Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż. Pokaż wszystkie posty

lipca 13, 2024

15. Niedziela Zwykła (B) - Idźcie, oto was posyłam!

lipca 13, 2024

15. Niedziela Zwykła (B) - Idźcie, oto was posyłam!
Ukochani Bracia i Siostry, gdy w 1997 roku z zainteresowaniem wpatrywaliśmy się w kolejny sukces myśli ludzkiej, jakim niewątpliwie było lądowanie pojazdu kosmicznego na Marsie, mogło się nam wydawać, że człowiek jest naprawdę wielki. Oto siedząc wygodnie w fotelach oglądaliśmy z bliska oddalony o miliony kilometrów marsjański krajobraz. Ale to, co stało się w naszym kraju w minionym w tamtym pamiętnym roku, brutalnie przypomniało nam praw­dę o kruchości naszego istnienia, o bezradności wobec potęgi żywiołu. Zupełnie nagle, niekiedy dosłownie z godziny na godzinę dziesiątki tysięcy ludzi pozostało bez prądu, gazu, łączności przez fale powodzi, która zalewał wtedy nasz kraj. Ściany wielu domów obsuwały się z taką łatwością, jak gdyby zbudowane były z klocków. Samochody, jak dziecięce zabawki pływały po wodzie. Ale co najgorsze, tylu ludzi straciło życie, tyle było łez i cierpienia.

W jednej z dramatycznych relacji z terenów, objętych wtedy powodzią, pewna kobieta pytała łamiącym się głosem: „czy to kara Boża na nas przyszła?" Kiedyś doniesiono Jezusowi o tragicznym wypadku jaki miał miejsce w je­dnym z pobliskich miast. Zbawiciel odpowiedział wtedy: „Myślicie, że owych osiemnastu, na których zawaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. "Czy ta powódź jest karą? Przecież woda wdarła się tak samo do domów ludzi prawych, jak i lekceważących Boże przykazania. Pojawia się nurtu­jące pytanie: dlaczego tak się stało? Dotykamy tutaj odwiecznej tajemnicy cierpienia. a cierpienie, zło, grzech i śmierć, jak uczy Pismo Święte, pochodzą od Złego. To on, szatan, jest źródłem wszelkich nieszczęść na ziemi. Wielu ludzi w ostatnim tygodniu, jak biblijny Hiob, straciło wszystko. A przecież dobrze pamiętamy, kto pragnął nieszczęścia Hioba, tego prawego i dobrego człowieka. Bez względu na to, czym mają być w zamyśle Bożej Opatrzności te tragiczne wydarzenia, których jesteśmy świadkami, to przypominają nam one prawdę, o której człowiek tak łatwo i szybko zapomina: jesteśmy tylko ludźmi. Jesteśmy tylko kruchymi stwo­rzeniami. I mimo całej potęgi ludzkiej myśli wobec kataklizmu wciąż jesteśmy bezradni, jak małe dzieci. To prawda, skutki tragedii może poważnie ograniczyć sprawna akcja ratownicza, dobry system zabezpie­czeń, ale nawet w wysoko rozwiniętych krajach powodzie niosą zniszczenia i ofiary śmiertelne. Pożary, trzęsienia ziemi, epidemie, powodzie, wypadki były, są i będą. I będą nam zawsze przypominać o naszej małości i kru­chości i będą zawsze prowokować pytania, czy warto bez granic angażo­wać się, poświęcać całe swoje życie dla zdobywania dóbr doczesnych, skoro cały dorobek może być zniszczony tak błyskawicznie. „Nie gromadź­cie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną" - powiedział Jezus. Tak bardzo wymowna była odpowiedź pewnego człowieka, mieszkającego na terenach obecnej klęski żywiołowej, który na pytanie reportera: „czy stracił pan wszystko?" powiedział: „nie, tylko cały dobytek, ale żona i dzieci są ze mną. Będziemy musieli zaczynać od nowa". Próbował się przy tym uśmiechnąć, choć wyraźnie przychodziło mu to z trudnością.

Mieszkańcy Polski znacznej części Polski cieszą się w tym roku tym, że im fala powodziowa nie zagraża, że mogą spać spokojnie. To prawda, powódź zalała inną powierzchnię kraju, ale w perspektywie tej tragedii chyba każdy z nas powinien zadać sobie pytanie: a gdybym stracił cały dobytek, to co by mi pozostało?

W dzisiejszej Ewangelii byliśmy świadkami sceny rozesłania uczniów. Jezus zabronił im zabierać ze sobą chleba, torby, pieniędzy. A przecież, patrząc po ludzku, to wszystko mogło im się bardzo przydać i przyczynić do tego, by ich misja była bardziej skuteczna. Może nawet Apostołowie pytali: „Jak będziemy mogli pokonywać drogę, głosić naukę skoro wyru­szamy z pustymi rękami?" A jednak Chrystus chciał, by ci pierwsi misjo­narze poszli bez żadnego specjalnego wyposażenia, nawet bez środków potrzebnych do przeżycia podróży. Dlaczego Jezus tak postanowił? Ponieważ On jest Bogiem Wszechmogącym. On decyduje o szczęściu czło­wieka, o skuteczności jego pracy. Powódź pozbawiła wielu ludzi chleba, pieniędzy, ubrania. Oni też pytali wtedy: jak mamy teraz iść przez życie bez tego wszystkiego? Jak mamy sobie radzić? Apostołowie byli pewnie zaskoczeni radykalnym zakazem Jezusa, ale zaufali Mu i z tej wyprawy powrócili szczęśliwi. Drodzy bracia i siostry, ta tragedia może stać się łatwo dla kogoś okazją do buntu, przekleństw, goryczy. Ale można powtó­rzyć za Hiobem: „Dał Pan i zabrał Pan". To może być bardzo trudne zdo­być się na taką ufność, ale pamiętacie jak skończyła się historia tego człowieka, który stracił wszystko? To jest właśnie wielka tajemnica wiary. Ta o słodkim krzyżu i lekkim brzemieniu.

Syn Boży stał się człowiekiem, aby doświadczyć kruchości ludzkiego istnienia, wszelkiej małości, biedy i nędzy jaka bywa udziałem każdego z nas na ziemi. Jezus dobrze poznał, co to znaczy cierpieć, być samotnym, opuszczonym. Gdy woda zalewała łódź, On także usłyszał mówione z wy­rzutem słowa: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?" W sy­tuacjach tragicznych tak łatwo o postawę buntu. Panie, nic cię to nie obchodzi, że zginiemy? Obchodzi Jezusa. To przecież on przemówił i przemawia do setek tysięcy ludzi dobrej woli, tych wierzących i niewierzących, by nie pozostawali obojętni na los powodzian. To Chrystus przymusza swoich uczniów, aby spieszyli z konkretną pomocą dla po­szkodowanych. Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, gdzie dokonuje się coś złego, tam także rodzi się dobro. Drodzy bracia i siostry, to co się wtedy dokonało ocenić można gołym okiem: żywioł pokonał człowieka. Ale przecież z drugiej strony to nie koniec starcia dobra ze złem. To naprawdę od nas zależy, naprawdę od nas czy dobro zwycięży. To od nas chrześcijan, katolików, wszystkich Polaków zależało wtedy w ogromnej mierze, czy już za rok, w następne lato, ci którzy wtedy opłakiwali gruzy swoich domostw, mogli siedzieć w swoich ogródkach, na ławkach w parkach, a po tragedii pozostaną im tylko bolesne wspomnienia i doświadczenia, z których da się chyba wyciągnąć wnioski na przyszłość. To, co mówię jest naprawdę realne i dziś, a świadczy o tym ogrom dobra i rozmiary hojności, jakie budzą się we wszystkich mieszkańcach całego kraju. Ktoś powie: domy, ulice można odbudować, ale tych co zginęli, straciliśmy na zawsze. Byłoby tak gdyby nie Golgota, gdyby nie Chrystus i Jego zwycięstwo nad śmiercią. Nic nie jest stracone i nikt nie jest stracony w królestwie Tego, który jest Bogiem Wszech­mogącym.

Kiedy woda rzeczywiście zalała część kraju, ale także my, mieszkańcy innych regionów naszej ojczyzny, jeśli czujemy się Polakami, musimy powiedzieć sobie: nas wszystkich dotknął kataklizm. Taka powódź jest godziną prawdy i próby. Przysłowie mówi: przyjaciół poznaje się w biedzie. Nastała bieda i przyszedł czas na konkretną pomoc. Teraz już nie wystarczą piękne słowa i deklaracje. Jest to czas prawdy o ludzkiej solidarności, zapobiegliwości.

Drugiego czerwca 1997r., w Legnicy, Papież Jan Paweł ll powiedział do zgro­madzonych tłumów następujące słowa: „Przychodząc do Stołu Pańskiego, aby posilać się Ciałem Chrystusa, nie możemy pozostać obojętni na tych, którym brakuje codziennego chleba. Trzeba o nich mówić, ale trzeba też odpowiadać na ich potrzeby. Jest też naszym wspólnym obowiązkiem, obowiązkiem miłości, nieść pomoc na miarę naszych możliwości tym, któ­rzy jej oczekują. «Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili» - mówi Chrystus. «Wszystko czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili». Potrzeba naszego chrześcijańskiego dzieła, naszej miłości, aby Chrystus obecny w braciach nie cierpiał niedostatku. Zachęcam was, bracia i sio­stry, abyście budzili w sobie wrażliwości na wszelki niedostatek i ofiarnie współdziałali w niesieniu nadziei wszystkim, którym jej brak. Niech eucha­rystia będzie dla was niewyczerpanym źródłem tej wrażliwości i mocy do jej urzeczywistniania w codzienności".

Po tych i innych słowach Papieża rozlegały się gromkie oklaski. Drodzy bracia i siostry. Nadszedł czas, który pokaże czy my wszyscy naprawdę słuchaliśmy Namiestnika Chrystusowego, czy go zrozumieliśmy. Minione dwa, trzy dni dają nadzieję sądzić, że wielu ludzi wypełnia posłanie, które pozostawił nam Ojciec święty. Mocno wierzę w to, że dzisiejszej niedzieli dołączą do nich wszystkie pozostałe dzieci Kościoła, duchowieństwo, świeccy i wszyscy ludzie dobrej woli.

Na pewno wiele osób z zalanych terenów nie będzie mogło wtedy uczestniczyć we mszy świętej w swoim kościele parafialnym.  Wielu tamtej niedzieli nie zasiadło przy rodzinnym stole. To był dla wielu  dzień wytężonej pracy, obrony przed nadchodzącą falą, usuwania szkód, aby jak najszybciej móc zamieszkać w warunkach choćby zbliżonych do normalności. Wiem, że w takiej sytuacji zdawkowe słowo pocieszenia mogło wtedy być śmiesznie nieadekwatne wobec tragizmu zaistniałej sytuacji. Jakże adekwatne do tamtej sytuacji były Ojca świętego Jana Pawła II, które wypowiedział  na zakończenie tej niezapomnianej mszy świętej pod Wielką Krokwią w Zakopanem. Mówił wtedy: „Dzisiaj dziękowałem Bogu za to, że wasi przodkowie na Giewoncie wznieśli krzyż. Ten krzyż patrzy na całą Polskę, od Tatr aż do Bałtyku. I ten krzyż mówi całej Polsce: Sursum Corda - w górę serca! Trzeba, ażeby cała Polska, od Bałtyku aż po Tatry patrząc w stronę krzyża na Giewoncie, słyszała i powtarzała: Sursum Corda - w górę serca!" Tyle słów Papieża. I to chyba są dla nas wszystkich bardzo ważne słowa. Ten krzyż z Giewontu patrzy dziś na całą Polskę, naszą ukochaną Ojczyznę. I wy także patrzcie z ufnością na krzyż. Bo od dwudziestu wieków jest on znakiem nadziei. Krzyż z Golgoty jest początkiem drogi ku zwycięstwu, jest początkiem drogi wiodącej od rozpaczy do niepojętej radości. Tylko z krzyżem można przejść taką drogę. I wy, drodzy bracia i siostry, z krzyżem i w imię krzyża, na przekór zwątpieniu, bądźcie mężni. Wierzymy, że z Bożą i ludzką pomocą, którą dziś ku wam kieruje cały Kościół w Polsce, pokój powróci do waszych domów, rodzin i serc. Bóg pamięta o liliach i ptakach powietrznych. O tych pięknych stworzeniach Bóg pamięta, ale za człowieka sam wydał się na śmierć. I dlatego nie są puste słowa i dziś, dla nas wszystkich: „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocie­szeni"! Sursum corda! W górę serca! Amen.


marca 09, 2024

4. Niedziela Wielkiego Postu (B) - Kochać miłością płynącą z Chrystusowego Krzyża!

marca 09, 2024

4. Niedziela Wielkiego Postu (B) - Kochać miłością płynącą z Chrystusowego Krzyża!


„
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne".

Siostry i Bracia!
Przepiękne słowa z dzisiejszej Ewangelii. Objawienie i przypomnienie jak bardzo Bóg nas kocha. Tak umiłował świat, tak ukochał człowieka, że nie zawahał się przed posłaniem swojego Syna. Nie ma bowiem większej miłości, niż oddać życie za kogoś. A Chrystus oddał. Nieustannie potrzebujemy przypomnienia prawdy o Bożej miłości. Słowo miłość odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Pragniemy miłości, tęsknimy za nią, potrzebujemy jej w każdym momencie naszego życia i nie ważne ile mamy lat, czy tęskni ktoś za wielką miłością swojego życia, czy potrzebujemy pomocnej dłoni, wsparcia, pamięci w podeszłym wieku. Człowiek nie może żyć bez miłości. Możemy żyć bez wielu rzeczy materialnych czy nawet duchowych, ale nie bez miłości. Jak pisał święty papież Jan Paweł II w encyklice Redemptor hominis: „Jeśli nie znajdziemy uczestnictwa w miłości, nasze życie zatraca swój sens".

O miłości na całe życie marzą ludzie młodzi, dzieci poszukają bezpieczeństwa i miłości u swoich rodziców, małżonkowie każdym dniem starają się wyrażać i na nowo budować swoją wierną miłość, osoby starsze pragną ciepła i czułości ze strony swojego otoczenia. Nieważne ile mamy lat, co robimy, jaki zawód wykonujemy, czy jesteśmy małżonkami, osobami samotnymi - każdy z nas pragnie kochać i być kochanym. Czy jest w tym coś dziwnego? Nie, zostaliśmy bowiem stworzeni na obraz i podobieństwo Boga (por. Rdz 1, 26). Boga, który jest miłością, który jest najdoskonalszą wspólnotą miłujących się Trzech Osób Boskich. „Z miłości powstaliśmy i w miłość musimy się obrócić" (ks. Jan Twardowski).

Jak nauczyć się miłości? Czy jest to w ogóle możliwe? Czy nie jest ona raczej spontanicznym uczuciem wyrywającym się z głębi naszego serca? Miłości przecież nie można nikomu nakazać, ani nikogo do niej zmusić. Benedykt XVI w swojej encyklice o Bogu, który jest miłością wskazuje, że Ten, który powołał nas do istnienia z miłości może wręcz nakazać nam miłość: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem" (Mt 22, 37). Ale to tylko Bóg może ,,nakazać" czy wręcz błagać człowieka o miłość, bo pierwszy nas umiłował. I to miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Miłością do końca. Do szaleństwa krzyża. Miłością ponad wszystko. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J 15, 13). 

Jak nauczyć się takiej miłości? Wpatrując się i kontemplując miłość samego Boga. Niejednokrotnie słyszeliśmy słowa, że „Bóg nas kocha", że Bóg jest miłością". Ale co to znaczy konkretnie w naszym życiu? Jak przeżywamy ową fundamentalną prawdę naszej wiary? Czy trwamy w zdumieniu nad tym niezwykłym wyznaniem Boga? 

W kulturze greckiej, w czasach współczesnych Jezusowi wyznanie, że Bóg kocha człowieka dla wielu było wręcz zgorszeniem i zaskoczeniem. Jak Bóg może kochać człowieka? To niemożliwe i nierealne! Dlaczego? Bo miłość to nic innego jak zachwyt dobrem, to potężna siła, która sprawia, że dążymy do dobra doskonałego. Albo miłość to, co najwyżej wymiana dobra między ludźmi, którzy są sobie równi. Jak więc Bóg może kochać człowieka!? Co on znajdzie godnego swojej miłości w nędznym człowieku!? Jakim dobrem zachwyci się w człowieku, którego sam już wcześniej nie posiadałby!? Nawet tak wielcy myśliciele starożytni, jak Platon czy Arystoteles, którzy w swoich rozważaniach dochodzili do istnienia Boga, nie wierzyli, że Bóg mógłby kochać człowieka. Taki Bóg nie istnieje i nie może istnieć. Jak bardzo mylili się ci wielcy filozofowie! Bóg, który miłuje istnieje, co więcej - tylko taki Bóg istnieje! Bóg, który stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Stworzył „go mężczyzną i niewiastą" i przeznaczył do miłości. Bóg, który po upadku człowieka wychodzi na jego poszukiwanie i woła: „Adamie, gdzie jesteś?" (por. Rdz 3, 9). Bóg nawołuje Adama, aby ten wiedział, że od tej chwili Jego miłość nieustanie, będzie szukała każdego zagubionego stworzenia. Bóg, który nieustannie objawia się w historii i troszczył się o swoje dzieci. Bo istnieje tylko On, który tak „umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (por. J 3, 16).

Siostry i Bracia! W dzisiejszą niedzielę Wielkiego Postu po raz kolejny odkryjmy i przeżyjmy „nowość naszej wiary" - nowość i niezwykłość miłości Boga do człowieka. Słyszeliśmy niejednokrotnie o naszym Bogu w Trójcy Jedynym, że jest wszechmocny, wszechwiedzący, nieskończony. To prawda. Tak jest w istocie jak od wieków naucza nas święta teologia. Ale pamiętajmy, że Bóg nie ma innej wszechmocy niż wszechmoc miłości. To ona jest w stanie przezwyciężyć wszystko, zniweczyć nasz grzech, pokonać śmierć i przeprowadzić nas ze śmierci do życia. Wszechwiedza Boga? Nie lękajmy się jej! Bóg nie podpatruje człowieka, aby „złapać" go na jakimś grzechu. On patrzy na nas z miłością. W swej Wszechwiedzy, wie co kryje się na dnie naszego serca, widzi to dobro, którego my sami niejednokrotnie nie jesteśmy w stanie zobaczyć. „On jest bliżej nas, niż my sami sobie" - powtarzał św. Augustyn. Bóg spogląda na człowieka i widzi to, co dobre. Tak wygląda owa wszechwiedza Boga. Wie o każdym naszym dobru, nawet o tym najmniejszym poruszeniu naszego dobrego serca i żadnemu z nich nie pozwoli zginąć. 

Nieskończoność Boga!? To nieskończoność miłości. „Jedyną granicą miłości jest miłość bez granic" - i o takiej właśnie „nieskończonej miłości mówił nam przed laty, na sopockim hipodromie, Jan Paweł II (por. homilia Ojca św. Jana Pawła II podczas Mszy św. w Sopocie w trakcie podróży apostolskiej do Polski, 5 czerwca 1999).

Ale miłość Boga do nas i nasza do Niego nierozerwalnie jest związana z miłością do człowieka. Jest związana do tego stopnia, że nie ma dwóch przykazań - jest jedno przykazanie miłości - Boga i bliźniego. „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1J 4, 20) - przypomina nam św. Jan. I tu pojawia się kolejna nowość naszej wiary. Nowość zdumiewająca, a dla wielu wręcz nierealna i niezrozumiała. Chrześcijanin ma miłować bowiem każdego człowieka. Bez wyjątku. Po prostu każdego. „Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią?" (Mt 5, 46) - nauczał Jezus w Kazaniu na Górze. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół" (Mt 5, 44) - konkluduje Chrystus - oto przedmiot i cel miłości chrześcijańskiej. To nie jest jakiś nieosiągalny kres naszej chrześcijańskiej pielgrzymki, to jest początek drogi z Chrystusem. Być chrześcijaninem, to miłować każdego, a przede wszystkim tych, którzy wyrządzają nam krzywdę i popełniają zło. Pięknie to brzmi, ale pewnie każdy z nas zastanawia się jak tego  dokonać. Jak to jest możliwe, aby miłować tych, którzy wyrządzają nam i innym krzywdę? Jakże często pierwszym odruchem na słowa „miłość nieprzyjaciół" jest bunt: „Nie, taka miłość jest po prostu niemożliwa, to nie dla mnie".

Z jak wielkim trudem przychodzi nam miłowanie bliskich osób, a co dopiero kochanie ludzi nam nieżyczliwych! Benedykt XVI w swojej encyklice wskazuje na konkretną przyczynę takiego stanu rzeczy. Nasz sprzeciw wobec miłości nieprzyjaciół płynie ze skojarzenia słowa „kochać" z całym bogactwem uczuć, które towarzyszą naszemu doświadczeniu miłości (por. Benedykt XVI, Deus caritas est, 17). Dla większości z nas miłość kojarzy się z przeżywaniem radości, pogodą ducha, euforią. Miłość to nic innego jak przyspieszone bicie serca wywołane obecnością drogiej nam osoby. 

Siostry i Bracia, ale czy miłość to uczucie? Intensywne uczucie i nic więcej? Uczucia z pewnością towarzyszą miłości, ale nie stanowią jej istoty. I tu leży klucz do zrozumienia chrześcijańskiej miłości nieprzyjaciół. Jeśli przyjmiemy, że miłość jest jedynie uczuciem, czyli emocjonalną reakcją na drugą osobę, to rzeczywiście pokochanie nieprzyjaciół jest niemożliwe. Uczucia są niezależne od mojej woli, są moimi reakcjami na sytuacje zewnętrzne. Nie mogę na siłę wywołać jakiegoś uczucia, zwłaszcza do krzywdzących nas osób. I dlatego trudno sprawić, aby spontanicznie zjawiły się te cudowne emocje na widok tych, którzy wyrządzili nam wielkie lub mniejsze zło. Ale uczucie to nie jest sedno miłości. Pamiętajmy o tym! Kochać to pragnąć autentycznego dobra dla drugiej osoby. Pragnąć i realizować je ze wszystkich sił. Gdy przyjmiemy taką wizję miłości, to pokochanie nieprzyjaciół staje się możliwe. Jeśli ktoś wyrządził nam krzywdę, nie mścijmy się. Nie odpowiadajmy złem na zło. Nie sięgajmy po pomówienia, oszczerstwa i plotki. Domagajmy się sprawiedliwości, ale nigdy - w imię źle rozumianej sprawiedliwości - nie poniżajmy drugiego człowieka. Każdy jest człowiekiem i w każdym należy uszanować jego podobieństwo do Stwórcy, nawet jeśli jego czyny tak mocno obraz ten zatarły. Módlmy się za tych ludzi, bo to także jest przejaw naszej miłości. Błagajmy Boga za czyniących zło, tak jak uczynił to Jezus na krzyżu. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34). Kochajmy nieprzyjaciół, nawet jeśli należy potępić ich czyny. Miłość do wroga, nieprzyjaciela polega na udzieleniu mu koniecznego dobra, jeśli w tym momencie go potrzebuje. Nie patrzmy na nasze uczucia i emocje, bo można kogoś nie lubić a jednocześnie autentycznie go kochać! Kochać miłością płynącą z Chrystusowego Krzyża! Amen.

marca 28, 2023

Rozważania wielkopostne - Kimże Ty jesteś, Jezu?

marca 28, 2023

Rozważania wielkopostne - Kimże Ty jesteś, Jezu?

 Z Ewangelii św. Jana
(J 8, 21-30)

Jezus powiedział do faryzeuszów: «Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie». Mówili więc Żydzi: «Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie?». A On rzekł do nich: <<Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrze- cie w grzechach swoich. Jeśli bowiem nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach waszych». Powiedzieli do Niego: «Kimże Ty jesteś?». Odpowiedział im Jezus: «Przede wszystkim po cóż do was mowie? Wiele mam w waszej sprawie do powiedzenia i do osądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał, jest prawdomówny, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego». A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: «Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM i że Ja nic sam z siebie nie czynię, ale że mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba». Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.


Refleksja nad Słowem Bożym


Liturgia słowa przygotowuje nas do wydarzeń Wielkiego Tygodnia. W rozmowie z faryzeuszami Jezus zapowiada swoją śmierć. W ich dialogu wyczuwalne jest napięcie, które z czasem będzie narastać. Jednym z kluczowych słów rozważanego dziś fragmentu jest wiara. Autor czwartej Ewangelii, pisząc o wierze, nie ma na myśli tylko czysto intelektualnego uznania Bóstwa Jezusa i Jego zasad. Chodzi raczej o żywą relację zaufania i posłuszeństwa wobec osoby Chrystusa i Jego słów.

Faryzeusze, którzy nie wierzą w Jezusa, tzn. nie są w żywej relacji z Nim, nie ufają Mu, a przez to nie rozumieją ani kim jest, ani o czym mówi. Za bluźnierstwo uważają utożsamianie się Chrystusa z Bogiem, który ich przodkom przedstawił się jako Ten, który JEST (dosł. JESTEM, KTÓRY JESTEM). Jego słowa o odejściu błędnie interpretują jako zapowiedź samobójstwa.

Ta niemożność akceptacji Zbawiciela przez faryzeuszów (którzy byli przecież bardzo pobożnymi" ludźmi) jest przestrogą dla wszystkich wierzących. Żaden bowiem człowiek, nawet ochrzczony, nie będzie do końca rozumiał Jezusa bez właściwej wiary tzn. zażyłej relacji z Odkupicielem i zaufania wobec Niego.

Ponieważ faryzeusze takiej wiary nie mają, nie mogą aktualnie "pójść" tam, gdzie idzie Chrystus. Chodzi o naśladowanie Go, aż po oddanie swego życia. Bez właściwej wiary nie jest to możliwe.

W podobnych słowach Nauczyciel z Nazaretu zwróci się później do swego ucznia Piotra w trakcie Ostatniej Wieczerzy: Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz (J 13, 36). I rzeczywiście Szymon, który zaprze się najpierw Mistrza, później, po Jego śmierci, zmartwychwstaniu i Zesłaniu Ducha Świętego, będzie Go naśladował aż po oddanie swego życia. Piotr, słabej wiary, nie był w stanie ani do końca rozumieć Chrystusa, ani iść za Nim. Gdy wsparty pomocą z góry Szymon uwierzył - był w stanie pójść „tam, gdzie Jezus". Jezus ostrzega też swoich rozmówców:

Jeśli (...) nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach waszych.

Bez żywej relacji z Panem trudno jest wyrwać się ze zniewolenia grzechem. Walka z własną słabością tylko dla jakichś określonych zasad okaże się bezskuteczna.

Dopiero żywa relacja ze Zbawicielem, który miłuje człowieka i pragnie być miłowany, daje wewnętrzną motywację i siłę do prze- zwyciężania zła w sobie.

MODLITWA EWANGELIĄ - ADOROWAĆ MIŁOŚĆ, KTÓRA OFIARUJE SIĘ ZA MNIE


▸Jezus wie, że czas Jego męki i śmierci jest bliski. Będę kontemplował Jego zatroskane oblicze. Nie chce, abym zmarnował czas łaski. Wsłucham się w Jego mowę. Zostawia mi Słowo, które przygotowuje mnie na owocne przeżycie Wielkiego Tygodnia.

▸„Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać" (w. 21). Jezus przygotowuje mnie na swoje odejście. On zawsze wyprzedza mnie swoją łaską. Idzie umierać za mnie, abym miał siłę pójść za Nim do końca.

▸
„Jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach" (ww. 21.24). U św. Jana „wierzyć" oznacza przylgnąć, wejść w zażyłą relację z Jezusem. On bierze na siebie grzech, który uśmierca moją relację z Nim. Potrzebna jest jednak moja wiara w Jego miłość i gotowość na Jej przyjęcie.

▸
„Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka" (w. 23). Potrzebuję Jego Słowa, abym mógł odczytywać moją historię życia. Z perspektywy Ukrzyżowanego moja historia jest zbawiona. Potrzebuję Jego spojrzenia, abym mógł to zobaczyć. Potrzebuję przylgnięcia do Jego serca, abym mógł w to uwierzyć.

▸ „Ten, który Mnie posłał..." (w. 26-29). Jezus wskazuje mi na Ojca. Wszystko, co uczyni dla mnie w Wielkim Tygodniu, będzie mówiło mi o wielkiej miłości Ojca. Tak bardzo mnie umiłował, że Syna swego Jedynego dał.

▸ „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM" (w. 28). Na krzyżu objawia się Bóg w swoim najpiękniejszym imieniu. Będę częściej kontemplował Ukrzyżowanego i prosił Go, aby przeniknął mnie i przemienił swoją miłością.

▸ Zbliżę się do Jezusa i przytulę do Jego serca. Będę trwał na modlitwie i powtarzał: „Rozpal moje serce Twoją miłością". Powierzę Mu także moich bliskich: Panie, spraw, aby uwierzyli w Twoją miłość" (w. 30).

kwietnia 15, 2022

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia

kwietnia 15, 2022

Wielki Piątek - Krzyż - znak zbawienia i przebaczenia
 Dzisiaj zbliżamy się ze czcią do krzyża. Do tego, który Pan Jezus wziął na swoje ramiona. Otrzymał go od człowieka. Wziął go nie po to, aby go zatrzymać dla siebie. Przyjął i oddał go nam wyzwoliwszy od przekleństwa. Od tej chwili krzyż ma tak wiele nowych znaczeń. Jest przemieniony odwagą przyjęcia go. Ma nowy sens. Zbawczy sens. Jest znakiem miłości, która ma odwagę całkowicie siebie ofiarować.
Dzisiaj patrzymy w osłupieniu na Chrystusa odartego z naszej wiary i posłuszeństwa. Zepchniętego na margines. Bitego. Powalonego naszą nienawiścią lub obojętnością. Patrzymy na niego, jak na kogoś, kogo dawno skreśliliśmy z listy znajomych lub wykazu towarów, które chętnie byśmy nabyli.
On zawisł wyniesiony ponad niebo i ziemię. W imię miłości, która jest potężniejsza od śmierci. On rozpostarł swe ramiona, aby przygarnąć wszystkich. Tak sam chciał. Ten krzyż jest Jego oso­bistym wyborem. To nic, że cierpi w milczeniu i samotności. Jest tak, ponieważ On sam wybrał, a nie dlatego, że został do tego zmuszony. Wisi na krzyżu, bo tak chciało moje szaleństwo.
Rozpięty nad ziemią. Chrystus powołań i trudnych wyborów. W tym momencie jest tylko konsekwentny w swoich wyborach. Jest jedynie wierny temu, co głosił.
Swym niezmiernym cierpieniem potwierdza to, co nakazywał. Mówił:
- miłujcie waszych nieprzyjaciół;
- dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;
- błogosławcie tych, którzy was przeklinają;
- módlcie się za tych, którzy was oczerniają;
- dajcie każdemu, kto was prosi.
Czyż uklęknąwszy pod tym krzyżem, możemy jeszcze wątpić? Czyż możemy nadal wystawiać Boga na próbę prosząc o znaki?
Stajemy pod tym krzyżem i teraz już rozumiemy, że grzech jest sprawą poważną. Rani Serce Jezusowe. Zadaje ból. Bo czyż nie może boleć nasza niewierność i niestałość? Nasze duchowe lenistwo i lekkomyślność? Czyż może być bezowocne nasze egois­tyczne nastawienie i fałsz?
Słabość, uchybienie, grzech — dokonują w naszym życiu wiel­kiego spustoszenia. Dlatego zasmucają Serce Jezusowe.
Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: "Nie potrzebuję prze­baczenia". Byłby człowiekiem pysznym i zaślepionym. Albo świę­tym. Ale i święci modlili się: "Odpuść nam nasze winy".
Bóg jest Miłością. Jest Miłością przebaczającą. Jak mówi Seneka (O gniewie): "Okazuje grzesznikom łagodne i ojcowskie serce, gdy nie ściga ich, ale przywołuje. Nie znającego drogi i zbłąkanego wśród pól naprowadza na właściwy kierunek, a nie odpędza". Bóg temu, kto żałuje i powraca, chętnie przebacza grzech. Krzyż przypomina nam o tym. Jest czytelnym znakiem Bożego miłosierdzia. Bóg umie czekać na nas. Przywołuje nas cieniem krzyża. To także i nas zobowiązuje, byśmy w tym Go naśladowali.
Pismo św. mówi: "Zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Czy można te słowa pogodzić z naszą skłonnością do noszenia w sobie uraz i niechęci? Czy można być chrześcijaninem i jednocześnie przeliczać grzechy innych, jak srebrne monety?
"Człowiek nigdy nie jest tak piękny jak wtedy, gdy prosi o przebaczenie lub gdy sam przebacza" (Jean Paul).
Gdy więc jest nam ciężko. Gdy dotyka nas i rani grzech po­wracajmy pod krzyż. Wpatrujmy się w niego. Rozważajmy mękę Chrystusa. Prośmy Ukrzyżowanego o siłę znoszenia upokorzeń, niedostatków, trudów. Prośmy Ukrzyżowanego o to, abyśmy w doświadczeniach nie wątpili w Bożą Opatrzność. Aby krzyż przy­pominał nam o naszym zmartwychwstaniu, do którego jest drogą. Niech on uczy nas cierpliwości w nieszczęściach, mądrości przy podejmowaniu trudnych, nieraz bolesnych wyborów. Nade wszys­tko niech będzie dla nas przypomnieniem tego, że jest Ktoś, kto nas kocha tak mocno, że gotów był dla nas cierpieć i umierać.
"Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste" i dziękujemy Ci za zbawienie wysłużone nam przez krzyż.

Dobrze, jeśli umiem stanąć w obronie krzyża. To ważny symbol mojej wiary. Ale muszę go bronić z miłością. Muszę wiedzieć, dlaczego dla mnie samego jest tak ważny. Inaczej będzie to tylko obrona pewnej ideologii. Z krzyża płynie dla mnie, jako chrześcijanina, ważne przesłanie. Krzyż uczy mnie konkretnych postaw. Dziś chciałbym przypomnieć: krzyż uczy przebaczenia.
Winowajca musi uznać swoją winę, musi za nią przeprosić i przynajmniej zacząć za nią pokutować. Wtedy można mu przebaczyć. Inaczej przebaczenie jest farsą. Z taką opinią można było się spotkać podczas głośnej dyskusji na temat przebaczenia, jaka parę lat temu przetoczyła się przez polskie media. Łatwe przebaczanie można potraktować jako utrwalanie zła i niesprawiedliwości. Z drugiej strony brak przebaczenia, nawet po latach, bliski jest pragnieniu odwetu. Jak tu wyznaczyć jasną granicę?  Czy można wybaczyć, gdy sprawca nie żałuje?
W opowiadaniach o męce i śmierci Jezusa w aspekcie przebaczenia szczególnie dwa momenty przykuwają uwagę czytelnika. Oba miały miejsce, gdy Jezus wisiał już na krzyżu. Pierwszy to rozmowa Jezusa ze skruszonym łotrem.
Bardzo często myślimy o niebie jako o nagrodzie. Nagrodzie za dobre czyny, nagrodzie za pobożność, nagrodzie za świątobliwe życie. Stąd tylko krok, by uznać, że niebo się nam należy. Za to wszystko, co dla Jezusa zrobiliśmy na ziemi. Tymczasem niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Tak. Łaską. Bo gdyby Bóg nam nie wybaczył naszych win, nigdy sami nie zasłużylibyśmy na wieczne szczęście.
Wiszący na krzyżu, umęczony Jezus słyszał zapewne drwiące uwagi świadków Jego męki. „Zejdź z krzyża”, „innych wybawiał, niechże teraz wybawi sam siebie”. Szydził z niego nawet jeden z ukrzyżowanych obok złoczyńców. Drugi przyjął inną postawę. Napomniał współskazańca: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz?  My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił”. Z tych prostych słów umęczonego człowieka przebija jasne wyznanie: uznaje on swoją winę. A kaźń traktuje jako słuszną odpłatę za swoje czyny. Nie wiadomo, co działo się w jego głowie, co czuł umierając na krzyżu. Ale jego myśli musiały błądzić wokół lepszego, bardziej sprawiedliwego życia, skoro zdecydował się prosić Jezusa: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”.
Czego się spodziewał? Czego oczekiwał? Nie nagrody. Nie sprawiedliwości. Raczej miłosierdzia. Raczej litości. Jak bogacz z przypowieści o bogaczu i Łazarzu być może chciał jedynie, by Jezus złagodził jego wieczną mękę. Ale otrzymuje od Niego nieoczekiwaną obietnicę: „Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze Mną będziesz w raju”. Jezusowi to proste przyznanie się do winy i ujęcie się za Nim, niesłusznie wyszydzanym, wystarczyło. Wystarczyło, żeby obiecać skruszonemu grzesznikowi raj. Niebo nie jest nagrodą. Jest łaską. Łaską wyświadczaną za pokładanie w Jezusie nadziei. Łaską dla tych lepszych i dla tych gorszych. Dla świątobliwych i dla łajzów. Ta scena przypomina nie tylko o tym, jak czasem niewiele trzeba, by osiągnąć wieczne szczęście. Uczy przede wszystkim wielkodusznego przebaczania.
Całe zło popełnione przez skruszonego łotra Jezus puścił w niepamięć z powodu tego krótkiego wyznania: przyznania się do winy, wzięcia w obronę Jezusa i prośby o łaskawość. Nie trzeba było pisania podań, spektakularnego bicia się w piersi i długotrwałej pokuty. Nie było zresztą na to wszystko czasu. Jezus daruje zło chętnie, bez ociągania się. Tym samym nam, swoim uczniom, przypomina: gdy ktoś uznaje swoją winę i prosi o wybaczenie, nie zwlekaj z jego udzieleniem. Niech kieruje tobą wielkoduszna szczodrobliwość, a nie chęć wyrównania rachunków.
Jest w opisie agonii Jezusa na krzyżu druga scena, poprzedzająca nieco historię z nawróceniem dobrego łotra, która każe nam myśleć o przebaczeniu jeszcze inaczej. To modlitwa Jezusa, będąca odpowiedzią na całe zło, które Go spotkało. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wybaczał najohydniejsze krzywdy. Najpierw zdradę uczniom w Ogrójcu. Potem oszczerstwa, złośliwości, drwiny, opluwanie i bicie podczas ciągnącego się godzinami procesu. Potem cały ból, jakiego doznał dźwigając krzyż. Wybaczał obnażenie Go z szat, przybicie do krzyża, pojenie octem. I te drwiny, które towarzyszyły mu do samej śmierci. Przecież wiedzieli. Przecież postępowali zupełnie świadomie i dobrowolnie. Wcale o przebaczenie nie prosili. Przeciwnie, uważali, że to, co robią, jest słuszne. A jednak Jezus modli się: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Wstawia się u Ojca za swoimi oprawcami jakby uznał, że gdyby naprawdę widzieli sprawy w całej prawdzie, nigdy by się takich czynów nie dopuścili.
Wielkie krzywdy trudno czasem wybaczyć. Ich wspomnienia tkwią w pamięci jak odłamek szkła w ranie i nie pozwalają się jej zabliźnić. Przebaczenie jest szczególnie trudne, gdy krzywda ciągle trwa. Jak ma przebaczyć żona mężowi, który trwoni pieniądze na alkohol czy hazard? Jak ma wybaczyć rodzicom dziecko przez nich porzucone? Jak ma wybaczyć ktoś niesprawiedliwie zwolniony z pracy, gdy widzi, jak jego krzywdziciele triumfują? Jak wybaczyć sąsiadowi, który ciągle robi na złość? Jak kierującym się złą wolą sędziom?
Do przebaczenia można zachęcać, można w nim pomagać. Gdy krzywda jest wielka, trudno go wprost wymagać. Na początek na pewno wystarczy, by ofiara zrezygnowała z zemsty. Na resztę przyjdzie czas później, gdy czas nieco załagodzi boleść. Wymaganie pełnego przebaczenia tu i teraz wpędza  nieraz ofiarę w jeszcze większe poczucie krzywdy. Człowiek myśli: „Nie dość, że skrzywdzili mnie ludzie, to jeszcze odwraca się ode mnie Pan Bóg. Tylko dlatego, że nie potrafię zapomnieć o moim bólu”. Tymczasem na początku wystarczy, by ofiara nie szukała zemsty. Z upływem czasu może dojrzeje do czegoś więcej.
Czym innym jest jednak nieumiejętność wybaczenia, a czym innym doradzanie, by nie wybaczać. Jezus wiszący na krzyżu uczy, że można próbować wznieść się ponad żądanie sprawiedliwości. Że wybaczenie, choć winny nie żałuje, nie jest wcale nieroztropnym pozwalaniem na zło. Bez takiej postawy bezinteresownego wybaczenia nie da się na świecie żyć. Gdyby ciągle żądać sprawiedliwości, domagać się przeprosin i rozpoczęcia jawnej pokuty, świat już dawno pogrążyłby się w szaleństwie wiecznego odwetu. Ktoś musi tę spiralę zła przerwać.
My, uczniowie Chrystusa, możemy jak On modlić się za naszych krzywdzicieli: przebacz im Boże, bo nie wiedzą, co czynią. Choć wydaje się, że wiedzą doskonale. Choć krzywdząc nas mają na twarzach wymalowany triumf, a w głosie pobrzmiewa nuta wyższości i lekceważenia. Nie wiedzą, co czynią. Bo gdyby widzieli siebie z Bożej perspektywy, brzydziliby się sobą. Dlatego przebacz im, Ojcze….
Przebaczyć, gdy ktoś przyznaje się do winy, przebaczyć, choć wrogowie triumfują. To jedno z ważnych przesłań, które płynie z Jezusowego krzyża. Świat ceni dziś sprawiedliwość. Słusznie. Jednak ceniąc ją za bardzo, zaczyna gloryfikować logikę odwetu i zemsty. Oko za oko, ząb za ząb. A najlepiej, by przypadkiem nie być tym „słabszym” dwoje oczu za oko, i całą szczękę za ząb. Tak postępując, nakręca się jedynie spiralę zła. Jezusowy krzyż wprowadza w ludzką społeczność nową wartość: przebaczenie. To dzięki niemu świat dziś nie tonie w morzu krwi. Przebaczając chrześcijanie czynią świat lepszym. To dzięki takim postawom ziemia bywa cząstką nieba.


kwietnia 15, 2022

Rozważanie na Wielki Piątek - Zbawczy sens krzyża Chrystusa

kwietnia 15, 2022

Rozważanie na Wielki Piątek - Zbawczy sens krzyża Chrystusa
Dzisiaj zbliżamy się ze czcią do krzyża. Do tego, który Pan Jezus wziął na swoje ramiona. Otrzymał go od człowieka. Wziął go nie po to, aby go zatrzymać dla siebie. Przyjął i oddał go nam wyzwoliwszy od przekleństwa. Od tej chwili krzyż ma tak wiele nowych znaczeń. Jest przemieniony odwagą przyjęcia go. Ma nowy sens. Zbawczy sens. Jest znakiem miłości, która ma odwagę całkowicie siebie ofiarować.
Dzisiaj patrzymy w osłupieniu na Chrystusa odartego z na­szej wiary i posłuszeństwa. Zepchniętego na margines. Bitego. Powalonego naszą nienawiścią lub obojętnością. Patrzymy na niego, jak na kogoś, kogo dawno skreśliliśmy z listy znajomych lub wykazu towarów, które chętnie byśmy nabyli.
On zawisł wyniesiony ponad niebo i ziemię. W imię miłości, która jest potężniejsza od śmierci. On rozpostarł swe ramiona, aby przygarnąć wszystkich. Tak sam chciał. Ten krzyż jest Jego oso­bistym wyborem. To nic, że cierpi w milczeniu i samotności. Jest tak, ponieważ On sam wybrał, a nie dlatego, że został do tego zmuszony. Wisi na krzyżu, bo tak chciało moje szaleństwo.
Rozpięty nad ziemią. Chrystus powołań i trudnych wyborów. W tym momencie jest tylko konsekwentny w swoich wyborach. Jest jedynie wierny temu, co głosił.
Swym niezmiernym cierpieniem potwierdza to, co nakazywał. Mówił:
- miłujcie waszych nieprzyjaciół;
- dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą;
- błogosławcie tych, którzy was przeklinają;
- módlcie się za tych, którzy was oczerniają;
- dajcie każdemu, kto was prosi.
Czyż uklęknąwszy pod tym krzyżem, możemy jeszcze wątpić? Czyż możemy nadal wystawiać Boga na próbę prosząc o znaki?
Stajemy pod tym krzyżem i teraz już rozumiemy, że grzech jest sprawą poważną. Rani Serce Jezusowe. Zadaje ból. Bo czyż nie może boleć nasza niewierność i niestałość? Nasze duchowe lenistwo i lekkomyślność? Czyż może być bezowocne nasze egois­tyczne nastawienie i fałsz?
Słabość, uchybienie, grzech — dokonują w naszym życiu wiel­kiego spustoszenia. Dlatego zasmucają Serce Jezusowe.
Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: "Nie potrzebuję prze­baczenia". Byłby człowiekiem pysznym i zaślepionym. Albo świę­tym. Ale i święci modlili się: "Odpuść nam nasze winy".
Bóg jest Miłością. Jest Miłością przebaczającą. Jak mówi Seneka (O gniewie): "Okazuje grzesznikom łagodne i ojcowskie serce, gdy nie ściga ich, ale przywołuje. Nie znającego drogi i zbłąkanego wśród pól naprowadza na właściwy kierunek, a nie odpędza". Bóg temu, kto żałuje i powraca, chętnie przebacza grzech. Krzyż przypomina nam o tym. Jest czytelnym znakiem Bożego miłosierdzia. Bóg umie czekać na nas. Przywołuje nas cieniem krzyża. To także i nas zobowiązuje, byśmy w tym Go naśladowali.
Pismo św. mówi: "Zło dobrem zwyciężaj!" (Rz 12,21). Czy można te słowa pogodzić z naszą skłonnością do noszenia w sobie uraz i niechęci? Czy można być chrześcijaninem i jednocześnie przeliczać grzechy innych, jak srebrne monety?
"Człowiek nigdy nie jest tak piękny jak wtedy, gdy prosi o przebaczenie lub gdy sam przebacza" (Jean Paul).
Gdy więc jest nam ciężko. Gdy dotyka nas i rani grzech po­wracajmy pod krzyż. Wpatrujmy się w niego. Rozważajmy mękę Chrystusa. Prośmy Ukrzyżowanego o siłę znoszenia upokorzeń, niedostatków, trudów. Prośmy Ukrzyżowanego o to, abyśmy w doświadczeniach nie wątpili w Bożą Opatrzność. Aby krzyż przy­pominał nam o naszym zmartwychwstaniu, do którego jest drogą. Niech on uczy nas cierpliwości w nieszczęściach, mądrości przy podejmowaniu trudnych, nieraz bolesnych wyborów. Nade wszys­tko niech będzie dla nas przypomnieniem tego, że jest Ktoś, kto nas kocha tak mocno, że gotów był dla nas cierpieć i umierać.
"Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste" i dziękujemy Ci za zbawienie wysłużone nam przez krzyż. AMEN.

kwietnia 05, 2022

Zamyślenia wielkopostne - Czym jest dla nas Krzyż Chrystusa?

kwietnia 05, 2022

 Zamyślenia wielkopostne - Czym jest dla nas Krzyż Chrystusa?

Wtorek, 5 tydzień Wielkiego Postu

 ✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana  J 8,21-30


Jezus powiedział do faryzeuszów: «Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie».
Mówili więc Żydzi: «Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie?»
A On rzekł do nich: «Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach waszych».
Powiedzieli do Niego: «Kimże Ty jesteś?»
Odpowiedział im Jezus: «Przede wszystkim po cóż do was mówię? Wiele mam w waszej sprawie do powiedzenia i do osądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał, jest prawdomówny, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego». A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu.
Rzekł więc do nich Jezus: «Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem i że Ja nic sam z siebie nie czynię, ale że mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną; nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba».
Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.

 

Refleksja nad Słowem Bożym

 

„Wszechmogący, Wieczny Boże, Ty postanowiłeś dokonać zbawienia człowieka na drzewie krzyża” – głosi prefacja o Krzyżu św.

Krzyż. Jedno krótkie słowo. A jednak, w tym słowie, mieści się tak wiele treści. Czym jest krzyż dla ludzkości? Czym jest krzyż dla nas?

W dzisiejszej Ewangelii słyszeliśmy te słowa: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, Kim jestem”. A więc, kto spojrzy na krzyż, dozna tej łaski, że pozna i uwierzy w Tego, który na krzyżu umiera.

Na Chrystusa ukrzyżowanego spojrzeli, i w Niego uwierzyli pogańscy mieszkańcy cesarstwa rzymskiego, w starożytności. W średniowieczu cała Europa obmyła się wodą chrztu. Zaś w czasach nowożytnych uklękły przed krzyżem narody pozostałych kontynentów. Przy krzyżu trwamy także i my.

W czym tkwi moc krzyża?

Krzyż budzi miłość do Chrystusa. W klasztorze Cystersów, w Mogile, znajduje się łaskami słynący krzyż, a w ołtarzu, nad głową Chrystusa, czytamy napis: „Miłość bez miary”. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Któż z nas, rozważając o Jezusie, który życie oddał za ludzi, nie zapragnie wyznać wiary w takiego Boga? Któż z nas nie będzie chciał ulżyć Chrystusowi, wiedząc, że nasze grzechy zadają Mu bolesne rany? Kto z nas, rozważając Mękę Pańską, nie poczuje w sercu współczucia i wdzięczności? Krzyż, bowiem, budzi miłość do Chrystusa.

Krzyż broni godności ludzkiej; przypomina, że Chrystus umarł za wszystkich ludzi, że wszystkich odkupił i powołał do zbawienia; przypomina, że jako dzieci jednego Ojca, odkupieni Krwią Jego Syna, wszyscy są sobie równi. Krzyż podnosi więc godność ludzką, szczególnie tych poniżanych w różnoraki sposób; zobowiązuje wszystkich ludzi do miłości względem braci; broni pokrzywdzonych.

Krzyż wlewa w nasze serca otuchę i pokój. Każdy człowiek ma poczucie winy i musi wyznać: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości. W ogromie Swego miłosierdzia zgładź moją nieprawość”. Grzech, to naruszenie porządku moralnego, który musi być naprawiony karą. Budzi to, oprócz wyrzutów sumienia, także obawę i niepokój, lek przed karą. Ale Chrystus wziął na siebie nasze winy, zadośćuczynił za nie Bożej sprawiedliwości. Jesteśmy więc odkupieni drogocenną krwią Jezusa, którą On przelał na krzyżu. Nic dziwnego, że ludziom, którzy przez nawrócenie, żal za grzechy, wyznanie win w Sakramencie Pokuty, chcą powrócić do Boga, krzyż wlewa w serce otuchę i pokój.

Krzyż uczy nas także pokonywania własnego egoizmu, i rodzi w nas chrześcijańską miłość. Od śmierci Chrystusa, krzyż stał się symbolem zwycięstwa, symbolem tego, co najszlachetniejsze w człowieku: miłości, poświęcenia, ofiary. U stóp krzyża uczy się człowiek miłości „na miarę krzyża”. Miłość, to budowanie wspólnoty – tej rodzinnej, i tej społecznej, międzyludzkiej. Miłość, to życzliwe, dobre i budujące słowo. Miłość, to bezinteresowna pomoc. Miłość, to cierpliwe czuwanie przy łóżku chorego. Miłość, to wytrwałe znoszenie szarej codzienności. Miłość, to wierne wypełnianie swoich obowiązków. Święty Jan pisze, że „będziemy sądzeni z miłości”. Tej miłości na co dzień uczy się człowiek u stóp krzyża, gdyż na nim dokonało się największe Dzieło Miłości.

Krzyż jest wsparciem w najtrudniejszych chwilach życia. Życie ludzkie jest czyś na kształt krzyża. To, co niesie codzienne życie, częściej podobne jest do smutku krzyża, niż do radości raju. Niemniej jednak, niosąc krzyż, powinna budzić się w nas otucha, że każda droga krzyżowa służy czemuś konkretnemu. Wszystkie duże sprawy, wielkie przedsięwzięcia rodziły się w bólach. To, co nie wymaga wysiłku, to, co jest zbyt łatwe, szybko przemija, jest zwykle płytkie. To, co ma rzeczywistą wartość nigdy nie jest osiągane łatwo – odwrotnie – wymaga nakładu sił, cierpliwości, trudu. W ciągu naszego życia musimy nauczyć się wielu rzeczy. Między innymi, także umiejętności godzenia się z krzyżem. Pierwszą reakcją na krzyż zwykle jest bunt, wyrzuty czynione Bogu. Ten, kto niespodziewanie znajdzie się na drodze krzyżowej, widzi w swoim krzyżu przede wszystkim smutek i nieszczęście. Ponieważ nie przywiązujemy się do naszej sfery duchowej, a zwracamy uwagę przede wszystkim na cielesność, dlatego krzyż tak nas uderza, i jest tak trudny do zniesienia. Naszym zadaniem, jest odnaleźć w krzyżu źródło mocy i duchowej siły.

Na ścianie kliniki onkologii wisi napis: „Jest taka cierpienia granica, gdzie się uśmiech pogodny zaczyna”. Są ludzie, którzy potrafią wyjść poza własny ból, poza własne cierpienie, i znaleźć w krzyżu coś, co pozwoli im się uśmiechnąć. Są ludzie, którym Jezus pomógł zrozumieć, że On nie pozwoli, by żaden ludzki ból i łza pozostały bezużyteczne i zmarnowane.

Minęło już tysiąc lat od czasu, gdy na polskiej ziemi postawiono pierwszy krzyż. Można go spotkać wszędzie tam, gdzie żyje i pracuje człowiek. Krzyż jest wpisany w naszą historię, kulturę, tradycję i codzienne życie; jest znakiem zwycięstwa nad śmiercią, grzechem, nad cierpieniem, nad samym sobą. Z krzyża przyciąga nas do siebie Chrystus: budzi w nas miłość, ożywia w nas wiarę i daje nadzieję, że po krzyżowej męce przyjdzie zmartwychwstanie.

Od ostatniej niedzieli krzyże w kościołach są zasłonięte. Nich ta tradycja odsłaniania krzyży w Wielkim Tygodniu, pomoże nam jeszcze wyraźniej ujrzeć tajemnicę Chrystusa Ukrzyżowanego, który z miłością przyciąga nas do siebie, aby obdarować nas zbawieniem. AMEN. 

 Chcesz mnie wesprzeć?!

 Postaw mi kawę na buycoffee.to

września 14, 2018

Słowo Boże na dziś - Krzyż narzędziem zbawienia

września 14, 2018

Słowo Boże na dziś - Krzyż narzędziem zbawienia
Słowa Ewangelii według św. Jana. Jezus powiedział do Nikodema: "Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony". Oto słowo Pańskie.
 

REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM

 
„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.
To wołanie dziś szczególnie zwrócone jest do tych, co słuchając tego słowa, obarczeni są swoimi krzyżami, których może często już nie potrafią ich dźwigać, przed którymi może często się wzbraniają. To wołanie Boga ku człowiekowi, Boga, który jest Miłością, dziś szczególnie jest zwrócone do tych, co cierpią: czy to duchowo, czy fizycznie. Tak Bóg umiłował świat, że nie zawahał się swego Syna dać za ciebie i za mnie, byśmy mieli w Nim życie wieczne. To narodzenie do nowego, wiecznego życia dla nas dokonało się w tajemnicy krzyża.
Trzeba dzisiaj mówić o krzyżu; dzisiaj, kiedy świat współczesny przed krzyżem, który jest synonimem cierpienia, bólu, opuszczenia, ucieka; dziś, kiedy świat nie rozumie krzyża i naigrawa się z niego. Mówienie o krzyżu jest niezbędne, byśmy nie zapomnieli, jaki jest klucz do nieba; byśmy w naszych cierpieniach, w naszych zmaganiach z trudnościami codzienności nie utracili nadziei, nie poddali się zwątpieniu, nie popadli w rozpacz.
Dwa kawałki drzewa, połączone ze sobą, jakby drabina, po której nasza ludzka egzystencja, nasze ludzkie życie wznosi się ku niebu. Kiedy wyeliminujemy krzyż z naszego życia, odrzemy siebie z tego, co Boskie w nas i pozostanie wtedy tylko ludzkie cierpienie, ludzka niedola; kiedy uciekniemy przed krzyżem, to popadniemy w rozpacz. Bo nikt z nas do końca nie ucieknie przed cierpieniem, nie ucieknie przed samotnością, i choćby nie wiem jak się starał, i jaka zabiegał, w końcu krzyż i tak go dosięgnie – mały czy wielki – i nie zrozumie go, jeśli nie spojrzy na krzyż Chrystusa; nie zrozumie go, jeśli nie zacznie kochać.
Krzyż, od momentu, kiedy zawisł na nim Jezus Chrystus, stał się narzędziem Bożej miłości, stał się wielkim wołaniem Boga o miłość, wołaniem skierowanym do człowieka; stał się również wielką manifestacją Bożej miłości ku człowiekowi. I ilekroć patrzymy na krzyż, powinniśmy sobie z tego zdawać sprawę, że na nim zawisł nasz Zbawiciel, który jest Bogiem, który dla nas stał się Człowiekiem, i przyjął cierpienia dla nas, byśmy my, w naszych cierpieniach, nie zostali samotni. Chrystus utożsamił się z nami tak bardzo, że przyjął nasze cierpienie i naszą śmierć, by nam pokazać, że nas rozumie, że wie, czym jest ból, czym niemoc fizyczna lub duchowa, czym jest samotność, czym w końcu jest strach i trwoga przed śmiercią.
Człowiek, który ucieka przed krzyżem i wyrzeka się go, skazuje siebie na samotność w obliczu cierpienia, skazuje siebie na niezrozumienie własnej egzystencji; męczy się ze sobą i tylko chciałby by ta męka już się skończyła; szuka wszelkich dróg ucieczki przed cierpieniem, ale ono i tak go dosięga. I wówczas, kiedy nie spojrzy na krzyż, umiera – najpierw umiera wewnętrznie, duchowo: nie ma już w nim nadziei, nie ma miłości, brak jest wiary w cokolwiek, a później następuje ta śmierć fizyczna i strach, i niepewność, bo nie wiadomo co jest “poza”. I dla człowieka, który uciekł przed krzyżem, który wyrzekł się krzyża w swoim życiu, który o tym krzyżu zapomniał, moment śmierci fizycznej jest końcem wszystkiego.
Ale dla tych, co spoglądają z wiarą i ufnością na krzyż Chrystusa, dla tych, którzy w swoim życiu przyjmują bez szemrania krzyże, jakie im Bóg daje, krzyże, jakimi często obdarzają ich najbliżsi, znajomi, krewni – te małe i wielkie krzyże codzienności – dla tych na krzyżu rozpoczyna się nowe życie; dla tych ich cierpienie, osamotnienie nie jest bezsensownym, bo wiedzą, że tak, jak Chrystus, mogą to cierpienie ofiarować: za siebie samych, za swą rodzinę, za swoich bliskich, przyjaciół, a nawet nieprzyjaciół. I to cierpienie nie jest już cierpieniem bezsensownym, ale jest zakorzenione w cierpieniu i ofierze Jezusa Chrystusa, daje życie innym ludziom, albo mnie samemu, uszlachetnia mnie.
Krzyż zawsze jest uszlachetnieniem. Krzyż uczy uciekania przed egoizmem, walki z nim. Przyjęcie krzyża daje moc i siłę do tego, by normalnie w świecie funkcjonować; by nie być tylko maszynką do robienia pieniędzy, robotnikiem, który nic poza pracą nie widzi, ale by być człowiekiem, który czuje, który współczuje z innymi: z cierpiącymi, z osamotnionymi; który ma czas i siłę dla innych; który nie narzeka, ale z wewnętrzną pogodą ducha idzie przez życie, choćby to życie go doświadczało. Widziałem w swoim życiu kapłańskim ludzi naznaczonych krzyżem o twarzach uśmiechniętych, twarzach spokojnych. Widziałem też takich, co od krzyża i przed krzyżem za wszelką cenę uciekali, o twarzach ciągle zatroskanych, przerażonych, o obliczach napiętych troską, by nie wpaść w cierpienie, by jemu się nie poddać, by – nie daj Boże – cierpienie nie dosięgło w życiu.
Dziś wpatrujemy się w te dwie belki skrzyżowane, i w Tego, który na nich zawisł, nasz Zbawiciel. I tak, jak dzisiaj w Księdze Liczb dzisiaj usłyszeliśmy, ci, co spoglądali na krzyż z ufnością, ci, co spoglądali na węża zawieszonego na drzewie, który jest obrazem Chrystusa, ci odzyskiwali życie, a ci, którzy odwracali się, umierali w cierpieniu – o dziwo, ci, co przed krzyżem uciekają, w jeszcze większe cierpienia popadają, i to jedno ich różni od tych, co krzyż umiłowali, że cierpią w samotności. Prośmy dzisiaj Pana, byśmy te nasze krzyże codzienności umieli dźwigać, byśmy nie uciekali przed cierpieniem.
“Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” każdemu z nas, każdemu, kto w niego uwierzy, aby ten, co w Niego będzie wierzył, będzie miał życie wieczne. Na drodze naszej wiary staje dzisiaj krzyż. Jaką odpowiedź dam Chrystusowi, gdy zaproponuje mi jego dźwiganie? Czy będę się wzbraniał, jak Cyrenejczyk na drodze krzyżowej? A może podejmę swe cierpienie bez szemrania, swoją słabość bez urągania całemu światu? Ten, kto swe życie zawierzy Chrystusowi, kto przyjmie krzyż na swe ramiona, ma życie wieczne. Niech to wybrzmi szczególnie dla tych, którym krzyż wydaje się zbyt ciężki, którzy może przed nim przez długi czas uciekali. “W krzyżu zbawienie...” – tak śpiewamy w pieśni – w krzyżu zbawienie dla każdego z nas, którzy dźwigamy swoje krzyże codzienności. Pomóż nam Matko Bolesna, któraś stała pod krzyżem swego Syna, ukochać krzyż w naszym życiu po wszystkie dni. AMEN.
 
 

lutego 15, 2018

Rozważania wielkopostne - Mój krzyż

lutego 15, 2018

Rozważania wielkopostne - Mój krzyż

Czwartek po Popielcu

Słowo Boże na dziś

 

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Potem mówił do wszystkich: «Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?»
Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym


Rozpoczęliśmy czas pokuty, modlitwy i jałmużny. Dane nam jest usłyszeć Jezusowe wezwanie do nawrócenia. Przyszedł czas na to, aby podjąć refleksję nad swoim życiem, postępowa­niem oraz kierunkiem życiowej wędrówki. Mając świadomość własnej grzeszności, posypaliśmy swoje głowy popiołem po­kuty. Na ten czterdziestodniowy czas duchowego odnowienia Pan Jezus wskazuje nam dziś jedyną drogę ku świętości i zba­wieniu wiecznemu. Tą drogą jest krzyż.
„Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9,23). Te słowa mogą wzbudzać w człowieku bunt. Te słowa mogą od­pychać. To Jezusowe stwierdzenie nie pozostawia pola do życio­wego kompromisu. Jeżeli chcesz dostać się do nieba, musisz męż­nie dźwigać swój krzyż. Jeżeli chcesz osiągnąć zbawienie, nie mo­żesz uciekać przed ofiarą i poświęceniem w życiu. Jeżeli chcesz żyć na wieki w niebie, musisz powoli i nieubłaganie umierać, od­dawać swoje życie innym i Panu Bogu.
Te słowa mogą wydawać się zadziwiające, wręcz zaskaku­jące dla współczesnego człowieka. Wszak nigdy w historii ludzie nie żyli w takim luksusie jak my. Nigdy tak łatwo nie bogacili się. Nigdy nie żyli na tak wysokim poziomie cywilizacyjnym. Nigdy nie jedli tak dobrze jak my, nie mieszkali tak wygodnie jak my. Nigdy nie mieli tak dobrej opieki zdrowotnej. Nigdy w historii człowiek nie żył tak komfortowo. Po prostu przyzwyczailiśmy się do życia wygodnego, łatwego i przyjemnego. Nie chcemy więc krzyża. Unikamy ofiary. Czynimy wszystko, aby tylko nie trzeba było cierpieć życiowych niedogodności.
Lecz dziś, na początek tegorocznego czasu nawrócenia Pan Jezus przypomina nam, że nie ma innej drogi do nieba jak tylko krzyż. Nie ma ludzkiego życia bez krzyża. Nie ma ludzkiej drogi życia, na której nie stanąłby krzyż poświęcenia, ofiary, zmagania się z własnymi słabościami. Po prostu krzyż wpisany jest w życie każdego z nas. Ile ludzi, tyle krzyży. Ile ludzkich historii, tyle dziejów zmagania się ze swoim krzyżem. Ile istnień ludzkich, tyle dróg krzyżowych. Oto prawda o życiu człowieka.
Moim krzyżem mogą być pokusy, z którymi nie potrafię so­bie poradzić. Chociaż tyle razy pragnąłem zerwać z konkretnym grzechem, do tej pory nie udało mi się tego uczynić. Chociaż tyle razy obiecywałem sobie, że będę mądrzejszy, znów w swej głupocie uległem nadarzającej się pokusie. Chociaż szczerze pracuję nad swoim sumieniem, to jednak w chwili słabości znów upadam. To jest krzyż. Krzyż, który przysparza upadków. Lecz, jak Pan Jezus, właśnie z tym krzyżem swych ludzkich słabości trzeba nam powstawać, aby iść dalej.
Moim krzyżem może być drugi człowiek. Ten najbliższy, ko­chany, lecz zarazem wymagający wielkiej cierpliwości i wyrozu­miałości. Może to chory i nieznośny starszy rodzic, może obcią­żone genetycznie dziecko, a może uzależniony małżonek. Ciężki, codzienny krzyż, którym jest drugi człowiek. I chociaż czasem wydaje się, że bez tego ciężaru byłoby lepiej, to doskonale wiemy, że ich kochamy, dla nich jesteśmy, a oni nas potrzebują. Może tym krzyżem być dwulicowa koleżanka w pracy lub wścibska sąsiadka, która rozpowiada obraźliwe dla nas oszczerstwa. Może to nieuczciwy pracodawca lub przyjaciel, który nadużył na­szego zaufania. Wiele ciężarów na nasze plecy drugi człowiek po­trafi włożyć. A my wiele potrafimy znieść. Kiedy zaś nam ciężko, spójrzmy na cierpiącego Chrystusa, który nie odrzucił ciężaru krzyża, lecz zaniósł go na Golgotę, która stała się bramą do nieba.
Na życiowej drodze większości z nas w pewnym momencie staje także inny krzyż. Dosłowny krzyż. Choroba, cierpienie, umie­ranie, które w ciszy swego serca trzeba przeżyć. Nie pomagają wtedy lekarstwa. Nie usłyszy się optymistycznej diagnozy lekar­skiej. Nie będzie człowiekowi dane, aby wrócił do pełni swych sił.
Nadszedł czas rozliczenia się ze swego włodarstwa i przygotowa­nia się do pożegnania z tym światem. Nadszedł czas, aby iść za Jezusem na Golgotę. Można się wtedy buntować. Przeklinać swój los i Pana Boga. Można swoją złość wylewać wtedy na drugiego człowieka. Można negować własną ograniczoność i uciekać od świadomości konieczności przygotowania się na spotkanie z Sę­dzią żywych i umarłych na progu wieczności. Lecz odrzucenie swego krzyża nie zaprowadzi do zbawienia wiecznego. Negacja swego przemijania nie wydłuży ziemskiego życia. Ucieczka od re­fleksji nad swoimi czynami nie umniejszy odpowiedzialności za uczynione zło.
Gdy nadejdzie ten czas, trzeba nam podjąć swój krzyż. Sku­pić się nad swoim postępowaniem. Uczynić spowiedź św. z ca­łego życia. Przyjąć święte namaszczenie i Komunię św. Pojed­nać się z drugim człowiekiem. Podziękować za miłość, przyjaźń i każde dobro. Zwrócić to, co jeszcze nie oddane. Podzielić się z biednymi swoim majątkiem. I trwać na drodze krzyżowej. Trwać, aż Pan powoła do wieczności i nagrodzi życiem wiecz­nym. Nagrodzi za przyjęcie krzyża, za ofiarność, miłosierdzie i skruchę za swoje grzechy. Nagrodzi, gdyż sam jako pierwszy przeszedł Drogę Krzyżową.
Amen.

 

 

Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger