marca 22, 2017

4. Niedziela Wielkiego Postu (Rok A) – Bóg jest dobry

Drodzy Bracia i Siostry! Trwają nasze rozważania wielkopostne. W poprzednich homiliach wielkopostnych zatrzymaliśmy się z Chrystusem na Górze Tabor i uznaliśmy konieczność naszej przemiany. W ostatnią niedzielę Chrystus w rozmowie z Samarytanką wskazał na źródło wody żywej. Dzisiejszy ewangeliczny opis przywrócenia wzroku ociemniałemu od urodzenia mówi o dobra ci Boga.
Bóg jest dobry. Chciałbym tak powiedzieć, byś się do tych słów kilku uśmiechnął i wyciągnął ręce jak do promieni słońca. Chciałbym tak powiedzieć, byś nie tylko usłyszał i zrozumiał, ale żebyś odczuł, że Bóg jest dobry.
Bóg jest dobry. A ty mówisz: tak, to prawda – tak uczy wiara, tak mówi katechizm. Bóg jest dobry. Nie rozgrzewają mnie te słowa. Nie każą krzyczeć ze szczęścia i radości, chociaż właściwie trzeba by było... A jednak nie odczuwam, że Bóg jest dobry, bo zanadto wrosłem we własne istnienie. Nigdy mi się nie zdarzyło popatrzeć na zachwycający w urokach świat jako podarunek Boga dla mnie. Nigdy nie pomyślałem o tym, że to dobry Bóg sprawił, że mają na czym rosnąć łany zbóż. Że to dobry Bóg zostawił drewno na ciepło i ogień i drugiego człowieka, żebym nie był sam. Nigdy nie pomyślałem tym, że nie śmiałbym się wcale w życiu swoim, gdyby Boża dobroć nie porozrzucała na ścieżkach, po których chodzę, kwiatów radości. Nie pomyślałem o tym, że jestem i widzę – to Bóg sprawił, że jestem jak dzieciak, który baraszkuje wśród owocowych drzew sadu, do którego pozwolono mu wejść... Dobroć można odczuć tylko prawem kontrastu. Kiedy się zna zło przeciwieństwo dobra. Kiedy się zna zło i jego smak. Nie odczuwam, że Bóg jest dobry. Nie rozgrzewają mnie te słowa, dlatego nigdy nie będę umiał dziękować.
Ale Bóg jakby o tym wiedział. Nie chciał moich podziękowań. Uczynił cud: przywrócił wzrok, rozmnożył chleb, wrócił do życia – i natychmiast znikał. Nie czekał na ludzkie podziękowanie. Nie chciał komplementów Nie przyszedł po nie. Taki był zawsze i taki pozostał. A to dlatego, że jest Ojcem. A już normalną pozostało rzeczą, że ojciec jest dobry i że ojcu za dobroć się nie dziękuje. Czy słyszał ktoś kiedyś, by w jakimś domu rodzinnym urządzono akademię ku czci dobroci ojca. Czy słyszał ktoś kiedyś, by w czyimś domu dziecko wygłosiło referat na temat: „Mój tatuś jest dobry i zasłużony”. Taki już jest los ojca, że mu za dobroć nie dziękują. A Bóg jest Ojcem. Dlatego lepiej będzie, jeżeli nie będę mówił o Bożej dobroci, choć tyle o niej wiem. Lepiej będzie, jeżeli dobroć Bożą przykryjemy urokiem milczenia.
Ale popatrzmy na dobroć z innej strony. Co człowiek nazywa dobrem? Osie współrzędnych dobra i zła przebiegają przez człowieka. Człowiek chce sobie sam wyznaczyć granice dobra i zła. Sam chciałby podzielić świat na dobry i zły. Wobec dobra ma postawę biorczą, postawę konsumpcyjną. Więc dobrym dla niego jest każdy, kto daje. Każdy lubi mieć swojego lokaja. Dlatego każdy „sługa” jest dobry, nadskakiwacz też. Subtelny i delikatny pochlebca – też. Fantastycznie dobry jest człowiek, który zgodzi się być tragarzem życiowych ciężarów. Bardzo dobry jest człowiek, który wkłada dobro do moich rąk. A ja jestem tym, który bierze. Dziwna rzecz. Ale te same kategorie przerzuca człowiek na Pana Boga. Jak dobry jest Bóg, kiedy moje plany podmuruje i fantastycznie dobry jest Bóg, kiedy rywala upokorzy. Kiedy go skutecznie pognębi. Jak dobry jest Bóg, kiedy rozwiązuje i wysłuchuje wszelkie prośby. Ale kiedy ten sam Bóg czegoś żąda, kiedy zechce zmusić, żebym teraz dał – ja, to ten Bóg już jest troszeczkę dobry. Chociaż wypadałoby mówić, że jest dobry. Dziwna rzecz, Bóg zaczął zmuszać, kiedy zażądał ułamka wyrzeczenia, miechu dla wroga, przebaczenia, szczypty rezygnacji, pewnej ofiary... – wtedy człowiek zaczyna grymasić i narzekać jak rozkapryszony dzieciak. Wtedy nawet ci, którzy dotychczas wznosili hymny ku dobroci Boga, spuszczają z wysokiego tonu i przestają nucić. Zapomina człowiek, że to dobro, które dotychczas wziął, też było od Boga. Tak bardzo byliśmy nastawieni na branie. I Bóg, który nagle zaczął żądać, przestał być popularny.
Ale to tylko my tak sobie Boga wyobrażamy. Bóg kiedy żąda – jest dobry bo chce, aby człowiek, to był ktoś, kogo na coś stać. Nie na bohaterskich czynach, ale przede wszystkim na rzetelności, na zrozumieniu sensu wszystko w życiu musi przyjść. Dziwnie dobry jest Bóg, kiedy żąda. To żądanie jest pewnym sensie trudne dla mnie, więc próbuję robić unik przed Bożym żądaniem. A co się stanie jeśli nie dam? Jeżeli przestąpię Boże przykazanie? Pierwsze próby przynoszą efekt. Nic się nie stało. Niebo na głowę nie spada. Oswajam się ze złem. Początkowo sumienie trochę ugniata jak ciasne buty, ale i ono z czasem wycisza się. Pozostaje jedynie mgliste wołanie, że za ten odsunięty Boży kodeks, będzie pewnie mandat to odległa sprawa, a nuż w ogólnym zamieszaniu jakoś tam będzie. Przechodzę na stronę zła. To odsunięcie Bożego prawa i kodeksu, to złamanie Bożego prawa, unik przed żądaniem, bym uczynił coś dobrego, nazywam po prostu – grzechem. Strasznie mało, bo to nie tylko odsunięcie Bożego kodeksu. Grzech to nie tylko zło, które uczyniłem w życiu i które kiedyś prawem odbicia przyjść musi do mnie. Grzech – to jest relacja. Stosunek mojej duszy do Boga. Do Jego niewidzialnej ręki, której zawdzięczam wszystko. To była ręka, która prowadzi mnie codziennie do pracy, od sukcesu do sukcesu, od siły do mocy... Wiem, to jest Jego ręka, choć nie widzę jej, ale ją czuję – i w pewnym momencie odrzucam tę dłoń. Ja nie wiem, co to jest. To jest nie tylko obrzydliwość duszy. To jest nie tylko niechlujność człowieka. To jest coś, na co nie ma określenia w ludzkiej mowie. Jedno słowo – grzech – które mi nic nie mówi – najlepiej oddaje ten stan. Jestem zbyt bystry. Zbyt inteligenty i czuły w obserwacji – żebym tej Ręki w swoim życiu nie odczuł.
Stoję przed tą dobrocią Boga i na usprawiedliwienie moje nie mam nic. Tylko to jedno mogę dobremu Bogu powiedzieć: Jestem człowiekiem. Wiem o swojej winie. I to jeszcze wiem, że między tą odepchniętą Ręką a mną – położyło się coś – co mnie nie dzieli: śmierć Jezusa Chrystusa, na którą zawsze mogę się powołać, krzycząc do swojego Boga tylko to jedno
przebacz! Tak! Krzyż jest tym, co mnie – człowieka – upoważnia, by nie załamać się, by mieć prawo jeszcze stanąć i mówić do Boga nawet w największej winie. Osądź mnie Panie, osądź moją winę. Jesteś sędzią żywych i umarłych. Zamiast wyroku, przypominają mi się słowa, zdanie, które do dzisiaj trzyma miliony ludzi na nogach w pozycji wyprostowanej, z twarzą zwróconą do Ciebie – Boga: „Ojcze – przebacz im, bo nie wiedzą co czy­nią” (Łk 23,34). W odpowiedzi na to zdanie Twojego Syna, posłane do Ciebie z krzyża – zamiast wyroku – mówisz – przebaczam! Czy może być dla mnie – człowieka – piękniejsze słowo – wtedy, kiedy zgrzeszyłem? Ja wiem, że wtedy, kiedy się ugną moje kolana, kiedy mnie rzucą w proch skrucha i tęsknota, to tylko jedno słowo – przebaczam, może mnie pod­nieść. Ja wiem, że przebaczenie, to jest to samo, co życie, to jest jedyne wyjście dla psychiki człowieka, który ma poczucie winy. Nie ma innego wyjścia. Albo przebaczenie – albo rozpacz.
Bracie, Siostro – te wielkopostne rozważania są jak rekolekcje. Każde rekolekcje kończą się spowiedzią. I najważniejszym momentem w nich jest spowiedź św. Nie chciałbym, byśmy na spowiedź patrzyli od strony rzemiosła, że spowiedź to jest kosz na brudy i śmieci ludzkiej moral­ności. Nie chciałbym, byśmy spowiedź traktowali jak magiczną pralkę du­szy, którą trzeba wziąć, żeby iść do Komunii Św., bo iść do niej wypada. Spowiedź św. to jest przyniesiony przed Boga cały balast człowieka, który załamał się. Kompleks, który każe patrzeć człowiekowi z wiarą poprzez krzyż w przebaczenie. Jak klinika – nie jest miejscem, gdzie się przychodzi zrzucić chorobę, ale gdzie przychodzi człowiek z kompleksem swojego cierpienia i z nadzieją, że wyjdzie zdrowym człowiekiem. Spowiedź św. – to jest przyjście do Boga po przebaczenie, bez którego nie sposób żyć. Spo­wiedź to jest świadomość, że Bóg mnie kocha. „Idźcie, ukażcie się kapła­nom” (Łk 17,14) – mówi Chrystus – abyście mogli przejrzeć jak ten nie­widomy. Otrzymał światło oczu, ale także światło duszy. Jak to dobrze, że żyję w kraju, gdzie są „słuchające” konfesjonały. Jak to dobrze, że jest za­wsze na zawołanie ktoś, kto w „zwyczajny” sposób rozdaje Boże przeba­czenie. Dziękuję wszystkim księżom, którzy mnie w życiu spowiadali. Dziękuję im, że ich słowami powiedziałeś mi, Ojcze, słowo, bez którego było by mi zbyt ciężko. Dziękuję im, bo dzięki ich obecności nie musiałem szukać Ciebie, Boże, tam, gdzie by mnie moje nogi zanieść nie zdołały. Dziękuję im i mam tylko jedno życzenie, jedną prośbą do Ciebie, Panie: gdy przyjdzie mi zejść na boczny tor, gdy zobaczę przed sobą linię mety, abym w swoim ostatnim momencie był przytomny, spokojny i myślący i żeby przyszedł do mnie kapłan, który by przyjął moje ostatnie wyznanie.
Nasze rozważanie wielkopostne dobiega kresu. Jeszcze spowiedź św. Cię czeka. Jeżeli ci ciężko podejść lub poprosić, popatrz na krzyż. Patrz długo. Jeżeli nie pomoże ci On – to już ci nie pomoże nikt. Nikt innej drogi nie pokaże, bo jej niema. Dużo z tego kościoła padało już słów i jeszcze pa­dać będzie. Szorstkich, niedołężnych i może raniących. Możesz je wszyst­kie zapomnieć. Tylko tego jednego nie zapomnij: Bóg jest dobry. Gdy bę­dzie Ci w życiu radośnie i wiosennie, i gdy będziesz miał ciemno w oczach, i noc w sercu – nie zapomnij: Bóg jest dobry. Podpisał to Chrystus najcięż­szym do utrzymania piórem – krzyżem! Amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger