września 09, 2017

23. Niedziela Zwykła (A) – Braterskie upomnienie

Obarczę ciebie odpowiedzialnością za twego brata!” Masz sprowadzić występnego z jego złej drogi (Ez 33,7–9 ). Upomnij brata w cztery oczy (Mt 18,15).
Przed niektórymi poleceniami Pisma św. chciałoby się uciec. Lepiej tego nie doczytać, pominąć, nie słyszeć. Tak właśnie jest z nakazem skierowa­nym do nas dziś. Przecież każdy ma swój rozum... Ludzie są za swe czyny odpowiedzialni... Czy można się wtrącać w sprawy innych? Tyle jest własnych kłopotów! A jednak: „Obarczę ciebie odpowiedzialnością za twego brata! Upomnij brata w cztery oczy!”
Jeszcze inaczej próbujemy ominąć Boże polecenie. Sam nie cierpię mo­rałów, wygłaszanych pod moim adresem, dlaczego więc mam się stać stró­żem moralności mojego bliźniego? Nie czyń bliźniemu tego, co tobie nie miłe! Czyż nie spotkaliśmy się z tym, że czyjaś uwaga nie wynikała z troski o nas. Jej motywem była czyjaś zarozumiałość, u jej źródła była czyjaś zło­śliwość, a mocą czyjeś zdenerwowanie i rozdrażnienie. Czasem bywa od­wrotnie: Uwaga, płynąca z dobrego serca, jest źle przyjęta. Wywołuje gniew, pozostawia uraz, niszczy więź przyjaźni i znajomości. Tyle niebez­pieczeństw czai się wokół nakazu: „Upomnij brata swego...” Naszym oba­wom sprzyja anonimowość współczesnego życia. Iluż ludzi mieszka w blo­kach, w wielkich osiedlach. Odizolowani od bliźniego drzwiami zaopatrzo­nymi w wiele zamków, nie chcą słuchać, co o nich inni mówią. Nie chcą na­wet wiedzieć, jak oceniane jest ich postępowanie. Każdą opinię o sposobie życia gotowi są uznać za targnięcie się na ich osobistą wolność. Powiedze­nie: „Wolność Tomku w swoim domku...” stało się powszechnie przyjętą zasadą. Chociaż ów domek to często bardzo akustyczne mieszkanie w blo­ku, a sposób życia w tym domku jest dla sąsiadów nie do zniesienia.
Tak bardzo chciałoby się przejść obok słów, które nas obarczają odpowiedzialnością za występki naszego brata. „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciwko tobie; idź i upomnij go w cztery oczy...” Nakaz Boży jest jednak tak wyraźny, że nie można się koło niego prześlizgnąć. Trzeba więc choć na chwilę zatrzymać się nad nim. Sprzyja temu okres, który przeżywamy. Po­czątek września to czas, w którym się mówi o szkole. To dni, w których o sprawach wychowania myśli się w sposób szczególny. Dla jednych, to sprawa nowej klasy, szkoły; dla innych, to starsi o przeżyte wakacje uczniowie. Dla jednych to wspomnienia szkolnego mundurka, dla innych wreszcie – stale aktualna rodzicielska troska. Nad tym wszystkim unosi się atmosfera uwag. Tych zwykłych „nie garb się”, „nie dłub w nosie”... i tych zasadni­czych, którym towarzyszą długie rozmowy; wreszcie tych, wpisywanych do dzienniczka, pod którymi powinien się znaleźć podpis opieki domowej.
Towarzyszy temu wszystkiemu zjawisko zwane konfliktem pokoleń. Je­dni w imię rodzicielskiego obowiązku instruują, pouczają, wygłaszają ka­zania, a inni uważają za punkt honoru odporność na tego rodzaju nacisk... W mniejszym lub większym stopniu dzieje się to zawsze u styku pokoleń. Dlatego nie warto w tej chwili drzeć szat i wołać, że w naszych czasach jest gorzej, że młodzież współczesna... itd. Polski wrzesień każe nam w szcze­gólny sposób patrzeć na sprawy dziejące się na styku pokoleń, żyjących na naszej ziemi. Dla nas wrzesień to początek strasznej nocy okupacji. Ci, któ­rzy odebrali nam wolność, wiedzieli dobrze, że nie wystarczy siła przemo­cy, siła militarna. Naród niewolników można mieć dopiero wtedy, gdy się zniszczy jego historę, gdy się zniszczy jego kulturę i uniemożliwi się jej przekazywanie. Gdy pokolenie dojrzałych Polaków nie będzie mogło kształtować ludzkiego oblicza tych, którzy będą po nich mieszkać nad Wi­słą. Dlatego nasze doświadczenie września uczyło, by konflikt pokoleń za­stąpić solidarnością pokoleń. Gdy nam zniszczono zabytki polskiej kultury, to starzy i młodzi z narażeniem siebie gromadzili to, czego ogień nie stra­wił. Gdy brutalnie fałszowano historię, to potajemnie, w atmosferze pie­tyzmu uczono się dziejów narodu. Nie trzeba też nikogo przekonywać, ja­kim nośnikiem chrześcijańskiej kultury narodu było przekazywane po­przez pokolenia doświadczenie, że w wielu momentach „ojczyzna była w Polsce Kościołem, a Kościół ojczyzną”.
A jak jest dziś? Na to pytanie można dać wyczerpującą odpowiedź po la­tach. Teraz chcę tylko powiedzieć o radości, jaką przeżyłem podczas waka­cji. Mogłem przez pewien czas pomagać księżom, prowadzącym pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Uczestnikami tej wielokilometrowej wędró­wki byli przede wszystkim ludzie młodzi. Mimo kolei, samochodów, auto­busów, zdecydowali się na pielgrzymkę pieszą. Szedłem razem z nimi pol­nymi drogami diecezji sandomierskiej i kieleckiej. Drogami naznaczonymi kapliczkami i krzyżami. Drogami, przy których mijaliśmy stare kościoły, cmentarze, mogiły tych, którzy poginęli w lasach, walcząc o wolność ojczyzny. Z szumem łanów zbóż wdychało się to, „co Polskę stanowi”. Działo się to w atmosferze solidarności pokoleń. Przed domami stali ludzie starsi, często ocierali łzy wzruszenia. Przez okna domów widać było twarze cho­rych, którzy nie opuszczają swoich czterech ścian. Myślę, że niektórzy z nich modlą się dziś z nami. Przysłowiowy kubek zimnej wody, podany pielgrzymowi, był znakiem tej więzi, która jest ponad wszelkie konflikty. Był po prostu miłością.
Docieramy do sedna sprawy. Przekazywanie życia jest w sposób istotny związane z miłością. Nie chodzi tu tylko o fizyczne rodzicielstwo. Spotka­nie, prawdziwe spotkanie człowieka z człowiekiem nie jest bolesnym zde­rzeniem samolubstwa z wygodnictwem (choćby przy tej okazji były wygłaszane podniosłe morały). Wszystkie upomnienia i przykazania – jak nas dziś poucza św. Paweł Apostoł – streszczają się w jednym nakazie: „Miłuj bliźniego swego, jak samego siebie” (Mt 22,39). Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem prawa (Rz 13,9–10). Spotkanie człowieka z człowiekiem nie jest pouczaniem i wygłasza­niem umoralniających przemówień, jest natomiast przekazywaniem życia. Jest przekazywaniem tego, co sami otrzymaliśmy od innych i pomnożyliś­my w naszym życiu.
Słowo Boże dziś skierowane do nas, każe nam uświadomić sobie, ile otrzymaliśmy od innych. Jakie wartości kultury przekazali nam ludzie. Ileż przejęliśmy od naszych rodziców, wychowawców, nie tylko przyjmując ich uwagi, ale obcując z nimi na co dzień. Bo wszędzie, gdzie spotyka się człowiek z człowiekiem, pozostaje w duszy ludzkiej ślad spotkania. W jakimś sensie jesteśmy sumą tych spotkań.
Słowo Boże dziś do nas skierowane poucza nas o odpowiedzialności za ślad, jaki pozostawiamy w naszych braciach. Mają to być spotkania, które „zła nie wyrządzają”. Jest to bardzo trudne, pomyśli sobie ktoś teraz. Na pewno! Odpowiedzialność za naszych braci jest wielkim ciężarem. Pamię­tajmy jednak o słowach Chrystusa. Obiecał nam, że tam, gdzie w Jego Imię, a więc w imię miłości dwaj lub trzej się spotkają, tam On sam jest obecny. To On nadaje kształt spotkaniom człowieczym, bo On jest Miłoś­cią, bo On jest dawcą życia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger