lutego 02, 2017

Święto Ofiarowania Pańskiego – Nauczycielka zawierzenia

Liturgia Święta Ofiarowania Pańskiego opiewa wydarzenie, które miało miejsce czterdzieści dni po narodzeniu Pana Jezusa. Maryja i Józef przynoszą Jezusa do świątyni w Jerozolimie, by, jak mówi Ewangelista, „postąpić z Nim według zwyczaju Prawa” (Łk 2,27). Takie wydarzenia były na porządku dziennym w świą­tyni. A jednak tym razem było inaczej. O tej inności stanowią i Osoby, i sam akt ofiarowania. I one mogą nas wiele nauczyć.
W dawnej tradycji dzisiejsze święto nosiło nazwę: Matki Bożej Gromnicznej. Wskazywało w ten sposób na Maryję jako Tę, która staje w centrum uwagi Kościoła. Skorzystajmy z tej sugestii. Naj­pierw jednak odpowiedzmy na pytanie: czy tylko ze względu na tradycję zasługuje Maryja na szczególną naszą uwagę? Dlaczego w ogóle tyle się mówi o Niej, dlaczego właśnie Ją stawia się na pierwszym miejscu w tylu kazaniach?
Musimy pamiętać, że przepowiadanie jest częścią kościelnego nauczania. Nauczania, którego adresatami są ludzie, w ogromnej większości ci, którzy Boga szukają i do Niego wędrują po nie­łatwych ścieżkach świata. Celem ich, czy też naszym celem tego pielgrzymowania jest zjednoczenie z Bogiem. Jest więc to nasze życie zbliżaniem się do Boga, zacieśnianiem więzi z Nim. Powstaje więc pytanie: kto nas może tego najlepiej nauczyć, kto może być najlepszym przewodnikiem na tej drodze? Chyba tylko ten, a ra­czej Ta, która starała się zawsze być najbliżej Pana, której droga może być przykładem dla każdego z nas.
To, czego uczy nas dzisiaj Maryja, to postawa zawierzenia Bogu. Ale zawierzenia nie polegającego tylko na słownej dekla­racji, lecz na oddaniu siebie, całkowitym i bez żadnych zastrzeżeń. Oto Matka ofiarowuje swe Dziecię. To nie jest tak, jak w tylu sytuacjach z naszej codzienności, gdy coś komuś ofiarowujemy. Więź matki z dzieckiem jest jedyna w swoim rodzaju. Matka czuje wraz ze swym dzieckiem, kocha razem z nim i razem z nim cierpi, a nieraz jest gotowa poświęcić swe życie dla dziecka. Więź ta może być jeszcze spotęgowana, gdy matka kocha swe dziecko naj­czystszą miłością. Trudno przeczyć, że taka właśnie więź istniała między Maryją a Jezusem. I oto Maryja słyszy słowa: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz prze­niknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,34-35). Myślę, że i Maryi i nam nie było trudno przeczuć, co te słowa oznaczały, jaką zapowiadały przyszłość Jej Dziecku, a poprzez Nie Jej samej. A jednak Maryja nie wycofuje swego daru, nie wycofuje swej goto­wości i swego oddania. Podziwiamy wiarę Matki Jezusa, bo wie­my, jaka przyszłość miała być udziałem nie tylko Jezusa, ale i Jej samej. W momencie ofiarowania jednak Maryja nie wiedziała do końca, co by to miało być. Proroctwo Symeona, jak wiele innych proroctw, które znamy ze Starego Testamentu pełne było niewia­domych, co potęgowało jeszcze jego grozę. Nie boimy się tak bar­dzo tego złego, co nas czeka, jeśli wiemy, co to za zło. Tutaj była wielka, groźna niewiadoma. A mimo to Maryja nie wycofała swego "fiat", i nie uczyniła Bogu żadnych zastrzeżeń, ani w mo­mencie ofiarowania, ani, jak wiemy, nigdy później.
Popatrzmy teraz jak to wygląda w naszym życiu. Chrześci­janin jest wezwany do naśladowania Chrystusa, do kroczenia tą samą drogą, co On. A Jezus nie ukrywa, że jest to droga krzy­żowa, choć na pewno jakoś "rozciągnięta" w czasie: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24). Ten krzyż rzeczywiście do nas przychodzi pod różną postacią. Tyle, że nasza postawa wobec niego jakże bardzo się różni od postawy Maryi. Jesteśmy gotowi podjąć krzyż, jaki spotykamy na naszej drodze, ale nie każdy i nie zawsze. Chętnie też byśmy się tego naszego krzyża pozbyli, bo przecież „i nam się coś od życia należy”. Łatwo przy­chodzi nam zadeklarować gotowość do jego dźwigania, gorzej z wykonaniem tej deklaracji.
Życie nie jest łatwe. Łatwo natomiast zapomnieć o jego celu i o drodze do niego wiodącej. Łatwo się zagubić i właśnie dlatego potrzebujemy kogoś, kto by nas poprowadził, kto by nam przypo­minał o naszym celu, wreszcie kto by nam pomagał. Potrzeba nie tylko przewodnika, ale kogoś takiego, kto by miał do nas cierpli­wość, otoczył ciepłem i miłością, potrzeba kogoś takiego jak mat­ka. Jezus to wiedział i dlatego dał nam swoją Matkę, by była naszą Matką, byśmy mieli, do kogo się uciekać z naszymi potrze­bami. Dziś właśnie jest kolejna taka okazja, by sobie to uświa­domić.

W czasie liturgii chrztu rodzic zapala świecę od paschału, aby dar wiary w Chrystusa umarłego i zmartwychwstałego nigdy nie zgasł w sercu dziecka, tak by
mogło ono pójść na spotkanie z Panem, kiedy przyjdzie w chwale, zgodnie z treścią przypowieści o pannach (zob. Mt 25,1-13). Zapalenie światła jest wyrazem przyjęcia zbawienia i wzrastania w nim, aby móc radować się podczas powtórnego przyjścia Zbawiciela.
Podczas obrzędu chrztu rodzic, trzymając w ręku zapaloną świecę, która będzie oświetlać życie dziecka, podkreśla własne zaangażowanie w wychowanie nowo ochrzczonego w świetle Paschy Pana.


Wy jesteście światłem

Zapalenie świecy oznacza dokonanie wyboru życia: jedynie Pan może oświecać nasze serce i określać motywacje towarzyszące naszym wyborom. Tylko On jest towarzyszem podróży oświetlającym całą naszą drogę. Zapalamy więc nasze świece podczas procesji, aby zaświadczyć przed światem, że tylko światło Chrystusa może nadać sens naszemu życiu. Kroczenie w świetle ma źródło w przekonaniu, że jesteśmy dziećmi światłości, jak mówi św. Paweł: „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień (...) Przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa” (Rz 13,12-14).
Zapalona świeca, która oświetla drogę procesji wspólnoty, uwidacznia, jak Jezus Chrystus oświeca serca wierzących i rozprasza wszystkie ciemności.
Kościół w modlitwie po Komunii w czasie Mszy o świętych kobietach modli się: „Wszechmogący Boże, niech (...) działanie Najświętszego Sakramentu oświeci nas i zapali, aby płonęły w nas święte pragnienia (...)”. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego Kościół błaga, przywołując mocy Ducha Świętego: „Światłości najświętsza, serc wierzących wnętrza poddaj Twej potędze”; „Przyjdź Duchu Święty, napełnij serca swoich wiernych i zapal w nich ogień swojej miłości”. Zapalenie świecy wyraża rozbrzmiewające w duszy rozmaite uczucia, które łączy wspólny element: radość życia i radość z dawania życia.
W płonącym świetle zawarte jest pragnienie wzniesienia serca modlącego się ku Bogu i całkowitego zawierzenia się Temu, który jest jedynym gwarantem życia. Każda zapalona świeca jest wychwalaniem życia przez modlące się serce.
Zapalenie świecy jest znakiem, że Duch Boski ogarnia nas i ofiaruje nam możliwość świadczenia przed światem o potędze Najwyższego. Dlatego też zapalenie świecy staje się wyrazem naszego przekonania, że Chrystus oświeca całą naszą osobę, abyśmy mogli przez życie kroczyć z nadzieją, oczekując nadejścia dnia, który nie zna zachodu. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger