Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cudowne rozmnożenie chleba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cudowne rozmnożenie chleba. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Kochani moi. Już pierwsza niedziela sierpnia. Minęła połowa wakacji. Żniwa w pełni. Gorąco. Maszyny się pocą i pomagają ludziom, ale szkoda, że dziś prawdziwych żniwiarzy już nie ma. A jednak żal mi tamtych żniw. Ciężkie były, ale takie prawdziwe, ludzkie, żniwne.

U Franciszków wstawali bardzo rano. Zwierzęta słyszały pierwsze kroki gospodarza. Przypominały się więc — każdy swoją mową. Dym z komina leciał wysoko w górę. Będzie pogoda. Słychać było, że sąsiedzi klepią kosy. Franciszkowa zawiązała w serwetę śniadanie. Spieszmy się, ojciec, bo po­tem będzie upał. Przy krzyżu wioskowym Franciszek zdjął kapelusz. Franciszkowa skłoniła się i szeptała modlitwę, bo ręce miała zajęte. Szli miedzą zbożami. Przepiórki wołały: pójdźcie żąć, pójdźcie żąć... Kuropatwy zwin­nie uciekały redlinami po śladach matki. Zające niezadowolone odwracały się tyłem, że ktoś tak rano śmie ich niepokoić. Zgrabne sarny w gromadce spokojne przeżuwały czterolistną koniczynę. Wschodziło słońce. Franci­szek z fasonem, jak przystało na dobrego kosiarza, ostrzył kosę. Potem zdjął słomiany kapelusz, ukląkł na polu zwrócony w stronę kościoła, gdzie mieszka Pan Bóg, i półgłosem mówił starą modlitwę, której dziadek Błażej go nauczył:

Boże z Twoich rąk żyjemy,

choć naszemi pracujemy.

My Ci damy trud i poty,

Ty nam daj urodzaj złoty.

Wstał ucałował kłosy, przeżegnał się, włożył kapelusz, westchnął głęboko i rzekł: w imię Boże zaczynajmy! Franciszkowa przeżegnała się sierpem. Skowronki śpiewały: Kiedy ranne wstają zorze... Zadźwięczała kosa. Zżę­te zboże kładło się pokornie w ładny pokos. — A dyć nie spiesz się tak, oj­ciec, bo człowiek jeszcze nie przywykł i krzyż boli — prosiła Franciszkowa. — Toć nie musisz wiązać, bo jeszcze rosa. Jak obeschnie, to przed śniada­niem zwiążemy — zdecydował Franciszek. — Zobacz, matka, jaki kawał za nami, a snopek przy snopku. Obrodziło w tym roku, żeby tylko dobrze sypało. Odpocznijmy trochę, bo i na śniadanie czas. A w polu śniadanie jest smaczniejsze i ser bielszy, i miód słodszy, i chleb więcej pachnie.

Słońce coraz wyżej, coraz mniejsze, coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Słoma stała się ostra i oset złośliwszy, rżysko bardziej kłuje, pot kapie z czoła, w oczy szczypie. Gorąco! Franciszek zdjął kapelusz, otarł pot z czo­ła, wyprostował się i spojrzał w stronę domu. — Zobacz, matka, ktoś do nas idzie. — Szczęść Boże, stryjku! — Bóg zapłać ci, moje dziecko. Wody zimnej wam przyniosłam, bo pewnie gorąco. Wanda to dobre dziecko. Antoś, choć w Warszawie, ale dobrze dzieci wychował. I grzeczna i czło­wieka na wsi uszanuje. — Wandziu, usiądź tu w gniazdku. Mamy tu dla cie­bie chleb, miód i mleko rańsze. Zobacz, jak smakuje w polu. —Mój stryjek zawsze taki dobry — dziękuję! Wanda zbierała bratki dla Matki Boskiej na ołtarzyk w domu. Franciszkowie zestawili snopy w kopki. Już autobus war­szawski przejechał. Zaraz będą w kościele dzwonić na Anioł Pański. — Wróć, matka, z dziećmi drogą. Ja zobaczę pszenicę, bo tę na komunikanty trzeba skosić za pogody. Kartofle tak ładnie zakwitły. Ładniejsze niż sąsiadowe. W południe Franciszek szedł do pszczół. Dzisiaj nie brał miodu. Po­łożył się przy ulu i zasnął. — Stryjku i ciebie nie pogryzą? — Nie dziecko, to są moje pszczoły, one mnie znają. A wieczorem na klepisku w stodole, klęczał Franciszek i ręce miał ku niebu wzniesione. Mówił pewnie: Ojcze nasz... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Mój Boże, skąd oni mają tyle siły? Żebym ja miał taką wiarę.

Przed tygodniem wróciłem z dzieciakami ze Studziennej. Dobrze nam było u gościnnej Matki Bożej. Kochana jest Ona, ale tak zajęta Panem Je­zusem, że ani razu na nas nie spojrzała. Nasza w Łowiczu jest ładniejsza, bo gdzieby nie stanąć, to zawsze patrzy na człowieka. Studziańskiej Pani — śpiewaliśmy codziennie:

Bądź Matką Zielną, Jagodną, Siewną, tu nad Pilicą, Matką Zagrzewną. Dzieciaki mówiły: proszą księdza, jacy tu są dobrzy ludzie. Chleb nam świeży przynieśli i ser, i wiśnie. Tu jeszcze pachnie las. Tu gryka pachnie miodem. Tu naprawdę zboże pachnie świeżym chlebem. Tak, moje dzie­ciaki. Więc msza św. będzie dziś za Porębą, między zbożami. Dzieciaki, ka­zania dziś nie będzie, ale powiedzcie mi, czy wyście kiedy widzieli cud? Nie. To zobaczcie. Pan Bóg chleb rozmnożył. Idźcie więc daleko miedzą, między polami. Znajdź sobie miejsce i uklęknij na polu i weź czule kłosy w ręce i ucałuj je, i zaśpiewaj w sercu: Panie dobry jak chleb... Nad Pilicą przyszły na naszą mszę kobiety z Kozłowca. Dzieciaki moje! My tu wałkonimy się nad Pilicą, a one pracowały przy żniwach. Zobaczcie, jakie mają twarde, spalone słońcem, upracowane ręce. Więc na znak pokoju ucałujcie ich ręce, bo one nas żywią. Pani Kwaśniakowa płakała.

Boję się, że po tym kazaniu bibliści mnie zakrzyczą — nie biblijne, dog­matycy — nie dogmatyczne, homileci — to nie homilia, tylko esej. A j a gdy mszę odprawiam i chleb kładę na ołtarzu, mówię Bogu: dzięki Twej hojno­ści otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi i pracy rąk ludzkich... Chleb kojarzy mi się wciąż z ziarnem, z siewem, ze żniwami, z pieczeniem chleba, ze świeżym podpłomykiem, który niosłem do chrzestnej, bo chlebem trzeba się po­dzielić, z krzyżem na bochenku, z ucałowaniem okruszyny, która upadła na ziemię. Dzisiaj chleb kojarzy się z traktorem — bizonem, piekarnią — gi­gantem, z produkcją, z budą na samochodzie, gdzie pisze: pieczywo, z wy­wieszką: chleb wczorajszy, z siatką na zakupy i, o zgrozo, ze śmietnikiem, gdzie leży stary chleb. Bogaci jesteście chrześcijanie. Tak szybko zapom­nieliście, co to głód i chleb na kartki. Brzydko jecie chleb, depczecie okru­szyny. Nie spostrzegacie, że łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem. Nie spostrzegacie cudu rozmnożenia chleba. Nie mówicie do Boga — Panie, daj nam Tego chleba. Nie prosicie Ojca w niebie: chleba naszego powszed­niego daj nam dzisiaj... Dlatego straciliście tęsknotę za Chlebem, którym jest Chrystus.

W kopule kaplicy Najświętszego Sakramentu w Kolegiacie Łowickiej Adam Swach namalował ostatnią wieczerzę, ale Judasz nie ma twarzy. Państwo Wolscy wytłumaczyli mi: bo Judasz nie przyjął komunii św. To jest prawdą. Gdziekolwiek jesteś, jeśli nie przyjdziesz na łamanie chleba, jeśli nie przyjmiesz Chrystusa, jesteś bez twarzy. Dziś Chrystus nam powie­dział: Ja jestem chlebem życia. Kto spożywa ciało moje, będzie żył na wieki (J 6,51).

W tej mszy św. też Chrystus powie: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Twarda jest ta mowa. Jak Ty możesz dać nam do jedzenia swoje ciało? Ilu z was odejdzie zgłodniałych do domu. I nie dacie rady dojść do nieba. Wolicie ciastko z chemią. Może i wy chcecie odejść? Panie, a do kogo my pójdziemy? Myśmy uwierzyli, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego. Ty masz słowo życia. Ty nas nigdy nie okłamałeś. Pa­nie, dobry jak chleb! Panie, daj nam tego Chleba! Ojcze nasz w niebie, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Amen.





lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) – "Otwierasz rękę, karmisz nas do syta"

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) – "Otwierasz rękę, karmisz nas do syta"

Ukochani Bracia i Siostry! Oto Pan otwiera rękę i karmi nas do syta (Ps 145, 16). Chleb z pierwocin, świeże zboże w worku (2 Krl 4, 42). Już pola biele­ją, zbliża się czas żniw... Dojrzewa owoc pracy rąk ludzkich. Ileż trudu włożył rolnik w to, aby ludzie mogli spożywać chleb! Ileż rąk działało pracowicie, aby inni mogli nasycić się. Oto dojrze­wa owoc ziemi i pracy rąk ludzkich, aby nie było wśród nas głodnych.
 
Każdego roku stajemy w zadumie przed tajemnicą życia, wzro­stu, dojrzewania, owocowania, Potrzebny jest trud człowieka, jego praca w pocie czoła. Potrzebne są jego zmagania z przyrodą, wy­siłek umysłów i mięśni tylu ludzi. Człowiek sieje, człowiek pie­lęgnuje, człowiek zapuszcza sierp i gromadzi do spichlerzy, ale wzrost daje Bóg; ale dawcą życia jest tylko On jeden. Dlatego chleb z pierwocin, dlatego świeże zboże w worku – niosą ludzie jako ofiarę dla Pana, Wyznają w ten sposób, że dzięki Bożej hoj­ności otrzymali chleb. W rękach Stwórcy mnoży się chleb, aby nasycić wszystkich. Bogactwo przyrody jest darem Boga, ale aby dokonał się ten wielki cud pomnożenia życiodajnego ziarna, musi być człowiek i jego praca w pocie czoła. Chleb mnoży się w rękach Bożych, ale potrzebny jest człowiek, który poda Panu pierwociny swej pracy, który da Stwórcy swój twórczy wysi­łek.
 
Tej prawdy uczymy się dziś na nowo, gdy patrzymy na pola, które już bieleją na żniwa, gdy słuchamy, jak Pan wziął z ręki człowieka jęczmienny chleb i nakarmił nim tysiące. Lekcja to bar­dzo potrzebna, tak łatwo bowiem zapomnieć, że dawcą życia jest Bóg. Tak łatwo ulec złudzeniu, że życie nasze tworzymy sami. Tak łatwo odwrócić się od Stwórcy i uważać się za jedynego władcę świata! A jak może wyglądać świat, który człowiek chce urzą­dzić po swojemu, na miarę swych ambicji i pożądań, mówią nam najczarniejsze prognozy tych, którzy badają mechanizmy rządzące życiem społecznym. Jak może wyglądać jutro ludzkości, która chce żyć niezależnie od praw moralnych, nadanych jej przez Pana ży­cia? Lękiem napawają takie rozważania. Dlatego jeszcze raz, z po­korą, popatrzmy na zboże, które w pełnym kłosie niesie ziarno.
 
Wyznajemy z głęboką wiarą, że jest to owoc pracy rąk ludzkich i dar Boży.
 
Jak tą prawdą żyć na co dzień? Pomyślmy teraz wspólnie. W ręce każdego z nas Bóg złożył swe twórcze moce. Daje nam czas: dzień po dniu... Ten czas mamy przeżywać owocnie, to znaczy z Nim! On nadaje wartość nie przemijającą naszemu codziennemu trudowi. Praca i cierpienie stają się owocne, dlatego że jest w nich On – Dawca życia. Nieść Panu pierwociny swej pracy, ofia­rować Stwórcy owoc swego trudu, złożyć przed Nim swe cierpie­nie – to nie tylko gest czy obrzęd. Jak ten chłopiec, o którym wspomina Ewangelista, stajemy przed Panem, aby odrobinie na­szego trudu nadał wartość. Bo człowiek sieje, człowiek pielęgnu­je, człowiek zapuszcza sierp, ale dawcą życia jest tylko On, je­dyny Pan życia.
 
Niedziela stała się dla nas przede wszystkim dniem odpoczyn­ku. Mnożą się programy rekreacyjne, tworzy się ośrodki czynnego wypoczynku; powstają naukowe dzieła na temat: jak ma upływać czas wolny od codziennej pracy. Mieszkańcy miast na miarę swych możliwości uciekają na ,,łono natury”. Cały swój majątek niektó­rzy przeznaczają na budowanie domków na działce, aby w tygodniu, przez chwilę odetchnąć „powietrzem”. Są to bardzo war­tościowe inicjatywy, bo człowiek musi oderwać się od swojej codziennej pracy. Nie wolno jednak zapomnieć, że „dzień święty trzeba święcić”. Niedziela – to pierwszy dzień tygodnia, niesie­my Panu pierwociny naszego codziennego trudu. Niedzielna ofia­ra to bardzo ważny znak. Każdy z nas staje dziś jak ten bezimien­ny chłopiec, aby podać Panu chleb jęczmienny, owoc naszego codziennego trudu, cierpienia, pracy. Na naszych oczach dokonuje się cud przemiany. Ofiara człowieka staje się ofiarą Chrystusa. Kropla ludzkiego potu staje się jedno z Krwią, która daje życie światu! Pamiętaj, abyś dzień święty święcił (Wj 20, 8). Dzień święty – to nie tylko chwila wytchnienia, to przede wszystkim wyznanie wiary w Stwórcę, to przyniesienie Panu pierwociny naszych trudów, aby w Jego rękach nabrały one wartości, aby wzbo­gaciły nas, aby karmiły naszych bliźnich.
 
Święty Paweł Apostoł pisze do Efezjan upominając ich, aby postępowali w sposób godny powołania, jakim zostali wezwani. Jest to przecież upomnienie skierowane do nas. To my mamy żyć nadzieją, jaką daje nasze powołanie. „Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4, 6). Nasze powołanie – to przede wszyst­kim wiara w twórczą obecność Boga w naszym życiu. Żaden trud człowieka, żadna kropla potu, żadne cierpienie i ból nie zaginą, nie przeminą bez echa; bo ponad wszystkimi, przez wszystkich, we wszystkich jest i działa jeden Bóg i Ojciec wszystkich nas (Ef 4, 6). Naszym powołaniem jest zobaczyć siebie w roli tego chłopca, który Panu przynosi jęczmienne chleby, trochę niepew­ny, bo „cóż to jest dla tak wielu?” (J 6, 9). Tylko Pan może sprawić, że trud ludzi dobrej woli przyniesie owoce jedności ducha i pokoju. Te bowiem owoce ludzkiego wysiłku są darem samego Boga. Słowo Boże musi dziś dotrzeć do ludzi samotnych, do ludzi cierpiących, do tych wszystkich, którzy sądzą, że ich codzienny trud, praca w pocie czoła, cierpienia podejmowane dla sprawied­liwości są jałowe i przemijają bezpowrotnie, nie przynosząc spodziewanych owoców.
 
Jezus wszedł na wzgórze, podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, a zbliżało się święto Paschy (J 6, 3); święto wyjścia z „domu niewoli”. To jest właśnie nasza nie­dziela, naszą paschalną ofiarą jest sam Chrystus. On nas wy­zwala, On sprawia, że nie jesteśmy jak niewolnicy przykuci do mijającego czasu. Nasze czyny mają wartość Bożą, nie przemijającą; one idą za nami.
 
Drogi Bracie, droga Siostro – stajesz teraz przed Chrystusem. To o tobie powiedziano: „Jest tu jeden chłopiec, ma pięć jęczmiennych chlebów” (J 6, 9). To są pierwociny twoich ludzkich zmagań z codziennością. Dziś Chry­stus jest ofiarowany jako nasza Pascha, Jego ofiara ogarnia to, coś tu do ołtarza przyniósł. Jest to nadzieja naszego powołania. Jego umęczone dłonie biorą od ciebie twoje dary ofiarne, aby stały się sakramentem miłości i pojednania między ludźmi; aby powróciły do ciebie jako łaska Bożego pokoju. Oto Pan otwiera rękę i karmi nas do syta (Ps 145, 16).


lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

Pan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.

Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.

Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.

Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).

Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).

Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...

Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znajdujący się w trudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.

Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...

Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.

Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).

Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.

Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

 

 

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

Pan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.
 
Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.
 
Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.
 
Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).
Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).
 
Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...
 
Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znajdujący się w trudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.
 
Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...
 
Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.
 
Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - Panie dobry jak chleb

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - Panie dobry jak chleb


Czas dojrzewania zboża i czas żniw. Kłosy brzemienne ziarnem chylą się ku ziemi. Rolnik wyciąga po nie dłonie, aby na stole był chleb. Ziemia obrodziła, bo człowiek się troszczył i Bóg błogosławił.

Nic w życiu nie jest tak konieczne, a tym samym i cenne, jak chleb. Dlatego o ten chleb prosimy dla nas i innych w codziennym „Ojcze nasz...", aby nikt nie umierał z głodu. Bo gdzie jest chleb, tam jest życie. W chlebie eucharystycznym przyjmujemy Jezusa Chrystusa, aby mieć życie wieczne, bo tam gdzie Bóg, tam jest życie wieczne.

Nic się nie daje człowiekowi tak we znaki, jak klęska głodu. Mam na myśli nie ten głód, który zaspokajamy regularnie spożywanymi posiłkami. Dziś nie odczuwamy głodu. Nie wiemy co to znaczy brak chleba...

Mam na myśli czasy, w których kobiety nie miały niczego, co mogłyby włożyć do garnka i ugotować dzieciom. Mam na myśli ludzi z obozów koncentracyjnych. Mam na myśli moją nieżyjącą mamę, która za Wisłą sprzedawała własną biżuterię za kawałek chleba, abyśmy z głodu nie umarli. Mam na myśli wszystkich mieszkańców terenów dotkniętych klęską suszy klęską głodu. Najbardziej fizyczny, nagi głód, głód codziennego chleba. Ucisza go dzisiaj Elizeusz i Jezus. Chleb jest wynikiem współpracy między człowiekiem, przyrodą i Bogiem. Bóg powierzył człowiekowi ziemię, aby on się z nią po ludzku obchodził. I to jest nasza odpowiedzialność. Bronić ziemi i nie marnować jej, aby nie leżała odłogiem.

Tak bardzo łatwo jest zrzucić odpowiedzialność za brak chleba na Pana Boga. Tymczasem troska o materialne potrzeby człowieka i o cały stworzony świat obciąża w pierwszym rzędzie nie Boga, ale człowieka. To przecież człowiek ustanowiony został przez Stwórcę panem i władcą doczesnej rzeczywistości. Jednym z jego podstawowych zadań jest według planów Bożych zaludnienie ziemi i uczynienie jej sobie poddaną (Rdz 1, 26; 3, 23) Odtąd za wszystko co się dzieje na świecie, zarówno za materialny dobrobyt, jak i za brak chleba, za ład lub bałagan, sprawiedliwość lub krzywdę i wyzysk, pokój i wojnę, postęp lub nawrót barbarzyństwa, odpowiedzialny jest człowiek. To on buduje miasta i wsie, drogi i lotniska, szkoły i szpitale, kościoły i więzienia, kopalnie, huty i stocznie, koszary i poligony, on też zbudowane niszczy i rujnuje. To on obsiewa rolę ziarnem albo zieleniejące pola zbożem depce.

To nie z powodu Boga, ale z powodu człowieka – złego, głupiego lub samowolnego gospodarza świata - umiera z głodu rocznie na naszej planecie kilkanaście milionów ludzi. To nie Bóg, ale człowiek podpala co kilka lat ziemię nową wojną.

Takie to niby proste i oczywiste, ale jakże często o tym zapominamy. Dopóki jeszcze na świecie idzie jako tako dobrze, dopóty chodzimy nadęci jak pawie, że to niby my stworzyliśmy na ziemi ten raj. Natomiast w chwilach klęsk i nieszczęść, gdy wszystko co z trudem budowaliśmy, wali się nam na głowę, podnosimy pretensje nie tyle pod adresem człowieka, który burzy nasze szczęście, pod adresem Boga. Czasem czujemy do Niego żal, wybuchamy zarzutami, a nawet bluźnierstwami.

Jak łatwo jest rozgrzeszyć siebie i własne zaniedbania, szerzącą się korupcję, która potem spada na głowę gradem nieszczęść. Łatwo powiedzieć: kara Boża. Najczęściej jednak to wcale nie Bóg nas karze. To nie „ojciec rozgniewany siecze" jak śpiewamy w pieśni kościelnej. To karzą nas własne grzechy. To siecze bicz złości i głupoty, upleciony naszymi własnymi rękami lub rękami naszych bliźnich. Niestety - świat i człowieka unieszczęśliwia najczęściej drugi człowiek: nasz nieposłuszny Bogu, brat.

Zauważmy. Ludzie przychodzili do Jezusa z różnych stron. Każdy z nich miał swoje potrzeby. Jedni potrzebowali pociechy, inni uzdrowienia, jeszcze inni przebaczenia. Byli też tacy, którzy oczekiwali sensacji. Wszyscy otrzymują z jego ręki chleb i jedzą do sytości. Mało tego, mówią, z Jezusem można żyć. Uczyńmy Go naszym królem. I tu jest błąd ludzi, błąd tłumów, które podążały za Jezusem. Bo On jest Królem, On im wszystko da za darmo, bez pracy. A Pan Bóg stworzył człowieka po to, aby on troszczył się o odzienie, o pokarm, o uprawę ziemi. Aby cenił pracę swoją i drugiego człowieka.

Cudu rozmnożenia chleba Chrystus dokonał w miejscu odludnym. Pustkowie jest obrazem pewnej sytuacji życiowej. Chciał wskazać, że są różne głody i różne pustkowia. Pustkowie współczesnego Europejczyka jest powodowane przesyceniem. Współczesny człowiek, w naszym kręgu cywilizacyjno-technicznym, jest „przejedzony". Wielu nawet nie wie co to jest głód. Ale dusza jego znalazła się w wielkim bezideowym pustkowiu, jest wyjątkowo głodna. Sprawdzają się słowa A. de Saint-Exupery: Żywić człowieka to nie znaczy tuczyć zwierzę. Można sycić swoje ciało w restauracjach, można sycić książkami, filharmonią, przyjaciółmi i wieloma sprawami..., ale to nie zaspokoi głodu duchowego. Jedynym pokarmem dla duszy jest Bóg. Tylko On uśmierza głód duszy, zaspokaja tęsknotę ludzkiego rozumu i serca.

Chrystus zna nasze głody i może nam zesłać pokarm. Docenia doczesność. Wie, że potrzebny jest człowiekowi chleb, potrzebna jest siła, potrzebne jest życie doczesne, bo w życiu może urzeczywistnić boski plan organizacji świata i może zdziałać wiele dobrego. Od Chrystusa możemy się dziś nauczyć cenić wartości materialne i te wartości tworzyć.

Wydaje mi się, że kiedyś ludzie żywili prawdziwy kult dla wytworzonych wartości. Mieli szacunek dla swojej pracy i cudzej. Jeżeli kromka chleba upadła na ziemię, należało ją podnieść i pocałować. A już wielkim grzechem było rzucić chleb na ziemię czy deptać jego okruszyny... Uważało się słusznie chleb za dar Boży.

Jeżeli sponiewierało się chleb - zachodziła obawa, że Bóg za karę może tego chleba odmówić. Był też i taki zwyczaj i jeszcze w wielu rodzinach pozostał do dziś, że zanim rozpoczęło się nowy bochenek chleba - to końcem noża znaczyło się krzyż na jego odwrotnej stronie. Jest w tym geście coś z gestu Chrystusa, który zanim przełamał i rozmnożył chleb, odmówił nad nim modlitwę.

Nic dziwnego, że jeżeli uważało się chleb za rzecz świętą, to szanowali ten chleb i ci, którzy go jedli i ci, którzy go wypiekali. Chodzi o to, aby szanować ludzką pracę. Ze zgrozą patrzymy na połamane ławki, potrzaskane szyby i latarnie, zaśmiecone ulice i pomieszczenia. Przestało się szanować cudzą pracę i własną pracę, zabrakło tego boskiego spojrzenia na rzeczy wytworzone. A prawda jest taka, że wszystkie rzeczy stworzone i wytworzone, wszystko czym żyjemy, czym posługujemy się na co dzień - jest darem Boga, jest przejawem dobroci Boskiej, Opatrzności Boskiej, Miłosierdzia Boskiego. To Bóg daje nam te rzeczy przez ludzi. Przez myśl ludzką, przez serce ludzkie, przez ręce ludzkie, objawia się myśl Boża, serce Boże i ręka Boża. I taka świadomość każe nam szanować dzieła rąk ludzkich. Szanując dzieło człowieka, oddajemy cześć Bogu. A lekceważąc, niszcząc, poniewierając dzieło człowieka - obrażamy Boga i popełniamy grzech.

Taki pogląd musimy sami sobie przyswoić i zaszczepić go dzieciom: aby szanowały pracę ludzką i jej owoce, bo to są sprawy i rzeczy boskie, czcigodne i święte; gdyż inaczej przyszłe pokolenie zniszczy również naszą pracę i owoce naszych wysiłków.

A my Polacy dobrze wiemy, że chleb polski tworzyły pokolenia wspólnym trudem Bożej historii... Od zasiewu pola do żniwa, od żniwa do wypieku towarzyszyła mu dola i niedola plecionych w jeden łańcuch próśb modlitewnych. Różny był smak tego chleba historii:

Były chleby pokoju i dostojeństwa
Chleby tułaczy i pielgrzymów
Chleby zakuwane po stokroć w kajdany
Chleby rozmodlone nad ziarnem zasiewu 
Chleby złowrogie zaciśnięte w pięść buntu 
Chleby pędzone polami Syberii
Chleby zroszone potem trudu codziennego 
Chleby zadumane nad grobami bliskich 
Chleby zaszywane w poezji wolności 
Chleby sprzedawane na licytacji narodów 
Chleby wpatrzone w Obraz Jasnogórski 
Chleby klęczące u ołtarzy Pańskich 
Chleby wymodlone naszych ojców.


Oni wszyscy nieśli w rękach kłosy zboża. Dziś stoimy pośrodku pola. To były dojrzałe kłosy, które kłaniają się pod ciężarem ziarna. Jest teraz czas na nasz chleb.

Abyśmy byli kromką światła dla ociemniałych, dla uwięzionych kromką wolności, dla tchórzliwych kromką odwagi; dla cierpiących kromką otuchy; dla odrzuconych, poniżonych i złamanych kromką miłości; dając samych siebie mamy rozdawać dobry, polski chleb.


kwietnia 12, 2024

Rozważania Wielkanocne - Oddać wszystko w ręce Jezusa!

kwietnia 12, 2024

Rozważania Wielkanocne - Oddać wszystko w ręce Jezusa!

Piątek, II tydzień wielkanocny
 
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana (J 6, 1-15)
 
Jezus udał się na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: «Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?» A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić. Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać». Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?» Jezus zaś rzekł: «Każcie ludziom usiąść». A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat». Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 
Przychodzą takie chwile w moim życiu, gdy czuję, że nie mam nic do dania ani do jedzenia. Nie potrafię dojrzeć Jezusa, chociaż wiem, że Jest i że Jest Bogiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.
Podobnie mają się uczniowie Jezusa w sytuacji, o której czytamy w dzisiejszej Ewangelii. Widzieli uzdrowienia i cuda, które zdziałał ich Mistrz i Nauczyciel, a mimo to są bezradni wobec próby, na którą ich wystawia.
Jezus zna ich słabości i ograniczenia, tak samo jak wie o moich brakach, niewierze i krótkiej pamięci o tym, co zdziałał w moim życiu.
Bóg zaprasza mnie dzisiaj do spojrzenia na Jego troskę o każdego, także o mnie; troskę o zaspokajanie moich najgłębszych potrzeb, pragnień i marzeń. Warto przyjrzeć się tłumom, które ze zdumieniem i zaufaniem idą za Jezusem, nie zważając na to, czy mają coś do jedzenia, czy nie. Oni zdają się na Jezusa, wierzą, że ich nakarmi, kiedy będą tego potrzebowali.
Serce Jezusa otwarte jest dla każdego.
Poproś Go dziś, aby pomógł Ci zobaczyć Jego Miłość, zatroskanie o Ciebie i jego pewność, że wie, co robić, aby Cię nakarmić.
Proś o otwartość swego serca i wiarę, że może zrobić wszystko z małym i kruchym bochenkiem, którym jesteś.
Wmieszam się się w tłum ludzi, który ciągnie za Jezusem. Wielu pamięta Jego niedawne uzdrowienia. Są pełni podziwu. Zobaczę ich twarze, spojrzenia. Lgną do Niego.
Przypomnę sobie dni, w których przybliżałem się do Jezusa, zadziwiałem się Jego osobą, pragnąłem z Nim być. Co takiego pociągało mnie do pójścia za Nim? Co pociąga mnie dzisiaj?
Uświadomię sobie, że Jezus codziennie patrzy na mnie zatroskany, zna wszystkie moje potrzeby. Pierwszy wie, co ma uczynić. Czy wierzę w Jego codzienną pomoc? Czy ją wyczuwam?
Będę kontemplował Jezusa, który dokonuje cudownego rozmnożenia chleba. Oddam Mu wszystkie moje „mizerne bochenki chleba" i będę powtarzał: „Jezu, w Twoich rękach jest moje życie!".

 

listopada 30, 2022

Rozważania Adwentowe – Ważne zadanie: Wy dajcie im jeść!

listopada 30, 2022

Rozważania Adwentowe – Ważne zadanie: Wy dajcie im jeść!
cudowene rozmnożenie chleba

Środa, 1 tydzień Adwentu

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u Jego stóp, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek». A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów.. (Mt 15,29-37)


Problem, który podczas pobytu nad Jeziorem Galilejskim stanął przed Apostołami, dzisiaj występuje z całą ostrością w wielu regionach świata. Ludzie odpowiedzialni za losy całych narodów zasta­nawiają się nad tym, „jak nakarmić takie mnóstwo”, kiedy produktów żywnościowych jest tak mało – siedem chlebów i parę ry­bek? Chodzi tu nie tylko o zaspokojenie fizycznego głodu, lecz również o zaspokojenie duchowych aspiracji ludzi. Jak zapewnić takiej rzeszy wykształcenie i równy dostęp do dóbr kulturalnych? Jak tylu analfabetów nauczyć czytać i pisać, skoro tak niewielu jest nauczycieli, tak mało szkół i książek? Próby rozwiązania tego problemu mogą zmierzać w różnych kierunkach. Apostołowie radzi­li Jezusowi, aby pozbył się zgłodniałych rzesz: „Każ rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią żywności!” Dzisiaj również podejmuje się próby rozwiązania tego problemu w podobny sposób. Skoro nie ma dla wszystkich chleba i wody, to trzeba radykalnie zmniejszyć ten tłum. To rozwiązanie jest nie do przyjęcia dla uczniów Chrystusa, do których Nauczyciel powiedział: „Nie potrze­bują odchodzić, wy dajcie im jeść” (por. Mt 14,15-16).
Tak oto pojawia się nowe zadanie dla uczniów Chrystusa nie tylko na Adwent tego roku, na cały Adwent ludzkości przed powtórnym przyjściem Pana. Jak jednak wypełnić to zadanie, skoro Pan dzisiaj nie rozmnaża chleba i ryb, skoro następcom apostołów nie daje takiej mocy, by niemym przywracali mowę, ułomnym zdro­wie, chorym władzę w nogach, a niewidomym wzrok? Czy współ­cześni chrześcijanie mogą skutecznie stawiać czoła problemom współczesnego świata, skoro dysponują tak niewielkimi możliwościami? Skoro ogromne środki materialne są w ręku nie tych, którzy chcieliby karmić głodnych i dokonywać kulturalnej promocji człowieka, lecz tych, którzy produkują coraz skuteczniejszą broń niszczącą ludzi i dobra tej ziemi?
Wszystko, czego dokonywał dla ludzi Jezus, tego również może dzisiaj dokonać Jego Kościół. Trzeba tylko, aby wiernie naśladował swego Mistrza. Zanim Jezus nasycił głód swoich słuchaczy, zanim cudownie uzdrowił chore ciała, wpierw zaspokoił głód ludzkich serc. „Ludzie zdumiewali się nad Jego nauką”. Być może, że czasowo Kościół nie ma dla wszystkich chleba, lekarstw i łóżek szpitalnych, ale zawsze ma prawdę, która zdumiewa i miłość, która przemienia ludzkie serca. Kościół ma nadzieję, która ociera łzy z każdego oblicza, (por. Iz 15) Tyle mamy do rozdawania ludziom! Jeśli rozmnożymy wśród ludzi prawdę, miłość i nadzieję, to cud rozmnożenia chleba będzie powtarzał się codziennie, bo wszyscy sprawiedliwi zostaną wezwani na Ucztę Mesjańską, którą Bóg przy­gotowuje dla wszystkich ludów na swej świętej górze. (por. Iz 25,6)
W Adwencie należy zobaczyć tych, którzy choć blisko, mogą pozostać w cie­niu wielkich spraw i mocniejszych ludzi: należy ogarnąć wzrokiem i sercem chorych, chromych, słabych, zagubionych, ułomnych... te tłumy, które przyszły do Jezusa, aby otrzymać dar łaski, i tych, którzy przyjść powinni, i tych, którzy zostali powierzeni naszej trosce i my mamy być ich przewod­nikami do źródeł poprawy losu. Zobaczyć ich od nowa, zrozumieć ich życie.
Zachęćmy się do wzmożonej uwagi. Zagraża nam bowiem to, co jest udzia­łem ludzi codziennego obcowania z biedami świata. Odświeżyć spojrzenie, które patrząc, rzeczywiście widzi, i odnowić słuchanie, które słyszy, i słowa, które wyznając miłość, rzeczywiście miłują. „Żal mi tego tłumu” (Mt 15,31) – podpowiada Jezus. Przemyślmy z wielką troską wielkie pustkowie formacji religijnej, gdzie braki i przeoczenia rodzą w miarę lat coraz głębsze rozterki w formowaniu wizji życia, jego sensu, celu.
Budzą .bolesne pytania w chwilach cierpień, choroby, szczególnie złych doświadczeń losowych.
Czyż nie żal owych gęstniejących szeregów słabych, zbyt słabych psychicz­nie, wobec zdarzeń życia. Zjawisko zalęknienia, wśród społeczności rozpę­dzonej, bezdusznej, która tworzy mgłę pędzącą przez ulice, biura, dom mie­szkalny... Może podejść troskliwie do tych, którzy się odsunęli w cień życia domowego, nawet w naszych wspólnotach i „zabijają czas” niczym, leni­stwem, nałogami, bezmyślnym czekaniem na jutro. Podobni chorym ptakom, które czasem zrywają się w popłochu i siadają niedaleko znowu bezsilne i apatyczne. Osłaniają chorą duszę, która ciąży i przeraża strachem. Oto dzisiaj Jezus chce nas na nowo rozesłać – jak posłał Andrzeja, patrona dnia dzisiejszego – posłać z chlebem, aby rozdać dar Jego miłości. Obudźmy zatroskanie o słabych i głodnych. Chciejmy za­ufać nawet ułomkom chleba, które w Jego rękach mają moc ożywiania.


lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

lipca 31, 2021

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj


Kochani moi. Już pierwsza niedziela sierpnia. Minęła połowa wakacji. Żniwa w pełni. Gorąco. Maszyny się pocą i pomagają ludziom, ale szkoda, że dziś prawdziwych żniwiarzy już nie ma. A jednak żal mi tamtych żniw. Ciężkie były, ale takie prawdziwe, ludzkie, żniwne.

U Franciszków wstawali bardzo rano. Zwierzęta słyszały pierwsze kroki gospodarza. Przypominały się więc — każdy swoją mową. Dym z komina leciał wysoko w górę. Będzie pogoda. Słychać było, że sąsiedzi klepią kosy. Franciszkowa zawiązała w serwetę śniadanie. Spieszmy się, ojciec, bo potem będzie upał. Przy krzyżu wioskowym Franciszek zdjął kapelusz. Franciszkowa skłoniła się i szeptała modlitwę, bo ręce miała zajęte. Szli miedzą zbożami. Przepiórki wołały: pójdźcie żąć, pójdźcie żąć... Kuropatwy zwin­nie uciekały redlinami po śladach matki. Zające niezadowolone odwracały się tyłem, że ktoś tak rano śmie ich niepokoić. Zgrabne sarny w gromadce spokojne przeżuwały czterolistną koniczynę. Wschodziło słońce. Franci­szek z fasonem, jak przystało na dobrego kosiarza, ostrzył kosę. Potem zdjął słomiany kapelusz, ukląkł na polu zwrócony w stronę kościoła, gdzie mieszka Pan Bóg, i półgłosem mówił starą modlitwę, której dziadek Błażej go nauczył:

Boże z Twoich rąk żyjemy,

choć naszemi pracujemy.

My Ci damy trud i poty,

Ty nam daj urodzaj złoty.

Wstał ucałował kłosy, przeżegnał się, włożył kapelusz, westchnął głęboko i rzekł: w imię Boże zaczynajmy! Franciszkowa przeżegnała się sierpem. Skowronki śpiewały: Kiedy ranne wstają zorze... Zadźwięczała kosa. Zżę­te zboże kładło się pokornie w ładny pokos. — A dyć nie spiesz się tak, oj­ciec, bo człowiek jeszcze nie przywykł i krzyż boli — prosiła Franciszkowa. — Toć nie musisz wiązać, bo jeszcze rosa. Jak obeschnie, to przed śniada­niem zwiążemy — zdecydował Franciszek. — Zobacz, matka, jaki kawał za nami, a snopek przy snopku. Obrodziło w tym roku, żeby tylko dobrze sypało. Odpocznijmy trochę, bo i na śniadanie czas. A w polu śniadanie jest smaczniejsze i ser bielszy, i miód słodszy, i chleb więcej pachnie.

Słońce coraz wyżej, coraz mniejsze, coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Słoma stała się ostra i oset złośliwszy, rżysko bardziej kłuje, pot kapie z czoła, w oczy szczypie. Gorąco! Franciszek zdjął kapelusz, otarł pot z czo­ła, wyprostował się i spojrzał w stronę domu. — Zobacz, matka, ktoś do nas idzie. — Szczęść Boże, stryjku! — Bóg zapłać ci, moje dziecko. Wody zimnej wam przyniosłam, bo pewnie gorąco. Wanda to dobre dziecko. Antoś, choć w Warszawie, ale dobrze dzieci wychował. I grzeczna i czło­wieka na wsi uszanuje. — Wandziu, usiądź tu w gniazdku. Mamy tu dla cie­bie chleb, miód i mleko rańsze. Zobacz, jak smakuje w polu. — Mój stryjek zawsze taki dobry — dziękuję! Wanda zbierała bratki dla Matki Boskiej na ołtarzyk w domu. Franciszkowie zestawili snopy w kopki. Już autobus war­szawski przejechał. Zaraz będą w kościele dzwonić na Anioł Pański. — Wróć, matka, z dziećmi drogą. Ja zobaczę pszenicę, bo tę na komunikanty trzeba skosić za pogody. Kartofle tak ładnie zakwitły. Ładniejsze niż sąsiadowe. W południe Franciszek szedł do pszczół. Dzisiaj nie brał miodu. Po­łożył się przy ulu i zasnął. — Stryjku i ciebie nie pogryzą? — Nie dziecko, to są moje pszczoły, one mnie znają. A wieczorem na klepisku w stodole, klęczał Franciszek i ręce miał ku niebu wzniesione. Mówił pewnie: Ojcze nasz... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Mój Boże, skąd oni mają tyle siły? Żebym ja miał taką wiarę.

Przed tygodniem wróciłem z dzieciakami ze Studziennej. Dobrze nam było u gościnnej Matki Bożej. Kochana jest Ona, ale tak zajęta Panem Je­zusem, że ani razu na nas nie spojrzała. Nasza w Łowiczu jest ładniejsza, bo gdzieby nie stanąć, to zawsze patrzy na człowieka. Studziańskiej Pani — śpiewaliśmy codziennie:

Bądź Matką Zielną, Jagodną, Siewną, tu nad Pilicą, Matką Zagrzewną. Dzieciaki mówiły: proszą księdza, jacy tu są dobrzy ludzie. Chleb nam świeży przynieśli i ser, i wiśnie. Tu jeszcze pachnie las. Tu gryka pachnie miodem. Tu naprawdę zboże pachnie świeżym chlebem. Tak, moje dzie­ciaki. Więc msza św. będzie dziś za Porębą, między zbożami. Dzieciaki, ka­zania dziś nie będzie, ale powiedzcie mi, czy wyście kiedy widzieli cud? Nie. To zobaczcie. Pan Bóg chleb rozmożył. Idźcie więc daleko miedzą, między polami. Znajdź sobie miejsce i uklęknij na polu i weź czule kłosy w ręce i ucałuj je, i zaśpiewaj w sercu: Panie dobry jak chleb... Nad Pilicą przyszły na naszą mszę kobiety z Kozłowca. Dzieciaki moje! My tu wałkonimy się nad Pilicą, a one pracowały przy żniwach. Zobaczcie, jakie mają twarde, spalone słońcem, upracowane ręce. Więc na znak pokoju ucałujcie ich ręce, bo one nas żywią. Pani Kwaśniakowa płakała.

Boję się, że po tym kazaniu bibliści mnie zakrzyczą — nie biblijne, dog­matycy — nie dogmatyczne, homileci — to nie homilia, tylko esej. A ja gdy mszę odprawiam i chleb kładę na ołtarzu, mówię Bogu: dzięki Twej hojno­ści otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi i pracy rąk ludzkich... Chleb kojarzy mi się wciąż z ziarnem, z siewem, ze żniwami, z pieczeniem chleba, ze świeżym podpłomykiem, który niosłem do chrzestnej, bo chlebem trzeba się po­dzielić, z krzyżem na bochenku, z ucałowaniem okruszyny, która upadła na ziemię. Dzisiaj chleb kojarzy się z traktorem — bizonem, piekarnią — gi­gantem, z produkcją, z budą na samochodzie, gdzie pisze: pieczywo, z wy­wieszką: chleb wczorajszy, z siatką na zakupy i, o zgrozo, ze śmietnikiem, gdzie leży stary chleb. Bogaci jesteście chrześcijanie. Tak szybko zapom­nieliście, co to głód i chleb na kartki. Brzydko jecie chleb, depczecie okru­szyny. Nie spostrzegacie, że łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem. Nie spostrzegacie cudu rozmnożenia chleba. Nie mówicie do Boga — Panie, daj nam Tego chleba. Nie prosicie Ojca w niebie: chleba naszego powszed­niego daj nam dzisiaj... Dlatego straciliście tęsknotę za Chlebem, którym jest Chrystus.

W kopule kaplicy Najświętszego Sakramentu w Kolegiacie Łowickiej Adam Swach namalował ostatnią wieczerzę, ale Judasz nie ma twarzy. Państwo Wolscy wytłumaczyli mi: bo Judasz nie przyjął komunii św. To jest prawdą. Gdziekolwiek jesteś, jeśli nie przyjdziesz na łamanie chleba, jeśli nie przyjmiesz Chrystusa, jesteś bez twarzy. Dziś Chrystus nam powie­dział: Ja jestem chlebem życia. Kto spożywa ciało moje, będzie żył na wieki (J 6,51).

W tej mszy św. też Chrystus powie: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Twarda jest ta mowa. Jak Ty możesz dać nam do jedzenia swoje ciało? Ilu z was odejdzie zgłodniałych do domu. I nie dacie rady dojść do nieba. Wolicie ciastko z chemią. Może i wy chcecie odejść? Panie, a do kogo my pójdziemy? Myśmy uwierzyli, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego. Ty masz słowo życia. Ty nas nigdy nie okłamałeś. Pa­nie, dobry jak chleb! Panie, daj nam tego Chleba! Ojcze nasz w niebie, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Amen.


31 lipca 1988, ks. Józef Zawitkowski

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger