Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebaczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebaczenie. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 15, 2022

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia

kwietnia 15, 2022

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia
 Dzisiaj zbliżamy się ze czcią do krzyża. Do tego, który Pan Jezus wziął na swoje ramiona. Otrzymał go od człowieka. Wziął go nie po to, aby go zatrzymać dla siebie. Przyjął i oddał go nam wyzwoliwszy od przekleństwa. Od tej chwili krzyż ma tak wiele nowych znaczeń. Jest przemieniony odwagą przyjęcia go. Ma nowy sens. Zbawczy sens. Jest znakiem miłości, która ma odwagę całkowicie siebie ofiarować.
Dzisiaj patrzymy w osłupieniu na Chrystusa odartego z naszej wiary i posłuszeństwa. Zepchniętego na margines. Bitego. Powalonego naszą nienawiścią lub obojętnością. Patrzymy na niego, jak na kogoś, kogo dawno skreśliliśmy z listy znajomych lub wykazu towarów, które chętnie byśmy nabyli.
On zawisł wyniesiony ponad niebo i ziemię. W imię miłości, która jest potężniejsza od śmierci. On rozpostarł swe ramiona, aby przygarnąć wszystkich. Tak sam chciał. Ten krzyż jest Jego oso­bistym wyborem. To nic, że cierpi w milczeniu i samotności. Jest tak, ponieważ On sam wybrał, a nie dlatego, że został do tego zmuszony. Wisi na krzyżu, bo tak chciało moje szaleństwo.
Rozpięty nad ziemią. Chrystus powołań i trudnych wyborów. W tym momencie jest tylko konsekwentny w swoich wyborach. Jest jedynie wierny temu, co głosił.
Swym niezmiernym cierpieniem potwierdza to, co nakazywał. Mówił:
- miłujcie waszych nieprzyjaciół;
- dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;
- błogosławcie tych, którzy was przeklinają;
- módlcie się za tych, którzy was oczerniają;
- dajcie każdemu, kto was prosi.
Czyż uklęknąwszy pod tym krzyżem, możemy jeszcze wątpić? Czyż możemy nadal wystawiać Boga na próbę prosząc o znaki?
Stajemy pod tym krzyżem i teraz już rozumiemy, że grzech jest sprawą poważną. Rani Serce Jezusowe. Zadaje ból. Bo czyż nie może boleć nasza niewierność i niestałość? Nasze duchowe lenistwo i lekkomyślność? Czyż może być bezowocne nasze egois­tyczne nastawienie i fałsz?
Słabość, uchybienie, grzech — dokonują w naszym życiu wiel­kiego spustoszenia. Dlatego zasmucają Serce Jezusowe.
Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: "Nie potrzebuję prze­baczenia". Byłby człowiekiem pysznym i zaślepionym. Albo świę­tym. Ale i święci modlili się: "Odpuść nam nasze winy".
Bóg jest Miłością. Jest Miłością przebaczającą. Jak mówi Seneka (O gniewie): "Okazuje grzesznikom łagodne i ojcowskie serce, gdy nie ściga ich, ale przywołuje. Nie znającego drogi i zbłąkanego wśród pól naprowadza na właściwy kierunek, a nie odpędza". Bóg temu, kto żałuje i powraca, chętnie przebacza grzech. Krzyż przypomina nam o tym. Jest czytelnym znakiem Bożego miłosierdzia. Bóg umie czekać na nas. Przywołuje nas cieniem krzyża. To także i nas zobowiązuje, byśmy w tym Go naśladowali.
Pismo św. mówi: "Zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Czy można te słowa pogodzić z naszą skłonnością do noszenia w sobie uraz i niechęci? Czy można być chrześcijaninem i jednocześnie przeliczać grzechy innych, jak srebrne monety?
"Człowiek nigdy nie jest tak piękny jak wtedy, gdy prosi o przebaczenie lub gdy sam przebacza" (Jean Paul).
Gdy więc jest nam ciężko. Gdy dotyka nas i rani grzech po­wracajmy pod krzyż. Wpatrujmy się w niego. Rozważajmy mękę Chrystusa. Prośmy Ukrzyżowanego o siłę znoszenia upokorzeń, niedostatków, trudów. Prośmy Ukrzyżowanego o to, abyśmy w doświadczeniach nie wątpili w Bożą Opatrzność. Aby krzyż przy­pominał nam o naszym zmartwychwstaniu, do którego jest drogą. Niech on uczy nas cierpliwości w nieszczęściach, mądrości przy podejmowaniu trudnych, nieraz bolesnych wyborów. Nade wszys­tko niech będzie dla nas przypomnieniem tego, że jest Ktoś, kto nas kocha tak mocno, że gotów był dla nas cierpieć i umierać.
"Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste" i dziękujemy Ci za zbawienie wysłużone nam przez krzyż.

Dobrze, jeśli umiem stanąć w obronie krzyża. To ważny symbol mojej wiary. Ale muszę go bronić z miłością. Muszę wiedzieć, dlaczego dla mnie samego jest tak ważny. Inaczej będzie to tylko obrona pewnej ideologii. Z krzyża płynie dla mnie, jako chrześcijanina, ważne przesłanie. Krzyż uczy mnie konkretnych postaw. Dziś chciałbym przypomnieć: krzyż uczy przebaczenia.
Winowajca musi uznać swoją winę, musi za nią przeprosić i przynajmniej zacząć za nią pokutować. Wtedy można mu przebaczyć. Inaczej przebaczenie jest farsą. Z taką opinią można było się spotkać podczas głośnej dyskusji na temat przebaczenia, jaka parę lat temu przetoczyła się przez polskie media. Łatwe przebaczanie można potraktować jako utrwalanie zła i niesprawiedliwości. Z drugiej strony brak przebaczenia, nawet po latach, bliski jest pragnieniu odwetu. Jak tu wyznaczyć jasną granicę?  Czy można wybaczyć, gdy sprawca nie żałuje?
W opowiadaniach o męce i śmierci Jezusa w aspekcie przebaczenia szczególnie dwa momenty przykuwają uwagę czytelnika. Oba miały miejsce, gdy Jezus wisiał już na krzyżu. Pierwszy to rozmowa Jezusa ze skruszonym łotrem.
Bardzo często myślimy o niebie jako o nagrodzie. Nagrodzie za dobre czyny, nagrodzie za pobożność, nagrodzie za świątobliwe życie. Stąd tylko krok, by uznać, że niebo się nam należy. Za to wszystko, co dla Jezusa zrobiliśmy na ziemi. Tymczasem niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Tak. Łaską. Bo gdyby Bóg nam nie wybaczył naszych win, nigdy sami nie zasłużylibyśmy na wieczne szczęście.
Wiszący na krzyżu, umęczony Jezus słyszał zapewne drwiące uwagi świadków Jego męki. „Zejdź z krzyża”, „innych wybawiał, niechże teraz wybawi sam siebie”. Szydził z niego nawet jeden z ukrzyżowanych obok złoczyńców. Drugi przyjął inną postawę. Napomniał współskazańca: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz?  My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił”. Z tych prostych słów umęczonego człowieka przebija jasne wyznanie: uznaje on swoją winę. A kaźń traktuje jako słuszną odpłatę za swoje czyny. Nie wiadomo, co działo się w jego głowie, co czuł umierając na krzyżu. Ale jego myśli musiały błądzić wokół lepszego, bardziej sprawiedliwego życia, skoro zdecydował się prosić Jezusa: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”.
Czego się spodziewał? Czego oczekiwał? Nie nagrody. Nie sprawiedliwości. Raczej miłosierdzia. Raczej litości. Jak bogacz z przypowieści o bogaczu i Łazarzu być może chciał jedynie, by Jezus złagodził jego wieczną mękę. Ale otrzymuje od Niego nieoczekiwaną obietnicę: „Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze Mną będziesz w raju”. Jezusowi to proste przyznanie się do winy i ujęcie się za Nim, niesłusznie wyszydzanym, wystarczyło. Wystarczyło, żeby obiecać skruszonemu grzesznikowi raj. Niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Łaską wyświadczaną za pokładanie w Jezusie nadziei. Łaską dla tych lepszych i dla tych gorszych. Dla świątobliwych i dla łajzów. Ta scena przypomina nie tylko o tym, jak czasem niewiele trzeba, by osiągnąć wieczne szczęście. Uczy przede wszystkim wielkodusznego przebaczania.
Całe zło popełnione przez skruszonego łotra Jezus puścił w niepamięć z powodu tego krótkiego wyznania: przyznania się do winy, wzięcia w obronę Jezusa i prośby o łaskawość. Nie trzeba było pisania podań, spektakularnego bicia się w piersi i długotrwałej pokuty. Nie było zresztą na to wszystko czasu. Jezus daruje zło chętnie, bez ociągania się. Tym samym nam, swoim uczniom, przypomina: gdy ktoś uznaje swoją winę i prosi o wybaczenie, nie zwlekaj z jego udzieleniem. Niech kieruje tobą wielkoduszna szczodrobliwość, a nie chęć wyrównania rachunków.
Jest w opisie agonii Jezusa na krzyżu druga scena, poprzedzająca nieco historię z nawróceniem dobrego łotra, która każe nam myśleć o przebaczeniu jeszcze inaczej. To modlitwa Jezusa, będąca odpowiedzią na całe zło, które Go spotkało. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wybaczał najohydniejsze krzywdy. Najpierw zdradę uczniom w Ogrójcu. Potem oszczerstwa, złośliwości, drwiny, opluwanie i bicie podczas ciągnącego się godzinami procesu. Potem cały ból, jakiego doznał dźwigając krzyż. Wybaczał obnażenie Go z szat, przybicie do krzyża, pojenie octem. I te drwiny, które towarzyszyły mu do samej śmierci. Przecież wiedzieli. Przecież postępowali zupełnie świadomie i dobrowolnie. Wcale o przebaczenie nie prosili. Przeciwnie, uważali, że to, co robią, jest słuszne. A jednak Jezus modli się: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wstawia się u Ojca za swoimi oprawcami jakby uznał, że gdyby naprawdę widzieli sprawy w całej prawdzie, nigdy by się takich czynów nie dopuścili.
Wielkie krzywdy trudno czasem wybaczyć. Ich wspomnienia tkwią w pamięci jak odłamek szkła w ranie i nie pozwalają się jej zabliźnić. Przebaczenie jest szczególnie trudne, gdy krzywda ciągle trwa. Jak ma przebaczyć żona mężowi, który trwoni pieniądze na alkohol czy hazard? Jak ma wybaczyć rodzicom dziecko przez nich porzucone? Jak ma wybaczyć ktoś niesprawiedliwie zwolniony z pracy, gdy widzi, jak jego krzywdziciele triumfują? Jak wybaczyć sąsiadowi, który ciągle robi na złość? Jak kierującym się złą wolą sędziom?
Do przebaczenia można zachęcać, można w nim pomagać. Gdy krzywda jest wielka, trudno go wprost wymagać. Na początek na pewno wystarczy, by ofiara zrezygnowała z zemsty. Na resztę przyjdzie czas później, gdy czas nieco załagodzi boleść. Wymaganie pełnego przebaczenia tu i teraz wpędza  nieraz ofiarę w jeszcze większe poczucie krzywdy. Człowiek myśli: „Nie dość, że skrzywdzili mnie ludzie, to jeszcze odwraca się ode mnie Pan Bóg. Tylko dlatego, że nie potrafię zapomnieć o moim bólu”. Tymczasem na początku wystarczy, by ofiara nie szukała zemsty. Z upływem czasu może dojrzeje do czegoś więcej.
Czym innym jest jednak nieumiejętność wybaczenia, a czym innym doradzanie, by nie wybaczać. Jezus wiszący na krzyżu uczy, że można próbować wznieść się ponad żądanie sprawiedliwości. Że wybaczenie, choć winny nie żałuje, nie jest wcale nieroztropnym pozwalaniem na zło. Bez takiej postawy bezinteresownego wybaczenia nie da się na świecie żyć. Gdyby ciągle żądać sprawiedliwości, domagać się przeprosin i rozpoczęcia jawnej pokuty, świat już dawno pogrążyłby się w szaleństwie wiecznego odwetu. Ktoś musi tę spiralę zła przerwać.
My, uczniowie Chrystusa, możemy jak On modlić się za naszych krzywdzicieli: przebacz im Boże, bo nie wiedzą, co czynią. Choć wydaje się, że wiedzą doskonale. Choć krzywdząc nas mają na twarzach wymalowany triumf, a w głosie pobrzmiewa nuta wyższości i lekceważenia. Nie wiedzą, co czynią. Bo gdyby widzieli siebie z Bożej perspektywy, brzydziliby się sobą. Dlatego przebacz im, Ojcze….
Przebaczyć, gdy ktoś przyznaje się do winy, przebaczyć, choć wrogowie triumfują. To jedno z ważnych przesłań, które płynie z Jezusowego krzyża. Świat ceni dziś sprawiedliwość. Słusznie. Jednak ceniąc ją za bardzo, zaczyna gloryfikować logikę odwetu i zemsty. Oko za oko, ząb za ząb. A najlepiej, by przypadkiem nie być tym „słabszym” dwoje oczu za oko, i całą szczękę za ząb. Tak postępując, nakręca się jedynie spiralę zła. Jezusowy krzyż wprowadza w ludzką społeczność nową wartość: przebaczenie. To dzięki niemu świat dziś nie tonie w morzu krwi. Przebaczając chrześcijanie czynią świat lepszym. To dzięki takim postawom ziemia bywa cząstką nieba.


kwietnia 04, 2022

Zamyślenia wielkopostne - Nie grzesz więcej

kwietnia 04, 2022

Zamyślenia wielkopostne - Nie grzesz więcej

Poniedziałek, 5 tydzień Wielkiego Postu

Słowo Boże na dziś:

Od tej chwili już nie grzesz...

 
” I ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz.”

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich.
Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.
Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi.
Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku.
Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».   
 

Refleksja nad Słowem Bożym

Wielkiej miłości i miłosierdzia doznała ta kobieta od Jezusa. Pochwycono ją na cudzołóstwie. Nie miała najmniejszych szans uratowania swego życia. Prawo religii mojżeszowej było w takich wypadkach bezwzględne: „Usuńcie zło spośród siebie” – to były słowa z Księgi Powtórzonego prawa. To samo stwierdzają Żydzi: „Mojżesz nakazał nam takie kamienować”. I nikt nie pytał, co czuła w tej chwili kobieta. Może widziała się już poza miastem, targana bólem zadanym przez spadające na nią kamienie, aż do tragicznej śmierci. A przecież tak bardzo jeszcze chciała żyć.

Przyprowadzając ją do Jezusa jej oskarżyciele byli pewni, że Ten, który bronił nierozerwalności małżeństwa, a za grzech uważał już pożądliwe spojrzenie, to wobec jawnego cudzołóstwa nie mógł stanąć w żadnym wypadku po stronie grzesznicy. Ten, który żądał: „Jeżeli twoje oko jest powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć...”, musi ją potępić. I nie chcą zaprzeczyć całemu swojemu dotychczasowemu nauczaniu, stawiając pułapkę na Boskiego Odkupiciela, prowadzeni przez pychę, zaślepieni przez nienawiść, zapomnieli, że sami są w grzechu. Nie wiele, jeżeli w ogóle byli, od oskarżonej. Tymczasem szli do Tego, który nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku: „sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje”. Z łatwością też mógł wypisać ich długi wobec Bożej Sprawiedliwości.

Szczęściem dla nieszczęsnej kobiety było spotkanie z Jezusem. Ten, który – jak sądzili – miał być jej ostatecznym pogrzebaniem, stał się jej ratunkiem, ocalił jej życie; co więcej, uzdrowił jej duszę: potępił grzech, ale nie człowieka.

Jezus ostro potępił faryzeuszy, którzy chcieli uchodzić za sprawiedliwych, bezgrzesznych, a byli napełnieni wewnętrzną zgnilizną. To oni chcieli wykorzystać przeciw Jezusowi to zdarzenie z cudzołożną kobietą. Myśleli przewrotnie: Jeśli Jezus poleci ją ukamienować, odsunie się od Niego lud, którego dotąd pociągała Jego łagodność i miłosierdzie; jeżeli zakaże jej kamienowania, sprzeniewierzy się obowiązującemu prawu Mojżesza i będzie Go można oskarżyć o wichrzycielstwo. W czasie oskarżycielskich wypowiedzi, nachyliwszy się, pisał palcem na ziemi. Co pisał? Nie wiemy. Być może, że ich grzechy. Bo, gdy to zobaczyli i usłyszeli słowa: „Kto z was nie jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień” – jeden po drugim zaczęli odchodzić. Zastał tylko Jezus i owa niewiasta.

Została. Nie uciekała. Nie wiemy, co myślała, i co przeżywała w tej chwili, ale, jeżeli została, to możemy przypuszczać, że zrozumiała, iż brak potępienia ze strony ludzi, niczego nie załatwia z jej strony. Ona czekała na słowo Chrystusa. I Chrystus jej powiedział to słowo, którego być może wcale się nie spodziewała: „...Ja ciebie nie potępiam”. On, który przenika tajniki ludzkich serc, musiał ujrzeć w jej sercu nie zawziętość, nie upór, nie usprawiedliwianie siebie swoją słabością, czy zakazaną miłością. Widocznie nie było dla Chrystusa nic wyzywającego w tej milczącej kobiecie wystawionej na wstyd i hańbę. Toteż nasyciły ją te słowa Chrystusa: „Kto z was jest bez grzechu...”. Przyjmujemy te słowa z miłością i wdzięcznością. Jednakże nie skończyło się na tym słowie. Jezus powiedział: „Idź i nie grzesz więcej”. Jezus nie powiedział: Staraj się nie grzeszyć, ale już nie grzesz, i to w jakim kontekście? W kontekście grzechów, które należą do najtrudniejszych do przezwyciężenia, gdzie ludzka natura wydaje się być najbardziej skażona, a namiętności najtrudniejsze do opanowania.

„Idź i od tej chwili już nie grzesz” – mówi Jezus do człowieka grzesznego, zarozumiałego, zazdrosnego, nietrzeźwego, nieczystego. Jeżeli takie wymagania postawił tej kobiecie, to znaczy, że człowiek może już więcej nie grzeszyć, może grzech odrzucić, może zerwać z grzechem. Ale trzeba silnej woli, i trzeba Bożej łaski i daru Ducha Świętego. Bóg to wszystko daje modlącym się i błagającym ludziom. Co więcej, Bóg daje człowiekowi, który zgrzeszył, szansę nawrócenia. Trzeba iść do Jezusa i błagać o miłosierdzie. On żadnego grzesznika nie odrzuca; nawet Judaszowi był gotowy przebaczyć, do końca go ostrzegał, upominał, dawał oznaki i gesty życzliwości, wyrozumiałości, ale jego serce do końca było zamknięte dla Jezusa i nie zdobył się na żal. Faryzeusze wciąż zarzucali Jezusowi, że przebywa z celnikami, grzesznikami, że siada z nimi do stołu. Na to Jezus odpowiadał, że „zdrowym nie trzeba lekarza, tylko tym, którzy się źle mają”. Ostro potępił faryzeuszów, którzy chcieli uchodzić za uczciwych, bezgrzesznych, a byli samą zgnilizną. Do nich kierował groźne „biada”.

„Idź i więcej nie grzesz” – powiedział Jezus do tej niewiasty. To pełne miłości spojrzenie Chrystusa na jej nędzę duchową, i pokorne i prawdziwe pochylenie się nad nią, spowodowało przemianę jej życia. Chrystus dostrzegł w niej obraz Boga. To prawda, że zbrukany, trzeba go było odnowić. Uczynił to Jezus łagodnie i z miłością. On spojrzał na nią inaczej, niż dotąd patrzono. Inni patrzyli ze wzgardą, pożądliwością, zazdrością, nienawiścią. Dopiero Jezus spojrzał na nią z miłością. I to Jezusowe spojrzenie przemieniło tę kobietę. Stała się inna. Zaczęła nowe życie. To jest właśnie tajemnica Bożego miłosierdzia, które nas dźwiga i umacnia.

Chrystus nikogo nie potępia, nigdy nie rezygnuje z nas; nie rezygnuje z żadnego człowieka i nie uczyni tego po ostatnią chwilę istnienia świata. Frasobliwa i pełna miłości twarz Jezusa zawiera w sobie ogrom zrozumienia, dobroci i miłosierdzia. On widzi naszą nędzę, naszą grzeszność i słabość, i czeka, aż przyjdziemy do Niego, żeby przed Nim wypowiedzieć naszą grzeszność, wyżalić się, a może i wypłakać. On zapewne wysłucha naszych skarg i boleści, przyjmie łzy szczerego żalu i przebaczy nasze grzechy. Swoją Boską mocą podniesie z moralnego upadku i podtrzyma w dalszej wędrówce życia. Przecież On sam nas zachęca: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”. Trzeba tylko ze szczerym żalem zbliżyć się do Niego, a On wybaczy nam wszystkie nasze winy, i wypowie nad nami słowa: „Ja cię nie potępiam, idź i nie grzesz więcej”. AMEN.

 Chcesz mnie wesprzeć?

! Postaw mi kawę na buycoffee.to

kwietnia 02, 2022

5. Niedziela Wielkiego Postu (rok C) - Od tej chwili już nie grzesz

kwietnia 02, 2022

5. Niedziela Wielkiego Postu (rok C) - Od tej chwili już nie grzesz
„Ja ciebie nie potępiam" (J 8, 11) - powiedział Jezus kobie­cie, która zasługiwała na potępienie. Pochwycono ją na cudzo­łóstwie, a Bóg potępia cudzołóstwo. Odrzuca je jako czyn niego­dny człowieka. Cudzołóstwo jest złamaniem wierności małżeńskiej, złamaniem słowa danego drugiej osobie na całe życie — tak ro­zumieją miłość małżeńską ci, którzy się naprawdę kochają; cudzo­łóstwo godzi w podstawową komórkę życia społecznego: rodzinę. Bóg, który jest miłością i uzdolnił człowieka do miłości na obraz i podobieństwo swoje, Bóg zawsze wierny, odrzuca cudzołóstwo, jako grzech przeciw miłości i wierności, jako źródło chaosu mo­ralnego, upadku rodziny i rozkładu społeczeństwa. „Nie cudzołóż" (Wj 20, 14) - mówi podstawowe prawo moralności, prawo dziesię­ciu przykazań.
Bóg potępia nie tylko cudzołóstwo. Odrzuca także wszystko to, co w sferze czynu i pragnień człowieka narusza zasadę, że tylko w małżeństwie mężczyzna i kobieta mogą stanowić jedno ciało. „Nie pożądaj żony bliźniego swego" (Wj 20, 17 ) - mówi też pra­wo dziesięciu przykazań. „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobie­tę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa" - mówi Jezus Chrystus w kazaniu na Górze (Mt 5, 28). Jeśli więc Bóg potępia cudzołóstwo, to dlaczego Chrystus, który przecież - jak przed chwilą słyszeliśmy - poszedł jeszcze dalej niż Stare Prawo, powiedział kobiecie, którą pochwycono na cudzołóstwie: „Ja ciebie nie potępiam"? (J 8, 11). Mówi Ewangelia, że gdy oskarżyciele tej kobiety odeszli, kobieta pozostała. Nie uciekła, choć miała otwartą drogę: jej oskarżyciele wszyscy odeszli, jeden po drugim, poczynając od starszych. Na cóż więc czekała? Pismo św. nie mó­wi nam, co było w sercu tej kobiety: co myślała, co przeżywała. Ewangelista nie wdaje się w analizy psychologiczne. Możemy jed­nak przypuszczać, że pozostając przed Chrystusem uznała, iż brak potępienia ze strony ludzi niczego nie załatwił w jej sytuacji. Ko­bieta czekała na słowo Chrystusa. I Jezus powiedział jej to słowo, którego, być może, się nie spodziewała: „Ja ciebie nie potępiam" (J 8, 11). On, który znał tajemnice serc, przenikał je w Duchu Świętym, musiał ujrzeć w jej sercu nie zawziętość, nie upór w złem, nie usprawiedliwianie siebie swoją słabością czy miłością.
Widocznie nie było dla oczu Chrystusa nic wyzywającego w tej milczącej kobiecie, wystawionej na wstyd i hańbę publiczną.
Nie dziwi nas to słowo Chrystusa. Znając Jezusa i znając sie­bie – kto z nas jest bez grzechu i pierwszy rzuci kamień? - przyjmujemy je z radością i wdzięcznością. Jednakże nie na tym słowie się skończyło. Jezus powiedział coś więcej, coś nie mniej ważnego. Powiedział także: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz" (J 8, 11). Po tych słowach i my też, razem z tą kobietą, musimy pozostać przed Chrystusem. „Od tej chwili już nie grzesz" (J 8, 11). Jezus nie powiedział: „Staraj się nie grzeszyć", lecz stanow­czo, kategorycznie: „Od tej chwili już nie grzesz" i to w jakim kontekście! W kontekście grzechów i problemów, które należą do najtrudniejszych do przezwyciężenia, gdzie ludzka natura wydaje się najbardziej skażona, a namiętności najtrudniejsze do opano­wania. „Idź, a od tej chwili już nie grzesz" mówi Jezus do czło­wieka nieczystego. Mówi to także do człowieka pysznego, zarozumiałego, chciwego, zazdrosnego... Czy wiesz Panie - chciałoby się powiedzieć - do kogo mówisz te słowa? Czy Twój Apostoł, św. Paweł nie napisał w Liście do Rzymian: „Jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu... jestem świadom, że w moim cie­le nie mieszka dobro: bo łatwo mi przychodzi chcieć tego, co do­bre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę... Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, które wiedzie ku tej śmierci?" (Rz 7, 14. 18-19. 24). Jak można mówić takiemu człowiekowi, a jest nim każdy z nas: „Od tej chwili już nie grzesz"? Chrystus jednak to powie­dział. Widocznie miał podstawę, by takie wymagania postawić człowiekowi, nie wprowadzając go w pułapkę. Chrystus uważa, że człowiek, chociaż jest grzeszny, może już więcej nie grzeszyć. Może, jeśli te słowa Chrystusa przyjmie z pełną wiarą, pozwoli się im całkowicie przeniknąć. Jeśli da Chrystusowi taką odpo­wiedź, jak dał św. Paweł, ten sam, który wołał: „Nieszczęsny ja człowiek!" i był, jak sam wyznał, policzkowany przez szatana jakimiś tajemniczymi i upokarzającymi pokusami. „Wszy­stko mogę w Tym, który mnie umacnia" (Flp 4, 13) - tak brzmi odpowiedź wiary Apostoła Narodów.
Także i my, słabi i nieszczęśni, i ciągle się usprawiedliwia­jący tą swoją słabością, bo też rzeczywiście nosimy w sobie za­rzewie wszystkich grzechów, mamy taką samą, jak wielki Paweł, możliwość życia w łasce, w coraz pełniejszej wolności, mimo na­szej skłonności do grzechu, którą nosić będziemy do końca. Mamy taką możliwość, tylko że nie w sobie, jak się to kiedyś zdawało św. Piotrowi, gdy zapewniał Chrystusa, że Go nigdy nie zdradzi.
Mamy tą możliwość w Chrystusie, który nas umacnia swoją boską mocą i świętością. Udzieli jej każdemu, kto jej pragnie i o nią prosi: „każdy, kto prosi, otrzymuje" (Łk 11, 10).
Gdybyśmy zapomnieli słowa Chrystusa, wypowiedziane dziś do każdego człowieka: „Nie potępiam ciebie; idź, a od tej chwili już nie grzesz" (J 8, 11), gdybyśmy je zapomnieli, stracilibyśmy znów chwilę łaski. Gdybyśmy nie uwierzyli, że Chrystus daje nam w nich światło i siłę do pokonania grzechu w naszym życiu, znów byśmy odsunęli od siebie moment, w którym zaczyna się to, co Apostoł nazwał życiem w Chrystusie: „Żyję, już nie ja, żyje we mnie Chrystus" (Ga 2, 20). Więc uwierzmy i - jak Chrystus - nie potępiajmy.
A my tak bardzo lubimy potępiać. Patrząc dziś na Chrystusa, zadajmy sobie to pytanie: Dlaczego tyle cierpkich uwag gromadzi się w rozmowach ludzi niby wierzących? Dlaczego taka czujność wobec cudzych zachowań? Dlaczego tyle ocen bez miłosierdzia i taka bezwzględność zachowała się w nas w sposób niezrozumiały? Skąd tyle pewności w ocenie drugiego człowieka? Skąd bierze się tyle krzywdzących sformułowań i to w ustach ludzi dorosłych i dojrzałych? Wiecznie krąży po świecie tłum, który gotów pochwycić innego człowieka i prowadzić pod sąd, wyznaczać kary boskie i ludzkie.
Niektórzy czują się bezkarni, bo z racji zajmowanego stanowiska łatwiej im powiedzieć zdanie przykre, ocenić mniej przyjaźnie, mniej precyzyjnie, wydać wyrok,który wygląda na sprawiedliwy. A jednak...
Czy sumienie nie wyrzuca, nie smuci się, gdy właśnie takie wyroki zapadają?
Inni z racji odwagi, brutalnego usposobienia, żyją w poczuciu bezpiecznego sędziego - co mi zrobią? Uciekają, boją się, więc łatwiej sformułować sądy, zdania, ciche lub głośne, żyjąc w poczuciu lekceważenia ludzi.
Ktoś inny z racji błędnie uformowanego sumienia, które już tak zostało wychowane w okresie, gdy należało pracować nad miłością, nie liczy się z wyrokami, które rozdaje odważnie i bez większej rozwagi. To ci, którzy mówią: "taki już jestem"... Chętnie sprzątają przed cudzymi drzwiami, biją się w cudze piersi, nawracają gorliwie innych, lecz sami pozostają w śmiertelnym zagrożeniu, jak faryzeusze z dzisiejszej Ewangelii... Podobni sędziom nieuznanych przez Jezusa.
Jakie to piękne, gdy ludzie potrafią rozważyć z miłością zachowanie się innych ludzi. Gdy potrafią być miłosierni najpierw wobec innych, zanim usprawiedliwią siebie. Jakim skarbem są ci, którzy osłaniają, leczą, podnoszą, i na wzór Jezusa mówią: „Ja ciebie nie potępiam" - nie pochwalam grzechu, ale ciebie nie potępiam.!
A ja, do jakiej kategorii ludzi się zaliczam? Czy potrafię stanąć w prawdzie przed Panem, by w Sakramencie Miłosierdzie wyznać swe grzechy, a potem usłyszeć owo stanow­cze, kategoryczne, pełne miłości napomnienie: „Od tej chwili już nie grzesz"? Jeśli tak, to Bogu niech będą dzięki. AMEN.
 
 

kwietnia 02, 2022

5. Niedziela Wielkiego Postu (rok C) – Tryptyk nadziei

kwietnia 02, 2022

5. Niedziela Wielkiego Postu (rok C) – Tryptyk nadziei
Moi drodzy! W życiu każdego człowieka może być tak, że słu­cha Ewangelii z uczuciem, jakby tekst był napisany tylko dla niego. Zdarza się przecież, że wcale nie jest łatwo przyjść do Chrystusa nawet teraz, gdy już znamy tyle cudów jego miło­sierdzia. Zdarza się, że świadomość grzechu zrodzi poczucie od­dalenia. Zdarza się, że pogrążamy się w sobie jak w mroku nocy, aż do onieśmielenia i rezygnacji. Zdarza się i tak, że człowiek wręcz ucieka przed Bogiem jak wystraszone dziecko, które po­pełniło zło i przerażone własnym czynem chowa się przed do­brym nawoływaniem. Zdarza się też, że nieudane doświadczenia z ludzką sprawiedliwością utrudniają zrozumienie miłosierdzia Bo­żego.
Nic dziwnego, że liturgia tak troskliwie maluje dzisiaj ślicz­ny tryptyk nadziei. Popatrzmy uważnie: najpierw pouczająca hi­storia narodu, który odnalazł łaskę; potem wyznanie św. Pawła o spełnionej nadziei w Chrystusie; i wreszcie najpiękniejsze roz­grzeszenie na dziedzińcu świątyni.
Historia pierwsza: naród pogrążony w niewoli, skazany na wyniszczenie biologiczne, zamknięty w wielkim obozie bez praw ludzkich, bez szansy. A jednak z głębi beznadziejności Pan wy­prowadzi swój naród; Bóg staje się ich przewodnikiem. Wyjście z niewoli pozostaje znakiem potęgi i miłosierdzia Bożego. Jed­nocześnie wyjście oznacza odejście; odejście od chleba niewoli, od czynu poniżenia, od niewolniczej bezmyślności. Trzeba oczyścić szaty z brudu, zwyciężyć strach, odbudować poczucie godności człowieka wolnego. Naród nie jest święty, ale w swoim przymie­rzu z Bogiem chce być święty. Ludzie zgnębieni wynoszą z sobą wszystkie wady i nędze duchowe właściwe ludziom zniewolo­nym. A jednak Pan doprowadzi swój naród; Pan zna drogi zba­wienia. W ręgu Boga los tych, którzy mu zaufali. I z tego faktu ludzie wiary wyciągnęli wnioski: Choćby odległość twoja od Bo­ga była jak morze i nieprzebyta jak pustynne piaski; choćby na przeszkodzie stały moce piekła i strach wielki jak własna wy­obraźnia, wiemy, że wszechmocny jest Pan a miłosierdzie Jego niepojęte nad tymi, którzy Mu zaufali.
Jakby w nawiązaniu do historii narodu wyprowadzonego z udręki zwierza się św. Paweł: opowiada własne doświadczenie łaski Bożej. Wspomina o miłującej przemocy Boga, który ciągle błądzącemu Szawłowi pozwala upaść na twarz przed swoją obec­nością i niemal dotknąć Boga, żeby już nigdy nie zwątpić. Trzeba przeżyć na własnej drodze nawrócenie, aby rozumieć radość tych którzy odnaleźli i rozpoznali. Oczywiście z tym łączy się nowe życie. Ale to nowe jest jasne, pewne, jest spełnieniem wiecznej tęsknoty.
I wreszcie nadzieja i miłosierdzie na dziedzińcu świątyni. Ko­bieto - człowieku grzeszny - ucisz lęk, teraz już nie trzeba się bać, już jesteś z Nim. Już zaczął się twój wielki czas nawrócenia. On, Jezus Chrystus, znajdzie słowo, wyzwoli. Straszyli cię Nim. Oskarżeniem innych chętnie osłaniają własne niegodziwości. Poniewierają. Łatwo poniewierać słabych, aby osłonić wła­sne zdrady. Ale ty - człowieku grzeszny - ucisz lęk. On zna całą biedę twojej zagubionej miłości, ale przecież miłości. To On, Bóg miłosierdzia posłużył się rękami twoich wrogów, aby odna­leźć twoje serce. Jakże znamienne zakończenie tego wydarzenia: Idź w pokoju - nie grzesz więcej (J 8, 11) - jakieś ogromnie ważne „tu i teraz". Od tej chwili. Nie odkładaj. To jest miejsce stosowne, to jest najlepszy czas. Tu postawił Bóg znak miło­sierdzia, tu pierwsze słowo twojej świętości. Weź z tego miejsca serce nowe, nowe słowo, nowe dzisiaj.
Jak echo tamtej nadziei pozostał drogi nam głos Namiestnika Chrystusowego św. Papieża Jana Pawła: Nie lękajcie się Chrystusa – I wyjaśniał: Ani ludzie błądzenia, ani ludzie władzy, ani ludzie strachu, ani ludzie sprzedani, ani ludzie kupieni... Tylko w Chry­stusie znajdziecie wolność, tylko z Nim zachowacie twarz, tylko z Nim przejdziecie cierniste drogi, tylko w Jego świetle odnaj­dziecie własne jutro. Piotrze, niedawny uczestniku wieczernika, nie kryj twarzy. Oczekuje ciebie. Odnaleźć Jego na nowo, to odnaleźć siebie. Uczniu, który jeszcze trzymasz w ręku zapła­tę niegodziwości za mistrza, nauczyciela i przyjaciela jeszcze je­steś przy głośniku, jeszcze słyszysz, a więc, to jest czas dla cie­bie. Nikodemie, szanowany człowieku, który przychodziłeś nocą. Nawet w swoim strachu należysz do Niego. To nic, że twoja mądrość musi jeszcze uporządkować drżenie lęku. Człowieku wła­dzy, Piłacie, Herodzie – ucisz lęk. On nie czeka na biurko i pie­częcie, ani na fotele, ani na stanowisko; On zostanie na dzie­dzińcu, by kolejnym ludziom dać nadzieję i zostać szansą oca­lenia.
A co dla nas, ludzi dzisiejszej mszy świętej? Jeżeli możemy przeżyć pojednanie z Bogiem w sakramencie pokuty i Komunii Św., a na przeszkodzie stoi tylko lęk lub lenistwo, to ucisz lęk i podejdź. Może nawet nie wiesz, jak bardzo tęsknią do stołu Pańskiego ci, którzy z jakichś przyczyn całymi latami nie mogą się tam znaleźć.
Jeżeli możemy przeżyć pojednanie z Bogiem w modlitwie, bo na przeszkodzie pójścia do Komunii św. stoją powikłania życio­we, to nie opuszczaj tej okazji. To przecież jest cudowne miejsce gdzie spotyka się tęsknota Boga i tęsknota człowieka za Bogiem. Tam mogą powstawać przymierza nieśmiertelne i bogate na całą wieczność.
Jeżeli możemy przyjść do Chrystusa sami – po prostu przyjść jak domownicy – jak idą bliscy do tych, którzy na nich czeka­ją – to po cóż czekać, aż zły los, nieszczęście, choroba, klęska życiowa czy tragedia historyczna rzuci nas w piasek. Czy dopie­ro w chwilach rozpaczy powiemy piękne słowa i znajdziemy dro­gę do Boga?
Bracie i Siostro! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w Ewangelii jest wciąż mowa o tobie, o mnie... To ja, to ty jesteś tym synem lekkomyślnym, który marnuje swoje życie, sługą nieroztropnym, który zakopuje swój skarb... faryzeuszem zadowolonym z siebie... oczyszczonym trędowatym, który nie dziękuje za łaskę uzdrowienia... Piotrem, który ze strachu zapiera się Jezusa, Judaszem, który Go zdradza. Ale ja, i ty jesteś także tym ociemniałym, który wychodzi na drogę i błaga: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” … Zacheuszem, do którego Jezus przychodzi w gościnę i Magdaleną, która płacze u stóp Jezusa, Mateuszem, który rzuca wszystko i idzie za Jezusem... wiernym Janem, który stoi do końca pod krzyżem... Jezusem, który niesie swój krzyż.
Bracie i Siostro! Jeżeli jesteś jednym z nich – podejdź bli­żej – czas jest trudny – bądź z Nim. Jeżeli odszedłeś – nie tłu­macz nic – nie odkładaj powrotu – czas jest trudny – bądź z Bogiem. A ja dziś życzę ci radości z nawrócenia, głębokich przeżyć związanych z Wielkim Tygodniem a zwłaszcza z Wielkim Czwartkiem, w którym Chrystus ustanowił Sakrament Kapłaństwa i Eucharystii, z Wielkim Piątkiem Męki i Śmierci Pańskiej, z Wielką Sobotą i Wigilią Paschalną. Życzę sobie i tobie radości i pokoju, który daje Chrystus Zmartwychwstały. On zawsze jest wśród nas i zawsze daje nam swojego Ducha, Ducha Pocieszyciela, Ducha Prawdy, który doprowadzi nas do całej prawdy. Amen.

marca 06, 2018

Siedem i siedemdziesiąt siedem

marca 06, 2018

Siedem i siedemdziesiąt siedem

Wtorek, 3 tydzień Wielkiego Postu

 

Słowo Boże na dziś:

 

Przebaczenie Boga uwarunkowane przebaczeniem drugiemu człowiekowi


Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Piotr podszedł do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?» Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby dług w ten sposób odzyskać. Wtedy sługa padł mu do stóp i prosił go: „Panie, okaż mi cierpliwość, a wszystko ci oddam”. Pan ulitował się nad owym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: „Oddaj, coś winien!” Jego współsługa padł przed nim i prosił go: „Okaż mi cierpliwość, a oddam tobie”. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego, wezwawszy go, rzekł mu: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


W naszym osobistym zachowaniu zauważyć możemy za­dziwiającą zależność. Z jednej strony tak bardzo zależy nam na dobru i powodzeniu ludzi, których kochamy. Jednocześnie zaś mamy wielką odwagę, by ich krzywdzić. Zależy nam na domo­wym pokoju i zgodzie, lecz zarazem najchętniej awantury i kłót­nie wszczynamy właśnie w domowym zaciszu. Potrafimy wiele ofiarować kochanej osobie w bezinteresownym geście wsparcia i życzliwości, ale jednocześnie nie mamy oporu przed tym, by tę samą osobę krzywdzić i wykorzystywać.
Sami krzywdzimy kochanych ludzi i jesteśmy ranieni przez tych, którzy nas kochają. Mamy większą chęć i odwagę, by wyrzą­dzać zło tym, którzy są nam życzliwi i bliscy. Ranimy się wzajem­nie i wszczynamy awantury zamiast zabiegać o dobro i zgodę. Im dłużej ze sobą żyjemy, tym więcej blizn wspólnego obcowania no­simy na swym sercu. Chociaż się kłócimy i krzywdzimy, to jednak doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, iż nie jest to normalny stan rzeczy. Wcześniej czy później przychodzi więc refleksja, by się po­jednać. Przychodzi czas na to, aby sobie wzajemnie przebaczyć.
Doznając kolejnej krzywdy od drugiej osoby, pytamy się wewnętrznie: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?” (Łk 18,21). Jezus zaś niezmiennie odpowiada nam tak, jak odrzekł Piotrowi: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Łk 18,22). Czasem przychodzi nam przebaczyć z dobroci serca, lecz to przebaczenie zawsze wydaje się ponad nasze siły. Niekiedy udaje się nam wyciągać dłoń do zgody, chociaż to nie my wszczęliśmy spór, lecz postępowanie w taki sposób za każ­dym razem, gdy zmącono nasz życiowy pokój, wydaje się nie­wykonalne. Wiele razy darowaliśmy kochanym ich zdrady, krzywdzące słowa, niesprawiedliwości, lecz bywają też takie krzywdy, których nie potrafimy przebaczyć.
Chrystus zaś wprost i bezpośrednio mówi dziś do mnie i do ciebie: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Pan Jezus nie mówi, by przebaczać tylko „czasem”, ale „zawsze”. Zbawiciel nie sugeruje, by tylko niekiedy wyciągać dłoń do zgody, gdy zostaniemy skrzywdzeni, lecz by czynić to nieustannie. Syn Boży nie prosi, by w hojności swego serca daro­wać niektóre przewinienia, lecz by czynić to za każdym razem, gdy zostaniemy dotknięci. Jeżeli bowiem pragniemy, by Pan Bóg był dla nas wyrozumiały, również i my musimy być tacy dla bliź­nich. Jeżeli oczekujemy, iż drugi człowiek nam przebaczy uczy­nione zło, nie możemy być w tym gorsi. Wszak otrzymujemy to właśnie, co sami dajemy. Zbieramy takie żniwo, jakie nasiona sie­jemy. Odmierzą nam taka miarą, jaką my mierzymy.
Czasem jednak tak trudno przebaczyć. Im bliższa jest nam osoba, od której doznaliśmy zła, tym trudniej wrócić do dawnej zgody i miłości. Im więcej dobra okazaliśmy człowiekowi, który nas skrzywdził, tym trudniej wytłumaczyć sobie, dlaczego zde­cydował się nas znieważyć. Im większa była nasza zażyłość, przyjaźń, miłość, tym bardziej bolesne okazują się wyzwiska, kłamstwa, zdrady i niesprawiedliwości. Cierpi nasza miłość własna i dlatego tak trudno przychodzi nam przebaczyć. Cierpi nasze „ego” i dlatego rodzi się chęć odwetu i buntujemy się przed przebaczeniem.
Lecz odwet nigdy nie przyniesie niczego dobrego. Czasu nie cofniemy, wypowiedzianych słów, decyzji i czynów nie jesteśmy w stanie anulować. Krzywda już nam się stała i tego nie zmienimy. Odwet jednak nie spowoduje zmiany przeszłości. Uparte pogrąża­nie się w waśniach nie przyniesie ukojenia i pokoju serca. Wołanie o zadośćuczynienie nie odwróci biegu wydarzeń. Od zła, które nas spotkało, może nas uwolnić tylko i wyłącznie przebaczenie. Od do­znanych krzywd może nas odgrodzić tylko pojednanie. Lekar­stwem, które pomoże jak najszybciej zabliźnić się zranionemu sercu, będzie tylko i wyłącznie pragnienie zgody. Sam czas nie le­czy ran. Rany leczy przebaczenie. Sam czas nie powoduje, iż sta­jemy się bardziej wyrozumiali. Tak dzieje się tylko wtedy, kiedy człowiek otwiera swe serce na uzdrawiające działanie przebaczenia.
Przebaczenie bowiem, o które dziś z takim naciskiem prosi Pan Jezus, przede wszystkim jest lekarstwem na rany zadane oso­bie skrzywdzonej. To nie ten, który uczynił zło, najwięcej zyskuje, kiedy dochodzi do pojednania z osobą poszkodowaną. To właśnie człowiek zraniony najwięcej otrzymuje, gdy przebacza. Przeba­czenie jest bowiem jedynym sposobem, aby uwolnić się od dozna­nych krzywd. Przebaczenie jest jedyną drogą do odzyskania po­koju serca. Przebaczenie jest jedynym lekarstwem, które może uleczyć skrzywdzoną miłość.
„Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt sie­dem razy”. Te słowa Chrystusa Pana to nie nakaz, a dobra rada. To nie polecenie, a życzliwa sugestia. Przebaczajmy więc sobie wzajemnie, by i nas obmyła wspaniałomyślna łaska darowania na­szych win.


listopada 13, 2017

Obowiązek przebaczenia

listopada 13, 2017

Obowiązek przebaczenia

Słowo Boże na dziś

Poniedziałek, 32 tygodnia Okresu Zwykłego

  Łk 17,1-6

 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu dla jednego z tych małych. Uważajcie na siebie! Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli będzie żałował, przebacz mu. I jeśliby siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwrócił się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego”, przebacz mu». Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna».
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Gdyśmy byli jeszcze grzesznikami, zanurzonymi w mroku śmierci, w jej lodowatym uścisku, posłał Bóg swego Syna, by Ten na drzewie krzyża przebaczył każdemu z nas. Zanim Boga rozciągnięto pomiędzy niebem i ziemią, zanim mogli zobaczyć Tego, którego zabili, przechadzał się między wsiami, miastami; spotykał ludzi i gdziekolwiek pojawił się, niósł przebaczenie.
Przyprowadzono do Niego kobietę i wszyscy ją potępili. A On, pełen miłości i zrozumienia, powiedział: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej”. I każdy, kto spotykał się z Mistrzem z Nazaretu, otrzymywał przebaczenie, przebaczenie swych niewierności, swoich grzechów. I tak też Jezus Chrystus nauczał swoich uczniów, tych, których wybrał spośród świata, by byli źródłami światła w tym świecie, by dzięki nim miłość wzrastała.
A niepodobna wyobrazić sobie miłości bez przebaczenia. Bo i na co dzień jest sobie co wybaczać, jest za co mówić przepraszam, i mówić nie gniewam się. Każdy z nas doświadcza słabości, doświadcza grzechów, upadków. I wtedy niejednokrotnie ta modlitwa Ojcze nasz, modlitwa prośby, całkowitego powierzenia się najlepszemu Bogu, zakwita na ludzkich ustach: I odpuść mi moje winy tak, jak i ja odpuszczam moim winowajcom. Wypowiadam te słowa codziennie, ale czy zdaje sobie sprawę z ich wagi? Bo może tymi słowami podpisuję na siebie wyrok potępiający? Bo Bóg stanie kiedyś przede mną i powie: Dziecko Moje, tak jak ty przebaczałeś, tak i Ja tobie przebaczam. A może powie: Tak, jak ty byłeś nielitościwy, tak i dla ciebie litości nie znajduję.
Być źródłem światła, przebaczenia, akceptacji drugiego człowieka – z jego małością, z jego upadkami; pokochać go właśnie tak. A kiedy nadchodzi konieczność przebaczenia, spojrzeć na własne życie, grzeszne, upadłe, i powiedzieć: Ja jestem podobny do tego człowieka. A skoro Bóg, który jest bez grzechu, przebacza, to może i ja pochylę się i przebaczę.
Ale żeby przebaczyć drugiemu, trzeba najpierw wybaczyć samemu sobie. I pojawia się kobieta u kratek konfesjonału, mówiąc: Proszę księdza, wiele lat temu popełniłam błąd – zabiłam w sobie życie. I ja wiem, że Bóg mi przebaczył, ale ja przy każdej spowiedzi ten grzech wyznaję, bo nie umiem przebaczyć sobie. Nie potrafię. Pozwól w tym wszystkim zadziałać Panu Bogu, Jego miłości. Chrześcijanin, to człowiek, który pozwala w swoim życiu działać Bogu, który z Niego czerpie moc do przebaczania, i który cieszy się z tego: iż mój Ojciec, taki wspaniały, taki cudowny, wybaczył mi mój grzech, moją słabość. I tutaj jest źródło przebaczenia sobie – zrozumienie, że jeżeli żałuję, to Bóg mnie nie potępi, to Bóg mnie nie odrzuca, ale w pełni miłości przygarnia mnie do siebie. A kiedy już wybaczę sobie, będę umiał przebaczać tym, których na co dzień spotykam, i którzy proszą o moje przebaczenie, którzy o nie błagają. I odpuść mi moje winy tak, jak i ja odpuszczam wszystkim, którzy mnie zawinili. AMEN. 

 

 

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Przebaczenie

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Przebaczenie
Nie ma wątpliwości: słowo Boże jeszcze raz przypomniało nam podstawową prawdę naszej wiary, że „Bóg nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie od­płaca” (Ps 103, 10). Z jaką nadzieją nową wsłuchujemy się w tę Dobrą Nowinę, że Bóg odpuszcza wszystkie winy, leczy wszyst­kie choroby, życie ratuje od zguby. Ta prawda nie podlega kon­testacji. Dobrze, że tak jest. Pan jest łaskaw, pełen miłosierdzia (Ps responsoryjny, refren). Nikt tego nie kwestionuje. To dla nas oczywiste. Zwątpienie w miłosierdzie Boże jest ostatnim zwąt­pieniem człowieka. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy usłyszę i do siebie zastosuję siłowa Chrystusa: „Czyż i ty nie powinieneś był ulitować się... jak ja ulitowałem się nad tobą?” (Mt 18, 33). W teorii – tak. Dopiero, gdy nas to dotyczy bardzo konkretnie, zaczynamy mieć wątpliwości, czy to aż tak jest na­prawdę...
W tym miejscu podzielę się wspomnieniami mojego ojca. Był rok 1942. Nadchodziła Wielkanoc. Grupa rodaków, z którą znalazł się w Austrii, zaczęła głośno marzyć o spowiedzi „przynajmniej raz w roku”. Ale jak? Każdy modli się i spowiada tylko w ojczystym języku. A z księ­dzem, który by mówił po polsku, były kłopoty. Przypadek zda­rzył, że spotkał w tramwaju starego ojca franciszkanina, który się nie bał, polecił w najbliższą niedzielę przyjechać do siebie, do klasztoru. Pochodził ze Śląska, mówił śliczną, typową dla tego regionu polszczyzną. Wszyscy umówieni zjawili się w wyznaczo­nym terminie. Była wśród nich młoda Polka, która już po drodze tłumaczyła się, że do spowiedzi nie pójdzie, bo nie może przeba­czyć. Nie mogła darować mordercom swego ojca. Zginął on 11 września 1939 r. wraz z mężczyznami wioski Biała pod Zgie­rzem. Zebrano ich razem w jednym domu i tam wrzucono wiązkę granatów. Miała to być represja za niepowodzenia frontowe nad Bzurą. Poradzono jej, by przynajmniej poszła na rozmowę. Długo trwała ta rozmowa. Zakończyła się spowiedzią i rozgrzeszeniem. A nauka, którą im potem powtórzyła, była prosta: „Zostaw po­mstę Panu Bogu, a wkrótce na własne oczy zobaczysz, jaka kara przyjdzie na tych, którzy tak strasznie skrzywdzili ciebie i twój naród”.
„Zostaw pomstę Panu Bogu”. To jest pierwszy warunek, który spełnić trzeba, by nie zatracić swego człowieczeństwa. Bo co się dzieje z człowiekiem, który doznał krzywdy i planuje zemstę? Toczy go robak nienawiści; od środka. Wżera teię w jego serce, w mózg – niszczy w nim to, co dobre, szlachetne. Nie wiadomo nawet, czy dojdzie do odwetu, czy zemsta sięgnie krzywdziciela, a już jej siły destrukcyjne niszczą tego, co rewanż planuje. Może też dlatego Pan Jezus wszystkim swoim uczniom odebrał prawo do zemsty: „Słyszeliście że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb! A ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5, 38). Niewygodny to tekst, trudna mowa. Lecz to jest Ewangelia Pana naszego. Sam wprawdzie uderzony w twarz przez sługę arcykapła­na bronił się, ale z jaką godnością: „Jeżeli źle powiedziałem, udo­wodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 23). Tak jest. Odebrał Pan Jezus wszystkim swoim uczniom prawo rewanżu raz na zawsze. Co więcej: polecił nam miłować na­wet nieprzyjaciół i modlić się za tych, którzy nas prześladują (Mt 5, 44). To jest warunek, byśmy się mogli stać synami Ojca, który jest w niebie. Tego Ojca, którego codziennie sami prosimy, aby nam winy odpuścił. Czy wolno nam więc stawiać pytanie, ile razy mamy przebaczać? Nie. To pytanie już padło. I słyszeliś­my również odpowiedź. Innej nie ma. I mamy również uzasad­nienie: jesteśmy sami ciągle dłużnikami niewypłacalnymi – ży­jemy tylko dlatego, że nam darowano. A może to przekracza nasze możliwości? Może trzeba być Chrystusem, by zdobyć się na modlitwę: „Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34).
Czyż nie tak samo modlił się dobijany kamieniami za swe przekonania Szczepan, pierwszy męczennik? Czyż nie tak umierał, płonąc jak żywa pochodnia, Glaukos-lekarz? „Żył jeszcze. Twarz miał zbolałą i pochyloną, jakby chciał po raz ostatni przypatrzyć się swemu katowi, który go zdradził, pozbawił go żony, dzieci, nasadził na niego zabójcę, a gdy to wszystko zostało mu w imię Chrystusa odpuszczone, raz jeszcze wydał go w ręce oprawców. Nigdy człowiek człowiekowi nie wyrządził straszniejszych i bardziej krwawych krzywd. I oto ofiara płonęła teraz na smolnym słupie, a kat stał u jej stóp. Oczy Glauka nie odwracały się od twarzy Greka. Chwilami przesłaniał je dym, lecz gdy dmuchnął powiew, Chilo widział znów te utkwione w siebie źrenice. Pod­niósł się i chciał uciekać, lecz nie mógł... Czuł tylko..., że otacza go jakaś bezdenna, straszna i czarna pustka, w niej zaś widać tylko te oczy męczennika, które wzywają go na sąd. A tamten schy­łając coraz niżej głowę patrzył ciągle. Obecni zgadli, że między tymi ludźmi coś się dzieje, lecz śmiech zamarł im na ustach, w twarzy bowiem Chilona było coś strasznego: wykrzywiła ją tak trwoga i taki ból, jak gdyby owe języki ognia paliły jego własne ciało. Nagle zachwiał się i wyciągnąwszy w górę ramiona zawołał okropnym rozdzierającym głosem: – Glauku! W imię Chrystusa! Przebacz!
Uciszyło się naokół: dreszcz przebiegł obecnych i wszystkie oczy mimo woli podniosły się w górę.
A głowa męczennika poruszyła się lekko, po czym usłyszano z wierzchołka masztu podobny do jęku głos:
Przebaczam!...
Chilo rzucił się na ziemię... podniósł się po chwili z twarzą tak zmienioną, iż augustianom wydawało się, że widzą innego człowieka. Oczy płonęły mu niezwykłym blaskiem; ze zmarszczone­go czoła biło uniesienie; niedołężny przed chwilą Grek wyglądał teraz jak jakiś kapłan, który nawiedzony przez bóstwo, chce od­kryć prawdy nieznane” (H. Sienkiewicz, Quo vadis, Warszawa 1959 s. 641–642). I był to rzeczywiście już inny człowiek. Dopiero te­raz zdobył się na odwagę, by mówić prawdę, dopiero teraz przy­jął naukę Apostoła Pawła, dopiero teraz zaczął się modlić: „Chryste!... Chryste!... Odpuść mi! I przyjął chrzest i nie odwo­łał niczego, choć zamęczono go na śmierć.
Ten temat był Sienkiewiczowi bardzo bliski. Poruszał go w przeróżny sposób w swoich utworach doskonale rozumiejąc, że przebaczenie działa jak węgiel żarzący na głowie, dokonuje wstrzą­su u tego, któremu darowano winę.
Ale może powiesz: cóż, to literatura. Licentia poetka! Pięk­na wizja pisarza. Dobrze, spójrzmy więc na postawę ludzi z na­szego kręgu, z naszego świata. Otwieram Zapiski więzienne ks. kardynała Wyszyńskiego. Czytam, co napisał po trzech miesiącach więzienia w Stoczku Warmińskim: „Pragnę być jasny. Mam głębokie poczucie wyrządzonej mi przez Rząd krzywdy. ... Pomimo to nie czuję uczuć nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nau­czył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela, zamieniać w uczuciach na braci.
Sic volo – tak chcę. Z tym uczuciem mogę zamknąć ten rok ...” (31.12.1953).
I wreszcie jeszcze jedno świadectwo. Oto z okazji świąt Bo­żego Narodzenia 1983 roku Ojciec św. Jan Paweł II odwiedził rzymskie więzienie. Wszedł też do celi swego niedoszłego mordercy – skazanego na dożywocie i rozmawiał z nim przez 20 minut. Bez świadków, w cztery oczy. Ofiara i zbrodniarz. Zdjęcia obiegły cały świat. Dla ludzi były powodem zdziwienia, zadumy, a także wielką lekcją, bardziej przemawiającą do współczesnego człowieka niż nie jedna encyklika. To już nie jest literatura. To żywe świadectwo człowieka (dziś już oficjalnie świętego), którego nie sposób zapomnieć.
Moi Drodzy, tak sobie myślę głośno: ilu jest takich uczniów Chrystusa, którzy naśladując Mistrza, umieją się na to zdobyć: – „Niech ci Pan nie pamięta krzywdy, którą mi wyrządziłeś. Ja ci też przebaczam”. Mam nadzieję, że jest ich więcej, niż się nam wydaje. Amen.

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Uczyć się wciąż przebaczać

września 16, 2017

24. Niedziela Zwykła (A) – Uczyć się wciąż przebaczać

Ukochani Bracia i Siostry! Jakże jasne i zdecydowane są wezwania liturgii słowa, które słyszeliśmy przed chwilą: daruj obrazę; przestań nienawidzić; odpuść winę bliźniemu! Te kategoryczne wymagania Księgi Syracydesa potwierdził sam twórca dwu największych przykazań miłości – Chrystus. On to na pytanie Piotra: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?” – odpowiedział: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. (Mt 18,21–22). A to w języku biblijnym zna­czy: zawsze! Więc trzeba zawsze przebaczyć, darować – choć buntuje się zraniona ambicja, choć pięści zaciskają się w pragnieniu zemsty. Zawsze i wciąż na nowo – bo wciąż na nowo przebacza nam nasze winy najmiłosierniejszy Bóg. Zawsze i całkowicie, aby zarzewie urazy i niechęci, niby nie­wygasła iskra w popiele, nie rozpaliło się znowu niespodzianie płomieniem ślepego gniewu.


1. Dwutysiącletnie dzieje Kościoła – to chyba w pierwszym rzędzie pasjonująca historia zmagania się poszczególnych osób, grup ludzi czy całych narodów z wielkością zdania, jakie Chrystus powierzył swoim wyznawcom, przekazując im w testamencie przykazanie miłości. Zadaniu temu były wierne aż do końca, aż do strasznej śmierci na arenach cyrków rzymskich tysiące bohaterskich męczenników spośród pierwszych chrześcijan. Im to właśnie stworzył trwalszy od spiżu pomnik literacki nasz H. Sienkiewicz, kreując w „Quo vadis?” nieśmiertelną postać Glaukosa. On to, płonąc żywcem jako jedna z „Pochodni Nerona”, przebacza zrozpaczonemu Chilonowi – temu, który wydał go na tak potworną kaźń. Iluż takich wiernych naśladowców Chrystusa przebaczającego miał Kościół wieków średnich. Należała do nich i nasza, oddana bez reszty swemu ludowi, królowa Jadwi­ga, wybaczająca bolesne krzywdy wyrządzane jej przez oszczerców, po zer­waniu zaręczyn z austriackim księciem Wilhelmem.
Jak wielu ludzi zdolnych do podjęcia podobnych decyzji żyje i teraz wśród nas. Wspomnijmy jedno, bliskie nam wydarzenie. W roku 1966 przygotowywaliśmy się w Polsce do wielkiej rocznicy tysiąclecia chrztu. Nasi biskupi zapraszali na uroczystości jubileuszowe katolików z wielu kra­jów. Wysłali także list do Niemiec. Zawierał on również przypomnienie ciągnących się przez stulecia tragicznych konfliktów sąsiedzkich oraz krzywd i zbrodni, których ofiarą był nasz naród. W liście znalazło się głoś­ne zdanie: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. To odważne i do głę­bi chrześcijańskie stwierdzenie wywołało początkowo oburzenie w wielu środowiskach. Ale czas bardzo szybko potwierdził jego słuszność. List stał się początkiem ożywionych kontaktów nie tylko religijnych, ale też politycznych. Przyszła chwila, w której głównemu autorowi, Prymasowi Tysiąclecia, wzniesiono pomnik w Warszawie, na Krakowskim Przedmieś­ciu.

2. Drodzy bracia i siostry! Stykając się wciąż z wieloma ludźmi, często popadamy w różne konflikty: doznajemy krzywd, ale i my także nieraz krzywdzimy innych. Aby, mimo tego, życie i wspólna praca w rodzinie, w sąsiedztwie i w wielu innych środowiskach były w ogóle możliwe, trzeba wciąż rozbrajać powstające napięcia, wygaszać sytuacje zapalne, napra­wiać wyrządzone szkody, umieć wiele darować i wybaczyć. Innej drogi – po prostu nie ma. Kościół, który wciąż nam przypomina Chrystusowe przy­kazanie miłości, chce nas chronić przed tym wszystkim, co wypacza nasze spojrzenie na drugiego człowieka, zamyka możliwość porozumienia i współpracy z nim.
Zwróćmy uwagę przynajmniej na jedno z takich zjawisk, wywierających dziś destruktywny wpływ szczególnie na ludzi młodych, kształtując u nich postawę, którą możemy nazwać punkowsko-skinerską. Spotyka się i u nas pewne kręgi młodzieży, które identyfikują się z modnymi dziś w wielu kra­jach grupami punków, skinersów, rastamanów, metalowców i jeszcze in­nych. Poznajemy ich na ulicy, w kinie, w sali koncertowej, po stroju i róż­nych rekwizytach. Czarne skórzane kurtki nabijane nitami, ciężkie podku­te buty, czarne koszule zadrukowane szokującymi symbolami. Spotykamy wśród nich trupie czaszki, różne ziejące ogniem potwory, rogate diabelskie głowy z wyszczerzonymi kłami. Niektórzy mają ogolone głowy lub wielo­kolorowe grzywy Apaczów, tatuaże, a czasami noszą odwrócone krzyże, wskazujące na jakieś związki z satanistami. Wszystkie grupy fascynują się muzyką, która przy swym zróżnicowaniu ma to wspólne, że jest gwałtow­na, agresywna, „nasycona” zmysłowością. Teksty piosenek są często bru­talne, prowokujące, cyniczne. Pod wpływem tej muzyki słuchacze niszczą sprzęty, rzucają różnymi przedmiotami, zaczynają staczać formalne bitwy z fanami innych ugrupowań. Trudno byłoby w tej chwili dokładnie ocenić postawę moralną członków tych różnych grup. Poprzestańmy więc na jed­nym kryterium i zapytajmy, czy ich ideologia i styl życia ułatwiają spełnia­nie pierwszego i najważniejszego dla każdego chrześcijanina przykazania miłości? Odpowiedź jest negatywna: nie tylko nie ułatwiają, ale bardzo utrudniają. Dzielą ludzi na „swoich” i wrogów, których trzeba zwalczać. Przytępiają wrażliwość i naturalną potrzebę pomagania innym, prowadzą do nihilizmu moralnego. Grupy te przynoszą wartości dość wątpliwe, obce zarówno naszej kulturze chrześcijańskiej jak i narodowej. Dlatego powinniśmy i siebie, i innych bronić przed ich oddziaływaniem. A wielu oszoło­mionym dzikim rytmem można by zalecić, aby powtarzali nieraz znaną modlitwę poetycką Marka Antoniego Wasilewskiego:
Wargi moje są wąskie.
Gdy mam zacięte usta,
Spójrz na mą małość, Panie,
Wargi mi w uśmiech ustaw.
Serce moje jest gniewne.
Serce me bije ciemno.
Rozjaśnij serce moje,
Zawieś swój spokój nade mną.
Oczy moje są złe.
W mych oczach gra pożądanie.
Zakryj mi oczy Twą wizją.
Daj mi nie widzieć, Panie.

3. Nasza postawa i odnoszenie się do drugiego człowieka zależy od tego, kim on jest dla mnie, za kogo go uważam. A może być konkurentem w wy­ścigu po lepsze zarobki, może być tylko narzędziem, którym chcę się posłu­żyć dla zdobycia przyjemności, pieniędzy, władzy. Może być wreszcie wro­giem, który zagraża moim planom, którego trzeba poniżyć, usunąć z drogi, zniszczyć. Trzeba odrzucić takie okaleczone pojmowanie i traktowanie drugiego człowieka. Trzeba patrzeć na niego w świetle wiary, oczyma Chrystusa. W każdym dostrzegać istotę obdarzoną duszą nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boże, przeznaczoną do życia wieczne­go. Pamiętać, że Bogu na każdym z nas bardzo zależy, że dla wszystkich jest najlepszym, kochającym Ojcem, który smuci się z powodu naszych upad­ków, ale chętnie daruje nam i przebacza. A jednym z najważniejszych wa­runków uzyskania Bożego miłosierdzia jest przebaczenie i odpuszczenie tym, którzy wobec nas zawinili.

4. Nie wszyscy podjęliśmy dalszą naukę w rozpoczętym niedawno no­wym roku szkolnym. Dla większości dawno już skończył się ten okres ży­cia. Ale wszyscy: dzieci, młodzież i starsi, zdrowi i chorzy, wykształceni i niewykształceni – wszyscy przez całe życie jesteśmy uczniami i uczennica­mi w szkole Chrystusa. A jednym z najważniejszych jej „przedmiotów” jest to, o czym dziś rozważamy: przykazanie miłości. Jego „lekcje” muszą od­bywać się każdego dnia. Pomyśl więc życzliwie o drugich już przy rannym pacierzu. Polecaj swemu Mistrzowi Nauczycielowi szczególnie tych, z któ­rymi trudno ci żyć. Naradź się z Nim, komu i jak należałoby dziś pomóc, poświęcić trochę czasu. Przy pacierzu wieczornym zadaj sobie pytanie: jak dziś myślałem i mówiłem o drugich? Czy nie skrzywdziłem kogoś? Czy nie gniewam się na kogoś? Wobec dobrego Ojca i własnego sumienia od razu daruj i przebacz, abyś mógł spać spokojnie, znowu w pełnej wspólnocie z Chrystusem i braćmi. Msza św. niedzielna z „Ojcze nasz” i „znakiem poko­ju” niech będzie dla ciebie bardziej uroczystą lekcją. Niech będzie uroczy­stym, dokonanym wobec całego zgromadzenia powiedzeniem najlepszemu Ojcu, że chcesz wszystkim darować zło wyrządzone. A swoim życzliwym spojrzeniem i uściskiem dłoni przy „znaku pokoju” obejmij nie tylko obec­nych w kościele, ale wszystkich tych, z którymi żyjesz, pracujesz, których spotykasz przez cały tydzień. Niech promień Chrystusowego pokoju i łaski rozjaśni i ogrzeje ich serce.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger