sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Ludzie szukają Chrystusa

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Ludzie szukają Chrystusa

 

„Nie mam po co żyć". „Wszystko straciłem". "Nie mam gdzie iść". Takie wołanie słyszymy często od ludzi dotkniętych różnymi życiowymi tragediami. To wołanie przypomina scenę biblijną, gdy Izraelici wyszli z Egiptu, przeszli przez Morze Czerwone i zaczęli doświadczać trudów wędrówki na pustyni. Natrafili na gorzkie wody, których nie można było pić. Teraz stanęli wobec próby, wobec głodu. Wielu dotkniętych powodzią podob­nych jest do tych ludzi, którzy znaleźli się na pustyni, a może nawet jeszcze gorzej - bo tam mogli jeszcze stąpać po piachu, a tu jak iść po wodzie?

Nie uważaj tej sytuacji wyjątkowej i bardzo ciężkiej za karę, że to Pan Bóg Cię karze. Bóg nie jest katem i powołuje nas z miłością do nie­ba. Kara i piekło jest skutkiem totalnego odrzucenia Bożej miłości. Jakoś wierzyć się nie chce, żeby ci, którzy miłości doświadczyli, sami chcieli z niej zrezygnować. Trzeba jednak pamiętać, że Bóg ma swoje powody i kieruje się innymi wymiarami, aniżeli kierują się ludzie. Bóg chce, aby człowiek był blisko Niego. A jeżeli Go utracił, to chce aby człowiek za wszelką cenę szukał Boga. Dzieje ludzkości i życie poszczególnych jednostek świadczą, że człowiek ciągle wybierał się na poszukiwanie Boga. To pragnienie duszy ludzkiej, w której zakorzeniony jest bardzo mocno zmysł wiary. Może w takim duchu szukali Jezusa zdenerwowani uczniowie i znaleźli na przeciwległym brzegu jeziora. W takim też duchu szukały tłumy słuchaczy, gdy odchodził nagle, nie mówiąc dokąd... Potem szukali mądrzy nad kartkami ksiąg i pobożni w godzinach modłów. Kiedy indziej nawoływali cierpiący, opętani, bliscy i obcy... Poszukiwanie jest jedną z dróg do Jezusa. Odchodzenie Jezusa sprzed oczu i serca nawet bardzo bliskich jest jakby daniem im okazji wyznania z nim więzi.

Znalezienie jest darem, którego Bóg nie odmawia tym, którzy szukają naprawdę. O tym trzeba pamiętać w prywatnym przeżywaniu wiary. Blis­kość jest darem. Może dopiero teraz w czasie klęski powodzi, człowiek odczuwa dar bliskości drugiego człowieka, który podaje chleb, wodę do picia, koc, który ofiaruje mieszkanie. Jak bardzo jest potrzebna taka bliskość, która staje się darem. I należy jej oczekiwać jak oczekuje się pojawienia słońca na niebie. I o tę bliskość trzeba się modlić. A może Bóg chciał nam przypomnieć, abyśmy jako Polacy byli bliżej siebie w tym nie­szczęściu powodzi. Bo przyzna to każdy oddaliliśmy się od siebie i od Boga. Zapomnieliśmy o tym, że wyszliśmy z tego samego „Gniazda": spod Grodu Piastów, Jagiellonów... I walczyliśmy w imię wspólnego dobra...

Bliskość jest darem. Nie wolno nam nigdy o tym zapomnieć. Brak człowieka - to jest dramat dla tych, którzy zostali zabrani (przez powódź, śmierć). Ale ten ból ma jeszcze inny wymiar.

Nie zabiera nam bliskości Boga, którego szukamy. On pozostaje zaw­sze z człowiekiem przez wiarę, bo sam powiedział: „Jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata". Jestem! Tylko On tak mógł powiedzieć. Jestem Światłością. Jestem Drogą. Jestem Życiem. Jestem Zmartwychwstaniem. Jestem Chlebem... Na wieki. I przez to samo Jezus Chrystus jest naszą nadzieją na dalsze życie. Tej nadziei nic i nikt nam nie może odebrać. Trzeba wytrwałości i nadziei. Niektórzy odnajdują tę bliskość w bólu, inni w szczęściu, jedni w medytacji, jeszcze inni w pięknie świata, udanej przyjaźni, w słowie bez zmęczenia, w książce, albo w blis­kości ze światem łaski niepoznanej, która zapala się kiedy chce, byle jej nie zaprzeczyć, nie odrzucić, byle szukać. Dopóki szukasz, jesteś z Nim. Tęsknić do Niego, to znaczy już żyć z nim samym.

Poeta Goethe powie, że „szczęściem jest nie wstydzić się swojego życia, chcieć przeżyć swoje życie jeszcze raz, dokładnie tak samo". Ale jakże to trudne.

Pytanie do wierzących i niewierzących: dlaczego jedni muszą się wsty­dzić, że żyli, inni zaś mogą powiedzieć - dobrze żyłem, że żyłem właśnie tak. To pytanie nasuwa nam istnienie uniwersalnych wartości, ponadczasowych, wiecznych. Dlaczego jakiś czyn sprzed dwóch tysięcy lat uchodzi i dziś za hańbiący i będzie za hańbiący uchodził za tysiące lat? Przyznaję, że nie jest to pytanie oryginalne, ani chrześcijańskie. Wywodzi się z kręgu kultury antycznej Greków. Możemy odnaleźć je w klasycznych tragediach greckich. Wypowiedział to Sofokles w znanej tragedii „Antygona", kiedy w usta Kreona włożył słowa:
 
„O biada, win mi nie ujmie nikt inny
 Nie ujmie męki ni kaźni
 O, ja nieszczęsny, ja twej śmierci winny
 Wiedźcie mnie o słudzy, wiedźcie mnie co raźniej..."

To jest prawda o życiu człowieka. Dorasta się do niej latami, z bie­giem doświadczeń, kiedy można spojrzeć na swoje życie z perspektywy czasu. Życie, w którym nie byłoby nienawiści, by było to życie „w stronę światła". Równocześnie można by powiedzieć, że życie szczęśliwe to takie, które nie jest nigdy przegrane: - dla tej chwili warto żyć.

Tak mi często stoi przed oczyma obraz meksykańskiego malarza Siqueirosa, (który swego czasu można było oglądać w Zachęcie w Warsza­wie). Obraz przedstawia bardzo silnego, muskularnego człowieka. Ten silny mężczyzna ma bardzo niewyraźną, zamazaną twarz i rozpaczliwie puste dłonie. Te puste dłonie zdają się żebrać o litość i pomoc. Są sym­bolem problemów, ludzkiej egzystencji na ziemi. Chociaż człowiek potrafi dzisiaj wiele, to jednak ciągle przeżywa swoją nicość, małość wobec sił przyrody i ciągle spogląda na swoje puste ręce. To doprowadza go do refleksji, że zamiast wolności - otacza go niewola, zamiast pokoju - bunt, zamiast szczęścia - tragedia, zamiast nieba - piekło na ziemi. To wszystko wprowadza człowieka w stan zwątpienia.

Puste ręce, ale zostaje mi jeszcze twarz. Zostaje mi jeszcze moja godność. I właśnie w te ręce Chrystus z dzisiejszej Ewangelii wkłada mi chleb, jako pokarm na życie. Daje mi ten znak Boży, abym nie zwątpił, jak ci ludzie na pustyni. Bo on nie opuszcza człowieka w jego ziemskiej wędrówce. Staje na drogach ludzkiego życia jako pokarm i siła strudzo­nych i dotkniętych klęską. Trzeba dostrzec obecność Boga - trzeba mówi św. Paweł - stać się „nowym człowiekiem".

Aby człowiek żył, potrzebny jest pokarm dla duszy i ciała.

Chleb tej ziemi często przesycony jest krwią i łzami, a wtedy nie daje siły ani radości. Czasem jest wymówiony, a wtedy jest gorzki. Czasem zdo­byty jest krzywdą, a wtedy dławi. Czasem jest łupem chciwości i niena­wiści, a wtedy nie nasyca człowieka, ale powoduje jeszcze większy głód. Czasem jest zapłatą za grzech, a wtedy zatruwa serce niepokojem i zgry­zotą. Czasem człowieka wolnego zamienia w niewolnika, gdy dla kawałka chleba wyrzeka się swoich zasad i godności. Nawet ten chleb, który jest owocem sprawiedliwości i uczciwej pracy, nie jest w stanie zaspokoić człowieka bez reszty.

Dusza potrzebuje pokarmu, aby mogła wytrwać w wędrówce do życia wiecznego. „Człowiek potrzebuje Eucharystii, powie Ojciec święty, aby mógł żyć na wieki tym Życiem, które jest z Boga samego". Nikt nie po­trafił powiedzieć, ile od ponad dwudziestu wieków sprawił dobrego i od jakiego uchronił złego ten „biały opłatek", w którym pulsuje wiekuiste Życie, a dzięki któremu ludzkość posiada w najcięższych nawet chwilach spokój wewnętrzny i niezniszczalną nadzieję.

Rozpoczął się miesiąc sierpień. To jest nasz czas polskich tajemnic. Każdy naród ma swoją historię i swoje pamiątki, ważne dni, pomniki, bu­dowle. Jako Polacy, naród wierzący, mamy Jasną Górę z Czarną Madon­ną, do której pielgrzymujemy. Tysiące ludzi młodych chce jeszcze raz popatrzeć na twarz Czarnej Madonny. Twarz z bliznami po ranach, jak polska ziemia. Ale nie zakrywa ich, tych ran się nie wstydzi. Zobacz ile w tej twarzy królewskiej zadumy. A to Polska właśnie.

W sierpniu nieustannie każdego roku przychodzi jakiś anioł, trąca nas w bok i mówi: jak do Eliasza: „Wstawaj, bracie, jedz! Długa droga przed Tobą". Kościół nieustannie powtarza te słowa: „Bierzcie i jedzcie. Kto ten Chleb pożywa, będzie miał życie wieczne".

W sierpniu w miesiącu wielkich świąt maryjnych i Cudu nad Wisłą razem z konfederatami i Powstańcami Warszawy wyznamy:
 
„Bóg naszych ojców i dzisiaj jest z nami,
 więc nie dopuści upaść, żadnej klęsce.
 Wszak póki On był z naszymi ojcami -
 Byli zwycięzcę".

Niech matka Boża AK z biało-czerwona opaską, ta w żałobie z Pal­mir i Powązek i z wielu miejsc kaźni - będzie z nami! Oto nasza modlitwa o trzeźwość Narodu, za ten kraj zalany potopem, co się w bólu odradza, za ludzi smutnych i zmęczonych. Znajdujemy moc do trzeźwości w Eucha­rystii. Posileni tym Chlebem, którego nic nie zastąpi, idźmy rozdawać miłość Chrystusa innym. Bo ten kto do Niego przychodzi, „nie będzie łaknął" i kto w Niego wierzy „nigdy pragnąć nie będzie". Amen!



sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) - Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Kochani moi. Już pierwsza niedziela sierpnia. Minęła połowa wakacji. Żniwa w pełni. Gorąco. Maszyny się pocą i pomagają ludziom, ale szkoda, że dziś prawdziwych żniwiarzy już nie ma. A jednak żal mi tamtych żniw. Ciężkie były, ale takie prawdziwe, ludzkie, żniwne.

U Franciszków wstawali bardzo rano. Zwierzęta słyszały pierwsze kroki gospodarza. Przypominały się więc — każdy swoją mową. Dym z komina leciał wysoko w górę. Będzie pogoda. Słychać było, że sąsiedzi klepią kosy. Franciszkowa zawiązała w serwetę śniadanie. Spieszmy się, ojciec, bo po­tem będzie upał. Przy krzyżu wioskowym Franciszek zdjął kapelusz. Franciszkowa skłoniła się i szeptała modlitwę, bo ręce miała zajęte. Szli miedzą zbożami. Przepiórki wołały: pójdźcie żąć, pójdźcie żąć... Kuropatwy zwin­nie uciekały redlinami po śladach matki. Zające niezadowolone odwracały się tyłem, że ktoś tak rano śmie ich niepokoić. Zgrabne sarny w gromadce spokojne przeżuwały czterolistną koniczynę. Wschodziło słońce. Franci­szek z fasonem, jak przystało na dobrego kosiarza, ostrzył kosę. Potem zdjął słomiany kapelusz, ukląkł na polu zwrócony w stronę kościoła, gdzie mieszka Pan Bóg, i półgłosem mówił starą modlitwę, której dziadek Błażej go nauczył:

Boże z Twoich rąk żyjemy,

choć naszemi pracujemy.

My Ci damy trud i poty,

Ty nam daj urodzaj złoty.

Wstał ucałował kłosy, przeżegnał się, włożył kapelusz, westchnął głęboko i rzekł: w imię Boże zaczynajmy! Franciszkowa przeżegnała się sierpem. Skowronki śpiewały: Kiedy ranne wstają zorze... Zadźwięczała kosa. Zżę­te zboże kładło się pokornie w ładny pokos. — A dyć nie spiesz się tak, oj­ciec, bo człowiek jeszcze nie przywykł i krzyż boli — prosiła Franciszkowa. — Toć nie musisz wiązać, bo jeszcze rosa. Jak obeschnie, to przed śniada­niem zwiążemy — zdecydował Franciszek. — Zobacz, matka, jaki kawał za nami, a snopek przy snopku. Obrodziło w tym roku, żeby tylko dobrze sypało. Odpocznijmy trochę, bo i na śniadanie czas. A w polu śniadanie jest smaczniejsze i ser bielszy, i miód słodszy, i chleb więcej pachnie.

Słońce coraz wyżej, coraz mniejsze, coraz jaśniejsze, coraz gorętsze. Słoma stała się ostra i oset złośliwszy, rżysko bardziej kłuje, pot kapie z czoła, w oczy szczypie. Gorąco! Franciszek zdjął kapelusz, otarł pot z czo­ła, wyprostował się i spojrzał w stronę domu. — Zobacz, matka, ktoś do nas idzie. — Szczęść Boże, stryjku! — Bóg zapłać ci, moje dziecko. Wody zimnej wam przyniosłam, bo pewnie gorąco. Wanda to dobre dziecko. Antoś, choć w Warszawie, ale dobrze dzieci wychował. I grzeczna i czło­wieka na wsi uszanuje. — Wandziu, usiądź tu w gniazdku. Mamy tu dla cie­bie chleb, miód i mleko rańsze. Zobacz, jak smakuje w polu. —Mój stryjek zawsze taki dobry — dziękuję! Wanda zbierała bratki dla Matki Boskiej na ołtarzyk w domu. Franciszkowie zestawili snopy w kopki. Już autobus war­szawski przejechał. Zaraz będą w kościele dzwonić na Anioł Pański. — Wróć, matka, z dziećmi drogą. Ja zobaczę pszenicę, bo tę na komunikanty trzeba skosić za pogody. Kartofle tak ładnie zakwitły. Ładniejsze niż sąsiadowe. W południe Franciszek szedł do pszczół. Dzisiaj nie brał miodu. Po­łożył się przy ulu i zasnął. — Stryjku i ciebie nie pogryzą? — Nie dziecko, to są moje pszczoły, one mnie znają. A wieczorem na klepisku w stodole, klęczał Franciszek i ręce miał ku niebu wzniesione. Mówił pewnie: Ojcze nasz... Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Mój Boże, skąd oni mają tyle siły? Żebym ja miał taką wiarę.

Przed tygodniem wróciłem z dzieciakami ze Studziennej. Dobrze nam było u gościnnej Matki Bożej. Kochana jest Ona, ale tak zajęta Panem Je­zusem, że ani razu na nas nie spojrzała. Nasza w Łowiczu jest ładniejsza, bo gdzieby nie stanąć, to zawsze patrzy na człowieka. Studziańskiej Pani — śpiewaliśmy codziennie:

Bądź Matką Zielną, Jagodną, Siewną, tu nad Pilicą, Matką Zagrzewną. Dzieciaki mówiły: proszą księdza, jacy tu są dobrzy ludzie. Chleb nam świeży przynieśli i ser, i wiśnie. Tu jeszcze pachnie las. Tu gryka pachnie miodem. Tu naprawdę zboże pachnie świeżym chlebem. Tak, moje dzie­ciaki. Więc msza św. będzie dziś za Porębą, między zbożami. Dzieciaki, ka­zania dziś nie będzie, ale powiedzcie mi, czy wyście kiedy widzieli cud? Nie. To zobaczcie. Pan Bóg chleb rozmnożył. Idźcie więc daleko miedzą, między polami. Znajdź sobie miejsce i uklęknij na polu i weź czule kłosy w ręce i ucałuj je, i zaśpiewaj w sercu: Panie dobry jak chleb... Nad Pilicą przyszły na naszą mszę kobiety z Kozłowca. Dzieciaki moje! My tu wałkonimy się nad Pilicą, a one pracowały przy żniwach. Zobaczcie, jakie mają twarde, spalone słońcem, upracowane ręce. Więc na znak pokoju ucałujcie ich ręce, bo one nas żywią. Pani Kwaśniakowa płakała.

Boję się, że po tym kazaniu bibliści mnie zakrzyczą — nie biblijne, dog­matycy — nie dogmatyczne, homileci — to nie homilia, tylko esej. A j a gdy mszę odprawiam i chleb kładę na ołtarzu, mówię Bogu: dzięki Twej hojno­ści otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi i pracy rąk ludzkich... Chleb kojarzy mi się wciąż z ziarnem, z siewem, ze żniwami, z pieczeniem chleba, ze świeżym podpłomykiem, który niosłem do chrzestnej, bo chlebem trzeba się po­dzielić, z krzyżem na bochenku, z ucałowaniem okruszyny, która upadła na ziemię. Dzisiaj chleb kojarzy się z traktorem — bizonem, piekarnią — gi­gantem, z produkcją, z budą na samochodzie, gdzie pisze: pieczywo, z wy­wieszką: chleb wczorajszy, z siatką na zakupy i, o zgrozo, ze śmietnikiem, gdzie leży stary chleb. Bogaci jesteście chrześcijanie. Tak szybko zapom­nieliście, co to głód i chleb na kartki. Brzydko jecie chleb, depczecie okru­szyny. Nie spostrzegacie, że łan dojrzewa, pachnie świeżym chlebem. Nie spostrzegacie cudu rozmnożenia chleba. Nie mówicie do Boga — Panie, daj nam Tego chleba. Nie prosicie Ojca w niebie: chleba naszego powszed­niego daj nam dzisiaj... Dlatego straciliście tęsknotę za Chlebem, którym jest Chrystus.

W kopule kaplicy Najświętszego Sakramentu w Kolegiacie Łowickiej Adam Swach namalował ostatnią wieczerzę, ale Judasz nie ma twarzy. Państwo Wolscy wytłumaczyli mi: bo Judasz nie przyjął komunii św. To jest prawdą. Gdziekolwiek jesteś, jeśli nie przyjdziesz na łamanie chleba, jeśli nie przyjmiesz Chrystusa, jesteś bez twarzy. Dziś Chrystus nam powie­dział: Ja jestem chlebem życia. Kto spożywa ciało moje, będzie żył na wieki (J 6,51).

W tej mszy św. też Chrystus powie: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje. Twarda jest ta mowa. Jak Ty możesz dać nam do jedzenia swoje ciało? Ilu z was odejdzie zgłodniałych do domu. I nie dacie rady dojść do nieba. Wolicie ciastko z chemią. Może i wy chcecie odejść? Panie, a do kogo my pójdziemy? Myśmy uwierzyli, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego. Ty masz słowo życia. Ty nas nigdy nie okłamałeś. Pa­nie, dobry jak chleb! Panie, daj nam tego Chleba! Ojcze nasz w niebie, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Amen.





sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) – Argument chleba

sierpnia 03, 2024

18. Niedziela Zwykła (B) – Argument chleba

„Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego że jedliście chleb do sytości” (J 6, 26).

Drodzy w Chrystusie! Odczytane dziś teksty Pisma św. uświadamiają nam coś, co można by nazwać argumentem chleba. Tak było na pustyni. Naród wybrany, uciemiężony niewolą egipską, ma wreszcie możność stać się narodem wolnym. Udało się Mojżeszowi wyprowadzić go na drogę do Ziemi Obiecanej; z cudzego domu do własnego, z niewoli ku wolności, spod przemocy – do samostanowienia o sobie.

W drodze pojawia się jednak prozaiczny kłopot z wyżywieniem; zaczyna brakować chleba. Brak ten przedłuża się i oto widzimy, jak pryska sen o wolności, widzimy, jak rezygnuje się z marzenia o wolności. Owszem, wspomnieniem pełnym sympatii wraca się do Egiptu, gdzie żyć trzeba było pod jarzmem, ale przy pełnej misce.

Tak było w Kafarnaum. Tłumy ludzi doświadczyły niezwykłej mocy Chrystusa, uczestniczyły w przedziwnym zjawisku rozmnożenia chleba. Chrystus, jak zawsze, tak i tym razem mówił o wielkich sprawach królestwa Bożego, mówił o swoim posłannictwie, ukazywał ludziom porywającą perspektywę zbawienia i by uwiarygodnić to swoje przepowiadanie, kończy je wspaniałym akcentem cudownego rozmnożenia chleba. Tymczasem słuchacze nie myślą o tym, czego dowodem miał być ów cud, ale myślą o konkretnym chlebie. Na chlebie się zatrzymują, chleb ich pochłania, owszem, chleb przesłania im prawie wszystkie inne przez Chrystusa prezentowane wartości. Posmutniał Chrystus i z wyrzutem stwierdził: „Szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale że jedliście chleb do sytości” (J 6, 26).

Argument chleba. Argument ten w naszej historii także miewał miejsce i to jakże często. Raz po raz źli Polacy sprzedawali Polskę, a argumentem usypiającym sumienie był chleb, który w postaci ciężkiego i błyszczącego złota sypali im w kieszenie bankierzy obcych mocarstw. Mieliśmy i mamy w słusznej pogardzie postawy tych, którzy za lepszy kęs chleba, zresztą pod różnymi postaciami, sprzedawali sumienie, sprzedawali odpowiedzialność za ten kraj, sprzedawali współrodaków.

„Nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4, 4). Jakże mocno przemawia do nas ta odpowiedź Chrystusa, dana szatanowi. Oprócz chleba potrzeba człowiekowi tylu innych wartości; owszem, tak bardzo potrzeba, że czasem dla ratowania tych wartości człowiek jest w stanie podjąć – śmierć, nawet śmierć głodową, jak tego przykład dał nam nasz rodak, Św. Maksymilian Maria Kolbe.

Niestety, dramat polega na tym, że dla wielu ludzi, tak biednych jak i bogatych, argumentem najważniejszym i bodaj jedynym w życiu staje się argument chleba. Jakże często ludzie syci chlebem, obfitujący w dobra materialne, przestają być wrażliwi na inne wartości. Cieszy ich pieniądz, cieszy ich pomnażanie go, cieszy ich korzystanie z pieniądza, a na dalszy plan schodzi potrzeba prawdy w życiu codziennym czy potrzeba sprawiedliwości w stosunkach międzyludzkich. Szczególnej wymowy nabiera ten argument chleba wśród ludzi głodnych. W sytuacji drastycznych braków materialnych, narażeni są ludzie na przyjmowanie jakiejkolwiek prawdy, byleby tylko z tej prawdy był chleb. Ten ma rację, kto da jeść. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku zapomina się o chlebie prawdy, która jest pokarmem dla ducha równie, a nawet bardziej potrzebnym niż pokarm dla ciała. Zapomina się o życiu takim, by można było godnie karmić się chlebem Eucharystii, a ten przecież jest pokarmem na życie wieczne.

Chrystus znał ludzką słabość do pieniądza, znał siłę argumentu chleba i dlatego tak mocno akcentował coś zupełnie przeciwnego, a mianowicie potrzebę ubóstwa. „Błogosławieni ubodzy w duchu” (Mt 5, 3). Dużo mówił o ubóstwie, ale też zostawił porywający przykład własnego życia w ubóstwie, by tym ubóstwem wołać, że choć chleb jest bardzo ważny, to przecież nie jest czymś najważniejszym.

Z biegiem lat wykształciła się w Kościele Chrystusowym forma życia polegająca m. in. na życiu w ubóstwie. Ludzie, wybierający dobrowolnie ubóstwo, mają przedłużać .w czasie to wołanie Chrystusa i jak echo powtarzać za Nim: „Nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4, 4).

W dniu 1 sierpnia Kościół wspomina wielkiego doktora Kościoła – św. Alfonsa Marię Liguori, założyciela zgromadzenia zakonnego redemptorystów. W zgromadzeniu tym wszystkich kontynentach świata młodzi ludzie, którzy spotkali Chrystusa, zachwycili się Nim, którzy zawierzyli Mu, podejmują życie w ubóstwie, by tą postawą wołać, że „nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4, 4).

Ponad 200 lat temu uczeń św. Alfonsa, późniejszy św. Klemens, przybył do Warszawy i podjął pracę przy małym kościółku św. Benona na Starówce. Kto choć pobieżnie zna dzieje Warszawy z tamtych lat, ten wie, czym była jego nieustanna misja, prowadzona przy tym kościele. Opiekował się setkami sierot, dając im chleb i ucząc zawodu, ale przede wszystkim karmił tysiące ludzi prawdą Bożą z ambony i chlebem Pańskim z ołtarza. Wdzięczna Warszawa do dziś oddaje mu cześć.

Wielki Polak i zakonnik, dziś kandydat na ołtarze, sługa Boży ojciec Bernard Łubieński, na nowo sprowadza do Polski redemptorystów, uprzednio wypędzonych z Warszawy przez Napoleona. I oto, od 100 lat, redemptoryści polscy przebiegają ten kraj wzdłuż i wszerz, głosząc na misjach i rekolekcjach dobrą nowinę o zbawieniu; wzywają skutecznie do pokuty, jednają ludzi z Bogiem i ze sobą, pomni nauki, „Że nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4, 4).

I wreszcie w dniu 1 sierpnia, Polska wspominała tych, którzy w Warszawie zginęli od kul i od bomb, ale też umierali z głodu i pragnienia, bo ponad chleb, owszem, ponad życie własne, droższa im była ta, co nie zginęła.

Drodzy w Chrystusie. Musimy dziś postawić sobie pytanie: czy godni jesteśmy stąpać po brukach Warszawy, w które wsiąkała ta bezbronna, ale do końca wolna i nieujarzmiona krew?

Podsumowując, wsłuchajmy się w dzisiejszą, tak bolesną skargę Chrystusa na tych wszystkich, którym chleb przesłonił prawdę, przesłonił Chrystusa, przesłonił Boga. Przypatrzmy się postawie tych, których dziś z taką czcią wspominamy i zatęsknijmy, całą tęsknotą naszych serc, za tym wszystkim, co oprócz chleba jest nam wszystkim potrzebne, byśmy żyć mogli, jako wolni i jako pełni, bo odkupieni ludzie. Amen.




lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) – "Otwierasz rękę, karmisz nas do syta"

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) – "Otwierasz rękę, karmisz nas do syta"

Ukochani Bracia i Siostry! Oto Pan otwiera rękę i karmi nas do syta (Ps 145, 16). Chleb z pierwocin, świeże zboże w worku (2 Krl 4, 42). Już pola biele­ją, zbliża się czas żniw... Dojrzewa owoc pracy rąk ludzkich. Ileż trudu włożył rolnik w to, aby ludzie mogli spożywać chleb! Ileż rąk działało pracowicie, aby inni mogli nasycić się. Oto dojrze­wa owoc ziemi i pracy rąk ludzkich, aby nie było wśród nas głodnych.
 
Każdego roku stajemy w zadumie przed tajemnicą życia, wzro­stu, dojrzewania, owocowania, Potrzebny jest trud człowieka, jego praca w pocie czoła. Potrzebne są jego zmagania z przyrodą, wy­siłek umysłów i mięśni tylu ludzi. Człowiek sieje, człowiek pie­lęgnuje, człowiek zapuszcza sierp i gromadzi do spichlerzy, ale wzrost daje Bóg; ale dawcą życia jest tylko On jeden. Dlatego chleb z pierwocin, dlatego świeże zboże w worku – niosą ludzie jako ofiarę dla Pana, Wyznają w ten sposób, że dzięki Bożej hoj­ności otrzymali chleb. W rękach Stwórcy mnoży się chleb, aby nasycić wszystkich. Bogactwo przyrody jest darem Boga, ale aby dokonał się ten wielki cud pomnożenia życiodajnego ziarna, musi być człowiek i jego praca w pocie czoła. Chleb mnoży się w rękach Bożych, ale potrzebny jest człowiek, który poda Panu pierwociny swej pracy, który da Stwórcy swój twórczy wysi­łek.
 
Tej prawdy uczymy się dziś na nowo, gdy patrzymy na pola, które już bieleją na żniwa, gdy słuchamy, jak Pan wziął z ręki człowieka jęczmienny chleb i nakarmił nim tysiące. Lekcja to bar­dzo potrzebna, tak łatwo bowiem zapomnieć, że dawcą życia jest Bóg. Tak łatwo ulec złudzeniu, że życie nasze tworzymy sami. Tak łatwo odwrócić się od Stwórcy i uważać się za jedynego władcę świata! A jak może wyglądać świat, który człowiek chce urzą­dzić po swojemu, na miarę swych ambicji i pożądań, mówią nam najczarniejsze prognozy tych, którzy badają mechanizmy rządzące życiem społecznym. Jak może wyglądać jutro ludzkości, która chce żyć niezależnie od praw moralnych, nadanych jej przez Pana ży­cia? Lękiem napawają takie rozważania. Dlatego jeszcze raz, z po­korą, popatrzmy na zboże, które w pełnym kłosie niesie ziarno.
 
Wyznajemy z głęboką wiarą, że jest to owoc pracy rąk ludzkich i dar Boży.
 
Jak tą prawdą żyć na co dzień? Pomyślmy teraz wspólnie. W ręce każdego z nas Bóg złożył swe twórcze moce. Daje nam czas: dzień po dniu... Ten czas mamy przeżywać owocnie, to znaczy z Nim! On nadaje wartość nie przemijającą naszemu codziennemu trudowi. Praca i cierpienie stają się owocne, dlatego że jest w nich On – Dawca życia. Nieść Panu pierwociny swej pracy, ofia­rować Stwórcy owoc swego trudu, złożyć przed Nim swe cierpie­nie – to nie tylko gest czy obrzęd. Jak ten chłopiec, o którym wspomina Ewangelista, stajemy przed Panem, aby odrobinie na­szego trudu nadał wartość. Bo człowiek sieje, człowiek pielęgnu­je, człowiek zapuszcza sierp, ale dawcą życia jest tylko On, je­dyny Pan życia.
 
Niedziela stała się dla nas przede wszystkim dniem odpoczyn­ku. Mnożą się programy rekreacyjne, tworzy się ośrodki czynnego wypoczynku; powstają naukowe dzieła na temat: jak ma upływać czas wolny od codziennej pracy. Mieszkańcy miast na miarę swych możliwości uciekają na ,,łono natury”. Cały swój majątek niektó­rzy przeznaczają na budowanie domków na działce, aby w tygodniu, przez chwilę odetchnąć „powietrzem”. Są to bardzo war­tościowe inicjatywy, bo człowiek musi oderwać się od swojej codziennej pracy. Nie wolno jednak zapomnieć, że „dzień święty trzeba święcić”. Niedziela – to pierwszy dzień tygodnia, niesie­my Panu pierwociny naszego codziennego trudu. Niedzielna ofia­ra to bardzo ważny znak. Każdy z nas staje dziś jak ten bezimien­ny chłopiec, aby podać Panu chleb jęczmienny, owoc naszego codziennego trudu, cierpienia, pracy. Na naszych oczach dokonuje się cud przemiany. Ofiara człowieka staje się ofiarą Chrystusa. Kropla ludzkiego potu staje się jedno z Krwią, która daje życie światu! Pamiętaj, abyś dzień święty święcił (Wj 20, 8). Dzień święty – to nie tylko chwila wytchnienia, to przede wszystkim wyznanie wiary w Stwórcę, to przyniesienie Panu pierwociny naszych trudów, aby w Jego rękach nabrały one wartości, aby wzbo­gaciły nas, aby karmiły naszych bliźnich.
 
Święty Paweł Apostoł pisze do Efezjan upominając ich, aby postępowali w sposób godny powołania, jakim zostali wezwani. Jest to przecież upomnienie skierowane do nas. To my mamy żyć nadzieją, jaką daje nasze powołanie. „Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4, 6). Nasze powołanie – to przede wszyst­kim wiara w twórczą obecność Boga w naszym życiu. Żaden trud człowieka, żadna kropla potu, żadne cierpienie i ból nie zaginą, nie przeminą bez echa; bo ponad wszystkimi, przez wszystkich, we wszystkich jest i działa jeden Bóg i Ojciec wszystkich nas (Ef 4, 6). Naszym powołaniem jest zobaczyć siebie w roli tego chłopca, który Panu przynosi jęczmienne chleby, trochę niepew­ny, bo „cóż to jest dla tak wielu?” (J 6, 9). Tylko Pan może sprawić, że trud ludzi dobrej woli przyniesie owoce jedności ducha i pokoju. Te bowiem owoce ludzkiego wysiłku są darem samego Boga. Słowo Boże musi dziś dotrzeć do ludzi samotnych, do ludzi cierpiących, do tych wszystkich, którzy sądzą, że ich codzienny trud, praca w pocie czoła, cierpienia podejmowane dla sprawied­liwości są jałowe i przemijają bezpowrotnie, nie przynosząc spodziewanych owoców.
 
Jezus wszedł na wzgórze, podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, a zbliżało się święto Paschy (J 6, 3); święto wyjścia z „domu niewoli”. To jest właśnie nasza nie­dziela, naszą paschalną ofiarą jest sam Chrystus. On nas wy­zwala, On sprawia, że nie jesteśmy jak niewolnicy przykuci do mijającego czasu. Nasze czyny mają wartość Bożą, nie przemijającą; one idą za nami.
 
Drogi Bracie, droga Siostro – stajesz teraz przed Chrystusem. To o tobie powiedziano: „Jest tu jeden chłopiec, ma pięć jęczmiennych chlebów” (J 6, 9). To są pierwociny twoich ludzkich zmagań z codziennością. Dziś Chry­stus jest ofiarowany jako nasza Pascha, Jego ofiara ogarnia to, coś tu do ołtarza przyniósł. Jest to nadzieja naszego powołania. Jego umęczone dłonie biorą od ciebie twoje dary ofiarne, aby stały się sakramentem miłości i pojednania między ludźmi; aby powróciły do ciebie jako łaska Bożego pokoju. Oto Pan otwiera rękę i karmi nas do syta (Ps 145, 16).


lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

Pan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.

Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.

Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.

Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).

Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).

Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...

Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znajdujący się w trudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.

Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...

Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.

Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).

Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.

Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

 

 

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - I cóż to jest dla tak wielu?

Pan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.
 
Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.
 
Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.
 
Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).
Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).
 
Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...
 
Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znajdujący się w trudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.
 
Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...
 
Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.
 
Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.
 
Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - Panie dobry jak chleb

lipca 27, 2024

17. Niedziela Zwykła (B) - Panie dobry jak chleb


Czas dojrzewania zboża i czas żniw. Kłosy brzemienne ziarnem chylą się ku ziemi. Rolnik wyciąga po nie dłonie, aby na stole był chleb. Ziemia obrodziła, bo człowiek się troszczył i Bóg błogosławił.

Nic w życiu nie jest tak konieczne, a tym samym i cenne, jak chleb. Dlatego o ten chleb prosimy dla nas i innych w codziennym „Ojcze nasz...", aby nikt nie umierał z głodu. Bo gdzie jest chleb, tam jest życie. W chlebie eucharystycznym przyjmujemy Jezusa Chrystusa, aby mieć życie wieczne, bo tam gdzie Bóg, tam jest życie wieczne.

Nic się nie daje człowiekowi tak we znaki, jak klęska głodu. Mam na myśli nie ten głód, który zaspokajamy regularnie spożywanymi posiłkami. Dziś nie odczuwamy głodu. Nie wiemy co to znaczy brak chleba...

Mam na myśli czasy, w których kobiety nie miały niczego, co mogłyby włożyć do garnka i ugotować dzieciom. Mam na myśli ludzi z obozów koncentracyjnych. Mam na myśli moją nieżyjącą mamę, która za Wisłą sprzedawała własną biżuterię za kawałek chleba, abyśmy z głodu nie umarli. Mam na myśli wszystkich mieszkańców terenów dotkniętych klęską suszy klęską głodu. Najbardziej fizyczny, nagi głód, głód codziennego chleba. Ucisza go dzisiaj Elizeusz i Jezus. Chleb jest wynikiem współpracy między człowiekiem, przyrodą i Bogiem. Bóg powierzył człowiekowi ziemię, aby on się z nią po ludzku obchodził. I to jest nasza odpowiedzialność. Bronić ziemi i nie marnować jej, aby nie leżała odłogiem.

Tak bardzo łatwo jest zrzucić odpowiedzialność za brak chleba na Pana Boga. Tymczasem troska o materialne potrzeby człowieka i o cały stworzony świat obciąża w pierwszym rzędzie nie Boga, ale człowieka. To przecież człowiek ustanowiony został przez Stwórcę panem i władcą doczesnej rzeczywistości. Jednym z jego podstawowych zadań jest według planów Bożych zaludnienie ziemi i uczynienie jej sobie poddaną (Rdz 1, 26; 3, 23) Odtąd za wszystko co się dzieje na świecie, zarówno za materialny dobrobyt, jak i za brak chleba, za ład lub bałagan, sprawiedliwość lub krzywdę i wyzysk, pokój i wojnę, postęp lub nawrót barbarzyństwa, odpowiedzialny jest człowiek. To on buduje miasta i wsie, drogi i lotniska, szkoły i szpitale, kościoły i więzienia, kopalnie, huty i stocznie, koszary i poligony, on też zbudowane niszczy i rujnuje. To on obsiewa rolę ziarnem albo zieleniejące pola zbożem depce.

To nie z powodu Boga, ale z powodu człowieka – złego, głupiego lub samowolnego gospodarza świata - umiera z głodu rocznie na naszej planecie kilkanaście milionów ludzi. To nie Bóg, ale człowiek podpala co kilka lat ziemię nową wojną.

Takie to niby proste i oczywiste, ale jakże często o tym zapominamy. Dopóki jeszcze na świecie idzie jako tako dobrze, dopóty chodzimy nadęci jak pawie, że to niby my stworzyliśmy na ziemi ten raj. Natomiast w chwilach klęsk i nieszczęść, gdy wszystko co z trudem budowaliśmy, wali się nam na głowę, podnosimy pretensje nie tyle pod adresem człowieka, który burzy nasze szczęście, pod adresem Boga. Czasem czujemy do Niego żal, wybuchamy zarzutami, a nawet bluźnierstwami.

Jak łatwo jest rozgrzeszyć siebie i własne zaniedbania, szerzącą się korupcję, która potem spada na głowę gradem nieszczęść. Łatwo powiedzieć: kara Boża. Najczęściej jednak to wcale nie Bóg nas karze. To nie „ojciec rozgniewany siecze" jak śpiewamy w pieśni kościelnej. To karzą nas własne grzechy. To siecze bicz złości i głupoty, upleciony naszymi własnymi rękami lub rękami naszych bliźnich. Niestety - świat i człowieka unieszczęśliwia najczęściej drugi człowiek: nasz nieposłuszny Bogu, brat.

Zauważmy. Ludzie przychodzili do Jezusa z różnych stron. Każdy z nich miał swoje potrzeby. Jedni potrzebowali pociechy, inni uzdrowienia, jeszcze inni przebaczenia. Byli też tacy, którzy oczekiwali sensacji. Wszyscy otrzymują z jego ręki chleb i jedzą do sytości. Mało tego, mówią, z Jezusem można żyć. Uczyńmy Go naszym królem. I tu jest błąd ludzi, błąd tłumów, które podążały za Jezusem. Bo On jest Królem, On im wszystko da za darmo, bez pracy. A Pan Bóg stworzył człowieka po to, aby on troszczył się o odzienie, o pokarm, o uprawę ziemi. Aby cenił pracę swoją i drugiego człowieka.

Cudu rozmnożenia chleba Chrystus dokonał w miejscu odludnym. Pustkowie jest obrazem pewnej sytuacji życiowej. Chciał wskazać, że są różne głody i różne pustkowia. Pustkowie współczesnego Europejczyka jest powodowane przesyceniem. Współczesny człowiek, w naszym kręgu cywilizacyjno-technicznym, jest „przejedzony". Wielu nawet nie wie co to jest głód. Ale dusza jego znalazła się w wielkim bezideowym pustkowiu, jest wyjątkowo głodna. Sprawdzają się słowa A. de Saint-Exupery: Żywić człowieka to nie znaczy tuczyć zwierzę. Można sycić swoje ciało w restauracjach, można sycić książkami, filharmonią, przyjaciółmi i wieloma sprawami..., ale to nie zaspokoi głodu duchowego. Jedynym pokarmem dla duszy jest Bóg. Tylko On uśmierza głód duszy, zaspokaja tęsknotę ludzkiego rozumu i serca.

Chrystus zna nasze głody i może nam zesłać pokarm. Docenia doczesność. Wie, że potrzebny jest człowiekowi chleb, potrzebna jest siła, potrzebne jest życie doczesne, bo w życiu może urzeczywistnić boski plan organizacji świata i może zdziałać wiele dobrego. Od Chrystusa możemy się dziś nauczyć cenić wartości materialne i te wartości tworzyć.

Wydaje mi się, że kiedyś ludzie żywili prawdziwy kult dla wytworzonych wartości. Mieli szacunek dla swojej pracy i cudzej. Jeżeli kromka chleba upadła na ziemię, należało ją podnieść i pocałować. A już wielkim grzechem było rzucić chleb na ziemię czy deptać jego okruszyny... Uważało się słusznie chleb za dar Boży.

Jeżeli sponiewierało się chleb - zachodziła obawa, że Bóg za karę może tego chleba odmówić. Był też i taki zwyczaj i jeszcze w wielu rodzinach pozostał do dziś, że zanim rozpoczęło się nowy bochenek chleba - to końcem noża znaczyło się krzyż na jego odwrotnej stronie. Jest w tym geście coś z gestu Chrystusa, który zanim przełamał i rozmnożył chleb, odmówił nad nim modlitwę.

Nic dziwnego, że jeżeli uważało się chleb za rzecz świętą, to szanowali ten chleb i ci, którzy go jedli i ci, którzy go wypiekali. Chodzi o to, aby szanować ludzką pracę. Ze zgrozą patrzymy na połamane ławki, potrzaskane szyby i latarnie, zaśmiecone ulice i pomieszczenia. Przestało się szanować cudzą pracę i własną pracę, zabrakło tego boskiego spojrzenia na rzeczy wytworzone. A prawda jest taka, że wszystkie rzeczy stworzone i wytworzone, wszystko czym żyjemy, czym posługujemy się na co dzień - jest darem Boga, jest przejawem dobroci Boskiej, Opatrzności Boskiej, Miłosierdzia Boskiego. To Bóg daje nam te rzeczy przez ludzi. Przez myśl ludzką, przez serce ludzkie, przez ręce ludzkie, objawia się myśl Boża, serce Boże i ręka Boża. I taka świadomość każe nam szanować dzieła rąk ludzkich. Szanując dzieło człowieka, oddajemy cześć Bogu. A lekceważąc, niszcząc, poniewierając dzieło człowieka - obrażamy Boga i popełniamy grzech.

Taki pogląd musimy sami sobie przyswoić i zaszczepić go dzieciom: aby szanowały pracę ludzką i jej owoce, bo to są sprawy i rzeczy boskie, czcigodne i święte; gdyż inaczej przyszłe pokolenie zniszczy również naszą pracę i owoce naszych wysiłków.

A my Polacy dobrze wiemy, że chleb polski tworzyły pokolenia wspólnym trudem Bożej historii... Od zasiewu pola do żniwa, od żniwa do wypieku towarzyszyła mu dola i niedola plecionych w jeden łańcuch próśb modlitewnych. Różny był smak tego chleba historii:

Były chleby pokoju i dostojeństwa
Chleby tułaczy i pielgrzymów
Chleby zakuwane po stokroć w kajdany
Chleby rozmodlone nad ziarnem zasiewu 
Chleby złowrogie zaciśnięte w pięść buntu 
Chleby pędzone polami Syberii
Chleby zroszone potem trudu codziennego 
Chleby zadumane nad grobami bliskich 
Chleby zaszywane w poezji wolności 
Chleby sprzedawane na licytacji narodów 
Chleby wpatrzone w Obraz Jasnogórski 
Chleby klęczące u ołtarzy Pańskich 
Chleby wymodlone naszych ojców.


Oni wszyscy nieśli w rękach kłosy zboża. Dziś stoimy pośrodku pola. To były dojrzałe kłosy, które kłaniają się pod ciężarem ziarna. Jest teraz czas na nasz chleb.

Abyśmy byli kromką światła dla ociemniałych, dla uwięzionych kromką wolności, dla tchórzliwych kromką odwagi; dla cierpiących kromką otuchy; dla odrzuconych, poniżonych i złamanych kromką miłości; dając samych siebie mamy rozdawać dobry, polski chleb.


lipca 20, 2024

16. Niedziela Zwykła (B) - Pasterz i jego przeciwnik

lipca 20, 2024

16. Niedziela Zwykła (B) - Pasterz i jego przeciwnik

Na początku sięgnijmy pamięcią do tekstów biblijnych czytanych dwa tygodnie i tydzień temu. Składają się one w pouczającą, od Boga pochodzącą całość.

Pan Bóg mówił do proroka słowa trudne: "Posyłam Cię do ludu bun­towników, którzy Mi się sprzeciwiali. Oni i przodkowie ich występowali przeciwko Mnie aż do dnia dzisiejszego. To ludzie o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach; posyłam cię do nich, abyś im powiedział: - Tak mówi Pan Bóg. A oni czy usłuchają, czy nie, są bowiem ludem opornym, przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich" (Ez 2,3-5).

Są to słowa twarde i ostre jak miecz. Jasno ukazują, że Panu Bogu zależy na prawdziwym dobru człowieka, takim dobru, którego przyjęcie zawsze będzie związane z przygięciem opornego karku i ukróceniem hardości bezczelnych twarzy. Pan Bóg występuje jawnie i zdecydowanie wobec synów Izraela i wszystkich swoich dzieci. Nie boi się pomówienia o nietolerancję. Dla nas pozostała z tych słów pouczająca lekcja, że prawdą można więcej i trwalej zbudować niż pochlebstwem, choć wiąże się to niejednokrotnie z wielkim wysiłkiem, przed którym człowiek się broni. Ważny to wniosek nie tylko na tamte odległe czasy proroka Ezechiela, ale również na dzień dzisiejszy; a może przede wszystkim na nasze czasy - czasy bezczelnych twarzy i zatwardziałych serc.

Lekcja sprzed tygodnia też jest godna zapamiętania. Prorok Amos, wypędzony przez odszczepieńczego kapłana konkurencyjnej świątyni w Be­tel, uczy nas, że słowo Boże napotyka w sercach ludzkich liczne prze­szkody. Często musi przedzierać się przez gęstwinę błędów. Czasem z tru­dem toruje sobie drogę poprzez, znacznie wygodniejsze dla niektórych, sekciarskie rozwiązania problemów religijnych. Czy nie słychać i dziś tu i ówdzie sekciarskiej wrzawy, a współcześni głosiciele Bożego Słowa czy nie usłyszą nieraz za sobą tych słów, których słuchał przez wiekami Amos: "Widzący, idź, uciekaj sobie, a tu nam więcej nie prorokuj" (por.Am 7,12).

W ten sposób na kartach Pisma św. przeplatają się sprawy odległej przeszłości z bliską nam teraźniejszością, kto umie czytać tę Księgę, niech pojmuje, co Pan Bóg chce przekazać współczesnemu człowiekowi.

Tak chcemy również rozumieć przeczytaną dziś Ewangelię; jakby działo się wszystko w naszej obecności. Słyszymy Jezusa mówiącego: "Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco" (Mk 6,31).

W wakacyjnym upale dobrze usłyszeć takie słowa, zwłaszcza wtedy, gdy są zachętą do odpoczynku po dobrze spełnionym obowiązku. Cieka­we, co mówili Jezusowi spracowani apostołowie wracający z tamtej pierwszej wyprawy misyjnej? Można chyba przypuszczać, że radości i troski apostolskie z czasów ziemskiego życia Jezusa, są podobne do doświadczeń współczesnych głosicieli Ewangelii. Jakie są te odczucia? Na pewno dominuje radość z tego, że ludzie otwierają się na Ewangelię, a smuci zatwardziałość serc. Przynosi nadzieję posłuszeństwo woli Bożej, na jakie zdobywa się człowiek, a budzą trwogę "ludzie o bezczelnych twarzach". Pobrzmiewa też czasem, a ostatnio bardzo często w naszej Ojczyźnie złowrogie zdanie: "Idź, uciekaj sobie, a tu więcej nie nauczaj, wynoś się".

Ale nawet najlepszy Pasterz, Jezus Chrystus, usłyszy od Żydów mało pochlebny komentarz do swojego nauczania: "Trudna jest ta mowa, któż jej słuchać może?" (J 6,60). Mimo to, Jezus lituje się nad ludźmi, bo widzi ich jak owce bez pasterza i zaczyna ich nauczać. Dopóki słychać Jego słowo, świat będzie lepszy. On nie może umilknąć, nawet mimo wrogości, która Go spotyka. On ciągle chce nauczać!

A my, jako Jego uczniowie, czyniąc to lepiej lub gorzej, chcemy mieć w tym swój udział. Zwłaszcza teraz, gdy wielu współczesnych "ludzi o bez­czelnych twarzach" chce zbudować świat, Europę i naszą Ojczyznę  z pieniądza i ciała. Dla­tego trzeba wyciągnąć wniosek z dzisiejszej Ewangelii i od Jezusa gor­liwego w przepowiadaniu ludziom Dobrej Nowiny, uczyć się przede wszys­tkim czujności, żeby żaden Chrystusowy przeciwnik nie okazał się gorliwszy w zasiewaniu kłamstwa i przewrotności, nienawiści i przemocy, które  - niestety - dzieją się na naszych oczach...

Pamiętajmy o tym, co stało się z polem ewangelicznego gospodarza, któremu zły człowiek zasiał w nocy chwast między dobre ziarno psze­niczne. A my, ludzie wierzący w Chrystusa, czy dopuścimy do tego staczania się, do samozagłady?

Pamiętajmy również, co mówił św. Paweł, gdy zachęcał swego ucznia do czujności: "Głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu" (2 Tm 4,2).

Tak więc pamiętajmy o tym, co jasno i otwarcie św. Piotr mówi: "Bądźcie trzeźwi, czuwajcie. Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący, krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawiajcie się jemu" (1 P 5,8n). Bądźmy zatem czujni i nie spy­chajmy odpowiedzialności za tę wielką Bożą sprawę w świecie, jedni na drugich.

Każdy z nas, świeckich czy duchownych, ma swoje konkretne zadania. Mocne słowa o pasterzach, z pierwszego Jeremiaszowego czytania są tego dowodem. Chrystus jest najlepszym Pasterzem, a my, duchowni i świeccy mamy Jemu pomagać. Bo czy nie są w jakimś sensie pasterzami ci wszys­cy, którzy z różnych względów; religijnych, społecznych czy nawet politycz­nych, wywierają wpływ na losy narodu?

Dlatego te pełne wyrzutu słowa: "Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska" (Jr 23,1), uzupełniamy sło­wami psalmu: "zrozumcie to, głupcy w narodzie, kiedy zmądrzejecie bezrozumni?" (Ps 94,8).

Patrzymy więc z bólem na tę skrytą wojnę przeciw Chrystusowi-Pasterzowi jaka toczy się w świecie, w Europie i w Polsce. Zaka­muflowana, otoczona nimbem, tzw. "tolerancji", niby przyjazna dla czło­wieka, a zatruta jak narkotyk, bo odbiera człowiekowi duszę. Diabeł też się w tej walce rozumu nauczył i o tolerancji chętnie gada. Dawniej występował bardziej jawnie. Kiedy w roku 1879 w Belgii nieprzyjaciele chrześcijaństwa głosowali w parlamencie nad antychrześcijańskim prawem szkolnym, pewien gorliwy minister - ateista wypowiedział szalone słowa: "Jeden trup zagradza nam drogę do wolności ducha - trup Chrystusa. Mu­simy wrzucić go do grobu".

Trup tego ministra dawno leży w grobie, a nieśmiertelny Chrystus żyje nadal w miliardach dusz. W dalszym ciągu na świecie jest mnóstwo takich szalonych ministrów, którzy próbują zdetronizować Chrystusa, ale groby przeznaczone są dla ludzi, a nie dla Boga.

Chrystus daje życie. Dzisiaj w Uście do Efezjan czytamy: "On jest naszym pokojem; On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający mur - wrogość" (Ef 2,14).

Taką przyszłość chcemy głosić światu, jest to nasza eschatologia pokoju. I dlatego nadziwić się nie możemy propagowaniu życia bez Boga, rozszerzaniu kultury zniszczenia świata i równie zniszczonego człowieka, bo rodzi to straszną przyszłość - eschatologię rozpaczy. Tragikomiczne w tym wszystkim jest to, że te olbrzymie zagrożenia widzi nawet prosty człowiek, a nie chcą widzieć parlamenty świata i Europy. Co uchwała, to tragiczna w skutkach decyzja. Dlatego naszemu polskiemu rozdyskutowanemu sejmowi, marszałkom, paniom i panom posłom ku rozwadze dedy­kujemy bolesną, ale przecież nie bez głębszych przyczyn, sprawę pro­fanacji naszych świątyń. Wyklaskaliście w sejmie możliwość zabijania nienarodzonych, dyskutujecie chętnie o Kościele, wojsku i rozwodach i pa­trzycie ze spokojem, jak zalewa nasz naród fala "ludzi o bezczelnych twarzach".

Swego czasu patrzyłem na Krakowskim Przedmieściu, w dniu rozpo­częcia wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych, na spory tłum młodych Polaków, podczas ceremonii powitania.

Odegrano hymny. Podczas Mazurka Dąbrowskiego chyba nikt z tego rozedrganego tłumku gapiów nie zatrzymał się, nie przystanął. Jest chyba o czym rozważać?

Jaka będzie przyszłość narodu, który nie uszanuje świętości, nie będzie cenił historii, który opowie się, choćby przez swoich przedsta­wicieli, za możliwością zabijania?

"Gdy Jezus wysiadł z łodzi, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać" (Mk 6,34).

Dobry Pasterzu, Jezu Chryste, niech Cię ogarnie litość nad nami, nad naszym Narodem. Zacznij nas nauczać! Jezu, Dobry Pasterzu, pokaż rządzącym, jak troszczyć się o dobro człowieka, każdego człowieka, a nie pogardzać, poniżać i okłamywać - jak być pasterzem, więc służyć każdemu i każdej. ,,I chroń nas, Panie, od pogardy, od nienawiści chroń nas Boże". Amen.



Copyright © 2016 Homilie i rozważania , Blogger