grudnia 10, 2016

Rozważania Adwentowe – Na kogo czekasz?

Sobota II tygodnia Adwentu


Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw ma przyjść Eliasz?" (Mt 17,10)

Nie tylko życie jednego człowieka, ale cała historia ludzkości wychylona jest ku przyszłości i jest oczekiwaniem na "coś" i na "kogoś". Świadectwa takiego stanu ducha znajdziemy nie tylko w li­teraturze religijnej, lecz również w świeckiej. O oczekiwaniach ludzi sprzed dwóch tysięcy lat mówi dzisiejsza Ewangelia. Dowiadujemy się o przekonaniach uczonych w Piśmie, którzy twierdzili, że naj­pierw przyjdzie Eliasz... W czasach nowożytnych Samuel Beckett pisał o oczekiwaniu na Godota, a nasze czasy czekają jeszcze na Wielkanocnego Literata, który opisze oczekiwania współczesnych, szczególnie współczesnych Polaków. Wszak stan ducha narodowego też można określić jako oczekiwanie na jakiegoś Eliasza, na ja­kiegoś Godota, na kogoś, kto przyjedzie na kasztance, czy w ame­rykańskim fordzie, by z kotłujących się w polskim kotle elementów przyrządzić sensowną zupę. Czekamy, że jeszcze stanie się coś, co uczesze tę zwichrowaną fryzurę, w której każdy włos sterczy w inną stronę, że wreszcie wszystko będzie jasne i proste, że będzie wy­raźny przedziałek i jedne włosy będą porządnie spadać na prawo, a inne po swojemu na lewo.
To oczekiwanie, zarówno w wymiarze jednego człowieka, jak i w wymiarze ogólnoludzkim jest czynnikiem bardzo pozytywnym, jest ono bodźcem postępu i rozwoju. Dlaczego więc w słowach Jezusa o oczekiwaniu na Eliasza odczuwa się przyganę? Dlaczego "Czekanie na Godota" jest satyrą? Dlaczego godne krytyki są postawy naszego społeczeństwa pogrążającego się w marazmie?
Wprawdzie każde oczekiwanie zawiera w sobie element "nie­wiadomej", niemniej przedmiot naszej nadziei musi być jakoś określony. To nie może być jakieś mgliste "coś" i zupełnie nieznajomy "ktoś". Trzeba coraz jaśniej uświadamiać sobie, czego pragniemy i w kim pokładamy nadzieję. Ponadto, samo oczekiwanie nie może być stanem bliżej nieokreślonego bezwładu. Nasze oczekiwanie ma być dążeniem, wybieganiem naprzód. Trzeba też pamiętać o tym, że chociaż oczekiwanie jest tak długie, bo trwa ono przez całe życie człowieka i przez całą historię ludzi, to jednak nie jest ono bez kresu. Jest czas oczekiwania, ale przychodzi też w końcu „pełnia czasu”. Największą tragedią człowieka i ludzi będzie to, gdy po tak długim oczekiwaniu, rozminą się z Oczeki­wanym i w ogóle nie zauważą Jego przyjścia. Takie właśnie nie­bezpieczeństwo grozi wtedy, kiedy oczekiwanie nie jest "zorga­nizowane" i określone, tylko jest stanem niemożności i bezwładu. Przestrzega nas przed tym Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Eliasz już przyszedł, a nie poznali go, i postąpili z nim tak, jak chcieli”.
Oto zadanie na Adwent: Zorganizować nasze oczekiwanie; uściślić, na co właśnie czekamy; ustalić, komu mamy zawierzyć i na­sze oczekiwanie uczynić dążeniem.
Bowiem ci, których posłał Bóg przed sobą, aby byli okazją refleksji, zmiany życia, ułożenia od nowa, uzupełnienia dobra - przechodzili i idą najczęściej nierozpoznani.
Wobec każdego Bóg posługuje się znakami przywołania, ale przyjęcie tych znaków porozumienia nie zawsze jest łatwe. Czasem przeszkadza ulotność znaku - dobry przyjaciel, nieśmiały spowiednik, delikatny człowiek modli­twy, przemijający szybko nastrój, który wprawdzie zabłysnął, ale łatwo zapruszyło go inne sprawy, jakiś wyjątkowy dar łaski, który też można było odsunąć bez większego wrażenia. Niekiedy brak skupienia, roztargnienie, kłopoty codzienne powodują, że to, co naprawdę ważne, co powinno być punktem dla myśli i decyzji ważnym i znaczącym, nie wywołuje należnej uwagi. W naszej rzeczywistości, chrześcijaństwa zastanego w bogatej formie znaków - kościoły, kaplice, obrazy, teksty literatury, nasycenie codzienności rodzinnej, ustawiczna wymowa terminów związanych z chrześcijaństwem, też nie sprzyja skupieniu uwagi na tym, co rzeczywiście dla nas ma znaczenie. W tej niezmiernej powszechności kontaktów, nawet najbardziej istotne tracą jaskrawość i znaczenie. Przyzwyczajone ucho, oko, słowo wypowiadane, już nie budzi żywych odczuć i nie mobilizuje życia. Kultura „przelotna” - to przylatywanie ptaków ponad, szybko, bez dotykania ziemi. Tak patrzy­my na obrazy w środkach przekazu, na teksty napisane, po których niczego się nie spodziewamy, tak słuchamy nawet wielkich słów i świętych wołań, tak nastawiamy nasze odbiorniki myśli, żeby mieć trochę wolności serca i spokojnego życia.
Niestety, to przenosi się na sprawy ważne.
Słuchamy, ale nie słyszymy rodziny, Kościoła, własnego sumienia. Patrzymy
- ale nie widzimy posłańców, których Pan daje naszej drodze, żeby była prosta i wyrównana.
Popatrzmy na nowo i usłyszmy ponownie znak i słowo Adwentu. Żal było­by kolejnego spotkania, które nie tworzy przyjaźni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Homilie i rozważania codzienne , Blogger