grudnia 15, 2016

Rozważania Adwentowe – Wielkość najmniejszych

Czwartek III tygodnia Adwentu


Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on”. (Łk 7,28)

Postać Jana Chrzciciela w opisie Jezusa Chrystusa jest spiżowa i nie dziwimy się tak wspaniałej opinii, która ten opis kończy. Na podstawie tego opisu wyobrażamy sobie Jana jako prawdziwego, twardego mężczyznę. Miał on wszelkie cechy wielkiego bojownika i rycerza. Wiele wymagał od siebie. Nie chodził w miękkich szatach i nie mieszkał w pałacach. Ubranie miał z sierści wielbłąda, a mieszkał na pustyni, gdzie jego pokarmem był miód leśny i sza­rańcza. Przede wszystkim jednak był niezłomny. Nie był trzciną chwiejącą się na wietrze. Spośród wszystkich proroków był naj­większy, bo to on bezpośrednio poprzedzał Tego, którego wszyscy prorocy zapowiadali. Zaiste, Jan był wielki! „Między narodzonymi z niewiasty nie ma większego od Jana”.
Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on”. Najmniejsi w królestwie niebieskim to ludzie słabi (głodni, spragnieni, nieubrani, chorzy, bezdomni i więźniowie). Najmniejsi w królestwie Bożym to również dzieci. I teraz zaczynamy się dziwić: To małe dziecko ma być większe od prawdziwego mężczyzny?... Je­żeli weźmiemy pod uwagę i to, że sam Jezus Chrystus utożsamia się z tymi najmniejszymi - „Co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych Mnie uczyniliście” (Mt 25,40) - to zrozumiemy, że tak naprawdę to chodzi o zestawienie Poprzednika z Tym, który po nim przychodzi. A sam Jan uznawał wyższość Jezusa: „Pośród was stoi Ten, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u jego sandała” (J 1,27). Jan uznawał również wyższość Chrztu Jezusa nad chrztem, którego on udzielał w wodach Jordanu: „Ja was chrzczę wodą... On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem” (Łk 3,16). Chrzest Jezusa sprawia, że najmniejsi stają się dziećmi Bożymi na wzór tego, jak On jest Synem Ojca. Ten, kto w królestwie Bożym przyjął chrzest Jezusa, został z Nim tak ściśle zjednoczony i tak upodobniony do Niego, że ludzie mówią o nim "alter Christus - drugi Chrystus", a sam Bóg w każdym najmniejszym, który przyjął chrzest, widzi swojego Syna Jednorodzonego.
Nie dziwimy się temu, że największy człowiek Starego Testamentu jest mniejszy od najmniejszego w Nowym Testamencie. Ta różnica ukazuje nam, jak bardzo człowiek został ubogacony przez tajemnicę wcielenia Chrystusa. Te porównania nie umniej­szają jednak w niczym wielkości Jana. On nie tylko chrzcił, ale i sam był pierwszy, który został ochrzczony przez Jezusa ogniem i Duchem Świętym. Dzięki temu największy człowiek Starego Testamentu zyskał nową wielkość w Nowym Testamencie. Stało się to wtedy, gdy Jan w więzieniu u Heroda przyjął chrzest krwi. Trzcina, która nie chciała ugiąć się przed wiatrem, została ścięta. Ten jednak, który został tak poniżony, wywyższony jest ponad wszystkich, którzy narodzili się z niewiasty. Poprzedził on swojego Pana również na tej drodze, na której Chrystus uniżył samego siebie, za co otrzymał imię ponad wszelkie imię.
Trzeba przyznać, że św. Jan Chrzciciel to był twardy człowiek.
Nie, nie chodzi o twardość słów, o brutalność postępowania, o bezkompromisowość w sposobie bycia z ludźmi - ale o twardość postawy życia. O takie pełnienie powołania, żeby ani słabość zdrowia, nastroje chwili, naciski innych ludzi, trudy, jakie ponosi ciało, ani zawieruchy szarpiące życiem społecznym - nie były wstanie zmienić postawy apostoła. Jezus Chrystus wskazuje z najwyższym uznaniem na Jana Chrzciciela, który jest nie tylko Jego poprzednikiem, ale jest także symbolem wszystkich, którzy zapowiadają czas łaski i prostują ścieżki zagubionych ludzi. Ani pu­stynia, która oznacza głód i samotność; ani twarde szaty, które znaczą od­rzucenie wygód, zaszczytów, uznania, bogactw; ani trzcina, która symboli­zuje bezwolność, podatność dla zmiennych nastrojów i upodobań; nic nie jest w stanie odwołać Jana z wyznaczonego mu przez Opatrzność miejsca i roli.
Taka postawa ma być u tych, którzy służą zbliżaniu się ludzi do Boga. Czy rzeczywiście, nie jesteśmy wobec siebie samych zbyt delikatni, łagodni, czy nie pieścimy się, czy potrafimy trwać w sytuacjach naprawdę nieła­twych?
Niewielkie nawet trudności wspólnego życia, jakże często dalekie od rzeczywistych cierpień, zniechęcają nas w powołaniu. Małe przeoczenie w uznaniu naszych osiągnięć, zasług, pominięcie wśród wyróżnionych, powoduje długie milczenie, smutne dni, a niekiedy zachwianie przyjaźni. Trudniejsze warunki mieszkania, pracy, mniej pieniędzy, kłopoty w pełnie­niu funkcji zawodowych, i roztkliwiamy się nad złym losem, tracimy cel ży­cia, dochodzimy rzekomych praw. Czy przy takiej łatwości zranienia, sła­bości postaw, wydelikaceniu, potrafimy spełnić zadania, które stawia powo­łanie? Czy nie chodzimy w nazbyt miękkich szatkach i szeleścimy jak trzcinki?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger