stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) - Trwać w bliskości z Jezusem.

stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) - Trwać w bliskości z Jezusem.

W dzisiejszej Ewangelii znowu spotykamy postać św. Jana Chrzciciela. Jeszcze nie tak dawno prowadził nas adwentowymi drogami, przed tygodniem widzieliśmy go, kiedy chrzcił w Jordanie Jezusa, a dziś staje przed nami, jako ten, który wskazuje swoim uczniom Zbawiciela. Jego słowa: „Oto Baranek Boży" są iskra, która rozpala w Andrzeju i Janie pragnienie pójścia za Chrystusem. Zawsze, kiedy spotykamy Jana Chrzciciela, ze szczerym podziwem zachwycamy się tym Bożym wybrańcem. Imponuje swoją duchową siłą, bezkompromisowością i wiernością swemu powołaniu. Wydarzenia, których jesteśmy świadkami czytając dzisiejszą Ewangelię, także ukazują nam wielkość tego, który był głosem wołającego na pustyni". Dziś Jan dokonuje rzeczy, która jest może nawet największą próbą wiary w jego dotychczasowym życiu oddaje Jezusowi swoich uczniów. Pozwala im odejść. On rozumie, na czym polegała jego misja. Teraz, gdy Zbawiciel już nadszedł, zadanie Jana Chrzciciela dobiega końca. W tej chwili nie ma jeszcze pojęcia, co się z nim dalej będzie działo. Wie tylko, że nie on, a Jezus jest ważny, dlatego godzi się stracić tych, którzy mu do tej pory towarzyszyli. To na pewno nie jest łatwy moment dla Jana. To nie jest łatwy moment i dla księdza, i nauczyciela, i wychowawcy, a przede wszystkim dla ojców i matek. Przychodzi czas, kiedy muszą oddać swoich synów i córki. Oddać społeczeństwu, Kościołowi, nowej rodzinie. Oni nie są panami, władcami swoich dzieci. Karygodne są sytuacje, kiedy rodzice chcą autorytarnie decydować o dorosłym życiu syna czy córki. Wtedy stają już w miejscu samego Boga.
Niby to oczywiste, ale nigdy dość przypominania, jaki jest cel chrześcijańskiego wychowania. Nie hodowla dzieci, by były one zawsze zdrowe i nakarmione. Nie pewnego rodzaju menedżerstwo, które ma zapewnić młodemu człowiekowi jedynie solidne wykształcenie, rozwinięcie talentów i dawanie sobie rady w życiu zawodowym, towarzyskim, społecznym. To także o wiele za mało. Według zamysłu Bożego, rodzice,
duszpasterze, nauczyciele są po to przy wzrastających dzieciach, młodzieży, by oczywiście, nie zaniedbując spraw doczesnych, być dla nich przewodnikiem na drodze zbawienia.
Przypomina mi się tu pozornie banalna historia, jaką opowiedział mi mój przyjaciel. Kiedy był kilkunastoletnim chłopcem, pewnego dnia jechał motorowerem. Nagle, jakiś nieuważny kierowca ciężarówki, podjechał do niego tak blisko, że aby uniknąć zderzenia, mój kolega próbował zjechać na chodnik, jednak wysoki krawężnik zablokował koło i wszystko zakończyło się upadkiem. Na szczęście oprócz otarcia nogi nic mu się nie stało. Kiedy wrócił do domu i opowiedział wszystko mamie, ona ku jego zdziwieniu zadała mu pytanie, o czym odruchowo myślał, kiedy znalazł się w tak niebezpiecznej sytuacji. Był pewny, że matka chciała usłyszeć, że wtedy pomyślał o niej, o domu. Ale ona pytała dalej: Synku, czy pomyślałeś wtedy o Panu Bogu? O tym, że za chwilę możesz stanąć przed Jego obliczem? Takie to priorytety wychowawcze miała ta mądra kobieta. Spotkałem ją kiedyś osobiście. Zwierzyła mi się, że idzie do księdza, by zamówić mszę za swoich czterech synów, mszę odprawianą przed obrazem Matki Bożej Pocieszenia. Wie ksiądz - mówiła mi - to są dynamiczni, młodzi kawalerowie, a świat takich kusi szczególnie. Niejeden ich kolega stracił wiarę, odszedł od Kościoła, zagubił się moralnie. Proszę więc, by ich Maryja prowadziła.
Nie ma cenniejszej rzeczy, jaką rodzice mogą dać swoim dzieciom, niż fundament mocnej wiary. Zdarza się nieraz, że potem człowiek w dorosłym życiu odchodzi od Kościoła, ale tam w głębi serca cały czas ma taką nieugaszoną iskrę. Ile to osób, które uważały się za całkowicie niewierzące, leżąc w szpitalu, będąc w jakimś obozie, na zesłaniu, w więzieniu, doświadczając nieludzkiego cierpienia, samotności, nagle, zaskakując samych siebie, zaczynało szeptać: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie..., Zdrowaś Maryjo łaski pełna...". Modlitwa rwała się, niektóre wyrazy uleciały, ale przed oczy powracał obraz modlącej się matki, modlącego się ojca, powracała prośba: Pamiętaj, synku, zawsze żyj z Bogiem, zawsze do Niego wracaj. My wszyscy, odpowiedzialni za wychowanie naszych uczniów, podopiecznych, naszych dzieci, musimy pamiętać, że nie zawsze będą oni zdrowi, weseli i bezpieczni. Mogą się przecież znaleźć w różnych, nawet w bardzo dramatycznych sytuacjach. Oby w chwili zamętu i niepokoju odnaleźli to, co zostawiliśmy im w duchowym spadku: Ziarno wiary i nadziei, które pozwoli im przetrwać i wejść do nieba.
Ta troska o wiarę drugiego człowieka, o jego zbawienie nie dotyczy jedynie postawy rodziców wobec dzieci. Ona powinna być czymś podstawowym we wszystkich naszych relacjach. Także małżeńskich. Kiedy przychodzi do mnie mąż czy żona i opowiada o rozpadzie związku, to często pytam: Dlaczego pan czy pani chce, by ta druga strona wróciła? W odpowiedzi słyszę zazwyczaj: Bo ją kocham, bo bardzo potrzebuję, ze względu na dobro dzieci, które powinny mieć ojca, bo przecież ślubowaliśmy sobie miłość. Bardzo rzadko, może nawet nigdy nie słyszałem, by ktoś powiedział: Bo jestem przerażony na myśl, że mój mąż, moja żona, za tę zdradę, małżeńską dezercję mogłaby być potępiona. Chcę ją za wszelką cenę ratować. Przed wielu laty rozmawiałem z siostrą Teresą Szeptycką, Franciszkanką Misjonarką Maryi. W pewnym momencie zaszkliły się jej oczy i zapytała mnie: A czy słyszał ksiądz, że niedaleko stąd, pewien proboszcz odszedł z kapłaństwa? Nie, nie słyszałem - odpowiedziałem. A widząc jej łzy zapytałem: Czy to jakiś siostry krewny? Nie, nie - odpowiedziała. A może jakich znajomy? Były uczeń? Nie, nie - powtórzyła. I dodała: Ja go nigdy w życiu na oczy nie widziałam. Zdumiony patrzyłem na jej łzy i słuchałem, jak powtarza cicho: Boże, co z nim będzie, co z nim będzie?
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien fragment dzisiejszej Ewangelii, który może wnieść cenną treść do naszych rozważań. Kiedy uczniowie pytali Jezusa: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?" On odpowiedział: ,,Chodźcie a zobaczycie". Chodźcie a zobaczycie, bo - chciałoby się dodać tego się nie da opisać. Ten dialog ukazuje nam istotę ewangelizacji. Dobrą Nowinę przekazuje się przez głoszenie słowa, ale także przez pokazywanie konkretu chrześcijańskiego życia. Odpowiadając przyszłym apostołom, Jezus nie przedstawił jakiegoś barwnego opowiadania. Ono napełniłoby jedynie ich wyobraźnię pewnymi obrazami, pojęciami, a dla przemiany serca - o to przecież Jezusowi zawsze chodzi - to o wiele za mało. Ojciec Badeni, znany, nieżyjący już Dominikanin, powiedział kiedyś: „Niedawno odkryłem, że wielkim błędem jest tworzenie definicji. Gdy ktoś mnie pyta o definicję, to powoduje, że zaraz zaczynam tworzyć abstrakcję. Tajemnicy nie da się zdefiniować. Trzeba w nią wejść. Często więcej się wie o Panu Bogu przez to, że się nic nie wie". Ktoś inny dodał: ,,To, co zrozumiałeś już nie jest Bogiem". Pan Bóg w dziejach zbawienia stosuje zawsze tę samą zasadę: Najpierw pokazuje, potem wyjaśnia. I to tłumaczy słowa Jezusa: ,,Chodźcie, a zobaczycie". To, co dalej napisał św. Jan może być dla nas w pewnym sensie irytujące: „Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka i tego dnia pozostali u Niego". Kiedy zobaczyli, gdzie Jezus mieszka, zobaczyli Jego świat, to zrobiło na nich tak wielkie wrażenie, że już nie chcieli Go opuścić. Aż by się chciało zawołać: Ale co oni tam zobaczyli?! Dlaczego ewangelista nie pisze o tym ani słowa? Ani jednego. To była przecież jakby siła sprawcza całego biegu wydarzeń. Odpowiedź jest prosta. Bo Bóg chce, żebyśmy sami poszli i zobaczyli. Zobaczyli, gdzie mieszka Jezus, zobaczyli Jego świat. Można oczywiście próbować to ująć w jakieś pojęcia, ale one pozostaną jedynie pewną rzeczywistością analogiczną. A nam trzeba wejść w ten świat całym sobą. Dlatego Jezus nie powiedział uczniom: Będziemy się spotykać trzy razy w tygodniu po cztery godziny i Ja wam wyłożę, kim jestem, po co przyszedłem i o co Mi chodzi. Nie, On chciał, by oni pozostali u Niego, by wędrowali z Nim. Jedli, spali, pływali po jeziorze, byli z Nim w Niedzielę Palmową i w Ogrójcu.
Mamy w języku polskim powiedzenie: „Kto z kim przestaje, takim się staje". Nie ma pełniejszego oddziaływania na drugiego człowieka, jak wspólne z nim przebywanie. Jestem mocno przekonany, że mogłem odkryć swoje powołanie do kapłaństwa w dużym stopniu dzięki temu, iż jako licealista wiele godzin spędzałem na plebanii. Z księżmi zakładaliśmy zespoły muzyczne, budowaliśmy szopki i groby Pańskie, oglądaliśmy filmy. Kiedy jako neoprezbiter po raz pierwszy usiadłem do konfesjonału, to ani mi w głowie było, by stosować się do rad przekazywanych nam na wykładach seminaryjnych, ale od razu, machinalnie, zacząłem naśladować swojego spowiednika, do którego chodziłem przez lata. W tak modnej ostatnio dyskusji o stawaniu się prawdziwym mężczyzną, ktoś powiedział prosto i wyczerpująco: "Chłopiec staje się mężczyzną tylko w jeden sposób: przez przebywanie z prawdziwymi mężczyznami". A z tym jest bardzo duży problem. Wykłady na ten temat, książki, sesje, prelekcje, dni skupienia oczywiście mają swój sens, ale to tylko drogowskazy, a nie droga, po której można zbliżyć się do celu.
Ktoś może zapytać: A co zrobić, kiedy takich ludzi trudno spotkać, a co dopiero, by mozolnie uczyć się od nich życia? Chrystus Kościoła nie opuścił. On ciągle przechodzi pomiędzy nami. On nie przestał być człowiekiem. On dalej powołuje, zaprasza. Tylko proszę nie pytać: A jak to się stanie, a kiedy, a gdzie. Bowiem wiara nigdy nie wie, dokąd zmierza, ale zna i kocha Tego, który ją prowadzi. Kiedy ktoś wręcza nam jakiś przedmiot zapakowany w śliczny papier, przewinięty ozdobną taśmą, już wiemy, że to dar, że to prezent. Elegancki, ale zakryty. Jeszcze zanim go rozpakujemy już cieszymy się, bo doświadczamy życzliwości darczyńcy. Dzisiejsza niedziela jest darem od Boga, ,,rozpakujemy" ją niejako przez najbliższe kilkanaście godzin. I nadchodzący tydzień i całe życie, całe nasze powołanie to Boże prezenty. Andrzej, Jan, Piotr otrzymują od Chrystusa wielki dar, zaproszenie do życia w głębokiej bliskości. Jeszcze nie wiedzą, że to im da udział w życiu samego Boga. Jeszcze nic nie wiedzą o Golgocie, o wielkanocnym poranku. To prezent zapakowany w nieznaną przyszłość. Przyjmijmy i my Jego wszystkie takie dary. Nieznane, budzące niekiedy pewien lęk, ale wynikające z głębokiej troski Jezusa, by nas wszystkich doprowadzić do domu Ojca. Pozostańmy u Niego i zamieszkajmy z Nim już teraz i na zawsze. Tego i Wam i sobie życzę. Niech się tak stanie!

stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) - Wychowanie ku dobru i miłości.

stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) - Wychowanie ku dobru i miłości.


Mów, Panie, bo sługa Twój słucha
(1 Sm, 3, 10)
 

„Czego szukacie?" pytanie to zadał Jezus idącym za Nim uczniom. Każdy jednak musi zapytać sam siebie czego tak na- prawdę szukam, czego mi brakuje, co bym chciał znaleźć, co pozwoliłoby mi poczuć się szczęśliwym? Odpowiedzi na te pytania znaleźć można w szkole Jezusa Mistrza, do której dziś On sam nas zaprasza: ,,Chodźcie a zobaczycie!". Nie sposób nie przyjąć Jego zaproszenia, nie sposób nie zaspokoić ciekawości poznania samego Boga. On czeka - wystarczy przyjść i wsłuchać się w Jego głos. Z dziecięcą ufnością dajmy się prowadzić. Tylko wtedy będziemy mogli zdać egzamin z miłości, której uczy nas Jezus. Dopiero wte- dy dowiemy się, gdzie On mieszka, gdy znajdziemy Go w drugim człowieku, kiedy zauważymy, że jest On pośród chorych, samotnych, gdy spotkamy Go w sierocińcach, hospicjach, więzieniach. Nie przechodźmy obojętnie obok swego Zbawiciela.
Samuel czuwał w przybytku. Arka Przymierza, widzialny znak obecności Boga na ziemi, była blisko. W ciszy nocnej Samuel usłyszał skierowane do niego wezwanie. Ktoś wołał go po imieniu. Był przekonany, że to kapłan Heli. Pobiegł do niego. Jeszcze nie umiał odróżnić głosu człowieka od głosu Boga. Pomógł mu w tym stary kapłan. Wiedział on, że Bóg może przemówić do człowieka. Odtąd Samuel do końca swego życia pozostanie w bezpośrednim kontakcie z Bogiem. To wielki dzień, w którym człowiek wierzący usłyszy swoje imię wypowiedziane przez Boga. Jest to wezwanie do podjęcia dialogu. Odtąd ten jeden głos wyróżnia się jakościowo wśród wszystkich głosów, jakie można usłyszeć na ziemi. Mówi do nas każde stworzenie: szum jodły, szmer strumyka, plusk fali, śpiew ptaka, grzmot pioruna, łoskot sunącej w dół lawiny. Ojciec Święty mówił w Polsce (w Zamościu): „Kontempluję piękno tej ojczystej ziemi. Tutaj z wyjątkową mocą zdaje się przemawiać błękit nieba, zieleń lasów i pól, srebro jezior i rzek. Tutaj śpiew ptaków brzmi szczególnie znajomo - po polsku, a wszystko świadczy o miłości Stwórcy, o ożywczej mocy Jego ducha i o Odkupieniu, którego Syn dokonał dla człowieka i dla świata. Wszystkie te istnienia mówią o swojej świętości i godności, które odzyskały wtedy, gdy Pierworodny z całego stworzenia przyjął Ciało z Maryi Dziewicy i w Jej łonie: „Słowo Ciałem się stało". Nigdy Chrystus nie zamyka przed nami ramion swego miłosierdzia. Szczególnie wiele mówią do nas ludzie. Bywa, że jesteśmy zmęczeni ich mówieniem. Czekamy na chwilę ciszy. Wśród tych milionów słów - słowo Boga skierowane do nas posiada znaczenie wyjątkowe. Nikt bowiem nie ma nam do powiedzenia nic cenniejszego niż Bóg.
Niewielu ludzi wierzących ma takie szczęście jak Samuel, by już  we wczesnej młodości usłyszeć Boga, większość dorasta do tego całymi latami. Przeżywają tę przygodę wytrwali. W dorastaniu do spotkania z Bogiem trzeba mieć na uwadze dwa przeszkadzające głosy. Pierwszym jest głos ciała. Najgłośniej na tej ziemi woła nasze ciało. Ono też stanowi z reguły stację zagłuszającą głos samego Boga. Ciało woła o chleb, napój, ubranie, mieszkanie, rozrywkę, wygodę, przyjemność. To jest bardzo głośne wołanie.
Św. Paweł ujawnia Koryntianom szczególną moc tego głosu, przestrzegając, że „ciało nie jest dla rozpusty, ale dla Pana, a Pan dla ciała. Ciało jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, chwalcie więc Boga w waszym ciele!" Wezwanie to przypomina, że człowiek nawet ciałem może wielbić Boga, o ile tylko dostosuje je do Jego prawa. Drugi głos pochodzi od świata. Ten ma nam do zaofiarowania tysiące swoich wartości. Usiłuje je reklamować możliwie głośno. Świat posiada wiele rozgłośni o wielkim zasięgu, z których przekazuje swoje wezwanie. W praktyce głos świata najczęściej potęguje głos ciała. Ten duet jest w stanie odwrócić uwagę człowieka od Boga. Jeśli się to uda, delikatny głos Stwórcy nie dociera do człowieka przez całe lata. Mądrość polega na rozróżnieniu głosu ciała i świata od głosu Boga. Ten, kto nastawi swe serce na jego odbiór, wchodzi w bardzo żywy i ubogacający kontakt z samym Stwórcą. Tak się stało z uczniami Jezusa, którzy odpowiedzieli na Jego wezwanie.
Dziś wielu ludzi lubi słuchać głosu ciała i głosu świata, nie zabiegając zupełnie o usłyszenie głosu Boga. Jest to smutny znak upadku moralnego i religijnego konkretnego człowieka. Wszelka bowiem kultura ducha oparta jest zawsze na kontakcie z Bogiem, na umiejętności słuchania Jego głosu.
Trwa w naszej Ojczyźnie dyskusja poświęcona edukacji, systemowi szkolnemu, wychowaniu. Padają rozmaite wizje wychowania i kształcenia polskich dzieci. Wiadomo, że celem wychowania jest wewnętrzne przetworzenie człowieka. Ma ono zaszczepić w wychowanku siłę woli, dzięki której będzie mógł realizować obiektywne cele swojego życia. Podmiotem wychowania jest człowiek, od wieku dziecięcego poczynając. Wychowanie polegać powinno na współpracy z rozwojem oraz na kierowaniu nim. Właściwym wychowawcą jest każdy, sam dla siebie przy pomocy innych czynników. Nie można nikogo wychować, nie mając ideału, do którego dążymy i w imieniu którego wychowujemy. Ideałem tym jest wizja osoby w pełni ukształtowanej, dojrzałej - wychowanej właśnie. Cel w każdym prawdziwym wychowaniu jest zawsze określony, chodzi o to, by nie był on dobierany przypadkowo, lecz świadomie. Ostatecznym celem stworzenia rozumnego jest poznanie Boga. Dlatego też każdy czyn ludzki nabiera dodatniej lub ujemnej wartości moralnej, w zależności od tego, czy zbliża, czy też oddala człowieka od jego ostatecznego dobra. Tak więc prawo naturalne wola Boża ostateczny cel człowieka - jest niewątpliwą podstawą do określania celów wychowania człowieka. Współgra z nim sumienie - mechanizm uzgadniający nasze czyny z normami moralnymi. Wychowanie wymaga samowychowania i odpowiedzialności.
Głównymi elementami ludzkiej natury, którą rozwijamy, są świadomość i wolność. Jednym z ważniejszych elementów koncepcji wychowawczej jest odpowiedzialność. Jest ona koniecznym warunkiem wychowania. Warunkami odpowiedzialności są: wolność, obiektywnie istniejące wartości oraz przyczynowa struktura świata. Jeżeli więc człowiek może być przyczyną swoich czynów, dokonywać je w sposób wolny, to może także za nie odpowiadać. Celem wychowania jest wykształcenie odpowiedzialności w wychowanku.
Celem wychowania człowieka jest cnota sprawności jako postawa nakierowana na realizację dobra. Jest to w pełni świadomy i wolny nawyk czynienia dobra, dlatego też kształtowanie cnót powinno być celem procesu wychowawczego. Dysputy o wychowaniu także w aspekcie religijnym są zasadne a oparte o mądrość i prawdę mogą udzielić wiele pożytecznych wskazówek. Wciąż szukamy światła, które by rozświetliło mroki naszego życia: osobistego, rodzinnego, ale także życia społecznego, gospodarczego i politycznego naszego Narodu. 

Stąd godna uwagi jest mądrość płynąca ze Słowa Bożego. Chrześcijanin, podobnie jak biblijny młody Samuel, powinien być zawsze gotowy na wezwanie Boga. Nie zawsze jest łatwo rozpoznać głos Pana. Ewangelia podaje tego typu przykład w powołaniu Jana i Andrzeja. Bóg nie powołał ich wprost, lecz przez pośrednictwo Chrzciciela, ich mistrza. Uderza prawość i bezinteresowność Chrzciciela, który nie troszczy się o zjednanie zwolenników dla siebie. Głosi tylko Mesjasza i kieruje uczniów do Niego. Pozostaje całkowicie wierny swojemu posłannictwu "głosu przygotowującego drogi Pańskie", a następnie znika w milczeniu. Uderza również pośpiech, z jakim Jan i Andrzej idą za Jezusem. Dziś, gdy nowa ekonomia globalna nabiera kształtów, Kościół troszczy się, by „zwycięzcą w tym procesie była cała ludzkość, a nie tylko bogata elita kontrolująca naukę, technikę, środki łączności i zasoby planety"; innymi słowy, Kościół pragnie ,,nadać globalizacji taki kształt, aby służyła ona całemu człowiekowi i wszystkim ludziom". Dlatego dziś także internet może wnieść niezwykle cenny wkład w życie ludzkie. Może wspierać pomyślność i pokój, wzrost intelektualny i estetyczny, wzajemne zrozumienie między narodami na skalę globalną.
Nowe media są potężnymi narzędziami edukacji i kulturowego bogactwa, wzajemnego zrozumienia, a także mogą służyć sprawie religii. Wszyscy użytkownicy internetu powinni wykorzystywać go w świadomy, zdyscyplinowany sposób, dla celów moralnie dobrych; rodzice powinni kierować wykorzystaniem go przez dzieci i nadzorować je. Szkoły i inne instytucje wychowawcze oraz programy dla dzieci i dorosłych powinny zapewniać kształcenie w krytycznym wykorzystaniu internetu jako część ogólnego wykształcenia medialnego, nie jedynie kształcenie umiejętności technicznych, ale kształcenie zdolności do świadomej, krytycznej oceny treści. Osoby, których decyzje i działania przyczyniają się do kształtowania struktury i treści internetu są szczególnie zobowiązane do praktykowania solidarności w służbie dobra wspólnego. Niesie to olbrzymie konsekwencje dla jednostek, narodów i świata. Jak dzisiejszy świat, tak i media, a w tym internet, zostały wprowadzone przez Chrystusa, zalążkowe, ale prawdziwie, w granice królestwa Bożego i wprzęgnięte w służbę słowu zbawienia. „Oczekiwanie jednak nowej ziemi nie powinno osłabiać, lecz ma raczej pobudzać zapobiegliwość, aby uprawiać tę ziemię, na której wzrasta owe ciało nowej rodziny ludzkiej, mogące dać pewne wyobrażenie nowego świata" (Papieska Rada ds. Społecznego Przekazu: Etyka w internecie, Watykan, 22 II 2002, p. 18). ,,Za każdym krokiem w tajniki stworzenia coraz się bardziej dusza rozprzestrzenia i większym staje się Bóg. Nie trzeba dębów tysięcy. Ta jedna licha drzewina z szeptem się ku mnie przegina i mówi mi: jest Bóg, i czegóż ci więcej" - pisał Kasprowicz. Człowiek patrzy na cuda natury, wsłuchuje się w głos przyrody i wyraża zachwyt dla Stwórcy, dla tego piękna, które Bóg zawarł w przyrodzie. Każdy chrześcijanin jest wezwany - odpowiednio do swojego stanu do naśladowania Chrystusa, do świętości, do apostolstwa. Charles de Foucauld powiedział: ,,Jezu, pierwsze słowo, jakie skierowałeś do uczniów to: 
«Przyjdźcie i zobaczcie», to znaczy: «chodźcie i patrzcie». Ostatnie jakże delikatne, słodkie, zbawienne, pełne miłości to słowo! «Pójdź za Mną, czyli «naśladuj Mnie»!"
Cóż słodszego może usłyszeć ten, kto miłuje? Cóż może być bardziej zbawiennego, skoro naśladowanie tak ściśle łączy się z miłością? Dzisiejszy świat nie chce słuchać nauczycieli, ale słucha świadków. Do bycia świadkiem powołani są wszyscy chrześcijanie. Nie można mówić o prawdziwej wierze u tego, kto nie ma pragnienia dzielenia się nią z innymi. Jan Chrzciciel ujrzał Pana i dał świadectwo o Nim. Jeśli i my naprawdę widzimy Pana oczami wiary, to będziemy o Nim świadczyć w życiu codziennym. Jezu, błogosław Polską Szkołę i Ojczyznę miłą w dobrych radach, w dobrym bycie wspieraj jej siłę swą siłą. Amen.

stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) – Powołanie

stycznia 13, 2024

2. Niedziela Zwykła (B) – Powołanie
Oto Baranek Boży!” - powiedział o Jezusie Jan Chrzciciel. Rozpoznał bowiem w Jezusie mającego cierpieć Mesjasza, którego zapowiadał prorok Izajasz. „Dręczono Go - prorokował Izajasz - lecz sam dał się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek prowadzony na zabicie, jak niema owca wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich” (Iz 53,7).
To wiele daje do myślenia, że Syn Boży Jezus Chrystus, który jest Bogiem wszechmocnym, został nazwany Barankiem i rzeczywiście zachowywał się jak Baranek. „Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokorny sercem” (Mt 11,29) - powiedział kiedyś sam o Sobie. W postawie łagodnego Baranka Jezus przeszedł zwłaszcza swoją mękę i śmierć na krzyżu. I to nie było tak, że na czas swojej męki Syn Boży zawiesił swoją Boską wszechmoc. Przecież właśnie wtedy, kiedy dał się zabić niby Baranek, Jezus wykonał największy czyn swojej potęgi: On wtedy świat odkupił! Wrogowie szydzili sobie z Niego: „Zstąp z krzyża, a uwierzymy w Ciebie”, (Mt 27,42). A On właśnie wtedy ogarnął potęgą swojej miłości nas wszystkich, również tych, którzy sobie z Niego szydzili.
Jezus powiedział kiedyś: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9). Uważnie wpatrujemy się w Jezusa jako w Baranka Bożego, a zrozumiemy nieco tajemnicę Bożej wszechmocy. Wyjaśni nam się trochę, dlaczego wszechmoc Boża jest tak dyskretna i tak pokorna. Bo wszechmoc Boża to przede wszystkim potęga Jego miłości. Bóg po prostu nas kocha, a jeśli my tę Jego miłość przyjmujemy, ogarnia nas światło i pokój i chęć czynienia dobra i moc w znoszeniu cierpień i życzliwość wobec bliźnich i radosne oczekiwanie życia wiecznego.
Są takie rodziny, w którym gołym okiem widać, że miłość Boża w nich kwitnie - i chciałoby się o nich powiedzieć, iż żyją sobie jakby w przedsionku nieba. Otóż gdybyśmy my wszyscy otworzyli się więcej na miłość Bożą, to cała nasza ziemia zmieniłaby się jakby w przedsionek nieba. Jeśli jest wśród nas tak wiele cierpień i niezadowolenia i krzywdy i samotności i bezsensu, to nie dlatego, że Bóg nas za mało kocha albo że nie jest wszechmocny - ale dlatego, że wolimy żyć raczej w naszych ciemnościach niż w świetle Bożym i zamiast przemieniać naszą ziemię w przedsionek nieba, my potrafimy zrobić z niej przedsionek piekła, gdzie panuje egoizm, powszechna nieufność i wzajemna wrogość.
Zwracam się teraz wszystkich tych, którzy mają jakieś swoje cierpienia, kłopoty i niemożności. Bracia i Siostry! Wzmocnijmy w sobie wiarę w Baranka Bożego, który jest pokornym, ale i wszechmocnym Synem Bożym. Kto stoi blisko tego Baranka, jest bezpieczny i nie zginie. Przed tym Barankiem nawet ryczący lew ucieka w panice - mówię, rzecz jasna, o tym lwie ryczącym, przed którym ostrzega Apostoł Piotr, że „krąży, szukając, kogo pożreć” (1P 5,8).
Wspomniałem już, że Baranek ten okazuje swoją potęgę w sposób pokorny. Nie zstąpił z krzyża, nawet kiedy Go do tego prowokowano; dał się zamordować, ale nawet na chwilę nie przestał kochać wszystkich bez wyjątku, a trzeciego dnia zmartwychwstał.
Również w nasze cierpienia i ciemności Jezus Baranek nie będzie wkraczał w ten sposób, jak my byśmy sobie tego życzyli. Raczej wsłuchajmy się w Jego wolę i starajmy się rozpoznać, w jaki sposób On chce nam pomóc. Bo jeśli więcej otworzymy siebie i swoje cierpienia na Jego świętą obecność, nieraz okaże się, że nawet fizyczna strona naszych cierpień ulegnie wówczas zmniejszeniu.
Dzisiejsza Ewangelia w bardzo prostych słowach przedstawia dwa wzorce przyjścia ludzkiego do Baranka Bożego. Kiedy dwaj uczniowie Jana Chrzciciela, (przyszli apostołowie Jan i Andrzej), usłyszeli, że Jezus jest Barankiem Bożym, poszli za Nim. Przy pierwszej nadarzającej się okazji pytają Go: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?”
Otóż Jezus nie traktuje ich jako wysoką umawiającą się stronę. Kto chce być z Jezusem, musi Mu zawierzyć samego siebie. Nie możemy Jezusowi stawiać naszych warunków. Jeśli chcę iść za Jezusem, powinienem w całości i z radosnym sercem przyjąć Jego naukę, wypełniać Jego przykazania, zaakceptować to wszystko, co w moim losie nie zależy ode mnie.
Jezus nie odpowiedział Janowi i Andrzejowi na ich pytanie, gdzie mieszka. Kiedy poszli za Nim, przekonali się, że Jezus jest tak ubogi, iż w ogóle nie ma własnego mieszkania. „Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8,20). Ale Jan i Andrzej przekonali się również, że Baranek Boży jest wystarczająco potężny, żeby nas doprowadzić do domu Ojca, bo „w domu Jego Ojca jest mieszkań wiele” (J 14,2). Żeby jednak to poznać, musieli najpierw pójść za Jezusem bez stawiania Mu żadnych warunków.
Przypatrzmy się drugiemu spotkaniu człowieka z Barankiem Bożym. Zafascynowany Jezusem Andrzej dzieli się ze swoim bratem Szymonem nowiną: „Znaleźliśmy Mesjasza” - i przyprowadza go do Jezusa. Szymon przychodzi do Jezusa po raz pierwszy w życiu, a Jezus wita go słowami: „Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz się nazywał Piotr”. Jezus jest Synem Bożym i nie musiał Szymona poznawać ani mu się przypatrywać.
On wie wszystko o człowieku, zna całe jego wnętrze, zanim człowiek zacznie Go szukać.
Szymon dopiero po raz pierwszy przychodzi do Jezusa. Jeszcze nie wie, że Jezus wybrał go, aby był pierwszym apostołem w Jego Kościele, ale Jezus już to wie: „Ty jesteś Szymon, ale ty będziesz Piotrem, czyli Skałą”. Potem, pod Cezareą Filipowa, Jezus powie mu więcej: „Ty jesteś Skałą i na tej Skale zbuduję mój Kościół i bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego” (Mt 16,18n).
Po swoim zmartwychwstaniu Jezus powie Piotrowi jeszcze więcej: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18). Powołaniem Piotra była bowiem śmierć męczeńska.
Bracia i Siostry! Powołanie młodego Samuela oraz powołanie apostołów każą nam przypatrzeć się naszemu własnemu powołaniu. Różnorodne są ludzkie powołania. Jednego Bóg powołuje do kierowania Kościołem, innego do wychowania gromadki dzieci, a jeszcze inny jest powołany do tego, żeby dzielnie i po Bożemu trwał w swoim życiu samotnym. Ktoś obdarzony szczególnym talentem do działalności gospodarczej jest powołany do dawania świadectwa że wszystko, co czynimy, powinniśmy czynić na chwałę Bożą, z pożytkiem dla ludzi i w poszanowaniu prawa moralnego. Ktoś inny zaś jest powołany przede wszystkim do tego, żeby otaczać troskliwą miłością swoje upośledzone dziecko.
Otóż nie mierzmy znaczenia różnych powołań naszymi ludzkimi miarami. Ktoś urodzony z zespołem Downa może przejść przez swoje życie tak pięknie, że pozostawi po sobie więcej dobra niż autor poczytnych książek lub reżyser głośnych filmów.
Nie porównujmy naszych powołań, nie podejmujmy jałowych rozmyślań, dlaczego moje życiowe powołanie jest właśnie takie, a nie inne. Niech każdy stara się raczej wnikać w swoje powołanie, w takie jakie ono jest, i niech wypełnia je jak najlepiej, jak najbardziej po Bożemu.
I nie zapominajmy o tym, że Boże powołanie dotyczy nas całych, całości naszego postępowania. To właśnie dlatego Kościół przypomniał nam dzisiaj słowa Apostoła Pawła: Bracia! Strzeżcie się rozpusty! Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego? Chwalcie więc Boga w naszym ciele!
Zatem módlmy się, Bracia i Siostry, ażeby każdy z nas podszedł dzisiaj bliżej do Baranka Bożego. Zawierzmy Barankowi Bożemu samych siebie i całe nasze życie. I wsłuchajmy się z wiarą, do czego On mnie, każdego z nas, powołuje. Amen.


grudnia 30, 2023

Homilia na Nowy Rok (B) - Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

grudnia 30, 2023

Homilia na Nowy Rok (B) - Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki


Zatem mamy już rok 2024. Nawet kalendarz przypomina nam o tym najważniejszym wydarzeniu w ludzkich dziejach: że tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał nam, abyśmy mogli być zbawieni. Mniej więcej 2024 lat temu anioł zwiastował pasterzom betlejemskim radość wielką, że „dzisiaj w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel". Wydarzenie to miało miejsce ponad dwa tysiące lat temu, ale przecież nasz Zbawiciel żyje i chce również dzisiaj przychodzić do naszych serc i do naszych rodzin, również dzisiaj chce napełniać swoją obecnością nasze miasta i wio- ski. To przecież stąd się bierze tak radosny charakter świąt Bożego Narodzenia, to dlatego narodziny Mesjasza są dla nas tak nieprzemijalnie nowe, tak świeże, tak fascynujące!

Wystarczy wczytać się w teksty śpiewanych przez nas kolęd, żeby uświadomić sobie, że my nie świętujemy wydarzenia, które było i minęło. My świętujemy rodzenie się Mesjasza dla nas; radujemy się z tego, że również my możemy się do Jezusa przybliżyć. Inaczej jaki sens miałoby śpiewanie kolędy: "Pójdźmy wszyscy do stajenki, do Jezusa i Panienki, Powitajmy Maleńkiego i Maryję, Matkę Jego". Radujemy się z tego, że Jezus dzisiaj obdarza nas swoją zbawczą obecnością i swoją łaską. To dlatego modlimy się: ,,Podnieś rękę, Boże Dziecię - podnieś ją dzisiaj - błogosław Ojczyznę miłą! W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą. Dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami". 

Krótko mówiąc, dzisiaj noc betlejemska wciąż trwa. Zbawiciel historycznie przyszedł do nas dwadzieścia wieków temu, ale również w naszym pokoleniu przychodzi realnie do tych wszystkich, którzy zapraszają Go do swoich serc i do swojego życia. Tę prawdę że Boże Narodzenie jest czymś więcej, niż historycznym wydarzeniem, które minęło, trafnie wyraził Adam Mickiewicz w znanym dwuwierszu: „Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie, Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie".

Ewangelia dzisiejsza mówi o pasterzach, którzy pobiegli do Betlejem adorować nowonarodzonego Mesjasza. W ten sposób poniekąd zrównoważyli niegościnność mieszkańców tego miasta. ,,Nie było tam bowiem dla Niego miejsca w gospodzie". To jest wielka tajemnica naszych ludzkich dziejów, że jedni cieszą się z przyjścia Mesjasza i biegną Go adorować, inni Go odrzucają. W każdym po- koleniu powtarza się to, co napisał Jan w swojej Ewangelii: Przyszedł Zbawiciel ,,do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli". Ale czytajmy dalej: „Wszystkim tym jednak, którzy Go przyjęli, dał On moc, aby się stali dziećmi Bożymi".

Panie Jezu, daj nam tę łaskę, żebyśmy możliwie wszyscy należeli do tych, którzy Cię przyjmują. Panie Jezu, Ty przecież możesz tak nas ogarnąć swoją mocą, żebyśmy Twojego narodzenia dla nas nie zmarnowali. Panie Jezu, w każdym dniu tego Nowego Roku 2024 rozpraszaj ciemności, w których jesteśmy pogrążeni w ciemności egoizmu i niezgody, ciemności pychy i rozpusty; rozpraszaj, Panie Jezu, te wszystkie ciemności, które ogarniają nas, kiedy uciekamy od Boga i próbujemy tworzyć świat, tak jakby Boga nie było. Panie Jezu, nie dopuść, żeby ktokolwiek z nas bardziej miłował swoje ciemności, aniżeli Twoje światło.

Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Dzisiaj mamy ósmy dzień po Bożym Narodzeniu. Ewangelista Łukasz poinformował nas przed chwilą, że ósmego dnia po urodzeniu Boże Dziecię zostało obrzezane i nadano Mu imię Jezus. Już w dniu Zwiastowania anioł polecił Maryi, żeby właśnie to imię nadała swemu Dziecku. Później to samo polecenie zostało powtórzone Jego dziewiczemu ojcu, Józefowi. Imię Jeszua, Jezus, znaczy: Bóg zbawia, Bóg jest Zbawicielem. Warto wiedzieć, że imię to nosił następca Mojżesza, Jozue. Kiedy ojcowie Kościoła zwracali na to uwagę, lubili podkreślać, że dopiero Jezus jest prawdziwym Jozuem, który wprowadza lud Boży już nie do doczesnej ziemi obiecanej, ale do ziemi obiecanej życia wiecznego.

Zauważmy przy okazji, że dopiero wiara w Jezusa, Syna Bożego, pozwala zrozumieć gorszące nas zazwyczaj Boże rozkazy, ażeby zdobywając ziemię obiecaną, wytępić wszystkie ludy kananejskie. Bibliści wyjaśniają nam, że takie, bardzo okrutne, były ogólne obyczaje tamtej epoki. Ponadto, zwracają uwagę na to, że Księga Jozuego została ostatecznie zredagowana w kilkaset lat po czasach Jozuego, a wytępienie ludów kananejskich było faktem bardziej literackim, niż historycznym. Ale nakazy wytępienia ludów Kanaanu tak naprawdę można zrozumieć dopiero w świetle wiary w Jezusa, nowego Jozuego, naszego Pana i Zbawiciela.

Chodzi mianowicie o to, żebyśmy nie mieli litości dla naszych wad, dla tych wszystkich wrogich nam duchów, którym nieraz ulegamy - żebyśmy z całą stanowczością tępili w sobie ducha kłamstwa, ducha niezgody i nienawiści, ducha nieczystości i ducha chciwości, i ogólnie, ducha nieposłuszeństwa prawu Bożemu. Nie zdobędziemy ziemi obiecanej życia wiecznego, jeżeli tych nieprzyjaciół zbawienia z naszego życia nie będziemy ustawicznie przepędzali. Otóż z pomocą Jezusa i dzięki Jego łasce na pewno będzie to się nam udawało. Panie Jezu, nigdy nie pozwól mi, nie pozwól nam odłączyć się od Ciebie! Tylko Ty masz moc wprowadzić nas do życia wiecznego.

Jeszcze jeden wątek warto w dniu Nowego Roku podnieść. Mam na myśli wartość czasu i sens naszego przemijania. Już Psalmista modlił się: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca". ,,Czas jest darem Bożym... Każdy dzień jest dla nas darem Bożej miłości... Jedynie Bóg wie, jaka będzie przyszłość. My natomiast wiemy, że będzie to przyszłość łaski, że będzie to wypełnienie się Bożego planu miłości wobec całej ludzkości i wobec każdego człowieka. Dlatego też, patrząc w przyszłość, bądźmy pełni ufności i nie poddawajmy się lękowi" (Jan Paweł II, 19.11.1997). I nie bójmy się tego, że czas przemija; bójmy się marnowania czasu, bójmy się złego wykorzystywania czasu, bójmy się przeznaczania naszego czasu na czynienie zła. Włóżmy do naszych serc wołanie Psalmisty: „Boże, naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca". Niech każdy dzień tego Nowego Roku 2024 będzie w naszym życiu czasem wypełnionym miłością Boga i bliźniego.

Bracia i Siostry! Na koniec przynajmniej parę słów powiedzmy o głównym tytule dzisiejszej uroczystości, o Bożym macierzyństwie Maryi. Niemowlę, które ona urodziła, Jezus, jest jedynym człowiekiem, który nie zaczął istnieć w momencie swojego ludzkiego poczęcia. Bo jest On przedwiecznym Synem Bożym. W Kościele często zachwycamy się tą paradoksalną prawdą, tym absolutnym wyjątkiem w ludzkich dziejach, że Syn jest Stwórcą swojej własnej matki. Maryja urodziła Go w ludzkiej naturze, ale Ten, którego urodziła, jest boską osobą Syna Bożego. Dlatego słusznie nazywamy ją Matką Bożą, bo chociaż w ludzkiej naturze, to przecież Syna Bożego ona urodziła. 

Jest ona matką dziewiczą. Nie godziło się przecież, ażeby miał ludzkiego ojca Ten, którego ojcem jest sam Ojciec Przedwieczny. Natomiast wypadało, ażeby Maryja, którą Ojciec Przedwieczny wybrał na matkę swojego Syna, od początku była święta i niepokalana. Tylko do niej jednej sam Syn Boży mówił: ,,mamusiu!". Spośród wszystkich aniołów i świętych ona jest ukochana przez Boga najszczególniej. Jest Maryja tą Niewiastą, o której na samym początku ludzkich dziejów mówił Bóg, kiedy zapowiadał szatanowi ostateczną klęskę. To jej Syn, a nasz Pan Jezus Chrystus, swoją śmiercią na krzyżu zadał decydujący cios szatanowi, zmiażdżył mu głowę.

Toteż każde pokolenie Kościoła dziękuje Bogu za Maryję, za jej Boże macierzyństwo. Nikt z nas nie pojmie, jak potężnego zawierzenia trzeba było, ażeby w dniu Zwiastowania odpowiedzieć na Boże wezwanie: ,,Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego". Możemy tylko domyślać się tego, jak często i jak głęboko ranił jej macierzyńskie serce miecz zapowiedziany przez starca Symeona, kiedy razem z Józefem przyniosła Boże Dzieciątko do Świątyni.

Dzisiaj, w uroczystość Bożego macierzyństwa Maryi, może przede wszystkim przypomnijmy sobie to, że w najtrudniejszej godzinie jej życia, kiedy stała pod krzyżem, na którym wisiał jej Syn, została dana za matkę umiłowanemu uczniowi Jezusa. To bardzo ważne, żebyśmy zauważyli, że był to umiłowany uczeń Jezusa. Bo Jezus Maryję daje za matkę tym, których miłuje. Zatem to nie dzieje się automatycznie, że Boża Matka jest zarazem Matką naszą. Jeżeli naprawdę pragniemy mieć ją za matkę, musi nam bardzo zależeć na tym, ażeby znaleźć się w gronie umiłowanych uczniów Jezusa. I niech to będzie nasze pierwsze życzenie noworoczne: obyśmy możliwie wszyscy znaleźli się wśród umiłowanych uczniów Jezusa! Oby Matka Jezusa była zarazem Matką możliwie nas wszystkich! Oby! Oby! Amen.

1 stycznia 2024 r.


grudnia 30, 2023

Homilia na Uroczystość Świętej Rodziny (B) - Święta Rodzina wzorem dla nas!

grudnia 30, 2023

Homilia na Uroczystość Świętej Rodziny (B) - Święta Rodzina wzorem dla nas!

W dzień święta Świętej Rodziny, Jezusa, Maryi i Józefa, kiedy podejmujemy naszą refleksję nad sensem i pięknem życia rodzinnego, Kościół przedkłada nam do rozważenia fragment Listu św. Pawła do Kolosan, w którym znaleźć możemy mocno chyba niepopularne dziś słowa. Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem. Nie będą zachwyceni tym wezwaniem niejedni małżonkowie, którzy toczą ze sobą kłótnie i spory. „Mam być cichy? Pokorny? Mam cierpliwie znosić moją drugą połowę? O nie. To przecież program życia dla naiwnych. Ja nie dam się wykorzystać, będę dochodził swego, a jak to nie poskutkuje, to najwyżej wszystko skończę. Nie cofnę się nawet przed rozwodem. Nie dam sobą pomiatać". Takie poglądy, niejeden młody mężczyzna czy młoda kobieta noszą w sercu już przed ślubem. Nierzadko jeszcze rodzina, bliscy, znajomi przypominają: tylko pamiętaj, nie daj się wykorzystać. A kiedy potem w takim małżeństwie dzieje się źle, to chyba w 99% przypadków obie strony obstają przy tym, że to jej wina, to on jest winny. Ja to tylko głupi byłem przed ślubem, że dałem się tak nabrać. Ja to tylko naiwnie patrzyłam na świat". Jako duszpasterz wiem, jak trudno jest takie sprawy rozwiązywać. A główną przeszkodą jest ta właśnie duma, zacięcie, upór. Obu stron. Po prostu ich pycha. Jest ona tak wielka i szalona, że małżonkowie decydują się na rozwód nierzadko bardzo szybko, niekiedy zupełnie bez walki. Nie próbują odnaleźć swej miłości na rekolekcjach, we wspólnocie religijnej, nie korzystają z możliwości separacji, tylko od razu pada słowo: "koniec". Wiedzą, że tym samym nieprawdopodobnie krzywdzą dzieci, że często zamykają sobie drogę do Komunii św., że nierzadko resztę życia spędzą w samotności i smutku. Nie zwracają na to uwagi. Powtarzają tylko z uporem: nie podaruje, nie przebaczę I będą to powtarzać swoim znajomym przez lata, do końca życia, w setkach rozmów: ależ on był zły, ależ ona była głupia. Będą to powtarzać z taką intensywnością by zagłuszyć głos sumienia. Ten głos, który cichutko mówi, że w tym konflikcie nie wszystko było takie jednostronne i że gdyby udało się zdobyć na odrobinę pokory, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Święty Paweł wiedział, co mówi. Pisząc o życiu rodzinnym zaczyna właśnie od tego: Przyobleczcie się w pokorę, cierpliwość, znosząc siebie nawzajem. Apostoł Narodów wie, że to jest fundamentem rodzinnej miłości, że jeśli małżonkowie przyjmą za dewizę słowa, "oko za oko, ząb za ząb" to będzie początkiem ich końca. Kiedy chłopak, dziewczyna składają przysięgę małżeńską często nie pojmują tego, że w słowach: "biorę ciebie za żonę za męża" ukryta jest także prawda, żenię się z twoimi słabościami, wadami. Wychodzę za mąż za twój egoizm, za twoje zranienia. I wiem, że będę musiał, że będę musiała nieść do końca życia także twój krzyż. Niejedna dziewczyna naiwnie myśli, że oczywiście wychowa sobie męża. Gdy przed ślubem mówi mu: jesteś wspaniały, to w ciszy serca dodaje często, "jesteś wspaniałym materiałem na męża, który ja już potem po swojemu uformuję". Niejeden mężczyzna myśli, że swoją inteligencją tak oczaruje i przekona o wszystkim żonę, iż ona nie zauważy, że jej mąż po ślubie pragnie wieść dalej kawalerskie i beztroskie życie. Jak wielkie są potem ich rozczarowania. Mąż wcale nie chce realizować narzucanego mu programu, żona nie przyjmuje argumentów męża i nie daje się zwieść jego błyskotliwej, ale naciąganej nierzadko logice wywodu. I co wtedy się dzieje? Rośnie natężenie krzyku. Padają sformułowania: "żeby mi to było ostatni raz".


Aż wreszcie pojawia się słowo "rozwód". A sprawy są często naprawdę do rozwiązania. Tylko potrzeba do tego pokory. A o nią w wirze kłótni, oskarżeń, uporu bardzo trudno. Nie sprzyjają jej często także rady, z jakimi spotykają się skonfliktowani małżonkowie. Ich rodzice, znajomi nierzadko jeszcze podsycają atmosferę słowami: Nie daruj jej, pokaż mu drzwi, nie ustępuj. Wielka szkoda, bo pokora potrafi czynić cuda. Proszę posłuchać świadectwa pewnej kobiety.

Z jakąkolwiek koleżanką bym się nie spotkała, one wszystkie od razu zaczynają narzekać na swoich mężów. Jedna przez drugą opowiadają o tym, jaki to ten mój mąż jest okropny". To niemal norma. Moja serdeczna przyjaciółka, pracując z dziećmi, ma taką zasadę: „Jeśli musisz dziecko poprawić, dać mu jakąś swoją krytyczną uwagę, musisz je przedtem najpierw trzy razy pochwalić". To moje odkrycie zbiegło się w jednym czasie z naszym bardzo poważnym kryzysem małżeńskim. Z dnia na dzień obserwowałam, jak nasz związek powoli się rozpada. Tak sobie wtedy pomyślałam: o mężczyznach mawia się czasem, że to trochę takie duże dzieci. Może by spróbować tej metody na mężu? Zrobiłam eksperyment. Zaczęłam chwalić męża. Chwaliłam go za wszystko, za co tylko mogłam go pochwalić, bez zbytniego naciągania oczywiście. I mąż powolutku zaczął się zmieniać. Na lepsze. Zrobił się dla mnie milszy. Z zszarzałego faceta, przeobraził się w pełnego radości, energii mężczyznę. Ten fajny facet był w nim przez cały czas. Tylko ja go nie potrafiłam dostrzec Jego wady oczywiście dalej pozostały takie, jakie były. Ale starałam się nie zwracać na nie uwagi. Przymykałam oko. I dalej chwaliłam. Również w towarzystwie. Nic tak nie podnosi męskiej samooceny, jak chwalenie go przy innych. Na początku nie było łatwo. Przyzwyczajona do tego, by mieć pretensje o wszystko, musiałam się nieźle natrudzić, by się powstrzymywać przed wytykaniem mu błędów. Taki zszarzały mąż jakoś nie zachęca do tego, by go chwalić. Ale zawzięłam się. Pomyślałam sobie - przecież to jest w jakiś sposób ciągle ten sam człowiek, za którego wyszłam. Przecież za coś go kiedyś podziwiałam. To wszystko musi tam gdzieś w nim nadal być! Gdy cokolwiek zrobił dla mnie, zamiast wychodzić z założenia, że to jego obowiązek, chwaliłam go i bardzo mu dziękowałam. Zaczęło się od drobiazgów - zakupy, wyrzucone śmieci, naprawiona klamka w łazience. Stworzyłam w swojej wyobraźni obraz dobrego męża, a potem "tu i teraz" zachowywałam się wobec niego trochę tak, jakby on już tym dobrym mężem był. A mąż (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) powolutku przeobrażał się w ten mój "ideał mężczyzny". Ale (to bardzo istotne) - "zaczęłam od siebie!" To ja pierwsza zaczęłam "dawać". Nie czekałam, aż on zacznie. Nie trudno się domyślić, że po ja- kimś czasie mąż zaczął robić dla mnie dużo więcej, z ochotą bez ma- rudzenia. Minął rok i znów mam wspaniałego męża, który (po 15 latach wspólnego życia) znów jest we mnie do szaleństwa zakochany, fajnego synka, spokojny, ciepły dom. Czuję się bardzo szczęśliwa.

I może jeszcze świadectwo drugiej kobiety. Po kilku latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradza. Wiadomość ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Najpierw był szok, niedowierzanie, wrażenie, że to koszmarny sen potem bunt, gniew, płacz, a w końcu poczucie winy i utrata wiary w siebie. Poczułam się samotna i opuszczona, wydawało mi się, że cały mój świat runął w gruzy. Nie przestawałam się jednak modlić. I bardzo szybko dotarła do mnie prawda - nie jestem samotna, bo Bóg jest ze mną i kocha mnie. Myślę, że dzięki wstawiennictwu Maryi mogłam mimo wszystko powtarzać mężowi, że go kocham i, że niezależnie od tego, co postanowi zrobić, będę go kochała. Czułam, że to Szatan opętał mojego męża i na nic nie przydadzą się ludzkie sposoby. Walczyłam środkami duchowymi: postem, jałmużną i modlitwą. Podczas Mszy Świętej prosiłam o nawrócenia męża. Każdej nocy nakładałam ręce na śpiącego męża i modliłam się do Ducha Świętego. Kochałam. I choć może się to wydać dziwne, starałam się go traktować jak zawsze. Nie separowałam go ani od stołu, ani od łoża. Chcę być dobrze rozumiana - nie akceptowałam romansu męża, ale nie odtrącałam go. Mówiłam mu, że postępuje źle, ale że ja wierzę w jego miłość do mnie i dobro ukryte w jego sercu. Starałam się niekiedy wspominać najpiękniejsze chwile naszej wspólnej historii. Rozmowy ciągnęły się całymi godzinami. Nie wszystkie były spokojne, często się raniliśmy. Widziałam jednak wyraźnie, że moja wiara, modlitwa i okazywana miłość zmieniają męża. Jezus zmieniał także mnie. Nie pozwalał, by moje serce stwardniało, zamknęło się w urazie, by miłość uległa ambicji czy pragnieniu zemsty. Zrozumiałam, że ja też mam za co przepraszać, że nie jestem skrzywdzoną niewinnością. Zobaczyłam, jak wiele ran w przeszłości zadałam.

Nasze małżeństwo przetrwało! Przebaczyliśmy sobie nawzajem. W dodatku mój mąż się nawrócił i dla nas obojga jedynym trwałym fundamentem jest Chrystus.

Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich przypadkach taka metoda oparta na cierpliwości i pokorze poskutkuje. Były zapewne sytuacje, kiedy kobieta swoją dobrocią nic nie osiągnęła a może nawet przyczyniła się do jeszcze większej zuchwałości męża. Ale kto był mądrze pokorny i cierpliwy, nigdy nie powinien tego żałować. Jezus Chrystus karmił rzesze, uzdrawiał je, a potem Ci sami ludzie krzyczeli w Wielki Piątek, by skazać Go na śmierć. To nie zniechęciło Zbawiciela. Nadal był gotowy okazywać ludziom swe miłosierdzie. Czy Jezus był naiwny? On był, On jest wielki. Jego miłość jest potężna a to wyraża się w cierpliwości i dobroci jaką nam okazuje. A czyni to zawsze jako pierwszy. Nie postawił Zacheuszowi warunku: jak się poprawisz, to Cię odwiedzę. Poszedł pierwszy do grzesznika w gościnę. Taką postawą uratował wiele osób. W nie- jednej rodzinie bliscy sobie ludzie czekają latami, aż ktoś drugi wyciągnie rękę. Czekają, bo są dumni. Czekają, aż ktoś się przyzna, aż uzna ich rację, aż zmieni swoje postępowanie. I często do śmierci się nie doczekują. Wolą zachować swoją perfekcyjną pryncypialność, niż uratować rodzinę. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja wiem, że na przykład palenie papierosów jest złe, że jest grzechem, ale jeśli mąż nie może sobie z tym nałogiem poradzić to czy lepiej zniszczyć życie rodzinne wywołując w tym temacie wielkie awantury czy może lepiej będzie na razie przymknąć oko. I trzeba zapytać się koniecznie czy tak naprawdę chodzi tu o jego zdrowie czy o to, że nie dopasowuje się do wymagań żony. To jest często sedno sprawy i przyczyna wielkich tragedii, że ktoś nie postępuje, tak jak my sobie to wymarzyliśmy. Nawet w małżeństwie nie mamy człowieka na własność, do swojej dyspozycji. Mój mąż nie jest do końca mój. Także moja żona nie jest dosłownie moja. Dzieci nie są własnością rodziców. Tak naprawdę należymy do Boga. W Świętej Rodzinie Jezus był Synem Maryi, ale nie był Jej własnością. Maryja była żoną Józefa, ale nie była jego. Oni wszyscy należeli do Boga. I to była ich świętość. Także i my winniśmy żyć nie jak się komuś podoba, ale jak się Bogu podoba.

W życiu nie raz trzeba się będzie pogodzić: muszę znosić współmałżonkę, męża z taką czy inną jego słabością. Oczywiście są sprawy, na które nie można przymykać oczu. Jeśli mąż bije żonę to nie można reagować na to pokorną zgodą. Jeśli żona ewidentnie kokietuje obcych mężczyzn, to wtedy trzeba sprawę postawić bardzo zasadniczo, bo to grozi rozbiciem małżeństwa. Mi chodzi o ludzkie niedoskonałości, z którymi można żyć, choć wymagają od nas wiele pokory i cichości. Spójrzmy na dzisiejszą Ewangelię. Starzec Symeon żył latami w oczekiwaniu na Zbawiciela. Kiedy dane jest mu Go zobaczyć prosił Boga, by zabrał go z tego świata. Jego życie było czekaniem. Nie miał wszystkiego. Dopiero u schyłku życia jego nadzieje się spełniają. Dziś wiele osób pragnie natychmiastowego spełnienia marzeń. Także dotyczących rodziny. Współmałżonek musi być według oczekiwań drugiej strony, dzieci jak na zamówienie. I to szybko, najlepiej natychmiast. Ale to się nigdy nie spełnia. I trzeba się z tym pogodzić. Ktoś kiedyś powiedział: "Jeśli nie wierzysz, że historia człowieka, który stoi naprzeciwko ciebie jest święta to daj mu święty spokój". Nawet historia człowieka, która toczy się zupełnie inaczej niż to sobie wymarzyliśmy jest święta i trzeba ją szanować i jej służyć. To jest najkrótsza droga do tak upragnionego przez nas wszystkich rodzinnego szczęścia.


listopada 04, 2023

31. Niedziela Zwykła (A) - Na czym polegała obłuda faryzeuszów?

listopada 04, 2023

31. Niedziela Zwykła (A) - Na czym polegała obłuda faryzeuszów?


Ukochani Bracia i Siostry!

Swoją mowę przeciw uczonym i faryzeuszom Pan Jezus zakończył siedmioma przejmującymi ,,biada wam". Jest to Jego ostatnie i najmocniejsze słowo upomnienia pod adresem ówczesnych przywódców ludu Starego Przymierza. Ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz są zgodni co do tego, że Pan Jezus mowę tę wygłosił już po swoim uroczystym wjeździe do Jerozolimy i po wypędzeniu przekupniów ze świątyni jerozolimskiej. Już w najbliższy piątek miał umrzeć za nas wszystkich na drzewie krzyża.

Była to z Jego strony ostatnia próba uratowania tych ludzi. Ciągle musimy mieć przed oczyma, że Pan Jezus jest Synem Bożym i nawet jeżeli wypowiada słowa gniewu, to w Jego ustach są to słowa miłości. Kiedy On mówi do faryzeuszy,,biada wam", to dlatego, że chodzi Mu o ich dobro, że pragnie nimi wstrząsnąć, aby porzucili wreszcie swoją niewiarę. Podobnie jak czasem trzeba potrząsnąć człowiekiem nieprzytomnym, żeby ten odzyskał świadomość. Pan Jezus aż siedem razy mówił faryzeuszom,,biada wam", bo niewątpliwie byli oni ludźmi duchowo nieprzytomnymi.

Przypomnijmy sobie, że już wkrótce te Pana Jezusowe,,biada wam" zaczęły przynosić błogosławione owoce. Już za dwa-trzy miesiące - a stało się to dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu wręcz wielu faryzeuszów, a nawet starotestamentalnych kapłanów miało uwierzyć w Pana Jezusa i przyjąć chrzest. Dzieje Apostolskie wspominają o tym w jednej z pierwszych informacji na temat rozszerzania się wiary w Chrystusa (6, 7). W tych samych Dziejach Apostolskich czytamy, że w tzw. Soborze Jerozolimskim wzięli udział,,niektórzy nawróceni ze stronnictwa faryzeuszów" (15, 5).

Trzech wspaniałych faryzeuszów, których Kościół zachowa w czci aż do końca świata, Nowy Testament wspomina z imienia. Pierwszy z nich to, oczywiście, faryzeusz Nikodem. Człowiek prawy i odważny, który razem z Józefem z Arymatei zajął się w Wielki Piątek pogrzebem Pana Jezusa. Drugi to faryzeusz Gamaliel, który podczas posiedzenia Sanhedrynu wziął w obronę uwięzionych apostołów, mimo że sam nie był uczniem Chrystusa, ale tak mu kazało jego poczucie sprawiedliwości.

Faryzeuszem był wreszcie zatwardziały w swojej niewierze i zapiekły w nienawiści do uczniów Chrystusa Szaweł, którego łaska Boża przemieniła w naczynie wybrane i apostoła narodów. Apostoł Paweł nawet po swoim nawróceniu mówił o sobie:,,Jestem faryzeuszem i uczniem faryzeuszów" (Dz 23, 6) - bo łaska Boża rozjaśniła w Pawle jego ciemności i oczyściła go z jego grzechów, ale zachowała w nim to wszystko, co w jego faryzejskiej formacji było dobre.

Przypominam o tych różnych dobrych wydarzeniach, jakie miały miejsce w środowisku faryzeuszów już po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa, bo dopiero w ich świetle możemy peł- niej zrozumieć niezwykle ostrą mowę przeciw faryzeuszom, której początek słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii. Bo również dzisiaj - kiedy Pan Jezus mówi do kogoś z nas,,biada tobie", „biada wam" nie są to słowa potępienia, ale upomnienia. Pan Jezus nawet jeśli sam sobie, a również innym wydaje się całkiem nienawracalny – zwraca się do twojego zatwardziałego serca, ażebyś w końcu się jednak opamiętał i nawrócił.

W swojej mowie piętnuje Pan Jezus obłudę i egocentryzm faryzeuszów, ich zadufanie w sobie, brak zrozumienia dla innych, jałowy formalizm ich religijności. A wszystko po to, żeby odsłonić złą glebę, z której wyrosła ich niewiara - niewiara agresywna, która już wkrótce, w Wielki Piątek miała się ujawnić w sposób wręcz przerażający.

Bracia i Siostry!

Ja tylko próbuję pokazać, że miłosierdzie Boże jest większe nawet od tych grzechów, które tak mocno piętnuje u faryzeuszów Pan Jezus. Szukanie własnej chwały, formalizm i hipokryzja były to grzechy naprawdę niemałe, skoro uczyniły ich niezdolnymi do uwierzenia w Syna Bożego, a nawet popchnęły ich do tego, żeby rzucić się na Niego i Go zamordować. A jednak miłosierdzie Boże jest większe nawet od tak wielkich grzechów i przynajmniej nie- którzy faryzeusze jednak się nawrócili.

W świetle dzisiejszej Ewangelii z wielką jasnością można zobaczyć, że niewiara może się zdarzyć nawet u ludzi formalnie religijnych. Ponadto, dzisiejsza Ewangelia każe zweryfikować popularny pogląd, jakoby niewiara była niewinnym wyborem światopoglądowym. Niewiara faryzeuszów z całą pewnością nie była moralnie neutralnym wyborem światopoglądowym. Była ciężkim grzechem, który był owocem uprzednich przewinień moralnych i który miał ich doprowadzić do udziału w zamordowaniu samego Chrystusa.

Boże zachowaj, gdyby w tym, co przed chwilą powiedziałem, ktoś chciał usłyszeć zaproszenie do osądzania niewierzących z powodu ich niewiary. Jeden Bóg zna ludzkie serca. Nam nie wolno uzurpować sobie boskiej władzy osądzania drugiego człowieka. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus zaprasza nas do czegoś zupełnie innego. Zaprasza do zastanowienia się, czy przypadkiem ty sam swoimi grzechami nie oddalasz się od Boga, a może nawet już dojrzewa w tobie twoja przyszła niewiara. Innych ludzi nie wolno ci osądzać, ale jeżeli zauważyłeś, że Pan Bóg w twoim życiu coraz mniej znaczy, jest to dzwonek alarmowy, że najwyższy czas, abyś zaczął wystawiać się na osąd swojego własnego sumienia.

Kryzys wiary przejawia się u różnych ludzi różnie. U jednego przyjmowanie sakramentów przemieniło się w rutynę, ktoś inny już bardzo dawno nie był u spowiedzi, a jeszcze komuś innemu coraz częściej zdarza się opuszczać coniedzielną Mszę świętą. Zjawiskom tym nieraz towarzyszy naśladowanie prarodziców w ich udawaniu, że jesteśmy równi Bogu. Jeden - zamiast zobaczyć, jak wiele zła wprowadzamy w nasze życie własnymi grzechami krytykuje Pana Boga, że źle urządził świat, i zapomina o tym, że Bóg jest nie tylko naszym Ojcem, ale zarazem źródłem i wzorem wszelkiego prawdziwego ojcostwa. Drugi dochodzi do wniosku, że lepiej od Boga poznał różnicę między dobrem i złem, i próbuje ustanawiać swoje własne normy moralne, zapominając o tym, że "jeden jest tylko nasz Nauczyciel, Chrystus". Jeszcze ktoś inny zachowuje się tak, jak gdyby modlitwa i słowo Boże i sakramenty były mu praktycznie niepotrzebne. Kryzys wiary może się przejawiać bardzo różnie.

Otóż przyjmijmy słowo Chrystusa Pana przeciw niewierze faryzeuszów jako szczególny dar, którym On chce nas obdarzyć właśnie dzisiaj. Nie wolno ci osądzać drugiego człowieka z powodu jego niewiary, ale może w sobie zauważasz jakieś narastanie religijnej obojętności, jakieś oddalanie się od Pana Boga. Jeżeli tak, to zacznij pytać własnego sumienia, czy nie kryją się za tym jakieś twoje grzechy, może nawet grzechy bardzo ciężkie. Porzucenie grzechów i ożywienie modlitwy to najważniejsze sposoby ocalenia wiary, która znalazła się w kryzysie.

Również środowisko może komuś utrudniać wiarę. Wśród faryzeuszów, którym Pan Jezus wygłosił swoje siedem,,biada wam", na pewno byli również ludzie zacni, którzy niestety ulegli złym wpływom swojego środowiska.

To jest również nasz problem współczesny. Podam może konkretny przykład. Swego czasu na słupach ogłoszeniowych w wielu miastach Polski pojawiła się reklama pewnego tygodnika z rzucającym się w oczy hasłem:,,Niewierność zaczyna być w modzie". Od czasu do czasu przez radio lub w jakiejś gazecie pojawiają się twierdzenia, że poligamia jest to naturalna potrzeba każdego mężczyzny, że żony dopuszczają się zdrady małżeńskiej może nawet częściej niż mężowie, a różni ludzie publicznie głoszą, że nie widzą nic złego w uprawianiu rozpusty. Wydaje się, że bezwstyd ujawnia się publicznie na skalę dotychczas u nas nieznaną. Łatwo głosić różne nieodpowiedzialne poglądy, ale warto czasem pomyśleć, ile krzywdy kiedyś z tego wyniknie. W XIX wieku różni - nieraz osobiście bardzo zacni dziennikarze i profesorowie głosili, że najbardziej skuteczną drogą do ustanowienia sprawiedliwości społecznej będzie zrobienie rewolucji. A przecież mogli przewidzieć, że takie poglądy muszą zaowocować ogromem ludzkiej krzywdy, przelaniem morza ludzkiej krwi.

Podobnie jeżeli przyzwyczaimy się do twierdzeń, że w seksualnym promiskuityzmie nie ma nic złego, musi to w przyszłości owocować, zwiększeniem liczby rozbitych małżeństw, krzywdą niewinnych dzieci, nieszczęściem porzuconych żon i mężów, deformacją wzorów życia rodzinnego. Musi się to również skończyć społecznym kryzysem wiary. Przecież to byłby absurd, gdyby to samo społeczeństwo odznaczało się wysokim poziomem wiary i jednocześnie wysokim poziomem lekceważenia Bożych przykazań. Stoimy wobec albo-albo. Albo wzrośnie wśród nas poszanowanie dla Bożych przykazań, albo czeka nas masowe odchodzenie od wiary. Przecież nie robimy Panu Bogu łaski, że się do Niego przyznajemy. Obyśmy usłyszeli te siedem ,,biada wam", jakie wypowiedział Pan Jezus przeciwko niewierze faryzeuszów. Obyśmy się nawrócili i w wierze naszej - również na skalę społeczną - wytrwali.

Doprawdy niespodziewanej aktualności nabierają dziś słowa, jakie ponad dwadzieścia lat temu skierował do nas św. Jan Paweł II: "Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Człowiek może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale - pytanie zasadnicze: czy wolno? I w imię czego «wolno»? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć
«nie» temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło".

Czy można porzucić Chrystusa? Bracia i Siostry, prośmy Chrystusa, abyśmy przy Nim trwali i wytrwali do końca! Amen.


listopada 04, 2023

Rozważania Codziene - Proszę Cię, Jezu, o łaskę pokory!

listopada 04, 2023

Rozważania Codziene - Proszę Cię, Jezu, o łaskę pokory!

 

Słowo Boże na dziś

Sobota, 30 tygodnia Okresu Zwykłego

 Przypowieść o zaproszonych na ucztę  (Łk 14, 1. 7-11)


Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. Potem opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: «Jeśli cię ktoś zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by przypadkiem ktoś znamienitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: „Ustąp temu miejsca”, a wtedy musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. A gdy przyjdzie ten, który cię zaprosił, powie ci: „Przyjacielu, przesiądź się wyżej”. I spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony».

Refleksja nad Słowem Bożym

W dzisiejszej Ewangelii czytamy o tym, jak Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek. Jako zapewne wiemy z różnych fragmentów Ewangelii, faryzeusze nie jadali z byle kim. Ludzi, których uważali za nieczystych, nie tylko, że nie zapraszali, ale nawet nie przystawali z nimi. Zatem zaproszenie Jezusa na wspólny posiłek świadczy o tym, iż mimo, że wciąż Go śledzili i wciąż im coś zarzucał, był dla nich niewygodny, to jednak nie uważali Go za nieczystego. Pamiętamy również, że faryzeusze lubili robić wiele rzeczy na pokaz. W jednej z Ewangelii możemy przeczytać, że nosili długie frędzle u płaszczy, modlili się głośno na rogach ulic, na rynku, żeby ich widziano, pościli na pokaz i zajmowali pierwsze miejsca w synagogach. Na różnych przyjęciach, gdzie bardzo ważnym miejscem był suto zastawiony stół, miejsca przy stole były związane Zgodnością lub bliskością osoby względem gospodarza, lubili zajmować pierwsze miejsca. Zatem nic dziwnego, że Jezus, będąc właśnie w takiej sytuacji, wykorzystał okazję, aby zganić ich pychę.
Powiedział do nich wyraźnie: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. I musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Jezus mówił też, że jeśli usiądziesz na ostatnim miejscu, to wtedy ten, co cię zaprosił, każe ci się przesiąść i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich.
Z tych prostych słów Jezusa widać wyraźnie, że pycha się nie opłaca, a pokora przynosi pozytywne efekty i tu wcale nie chodzi tylko o miejsca przy stole, ale o zachowanie ludzi w ogóle. Tu trzeba właściwej samooceny, trzeba też zauważyć innych ludzi wokół siebie. W życiu jest trochę podobnie jak w sporcie. Wielu sportowców z całego świata przygotowuje się do olimpiady z jakiejś konkretnej dyscypliny, ale na pierwszym stopniu podium może stanąć tylko jeden. Reszta musi się zadowolić kolejnymi miejscami. Proszę więc sobie wyobrazić, co by było, gdyby wszyscy zawodnicy byli pewni, że są najlepsi, więc muszą być pierwszymi. Zapewne po przegranej nie wiedzieliby, co z sobą zrobić. Zdrowi zawodnicy jednak nie załamują się, ale już przygotowują się do kolejnej olimpiady. Niestety, ta faryzejska cecha, aby pokazać się lepszym od innych, aby wywyższać się ponad innych, nie wiedząc nawet, kim oni są lub zwalać winę na innych, aby samemu uniknąć nieprzyjemności, była i jest zauważalna przez wieki i prowadzi do wielu niepotrzebnych cierpień. Jezus zaś przed ostatnią wieczerzą umywał nogi swoim uczniom i polecił apostołom, aby czynili podobnie. Jezus był ich Mistrzem, Nauczycielem, a zajął miejsce sługi.
Tę samą postawę zajmował wciąż wobec Boga Ojca, mówiąc, że po to przyszedł na świat, aby pełnić Jego wolę. Był też posłuszny Ojcu aż do śmierci krzyżowej. Ojcu, a nie komukolwiek z ludzi, jeśli ktoś wymagał od Niego czegoś, co nie było zgodne z prawdą. Postawę służby wykazywał również przez uzdrowienia, nauczanie, w którym nikt nie może dopatrzyć się choćby odrobiny pychy.
Dobrze by było raz jeszcze wczytać się w Ewangelię, aby w stosunkach międzyludzkich móc naśladować naszego Mistrza Jezusa Chrystusa.
Mamy przez pokorę, przez rezygnację z przyznawania samemu sobie pierwszego miejsca, zwłaszcza na rzecz innych naśladować swego Mistrza. Nie oznacza to poniżania się, ale uniżenie - na wzór Jezusa, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć.
Prośmy dzisiaj - przez wstawiennictwo św. Karola Boromeusza - o dar prawdziwej pokory, która jest wyznaniem prawdy o Bogu i nas samych.
 
 

listopada 02, 2023

Rozważania Codzinne - Słowo Boże na Dzień Zaduszny

listopada 02, 2023

Rozważania Codzinne - Słowo Boże na Dzień Zaduszny

 

Słowo Boże na dziś

Czwartek, 30 tygodnia Okresu Zwykłego

 W domu Ojca mego jest mieszkań wiele (J 14, 1-6) 


Słowa Ewangelii według Świętego Jana

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę». Odezwał się do Niego Tomasz: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?» Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie». 
 

Refleksja nad Słowem Bożym

Nie tylko dni, w których wspominamy tych, co odeszli już do Pana (świętych w Niebie i oczyszczających się w czyśćcu), ale nawet obecna pora roku i cała ta atmosfera wprowadza w nasze życie pewną duchową nostalgię i kieruje nasze myśli ku wieczności, ku tej rzeczywistości jeszcze przed nami zakrytej, ale ku której każdy z nas nieuchronnie zmierza.
Myślenie o śmierci, o końcu naszego życia, nie należy być może do przyjemności, jednak to również jest nam potrzebne i jest dla nas pomocne.
Św. Kasper del Bufalo w kilku swoich sentencjach o pokorze również zawarł motyw eschatologiczny: „Kiedy doświadczasz niesprawiedliwości, pamiętaj, że z prochu jesteś stworzony": „Przypatrz się uważnie otwartemu grobowi - będziesz znów pokorny". Myślenie o śmierci, o naszej wędrówce do wieczności nie tylko pomaga nam w ćwiczeniu się w cnocie pokory, ale ukierunkowuje nasze myślenie i spojrzenie na Boga, na ten właściwy kierunek, ku któremu zdążamy przez całe nasze życie.
Jezus mówi o tym swoim uczniom w dzisiejszej Ewangelii, aby wierzyli w życie wieczne, aby zdążali do tego życia, aby oczekiwali tej wiecznej rzeczywistości... On sam, jako Bóg - Człowiek, przejdzie przez bramę śmierci i wejdzie do domu Ojca. Pójdzie tam przed nami, aby przygotować dla nas miejsce, gdyż jest tam dostatecznie dużo miejsca dla każdego z nas. Sam Jezus nas o tym zapewnia.
Są to bardzo pocieszające dla nas słowa. Jezus chce, abyśmy byli razem z Nim w Niebie i przyjdzie, aby nas tam zabrać. Ale jest tylko jedna droga, która tam prowadzi, tą drogą jest sam Jezus. Dlatego trzeba nam mieć ciągle nasz wzrok utkwiony w Nim samym, trzeba nam ciągle słuchać Jego słów i iść za ich wskazaniami, trzeba iść tą drogą, którą jest On sam. A wtedy niezawodnie dojdziemy do tej upragnionej przez nas szczęśliwości wiecznej.
I jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: módlmy się dziś i w tych dniach za zmarłych, oni bardzo potrzebują i oczekują naszej modlitwy.
Bo oni nie mogą już modlić się za siebie samych, ale mogą modlić się za nas i z wdzięczności za naszą modlitwę uczynią to chętnie.
Panie Jezu, dziękujemy Ci, że będąc Bogiem, dla nas stałeś się człowiekiem. Bądź nie tylko naszym przewodnikiem do Domu Ojca, a pomóż nam zaufać Tobie, słuchać słów Twojej praw i realizować Je. Twoja Krew przelana za wszystkich nich obdarza zmarłych zbawieniem. Amen.
 


Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger