marca 29, 2017

5. Niedziela Wielkiego Postu (A) – Ja życie moje oddaję

Bracia i Siostry! Jezus wskrzesił Łazarza na krótko przed swoją własną śmiercią. Poza wszystkim innym był to z Jego strony akt pełnej suwerenności nad śmiercią. Rozkładającego się trupa Jezus budzi do życia z taką samą łatwością, z jaką my budzimy kogoś śpiącego. Ten fakt wskrzeszenia Łazarza rzuca istotne światło na śmierć Jezusa, która nastąpiła wkrótce potem. Ten, który wskrzesił Łazarza, z pewnością sam nie podlegał konieczności umierania. Z pewnością mógł, gdyby chciał, uchronić się od śmierci. Jezus umarł na krzyżu dlatego, że zgodził się na swoją śmierć z podobną suwerennością, z jaką dokonał wskrzeszenia Łazarza. Przypomnijmy sobie Jego własne słowa na ten temat. Mówił tak: „Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać”.
Owszem, my grzesznicy postanowiliśmy Go zabić i rzeczywiście Go ukrzyżowaliśmy. Ale nasza zła wola spełniła się nie dlatego, jakoby udało nam się zapędzić Go w sytuację bez wyjścia, ale dlatego, że On do tego dopuścił i dobrowolnie przyjął na siebie śmierć, na jaką Go skazaliśmy. A przyjął na siebie Jezus mękę krzyża dlatego, bo chciał dobrowolnie przejść przez najciemniejszą otchłań, jaką grzech potrafi stworzyć na tej ziemi i w jaką człowiek potrafi wpędzić swego bliźniego. Otchłań męki krzyżowej to były dla Jezusa nie tylko straszliwe cierpienia fizyczne, ale jeszcze bardziej straszliwe poczucie jakby opuszczenia przez Ojca. A przecież nawet na samym dnie tej otchłani Jezus był całkowicie oddany swemu Ojcu i potrafił się modlić: „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego!” W ten sposób dokonało się nasze odkupienie. Odtąd każdy, kto chce być bratem lub siostrą Jezusa, nawet jeśli się znajdzie w najciemniejszej otchłani, może liczyć na Jego pomoc. Nie ma już na tej ziemi takiego niepowodzenia ani takiego nieszczęścia czy prześladowania, które nie mogłoby być wypełnione obecnoś­cią Jezusa Zbawcy i stać się drogą do życia wiecznego. Bylebyśmy tylko się naprawdę Jezusa trzymali.
Otóż, Jezus stanął przy grobie Łazarza, a wkrótce sam miał znaleźć się w grobie. W jednym i drugim przypadku objawia początkowo swoją słabość, ale jest to słabość kogoś kochającego, który swoją potęgę chce objawiać tylko poprzez miłość. Nad grobem Łazarza Jezus zapłakał. Dlaczego zapłakał, skoro za chwilę miał przecież wskrzesić pogrzebanego w tym grobie? Otóż, Jezus wtedy nie nad Łazarzem płakał, ale nad ludzką śmiercią. Płakał nad tym, że porzucając Boga odeszliśmy od Źródła życia i sprowadziliśmy na siebie śmierć. A przez wskrzeszenie Łazarza Jezus chciał nas przekonać, że przyszedł do nas z potęgą mającą moc zwyciężyć potęgę zła i śmierci. Potęga zła i śmierci wydawała się niezwyciężona i wciąż niektórzy ją za taką uwa­żają. Ale Jezus przyszedł do nas z potęgą jeszcze większą.
Mianowicie przyszedł z potęgą miłości. Potężny swoją miłością do swego Ojca i do nas nie tylko przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc. Potrafił tę potężną swoją miłość zachować w sobie nawet podczas męki krzyżowej. Do jakiego stopnia potęga Jego miłości przekracza wszelkie nasze wyobrażenia, okazało się w Jego grobie: chociaż ukrzyżowany, zabity i pogrzebany, trzeciego dnia zmartwychwstał! Zauważmy, że zarówno przy grobie Łazarza, jak w swojej własnej śmierci Jezus najpierw objawia swoją słabość, słabość kogoś kochającego. Ostatecznie jednak w jednym i w drugim przypadku objawia nieskończoną potęgę swojej miłości. Czy my dzisiaj zechcemy otworzyć się na tę prawdę o słabości Jezusa oraz potędze Jego miłości? Marta powiedziała do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, nie umarłby brat mój!” My wierzymy w Jezusa razem z Martą. Wierzymy, że Jezus nawet naszą śmierć chce przenikać swoją kochającą obecnością. Słowa Marty odnosimy przede wszystkim do śmierci duchowej, śmierci straszniejszej niż śmierć ciała, bo oddzielającej nas od Boga. Straszna to rzecz, jeśli człowiek zniszczy w sobie zarodek życia wiecznego i zamknie się całkowicie w życiu doczesnym. Gdyby człowiek trzymał się Jezusa, nigdy by się to nie stało. „Panie, gdybyś tu był, nie umarłby brat mój”.
Na szczęście Jezus i kocha nas i jest wszechmocny. Ten, który wskrzesił już rozkładającego się Łazarza, z pewnością ma moc wskrzesić nawet tych. którzy pomarli duchowo. Obyśmy tylko zechcieli szukać Go naszą wiarą jako Kogoś Żywego i Kochającego. Obyśmy tylko uwierzyli, że Sakrament Pokuty jest czymś nieskończenie więcej niż czcigodnym obrzędem. Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, sam Jezus dotyka nas z miłością, i choćby nawet człowiek był duchowo umarły, żyć będzie. Przecież my wierzymy, że Jezus jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem, toteż prawdę mówią Jego słowa: „Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a komu zatrzymacie, są im zatrzymane”.
Z opisu wskrzeszenia Łazarza wynika ponadto, jak ważna jest modlitwa wstawiennicza. Trudno żeby nieboszczyk prosił Jezusa o wskrzeszenie, umarły jest przecież umarłym. Do ciężko chorego brata wezwały Jezusa jego siostry. Marta i Maria. One też przyprowadziły Go nad jego grób. Podobnie jest z człowiekiem umarłym duchowo. Sam z siebie jest on niezdolny do tego. żeby zaprosić Jezusa do siebie i błagać Go o cud duchowego wskrzeszenia. Jezusa muszą do niego zaprosić inni, przez swoją wytrwałą modlitwę wstawienniczą. Bracia i Siostry! Nie zapominajcie modlić się za siebie wzajemnie. Módlmy się zwłaszcza za tych naszych bliskich i znajomych, którzy żyją tak jakby ten świat nie był Boży i jakby życie człowieka miało się kończyć na tej ziemi.
Zauważmy jeszcze pouczenie dzisiejszej Ewangelii na temat tej śmierci, która kończy naszą doczesną pielgrzymkę. Wszechmocna miłość Jezusa nie usuwa z dróg naszego życia ani cierpienia ani śmierci. Na pewno Jezus lepiej od nas wie. co jest dla nas lepsze i próbujmy Mu zaufać. Ale miłość Jezusa do nas jest naprawdę wszechmocna, dlatego prośmy Go serdecznie, aby zechciał tą swoją miłością przenikać zarówno nasze cierpienia jak naszą śmierć. Otwórzmy się tak szeroko, jak tylko to potrafimy, na słowa, jakie Jezus wypowiedział do Marty: „Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Każdy, kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”. Swoją śmiercią i zmartwychwstaniem Jezus udowodnił, że to nie były puste słowa. Tak jest naprawdę: Kto w Niego wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.
Bracia i Siostry! W tym czasie Wielkiego Postu mieliśmy okazję ku temu, by zwrócić uwagę na to, co w naszej drodze duchowej jest absolutnie najważniejsze. Ożywiajmy naszą wiarą tak, żebyś­my byli ludźmi prawdziwie wierzącymi, a nie ludźmi udającymi wierzących. Pan Jezus, Syn Boży i nasz Zbawiciel, niech się stanic dla nas kimś naprawdę bliskim i kochanym. Miłość Boga i bliźniego niech będzie pierwszą wytyczną naszego życia i często sprawdzajmy siebie, czy naprawdę tak jest i czy do naszej miłości nie wkradło się coś nieautentycznego. Wielką wagę przywią­zujmy do modlitwy. Odkrywajmy coraz to na nowo wartość coniedzielnej Mszy Świętej: przecież tutaj mamy możność dosłownie zanurzenia się w tej miłości, jaka została nam okazana na Górze Kalwarii. Niech sakramenty święte staną się dla nas prawdziwie źródłami mocy Bożej.
Oby dobry Bóg rozlał na nas hojnie łaskę nawrócenia. Oby Święta Wielkanocne zastały nas jako prawdziwych przyjaciół Bożych. I módlmy się za siebie wzajemnie. Amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger