grudnia 31, 2016

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi (A) – W Nowy Rok z Maryją

Kochani moi, przed kilku godzinami – ziemia nasza była świadkiem dziwnego powita­nia i zarazem pożegnania. Zamknęły się „bramy” starego roku, a otworzyły się pora dla roku nowego. Rok stary, jak mówimy, zakończył swą ziemską wędrówkę i stoi przed „wagą” sprawiedliwego Boga, aby otrzymać nagrodę lub karę za czyny ludzkiego pokolenia. Miniony rok należy już nie­odwracalnie do wieczności i nigdy nie wróci. Wielu chrześcijan -katolików dokonało refleksji podczas wczorajszych nabożeństw wieczornych, śpiewając: „Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy”.
Dziś zastanówmy się, dlaczego tylko człowiek będzie osądzony i jedynie on otrzyma nagrodę lub karę. Czyż nie służyła Bogu wspaniale wiosna z kwiatami i śpiewem ptaków? Czyż nie służyło mu lato, przynosząc urodzaj­ny i dojrzały kłos? Czy słońce i gwiazdy nie służyły Panu wiernie? A jednak tylko człowiek będzie sądzony za miniony rok i tylko człowiek będzie rozliczony za obecny 2017 rok – za każdy dzień, miesiąc, godzinę. Bo tylko człowiek ze wszystkich istot na ziemi i pod niebem jest stworzeniem uczynionym na obraz i podobieństwo Boże (Rdz 1,26).
Nastał dla nas nowy rok. A z nim utartym torem przyjdą wschody i zachody słońca, wiosna i lato, przyjdą nowi ludzie, a inni odejdą. Wszystko potoczy się drogą wyznaczoną przez Boga od wieków. Dla nas jednak nowy jest zawsze zagadką. Pytamy, co nam przyniesie ten rok? Jaki dla nas będzie? Życzymy sobie nawzajem: „Szczęśliwego nowego roku”. A czym szczęście, którego pragniemy jak wody i słońca? Tego słowa „szczęście” już się prawie na co dzień nie wymawia. W literaturze staropolskiej mówiono: Do siego roku! Myślano wtedy o doczekaniu w zdrowiu i dostat­ku roku następnego. Dziś myślimy raczej o roku obfitym, zarówno w dobra duchowe – pełne łaski i błogosławieństwa Bożego, jak i w dary doczesne – codzienne. Wiadomo, że człowiek posiadający dobra duchowe, będzie umiał sięgnąć rozumnie po dobra doczesne!
Serce ludzkie z natury swej dąży do szczęścia. Dlatego dzisiaj idziemy do siebie, życząc jeden drugiemu – tymi czy innymi słowy – szczęśliwego no­wego roku! Tego samego życzyli sobie ludzie wzeszłym roku i przed kilko­ma laty, i przed wiekami, zawsze, odkąd istnieje człowiek. Mówili o tym wszyscy, wszyscy marzyli o szczęściu w nowym roku. A czy naprawdę był dla nich szczęśliwy? Ludzie życzyli sobie zdrowia – ale wielu z nich w ciągu roku chorowało. Życzyli sobie długiego życia – ale wielu pomarło. Życzeń szczęśliwego nowego roku słuchali uczciwi – ale za parę dni popadali w występek. Tych samych życzeń słuchali wierzący – ale nieraz ich serca buntowały się przeciw Bogu. Patrząc na to wszystko czy warto w ogóle ży­czyć sobie szczęścia?
Drodzy moi! Chociaż dotychczas przeżyliśmy tyle rozczarowań i zawo­dów, doznaliśmy w życiu wielu przykrości, mimo to wciąż żywimy nadzieję, i życzymy sobie – szczęścia. Choć nie wiemy, co nas czeka w przyszłości, chociaż zdajemy sobie sprawę, że stoimy wobec licznych trudności – jed­nak z podniesioną głową zwracamy się do Boga, wołając pełni nadziei: „Panie, daj nam szczęśliwego nowego roku! Daj nam trochę tej nadziei cze­kania na to, co przyjdzie – jak wędrowiec przyniesie dobrą nowinę”. Jeżeli ludzie patrzą w przyszłość bez ufności i nadziei – jest im źle. Człowiek nie może żyć bez nadziei. Nadzieja chrześcijańska, dzięki Jezusowi Chrystuso­wi, jest nadzieją przekraczającą śmierć. Tylko taka nadzieja, nadzieja przezwyciężająca śmierć, zasługuje ostatecznie na swoje miano. Nikt nie pragnie choroby, nikt się z niej nie cieszy, nikt jej nie oczekuje. Nikt na nią nie skinie ręką, żeby przyszła, ale kiedy się wszystko zrobiło w życiu, a ona jest – wiara każe mi się do niej uśmiechnąć. Nie wiem, czy umiałbym cier­pieć z uśmiechem na twarzy, ale spotkałem już w swoim życiu kogoś, rówie­śnika, może młodszego, który mi pokazał, jak wygląda uśmiech wiary. Wszedłem do niego z sakramentami świętymi, przekonany, że tam w szpitalnym łóżku znajdę strzęp młodości, gdzie nawet wspomnienie nie zostało po uśmiechu. Jakże nisko ceniłem człowieka. To nie był strzęp młodości. Tam w łóżku było duże dorosłe dziecko, które w uśmiechu upokarzało, że umie się bawić w ciężką chorobę. To było takie wielkie i takie piękne! Tego nie da się wytłumaczyć w kategoriach medycyny czy biologii. To można zrozumieć tylko w kategoriach Bożych, gdzie się widzi nie tylko samą cho­robę i ból, ale gdzie się widzi coś więcej – jej ostateczny, głęboki sens. Na­sze doświadczenie życiowe uczy, że szczęście jest raczej dążeniem, walką, niż osiągnięciem jakiegoś stanu, jest raczej drogą niż metodą. Szczęście po­znaje się często dopiero wtedy, gdy przeminie. Ludzie zawsze wracają do czasu, kiedy czuli się szczęśliwi, opłakując czasem swą pozorną stratę, cza­sem pokonani obecnymi niepowodzeniami.
Kochać i być kochanym – to nieuświadomione elementy szczęścia – rzadko w pełni poznane, gdy się je najgłębiej przeżywa. Szczęście nie stoi nieruchomo. Nie jest też zjawą, która kusi, a potem nigdy nie wraca. Bło­gosławieństwa z Kazania na Górze przypominają, że szczęście należy do tych, którzy dość ukochali, żeby boleć, do tych, którzy nie są cyniczni wo­bec miłości. Tacy ludzie mogą być nawet źródłem szczęścia dla reszty świa­ta. „Miłość jest silniejsza niż śmierć” – mówi św. Paweł. Miłość umożliwia pokonanie wszystkiego najgorszego, co przynieść może życie przez choro­bę, kalectwo, krzywdę i rozczarowanie. Gdy się ma serce przepełnione mi­łością – wie się o szczęściu. Tam, gdzie nie ma pozornie nadziei: w rozpa­czy, grzechu, opuszczeniu, w samotności, starości i śmierci, może zrodzić się nadzieja. Jest to najtrudniejsze „spodziewanie”, gdy wszystko już za­wiodło. Nadzieja musi być trudna, aby była naprawdę nadzieją, a nie mdłym pocieszaniem. Nadzieja nie jest osłoną od ciosów losu, ciepłym po­czuciem bezpieczeństwa – lecz ufnością, że zło nie będzie triumfować za­wsze, że ostatecznie zwycięży dobro. Jest ona światłością w ciemnościach. Ma w sobie coś z heroizmu, coś z przerastania siebie – jak powiedziałby Ojciec św. Jest mądrością, która pozostaje, gdy wszystkie inne mądrości zawiodą.
Dziś na progu nowego roku życzę wam, drodzy moi – takiej pełnej na­dziei. Życzę wam najpierw tych „małych nadziei” w życiu codziennym: lep­szego zdrowia, zgody i miłości w rodzinie, może upragnionego własnego mieszkania. Tych nadziei, które mogą polepszyć nasze samopoczucie, aby o Polakach nie mówiono, że chodzą smutni, że się do siebie nie uśmiechają w autobusach, na ulicy. Życzmy sobie nawzajem umiejętności współżycia – umiejętności podania drugiemu ręki, podsunięcia dobrej lektury, wska­zania drogi do kościoła, umiejętności budowania mostów między ludźmi – nierezygnowania z tego, co prawdziwe i sprawiedliwe. Każdego dnia mo­dlimy się: „Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”, prosząc Boga o chleb, o czystą wodę, nieskażone powietrze, aby nie było między nami głodnych, biednych i pogrążonych w smutku. Wszyscy chcemy sobie życzyć spełnienia się wielkich nadziei: owocnego przeżycia Roku Świętego Brata Alberta, nadziei na zapanowanie Bożego pokoju na świecie; umocnienia nowych więzi pokoju w braterskiej solidarności między ludźmi. A także – aby spełnienie tych nadziei przyniosło odrodzenie moralne naszego narodu – jego jedność i świętość.
Idziemy w ten nowy rok z Maryją, Świętą Bożą Rodzicielką, która wska­zuje owoc swojego żywota, Jezusa Chrystusa. Ona, Matka Łaski Bożej, rodzi nas dla Boga i dla wiecznego życia. Staje nam przed oczyma obraz Tej, karmiącej i Tej, trzymającej na ręku Syna Bożego. Wydarzenia nocy betlejemskiej – Maryja zachowywała i rozważała w swoim sercu. Ona zdawa­ła sobie sprawę, że rola matki to nie panowanie, ale służba. Te macierzyń­skie posługi Matki Bożej nie ustaną do końca świata. Bo Jej Syn nadal żyje w nas. Ona, która z czułością pochylała się nad żłóbkiem Syna w Betlejem – nie przestaje przez dwadzieścia wieków spełniać macierzyńskich posług wobec całej ludzkości – wobec każdego człowieka: wobec ojczyzny, Koś­cioła i świata.
Niech to będzie rok pomyślny i rok szczęśliwy. Amen.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger