kwietnia 17, 2017

Zmartwychwstanie źródłem nadziei

Poniedziałek w Oktawie Wielkanocy

Wspominanie dni minionych jest przywilejem starości. „Już słyszeliście to? - posłuchajcie jeszcze raz”. Niejeden dziadek tak rozpoczynał swe opowieści... Z przeszłości pozostawało w pamięci to, co dobre, dlatego wspomnienia dawnych dni bywają opromie­nione słońcem. Czasem przeszłość wraca goryczą wyrzutów su­mienia. Budzi się świadomość zmarnowanych okazji, źle przeży­tych dni. „Gdyby można było rozpocząć raz jeszcze... teraz czło­wiek byłby mądrzejszy...” Bogactwo życia, czy też ciężar narasta­jących lat? Jak dobrze rozumieją to ludzie chorzy, którzy mają więcej czasu na snucie nici wspomnień! Człowiek ma prawo do swojej przeszłości, bo sam nadał jej kształt. Świadomym działa­niem przyczynił się do tego, że tak a nie inaczej zapisały się karty jego życia. Chociaż tak często doświadczamy, że nie sami kierujemy swymi losami. Wspomnienia sięgają w przeszłość. Ona ma już swoje kształty, ma swoją wartość. Przeszłości nie można zmienić. Można ją tylko oddać w ręce Boga miłosiernego i spra­wiedliwego. Przeszłość już zastygła w formie.
Mówią, że cechą młodości jest nastawienie ku przyszłości. Pla­nowanie, ambitne wytyczanie dróg zmierzających do wymarzo­nych celów. Przekonanie, że da się uniknąć błędów popełnionych przez starszych - to przywilej ludzi młodych. Ileż napisano poe­matów o idealizmie młodzieńczym! Ileż bolesnych konfliktów prze­żywa się w rodzinie, gdy doświadczenie i poczucie realizmu ro­dziców zderza się z marzeniami dorastających dzieci! Przyszłość jest dla nas kartą nieznaną. Darmo szukamy jasnowidzów, którzy powiedzieliby nam, jak potoczą się nasze losy. Nie tylko przesz­łość, ale i przyszłość jest w rękach Boga.
Co pozostaje nam, skoro wymyka się nam przeszłość, skoro przyszłość jest przed nami zakryta? Nasze jest teraz... ta bardzo wąska granica między przyszłością a przeszłością; ta bardzo szyb­ko przesuwająca się przestrzeń, w której dano nam możliwość działania. Przez moje teraz nadaję kształt i wartość przyszłości. Łatwo jest planować odległą przysizłość, jeszcze łatwiej jest wspo­minać dni minione. Najtrudniej jest jednak świadomie, po ludzku przeżywać teraźniejszość: w tym momencie wybierać dobro, od­rzucać zło.
A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: „Witajcie!” (Mt 28, 9). Nasze spotkania z Chrystusem spełniają się teraz, gdy przyjmuję z rąk Stwórcy, biegnące jak kropla po kropli chwile, by je prze­żyć tak, jak Pan tego pragnie. W świadomym przeżywaniu teraź­niejszości dokonuje się wielka tajemnica spotkania człowieka z Bo­giem. Jeżeli wierzysz, że Chrystus zjednoczył się z każdym czło­wiekiem, to właśnie teraz jest On przy tobie, gdy tę chwilę prze­żywasz świadomie, prawdziwie po ludzku, to znaczy dobrze! I nie jest ważne ile masz lat, ile dni jest jeszcze przed tobą, ile za tobą. Ważna jest ta chwila, bo ona jest spotkaniem. „Witaj Panie!”.
A jednak trudno jest nam podjąć ciężar mijających chwil. Trudno w każdej chwili podobać się Panu. Trzeba mieć w sobie głęboko zakorzenione przekonanie, że warto żyć po ludzku, że fał­szywe decyzje, choćby pozornie wydawały się korzystne, przynoszą szkodę, zawsze są przegraną. Łatwo zwątpić. Idący do Emaus uczniowie, świadomi klęski Chrystusa, mówią z goryczą: „A myś­my się spodziewali”... (Łk 24, 21). Stracili nadzieję, tę najważniejszą dla przeżywania codzienności cnotę. Beznadziejność jest obumieraniem, nie warto podejmować aktywnie naszego teraz, bieg wypadków nieuchronnie znosi nas ku śmierci. Na bramach piekła Dante umieścił napis mówiący o porzuceniu nadziei. Śmierć wieczna!
My zaś żyjemy radością zmartwychwstania. Śmierć została pokonana! Chrystus zwyciężył zło! Gdy tę radość przeniesiemy do naszej codzienności, to wyrośnie z niej niewzruszona nadzieja dodająca sił, aby nie ustać w drodze. Nadzieja dająca nam teraz udział w zwycięstwie Pana Jezusa. Wieść o zmartwychwstaniu głosi nam dziś pierwszy papież, św. Piotr. Zerwał więzy śmier­ci, bo niemożliwe, by ona nad Nim panowała (Dz 2, 24). Ta wieść nie może być zamknięta w dwóch świątecznych dniach. Trzeba ją przenieść do naszej codzienności, aby nadzieja na zwycięstwo dobra pomagała nam w podjęciu trudnego teraz. Bramy piekła zawsze chcą zburzyć nadzieję. Używają metod wypróbowanych, aby wieść o pokonaniu śmierci, piekła i szatana nie dotarła do człowieka: Po naradzie dali im sporo pieniędzy, aby co innego rozpowiadali... Porozmawiamy z namiestnikiem... Przekupstwo, szantaż, fałsz... I tak trwa, aż do dnia dzisiejszego - dodaje św. Mateusz (28, 13-15).
Bóg stał się człowiekiem. Stał się czło­wiekiem dla nas, a może trzeba jeszcze wyraźniej powiedzieć: Stał się człowiekiem dla mnie. Moim życiowym powołaniem jest dorastanie do człowieczeństwa. Człowieczeństwo jest nam dane jako zadanie; To człowieczeństwo spełnia się teraz. Dlatego w na­szym teraz spotykamy się z Bogiem. On jest w życiu człowieka obecny. Obecny w młodości, w wieku dojrzałym, w zdrowiu i cho­robie, w radości i smutku, od chwili poczęcia aż do śmierci. Obecny po to, aby zwyciężać naszą śmierć i darzyć nas życiem, które nie zna końca. Chrystus zespolił się z tobą tak, że nawet śmierć tego zjednoczenia nie zniszczy. Jest to nasza nadzieja na dziś, na nasze teraz. Dlatego razem z Psalmistą śpiewamy: „Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek, bo serce me napomina mnie nawet nocą. Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy, On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje” (Ps 16, 7, 8). „My wszyscy - jak mówi św. Piotr - jesteśmy świadkami” (Dz 2, 32).
Ukochani Bracia i Siostry!
Ewangelia mówi: „Oddaliły się więc od grobu z bojaźnią, lecz równocześnie z wielką radością, i pobiegły, aby zanieść tę nowinę Jego uczniom. Wtedy Jezus zastąpił im drogę i rzekł: «Witajcie!» A one zbliżyły się i objąwszy nogi Jego złożyły Mu hołd...”
Niech nasza radość będzie dzisiaj większa niż bojaźń. Niech odwaga głoszenia Jego obecności z nami, będzie większa niż nieśmiałość. Niech uczniowie Jezusowi, nawet ci najbardziej ukryci, usłyszą dobrą nowinę o Jego życiu, obecności, zwycię­stwie, nawet nad śmiercią. Niech na naszych drogach życia sta­nie On sam, w znakach, w jasności łaski tak wyraźnej, żeby na­sze myśli nie miały wątpliwości, żeby nadzieja zmieniła się w doświadczenie.
Żeby wam, którzy kochacie Go, modlicie się, uczestniczycie w życiu Jego Kościoła, powiedział, jak tamtym kobietom, przy­jacielskie: „witajcie”! Żeby zadrżało radośnie serce ludzi cier­piących, zagubionych, odtrąconych, grzesznych... On staje na drodze, aby być blisko, objąć życzliwie, przekreślić samotność i bezsilność... On jest!!
Opowiadają, że wspaniała pielęgniarka z obozu zagłady, Stanisława Leszczyńska, która jest kandydatką na ołtarze za heroizm ratowania matek rodzących dzieci i niemowląt przy­chodzących na świat w nieludzkiej sytuacji, miała takie pokorne powiedzenie: „W każdym z nich widać wyraźnie Jezusa Chrystusa”. Trzeba mieć wspaniałe oczy miłości, aby tak widzieć i ogromną duszę, aby tyle ryzykować z miłości do człowieka.
Dla takich, Ten, który w dzisiejszej Ewangelii zastąpi im drogę, staje się najpewniejszym przywołaniem do szczęścia.
Na kartkach niedokończonej sztuki dla teatrzyku amator­skiego, autor, ks. Aleksander Szyszko wymyślił scenę, jak dla dzieci: Oto idą, aby coś spsocić, z całą lekkomyślnością wieku, i wtedy spotykają Jezusa, który ich zatrzymuje i mówi: „Witaj­cie”, a one, jak w opowieści dla dzieci cieszą się spotkaniem i zapominają o swoich zamiarach...
Gdybym był pewny, że Jego, Jezusa, Boga, spotkam, to drżałbym całe życie” - twierdzi Alex Bell...
Na jakimś zakręcie drogi usłyszymy: „Witajcie”...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger