lutego 08, 2017

6. Niedziela Zwykła (A) - Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną

Kochani moi! Zląkłem się tego wszystkiego, czego dzisiaj żąda ode mnie Chrystus: .„Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie więk­sza niż faryzeuszów nie wejdziecie do królestwa; nie zabijaj, ale kto się gniewa na brata jest zabójcą; jeśli przyniesiesz dar do ołtarza, a wspomnisz, że brat ma coś przeciwko tobie, zostaw swój dar i najpierw pojednaj się z bratem; jeśli pożądliwie pa­trzysz na kobietę, już w sercu swoim dopuściłeś się cudzołóstwa; jeśli oko twoje jest powodem grzechu – wyłup je; jeśli twoja ręka jest powodem grzechu – odetnij ją; mowa wasza niech będzie tak, tak, nie, nie. A co ponadto jest pochodzi od złego” (Mt 5, 20–37). Położył Bóg przede mną ogień i wodę, życie i śmierć; co ja mam wybrać? Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć! Wiem, Panie, że masz do mnie tak dużo zaufania; wiem, że zostawiasz mi pełną wolność wyboru; wiem, że każde Twoje przykazanie jest ojcowskim słowem Twojej do­broci, ale czy ja temu wszystkiemu podołam? Trudnym jesteś Bogiem, zazdrosnym jesteś Bogiem. Trudna jest Twoja nauka i nie popularna. Życie jest szare jak zima tego roku. Ludzie są zmę­czeni i smutni i zamykają przed Tobą drzwi. I wołasz Wszechmogący, a Ukrzyżowany: otwórzcie drzwi! I wołał papież: Otwórzcie drzwi Odkupicielowi!
Więc chodziłem po kolędzie od domu do domu, od drzwi do drzwi, od człowieka do człowieka, i mówiłem to samo: Otwórzcie drzwi Odkupicielowi, i otwierali. Wracałem czasem taki szczęśli­wy i mówiłem Ci wieczorem: Panie, zobacz jacy oni są cudow­ni – twoi chrześcijanie. Czekali na Ciebie, czasem późno w no­cy – czekali. Drogę wysypali Ci czystym piaskiem, tacy byli świąteczni. Słyszałeś Panie ich modlitwę? A to maleństwo co jeszcze słów nie wymawiało, najpiękniej się modliło. Widziałeś, Panie, że mieli łzy w oczach? Chcieli Ci wszystko powiedzieć: że zboże obrodziło, że syn z wojska wrócił, że wnusia była w święta ochrzczona. A ten spracowany nic nie chciał mówić, chciał tylko głowę położyć na Twoim sercu, chciał się tylko przytulić. A ja chciałem Ci wtedy pokornie mówić: dziękuję Ci, Panie, że ich mi dałeś. Twoimi są, ale nie zabieraj ich z tego świata, tylko zachowaj od złego. Mówiłem Ci wtedy, jak szczęśliwy uczeń: Panie, na chorych wkładałem ręce i czuli się lepiej; Panie na­wet złe duchy były mi posłuszne. Widziałeś Panie, tych co na ferie ze szkoły przyjechali? Niektórzy z nich tak Ci pięknie uro­śli – mądrzejsi są i lepsi. Tak Ci dziękuję za spotkanego Pana doktora, który obiecał, że zawsze będzie podtrzymywał moje ręce na modlitwie. Dziękuję Ci Panie za życzliwość tak wielu ludzi, za każdą ich ofiarę, którą Tobie składali.
Ale nie tylko taki jest ten świat, krwią Twoją odkupiony. Nie wszyscy są tacy, których nabyłeś za cenę swej męki i śmierci. Co też diabeł powyczyniał z tymi Twoimi chrześcijanami. Patrz, taki piękny wystawili dom i mogli w nim być szczęśliwi. A co się stało? Przestali się modlić. Potem przyszedł grzech. Zatrząsł się dom. Spadł krzyż. Tak się stało u nich ciemno i zimno. Runął cały dom. Nie ma rodziny. Został płacz dziecka i piekielny śmiech diabła. Teraz w tym domu drzwi dla Ciebie są zamknięte. A ci młodzi? Ja im ślub dawałem i pamiętam jak mówili: będę cię kochał, będę uczciwy i nie opuszczę cię aż do śmierci. I co się stało? Dlaczego oni są smutni? Oni zabili... dziecko. Ale za to są już urządzeni. Rzeczywiście. Ci już nie otwierają drzwi. Zapukaj do tych drzwi. Kto tam? Ksiądz po kolędzie. Oj dziękuję, my się już w to nie bawimy. A tutaj? – oj prze­praszam, jestem w łazience. A tutaj? – ksiądz wybaczy, ja nie mogę, rozumie ksiądz, może kiedy indziej, nikt nie będzie wi­dział.
Otwórzcie drzwi Odkupicielowi. A w tym domu pani jest sama? Tak. A co tak się pani modli na różańcu? Bo córka poszła na zabieg, żeby aby szczęśliwie... O Boże, widzisz i nie grzmisz? A ten, dlaczego ucieka przed Tobą? Bo on jest opętany. On się pieni na widok księdza i strasznie bluźni. A tutaj co się dzieje? Czy to też chrześcijanin? Może chory? Nie, pijany. To zamknijcie drzwi – nie trzeba. A ci, dlaczego ze sobą nie rozmawiają? Bo oni gniewają się po chrześcijańsku. Oskarżają się i modlą się, chodzą do kościoła i do sądu, spowiadają się i dalej nienawidzą się. Tędy nie chodź, Panie. Ty który, jesteś Bogiem, też byś się przestraszył. Ja pójdę sam. Poszedłem, ale tego wieczoru powie­działem Ci, Panie: ja już więcej nie pójdę; każ wytracić tych mężobójców i miasto ich spalić! Ja już więcej nie pójdę! I zawsty­dziłeś mnie. Powiedziałeś wtedy: więc ja pójdę sam, abym jeszcze raz za nich był ukrzyżowany.
Kochani moi! To są refleksje sobie mówione, ale one też są pokusą, aby człowiek się przeraził ogromu zła, abyś zwątpił! Przecież ty świata nie naprawisz, przecież oni cię wykończą. To trzeba przetrwać, będzie lepiej, samo się jakoś ułoży, czas pokaże, po co się ludziom narażać; czy nie lepiej zachować świę­ty spokój? O, nie daj Boże! Przecież Chrystus na ziemię nie przyniósł nam świętego spokoju, tylko ogień i on musi zapłonąć. Nie przyniósł nam spokoju, ale miecz, aby oddzielone było zło od dobra. Przecież samo nie stanie się nam lepiej. Nie można więc siedzieć w miękkich szatach, być jak trzcina chwiejąca się na wietrze, służyć dwom panom i cieszyć się że mam święty spokój i nie jestem drapieżny, jak ten celnik.
Chrześcijanie, wy macie całe bogactwo mądrości i mocy słowa Bożego. Słowo to ma moc życia. Zobaczcie, inni wam to kradną i żyją jego okruchami, a wy więdniecie i przeklnie was Bóg jak figę, żeście nie przynosili owocu we właściwym czasie. Pa­weł wołał: „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16). I biada nam, gdybyśmy nie głosili Ewangelii; ale czy to możliwe, aby powstrzymać jeszcze raz rwącą rzekę zła? Aby je­szcze uratować człowieka i ocalić tę ziemię? Tak, to wprost ko­nieczne, bo w tej reszcie chrześcijan jest ocalenie świata. Przecież nie miecz zabija, ale człowiek zabija mieczem. Przecież nam została przez Boga powierzona ziemia i my mamy ją ocalić, zanim będzie do cna oskalpowana. Ale ilu nas jest? Nie trzeba armii. Wystarczy dwunastu rybaków z Galilei. Wystarczy dzie­sięciu sprawiedliwych. Wystarczy Mojżesz ze wzniesionymi ku niebu rękami.
Usnęliście kochani chrześcijanie i nieprzyjazny człowiek w no­cy nasiał wam chwastu. Nie czuwaliście gospodarze i złodziej się wdarł do waszego domu. I zlękliście się krzykliwego zła. I patrzycie na ludzi, którzy nie stawiają w zdaniach kropek. Chrystus powiedział mów: tak, tak nie, nie. Reszta jest od diabła. Jak więc mówić do tych ludzi, abyśmy ocaleli? Jeśli oni nie znają już ludzkiego języka, czy jeszcze można ich nauczyć być człowiekiem? Tak, oni jaszcze widzą, oni jeszcze czują. Nic nie trzeba mówić, ale trzeba mieć moc Franciszka i iść aż przed oblicze sułtana i zwyciężyć bez oręża. Tylko nasze chrześcijań­stwo tak zwietrzało, a miało być solą ziemi. Nawet się nie przy­da na posypanie ulic. Tylko nasze chrześcijaństwo przestało być światłością dla świata, więc szukają ludzie innych dróg, a nas kopcących zrzucają ze świeczników. I nie chwalą ludzie Boga w niebie, bo nie widzą naszych dobrych czynów.
Chrześcijanie! Dlaczego bojaźliwi jesteście? Boicie się burzy na morzu i fal, które łódź zalewają? Boicie się, że Pan Bóg tam mocno zasnął? Dlaczego jesteście małej wiary. Przecież wsta­nie Bóg i powie: milcz zamilknij! I stanie się cisza. I powie Pan Bóg: nie bójcie się, jam jest! Patrz, jak się zmienia. Góry topnieją. Rozpraszają się ciemności i Pan królować przychodzi. Stań mocno. Przepasz swe biodro. Bóg jest Twoją opoką i twier­dzą. Chociażby ziemia zadrżała i piekło przeciw mnie powstało, „zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze miną (Ps 23, 4).

ks. bp Józef Zawitkowski 1984-02-12
Warszawa, Bazylika św. Krzyża

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger