylko w stosunku człowieka do Pana Boga, ale też, jakże często, w relacjach człowieka do człowieka. Łatwiej nam kochać z oddalenia, zza płotu, bo to bardziej wygodne. Z bliska, kiedy wszystko staje się niepokojąco konkretne, wydaje się człowiekowi, że straci za dużo energii, czasu, że zatraci siebie. Wielce ułomne i kalekie jest takie myślenie. Nieodparcie przychodzą tu na myśl słowa Jezusa: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa" (Łk 9,24). Któryś z poetów powiedział — „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Można dodać — śpieszmy się kochać Boga, bo rozminąć się z Nim, to stracić wszystko. Po człowieku, którego nie zdążyliśmy pokochać, jakby należało, pozostaje głęboka rana; po Bogu, którego nie zdążyliśmy pokochać — otchłań.

Pora na kolejną refleksję. Dotyczy ona przyjmowania nauki Jezusa. Tak łatwo przychodzi człowiekowi wybrać z Ewangelii co ładniejsze i bardziej odpowiadające danej chwili czy sytuacji fragmenty. Łatwo zapomnieć, że nauka Jezusa obowiązuje w całej rozciągłości i musi objąć wszystkie dziedziny życia. Błąd ten, tak bardzo charakterystyczny dla naszych czasów, zdarza się nie tylko pojedynczym ludziom, ale także całym społeczeństwom. Dla przykładu niech posłuży sprawa akceptacji działalności Kościoła w niektórych częściach świata. Chętnie się widzi i popiera naukę Kościoła w sprawach dotyczących rozbrojenia i tzw. walki o pokój, gorzej natomiast, gdy chodzi o przyznanie pełnych praw ludziom wierzącym. W jakimś stopniu pozostaje to smutną ilustracją dzisiejszej ewangelii o nieprzyjęciu Jezusa w swoim domu, w swojej ojczyźnie. A kiedy Bóg odchodzi, wtedy i człowiek dla człowieka staje się uciążliwy. W tym paraliżu nie pomoże żadna przebudowa struktur.

Trzecia refleksja niech pójdzie w kierunku wyznaczania zadań nam, ludziom wierzącym. Są to zadania na miarę apostoła, ucznia Jezusa. Przed nami długie wakacje, liczne spotkania z ludźmi, często również wyjazdy w dalekie strony. Może się zdarzyć, że staniesz jak Ezechiel przed ludźmi „o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach". Powiedzą ci, że cała ta religia to światopogląd nienaukowy. Inni dodadzą, że sprawa Jezusa to taka piękna, nieżyciowa poezja. Inni po prostu wyśmieją cię, żeś niedzisiejszy. Ale najgorzej byłoby wówczas, gdyby mieli się naszą postawą, moją i twoją niekonsekwencją, zgorszyć. Bo przecież, według słów Pisma Świętego, które czytaliśmy przed chwilą, „oni czy usłuchają, czy nie, są bowiem ludem opornym, przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich" (Ez 2,5). I choć chętniej niektórzy słuchacją fałszywych proroków, obyś takim nie był.

Wróćmy na koniec do tej domniemanej rozmowy z Jezusem. Ciekawe, co byś zrobił, gdyby On we własnej osobie stanął w progach twego domu? Czy by mógł wejść jak do siebie? Czy byś mógł Mu pokazać swoich przyjaciół, swoje codzienne czynności, całe swoje życie? Czy też odetchnąłbyś z ulgą widząc, jak On twój dom opuszcza? Nie ulęknij się więc Jego bliskości, bo nie przyszedł cię zniszczyć, lecz zbawić. Nie przestrasz się zadań, które ci On wyznaczy, bo cię umocni swoją łaską. Nie lękaj się siebie, żeś słaby, bo jeśli patrzysz na Niego z nadzieją. On powie ci jak Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9). Żyj więc na miarę apostoła.



 
Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger