Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekolekcje wielkopostne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekolekcje wielkopostne. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 6. Oblicza grzechu (nauka dla młodzieży)

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 6. Oblicza grzechu (nauka dla młodzieży)
Drodzy moi młodzi przyjaciele!
Życie nasze często przyrównuje się do płynącej rzeki. Woda, początkowo u źródła, płynie spokojnie, stopniowo coraz szybciej i szybciej. Przeszkadzają jej obwałowania, boczne umocnienia, a i tak woda wylewa się na pola i tworzy wielkie rozlewiska, tworzy bagna. Podobnie jest i w naszym życiu. Być może pytasz: Dlaczego muszę chodzić do kościoła? Przecież mogę inaczej. Dlaczego muszę słuchać zdania rodziców? Przecież ja sam dobrze wiem jak mam postępować! Dlaczego tego mi nie wolno? Przecież jestem człowiekiem wolnym! I tak jak ta woda naszego życia, naszych spraw, wylewa się i my wchodzimy w to bagno, bagno grzechów i jakże trudno jest nam później wyjść z tego bagna.
Tak! Do ujęcia rzeki potrzebne są umocnienia, aby wzburzona woda się nie rozlała. Zapominasz o Bogu, o Jego przykazaniach, buntujesz się przeciwko ustalonym normom moralnym, i tak z tego powodu cierpisz.
Chce dziś razem z Wami rozważyć czym jest grzech? Z katechizmu wiemy, że grzech to przekroczenie prawa Bożego, przekroczenie świadome i dobrowolne. Ale popatrzmy dzisiaj na grzech nieco z innej strony.
Grzech jest porzuceniem, zlekceważeniem bezinteresownej miłości Bożej. Grzech, to stawianie siebie ponad Stwórcę. Grzech jest również brakiem dobra, które powinieneś czynić. Jakże często szukamy tego, co egoistyczne, wyrywamy się z rąk Miłosiernego Ojca. Ranimy serce. Ranimy dusze.
Trafnie ilustruje to obraz: Oto na pierwszym planie ojciec idący z małym dzieckiem, synkiem, na spacer. Trzyma go mocno za rękę, ale dziecko wyrywa się. Dostrzegło po drugiej stronie szosy piękny kwiat, pragnie go zerwać, mieć dla siebie... Ale ojciec nie chce wypuścić dziecka, bo widzi z naprzeciwka nadjeżdżający samochód. Jednakże dziecko wyrywa się niepostrzeżenie, biegnie, udało się... Zrywa piękny kwiat, kwiat więdnie i usycha. Pozostaje smutek i żal.
Tak często, drodzy młodzi, bywa z nami. Wyrywa się chłopak, dziewczyna z domu, zbuntowani, skuszeni, zwabieni urokami tego świata, i niszczą siebie, niszczą piękno ludzkiej miłości. I pragną wypełnić to swoje życie wielką sumą erotycznych doznań, myśląc, że to wystarczy im do szczęścia. Zapominają, że ten miraż wielkich przyjemności jest krótkotrwały i rodzi pustkę i rozgoryczenie. Bo jednak człowiek nie jest tylko ciałem i nie tworzą go tylko zmysły, a o jego szczęściu nie decyduje splot krótkotrwałych doznań cielesnych.
Tak! Młodość, to czas rodzenia się wielkich przyjaźni, wielkich miłości. Stajesz się podatny (podatna) na jedno z najwspanialszych z uczuć ludzkich. Kochać! Pamiętasz może tę bardzo głęboką rozmowę o przyjaźni lisa i księcia? Oswoić, znaczy stworzyć więzy. Jeśli mnie oswoisz, będziesz za mnie odpowiedzialny, będziemy się nawzajem potrzebować, będziesz dla mnie jedyny na świecie. „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem” – mówi Chrystus.
Miłość Boża – miłość prawdziwa! Miłość. Biedne to słowo. Tak często nadużywane. Tak bardzo wyświechtane i tak często wykoszlawione. podstawia się pod nie różne treści. Często miłością ludzką nazywa się czysty egoizm, a czasem miłość w języku ludzkim to zmysłowość, to coś, co jest brutalnym używaniem drugiej osoby.
Czymże jest miłość? A raczej trzeba by zapytać, czym ta miłość nie jest?
Na pewno miłość nie jest zachwytem drugą osobą, zauroczeniem nią. Miłość nie jest miłosierdziem, nie jest tkliwością. Miłość jest łaską, Bożą łaską. Miłuje ten, kto wybiera i jest wierny. Tak jak Bóg, który nas umiłował, oczekuje od nas wyboru i wierności. Masz więc wybierać i być wiernym temu wyborowi – wierny do końca swoich dni. On, Bóg, wybrał nas, gdy stworzył z miłości ciebie i mnie. I ty masz wybierać. Kiedy człowiek spotyka się z Bogiem, urzeczywistnia się prawdziwa miłość. Ale ta miłość jest wymagająca. Tak! Spójrz – nikt nie był tak kochany i umiłowany jak Pan Jezus, a mimo to Ojciec zażądał od Niego tak wielkiej ofiary, największej ceny, ofiary z własnego życia. To przerażające, ale nader prawdziwe. Miłość do drugiego człowieka też jest wymagająca. Tak!
Miłość to na pewno nie tylko wzajemna pomoc, ale to bezgraniczne oddanie siebie osobie ukochanej. Miłość seksualna jest tylko częścią tej prawdziwej miłości, częścią konieczną, ale nie jedyną; potrzebną, ale w odpowiednim czasie. Pomyśl, drogi Bracie i Siostro, drzewo, żeby wydało owoc musi wyrosnąć, zakwitnąć i wtedy dopiero zaowocuje. Tak też jest i z człowiekiem. Musi człowiek najpierw nauczyć się żyć, nauczyć się kochać, i w odpowiednim czasie ta miłość na pewno zaowocuje w sakramencie małżeństwa. W życiu rodzinnym często badaj prawdziwość i czystość tej miłości. Nie stawiaj pytania czy kocham – raczej mów sobie, czy wyrzekam się?, czy potrafię usłużyć?, czy umiem zapomnieć o sobie? Często słyszymy: zakochałam się! Tak – zakochałaś się w sobie!, zakochałeś się w sobie! To dla siebie pragniesz drugiego człowieka, dla siebie pragniesz ciała drugiej osoby, aby go wykorzystać dla siebie, a więc: zakochałeś się w sobie! Egoistyczna miłość! Zachowaj cię, Boże, od takiej miłości. Jeśli przestajesz dawać, przestajesz kochać. Tak! Pocałunkiem egoistycznym, pocałunkiem judaszowym zdradzasz samego Chrystusa w bliźnim. I ty jeszcze śmiesz mówić o miłości? Zapominasz o tym, że wiara polega na tym, aby zaufać miłości Boga. Z przykładu Judasza wiemy, że nie wystarczy być blisko Chrystusa, że nie wystarczy znać Chrystusa. Trzeba Chrystusa zrozumieć, pokochać i zawierzyć mu bez reszty, a nade wszystko zawierzyć Mu siebie.
Miłość to ofiara, to dźwiganie krzyża. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. Tak! Wziąć krzyż, to dostrzec na swojej drodze drugiego człowieka, dostrzec w drugim człowieku jego godność.
Mówisz: zakochałem się – nie mów tak! Mów: kocham ciebie. Tak mówią starsi, ale mówią prawdę. Bo to oznacza: Dla ciebie poświęcam siebie, swój czas, chcę być z tobą w chwilach radosnych i smutnych, chcę poświęcić się cały dla ciebie.
Pocałunek – znak miłości – a jeżeli ten znak nie jest znakiem miłości, to kosztuje wiele! Różne znamy rodzaje pocałunków. W szkole witasz się z kolegą, koleżanką, w domu z rodzicami – pocałunek, znak przyjaźni i miłości. Pytasz się, czy można się całować? Jeśli potrafisz się pocałować, to proszę bardzo. Ktoś powie, że przecież od pocałunku nikt się jeszcze nie urodził. Tak, to prawda, ale przez pocałunek – wiesz jaki – wielu straciło głowę, straciło życie. Tak, ale ksiądz nie wie, jakie to przyjemne..., jakie drgawki przechodzą wtedy przez człowieka... tak, ale i na to jest rada, stara metoda – jeśli chcesz drgawek, to gdy wrócisz do swojego domu, weź dwa gwoździe i włóż je do gniazdka z prądem, będziesz miał takie drgawki, że satysfakcja gwarantowana, mocne przeżycie gwarantowane.
Drodzy młodzi – czas zmarnowany na takie zabawy jest grzechem. Tak, to grzech. Dlatego staraj się, aby być naprawdę panem samego siebie, aby nie popaść w niewolę grzechu.
Wśród pokus młodzieńczych wybija się na pierwszy plan pokusa nieczystości. Oczywiście, to normalne, nie trzeba się przerażać, ale trzeba stanowczo i absolutnie powiedzieć NIE! Nie ulegać, a jeśli ulegniesz raz, drugi, bagatelizując, staniesz się niewolnikiem cała swojego, swoich zmysłów i bardzo trudno ci będzie powstać, zapanować nad swoim instynktem, zwłaszcza o własnych siłach. Ów instynkt jest potrzebny, ale w odpowiednim czasie. Jeśli nie potrafisz opanować swojego ciała, będziesz mieć problemy w życiu małżeńskim, rodzinnym. Jakże trudno będzie wtedy ofiarować coś z siebie drugiej osobie. Kochać!
Kocham ciebie – mówi dziewczyna do chłopaka! Ale oto chłopak żąda od tejże dziewczyny tzw. „dowodu miłości”. Czy on cię kocha? Z pewnością nie! Możesz być pewna, że on nie kocha i nie zasługuje na twoją miłość, a jeśli kocha, to poczeka.
Drodzy młodzi! Spójrzmy jeszcze na inne grzechy, które tak często nurtują wasze sumienia, zniewalają was. Spójrzmy na Boże przykazania. Pierwsze przykazanie – kochać Boga ponad wszystko, mieć wiarę, wiarę pogłębiać. I tu pojawia się grzech zaniedbywania lekcji religii. – Ja już wiem, już wszystko wiem, już to słyszałem, mnie już to nie potrzebne... Ziarno wrzucone w ziemię potrzebuje opieki, pielęgnowania, aby wydało owoc stokrotny. I tak jest również z ziarnem wiary, które padło na glebę twego serca. Musisz je pielęgnować, żeby wydało owoc, żeby ta wiara była żywa, musisz swoją wiarę pogłębiać, argumentować rozumowo, żeby nie powstydzić się przed innymi, że nie znasz zasad swojej wiary. Staraj się pogłębiać swoją wiarę.
Częstym grzechem w naszym życiu jest brak miłości względem rodziców, wobec rodzeństwa. Tak często zapominamy o ich poświęceniu – to „wapniaki”, jak wiem lepiej, toć XXI wiek. Ale pamiętaj, że wszystko w życiu może cię zawieźć, może rozsypać się w gruz, ale zawsze możesz wrócić do domu rodzinnego, zawsze dla ciebie tam jest schronienie. Szacunek dla rodziców! Oni dla ciebie i tobie tak wiele dali, poświęcili. Może i masz uzasadnione zastrzeżenia, może w wielu przypadkach masz rację, ale pomyśl, że oni żyją dla ciebie.
Innym grzechem tak często występującym to grzech zazdrości. Zazdrościmy koledze, koleżance rożnych spraw, czasami bardzo błahych. Pomyśl – stajesz się sędzią Chrystusa w bliźnim, stajesz się Piłatem, który sądzi i wydaje wyrok. Moi Drodzy! Grzech, to poważna rzecz, a jego tragedia pogłębia się przez częste zaprzeczanie, że jesteśmy grzesznikami. Tak często się słyszy – ja nie mam grzechu, ja nie mam się z czego spowiadać. Wystarczy jak przyjdę raz w roku do spowiedzi. Nie! Jeśli chcesz być uczniem Chrystusa, to musisz tak często do Niego przychodzić, jak tego domaga się twoje sumienie obciążone grzechem, jak tego domaga się twoja miłość do Niego.
Pomyśl, drogi Bracie i Siostro, jaki jest stan twojej duszy, twojego sumienia, kto jest twoim panem, komu służysz, czy kierujesz się swoim ciałem i uczuciami?, czy jesteś panem swojego ciała? Wiedz, że nie potrafisz długo wytrwać o własnych siłach. Potrzebny ci jest ktoś, kto ci pomoże, poda rękę, umocni twoje serce, ale do tego każdy człowiek będzie za słaby. Tu potrzebny jest Chrystus – tylko On może umocnić ciebie. Jeśli Mu się oddasz, zawierzysz, będziesz silny Jego mocą. Więc proś w pokorze, proś na kolanach, bo tylko wtedy człowiek jest wielki, gdy jest na kolanach przed Bogiem. AMEN

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 5. „Pokutę czyńcie"

kwietnia 13, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 5. „Pokutę czyńcie"
„On odpuszcza wszystkie nieprawości nasze, On uzdrawia wszystkie cho­roby nasze, On odkupuje żywot twój od zatracenia, On koronuje cię miłosier­dziem i litościami" - słowa Psalmu 102 sławiące nieskończone miłosierdzie nad grzesznikami.
Ukochani w Chrystusie Panu! Do pojednania człowieka z Bogiem Pan Jezus ustanowił spowiedź świętą. Jest ona jak transfuzja świeżej krwi do chorego organizmu. Chrystus wchodzi do twego skołatanego grzechem serca, by ci powiedzieć: „Pokój ci". Nie bój się, bądź spokojną duszo moja. Spowiedź to jasny promień wśród ciemności życia, to uśmiech Boga do ciebie, może zrozpaczonego z powodu wielkości swo­ich przewinień.
Nasz pisarz S. Żeromski w Popiołach opisuje, jak główny bohater Rafał Wolbromski zmizerowany, obdarty, całkowicie opuszczony, wy­szedł z więzienia. Wstąpił do przydrożnej karczmy i tam spotkał swego przyjaciela starego Krzysztofa Cedrę. Opowiedział mu o swoim położe­niu, w jakim się znalazł i dzięki niemu doszedł niejako do siebie. Zdjął z siebie stare, brudne i podarte łachmany, złożył je starannie i zachował. Przyjaciel powiedział mu: „Daj to, sługa mój wyrzuci". „Nie" - odpo­wiedział Olbromski - „to jest moje dotychczasowe życie".
Kto wsłucha się w naturę ludzką, wniknie w nią głęboko, to dostrzeże w niej potrzebę wypowiedzenia swych słabości, by w ten sposób znaleźć ulgę. Dziecko, gdy coś zbroi, czuje się niedobrze, kręci się i zaraz rodzice wiedzą, że coś źle zrobiło. Naoczni świadkowie ostatniej wojny opowiadają o tym, jak ciężko ranni żołnierze, nie mając kapłana, przed którym mogliby się wyspowiadać - spowiadali się jedni przed drugimi. Nawet złoczyńcy oddawali się w ręce sprawiedliwości i mówili, że nie mogli znieść piekła w swej duszy. Spowiedź święta odpowiada owej naturalnej potrzebie człowieka. Uwalnia od ciężaru grzechu i przynosi spokój. W Indiach, w kraju, w olbrzymiej jeszcze większości, pogań­skim, znajduje się święta góra, u której stóp przez cały rok można wi­dzieć wstrząsające zjawisko. Tysiące ludzi z różnych stron chodzi w procesji wokół góry. Widać tam ludzi w różnym wieku, a najwięcej ta­kich, co krwią splamili swoje serce. Podczas tej procesji często rzucają się na ziemię. Po co to wszystko? Czują, że przygniata ich ciężar winy, a sumienie nie daje im spokoju. Odkąd grzech rozpoczął pochód po ziemi, wołali ludzie ze łzami w oczach do Boga: „Odpuść nam nasze winy". Najcięższymi godzinami życia są nie chwile choroby czy innej dotkliwej straty, ale te, w których dusza utraciła Boga i popadła w grzech. Gdzie wtedy szukać ratunku? W spowiedzi świętej!!!
Trzy uczucia powinny towarzyszyć każdej spowiedzi świętej. Duch żalu, pokuty, potrzeby powstania z upadku. Bracia Józefa, którzy go sprze­dali, z żalem wyznali swój grzech i błagali go przebaczenie. Wtedy Józef wzruszony mówi im: „Jam jest brat wasz, nie bójcie się, dla zbawienia wa­szego posłał mnie Bóg do Egiptu"- za podłość ich otrzymują przebaczenie. Jezus miłosierny zmywa nasze grzechy, kiedy z boleścią je wyznajemy. W roku 1946 przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych operację serca na osiemnastoletnim chłopcu uderzonym silnie piłką. Koło serca utworzył się skrzep i utrudniał normalny rozwój. Ten młodzieniec ważył zaledwie 35 kg, lekarz w trakcie operacji złamał skalpel, ale przebił to stwardnienie za­krzepłej krwi i chłopiec wrócił do normalnego życia. Nasze serce też jest takie skarłowaciałe, przystąp do konfesjonału, poddaj się operacji. Spo­wiedź święta powinna łączyć się z żalem za grzechy.
Szczerość - bez fałszu, bez kręcenia. Kiedy Naaman - wódz wojska syryjskiego został uzdrowiony od trądu przez proroka Elizeusza, chciał obdarować go bogactwami. Prorok jednak niczego nie przyjął. Uzdro­wiony hetman odjechał, lecz sługa proroka pobiegł za nim i wyłudził podstępnie pieniądze dla siebie, nie przyznał się do tego prorokowi. Za to Bóg skarał go przez proroka Elizeusza, który powiedział: „za to, żeś okłamał Boga, przejdzie trąd na ciebie". Ludzi można okłamać, a przed Bogiem nic się nie ukryje.
Spowiedź powinna być rzetelna - cały bilans duchowy, nie pospiesznie, nie ogólnikowo, bez pomijania rzeczy ważniejszych. Spowia­da się mężczyzna: „Nikogo nie zabiłem, nikogo nie podpaliłem, nikomu krzywdy o pomstę do nieba wołającą nie wyrządziłem, a resztę niech ojciec duchowny dopomoże". I okazuje się, że wszystkie inne grzechy zdarzają się często. Inni lubią się spowiadać wymieniając, nie do obliczenia liczby, przeklinałem 2880 razy, zamiast powiedzieć 10 razy dziennie. Są tacy, co czekają na starszego księdza, który nie dosłyszy, albo spowiadają się, kiedy organy głośniej zagrają, wtedy ciszej powiedzą najcięższe grzechy, byleby uniknąć cięższej po­kuty. Oczywiście, spowiedź jest wtedy nieważna. Ciekawe, że ci, co rzadziej chodzą do spowiedzi, mają mniej do powiedzenia aniżeli ci, co przystępują co 2 tygodnie. Oni liczą tylko z grubsza. I ich trzeba pytać. Bardzo często nie uważają za grzech tego, co jest nim bez wątpienia.
Mężczyzna zapytany, jak żyje z żoną odpowiada, że czasem się pokłó­cimy, ale biję ją tyle, ile jej potrzeba. Tacy nie lubią, by ich pytać, nie lu­bią wyznawać liczby grzechów.
Chory zawsze mówi lekarzowi wszystko, inaczej nie pragnąłby po­wrotu do swego zdrowia. Spowiedź nasza musi być szczera, by mogła przynieść odnowę.
Wieloma drzwiami - mówi św. Antoni Padewski - wchodzi szatan do duszy ludzkiej, a tylko przez jedne można go wyrzucić - usta, kiedy grzech wyznamy.
Nie da się okłamać Boga, On nie pozwoli drwić z siebie. W I wieku chrześcijaństwa Ananiasz i Safira oszukali Apostołów, spotkała ich za to straszna kara. Nie księdza okłamujesz lecz Ducha Świętego - jest to przestroga dla wszelkich oszustów i spryciarzy, którzy z takiej święto­ści, jaką jest spowiedź, chcą się wyśmiewać.
Inaczej spowiadają się kobiety, często wymieniają mniej istotne rze­czy, nie należące do spowiedzi, spowiedź ich jest dłuższa, czasem sta­nowczo za długa. Lubią też mówić o wadach swych bliźnich, co jest wskazane, kiedy proszą o radę i pomoc.
Żyjemy w czasach, które cechuje brak miłości. W myślach, mowach i sądach ludzie zajmują się prawie wyłącznie słabościami i wadami bliź­nich. Nie dostrzegają belki we własnym oku.
Spowiedź jest lekarstwem na brak miłości współczesnego człowieka. Mówi ona do każdego, kto podchodzi do konfesjonału: „przyjacielu, teraz nie chodzi o cudze błędy, ale o twoje własne. Teraz nie oskarżaj drugich, ale samego siebie". Jeśli ktoś żyje w gniewie i nieprzyjaźni, co dzisiaj zdarza się często, to spowiedź woła głośno: „Jeśli Bóg ma ci przebaczyć, to i ty musisz przebaczyć. Krzywdę ci wyrządził? A czy ta krzywda nie jest obustronna? Rozważ to!”
Spowiada się młody człowiek. Wymienia krótko swoje grzechy, o nic nie pyta, a przecież ma tyle trudności, tak bardzo potrzebuje pomo­cy, zwłaszcza dzisiaj, kiedy wszędzie ociera się o zło. Niestety tak często załatwiamy nasz obowiązek spowiedzi, recytując jak wyuczoną lekcję, pewną mniej lub więcej wyuczoną liczbę grzechów - a następnie wygła­szamy „więcej już nie pamiętam, żałuję", na tym koniec. Oczywiście, że taka spowiedź jest ważna, uzyskujemy w niej to, co najważniejsze - od­puszczenie win - mimo tego nie wykorzystaliśmy wszystkich możliwo­ści tego sakramentu.
W spowiedzi świętej mamy opowiedzieć o pewnym okresie swojego życia i usłyszeć opinię o nim. Nie możemy opierać się spowiedniko­wi, spierać się z nim, bronić swego zdania. Rozmawiajmy bez skrępowania, bo rozmawiamy ze sługą Boga na ziemi, który obdarzony jest wówczas specjalną łaską Bożą.
Dzisiejszy człowiek cierpi na chorobę lęku i strachu. Starsi przeżyli wojnę, młode pokolenie wzrastało w czasach powojennych, przy nerwowej i gorączkowej pracy. Wielu także czuje lęk przed spowiedzią, ogromna część dzieci, które aż do ukończenia szkoły podstawowej co miesiąc przystępowały do spowiedzi i Komunii Św., potem nagle zrywa z tym pięknym zwyczajem, można wytłumaczyć to między innymi lę­kiem przed spowiedzią, który jest w człowieku w większym stopniu niżeli przypuszczamy.
Czują to nie tylko dzieci, ale i starsi, że przed spowiedzią jest im jakoś ciężko na sercu, a po spowiedzi tak lekko i radośnie. Lęk ten określiło dobrze jedno z dzieci: „mój tatuś jest cały tydzień w złym humorze, gdy ma się udać do spowiedzi. Tak się cieszymy, gdy on jest po spowiedzi".
Jak uwolnić się od lęku przed spowiedzią? Przypomnijmy sobie przypowieść o synu marnotrawnym, a jest ona najpiękniejszym obrazem Ewangelii. Spowiedź jest udaniem się dziecka do Ojca, rozmową z Nim o chorobach duszy. Idziemy na spotkanie nie z człowiekiem, lecz z Ojcem w niebie. Musimy ufać jak dziecko, że spowiedź uda się dobrze. Dziecięce usposobienie po spowiedzi powinno przejawiać się w tym, że nie powracamy do przeszłego życia. W ten sposób można dojść do radosnej, wolnej odschematu, osobistej spowiedzi. Niektórzy nieraz zadają sobie przed spowiedzią pytanie: „co sobie ksiądz o mnie pomyśli?". Nic sobie nie pomyśli, nawet nie skrzyczy, choćbyś mu nawet bardzo ciężkie grzechy wy­znał. Zna słabości ludzkie. Sam od nich nie jest wolny. Wie, czego można się od ludzi spodziewać. Jeśli swoje grzechy przed nim wyznasz szczerze, z wielką skruchą, to będzie wzruszony i zbudowany. Dołoży wszelkich starań, aby ci dopomóc. Reprezentuje przecież Chrystusa, a Chrystus nie odwrócił się od żadnej nędzy ludzkiej, nawet od tej najstraszniejszej. Więc i z pewnością nie odwróci się od twojej nędzy. Jeżeli bez obawy i z dziecięcą ufnością przystąpisz do spowiedzi, wtedy ona przyniesie prawdziwą ulgę, mieni życie, rozwiąże trudności i da spokój sumienia.
W XIX wieku żył we Francji adwokat, który nazywał się Larcordaire. Wstąpił później do zakonu Dominikanów. Zasłynął jako wielki i wybitny kaznodzieja. Za swoje zasługi został zaliczony w poczet członków Akademii Francuskiej. Było to wyróżnienie bardzo wielkie, z tej okazji urządzono mu wspaniały bankiet. Lacordaire nie zabawił na nim zbyt długo. Po pewnym czasie wstał i powiedział zebranym gościom, że mu-i już iść. „To niemożliwe" zawołali wszyscy. „Nie, muszę już iść" - odpowiedział. „W kościele, przy konfesjonale czekają na mnie dzieci”.
Celem wszystkich ćwiczeń duchowych i naszych rekolekcji jest odpowiednie przygotowanie do spowiedzi. Rekolekcje bez spowiedzi nic nie znaczą. Nie daj Boże, żeby ktoś zaniedbał tej okazji i nie odprawił spowiedzi. Bo nikt nie wie, czym w życiu człowieka może być opuszczona jedna spowiedź i Komunia św. Starajmy się wszyscy, dobrze i szczerze wyspowiadać. Niech Pan Jezus i Matka Najświętsza dopomogą wam w odprawieniu tej spowiedzi, by ona przyniosła wam jak najwięcej błogosławieństwa Bożego. Amen.


kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 4. Jaka jest moja wiara? (nauka dla młodzieży)

kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 4. Jaka jest moja wiara? (nauka dla młodzieży)
„O Boże,
Nędzna jest moja wiara,
Jak kości gryzione przez szakala,
Tak nędzna, że nie umiem powiedzieć,
czy naprawdę w Ciebie wierzę” – R. Brandstaetter

Drodzy młodzi Przyjaciele!
Otwierając Ewangelię, spróbujmy dziś odpowiedzieć sobie na pytanie - czym jest wiara?, Jaka jest moja wiara? Przypomnijmy sobie scenę uzdrowienia ślepego od urodzenia. Kiedy niewidomy spotkał Jezusa Chrystusa, Ten go zapytał - czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiada - a któż to jest, Panie, abym w niego uwierzył? To ten, który teraz z tobą rozmawia, a który wzrok ci przywrócił. I wtedy uzdrowiony pada na kolana i mówi „wierze Panie”. Uwierzył w Syna Człowieczego, w Chrystusa i Ten Chrystus znalazł się w centrum jego życia.
To ewangeliczne zdarzenie, i inne, wskazuje na to, że wiara jest spotkaniem Boga, spotkaniem Boga w Jezusie Chrystusie. Bóg objawił sie w Jezusie Chrystusie. To trochę tak jak w miłości. Dwoje ludzi gdzieś się spotyka, pokocha, a potem nie wyobraża sobie życia bez siebie. Chcą iść razem, mają do siebie zaufanie, jedno na drugim może polegać. Podobnie i człowiek, który uwierzył Bogu.
Wiara, moja wiara jest łaską, to znaczy że Bóg pierwszy nas umiłował, On pierwszy puka do serca człowieka, pierwszy odkrywa tajemnicę swego Serca, a człowiek? - to ja mam Mu otworzyć drzwi swego serca, swego życia.
Pan Bóg ofiaruje tobie dar, a twoja rzeczą jest ten dar przyjąć. I tu tak często występuje dramat wiary. Człowiek nie otwiera swojego serca. "Oto stoję u drzwi i kołaczę..." - mówi Pan w Objawieniu św. Jana. Te słowa stały sie natchnieniem dla malarza, który przedstawił Chrystusa pukającego do zamkniętych drzwi. A synek artysty przygląda się obrazowi i mówi - tatusiu, źle namalowałeś ten obraz, bo Pan który puka do drzwi nie będzie mógł wejść, bo tam nie ma klamki u drzwi. Tak dziecko, ojciec odpowiada synkowi -masz racje- istotnie, tak jest jak zauważyłeś, ale tak niestety bywa na świecie. Pan, który puka to Bóg, drzwi bez klamki prowadzą do serca ludzkiego, a można je otworzyć tylko od wewnątrz, żeby Pan Bóg mógł wejść do naszego serca musimy je sami przed Nim otworzyć. Łaska Boża działa jak wiosenne słonce, ogrzewa, ale nie spala, delikatnie działa, chociaż stanowczo. Znamy wielu ludzi, którzy po wielu latach powrócili do wiary, którzy otrzy­mali od Boga ten dar wiary, łaskę w późniejszym wieku. Wiara. Bóg zmusza do szukania, zmusza do stawiania pytań, i tak podczas pielgrzymki Ojca św. Jana Pawła II do Francji, ojciec św., spotkał sie z młodzieżą i tam pewien młodzieniec zadaje papieżowi pytanie -mówi- jestem ateistą, odrzucam wszelkie wierzenie, ale wiary niczyjej nie zwalczam, jednakże wiary nie rozumiem. I Ojciec św. odpowiada - wiara nie jest związaniem, wiara nie jest zobo­wiązaniem umysłu przez system gotowych prawd. Wiara jest świadomą odpowiedzią człowieka, całego człowieka, odpowiedzią na słowo Boga.
Drodzy młodzi. Jedni dostrzegają Boga w mądrości i pięknie stworzeń, patrząc na wspaniały wszechświat. Jeśli człowiek ma trochę dobrej woli, musi uznać Stwórcę, musi uznać, że istnieje Ktoś wszechmocny, wspaniały Zegarmistrz, który ten wszechświat musiał puścić w ruch - stworzyć. Piękno stworzeń mówi nam o Bogu. I słusznie mówi Pismo św.: „Niebiosa opowiadają chałę Bożą, a dzieła rąk Jego obwieszcza nieboskłon”. Dostrzec Boga, uwierzyć i żyć wiarą. Pomyśl –Drogi Bracie i Siostro- jaka jest twoja wiara? Jak ty patrzysz na Boga? Czy może tak, jak lotnik na swój spadochron – owszem, On tam jest od wszelkiego wypadku, ale się ma nadzieję, że nie będzie potrzebny. Tak! Potrzebujesz Boga wtedy gdy masz trudny egzamin, gdy jakaś katastrofa życiowa, to idziesz do kościoła i wtedy tak mocno dostrzegasz Boga. Modlisz sie, ale to za mało, tak nie można! Mówisz, że nie masz grzechów, że chodzisz do kościoła, nikogo nie zabiłem, nikomu nic nie ukradłem, a wiec jestem w porządku. Czy to jest prawdziwa wiara? Czy to jest wiara żywa? Wiary nie można ograniczyć wyłącznie do unikania grzechów, do strony negatywnej. W liście św. Jakuba czytamy: ”wierzysz że Bóg jest, słusznie czynisz, lecz także i złe duchy wierzą i drżą”.
Wiara ma być miłością, miłością, która działa przez miłość. Wiara ma być żywa, to znaczy otwierająca twoje serce na drugiego człowieka. Natomiast, jeśli człowiek odrzuci Boga, sięga po bóstwa, namiastki szczęścia, namiastki miłości. Być innym potrzebnym, ofiarować się komuś, bez tego nie ma wiary, a bez wiary nie ma miłości, a bez miłości nie ma życia. Wszystko traci koloryt, traci sens. Do kogo wiec należę i komu mogę zawierzyć? Komu mogę powiedzieć: „Cały Twój”? Jakże często dziewczyna mówi do chłopaka „cała twoja jestem”, ale on nie pragnie jej całej, on pragnie jej ciała. Z jej smutkiem, problemami nie wiedziałby co począć. Kto więc przyjmie człowieka całego, z jego wnętrzem? Cały twój jestem mówi chłopak do dziewczyny, ale cóż on tej dziewczynie może ofiarować, skoro znaczną część swojego życia roztrwonił, zniszczył w przelotnych przygodach. Cały twój - mówi egoista, zamykając się w sobie, zamykając swoje serce szczelnie przed bliźnim, aby żyć tylko dla siebie. Tak! „Cały twój” mówimy do pieniądza, który często staje sie bożkiem, przed którym gotowi jesteśmy uklęk­nąć, żeby tylko go zdobyć, i wchodzimy wtedy na drogę materializmu zapominając, że człowiekowi nie wystarczają tylko te wartości zamykające sie w ramach doświadczenia, w ramach doczesności. Człowiek tęskni za czymś, co przerasta jego samego. „Cały twój” mówimy często swoim nało­gom, które tak często nas zniewalają, rzucają na ziemie. Cały twój - i tak w swoim życiu szukamy namiastek Boga, zapomina­jąc o tym, że zostaliśmy stworzeni przez Boga i dla Boga.
Człowiek wyszedł od Boga i do Boga ma zdążać. Drogę do Boga wska­zuje mu krzyż i Chrystus na krzyżu. Chrystus mówi: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” - drogą bezpieczną, Prawdą bożą, i to prawda o szczęściu człowieka, to prawda o ludzkiej duszy nieśmiertelnej, prawda o miłosierdziu i przebaczeniu w sakramencie pojednania. Naszą przyszłością, moi drodzy, jest Chrystus. On jest naszą teraźniejszością i przyszłością. Wołamy słowami dobrego łotra, tego który sie nawrócił, tego który w ostatniej chwili się nawrócił i modlił się tak: „wspomnij na mnie, Panie...”, zapamiętaj moje imię. Więc i ja wołam: Boże, nie zniechęcam sie twoim niepowodzeniem, szyderstwami, których ci nie szczędzono. Boże, ufam Tobie, chociaż zamiast złotej korony nosisz cierniową, zamiast berła w ręku trzymasz trzcinę, wierze Tobie, Boże. W tym właśnie, że jesteś odrzucony i sponie­wierany, dostrzegam Twoja wielkość, Twoje serce otwarte dla mnie. Boże mój, wierze w Ciebie i uwielbiam Cie. Wszyscy uwielbiamy Cię, Panie, słowami poety:
Im więcej razy na dzień jesteś znieważony,
Im śmieszniejsze na ciebie wkładają korony
I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę,
Albo liczą cię między pamiątki niebyłe,
Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia,
Bo słowo twoje z miejsca nie ruszy kamienia,
Tym bardziej pewnym mogę być tego jednego:
Że ty jesteś, zaiste, Alfą i Omegą.
(Cz. Miłosz)
Moi Drodzy! Łatwo jest zdefiniować czym jest wiara, ale trudniej żyć według wiary – zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W Liście do Hebrajczyków możemy wyczytać jej określenie: „Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”. Autor tego Listu podaje przykłady ludzi wiary, wymieniając Abrahama i Sarę. Patrząc na życie Abrahama, to wiara u niego przejawiła się w tym, że „usłuchał wezwania Bożego”, a które to wiązało się z opuszczeniem swego rodzinnego kraju i pójścia w nieznane. Wymagało to pewnego rodzaju odwagi i ogromnego zaufania do Pana Boga kierującego do niego to żądanie wiążące się zresztą z konkretną obietnicą. Ziemia Obiecana była dla niego ziemią obcą, ale była to Ziemia Obietnic. Pan Bóg wymaga, ale i daje człowiekowi coś w zamian. Wymaga zaufania, aby można było przyjąć obiecany dar. Dla Abrahama żądanie Pana Boga nie było czymś oczywistym, czymś, co można byłoby sprawdzić. Abraham zaufał słowu Boga. Możemy już teraz pokusić się o określenie wiary jako bezgranicznego zaufania względem Pana Boga. Oprzeć możemy się tylko na Jego słowie, które jednak - jak się okazało w przypadku Abrahama - było niezawodne. Dlatego też i my możemy zaufać Panu Bogu, Jego słowu, kiedy mówi do nas, że „wiara (...) jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy”. Nie widzimy bowiem tych rzeczywistości, o których mówi nam wiara. Wierzymy jednakże prawdomówności Boga. Abraham przy całej swej postawie nacechowanej wiarą i zaufaniem, okazał się także bardzo cierpliwy. Wędrówka z Ur poprzez Haran i wejście do Kanaanu, nie było proste, ani łatwe. Wiązało się z wieloma niedogodnościami, przede wszystkim z doświadczeniem tymczasowości, niepewności jutra, jakiejś obcości. To wszystko jednak, mówiąc prostym językiem, opłaciło się, bo towarzyszyła mu stale pewność obietnicy „miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg”. Tak więc wiara prowadzi do czegoś trwałego niezmiennego, niewzruszonego, co warto zdobywać mimo trudu i niepewności.
A Sara? Była kobietą w podeszłym wieku i w dodatku niepłodną, a teraz otrzymuje zapewnienie, że „otrzyma moc poczęcia”. Czyż łatwo był jej uwierzyć? Niezmiernie trudno! Według ludzkich kalkulacji, według ludzkiej wiedzy, było to wręcz niemożliwe. Miała bardzo poważne wątpliwości, o których mówi Księga Rodzaju. Uwierzyła jednak w Bożą wszechmoc i słowność, dzięki czemu otrzymała dar macierzyństwa. Stał się cud, bo Abraham miał wtedy 99 lat, kiedy ukazał mu się Bóg i powiedział do niego: „Jam jest Bóg Wszechmogący” (Rdz 17,1), a Sara miała wtedy 90 lat! (17,17), objawiając im, że w tym wieku będą mieli syna! Z rodu tego powstało niezliczone potomstwo.
Abraham i Sara byli pielgrzymami. Wędrowali do swojej nowej ojczyzny. Wiara jest pielgrzymowaniem do niebieskiej ojczyzny. O niej mówi cała Ewangelia. Aby dojść do niebieskiej ojczyzny, trzeba odznaczać się czujnością i gotowością na przyjście Pana, który nas wezwie do siebie. Pan Jezus mówi wprost: „Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”. W innym miejscu Pan Jezus powie, że śmierć przychodzi jak złodziej, o godzinie najmniej spodziewanej. Czujność, do której wzywa nas Pan Jezus, jest trwała postawą duchową, która przejawia się w naszym życiu duchowym. Św. Teresa z Avila, pisała: „We wszystkim potrzeba czuwania i baczności, bo nieprzyjaciel nie śpi; a im dusza wyżej postąpi w doskonałości, tym pilniej powinna czuwać, bo taką kusiciel, nie śmiejąc nastawać na nią jawnie, tym chytrzej i zdradliwiej podchodzi i jeśliby się nie miała na baczności, wielką jej szkodę wyrządzi. Dlatego, jak Pan nas ostrzega, potrzeba czuwać i modlić się zawsze, bo na odkrycie tych zasadzek złego ducha nie ma skuteczniejszego sposobu nad modlitwę”.
Abraham jest także bohaterem wiary, gdyż był wystawiony na ciężką próbę, aby złożył swojego jedynego syna, Izaaka, na ofiarę. Była to wielka próba wiary. Nie wahał się, choć serce krwawiło. Jest bohaterem wiary! Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Wiara wystawia nas na wiele doświadczeń, stawia wyzwania, którym trzeba podołać, nieraz budzi kontrowersje, jak w przypadku Krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Możemy zapytać: czy to jest wyznanie wiary w zbawczą moc Krzyża? Naturalnie, że tak, choć ci, którzy się tam zgromadzili zostali najczęściej wyzywani jako fanatycy, co jest wielce niesprawiedliwą opinią. Poprawność polityczna każe rządzącym pozbywać się jakichkolwiek symboli religijnych na miejscach publicznych. Najlepiej ukryć wszystko w kruchcie kościoła!. Tam nie wszyscy pójdą, a przez plac przed Pałacem przechodzą tłumy, więc niektórych Krzyż mógłby drażnić! A w dodatku po co wspominać - według opinii wielu - takiego Prezydenta! Z symbolu religijnego, z Krzyża, na którym Chrystus dokonał naszego zbawienia, zrobiła się sprawa polityczna. Padały pytania: czy to jest heroizm czy fanatyzm? Z ust polityków i dziennikarzy przeciwnych obecności Krzyża w tym miejscu, to był fanatyzm, a w ustach obrońców Krzyża w tym miejscu, to był heroizm! Nie dziwmy się temu, gdyż w historii Kościoła pod adresem Krzyża i jego obrońców padały nieraz ciężkie zarzuty, oskarżenia, a nawet prześladowania. Wydarzeń historii nikt nie zmieni, więc ci ludzie, tam stojący, może nawet jej nie znający, ale wyczuwający, że dzieje się coś niewłaściwego, tak się zachowywali. Ludzie tam zebrani chcieli także zamanifestować swoją wiarę, bo mają takie prawo, choć na pewno w sytuacji tak stresującej można było spotkać zachowania także naganne. Ale czyż ogromne tłumy policjantów, straży miejskiej, barierki, zamknięty plac, wypowiedzi polityków, starannie dobieranych rozmówców dziennikarzy, miały działać na nich kojąco?.
Wiara jest także bohaterstwem. Nikt przecież nie nazwie pójścia na śmierć głodową do oświęcimskiego bunkra, św. Ojca Maksymiliana, jako przejawu „fanatycznego postępku”. Ludzie widocznie chcą, aby Krzyż mógł stanąć nawet przed Pałacem Prezydenckim, aby każdemu urzędującemu tam prezydentowi przypominał o najwyższych, niezmiennych wartościach. Wiara wymaga także ofiary, poświęcenia się w obronie trwałych wartości. Pan Jezus mówił o świadectwie dawanym wobec ludzi: „kto się do Mnie przyzna przed ludźmi...”. W wierszu „Stać bliżej Krzyża”, jedna ze zwrotek brzmi:
Gdy w oddali cel się maże,
kto sens trudu tobie wskaże?
To Krzyż - NADZIEJA, co się nie chwieje,
Zmiażdży twój smutek i beznadzieję.
A jaka jest nasza wiara – moja i twoja? - raz jeszcze pytam siebie i każdego z was...
Wielki poeta, R. Brandstaetter, modlił się kiedyś:
O Boże,
Nędzna jest moja wiara
Jak kości ogryzione przez szakala,
Tak nędzna, że nawet nie umiem powiedzieć,
Czy naprawdę w Ciebie wierzę??.
W tym kontekście proszę Was, Kochani młodzi przyjaciele - zawierzcie Chrystusowi swoje życie wiary, swoją codzienność. Tylko On –Miłość – może być fundamentem, na którym możemy budować swoje życie wiary. Drodzy młodzi, na chrzcie św. otrzymaliście łaskę wiary, ale pamiętajcie, że wciąż na nowo musicie szukać Boga, umacniać swoją wiarę. Tak często tego Boga gubisz. Trzeba wciąż szukać Pana powtarzając za poetą: „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Jeśli ON jest Bogiem twoim - idź za Nim, żyj Nim zawsze, na co dzień, w każdej sytuacji twojego życia. I niech się tak staje w waszym życiu. Amen.

kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 3. "Dajcie mi chrześcijańskie matki"

kwietnia 12, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 3. "Dajcie mi chrześcijańskie matki"
„Dajcie mi chrześcijańskie matki, a uratuję ginący świat" - słowa, które mówią o wartości matek i ich poświęceniu dla rodziny.
Pismo Święte, ta skarbnica Bożych myśli, zawiera wiele ciekawych tekstów, które podkreślają rolę, godność i zadania kobiety-matki. Posłuchajcie słów Pisma Świętego, hymnu pt. „Pochwała mężnej niewiasty", jest to niewątpliwie jeden z najpiękniejszych hymnów na cześć kobiety. Z Księgi Przysłów: „Niewiastę mężną któż znajdzie? Jej wartość prze­wyższa perły. Ufa jej serce małżonka, któremu na zyskach nie zbywa. Nie czyni mu ona zła, ale dobrze przez wszystkie dni jego życia"- kobieta dobra i dzielna nazwana jest tu perłą, największym zyskiem, dobrocią i zaufaniem. I dalej: „Wstaje, gdy jeszcze jest noc i żywność rozdziela domowi, a obowiązki swoim domownikom”. Ile to razy w domu jest tak, że kobieta-matka, ostatnia idzie spać po ciężkiej pracy i długiej modlitwie, wstaje pierwsza, przygotowuje mężowi jedzenie i wyprawia go do pracy, a następnie czyni podobnie z dziećmi, wysyłając je do szkoły. Mówi dalej Pismo Święte „Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce"- dom dobrej kobiety to dom czynnego miłosierdzia, jakie to jest pouczające dla domowników, gdy biedny nie jest odpędza­li y od progu domu, a zawsze ma się dla niego dobre słowo i chętną po­moc w postaci jedzenia. „Kłamliwy wdzięk i marne jest piękno, należy chwalić niewiastę, co boi się Pana". Istotą każdej kobiety nie jest piękno zewnętrzne, ale osobista pobożność, która połączona jest z bojaźnią Bo­żą, bojaźnią grzechu, ustawicznym niepokojem o swój dom, by nikt nie utracił wiary, nie wykoleił się życiowo, nie poszedł na manowce. Dlate­go „Bóg ją wspomoże o świcie, bo jest w jej wnętrzu i dlatego nigdy się nie zachwieje...”. A św. Piotr Apostoł w swoim liście pisze: „Ich (kobiet) ozdobą, niech nie będzie to, co zewnętrzne, uczesanie włosów, złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca, o nienaruszal­nym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga. Tak samo bowiem i dawniej święte niewiasty, które miały nadzieję w Bogu, same siebie ozdabiały"
Zapytajmy, czy obecne kobiety, matki i dziewczęta odbijają w sobie taki nakreślony przez Pismo Święte ideał kobiecości, czy mają taką „iskrę Bożą" w sobie, by stanowić źródło szczęścia i powodzenia w na­szych rodzinach? Niestety, kobieta ery emancypacji całkowicie zatraciła ten ideał. Zaczęła myśleć o swym wyzwoleniu, równouprawnieniu płci, a zapomniała, że to ona ma być matką, wychowawczynią i kapłanką ogniska domowego. Natura obdarzyła was szczególnym uwrażliwie­niem na prawość, dobroć i tymi przymiotami powinniście promienio­wać na swój dom i poza nim, wszędzie.
Kornel Makuszyński pisał: „wszystko w świecie, prócz ludzi, chce pocieszać nieszczęśliwych - słońce i księżyc, morze i las, gwiazdy i kwiaty". Ich rolę powinna wziąć na siebie niewiasta, by ogrzewać, co zimne, oświecać, co ciemne, łączyć, co się rozpada. A pisarka niemiecka Gertruda von Le Fort stworzyła pojęcie wiecznej kobiecości. Polega ono na gromadzeniu w naturze kobiety uczuć delikatności, współczucia i przebaczenia, w stopniu niespotykanym vi mężczyzn. Ta przeciwwaga psychiczna dla brutalności świata dzisiejszego ma bardzo wielkie zna­czenie. Wojny, grabieże, napady, rozwinęli do potwornych rozmiarów mężczyźni, a zatem żelazu i pięści trzeba przeciwstawić subtelne serca kobiet. Powiedział ktoś trafnie, że dobro nie miało dotychczas swojej historii, gdyż prawdziwą historią jest historia zła.
Reżyser francuski Greville mówi: „kobiety bardzo lubią matematykę, bo dzielą swój wiek przez dwa, mnożą cenę swej sukni dwa razy, odejmują mężom połowę ich zalet i dodają rywalkom przynajmniej 10 lat życia" - a więc gadulstwo i zazdrość. Całe szczęście, że te ich wady nie doprowadziły do wybuchu wojen światowych, bo byłoby ich znacznie więcej.
Jakie cnoty powinna mieć dobra kobieta? Już wiele słyszeliśmy. „Bez wiary nie można podobać się Bogu"- dodajmy, że i ludziom. Bez takiej wiary nie można sobie wyobrazić kobiety-matki. Bez głębokiego przeżycia zasad wiary niemożliwa jest jakakolwiek doskonałość. Na­stępną cechą jest skromność, wymaga jej natura, która źródło życia osła­nia zwyczajnie tajemnicą. Czystość obyczajów czyni niewiastę miłą Bogu i ludziom. Musi ona unikać nawet cienia podejrzeń, żeby samej nie narobić sobie kłopotów i narazić się na obmowy innych. I wreszcie posłuszeństwo. Coraz mniej się o tym mówi. Dlaczego tyle rozwodów w katolickiej Polsce i tyle porzuconych dzieci? Bo dwie urażone pychy się spotkały i nie mogą się pogodzić. Dochodzi do kłótni, awantur, a wszystko kończy się na sali są­dowej. „Niewiasty bądźcie poddane mężom swoim" - to poddaństwo nie jest jakimś upokorzeniem, ale wzajemnym poszanowaniem. On jest głową rodziny, ona jej duszą. W takim domu panuje spokój i zgoda, o czym mówi Fredro: „Zgoda, zgoda, a Bóg rękę poda".
Każda niewiasta musi mieć oczy i serce zwrócone na Maryję - pokorną Służebnicę Pańską i Ją naśladować. Bez tego nie może być dobrą matką i postępować według zasad Bożych. W walce ze złem nie jeste­śmy sami ze złem, Bóg nie skąpi nam swej łaski, jest z nami Chrystus w tabernakulum, w Eucharystii - źródło wszelkiej świętości.
Ludwik Bleriot, pilot francuski, który pierwszy przeleciał nad kanałem La Manche, kazał wybić z tej okazji wotum dziękczynne - medal i na jednej stronie umieścił kościół z Normandii - jego rodzinnego miasta, a na drugiej obraz Matki Bożej z napisem „Patrz na Nią i wzbijaj się do lotu".
Spotkałem w swoim życiu kapłańskim wiele wspaniałych kobiet, każda z nich pałała wielką miłością do Matki Bożej, wpatrywała się w nią, naśladowała jej cnoty. I ta miłość do Matki Niebieskiej uskrzydlała je do pięknego, wzorowego życia. I chociaż niewiasty nie zbudowały wielkich piramid egipskich, nie napisały Iliady czy Hamleta, to jednak przez ciche, pokorne życie, ruszyły z posad bryłę świata w kierunku dobra i miłości. Stały się pod tym względem prawdziwymi geniuszami dobroci i miłości. Hipolit Taine pisze: „Ludzie zapoznają się 3 tygodnie, kochają się 3 miesiące, kłócą się 3 lata, a 30 lat się znoszą - zaś dzieci ich zaczynają to samo od nowa". Czy aż tak źle przedstawia się małżeństwo?!
Źródłem stałości rodziny jest silna wiara. Odbywał się ślub w kościele. Ślub był niezwykle uroczysty, wszystkie światła świeciły się ja­snym blaskiem. Dekoracje z kwiatów na ołtarzu i w kościele. Przepiękna gra organów marsza weselnego Mendelsona. Kiedy orszak weselny opuścił kościół, zaraz przyszedł kościelny i pogasił światła jedne po drugich, umilkły organy, usuwano kwiaty z kościoła. Po chwili ciem­ność zaległa w kościele i na ołtarzu, co dopiero tak rzęsiście oświetlo­nym. Tylko światło wiecznej lampki pozostało. Podobnie gasną jedna po drugiej radości tego życia, a jeśli mąż i ojciec jest pijakiem, to gasną bar­dzo szybko. Oby w tej ciemności rodzinnej nie zagasła wieczna lampka serca matki i żony, wieczna lampka wiary, miłości, cierpliwości i mo­dlitwy. Uprzyjemniaj mężowi życie rodzinne, a nie zwabią go koledzy, nie zwabi go lokal gastronomiczny... Strzeż, broń męża przed utratą wiary. Gdzie bowiem światło wiary zgaśnie, łatwo załamie się wierność małżeńska, tam się załamie szczęście rodzinne, ratuj męża, ratuj dzieci przed takim nieszczęściem. Zachwiała się wiara w Boga, w ludzi, w Oj­czyznę, czeka nas wielka próba dziejowa własnej wiary, miłości i roz­tropności. Kiedy król Saul był pełen smutku i zwątpienia, wtedy młody Dawid zaczął grać przed nim na harfie, a słodkie tony strun rozproszyły czarne chmury jego myśli i ukoiły smutne serce króla. I ty również, gdy szatan trapi duszę twojego męża, porusz najsłodsze struny swego serca, struny wiary, nadziei, miłości, pociechy, a rozproszysz czarne myśli i pocieszysz jego serce. Stań się dla męża żywym katechizmem, niech odczuje w twojej uczciwości i sumienności siłę wiary, wartość religii i zdrowej pobożności. Niewiasty katolickie ratujcie wiarę swoich mężów. To, że on jest taki obojętny religijnie, chodzi rzadko do kościoła, raz na rok do spowiedzi, to może jest i twoja wina, bo się mało modlisz, za mało poświęcasz, za mało mówisz, a za dużo jest kłótni, podejrzeń, lek­komyślnego traktowania, a to się mści na całej rodzinie.
Matka to najpiękniejszy kwiat natury, stoi na usługach Boga, na usługach narodu, matka to godność najwyższa, to urząd najważniejszy... Ale cóż to za matka, co się synami i córkami brzydzi, co boi się dziecka. Cóż to za matka, ta współczesna matka, co karmi się wiadomościami z broszur i szmir kobiecych, to drzewo nie rodzące owoców, to wypacze­nie, zwyrodnienie matki, to degeneracja. I czy takie matki i żony będą szanowane przez męża i dzieci. Nigdy!
Kościół w oparciu o Pismo Święte uważa za moralną regulację urodzin środkami naturalnymi. Za naturalne środki uważa się stosowanie metody fizjologicznej, o której można dowiedzieć się w Parafialnej Poradni Rodzin­nej. To wszystko musi być pod kontrolą lekarza katolika, nie można się tłumaczyć, że u mnie to przebiega inaczej. Bo wszyscy chętniej wybierają to, co łatwiejsze, aniżeli to, co przychodzi trudniej. Najskuteczniejszym środkiem naturalnym jest opanowanie siebie i wzajemna wstrzemięźliwość małżonków, zwłaszcza mężczyzny. Motywem regulacji urodzeń mogą być warunki zdrowotne, względy gospodarcze, a nigdy wygodnictwo i ego­izm. Stąd ten system posiadania jednego lub dwojga dzieci doprowadza do takiego stanu, że matka jest niezdrowa, dzieci są niezdrowe, ojciec znerwi­cowany, a w małżeństwie jest dużo grzechów - zalegalizowana rozpusta. Kościół uważa za niemoralne stosowanie sztucznych czy chemicznych środków antykoncepcyjnych, a zwłaszcza zabijanie dzieci nienarodzonych.
Niezachowanie pod tym względem prawa Bożego mści się okrutnie na rodzinie, narodzie i całej ludzkości.
„Dajcie mi chrześcijańskie matki, a uratuję i naprawię walący się świat" - mówił papież Pius XII. Tak jest - dajcie mi dobre matki, a na­prawimy rodzinę, naród i cały świat. Można powiedzieć, że rodzina, dzieci, mąż, jak mają dobrą matkę i żonę, już są jedną nogą w niebie, a matka, jak mądrze, religijnie, po Bożemu poprowadzi rodzinę, stanie w niebie obiema nogami.
Wychowanie to sztuka nad sztukami, trzeba się uczyć jej przez całe życie. Pewna wdowa zamieszkiwała sutereny, gdzie nie docierały pro­mienie słońca, dlatego swoje kwiatki wystawiała co dzień na słońce, na światło. Wasze kwiatki, to wasze dzieci. Jeśli chcecie, żeby się właściwie rozwijały, kwitły i rosły na duszy i ciele, to je wystawiajcie na zbawien­ne działanie słońca łaski Serca Jezusa i Serca Maryi. Kiedy tak patrzy się na rodziców, kiedy się ma styczność z dziećmi i młodzieżą, to daje się łatwo zauważyć, że nie należy narzekać na dzieci i młodzież, ale cierp­kie słowa krytyki trzeba kierować pod adresem rodziców. Nieraz pyta­łem zarówno dzieci, jak i młodzież: dlaczego nie obchodzisz pierwszych piątków? Bo rodzice moi nie chodzą. Dlaczego nie modlisz się rano i wieczór? Bo moi rodzice tego nie czynią, jeśli czynią to bardzo rzadko. Dlaczego opuszczasz Mszę Św.? Bo moi rodzice często opuszczają Mszę św. niedzielną i świąteczną. I tak można by długo podawać przykłady i zachowania poszczególnych przykazań przez młode pokolenie, a ono tłumaczyć to będzie tym, że rodzice, starsi tego nie czynią.
Kochane Matki! Wy dziś decydujecie o losach ludzkości, decydujecie o być lub nie być naszego narodu, tego za was nikt nie zrobi ani Ko­ściół, ani państwo, ani szkoła, żadna instytucja wychowawcza. Wam w tej trudnej pracy mogą jedynie pomóc wymienione instytucje, ale nigdy nie wychowają dziecka bez was, prawdziwego człowieka, który w myśli Bożej jest stworzony i przeznaczony do świętości.
Wy macie wypuścić w świat dziecko dobrze wychowane. Dziś rodzice są przewrażliwieni na punkcie swej pociechy, każda prawdziwa matka kocha swoje dziecko, ale niekiedy ta „małpia" miłość może wy­rządzić dziecku krzywdę. Moje dziecko jest święte, idealne, złote, tylko inne dzieci to łobuzy, chuligani, bandyci itd. A nie dostrzegasz, że dziecko cię okłamuje, że przez nie płaczą inne dzieci, bo jednemu rozbił nos, drugiemu potargał ubranie lub popchnął do błota, a ty go chwalisz, że on da sobie radę w życiu. Dziś inni płaczą przez niego, a za kilka lat i ty zapłaczesz z jego powodu. Co powiedział Zdanowicz, zanim w Tar­nowie skazano go na śmierć? - „miałem trudne dzieciństwo". Komu wystawił świadectwo, jak nie swojej matce. Jego matka po ogłoszeniu wyroku na sali sądowej zemdlała, bo uświadomiła sobie, że źle wycho­wała swojego syna w dzieciństwie. A ten proces nauczycielki w Krako­wie? Nauczycielka została uderzona przez matkę w obecności całej kla­sy, za to, że ośmieliła się zwrócić uwagę jej dziecku. Dzisiejsze wychowywanie często nie przypomina wychowania. Dziecka nie wolno uderzyć rodzicom, księdzu, nauczycielom, nikomu. Dziecko wprost w oczy starszym mówi: „spróbuj mnie uderzyć, to ja wiem , gdzie się udać". I rośnie taki bożek, z wygórowaną ambicją i poczuciem wyższości, nikogo nie chce uznać za autorytet. I mamy to, co mamy. To prawda, nie można karać do przesady, ale musi wiedzieć, że gdy jest nieposłuszne, gdy krzywdzi innych, to poniesie karę.
Musimy na końcu postawić sobie pytanie: czy wychowuję dzieci, ucząc je szacunku do Boga, Kościoła, wychowawców i starszych? Czy modlę się razem z rodziną o dobre wychowanie? Czy interesuję się, co moje dziecko robi, jak spędza wolny czas, jak się zachowuje w miejscach, gdzie przebywa? Czy biorę udział w wywiadówkach szkolnych? Czy wychowuję je w szacunku do bliźnich? Czy dbam o religijne wychowanie dziecka?
Kochane Matki! Stańcie na wysokości swego powołania. Bo wasze powołanie jest piękne, wzniosłe, wspaniałe, zwłaszcza wtedy, kiedy wychowujecie dzieci dla Boga i ludzi, kiedy jako kapłanki życia rodzin­nego prowadzicie wszystkich do Boga. 


kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 2. Pomyśl, po co żyjesz

kwietnia 11, 2019

Rekolekcje wielkopostne – 2. Pomyśl, po co żyjesz
„Oto stoję u drzwi i kołaczę, jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy mi drzwi, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał".
„Pójdźmy na miejsca ustronne i odpocznijmy nieco" - słowa Chrystusa zachęcające do głębokiej refleksji rekolekcyjnej.

Ukochani Bracia i Siostry. Gdy, wychodząc z domu, włożymy rękę do kieszeni, spostrzeżemy, że kieszeń jest brudna, starannie ją wytrzepujemy, by chusteczka świeżo wyprana, włożona do niej, nie stała się brudna. Kiedy wkładasz na niedzielę białą koszulę, to niebawem zauważysz, że nie jest już tak czysta. Gdyby nie były czyszczone okna twego domu, zwłaszcza domu położonego przy drodze, wkrótce w twoim pokoju byłoby ciem­no. A cóż by to był za gospodarz, który by swojego podwórka nie za­miatał i nie grabił, nie wywoził śmieci i innych niepotrzebnych rzeczy, nie dbał o wygląd budynków gospodarczych czy inwentarza?
Podobnie i w naszej duszy. Po miesiącu, po roku narasta brud grzechu, przybywa złych nawyków i trzeba zrobić takie generalne przedświąteczne sprzątanie. Tym bardziej trzeba taki porządek uczynić przed największymi świętami - Wielkanocą. I po to są te rekolekcje. Nie dowiemy się tu niczego nowego. Tylko przez kilka dni mamy się tak dogłębnie zastanowić nad sobą. Uświadomić sobie po co żyję, zrzucić z siebie ciężar, który nas gniecie i powstać do nowego, lepszego życia. Pozwólmy poprowadzić się Chrystusowi, który zaprasza nas na swoją Ucztę, a On będzie przemieniał łaską swoją nasze życie. Pozwólmy Mu działać.
Wszędzie widzimy zmiany, np. gdy zajrzymy do sklepów, zoba­czymy wspaniałe towary ułatwiające ludziom życie, tylko człowiek po­został w tyle duchowo. Człowiek goni za szczęściem, a zapomina, że szczęście jedyne i całkowite jest w Bogu. Jesteśmy na ziemi jak turyści w górach, którzy tylko wtedy są bezpieczni i mogą zdobyć szczyt, kiedy trzymają się wyznaczonego szlaku. Podobni jesteśmy do dziecka, które poszło do miasta, ogląda wystawy, a zapomniało, po co do niego się wybrało. Człowiek zagoniony nieraz zapomina, jaki jest cel jego życia.
A to życie wcale nas nie rozpieszcza. Patrząc na dzisiejszy świat, rodzi się pytanie - do czego można by go porównać? Przychodzą na myśl rozmaite pomysły. Może do domu dla psychicznie chorych, gdzie obłąkanie ogarnia wielu, może do więzienia, gdzie skazańcy pokutują za swoje czyny, może do szpitala, gdzie ciężko chorzy narzekają na swój los, wylewając żale na całe swoje otoczenie. Powie ktoś - przesada, nadmierny pesymizm. To jest złośliwość, a złośliwością nikogo się nie nawróci. To prawda, że tak naszkicowany obraz świata jest przykry i ponury, ale wcale nie trzeba być pesymistą, by stwierdzić, że współcze­sny człowiek choruje i to ciężko. Choruje na brak wiary, jakiejś określo­nej idei, brak serca, brak zrozumienia, co więcej, cała ludzkość choruje, bo w pogoni za szczęściem obrała zły kierunek. Pomimo szalonego tem­pa techniki we wszelkich dziedzinach życia, czego wszyscy jesteśmy świadkami, człowiek jest jakiś zagubiony, biedny duchowo i nieszczę­śliwy, czuje się jak robak przygnieciony stopą przechodzącego prze­chodnia. Ludzkość jako całość nie znalazła dotąd ani dobrobytu, który jej wszyscy obiecywali, ani pokoju, stale w różnych częściach świata zagrożonego przez terroryzm, wojny i kataklizmy, a jej przyszłość zasnuta jest czarnymi chmurami jak nigdy w dziejach.
Do mnie nieraz mówicie: boję się, co nam przyniesie przyszłość? A przyszłość maluje się niepewna. To tak wygląda, jakby łóżko chorego otaczały setki lekarzy, ale żaden z nich nie może postawić trafnej dia­gnozy i przepisać skutecznego na obecne czasy lekarstwa. I oto kiedy w aptece ludzkiej nie znajdujemy lekarstwa, bo nie pomagają ani wielcy politycy, zjazdy i konferencje na mniejszym lub większym szczycie, taki czy inny ustrój społeczny, ani wyroki sądowe czy środki uspokajające, kiedy wyczerpaliśmy wszelkie sposoby leczenia, z rezygnacją patrzymy na powolne konanie człowieka i nas samych. Gdy patrzymy z przeraże­niem, jak trzeszczy w swych posadach małżeństwo, jak małżeństwem nazywa się coś, co nigdy małżeństwem nie było i nie jest, jak rodziny nie chcą mieć dzieci, jak wzrasta pijaństwo i rozpusta, jak wielu młodocia­nych przestępców zapełnia więzienia i domy poprawcze, to musi nas ogarnąć smutek, przygnębienie i rezygnacja. A dlaczego tak jest? Bo coraz mniej pamiętamy o Bogu i Bożych zasadach. Brak nam żywej wia­ry. To, co powiedział pewien Francuz zaniepokojony obrotem wojny z Prusakami: wiem dlaczego Prusacy nas biją, bo oni w coś wierzą, a my w nic. Tak, bo niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu. I do naszych znękanych umysłów i serc, zaniepokojonych obec­nym stanem, obecną rzeczywistością dociera ciche, delikatne pukanie łaski Bożej : „Oto stoję u drzwi twoich i kołaczę, jeśli usłyszysz mój głos i otworzysz drzwi, przyjdę do ciebie i będę z tobą wieczerzał". Tego Bożego głosu nie wolno nam zlekceważyć. Może jest to ostatnie wołanie do ciebie i do mnie.
„Stań i pomyśl" - mówią napisy na drogach angielskich. Stańmy i pomyślmy. Jaka jest nasza codzienna modlitwa? Powiedz mi jak się mo­dlisz, a powiem ci, jaką masz wiarę. Jakie jest moje uczestniczenie we Mszy Św.? Nieobecni na Mszy św. się nie liczą, są jak uschłe gałęzie na drzewie Kościoła. Czy praktykuję miłość do bliźnich? Czy szanuję ich ludzką godność? Czy dobrze biegnę? Może o moim biegu życia można powiedzieć: pięknie biegniesz, tylko że złą drogą i w niewłaściwym kie­runku. Trzeba wrócić na dobrą drogę, obrać właściwy kierunek. Czy przyświeca mi naprawdę cel, którym jest Bóg i spełnienie Jego woli? Czy wiemy, że tylko przez dźwiganie jarzma osiągniemy szczęście? A tymczasem człowiek chciał być wolny i wpadł w niewolę. Bo usłuchał podszeptów świata, podszeptów szatana, który często posługuje się ludźmi. Nie przejmuj się Bogiem, wtedy będziesz wolnym. Przykazania Boże - to dla starych, różaniec, modlitwa - to dwa dni przed śmiercią, żonę, męża - to miej jak chusteczkę do nosa, jak ci nie odpowiada to zmień. Dziecko to luksus, najwyżej jedno, a kto by sobie na więcej pozwalał. Kto ci przeszkadza w życiu, usuń go, jak nie pistoletem, kijem baseballowym to przynajmniej po dawnemu sztachetą. I tak wygląda ten raj człowieka "wolnego". Jako chłopiec czytałem w jednej z gazet, że zlikwidowano pałki milicjantom, bo wkrótce nawet milicjant nie będzie potrzebny. Ale tego nie zrobiono. A dzisiaj za mało jest stróżów porząd­ku, a nieraz na skrzyżowaniach dróg należałoby ustawić armaty, tak jak to było w stanie wojennym, a co drugi dom zamienić na więzienie. Jak kiedyś powiedziałem, że na naszym cmentarzu należałoby ustawić dwa kałasznikowy, dzieci pytały mnie, kiedy tak będzie. Ale to nie jest wcale śmieszne. Bo i u nas w Polsce niedoceniany jest Bóg, niedoceniana jest wiara. Polak modli się, a robi swoje. Idzie do kościoła, a po Mszy św. na zakupy do supermarketu. Idzie do Komunii, a nie głosuje w wyborach lub głosuje na ateistów, płacze, gdy Papież jest w naszej Ojczyźnie, a nie zachowuje podstawowych nakazów wiary i wyznaje własną moralność.
W jednej z książek opisany jest pociąg pospieszny, który pędzi z szybkością 100 km na godzinę. Maszynista pijany, konduktor pijany, pasażerowie pijani. Pociąg z hukiem mija przystanki i stacje, wiadukty i mosty. I pyta się autor: „Ludzie! dokąd wy jedziecie? Kto wam zatrzyma pociąg?". Do czego to ludzie dochodzą! Biada wędrowcowi w ciemnym lesie, gdy brak mu światła. Biada dzisiejszemu człowiekowi bez Boga, bo On jest światłem.
Przykłady: Obraz namalowany przez malarza włoskiego Caravaggia przedstawia powołanie Mateusza na Apostoła. Stół, obok niego mężczyźni liczą pieniądze, a z boku stoi człowiek, na którego twarzy widać ogromną walkę. Coś z nim się dzieje. Ma jakieś trudności. Coś mu dolega. To Levi, późniejszy Apostoł Mateusz, słyszy głos: „Pójdź za mną". „Panie - mówi - to nieporozumienie, czy ja jestem lepszy od in­nych, to może nie do mnie mówisz../'. „To ty Lewi, nie kto inny../'. „Ale to nieprawda, to pomyłka...". „Nie to ty pójdź za mną". Tak i ciebie i mnie wzywa Pan Bóg, by spojrzeć na swą duszę, na swoje słabości, aby w końcu bezwzględnie opowiedzieć się i pójść za Chrystusem.
Słyszeliście może już nieraz ten przykład o płonącym domu. Wyszła matka z domu i pozostawiła zamknięte dziecko na drugim piętrze. Nie upłynęło wiele czasu, jak syreny oznajmiają pożar. Wszyscy spieszą, pali się parter domu i na piętro nie ma dojścia. Zbiegli się ludzie, nie wie­dząc, że na drugim piętrze, do którego zaczęły dochodzić płomienie, znajduje się maleńkie dziecko. A ono jakby zwabione okrzykami ludzi, patrzy przez otwarte okno, wychodzi na parapet ognia i bawi się tymi płomieniami, które do niego docierają, niczego nie przewidując. Lu­dziom aż dech z przerażenia zaparło. Matka usłyszała dźwięk syren i przybiegła, podbiegła pod dom i zaczęła wołać: dziecino, skocz tu, w moje ramiona, to ja jestem twoja mamusia, skocz, nie bój się. I dziecko skoczyło. Zostało uratowane dzięki matce i przy pomocy innych ludzi. Tak woła do nas Pan Jezus: skocz w moje ramiona, a uratujesz się w tym potopie zła. A my odpowiemy na to wołanie Chrystusa, naszego Mistrza i Nauczyciela: Ty Panie jesteś moim szczęściem i ratunkiem, chcę w so­bie odbić Twój wizerunek. Będziemy przepraszać Boga za nasze prze­winienia, za to, że w pogoni za ułudami tego świata, zapominaliśmy o Nim, a On będzie leczył nasze dusze promieniami łaski.
„Wybacz Ireno, że bardziej niż ciebie i dziecko umiłowałem ojczyznę i naród" - czytamy na pomniku cmentarza na Powązkach. On oficer poszedł na wojnę i wrócił, ona i dziecko zginęli w płonącej Warszawie. My też mówmy: Wybacz Boże, że tak bardzo przylgnęliśmy do tych ziemskich rzeczy, wartości ziemskich przemijających, a zapomnieliśmy *o Tobie, o tych wartościach nieprzemijających, niezniszczalnych i zawsze aktualnych, zapomnieliśmy o swej godności dziecka Bożego i o swoim przeznaczeniu do szczęścia wiecznego.
Panie do kogóż pójdziemy. Skoro Ty Jezu masz słowa życia wiecznego, pójdziemy za Tobą... Oto, ukochani, Bóg sam wychodzi naprzeciw nas, bo „On nas umiłował i wydał samego siebie za nas. Nikt nie ma większej miłości (...)". Odpowiedzmy Mu: idę Panie, nie oglądam się, Ciebie wybieram, bo bez Ciebie nie wiem, kim jestem. Widzę swoje sła­bości, dlatego Ty Synu Dawida ulituj się nade mną.
Kończę już, ukochani bracia i siostry. Mam takie wrażenie, że macie wiarę. Kiedy patrzę na wasze zasłuchane twarze, odbieram to jako do­wód, że Boga kochacie i wiary swojej gotowi jesteście bronić w waszych rodzinach i w naszej ojczyźnie. Potrzeba jeszcze życia wiarą na co dzień. Módlmy się gorąco: niech Jezus i Jego Niepokalana Matka opiekują się naszymi rekolekcjami. I jak Maryja zaniosła kiedyś Jezusa do krewnej swojej Elżbiety, niech i nam Go przyniesie, byśmy przez to spotkanie z Nim poznali na nowo swą godność dzieci Bożych i wytrwali w wierze do końca. Amen.


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger